Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


IX.

Pewnego rana, kopałem w najlepsze w ogródku, gdy dobrze znane i drogie mi imię kilkakrotnie odbiło mi się o uszy. Pracując dalej i nie zwracając niby na to uwagi, przysłuchiwałem się rozmowie dwóch moich kolegów, z których jeden był Andrzej Minati. Opowiadano sobie jakąś zabawną historyjkę, bohaterka której zwała się Felicya. Otóż Felicya było imię mojej matki, opowiadający usiłował wymawiać je jaknajdobitniej, ilekroć przechadzając się zawsze w jednym kierunku, równali się ze mną, dodając do niego za każdym razem jakiś dziwaczny epitet, którego znaczenia nie pojmowałem; znaczenie to wszakże musiało być szyderskie albo obelżywe, słuchający bowiem głośnemi okrzykami objawiał swe zdumienie, lub wybuchał śmiechem niepomiarkowanym. Treść tego opowiadania, o ile zrozumieć mogłem, była wielce romansowa. Kończąc, zawyrokowali, te możnaby ją nazwali Szczęsna w miłości. Zresztą moje imię ani razu wspomnianem nie było, nie mogłem też pochwycić żadnej wyraźnej alluzyi, ukradkowego bodaj spojrzenia, zwróconego w moją stronę. Dzieci te zwawały się naprawdę rozmawiać tylko ze sobą