Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niłam, jeżeli to, com uczyniła dla ciebie zasługuje na nagrodę.
W taki to sposób odwracała jak mogła mój umysł od grożących niebezpieczeństw. Zgadzałem się z jej poglądami, widziała to dobrze, bała się jednak jeszcze. Najdrobniejsza okoliczność mogła mię zgubić.
Okoliczność taka przedstawiała się zawsze ile razy Konstanty wychodził z zakładu. Starszy odemnie blizko o dwa lata, nie miał, wyznać muszę, teoryi zgodnych z mojemi we względzie miłości. Jedynem zaprzątnieniem jego było przejść na praktykę jak można najrychlej, i skorośmy byli razem, o niczem innem nie mówił. Nie poetyzował bynajmniej, i myślał mniej daleko o miłości niż o kobiecie, mniej o założeniu, więcej o akcyi samej. Ponieważ nie byłem już w szkole, i zajmowałem się rzeźbę, miał mię za wtajemniczonego oddawna, gdy ja tymczasem mniej nierównie wiedziałem i miej od niego byłem ciekawy. Wypytywał mię o szczegóły, o których z zapytań jego dowiadywałem się dopiero.
Nie mógł zrozumieć jakim sposobem, gdy tyle modeli kobiet przychodziło do jego ojca, nie miałem dotąd kochanki. Mieć kochankę! było to jego idèa fixe. Mniejszą jaką, byle coś podobnego do kobiety. Napróżno powtarzałem mu, żem nie mógł widywać modeli, która do p. Ritz’a wchodziły osobnemi schodami, nie chciał mi wierzyć; nareszcie skoro zdołałem go przekonać o prawdzie słów