Sprawa Clemenceau/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (syn)
Tytuł Sprawa Clemenceau
Podtytuł Pamiętnik obwinionego. Romans
Wydawca Drukarnia E.M.K.A.
Data wydania 1927
Druk Drukarnia „Oświata“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L’Affaire Clémenceau
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ALEKSANDER DUMAS (Syn)

Sprawa Clemenceau
Pamiętnik obwinionego
ROMANS
Tom II.

WARSZAWA 1927.


NAKŁADEM DRUKARNI E.M.K.A.
Tłomackie Nr. 4.


Druk. „Oświata“ Tłomackie 4 tel. 129-25



I.

Dom był, a i dotąd jest zapewne, wązki i długi, o dwóch oknach frontowych na każdem piętrze, opatrzonych rozchwianemi żaluzyami i maleńkiemi zielonawemi szybkami, które przy bladem słońcu lutowem błyszczały nakształt cynowych blaszek.
Komóreczkę odźwiernego, odznaczoną napisem Stróż wielkiemi literami namalowanemi na pochyłym murze pod schodami, zaledwie po omacku wynaleźć było można, i to z niebezpieczeństwem rozbicia sobie głowy o wydatne okienko, za którem wegetowała jakaś ludzka istota, mężczyzna czy kobieta, co się dawało poznać tylko po rodzaju ubrania, i która na zapytania o lokatorów odpowiadała głosem głuchym, nie ruszając się z miejsca. „Na pierwszem, na drugiem, na trzeciem.“
— Na trzeciem, — powiedział mi ten głos.
Wszedłem na schody, zmuszony, pomimo całej zręczności dwudziestoletnich nóg moich, trzymać się żelaznej poręczy, kręconej od dołu do góry nakształt korkociągu w butelce Im wyżej tem ciemność stawała się gęstszą. Dom ten, to studnia przewrócona dnem do góry. Światło wpadało w nią od dołu.
Dostawszy się na trzecie piętro zmuszony był wysunąć przed siebie obie ręce, by się jako tako orientować, i dosłownie natknąłem się na drzwi, do których potrzebowałem zadzwoni. Odetchnąwszy nieco, acz z trudnością wynalazłem dzwonek, który kilkakrotnie pociągnąć musiałem, nim się ozwał wreszcie.
— Kto tam? — zapytał z po za drzwi znany głosik pazia, który niby rozbiegł się po schodach.
— To ja, Piotr Clemenceau, — odpowiedziałem, — przynoszę pani rysunek.
— Ah! kiedyż bo ja jestem sama i zaczynam się właśnie ubierać; zresztą, niech pan troszkę poczeka.
I usłyszałem suwanie małych pantofelków, klapiących z lekka po podłodze, odedrzwi w głąb pokoju.
Czekałem kilka minut, aż drzwi otworzyły się, dając przejście do ciemnego przedpokoju. Zrazu ujrzałem tylko ciemną postać dziewczęcia, rysującą się na jaśniejszem tle okna pierwszego pokoju. Tym sposobem sylwetka jej ukazywała mi się okojona rąbkiem świetlanym; w okół tej małej główki rysy której zacierały się w cieniu, promieniała auerola, jak u posągów bizantyńskich, którą tworzyły prześliczne jej włosy rozrzucone w śnie i kędzierzawiące się na przeciw światła, niby puszysty krzak złota:
— Mama wyszła, — przemówiła Iza; wejdź pan jednak proszę. Nie spodziewaliśmy się go tak wcześnie.
— Można już wychodzić jednak o tej porze — odrzekłem, — kiedy mama pani już wyszła.
— Oh! ale mama wyszła za interesami. Chodź pan do salonu.
Pokój, który uczciła nazwaniem salonu, wychodził na biczownik, na rzekę, Samarytankę, Instytut, na mosty i na cały ten szereg pomników, które w różnych porach dnia tak odmiennemi stroją się barwami. Zrozumiałem, że pogodzono się z tem czarnem, brudnem domostwem dla pysznego widoku, towarzysza cichej pracy już ponurego, już wesołego, lecz poetycznego zawsze, zawsze gotowego powiernika bólów, trosk i marzeń tych wszystkich których mierność stopy przykuwa do ziemi, a myśl których tem bardziej potrzebuje przestworu. Strop niebieski musiał być chyba mocno w tem miejscu, przetarty przez tyle spojrzeń młodzieńczych wlepiających się w niego, żądnem pragnieniem o rozwiązanie przyszłości pytając: te to bowiem okolice Paryża widziały, widzą i widzieć będą powstawanie i rozwój owych pokoleń pełnych wytrwałości pracowitej, które krwią swoją czystą, czystą, czerwoną, odżywiają co lat kilkanaście intelektualne siły Francyi.
Wszedłem do salonu, wyklejonego popielatem obiciem w jaśniejsze kwiaty, miejscami podartem, miejscami poplamionem, i którego główną ścianę pokrywał duży portret bez ram, ni zły ni dobry przedstawiający oficera w cudzoziemskim stroju, z wielkiemi wąsami i mnóstwem krzyżów, zawieszony nad fortepianem, zarzucony stosami nut w nieładzie. Stół mahoniowy kanapa żółtym wełnianym adamaszkiem kryta, fotel Volterowski wybity utrechtem pąsowym, trzy krzesełka, poręcze których mocno nadwerężonemi się zdawały, stolik do roboty stojący przy oknie, na którym motki jedwabiu i stalowe perełki rozsypane w dawnem pudełku od cukierków, dywanik, deseń którego z biegiem czasu stał się zagadkowym, porzucony przed kominkiem, zdobnym alabastrowym zegarem i dwoma srebrzonemi lichtarzami z epoki Ludwika XVI, przeglądającemi się w odrapanem zwierciadle takiem było włączając w to małe firaneczki o fałdach wypłowiałych od słońca i wilgoci, całe umeblowanie tego pokoju. Na każdym niemal z tych sprzętów zwieszały się różne części czarnego kostiumu, zrzuconego na prędce przez dziewczę zmęczone; w pośrodku zaś całej tej starzyzny, bezładu, tego kurzu, Iza, to znaczy młodość, wdzięki, wiosna, życie.
Stała owinięta długim płaszczem z białego kaszmiru, z łąbędzim puszkiem na szyi, który lewą ręką trzymała założony na piersiach, prawą zaś unosiła długie jego poły, by się w nic nie zaplątać nogami. Łatwo było widzieć, że pod tym płaszczem nie miała nic prócz koszuli i spódniczko wysuwającej się chwilami, pomimo starania z jakiem młoda dziewczyną usiłowała ją schować. Sztuka okazałaby się bezsilną, gdyby szło o oddanie delikatnych i falistych poruszeń tego ciała, gibkość którego odbijała się; że tak powiem, na miękkiej i przylegającej materyi tego dziwacznego ubrania, zrobionego widocznie na większą od niej osobę.
Iza dochodziła właśnie wieku, w którym wstydliwość walczyć poczyna z dotychczasową niewinnością, chociaż niewinność przemaga jeszcze z przyzwyczajenia. Ciekawość też widzenia własnego portretu oprawionego za szkło, kazała jej chwilami zapominać o ostrożnościach, koniecznych przy takim stroju. Wyjmując tedy rysunek z osłaniającego go papieru, mimowoli prawie dostrzegłem nieco jej drobniutkich ramion i nierozwiniętej jeszcze piersi. Szarpnąwszy się nagle dla podciągnięcia spódniczki, zgubiła pantofelek, w który maleńka jej bosa nóżka wsunęła się czemprędzej jak ptaszek do gniazdka. Znudzona nareszcie całym tym niepotrzebnym kłopotem, schwyciła z krzesełka jakiś, tiulowy szalik opasała się nim, związała na węzeł, i przestała zajmować się sobą.
— Pokaż pan! Pokaż pan! — wołała zbliżając się do okna.
I przypatrzywszy się portretowi.
— Jakież to śliczne! ale jaka szkoda żem spała, nie widać moich oczu!
I jednocześnie podniosła na mnie wielkie niebieskie oczy, ocienione długą rzęsą wygiętą. Oczy Andrzeja Minati!
— Zrobimy inny, — odpowiedziałem, — dwa inne, dziesięć innych, ile pani zechce.
— Ale kiedy?
— Kiedy się pani podoba, choćby zaraz.
— O! nie tuyaj, tu tak niedobrze pójdziem do pańskiej pracowni.
— W takim razie, zrobię jeszcze biust pani.
— Doprawdy?
— Doprawdy.
— Ale bo my jedziemy wkrótce, za tydzień.
— To aż nadto dosyć czasu.
— I z czego pan go zrobisz?
— Z palonej gliny.
— Jak to się robi?
Wytłómaczyłem jej pokrótce.
— I pan mi go przyszlesz?
— Przyszlę.
— Do Polski?
— Do Polski.
— Potłucze się w drodze.
— Nie; albo też mógłbym go zachować do, powrotu pani.
— Ja tu już nigdy nie wrócę.
— Nigdy?
— Nigdy; wyjdę tam za mąż.
— Pani już myśli o zamążpójściu?
— To mama tak mówi; ja nie wiem. Gdybyś pan mógł do biustu dodać moje ręce, zdaje się że są bardzo ładne.
I pokazywała mi naiwnie swoje rączki, które w istocie cudowne były. Pulchne, malutkie, wązkie, o różowych paznokciach o paluszkach wyginanych i ze stawami wychylającemi się tak dobrze do środka jak na zewnątrz; rączki mięciuchne, białości których najostrzejszy chłód skazić nie zdoła, a których strzedz się należy bardziej niż szponów tygrysa. Może to właśnie w tym rodzaju rąk natura umieściła najjaśniejszą wskazówkę upodobań, charakteru i namiętności kobiety.
— Jakież bielutkie! — zauważyłem. — To rzadko w pani wieku.
— Sypiam w rękawiczkach. O! mama bardzo dba o moje ręce mówi, że to jedna z najważniejszych ponęt kobiety i noga także.
I nagłym ruchem chciała pokazać mi nogę! zatrzymała się jednak w połowie.
