Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie potrzebuję mówić, że p Ritz z modelami swemi obchodził się z największą łagodnością i grzecznością wyszukaną.
— Zakatarzyłaś się, kochane dziecię? — przemówił do młode] kobiety, która zlekka pokaszliwała.
— Nic nie szkodzi. Dostałam kataru, u p. P. Jemu zawsze za gorąco i nie zważa, że ogień na kominku wygasa. Nie daje mu się to uczuć, boć przecież on jest ubrany!
— Cóż ma rozpoczętego teraz?
— Nie wiem.
— Nie byłaś ciekawą zobaczyć?
— Nie; nie lubi żeby patrzeć na jego obrazy; wiem tylko tyle, że pozuję na klęczkach, z rękami do góry, z miną przerażoną. Musi to być znowu jakiś Lew Florencki.
Nie mogłem się wstrzymać od śmiechu.
— Bądź spokojna, — rzecze p. Ritz; — dziś już nie będziesz miała rąk do góry.
— O! wszystko mi jedno, tutaj ciepło.
— Więc, zaczynajmy.
Panna Marietta odstąpiła od pieca przy którym grzała się była. Usiłowałem przybrać postawę spokojną, mieszałem jednak glinę trochę gorączkowo. Zrzuciwszy szal i kapelusz młoda kobieta umieściła się na estradzie, i zapytała, zwracając się do p Ritz’a:
— W całości?
— Tak.