Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rze, ostry brzęk blachy kutej pośród wrzawliwego hałasu wioski.
Czyżby stracone mienie, zawiść, wiek o niezatartych śladach, mąciły w ten sposób zewnętrzną harmonię tej kobiety? Wszystko potrosze wpływać musiało, i żółć stała się zapewne z biegiem czasu jednym z głównych czynników w tem ciele miękkiem, żółtem i rozlanem. W rozmowie jej, a raczej monologu, rozprawiała bowiem bez przerwy, niby maszynka nakręcona na czas pewien, wyrazy „moja córka“ — „moja druga córka“ — „jej ojciec“, — „moja córka“ — „mąż mojej drugiej córki“, powtarzały się kolejno, nakształt ritournelli.
Kilka pań podeszłych, gotowych przepędzić noc tę jako tako, zanim bawiące się dzieci zgodzą się na opuszczenie balu, słuchały jej niby i nieznacznem skinieniem głowy potwierdzały od czasu do czasu.
Tymczasem pazik tańcował, a ów wierszyk z Widm, kursujący naówczas powszechnie:
Zbytnio lubiła taniec i to ją zgubiło, mógłby był posłużyć za przestrogę dla tej matki, tak bardzo pyszniącej się córką. W rzeczy samej, dziecko rzucało się w wir tańca z takiem upojeniem, tak bez pamięci szalało, że chwilami zmuszoną była wybiegać do małego próżnego gabineciku, odetchnąć mniej dusznem powietrzem. Tam przyciskała pierś rączką, główkę w tył przechylała, niby makolągwa wypijająca kropelkę rosy, i zdawała się stukać w górze tchu, którego; jej braknąć po-