Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


naskórka za najmniejszem wrażeniem chłodu, krew bujna i młoda, bieg której czuło się, widziało nie ledwie pod tą matową skórą o lśniących odbłykach atłasu, oto co chciałbym był pochwycić i odtworzyć. Byłem jak pijany i mało myślałem o obecnym utworze. W moim mózgu krzyżowały się tysiączne linje, pozy, kształty, ruchy. Miałem pełną głowę, posągów.
— Możebyśmy odpoczęli? — usłyszałem nagle za sobą głos p. Ritz’a.
— Wyborna myśl — rzekła Marietta — tymczasem rozniecę ogień.
Wdziała spódniczkę, szał zarzuciła na nagie ramiona, i usiadłszy przed kominkiem dokładała węgla. Je ocierałem twarz z potu i pytająco spoglądałem na p. Ritz’a.
— To dziwne — powtarzał tenże, przenosząc wzrok kolejno z mojej roboty na mnie. To zdumiewające! No, widzą żem się na tobie nie omylił.
— Czy doprawdy?
— Tak. Teraz, — mówił dalej, — pozwolę sobie skrytykować cię potroszę, jakkolwiek od dziś, powiadam ci to szczerze, nie potrzebujesz już nikogo. Możesz iść dalej o własnej sile, a zajdziesz daleko, bo ukochałeś naturę; to tylko zapamiętaj sobie, celem sztuki nie ma być sama natura. Wieszże czem fest sztuka? Pięknem w połączeniu z prawdą; i stosownie do tej zasady, sztuka ma wytknięte so-