Co za mieszanina prostoty, kokieteryi pychy lecz ileż wdzięku równie w przywarach jak i w przymiotach! Po chwili, nagle:
— Nie będziemy mogły zapłacić panu za pański biust, bo nie jesteśmy bogate; ale zrobię panu ładną sakiewkę. Chodźno pan, zobacz jakie śliczne robić umiem.
Wtedy, pokazała mi robótki swoje, które istotnie były tem, czem być powinny wychodząc z podobnych rączek, i właśnie oglądałem je z nie jakiem roztargnieniem, gdy drzwi otworzyły się hałaśliwie. Mąż chcący żonę zejść niespodzianie, nie byłby wszedł inaczej. To była matka. Odskoczyłem mimowoli, Iza odwróciła tylko głowę.
— Ach! to ty, mamo? — powiedziała. — Jakże głośno wchodzisz.
— Stróżka mówiła mi, że tu jest młody człowiek u ciebie.
— Więc cóż?
— Więc to, że tak nie wypada.
— Dlaczego?
— Dlatego, że nie wypada, i nie rozumiem czemu ten pan przyszedł o podobnej porze do kobiet przyzwoitych, których nie zna wcale, i czemu siedzi tu z młodą dziewczyną, w nieobecności jej matki.
Wybąknąłem jakąś wymówkę.
Iza przerwała mi i tłumaczyła coś matce po polsku Hrabina ułagodziła się natychmiast i wzięła portret, mówiąc do córki:
— Idź się ubierać kochanie. — Bo to pan rozumie, ciągnęła dalej odkładając portret na stół nie spojrzawszy nań nawet, nic łatwiejszego jak narazić na gawędy młodą dziewczyną, na to dość chwili czasem, a w naszem położeniu najgłupsza plotka może nam wiele sprawić złego; co się tycze Izy, ma się rozumieć; bo o mnie tam już teraz nie może być mowy Gdybym nie czuwała zawsze pilnie nad drugą moją córką, nie zrobiłaby tak świetnej partyi, na którą zresztą zasługiwała najzupełniej, gdyż pochodzi z jednej z najstarszych i najznakomitszych rodzin polskich ale nie byliśmy bogaci, a wszędzie, czy to w Polsce czy we Francyi, fortuna to rzecz najważniejsza.
„Mąż mój stracił wszystko w czasie ostatnich zamieszek. Był za niepodległością. Waryat! Cesarz Rosyjski czynił mu najświetniejsze propozycye; odrzucił wszystkie. Brat jego przyjął je i dobrze na tem wyszedł. Zajmuje obecnie nader wybitne stanowisko w Petersburgu. Był on młodszym bratem, ale ze śmiercią Jana (Jan to imię mego nieboszczyka męża) został jedynym przedstawicielem rodziny. Dobra nasze zostały skonfiskowane. Ja, co nie mam tych samych co Jan powodów patryotycznych (nie jestem Polką tylko Finlandką), odwołałam się do brata, prosząc aby się przyczynił za nami u dworu, i właśnie odebrałam wiadomość pomyślną: dlatego wyjeżdżamy.
„Moja starsza córka wyszła za człowieka bardzo bogatego; ale nie miała posagu, a pan wiesz co to są dzieci, gdy już raz mają byt zapewniony! Nie dba o mnie ani trochę. Przysyła mi tyle listów ile tylko żądać mogę, ale prócz słów nic w nich niema. Nie mogą więc liczyć na nią. Jest bardzo ładna, ale nie tak ładna jak Iza. Jakie powodzenie miała wczoraj! Tak samo wszędzie, gdzie się tylko obrócimy. Ta dziewczyna będzie kiedyś na tronie, ja to panu mówię. Ma ona instynkta królowej, a ja znam moje plany.
„W Rossyi, małżeństwo między ubogą dziewczyną a książęciem krwi nie jest rzadkością. Piotr Wielki przecież poślubił służącą, a i sam był synem kobiety urodzonej zdala od tronu i tylko wybranej przez jego ojca z pomiędzy szlachty. Moja córka tak samo jest szlachetnie urodzoną równą Radziwiłłom i Czartoryskim. Będąc małą bawiła się często z jednym z synów Cesarza, podczas bytności ostatniego w Warszawie. Wprawdzie oboje byli tylko dziećmi, ale on jej niezapomniał, wiem o tem z pewnego źródła, a gdy ją znowu zobaczy, pokocha na nowo. Reszta do niej należy a i do mnie trochę. Nie jest on następcą, to prawda, ale za to jako na młodszego syna mniej będą zważać na niego i prędzej pozwolą mu rządzić się sercem.
„Wychowuję Izę odpowiednio do tego celu; jak ją pan widzisz, mówi wybornie czterema językami: francuskim angielskim, polskim i ruskim. A propos musimy zrobić ładny jej portrecik; ten dobry, ale to nie dosyć: trzeba mi takiego, któryby księciu pokazać można. Mam ja tam przyjaciela, innego niż zięć mój, który pierwszy gotówby mi popsuć szyki, przez zazdrość, zamiast widzieć własny interes w podobnym związku, bo Iza nie byłaby kobietą, zdolną zapomnieć o swoich. Ona jest bardzo dobra, koteczka droga; ma poczciwe serce, pracuje jak anioł, znosi wszelki niedostatek.
„Nie ma się tu czego wstydzić. Mogę otwarcie przyznać się takiemu jak pan młodzieńcowi; co sam pracuje na życie, że od czasu jak jesteśmy w Paryżu, widziałyśmy już nie raz dnie, w których grosza przy duszy nie było, i cóż, Iza śpiewała, i żyłyśmy często z pracy rąk własnych. Pomyśl pan tylko: Dobranowka zmuszona sprzedawać sakiewki które sama robi! Spytasz się pan, dlaczego w takim razie bywamy na balach trzebaż rozerwać ją trochę, to biedactwo drogie, a potem, zdaje się że ta Pani Lespérau ma wysokie znajomości, Ludzie tacy przydać nam się mogą.
„Niedawno spotkałyśmy u niej pewnego dyrektora teatru, który ofiarował mi cztery tysiące franków rocznie, jeżeli mu dam córkę. Iza ma śliczny głos. Zobowiązywał się wypłacać mi tę pensyę aż do jej debiutu, a debiutować miała nie wprzód; aż potrzebnych zdolności nabierze. Ręczył za nią, chciał łożyć na wszystko nie licząc nauczycieli. Odmówiłam, prawda? Teatr dla takiej jak ona dziewczyny! Nie było jednak za co obrażać się na tego pana, który nas nie zna. Chciałam tylko dać ci próbkę wrażenia, jakie Iza wywiera od pierwszego rzutu oka. Mówiąc między nami, wolałabym jeszcze widzieć ją na scenie, i zarabiającą dwakroć sto tysięcy franków rocznie, niż wydać za jakiego mieszczucha, któryby jej nie rozumiał; wystawiszże sobie tę dziewczynę żoną urzędnika? Ona jest stworzona do błyszczenia, gdziekolwiek, byle wysoko: tylko, nie trzeba żeby o niej wprzód mówiono, dlatego tak czuwam nad nią. To niewinność i śmiało powiedzieć mogę, że nie widziała, ani słyszała nigdy najmniejszej rzeczy, zdolnej zakłócić jej umysł.
„Najprzód, ja nie miałem nigdy najdrobniejszej awanturki, chociaż byłam bardzo piękna; a nawet teraz, gdybym tylko chciała, mogłabym powtórnie iść za mąż, i to bardzo wysoko, ale nie chcę. Oto dlaczego gdy mi powiedziano przed chwilą, że jest u niej młody człowiek... nie wiedziałem że to pan; choćbym wiedziała, byłabym spieszyła jednakowo, boć koniec końców nie znam przecież pana, a młodzi ludzie chwytają w lot co się nadarzy.
„Codziennie mężczyźni ścigają nas na ulicy, bo nie mamy środków płacić dorożkę za każde trzy kroki, Iza wydaje się starszą nad wiek, — czternaście lat bez dwóch miesięcy; ale to już prawie kobieta, zbudowana jest cudownie; taki model jak to, fortuna dla artysty; ale nie znaleźć wam tego w niższych klasach, któremi musicie posiłkować się teraz. Kiedyś, wielkie panie pozowały naguteńkie przed malarzami i rzeźbiarzami. Dziś, wszystkiem się gorszą, jakie czasy! Zresztą są piękności wyłącznie arystokratyczne. Jej ojciec był przepyszny, był to jeden z najpiękniejszych mężczyzn swojego czasu. Tu jest jego portret, który wożę wszędzie z sobą, pomimo że mi przyczynia niemało kłopotu, taki duży; to też sprzedałem ramy, które mi za bardzo zawadzały, a przytem zmuszona byłam sprzedać wiele rzeczy. Ot, naprzykład, wiesz pan zkąd teraz przychodzę? Ach mój Boże! powiem panu otwarcie: powracam z Mont-de piété. To panu wyjaśni moje wczesne wyjście z domu; chodziłam zastawić spinkę darowaną przez ambasadora Austryackiego mojej Izie. która jego córce ofiarowała jedną z najładniejszych swych robótek. Żeby nie ten klejnocik, nie wiem coby się z nami było stało. Naturalnie, mówi się to tylko między nami; umarłabym ze wstydu, gdyby się kto dowiedział o naszem położeniu. Zresztą, oczekujemy na pieniądze z banku ale tymczasem trzebaż żyć z czegoś.
— Mój Boże, pani, — rzekłem z niezmiernem wzruszeniem, jak tylko udało mi się wtrącić słówko, — ja sam nie jestem bogaty, i pojmuję niedostatek lepiej niż kto inny, bo matkę mam niezbyt pod tym względem szczęśliwą; ale zarabiam już trochę pieniędzy i gdybym mógł okazać paniom usługę, proszę wierzyć że uważałbym to za największe szczęście.
— Jesteś poczciwe dziecko, — odpowiedziała hrabina ujmując obie moje ręce; — ale tymczasem nie potrzebujemy niczego. Przy odjeździe, jeśliby nam zbrakło, udałabym się do ciebie młodzieńcze kochany, masz na to moje słowo. Szczęściem nie potrzebujemy płacić komornego; mieszkania tego użyczył nam pewien stary jegomość dawny mój znajomy, który obecnie podróżuje, a tymczasem zajmować nam je pozwolił; jest on wiecznie chory, i zimę przepędza na południu u syna. Nie bardzo tu wspaniale, ale dla nas jest to oszczędność niezmierna.
