Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chwilę, w której szlachetny ofiarodawca pudełka odbierze takowe, by w niem napowrót chować swoje pióra, i w której nieszczęsny szczygieł zostanie wyrzucony kotowi na pożarcie. Zaiste, zmarli mają słuszność kazać się grzebać jak najrychlej i jak najdalej. Pomnik ożywił na chwilę wspomnienie cnót bohatera, następnie poczęto myśleć o czem innem.
Pomnik ów miał wysokości około ośmiu cali, i przedstawiał w okrąg idącą kolumnadę w stylu doryckim. W pośrodku kolumnady wznosił się rodzaj ołtarza, a na tym urna z powiewną draperyą. Na szczycie kolumnady mieścił się wiersz łaciński którego na nieszczęście nie przypominam dziś sobie. Otóż, zdarzyło się, że właścicielem szczygla był Konstanty Ritz, ten sam, który mię kiedyś obronił w obec całej klasy. Ten, wypadek cały opowiedział ojcu, renomowanemu naówczas rzeźbiarzowi. który zapragnął poznać znakomite moje arcydzieło. Mistrz znalazł w niem dużo instynktowego poczucia piękna i wznowił przepowiednię garncarza, ale tą rażą z całą powagą wytrawnego artysty.
Kazawszy przywołać mię do siebie, winszował pięknego talentu, wypytując zarazem o skłonności moje i o zawód, jaki dla mnie wybrała rodzina.
Dotąd, matka nie miała jeszcze żadnego stałego względem mnie zamiaru; zresztą byliśmy ubodzy i wiedziałem że będę musiał pracować na życie. Ale słowo pracować nie miało zbyt jasnego określenia w moim dziecięcym umyśle. Jakiemu ro-