Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wreszcie, pewnego wieczora, nie wiedząc co już wymyślić, gdym sam pozostał na chwilę w klasie okładając książki i zamykając szufladkę, w której, niemal codziennie zamek mi kręcono, spiskowym udało się zagasić lampę na schodach i zagrodzić przejście sznurem. Wskutek tego spadłem głową na dół, z wysokości kilku stopni. Omałom się nie zabił. Tą razą nie mogłem się wstrzymać od krzyku, tak ból był gwałtowny i nauczyciel widząc jaki obrót brały rzeczy, postanowił; zawiadomić o wszystkiem p. Fremin. Nazajutrz rano zaraz po pacierzu, przełożony wszedł do i sali i wygłosił nader ostre napomnienie, grożąc ukaraniem wszystkich, a wydaleniem niektórych. Zapytał mię głośno o nazwiska tych, którzy mi najwięcej dokuczali, i pozwolił samemu oznaczyć wymierzenie im kary. Nie chciałem wymienić nikogo. To posłużyło mu za temat do podniesienia szlachetności mojej. Upoważnił mię wreszcie wymierzenia sobie samemu sprawiedliwości, ilekroć coś podobnego się trafi, jeślibym nie chciał odwoływać się do niego.
Zacny ten człowiek zdawał się prawdziwie wzruszonym. Ja płakałem rzewnie, w głębi wszakże czułem się szczęśliwym, myśląc że cierpienia moje się skończyły. Istotnie odetchnąłem nieco. Dawano mi jeść, spać, uczyć się, uprawiać ogródek w spokoju. Nie żądałem nic więcej.