Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzajowi pracy się poświęcę? Jak wszystkie dzieci w ogóle, i ja też sądziłem, że dosyć jest chcieć pracować, by znaleźć zarobek.
— Takby być powinno, — powiedział pan Ritz, lecz tak nie jest. Uproś wszakże matkę, by ci pozwoliła przepędzać u mnie, razem z Konstantym, niedziele i święta. Odprowadzę cię zawsze sam wieczorem wraz z moim synem.
Następnej niedzieli, o dziewiątej z rana, byliśmy u p. Ritz’a; był on wdowcem od lat wielu. Po żonie został mu syn, Konstanty, z którym kolegowałem, i córka, prawie już szesnastoletnia, bardzo ładna osoba, która zarządzała domem jak prawdziwa gosposia, dla mnie zaś okazywała grzeczność pełną uprzejmości. Była ona z natury nadzwyczaj wesołą, a ile razy się śmiała, nie mogłem oczu oderwać od jej zębów mlecznej białości, o dziąsłach świeżych, czerwonych nęcącą czerwonością wiśni. Co wszakże najbardziej w niej uderzało, to włosy, ozdobione rzędem złotych blaszek, jak u kobiet Algierskich, których typ zresztą przebijał nieco w pannie Ritz. Ten strój głowy zbyt wyzywający jak na pannę światową, właściwym był u córki artysty, w otoczeniu dzieł sztuki, z różnych stron świata nagromadzonych i tworzących w tym domu istotne muzeum.
Wszystko to było tak bardzo różnem od naszego mieszkanka na ulicy de la Grange-Bateliére! Otwierałem wielkie oczy, nie mogąc się dość napatrzeć, a p, Ritz i jego dzieci, oddawna za swym