Weszła Iza, cała otulona w zimowe ubranie.
Matka i córka wyjść właśnie miały, i teraz z kolei matka się poszła ubierać. Pozostałem znowu sam na sam z dziewczęciem, którego ruchliwa twarzyczka przybrała nagle nie wiem już jaki wyraz smutku graniczącego z cierpieniem. Wielkie jej oczy otworzyły się jeszcze szerzej, lica pobladły, a wpółotwarte usteczka zbielały nieco. Usiadła naprzeciw okna i patrzyła na szarawe światło dzienne, jakby wysilając się by nie zemdleć.
Wtedy to podobieństwo jej z Minatim uderzyło mię bardziej jeszcze.
Doznałem okropnego ściśnienia serca na myśl że mogłaby umrzeć jak on!
— Czemuż Pan tak patrzysz na mnie? zapytała mnie nagle.
— Zdajesz mi się pani cierpiącą. — odrzekłem, — i to mię niepokoi.
— Mam lekki zawrót głowy; doświadczam tego zawsze, ile razy jestem niewyspana.
— Dlaczegóż bywasz pani na balach? To cię męczy.
— Mama chce tego, a zresztą, trzeba przecież.
— Trzeba? dlaczego?
— Ah! to dobre!..
Innej odpowiedzi mi nie dała.
— A przytem, to nie wszystko, — rzekłem znowu pani tak jesteś podobna do jednego z mych kolegów..
— Do chłopca?
— Tak.
— Dziękuję za komplement.
— Ale do chłopca który był śliczny jak dziewczynka.
— I który się nazywał? — Andrzej Minati.
— Proszę gdzie go pan poznałeś?
— Na pensyi, u p. Fremin, gdzie i umarł.
Dziecko zawołało;
— Mamo!
— Czego? — odpowiedziała hrabina, z drugiego pokoju.
Wtedy Iza mówiła coś długo po polsku, poglądając na mnie z pod oka, dla zapewnienia się że nic nie rozumiałem. Ostrożność zbyteczna, nie pojąłem i jednej sylaby.
Matka odpowiedziała wyrazem jednozgłoskowym, zdającym się odznaczać nic.
— Otóż, — poczęła znów Iza, wracając do naszej rozmowy, jakgdyby ją była przerwała jedynie dla powiedzenia matce nawiasowo czegoś, co najmniejszego związku z naszą rozmową nie miało, otóż, cieszę się niezmiernie, że przypominam panu przyjaciela. Tym sposobem dłużej będziesz pamiętał o mnie.
Hrabina ukazała się znowu.
— No, idziemy, — powiedziała, — przejdziemy się trochę. To ci pomoże.
— Widziałeś pan jej ręce? — zwróciła się do mnie.
— Tak.
— Zobacz no pod światło.
Podniosła rękę córki i kazała mi podziwiać jej przezroczystość istotnie zdumiewającą, przyłożywszy ją że tak powiem, do światła; następnie, pochwyciła tę rączkę w obie swoje dłonie i z rodzajem szału ucałowała ją mówiąc;
— Śliczna jesteś, no!
Słowa te podziałały na dziecko jak orzeźwiające sole; lica jej ożywiły się, uśmiech powrócił na usta, odzyskała siły. Wyszliśmy.
— Trzymaj się dobrze poręczy, — mówiła matka.
— Towarzyszyłem paniom, idącym na Pola-Elizejskie. Wszyscy przechodnie, z którymiśmy się mijali, czy to światowcy czy prostacy, musieli chyba być bardzo zajęci, jeżeli nie okazywali hołdu uwielbienia piękności młodziutkiej towarzyszce mojej. Każdy niemal, przeszedłszy koło nas, oglądał się za nią jeszcze. Kilku stanęło przed nami, jak wryci z podziwu, tak żeśmy zmuszeni byli uchylać się na prawo lub na lewo, by módz iść dalej.
Iza zdawała się nie spostrzegać czarującego wpływu jaki wywierała, widocznem tylko, że mogłaby tak pieszo chodzić dzień cały, nie czując zmęczenia.
Ułożyłyśmy się że Iza przyjdzie pozować zaraz od jutra, pożegnałem je tedy na placu Ludwika XV, zauważywszy, że wolałyby może zostać same. Nie mogłem jednakie oprzeć się chęci postępowania za niemi zdaleka, wmieszany w zagapione szeregi, które zostawiały za sobą, niby świetlany ogon za kometą.
Była to właśnie niedziela. Tłum roił się licznie, a one szły zwolna wielką aleją Pól-Elizejskich; przez całą drogę powtarzały się te same oznaki podziwu. Tak doszły do rogatki Gwiazdy, potem zawróciły się, przeszły na przedmieście Roule, na ulicę Zieloną, gdzie wreszcie zniknęły w dużym domu, zkąd nie wyszły więcej. Tam zwykle obiadowały.
Ponieważ nie śledziłem ich z ciekawości, przeto nie czekając dłużej wróciłem do domu, a raczej do matki, której opowiedziałem poprostu o wszystkiem, co mię tak żywo zajmowało od wczorajszego wieczora. Iza miała lat czternaście, odjeżdżała za tydzień, matka więc również jak i ja nie podejrzewała niebezpieczeństwa! wyspowiadałem jej się tedy z mego podziwu, boć zaprawdę, to, na co patrzyłem od wczoraj wprawiało mię w podziw niemały.
Oto zjawisko w postaci pazia, to mieszkanie zniszczone, ta nędza, ta kokieterya, ta niewinność krańcowa, te świetne marzenia, tron, Mont-de-Piété, ta mieszanina wszystkiego plątała mój umysł i zaciekawiała tyleż przynajmniej ile zajmowało dziecko. W istocie, mógłbym pojąć jedno z tego wszystkiego i uwzględnić bezpośrednie tegoż wyniki: byłbym pojął nędzę, Mont-de-Piété; pracę i smutną rezygnacyę w teraźniejszości; nadzieje, choćby nawet płonne, na przyszłość. Ale nędza i bale, ale mieszkanie starego jegomości i związek z cesarzem, ale Mont-de-Piété i strój pazia, ale robótki do życia i rękawiczki do spania, — byłem jak to mówią, zbity z tropu, ponieważ nigdy dotąd nie zdarzyło mi się widzieć świata, gdzie takie sprzeczności bywają na porządku dziennym.
Matka moja pod tym względem nie wiele więcej wiedziała ode mnie, rzekła więc tylko:
— Pani ta niema, jak się zdaje, ani porządku ani rozumu: smutna to rzecz dla jej córki, kiedy jak mówisz i ładna jest i zdaje się być dobrą.
Co do pana Ritz’a, któremu, także zdałem tak z bytności mej u tych pań, jak z odniesionego wrażenia, ten również odpowiedział mi tylko:
— Życie chyba kiedyś wyjaśni ci te sprzeczności. Wykonaj piękny biust tej dziewczyny, a nawet ładny posąg, jeżeli matka z tem się odezwie, co jest bardzo prawdopodobnem, i nie zaprzątaj sobie niemi głowy. Ani to twoja siostra, ani twoja córka.
Nazajutrz, matka i dziecko przybyły do pracowni o umówionej godzinie. Wziąłem się zaraz do biustu cudne rysy tego biustu odwzorowałem później w mojem Pierwszem przebudzeniu, od którego datuje ustalenie mojej sławy. W ciągu trzech dni biust był skończony potem wykonałem odlewy z rąk uroczego modelu — potem z nóżek. Babuszka (przezwisko poufałe, nazbyt poufałe, którem Iza nazywała matkę), pałała takim zachwytem dla wdzięku i wdzięków swej córki, że byłaby mi je sądzę wszystkie odsłoniła, jak to p. Ritz był przewidział, gdybym choć trochę nastawał na to, tak była szczęśliwą widzieć zachwyt równy swojemu.
Pobyt obu part w Paryżu przeciągnął się nadspodziewanie i nawykliśmy codziennie się widywać.
U mnie Iza uważała się jak w domu. Spędzaliśmy razem trzy, cztery, pięć godzin, które schodziły jej na śmiechu, Igraszkach, robótce, na śpiewaniu, na spaniu; we wszystkiem bowiem kierowała się tylko własną ochotą. Doszło do tego, że wcieliła się w pracę moją, w myśli moje, w życie moje. Nieustanna gadanina jej matki nie zdawała mi się już niemiłą. Zwolna poczynałem nawet w niej smakować, jak w owych wschodnich Melopeach, co to zrazu zdają się rażące i fałszywe, a których rytm monotonny stopniowo ogarnia cię, kołysze, chrapliwą swą harmonią wywołując ci z mózgu same niejasne, oderwane myśli. Nie próbowałem już wyjaśniać sobie uczuć, jakie dziewczę to budziło we mnie; oddałem im się cały, jak dziecko, jak artysta. Tak mi było dobrze przy! niej, jak dobrze może być na słońcu; w piękny dzień kwietniowy. Obecność jej wlewała we mnie tę pełnią siły, którą tak rzadko czujemy w sobie, a kiedy to wszystkie własne cielesne i duchowne działają w ustawicznej równowadze. Serce moje i umysł olbrzymiały dosłownie pod tym nowym wpływem. Zostawszy sam uczuwałem gwałtowną potrzebę ruchu, chodzenia godzinami całemi.
Wtedy zachodziłem po matkę i wyciągałem ją na jaki spacer szalony, po którym wstępowaliśmy do restauracyi. Tam fundowałem dla niej obiad, częstowałem wybornem winem jak dobrego koleżkę, mówiłem o przyszłości, o sztuce, o pięknie; potem odprowadzałem ją do domu, a wyciskawszy ile się tylko dało, biegłem spać wesoły, mni budząc się aż rano. O jedenastej Babuszka z córką przychodziły, i uroczy dzień wczorajszy powtarzał się w całości. Parę razy matka opowiadała anegdotki o swoim kraju, z humorystyką niekłamanej. Bywała dowcipną, kiedy nie myślała o tem. Wtedy Iza i ja chichotaliśmy się i śmieli z całego serca, jak zwyczajnie w naszym wieki!. Byłbym żył w ten sposób całe tysiące lat. Raz, w obecności obu kobiet nie mogłem powstrzymać wykrzyku:
