Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


została, czy potrafi w organizowanem społeczeństwie zająć miejsca przyzwoite, usunąć się bez poniżenia albo wejść w nie bez czelności? Czyż wdzięczność którą ona sama uczuje za przyjęcie doznane, nie objaśni tego dziecka że przyjęcie było czysto dowolne, i że na dnie tej sympatyi tkwi upokarzający pierwiastek — litości?
Nakoniec skoro syn nieprawy dojdzie do wieku poznania i doświadczenia życiowego, i wtedy jeszcze nie wynajdzie żadnej podnioślejszej przyczyny, usprawiedliwienie urodzenia swego, nad miłość, Będzieli dostateczną? będzieli dlań pocieszającą ta przyczyna, szczególniej gdy już własnem doświadczeniem pozna porywy, ustępstwa, formy, w których się miłość objawia? Czy obraz matki powinien się mieszać do tych ukrywanych zmysłowych upojeń, do owych wstrętnych niekiedy tajemnic cielesnej rozkoszy? Wmiesza się jednak, bo wszakże jedneje z takich tajemnic on własne zawdzięcza istnienie.
Jakże inaczej jest z prawem dziecięcem, jak środek tworzenia przyjęty w przyrodzie, okrywa się majestatem małżeństwa, jak syn taki matkę swoją ponad wszystkie wyróżnia kobiety? Odzywając się o kobietach nie odzywa się o matce swojej. On w niej nic z niemi wspólnego nie widzi. Chwila urodzenia wywołuje w sercu i umyśle jego jedynie obraz podniosłej boleści, powinności świętej, radości bez skazy. Budzi jedynie uczucia wdzięczności i poszanowania. O! takie dzieci własnego szczęścia