Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie rozumieją! Nie, dopóki małżeństwo będzie jedną z podstaw społecznych dopóty, mimo wszelkie usiłowania moralistów, chrześcijaństwa sprawiedliwości nieprawe urodzenie pozostanie niezmazaną plamę, nieszczęściem niepowetowanem powiedzmy wprost: fatalnością.
Mimo to jednak, sam nieraz spotykałem osobistości, które będąc nieprawego pochodzenia, szczyciły się, słysząc jak je nazywano owocem błędu, pyszniły tem, że jakieś oświecone cudzołództwo zabarwiło ich żyły krwią niepoślednią, książęcą, króewską. Tłumy patrzały na nich ciekąwie, z zawiścię często, z uszanowaniem niekiedy. I przez jakież to sofizmaty czyn przestaje być czynem, ze zmianą otoczenia zmienia nazwę i skutki, i godny pogardy u dołu, wyżej jest szanowanym? Tu hańba matki ukrywana na kształt trądu, tam taż sama hańba poszukiwana jak dostojeństwo, jak godło, wywieszone na pokaz! Dziwne zaiste wspólnictwo wstydu i dumy. A jednak, lepiej jest mojem zdaniem, cierpieć niż szczycić się z takiego pochodzenia, i jeśli koniecznie usprawiedliwienia dlań szukamy, wiedziećje raczej w nieświadomości i nędzy, niźli w próżności lub wyrachowaniu.