— Jakżebym chętnie spędził tak życie całe!
— I ja także, — odpowiedziała Iza. Mamo, ażeby tak zostać w Paryżu?
— Wiesz dobrze, że to niepodobna. Cobyś ty tu robiła?
— Dorosłabym i wyszła zamąż za p. Clemenceau. Prawda, że panbyś się chciał ze mną żenić?
— O! zapewne.
— Śliczna para! — powiedziała matka; — nie macie pieniędzy ani jedno, ani drugie.
— Czy to tak dużo trzeba? — rzekła Iza.
— A ja przecież zbiorę coś do tego czasu, — zawołałem gorąco.
— Słuchaj pan, — rzekła do mnie Iza — jeżeli nie znajdę króla czy księcia, którego mi mama obiecuje, przyrzekam solennie, że wyjdę za pana. Czy zgoda?
— Zgoda.
— Jakby to było zabawnie, żeby tak się stało.
I zaczęła się śmiać.
— Ale tymczasem, — powiedziała matka, — jutro wyjeżdżamy, i prawdopodobnie nie wrócimy nigdy.
Przy końcu posiedzenia, hrabina wziąwszy mnie na stronę rzekła:
— Moje kochane dziecko, jestem z tobą otwartą, zdaje mi się jakbyś należał do naszej rodziny. Mogłabym od kogo innego zażądać usługi o którą ciebie poproszę, ale chcę właśnie tobie ją zawdzięczać raz dlatego, żeś mi już ofiarował, a powtóre, że są położenia, które przyjaciołom tylko się wyjawia... Córka moja potrzebowała niemało różnych drobnostek do podróży; zbrakło nam pieniędzy. Czy możesz mi pożyczyć pięćset franków, które odeszlę ci natychmiast po przybyciu do Warszawy, gdzie mam odebrać znaczną sumę? Ale niech Iza nic nie wie o tem.
Byłbym chętnie uściskał Babuszkę za rozkosz, jaką mi sprawiła. Tak więc te kobiety,.którym tyle szczęścia zawdzięczałem w ciągu całego miesiąca, miały unieść z sobą coś, co pochodziło odemnie; tak, bo w chwili rozłączenia serce moje ogarniając razem matkę i córkę, śmieszność i wdzięk łączyło je w jednem wspomnieniu.
Odpowiedziałem tedy, że wieczorem ostatni raz je odwiedzę i przyniosę żądaną kwotę; a że przygotowania do drogi nie zostawiały im czasu na zajęcia się obiadem, zaprosiłem je na obiad do restauracyi; zgodziły się chętnie.
Mieliśmy się zejść o szóstej w Palais-Royal. Witając się wsunąłem bilet pięćsetfrankowy w rękę Babuszki. Zamówiłem najprzedniejsze dania z karty, z tem smutnem niedoświadczeniem ubogiego chłopca, mało obeznanego z rzeczą. Matka rozgadała się bardziej niż zwykle. W tym stanie pół pijanym kto inny na mojem miejscu byłby spostrzegł niemało sprzeczności ze wszystkiem, co mówiła po trzeźwemu; ale ja wówczas jeszcze oddawałem się cały przyjemności przebywania jak najdłużej obok dwóch istot, które nazajutrz miałem utracić na zawsze. Iza była szalenie wesołą. Przy deserze wyśpiewywała jak ptaszek, śpiew przeplatując najdzikszemi projektami, które wszystkie brały źródło w jednemi „Jak będę bogata, bądę miała to, zrobię tak”, jak gdyby nie wątpiła, że będzie kiedyś bogata i bardzo bogata.
Odprowadziłem je do domu, pożegnaliśmy się: przyrzekłem im wysłać biust, rysunki, medaliony niewykończone jeszcze. Postanowiliśmy pisać do siebie, donosić o sobie wzajem. Hrabina obiecała mi postarać się o zamówienia do Cesarza Rosyjskiego, i nareszcie ucałowała mię czule. Iza także nagle, z całą naiwnością nadstawiła mi oba policzki.
— Dowidzenia, mężusiu! — powiedziała.
— Dowidzenia, żoneczko!
I ściskając mi rękę, jak gdyby naprawdę uważała się zaręczoną, znikła w alei nadbrzeża Szkolnego i czy uwierzysz kochany przyjacielu? słowa: mężusiu, żoneczko, ja uważałem na seryo i powiedziałem sobie: „Dla czegożby nie?“ I zdały mi się podobnym do osiągnięcia celem przyszłych dostatków i pracy mojej. Kochałem, nie było żadnej wątpliwości, miłością zapewne taką, jaką można czuć dla dziecka, ależ nareszcie kochałem. Dusza moja drżała pod pierwszym promieniem miłości, jak zielone równiny pod pierwszym brzaskiem jutrzenki. Jeszcze to nie słońce, ale już światełko.
Zżyłem się odrazu z myślą tej przyszłości, zaprzysiężonej wśród śmiechu. W usposobieniu przesądnem i tkliwem jak moje, taka miłość dziecięcia musiała się stać z czasem potężnem uczuciem, jak owe ziarnka, które, gdy je w zabawie na pulchną ziemię rzucimy, zrazu małe źdźbło wypuszczają, aż później stają się drzewem.
Zresztą, przyrzeczenie owo wzmacniało tajne me postanowienia, i choćby ten jeden tylko miało skutek, już przez to samo byłbym się był w niem utwierdził. Przypuszczając, myślałem, że nie doprowadzi nas do niczego, będę miał moją Beatryczę w miniaturze która mię od płochych miłostek uchroni. Takie były tajne me postanowienia, mogę je wyznać dziś, kiedy się już na śmieszność narazić nie boję.
Zresztą, oddawna już przysiągłem był sobie pojąc za żonę taką tylko kobietę, którą ukochać, i zachować się dla niej sercem i ciałem niewinnem. Raz, że nie chciałem żadnej kobiecie, jakąbykolwiek była ona, wyrządzać krzywdy takiej, jaką ktoś matce mojej wyrządził, powtóre, nie chciałem również by kochanka, wybrana z takich, które mieć mogłem, spaczyła mi mój zawód i zmąciła życie. Małoż do koła widziałem artystów, wstrzymanych w połowie drogi zabójczemi skutkami łatwych miłostek, które zrazu zdają się bez następstw żadnych, a które jednak wloką za sobą rozpustę, nędzę i jałowość moralną! Platoniczna więc miłość godziła się wybornie z mym programem, i zabrałem się znowu do pracy tak gorliwie, jak gdybym w ciągu dwóch czy trzech lat potrzebował zdobyć sobie sławę i zgromadzić mienie, a to dla otrzymania ręki narzeczonej mojego wyboru. Takież samo marzenie jak wszystkie. Czyż inne być powinny marzenia lat dwudziestu?
Jednakże dziewiczość moja, w której traf ten umacniał mię bardziej jeszcze, była dla moich kolegów, o wiele mniej idealnych, ciągłym przedmiotem żarcików i niedowierzania. Poczęto przypisywać tej powściągliwości, pobudek których nie wyłuszczałem nikomu; inne jeszcze przyczyny, niezależne od mojej woli Narcyss, Józef, i ten syn Merkurego i Wenery, którego nimfa Amalcis uwieść nie zdołała, poczęli iść w porównanie. Nasyłano na mnie najpiękniejsze, najponętniejsze i najprzystępniejsze istoty. Zachwycałem się niemi używałem ich za modele, a gdy zaczepki stawały się zbyt natrętnemi, odpowiadałem im poprostu, że nie mam czasu do stracenia.
Mógłbym zresztą znaleźć tak u starożytnych, jako i współczesnych tłómaczenie, gdybym go potrzebował; przykład powiem raczej. Wiadomo wszystkim, że wielki malarz francuzki S.., naśladowca Rafaela, tylko nie w tem co dotyczy miłości, cześć natury posuwał tak daleko, że klękał przed ciałem każdej ładnej dziewczyny, która mu za model służyła. I ostrożnie, jak patenę, całował ledwie dotykając ustami tę część jej ciała, co zdawała mu się najpiękniejszą, traktował dziewczynę, bóstwo, i dziękował Bogu, że ją tak piękną utworzył. Takie wstępne adoracye nazywał ofiarą sztuki Należałem do jego szkoły, wyjąwszy całusa.
Przedmioty do moich utworów instynktownie brałem z legend wolnych od nieskromności. Byłem i byłbym zawsze, gdybym mógł być czemś jeszcze czcicielem nagości; sądzę, że to jest właśnie sztuką w całem znaczeniu, najszlachetniejszą i najwznioślejszą, ale niezawodnie nic niema niebezpieczniejszego zarazem. Gdyby nagość objawiała się tylko ludziom wyższego smaku, a przynajmniej mężczyznom dojrzałym, nicby jej zarzucić nie można, ale, wystawiona na wszystkie bez wyjątku spojrzenia, w naszych Muzeach i ogrodach, staje się przedmiotem przedwczesnej ciekawości, źródłem niezbyt dokładnych wyjaśnień dla młodzieńczej wyobraźni, którą rozpala, oświecając przed czasem. Sztuka jest jednym z najwyższych objawów inteligencji człowieczej, wyższą wszakże nad nią jest cnota. Szanujmyż więc dzieci; nie narażajmy młodych dziewcząt ani na spuszczanie oczu przed dziełami naszemi, ani na przyglądanie im się ukradkiem od matek. Zresztą, sama już natura wskazuje sztuce co ma zmienić albo osłonić, a co my osłaniamy i zmieniamy, nie jest w istocie ani pięknem, ani zasługuje na widzenie.
W takich pojęciach utwierdzając się coraz mocniej, zająłem się, zaraz po odjeździe łzy modelowałem mojej Klaudji, tej Westalki posądzonej, która zaledwie przapaską swoją przypięła do statku wiozącego statuę Cybeli, aliści statek wpłynął do Tybru, mimo wiatry przeciwne. Tradycyjna potęga dziewictwa! Powtórzyła się ona z Joanną d’Arc przed Orleanem; tylko że dziewica chrześcijańska nie potrzebowała nawet zdejmować przepaski, dla niej dość było modlitwy, by statki wiozące jej wojsko szły pod wiatr przeciwny po Loarze.
