Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


je bogactwo lub zdolności, drugi przyniesie urodzenie i stosunki; ten korzyść, tamten uciechę; sama nawet podłość i obłuda wejść mają w rachunek w tym handlu olbrzymim, i w zręcznych rękach zastąpić brak istotnego kapitały.
Gdybym, zamiast niewinnie wypowiedzieć prawdę kolegom że nie miałem ojca, skłamał im był raczej że mój ojciec umarł, albo gdybym ich przeprosił za tę mimowolną winę byłbym przywrócił kłamstwem lub upokorzeniem, równowagę między nami, i wtedy, mając odpowiadać już tylko za własne przywary, prawdopodobnie żyłbym w najlepszym z nimi stosunku i po niejakim czasie byłbym nimi zawładnął z kolei. Przeciwnie, wyznając bez zapłonienia istotnie położenie moje, stawiłem ich w prawie nieuważania mię już za równego, gdyż nie przynosiłem ogółowi żądań go rodowodu, ani nie chciałem go zastąpić wnioskiem korzystnym dla jego interesu lub próżności. Stawałam się więc dla nich istotną chromą, członkiem innej rasy i odtrącony od ich łona, igraszką ich zostać musiałem.
Byliż winnymi, w wieku szczególniej gdzie zło i dobro instynktu są dziełem i gdzie żądza panowania stać musi w parze z posłuszeństwem przymusowem? I w rzeczy samej byłżem im równym tym dzieciom urodzonym, a przynajmniej uważającym się za urodzonych na właściwym stopniu? Nie, przyznać trzeba że nie. Kwestya dzieci nieprawych długo jeszcze będzie poruszaną, i na zaszczyt ludzkości, przesądy dotąd ciążące na nich, w najbliższej