Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXIV.

Stałem we drzwiach gabineciku, zasłaniając wejście. Rozkoszny widok pragnąłbym był zachować dla siebie jednego, tem bardziej, że od kilku minut zdawało mi się jakoby drobniutka twarzyczka była mi już gdzieś znaną? A jednak niewidziałem jej nigdy byłem pewien, byłaby mię bowiem tak samo zachwyciła wówczas, jak dziś zachwycała; ale niewątpliwie była bardzo podobną do kogoś dobrze mi znajomego! Do kogo? Rzecz dziwna, jak tylko ta postać wyganiała się przed oczyma mej pamięci, widniałem ją również w ubraniu chłopca, ale chłopca prawdziwego, którego imię drżało mi, jak mówią, na końcu języka, a jednak go pochwycić nie mogłem. Zdawała się drwić sobie ze mnie: „Jakto nie poznajesz mię? — szeptała. Znasz mię jak siebie samego; przypatrz mi się dobrze, patrz jak jesteśmy podobni! Nie można już być podobniejszymi. I rozpływała się w przeciwległej ścianie, niby fantastyczne widmo.
Byłbym niewątpliwie przeczekał noc całą, ale Iza (takie było imię dziewczęcia, spieszczenie Izabelli), ale Iza nie mogła niespostrzeżenie zniknąć na dłużej z sali tańców. Kilka młodych panien pośpieszyło jej szukać, skinien kaziem ałem im