Kladja miała wielkie powodzenie, i przyjaciele moi postanowili je uczcić po swojemu. Wyprawiono dla mnie świetny bankiet. Nie podejrzewałem ani trochę jaki spisek krył się pod temi kwiecistemi pozorami.
Sami mężczyzni mieli należeć do uczty, którą wydano w wytwornej pracowni Eugeniusza F... Udałem się na zaproszenie, bardziej szczęśliwy niż dumny z powodzenia, które stanowczo otwierało przedemną karjerę artyzmu. Obecność p. Ritz’a oddalała odemnie cień wszelkiej nieufności. P, Ritz nie byłby nigdy należał do jakiegoś nieprzystojnego żarciku; ale p. Ritz wcześnie zwykle opuszczał zebranie, a noc była długa. Upojono mię. Łatwo to przyszło; nie pijałem nigdy nic prócz wody.
Wiadomo panu lepiej, niż mnie dokąd dojść może rozwiązłość w słowach i w czynach, po sutym bankiecie, między młodymi ludźmi, artystami, niezależnymi, niepotrzebującymi przed nikim zdawać sprawy ani ze słów swych, ani ze swych czynów. Opowiedziano mi rozmaite zarzuty i przypuszczenia krążące o mnie, wprawdzie zawsze ze śmiechem, radząc mi wszakże niezwłocznie położyć koniec tej obojętności w rzeczach miłosnych, która w końcu stawała się kompromitującą dla mnie, a przynajmniej podawała mię w śmieszność.
Wiecież jaka była odpowiedź moja na zaczepne żarciki, szyderstwa, na dziwaczne wyzwania? Oto nagle, owładnięty pijaństwem i szałem, podniosłem się, cisnąłem złotem na stół, i bez namysłu, przy oklaskach całego zgromadzenia, ja Clemenceau, ja czysty, niewinny, wstydliwy, wniosłem najniesłychańszy, najrozbestwieńszy zakład, i uczułem chuć zwierzęcą, ślepą, potworną, rodzicę gwałtu i mordu, bijącą mi do głowy i wściekle dławiącą za gardło.
Jakiegoż to nowego człowieka pijaństwo zbudziło we mnie, w pośród mych najpiękniejszych i najdroższych postanowień? Byłżem tak mało panem siebie, że parę szklanek wina czerwonego czy białego zdołały zmienić mię w dzikiego zwierza, w nikczemnego rozpustnika, równego na chwilę najbardziej rozbestwionym pijakom z profesyi? Wtedy to zastanawiałem się nad sobą, badałem siebie i pojąłem wszystko.
Powiadają, że Bóg udarował człowieka wolną wolą. Ktdż to mówi? Ci, co wierzą temu; bo przecież Bóg nie zwierzał się nikomu ani z celów swoich, ani z części składowych których użył na swe twory. Jeżeli i nadawał wolną wolę, to chyba tylko pierwszemu człowiekowi, temu, który bezpośrednio wyszedł z rąk jego, bez współudziału żadnej człowieczej istoty, a wiadomo nam z tradycji jaki użytek człowiek zrobił z tego daru, za wpływem niewiasty utworzonej z niego. Poczynając od Kaina wolna wola istnieć przestaje. Kain nie jest już panem wszystkich swoich czynów; doznaje wpływu rodzina. Ojciec występny, syn zbrodniarz; fizjologiczna przemiana poczyna się, nastaje dziedziczny wpływ fatalności i niezawiesza się ani na chwilę. Jaki ojciec, syn taki.
Lekarze w praktykach swoich spotykają się często z niemocą, dziwną, zabijającą, chroniczną acz niedotkliwą, wypływającą z natury bez poprzedniczych symptomatów, wchodzącą w skład organizmu, a mimo to niezgodną z temperamentem, z budową, z nawyknieniami cierpiącego. Wtedy badają ściśle chorego albo jego rodzinę, i cofając się o jedno, dwa, trzy, o kilka pokoleń, odnajdują u którego z przodków przyczynę i źródło tych niespodziewanych objawów. Tak samo rzecz się ma z chorobami moralnemi. Przechodzą w dziedzictwo: po mieszanie zmysłów najlepszym jest dowodem. Datując od drugiego człowieka, przestajemy być stworzeniami Boskiemi; każdy z nas jest wytworem dwóch organizacyj, które miłość, npodobanie, interes, traf zetknęły z sobą, i już w jednakowej już w nierównej mierze nosimy w sobie dwojaką indywidualność, którą nam przekazano. Jeżeli dwie siły rodzące są sympatyczne, wspólczynne, że tak powiem, płód ma wszelkie dane do harmonji wewnętrznej, do równowagi, do żywotności, jak powiedzą lekarze i filozofowie; jeżeli przeciwnie jest rozdwojenie sił przyrodzonych, przeciwieństwo dwóch czynników ojca i matki, dziecko doznaje koniecznie dwóch przeciwnych wpływów, aż nim jeden gwałtownie drugiego nie pokona.
Otóż, aż dotąd wciąż doznawałem łagodnego matczynego wpływu, wyjąwszy chwili, kiedy rzuciwszy się na Andrzeja, omałom go nie udusił. W nieopisanym, potwornym postępku, jaki popełniłem wczoraj, ojciec objawił się znowu, i pokonał i zawładnął nawyknieniami i teoryami mojemi z większą jeszcze gwałtownością. Ten ojciec, który nigdy nie dał się poznać ze swem ojcowstwem, którego zataiłem w sobie aż do stanu nieistnienia, obwieszczał się w przestępstwie, podstawie urodzenia mego, i odzyskiwał publicznie, z nagłością piorunu, tajne prawa dziedzicznego przelewu. Zaiste, był dla mnie tem niebezpieczniejszy, iż wcale nieznany, a nieznane jakże zwalczać było Szczęściem, gwałtowność sama go zdradziła, i odtąd, ile razy dostrzegłem w sobie złego popędu, mówiłem napewno; „Aha! to Niewiadomy”. Niestety! w tej walce miałem zostać pokonanym i nie zawsze miało mi się dać zdemaskować go dość wcześnie.
Ocknąwszy się w domu po owym wygranym zakładzie, z całą pamięcią ohydy, wytrzeźwiony i ostudzony, łez wstrzymać nie mogłem i ukląkłem przed obrazem Izy, wzywając jej przebaczenia, ponawiając przed nią przysięgę tak źle dotrzymaną, i zaklinając się, że ją jedną kochać i dla niej jednej nietknięty żyć będę. Wstyd ze sromotnego mego postąpienia zaślubił mą duszę ostatecznie z tem dziewczęciem, które być może nie pamiętało już o mnie wcale. Uczyniłem ją moją patronką, mym aniołem stróżem, dziewiczą opiekunką moją: przyrzekłem zdawać jej codzienną sprawę z mego życia, a życie to wolnem mieć od wszystkiego, czegoby się ona rumienić musiała.
Występek, u tych którzy nie są występnymi nałogowo, dla których żal nie jest obcym, wywołuje dziwne skutki, stanowiące jedną z kar występnego: zmienia on istotną postać Dobra i nadaje pozory uczciwości bezwzględnej temu, co jest tylko względnie do niego uczciwem. I tak, w porównaniu z bardzo znaczną liczbą kobiet, Iza i jej matka zdałyby mi się tem, czem się wydawały w oczach wszystkich, i czem, logicznie rzeczy biorąc, niezawodnie być musiały; dwiema awanturnicami, z których jedna schodziła z pola, a druga wstępowała na nie. W porównaniu z poniżonemi spodlonemi istotami, u których noc przepędziłem, zdały mi się jak dwa anioły czystości, i pozostałem już w tem przekonaniu. Widziałem samą świetlaną ich stronę, wspominałem li tylko poczciwą uprzejmość matki, uroczą niewinność i piękność córki, wspólne dnie pracy i miłej gawędki, będące tak uderzającem przeciwieństwem tego, co wczoraj miałem przed oczami. Zaiste, jakkolwiek wyglądać będzie niebo w chwili, gdyśmy się z ciemnego i zgniłego wyrwali podziemia, czy zaśnieżone, czy dżdżyste, wyda nam się błękitniejszem niż kiedy. Rzecz skończona; Iza była dla mnie częścią nieba.
Jednakże, mimo całą stanowczość mojej woli, mimo całą pogardę złą tej pierwszej kobiety, mimo odrażające wspomnienie, jakie owa scena budziła we mnie, ta pierwsza kobieta nie wyszła z mego życia tak łatwo jak się spodziewałem. Nowe wrażenie, które poznać mi dała, sprawiło na mnie taki sam skutek, jaki dźwięk gwałtownie dobyty z instrumentów rżniętych w powietrzu sprawia. Długi czas czułem w każdym moim nerwie drganie krzykliwej tej nuty.
Owa istota była piękna, brunetka z bujnemi włosami atramentowego koloru, o metalicznych odbłyskach, z nizkiem czołem, z gęstemi brwiami. Oczy jej błyszczały z poza długich rzęs, nakształt tych prześlicznych rybek, półsrebrzystych pół szmaragdowych, co świecą się w wodzie po przez szerokolistne nadbrzeżne rośliny.
Moi przyjaciele zawstydzili się swego żarciku, widząc jego rozwiązanie. Pośpieszyli też niezwłocznie przepraszać mnie z całą powagą, możliwą w takim przedmiocie. Jeden z nich opowiedział mi, że Klaudya (dziewczynę tę przezwano imieniem Westalki) szalała za mną poprostu! Tryumf niemały, zważywszy że niewięcej miała serca od pięknej Imperyi, automatu z powieści Hoffmana.
Nie wiem jakie wrażenie z mojej strony sprawiłem na tej kurtyzance, ale spotykałem ją później w ciągu lat pięciu czy sześciu, i za każdym razem czułem żem drżał cały, a ona bladła. Między nami istniał jakiś węzeł niepojęty zaprawdę, ale istniał. Zmysły mają snać również swoją pamięć.
Wziąłem się do pracy zapamiętałej niż kiedy, bez żadnej innej rozrywki prócz listów Izy.
Otóż one; przechowałem je w całości i tak je tu załączam:

