Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyszłości tak sprawa jak i opinji publicznej wygnane zostaną; ale te same przesądy aczkolwiek byście je wszędzie obalili, odnajdziecie jeszcze u samegoż nieprawego dziecka, u tego, komu najbardziej zależeć powinno na ich obaleniu. Błędu tego, któremu żadną miarą nie jest winne, choćby mu go cały świat przebaczył, nie przebaczy ono samo sobie. Bo też znajdą się zawsze inne dzieci prawe, do których się porówna przy każdej sposobności. Czyż się zdobędzie na taką wielkość duszy, by nie wyrzucać nic temu; co dawszy mu życie fizyczne o moralnem nie pomyślał wcale, od którego nic nie dostał: ani imienia, ani pieszczoty, ani kierownictwa? A matka? będzieli ją kochało jak dziecko prawe kocha swoją matkę? Może; rozsądek każe mu ją kochać wyżej jeszcze, lecz czy i równie szanować? Nigdy, jakkolwiek by chciało.
Z chwilą, gdy jakiś zuchwalec zarzuci mu jego urodzenie i znieważy tę matkę, pierwszem uczuciem tego syna będzie rzucić się na niego i poszarpać w sztuki; ale gdy mu przyjdzie w najprostszym wypadku, stanąć przed najniższym bodaj urzędnikiem i zamianować się dzieckiem nieprawem, synem panny i niewiadonego ojca, czyż to uczyni głosem równie spokojnym i z tą pewnością siebie, jakąby miał niewątpliwie, gdyby mógł przedstawić rodowód bez zarzutu czy nie uczuje się zakłopotany, że nie powiem zawstydzony, choćby na chwilę, tem wyjawnieniem niewstydliwości matczynej? A taż sama matka jakkolwiek rozsądną, żałującą, uczciwą znówby