Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to łóżko i biegły kręcić karki u mojego. Uczuwałam niby uderzenie młota w głowę, i wszystko nikło na czas, długości którego niepodobna mi było określić; mimo to scena z łóżkiem ustawicznie wracała.
Najczęściej chory leżał nieruchomy, uśpiony czy martwy. Chorym tym był Andrzej. Nie miał teraz krwi na twarzy. Przeciwnie twarz ta świecąca jak kość słoniowa, białą plamą znaczyła się na dużej białej poduszne; ręka zaś, ta ręka przejrzystość której tyle mię niegdyś dziwiła, spoczywała bezwładnie wzdłuż wychudzonego ciała, niknąć w tej niczem niezmąconej bieli.
Przedstawcież sobie obraz obramowany wiosennym promieniem księżyca, a będziecie mieli pojęcie o bladości kolorytu w jakim go widziałem. Niekiedy czarna sylwetka przesuwała się pomiędzy tamtem a mojem łóżkiem; była to postać dużego chłopaka, od którego Andrzej otrzymał karteczkę, w dniu przybycia mego do zakładu. Przechadzał on się nadmiernie wielkiemi krokami, po miękkim chodniku, przeciągniętym od drzwi do oszklonej alkowy, gdzie sypiała dozorczyni. Od czasu do czasu zatrzymywał się i pochylał nad chorym przysłuchując się chwilę, potem znów wracał do miarowej przechadzki, szepcąc po cichu z dozorczynią, schyloną nad kominkiem. Zdawało mi się również widzieć go płaczącym, z twarzą w dłoniach ukrytą.
Cóż robił ten młodzieniec? Jakim sposobem znajdował się tutaj?