Mój kochany przyjacielu,

„Nie będziesz mi miał za złe, żem aż dotąd nie napisała do ciebie. A najprzód byłyśmy bardzo zmęczone, bo podróż jest bardzo długa i drogi złe o tej porze. Mimo największą chęć naszą podróżowania prędko i oszczędnie, zmuszonemi byłyśmy nocować jedną noc w Kolonii i jedną noc w Wrocławiu, a hotele tam takie drogie! Oddawna już jesteśmy w Warszawie. Jestem niewdzięcznica, powiesz pan pewnie. Codziennie zabierałam się pisać, ale mama była chora i miałyśmy dużo roboty.
„Ach! mój dobry przyjacielu, jakże żałuję Paryża i owych dni przyjemnych, spędzonych w twojej pracowni. Myślałam o panu dużo i często. Nie zapomnij, że jesteś moim mężusiem. Nie żartuję bynajmniej, mój panie. Powrócę i pobierzemy się. Mama zabrania mi mówić o tem, bo mówi że nie wypada, ale ja nie mogę powstrzymać się od powiedzenia panu że cię kocham z całego serca, i że chciałabym żebyś był przy mnie, albo ja przy tobie.
„Czy mój biust skończony? Kiedyż mi go przyszlesz? Sądzę że warto lepiej odrzucić kwiaty które są we włosach.
„Mama mówi że włosy moje są dosyć piękne, i długie, nie potrzebują żadnych ozdób. To mama tak mówi. Co prawda to miałam uczesanie greckie z którem nie było bardzo do twarzy, któregoś dnia na balu u szambelana Cesarskiego, gdzie miałam ogromne powodzenie. Bawiłam się bardzo dobrze. Ale to nie tak wesoło jak u pani Lespéron. Do widzenia, mój kochany przyjacielu. Pisz do mnie często i nie zapominaj mnie. Mama mi każe powiedzieć panu mnóstwo rzeczy. Napiszę do pana osobno. Ja zasyłam memu przyjacielowi najpiękniejszy ukłon Twoja żoneczka.

„Iza Dobronowska.

„P.—S. — Jak biust będzie gotów, możesz go pan przesłać przez ambasadę, udając się do sekretarza. To jeden z naszych przyjaciół. Tym sposobem nic nie będzie kosztować.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W cztery miesiące potem;
„Musisz być się pomału zdziwiony, mój kochany przyjacielu, nie otrzymując od nas wiadomości od bardzo dawna, jak również tem żeśmy ci nie podziękowali za biust, który już odebrałyśmy. Jeden pan, wielki amator, widział go i mówił że to śliczna rzecz, Mówił także mamie że jeśli zechce go sprzedać da jej za niego dwa tysiące franków. Mama nie chciała. Dopiero od wczoraj jesteśmy w Warszawie. Jeździłyśmy dla interesów do Petersburga. Mama spodziewała się otrzymać audjencję u Cesarza, ale Cesarz wyjechał do Odessy, bo jak się zdaje rozeszły się wieści o wojnie, Cesarz udał się na zwiedzenie miast południowych. Podobno z wami Francuzami mieliśmy się bić. Toby dopiero było ślicznie. W Petersburgu mówiono tylko o ostatecznej zagładzie Francyi i sądzę że wy zostalibyście pokonani. Nasi żołnierze są daleko piękniejsi, i daleko roślejsi od waszych. Ja myślałam już tylko o moim mężusiu, tembardziej że nie mówiłeś jako stajesz do popisu tego roku. Wynalazłam już sposób zobaczenia cię, mój panie. Jeżelibyś był żołnierzem, prędziutko dałbyś się wziąść do niewoli, dostawionoby pana tutaj i widywalibyśmy się swobodnie. Będąc w Petersburgu widziałyśmy się z moją siostrą. Gdybyś wiedział jaka ona ładna; mój szwagier, który jest jenerał-adjutantem przy Cesarzu towarzyszył mu w podróży. Moja siostra wyjednała dla nas audjencją u Wielkiego Księcia Następcy Tronu. Byłam bardzo dobrze ubrana; ale nie zdawał się uważać na mnie. Zdaje się zresztą, jak mi mama mówiła, że to człowiek poważny, który nie lubi kobiet. Nie rozumiem dobrze co to znaczy. To przecież tak ślicznie widzieć piękną kobietę. Wielki Książę powiedział mamie że będzie pamiętał o nas. Moja siostra dała mi prześliczną bransoletkę.
„Proszę pisać do nas często i mówić co się dzieje w Paryżu. Nudzimy się niekiedy potężnie. Dowidzenia kochany mężusiu. — Przyjmij ucałowanie swej żoneczki,

„łzy.

„Sierpień 18...”

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Jakże to ślicznie z pańskiej strony pamiętać o moich urodzinach i przysłać mi kwiatek w liście odebrałam go z rana, w dniu w którym właśnie skończyłam rok czternasty. Otrzymałam różne upominki, ale żaden nie był mi tak miłym jak ten dowód pańskiej pamięci, Mama już teraz weselsza bo nasze interesa lepiej idą.
„Mama znalazła tu pewnego oficera, syna jakiegoś naszego krewnego, którego nie znałam wcale, a który jest ważną jakąś figurą przy Namiestniku. Bardzo dowcipny, ma przepyszne konie, przyrzekł że dobra nasze wrócone nam zostaną. Mama mi opowiadała, że mówił z nią o mnie, tak jakgdyby chciał się ze mną żenić; ale mama nie znajduje go dość bogatym. A jednak ma najmniej dwakroć sto tysięcy liwrów dochodu. Śliczna rzecz cóż kiedy moja biedna matka wiecznie marzy o tronie dla mnie. Ofiarował mi pierścionek. Prześliczny turkus, najbłękitniejszy jak tylko można, z brylancikami po obu stronach. Wart z pięćset franków bardzo mi w nim dobrze. Mama łączy panu przezemnie ukłony. Dowidzenia, mój kochany przyjacielu,

„Iza.

„Listopad 18...”

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„I znowu długo nie pisałam do pana, bo mama była chora i przytem interesa nasze idą coraz gorzej. Szczęściem podczas przychodzenia do zdrowia mamy byłyśmy na wsi u ciotki tego młodego człowieka, o którym mówiłam ci w ostatnim liście, wyjechała ona na cały rok i pozwoliła mu na ten czas swego pałacu. Obszerne to i piękne bardzo, mnóstwo drzew stuletnich i pełno kwiatów. Pustka tu ogromna, zupełna wieś. Nie widać nigdy żywej duszy, z wyjątkiem tego młodego człowieka, który kilka razy przyjeżdżał nas odwiedzać, jakgdyby nie był u siebie. Nauczył mię jeździć konno. Ruch bardzo dobrze działa na mnie, kaszlałam troszkę, teraz nie kaszlę i wyrosłam przynajmniej na dwa cale. Jeżeli interesa nasze się nie poprawią, zostaniemy na zimę pomimo mrozów; ale są tu ogromne piece we wszystkich sieniach, tak samo jak w mieście, a zresztą trudno, trzeba się oszczędzać, Dowidzenia, mój kochany przyjacieiu, nie zapominaj o mnie.

„Twoja Iza.
„Drogi panie,

„Winnam po tysiąckroć przeprosić pana żem dotąd nie odesłała mu bagatelki, którą tak uprzejmie pożyczyć mi raczyłeś. Iza mówiła ci zapewne w swej korespondencji, do której ją upoważniłam, a która stanowi jedną z nielicznych rozrywek tego kochanego dziecka, żeśmy miały bardzo wiele nieprzyjemności z przyczyny sekwestru.
„Ani się domyśla, biedactwo, ile trudów zadaję sobie, byle ona była kiedyś bogatą i szczęśliwą jak siostra, która mówiąc nawiasem mogłaby się okazać nieco wdzięczniejszą. Nigdy nie byłyśmy w takiej biedzie jak teraz po powrocie z Francyi. Nie wstydzę się tęgo; są imiona, które niedola uświetnia bardziej tylko, i my nosimy właśnie jedno z takich imion. Nareszcie widnokrąg zaczyna się wyjaśniać, i sądzę że w niedługim czasie ujrzymy koniec trosk i zmartwień naszych.
„Tymczasem odeszlę ci, kochany panie, z najpierwszych pieniędzy jakie otrzymam, i z najczulszem podziękowaniem, owe pożyczone mi pięćset franków, które bardzo nam się przydały. Nie zapomnij mię, proszę, polecić pamięci zacnej twojej matki, i chciej wierzyć w uczucia życzliwości i wdzięczności mojej.

