Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że spała. Postanowiono nie przerywać jej snu błogiego, który w końcu wszyscy zbiegli się podziwiać, jak już od dwóch godzin podziwiali wszystko co czyniła. Tańce ustały, muzyka zamilkła.
— Czemu jej nie naszkicujesz? — powiedział mi nagle pan Ritz.
Byłbym go uściskał wobec wszystkich, że tak dobrze myśl moją odgadł.
Pośpieszyłem po atrament, piórka i duży arkusz papieru. Atrament tylko mógł oddać właściwie wypukłe cienie tej prześlicznej massy. Jedna z panienek usiadła do fortepianu i poczęła grać Kołysankę Szopena: do której nuciła półgosem. Jedni przypatrywali się, drudzy słuchali, a wszyscy zachowywali jak najciszej. Oddech dziewczątka począł iść w końcu za rytmem muzyki słumionej, zwolna przenikającej powietrze i owładającej wszystkich wrażeniem podobnem chyba do tego jakie następuje po rzymskiej kąpieli, kiedy zmysły napływają się w ogólnem osłabieniu, kiedy ciało rozkosznie omdlałe jednej tylko rzeczy pożąda — spoczynku, a dusza czując wszystkie więzy swe zwolnione, wzlatują dokąd się tylko podoba lecz zawsze w błękity, w kraj marzeń
Kilkanaście osób skupionych po za mną dodawało skrzydeł ręce mej, szybkiej teraz jak myśl, licznemi: „Brawo! tak, dobrze! ależ doskonele!“ na które odpowiadano stłumionem; „Pst! Cicho!*’ by piękna uśpiona nie zbudziła się zawsześnie.
Tymczasem dnieć poczęło na dobrze, i blade