Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bym mógł ją schować sobie na pamiątkę, zapewniając, że gdy zostanę sławnym rzeźbiarzem, z przyjemnością spojrzę na tę pierwszą próbkę. Rzuciłem na matkę zwycięzkie spojrzenie; ale, jakkolwiek przepowiednia powyższą zdawała się ją uszczęśliwiać, nie okazywała wielkiego zaufania w zdanie owych panów.
Wróciłem do przerwanych nauk, dawne rozrywki w wolnych chwilach urozmaicając tem nowem zajęciem, w którem bardzo upodobałem sobie. Któż wie, co przyszłość przyniesie.
Pomiędzy mymi kolegami nie było już teraz Andrzeja. Wszystko, co widziałem w malignie, prawdą się okazało. Andrzej żyć przestał. Tajono to przede mną z obawy, bym w stanie w jakim się sam znajdowałem, nie doznał zbyt wielkiego wstrząśnienia. Nieszczęśliwe dziecko rażone zostało nagłym krwotokiem; krew kilkakrotnie i jednocześnie wszystkiemi porami wypływać poczęła z tego nadwątlonego ciała, jak gdyby ukryty motor, wprawiający ją w krążenie, pękł nagle zerwany. Ztąd ów sen i wyczerpanie w jakiem go widziałem wśród obrazów gorączkowych. Nic już działać nie mogło na ten organizm wyczerpany, trawiony ustawicznie rozpalającem podniecaniem, śmiertelnem w wieku, w którym dziecko rozwijające się zaledwie musi gromadzić w sobie nowe soki wydzielane mu przez naturę, których ona sama zna przeznaczenie i rozporządza użyciem.
W ciągu dwóch dni skończył na rękach tego