„Hrabina Dobronowska.

„Dowiedzieliśmy się z Francuzkich dzienników o nowym pańskim posągu, który zyskał ogólne uznanie, co zresztą i nie mogło być inaczej. Przyjmijże szczere powinszowanie od kobiety, która, jak bądź mieszkanka. Północy, nie jest mimo to całkowicie dziką, i która wie z pewnością równie dobrze jak kto inny co sądzić o pięknym twym talencie. Pisuj pan do nas odtąd do Warszawy, Plac Zamkowy Nr. 17. Tam to bowiem ostatecznieśmy się zainstalowały

Rok cały żadnego listu, następnie:

„Mój kochany przyjacielu, zechciej wyświadczyć mi grzeczność; odpowiedz odwrotną pocztą. Zapytaj twej matki ileby żądała za całkowitą wyprawę kobiecą, jak można najwykwintniejszą, z cyframi i koronami, ale samą tylko bieliznę. Potrzebna także męzka i szlafrok. Zwyczaj tu taki że panna młoda wnosi te dwie rzeczy. Zapłata gotówką a nawet, jeżeli trzeba, połowę z góry. Proszę mi odpowiedzieć jaknajśpieszniej, Stara przyjaciółka,

„Iza Dobronowska”.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Niespodziewałam się, łaskawy panie, więcej niż niegrzecznej odpowiedzi, którąś mi pan przysłał. Usługa, jakiej żądałam od niego była bardzo prostą, ponieważ pańska matka zajmowała się szyciem jeszcze gdyśmy wyjeżdżały z Paryża, dwa lata temu. Nie wiedziałam że nie trudni się niem więcej, a w okolicznościach w jakich się znajduję niema nic nadzwyczajnego żem się zwróciła do pana. Praca na życie nie krzywdzi nikogo, ponieważ ja i matka moja żyłyśmy często z pracy rąk własnych. Nie mniej wszakże ucieszyła mię wiadomość, że matka pańska tego już nie potrzebuje, a teraz łączę panu najpiękniejszy ukłon.

„Iza Dobronowska“.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I znowu rok bez wiadomości żadnej. Wreszcie pisze:
Mam dużo zmartwienia. Dlaczegóż jesteś pan pierwszą osobą, której powierzyć je pragnę? Czy pamiętasz jeszcze o mnie? Czy zawsze mię nienawidzisz? Nie pytam się czy żyjesz: ponieważ jesteś znakomitością, wiedziałabym gdybyś umarł; powiedz mi pan tylko czyś szczęśliwy, jak z duszy pragnę tego, i czy chowasz jeszcze na dnie serca życzliwe wspomnienia dla swojej szkaradnej i nieszczęśliwej Izieczki, która bardzo potrzebuje rad i przyjaźni swego kochanego przyjaciela.
„Nie pisz pan do mnie na Plac Zamkowy; wyprowadziłyśmy się ztamtąd. List adresować proszę na ulicę Piwną, dom Herthmana, pod nazwiskiem panny Wandy. Później powiem panu czemu mama nie powinna wiedzieć żem do ciebie pisała. Moja biedna mama zresztą jest bardzo smutna i bardzo niezdrowa.

„I...“
„Jakże jesteś dobry i jak ja kocham ciebie, najdroższy mój przyjaciel., Miałam słuszność nie wątpić o twem zacnem sercu. Czytając list twój zostałam do łez wzruszoną. Pytasz mię co się stało. Stało się to, że mama powzięła była nadzieje, które nie ziściły się ani dla niej, ani dla mnie, i żeśmy nigdy nie były w tak smutnem jak dziś położeniu. Znasz pan mamę: łudzi się łatwo i święcie wierzy we wszystkie swoje nadzieje. Rzecz szła moje zamążpójście, które nie byłoby wprawdzie ani królewską, ani książęcą partją, zawsze jednak przewyższałoby najśmielsze moje marzenia. Poświęciłam się dla niej, gdyż nie kochałam tego młodego człowieka, choć był szlachetnie urodzony i bogaty, ależ koniec końców nie kochałam go. Oświadczył się o mnie, wszystko było ułożone. Nie wiem co tam nagadano jego rodzinie, dość, że był zmuszony cofnąć swoje słowo. Mama zawróciła mi była głowę tak samo jak sobie; robiłyśmy tedy wydatki szalone, mające się opłacić mojem zamążpójściem. Zresztą, Sergjusz, takie jego imię, zachęcał nas do tego, i mama spodziewała się związać go silniej jeszcze tym sposobem ponieważ znał nasz stan majątkowy i tak stawał się moralnie odpowiedzialnym za spowodowane przez się wydatki. Gdy familja jego dowiedziała się o tych zamiarach i zobowiązaniach, uderzyła na alarm, a ponieważ był nieletni i nie mógł się żenić bez zgodzenia się ojca i matki, którzy grozili mu całkowitem wydziedziczeniem, chciał mię tedy wywieźć za granicę i w Anglji zaślubić; ale cóżbyśmy oboje robili bez majątku? Jego ojciec który jest bardzo wpływowy, posunął się aż do starania o uwięzienie nas, mamy i mnie. Syn musiał mu pewnie grozić wyjazdem. Walka była niemożliwą. Mama ustąpiła pod warunkiem że wszystkie koszta jakieśmy poniosły napróżno, będą jej zwrócone. Było to zupełnie słuszne; ale i na tem straciłyśmy dużo, bo moja biedna mama w niczem niema porządku i zapomniała bardzo wielu rzeczy. Wyprawiono Sergiusza za granicę. Pisze do mnie ciągle że mię kocha i żebym czekała na niego, i że się ze mną ożeni po przyjściu do pełnoletności, ale mu nie odpisuję. Sprawa ta narobiła wiele hałasu. Mama omało nie umarła ze wszystkich tych zmartwień tymbardziej, że otośmy się poróżniły, wskutek tej historji, z moją siostrą i szwagrem, którzy tego tylko pragnęli by się nas pozbyć jaknajprędzej. Środki nasze z każdym dniem się wyczerpują. Powoli sprzedajemy wszystkie biżuterye, które Sergiusz mi podawał i których nie chciał przyjąć napowrót. Bez tego nie wiem jakbyśmy żyły, i dużo na tem tracimy. Teraz radź mi

mój kochany przyjacielu! Ach! jakżeś szczęśliwy żeś mężczyzną, że masz talent, i że mieszkasz w kraju wolnym. We Francyi nie spotkałoby mię to, co tutaj. Szczęściem mam prześliczny głos i codzień piękniejszą się staję; mogłabym dawać lekcje śpiewu. Ciężka to rzecz, ależ żyć trzeba. Chciano mię zaangażować dla Petersburskiego teatru; ofiarują mi pięć tysięcy rui>li srebrem, około dwudziestu tysięcy franków, ale mama nie chce żebym wstępowała na scenę. Nie wyrzeka się ona nadziei wydania mię za mąż, czy za Sergjusza czy za kogo innego; ale ja nie chcę się więcej narażać na podobne próby, Radź mi! co mi każesz zrobić, zrobię. Sergjusz teraz w Wiedniu; pisze, że pojedzie do Paryża. Będąc tam odwiedzi pana z pewnością. Mówiłam mu o panu bardzo często że aż nie chciał bym do ciebie pisywała. Był zazdrosny, miał rację, Kochałam cię, i kocham więcej niż jego. Byłeś tylko był w Paryżu i byle list mój cię zastał! Będę wyczekiwać listonosza bardzo niecierpliwie.
„Dowidzenia, mój najlepszy przyjacielu, nie zapomnij o dawnej twej żoneczce,

