Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Głowa trochę więcej w tył; nie tak, ot tak.
I bezwiednie prawie poskoczyłem na estradę, a ujmując obiedwie jej dłonie, nadałem jej pozę, która mi się najodpowiedniejszą do odtworzenia być wydała.
— No — powiedziała śmiejąc się, — zdaję się, że będę zawsze z rękami do góry.
Wówczas zrzuciłem zwierzchnią suknię, odwinąłem rękawy, wspiąłem się na stołek by się dorównać do wysokości mojej głowy, i wziąłem się śmiało go dzieła,
— I ja pójdę do roboty, — rzekł pan Ritz przechodząc do swojej pracowni; — uważajcie by ogień nie wygasł.
Ciekawem zaiste zjawiskiem, umysł mój otrząsnął się ze wszelkich ubocznych myśli, zaprzątniony jedynie oddaniem tego, com, miał przed oczyma.
W jednej chwili, wszystko co tu zaszło zdało mi się zupełnie normalnem. Usiłowałem kopjować żywy model tak samo jak dotąd kopjowałem modele nieżywe; a nadto, czułem w sobie bodziec niecierpliwej żądzy pochwycenia tego tętniącego życia, oblekając co rychlej w kształt widomy niepochwytne wrażenie, mogące się rozwiać lada chwila. Tak więc, gorączka pracy wzmagała się tu jeszcze zapalczywą gonitwą za pierzchającym cieniem prawdy. A nadto, łączył się zachwyt na widok tego nagiego ciała, które po raz pierwszy miałem przed oczyma, zachwyt wolny od wszelkiego cienia zmysłowości