Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten krok energiczny zdawał się wprawiać go w podziw nie mały. Szepnął mi na ucho, że po lekcji będę z nim miał do czynienia.
Zaledwieśmy się znaleźli na podwórzu gdy otoczony kilku kolegami zbliżył się do mnie i grożąc mi pięścią pod samym nosem, nazwał mię kramarzem koszul, zapytał, co chciałem rozumieć przez poprzednie słowa i wreszcie zakazał mi odzywać się do siebie. Odwróciłem się milcząc pogardliwie. Przypisał to bojaźni i wymierzył mi tak potężnego szturchańca, że omałom nie padł na ziemię. Wtedy zakipiałem cały i wprzód nim zdążył stanąć do walki, uderzyłem go w bladą twarz tak silnie, że krew się polała.
Przestraszony własnym postępkiem, podbiegłem mu na pomoc, gdy z całej siły nowy cios w brzuch mi wymierzył. Wtedy z bólu straciłem przytomność, i bez pamięci rzuciłem się na nieszczęśliwego. Pokonałem go wprędce, a cisnąc mu piersi kolanem, byłbym go udusił niewątpliwie, gdyby mi go z rąk nie wyrwano.
Przez kilka minut stałem zdyszany, żądny nowej walki, drżąc na całem ciele. Rozpoczęło się badanie. Opowiedziałem prawdę całą, od epizodu z ciastkami, aż do ostatecznego wyzwania. Byłem mocniejszy; większość tych, którzy mieli powody skargi na Andrzeja, lubo nigdy stawić mu czoła nie śmieli, odważnie przeszli na moją stronę, zwalając na niego tyle win ile się dało; drudzy usunęli się, bojąc się narażać na wypadek