Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ah! jakie najpiękniejsze nawet dzieła sztuki nędzną są rzeczą wobec jednego stworzenia! Teraz, pojąłem słowa, tak często słyszane w ustach mego nauczyciela i jego przyjaciół: „Natura jest zabijająca!“ I jak dobrze rozumiałem teraz te roje artystów, którzy wolą trzymać się tradycyi, i przekopiowywać zawsze tylko dzieła ludzkiej ręki, zamiast wziąć się do odtworzenia dzieł Boga! Niewątpliwie, biorąc rzecz ze stanowiska proporcyi, niema chyba na świecie kobiety równającej się doskonałością niektórym posagom, i gdyby Bóg, zgadzając się z pośrednio podaną sobie radą od człowieka, zechciał ożywić jeden ze słynnych posągów, byłoby to, sądzę, coś piękniejszego od najbardziej olśniewających piękności, jako wytwór wszystkiego, co geniusz artysty połączyć może z darami stworzyciela, ale Bóg nie potrzebuje pogańskiego tego cudu, i najniedoskonalsze z dzieł jego są i będą zawsze wieczystem wyzwaniem urągającem najświetniejszym naszym arcydziełom; mają bowiem to, czego żaden twór człowieczej ręki nigdy mieć nie będzie: wejrzenie, uśmiech, gorące pulsacye życia.
Dwie pierwsze godziny posiedzenia przemknęły jak jedna chwila. Byłem skąpany potem. Nie czułem tego, ani nie widziałem strudzenia Marietty, której ledwie parę razy pozwoliłem opuścić ramiona na chwilę, powtarzając jej wciąż: „Proszę się nie ruszać". Oddech, w równych odstępach wdzięcznie jej piersią kołyszący, leciuchne drganie