Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wością jest uścianionych i słabych, zemsty podstępnej i nizkiej. Mianożby ze mnie zrobić nikczemnika? Bądź co bądź, dość już wycierpiałem, by z kolei zapragnąć dokuczyć wszystkim tym dzieciakom; ale jak? Bić się z nimi otwarcie niepodobna, a zresztą, nie taką oni walczyli ze mną bronią. Choćbym wyzwał jednego lub dwóch, wszyscy inni przyszliby im z pomocą. Jeżeli wypadkiem noc przeszła spokojnie, krzepiłem się nieco, gotów wszystko puścić w zapomnienie: przerwa ta przecież nie trwało długo, wywoływało ją raczej znużenie lub chwilowe czem innem zajęcie mych wrogów, nie zaś żal lub przebaczenie. Przebaczenie czego? chciałbym wiedzieć.
Doszło do tego, żem żył życiem przestępcy Doznawałem drżenia serca, które mi dech zabijało. Gdy miara się przepełniała, szedłem się wypłakać gdzie w kąciku, byleby sprawcy łez moich widzieć ni cieszyć się niemi nie mogli.
Nie wszyscy przecież byli tak na mnie zawzięci. Niektórzy zdawali się nie wiedzieć wcale jakiego prześladowania byłem celem; większość jednak, lubo bez czynnego współudziału, zezwala biernie, jak to zwykle na tym świecie, przez obojętność albo opieszałość. Skoro swawola znużyła, a gry się wyczerpały, dość by komukolwiek przyszło do głowy powiedzieć: „A Clémenscau? czemu się już w niego nie bawimy? by wnet napaści zdwojono, prześcigali się wtedy kto coś lepszego wynajdzie.