Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nowa ta szkoła wydała w ciągu lat kilku poetów, po których nic dziś nie zostało, ba! nawet śmieszności, naturalnego następstwa zagadkowej ich sławy. Wszyscy ci poeci byli natchnionymi; każdy miał jakąś boleść tajemną, miłość niewyznaną. Nie było jednego, któryby pod zieloną darniną w cieniu miejskiego cmentarza, nie miał ukrytego grobu po jakiej nieznanej Elwirze, gdzie szedł płakać rzucając skargi niebu, złorzeczenia Bogu, lub tworząc hymny na cześć stworzenia. Dzwony, kościoły, gwiazdy, topole, księżyce, cienie, trupy, westchnienia, były na porządku dziennym, rozchodziło się tego bez miary.
Potrzeba było jakiegoś ujścia takiej niewstrzemięźliwości poetyckiej, to też patos ten, w którem było po trosze, Byrona, Voltaira, Goetego, Rosnarda, Chateaubrlanda, a brakło chyba tylko Moliera, dla unieśmiertelnienia jago śmiesznej strony miał również swój hotel Rambouillet z podrzędnemi. Zimą, co wieczór, od dziewiątej do dwunastej, zbierano się w pewnych salonikach literackich, ubożuchnych satelitach świetnej gwiazdy Recamier, i tam, poeta już męzki już żeński, wsparty o kominek, z twarzą bladą, przewróconemi oczyma, z włosami w nieładzie, już to łkaniem przesiąkłym, już dźwięcznym, i tętniącym nakształt gromu, ciskał do koła, na religijnie skupione i rozczochrane głowy sędziwych Safo i młodocianych Korynn swą potężną i wielką poezyę. Następowały okrzyki, łzy uniesienia. Ściskano sobie dłonie, całowano się; — potem wypija-