„lzie“.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Cóż chcesz bym miała sobie do wyrzucenia? Nie starałam się ani trochę o rozkochanie w sobie Sergjusza! To tak samo przyszło, Zresztą, mama nie zostawiała nas nigdy samych we dwoje. Przy niej mówił, że będzie moim mężem, tak samo jak i pan mi mówiłeś. Tylko że, pan, żartowałeś, on nie żartował wcale, ponieważ jestem starszą o dwa lata niż byłam w Paryżu, jestem słuszna i rozwinięta nad wiek, i rzeczą jest prostą by mię kochano, jakkolwiek nie myślę o tem. Mama spokojnie dawała wzrastać tej miłości u Sergjusza, i dopiero wtedy powiedziała mi o niej kiedy prosił ją o moją rękę. Cóż chciałbyś żebym zrobiła? Nie mam majątku, nie mam nawet żyć z czego. Gdyby tak mama umarła, cóżby się ze mną stało? Nie mam prawa myśleć wyłącznie o sobie; powinnam pomyśleć o niej co mię wychowała, i złożyła we mnie wszystkie swe nadzieje szczęścia i dostatków, a u niej jedno bez drugiego nie istnieje.
„Czy sądzisz że życie jakie tu wiodłam od lat kilku tak mi się bardzo podoba? Wiecznie pokazywać się tłumom, być oglądaną niby jaki okaz ciekawy, słyszeć powtarzanie sobie w oczy że się jest piękną, i czuć że to do niczego nie prowadzi, nie bardzo to zabawne w końcu. Mama chciała tego. Ileż to razy poszłyśmy na bal bez obiadu! Ileż razy zastawiałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy dla sprawienia mi stroju! Ile długów, przykrości, ile scen z wierzycielami, na których owa piękność, co mi miała sprowadzić miljony, nie wywierała najmniejszej władzy! Sergjusz posiadał bogactwa niezmierzone, wychodząc za niego widziałam koniec naszych udręczeń. Nie kochałam go miłością, ale był to dobry chłopiec i byłam dla niego z prawdziwą przyjaźnią. Słysząc ciągle matkę dowodzącą, że świetnie wychodzę za mąż, zdawało mi się rzeczą naturalną wyjść w końcu. A jednak nie jestem chciwą dla siebie. Gdybym mogła iść za własnem przekonaniem, chciałabym poślubić skromnie i prosto człowieka kochanego, i cały czas przy nim spędzać. Widzą dobrze że piękność to nie wszystko. Są panny równie piękne, piękniejsze odemnie i przytem bogate. Z takiemi to bogaci mężczyźni się żenią, i mają wielką rację. Nie trzebaż więc robić mi wymówek, gdy proszę pana o radę.
„W oczekiwaniu pańskiej odpowiedzi, zgodziłam się była śpiewać na koncercie, który dawał mój profesor śpiewu; otrzymałam rzęsiste oklaski. Obiecywał podzielić się ze mną, dał tylko pięćset franków: zawsze to coś. Gdybym była pewną zarobić tyle, ile razy śpiewać będę, śpiewałabym codziennie, to mię nie męczy ani trochę.
„Jaka szkoda żeś mnie pan nie słyszał, powiedziałbyś mi otwarcie swoje zdanie. Nie chcesz żebym wstępowała do teatru. Za wiele tam mówisz pokus dla mnie. Jakie pokusy? W takim razie znajdźże mi męża, człowieka któryby zechciał mieć poczciwą żoneczkę i któryby nie dbał o posag. Oto rzecz główna. Powiedz mu że go kocham z całej duszy i będę śpiewać jedynie dla niego; ale niechaj się pospieszy, bo oto nadchodzi zima, a i w Polsce mrówki nie hojniejsze jak we Francyi. Gdybyś pan był co dobrego, przysłałbyś mi swój portret. Musisz być także bardzo zmieniony; ja przyszlę ci swój. Kazałam go robić wprawdzie nie dla pana, ale jestem pewna, że nie mam lepszego nad cię przyjaciela, więc darowuje go panu. Postaram się o sposób przesłania ci go niezwłocznie.
„Do widzenia, łaskawy panie, nie kocham cię już ani trochę; brzydki jesteś i zanadto skory do posądzanie ludzi o złe sprawy.

„Iza Dobronowska“.

„Nie czekam nawet twojej odpowiedzi, najdroższy mój przyjacielu, by ci zawołać ze wszystkich sił moich: Ocal mię, błagam, nie zostawiaj mię w położeniu w jakiem jestem. To cobym mogła ci opowiedzieć, gdybyś był tutaj, nie, nie, napisać ci tego nie mogę: to zbyt okropne i nie należy obwiniać własnej matki jakkolwiekby postąpiła; ale na miłość boską, ratuj mnie. Trzeba byś koniecznie, i to jak można najśpieszniej, wynalazł środek sprowadzenia mię do Francyi, ale chciałabym wyjechać sama. Mieszkać przy matce niepodobnaby mi było. Gdybyś wiedział co zaszło między nami i to wskutek czego! Nie wymagaj żebym ci opowiadała takie rzeczy. Pomyśl ilebyś cierpiał gdyby ci przyszło mówić co na matkę; ale pan, pan jesteś mężczyzną. Na wszystko co masz najświętszego zaklinam pana, szukaj i znajdź jaki środek wyrwania mię ztąd. Czy nie mogłabym zamieszkać przy twej matce? Dawałabym lekcye śpiewu, byłabym nauczycielką; mówię po angielsku jeszcze lepiej niż po francusku, w czem nie jestem bardzo mocna, ale się nauczę. Pragnę jedynie zarabiać na życie. Powiedzą tu o mnie co zechcą, żem uciekła z kochankiem, że jestem dziewczyną zgubioną, co mię to obchodzi? Będę miała świadectwo własnego sumienia i pański szacunek. Gdy bym miała pieniądze, wyjechałabym dziś jeszcze w nocy, jestem jak warjatka. Jedna z przyjaciółek pożycza mi swego paszportu, ale nic nad to pożyczyć mi nie może, nie bogatsza ona odemnie; o jedno tylko proszę pana, jeżeli nie możesz mi dopomódz w tem zdarzeniu, to żebyś nigdy o tym liście nie wspominał matce mojej, sam nawet swojej, któraby mię potępiła, wystawiając sobie że wszystkie matki takie jak ona. Bodajby tak było! Myślałam już o wstąpieniu do klasztoru, ale boję się czy starczy mi odwagi w nim pozostać. Czuję w sobie siłę i wolę pozostania kobieta uczciwą, ale na swobodzie, wśród ludzi. Jeżeli mama pańska mnie nie zechce, możeby córka p. Ritza chciała? Wszak ona ma już trzyletnie dziecko, niechże mnie weźmie za guwernantkę! Alboż też pani Lespéron, u której poznałam pana (ach! gdzież dziś ów wieczór szczęśliwy?), czyby nie mogła, ona co zna tyle osób, znaleźć mi jakie miejsce albo wydać mnie za mąż? Pieniądz nie powinienby być jednak wszystkiem, i młoda dziewczyna ładna, skromna, pracowita, boć przepracowałam już nie mało godzin, nie mówiąc nic nikomu, i na życie dzienne zarabiałam nieraz nocą, nareszcie dziewczyna uczciwa, dowodzę tego przecież w tej chwili, kiedy odemnie tylko zależałoby być bogatą poświęcają tę uczciwość (pojmujesz pan? to okropność, mój Boże!), dziewczyna taka jak ja czyż nie zastąpi posagu dla człowieka z sercem? Nareszcie zrobisz z Izą co zechcesz. Jestem przekonana że nie mam lepszego nad cię przyjaciela, a pan możesz być pewien że nikt cię tak nie kocha jak twoja nieszczęśliwa żoneczka

„Iza Dobronowska“.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Jesteś dobry jak Bóg sam. Płaczę z wdzięczności i szczęścia pisząc do ciebie ten list ostatni. Doprawdy, kochałeś mnie od pierwszego wejrzenia? Ja także kochałam ciebie, więc to widać dlatego tak zawsze myślałam o tobie. Przeznaczenie istnieje rzeczywiście, widzę to teraz. Uściskaj odemnie swoją matkę. Wyjadę jutro, dziś wieczór jeszcze, jeśli będę mogła. Jakże mi śpieszno cię widzieć! Dowiesz się o wszystkiem. Przysyłam ci najdłuższy promień moich włosów. Przynajmniej jeśli umrę w drodze zostanie ci cząsteczka mego życia, i przekonanie, żem umarła z myślą o tobie; Z chwilą otrzymania tego listu nie wychodź już z pracowni i drzwi na klucz nie zamykaj. Obaczysz je otwierające się nagle, to będę ja! — Jakie szczęście! kocham cię! kocham cię! kocham! Jak mi błogo że mogę ci to powiedzieć nareszcie. Twoja tą razą prawdziwa żoneczka,

„Iza“.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Była szczerą kiedy tak pisała. W tej godzinie gdy tyle mam przeciwko niej zarzutów, gdy tak bardzo wszystkich jej win potrzebuje dla zmniejszenia ciężaru mojej winy, przysięgam, ona nie kłamała, kochała mię wtedy. Nie wątp pan o tem drogi przyjacielu, nie staraj się w wątpliwość wprowadzać nikogo. Szanuj owe chwile! Nie obmyślała ona nic zawczasu. Jak i ja podlegała fatalności dziedzicznej. Podlegała jej nawet podwójnie będąc zrodzona z dwóch istot zepsutych do głębi.
Nazajutrz po otrzymaniu ostatniego listu, odebrałem następny:
„Zabierasz mi pai moje dziecko, moje dziecko jedyne, dla którego tyloletnie zniosłam poświęcenie, a które tak źle mi się za nie wypłaca! Życzę i pragnę szczęścia dla was obojga, ale w nie nie wierzę. Ta co jest niewdzięczną dla własnej matki, będzie i dla męża nie wdzięczną. Ma ona wszystkie papiery potrzebne do aktu ślubnego, któremu się opierać nie chcę, ponieważ nie mam nic jej dać w zamianę. Bądźcie spokojni, nie usłyszycie o mnie nigdy więcej. Obowiązek mój spełniłam aż do końca, przekonasz się pan sam kiedyś że miałam słuszność, i pożałujesz złego, któreś mi wyrządził.

„Mam zaszczyt pożegnać pana.
„Hrabina Dobronowska“.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nie myślałem naturalnie poddawać tego listu, ani pod sąd matki, ani p. Ritz’a a zresztą, dotąd ani jednemu ani drugiemu nie mówiłem na serjo o Izie, a przynajmniej o moich względem niej zamiarach.
W owym czasie położenie moje finansowe było wyjątkowo świetnem, jak na artystę mojego wieku. Nie mogłem podołać zamówieniom. Zarabiałem na czysto trzydzieści do czterdziestu tysięcy franków rocznie. Dwie trzecie z tego umieszczałem na procencie, a i tak jeszcze oboje z matką żyliśmy bardzo wygodnie, nawykli oddawna do pracy, oszczędności i prostoty. Zresztą dążyłem do tej niezależności materjalnej, któraby pozwoliła mi rozrządzać sercem według własnej woli. Byłem silny wesół, niezmordowany; nie znałem granic żywotności własnej. Nie bałem się zarówno przyszłości jak obecnej chwili, i śpieszno mi nawet było dźwignąć jeden ciężar więcej na swe ramiona. Chciałem nie tylko wszystko samemu sobie zawdzięczać, ale pragnąłem nadto by drudzy a przedewszystkiem kochana przezemnie kobieta, pomyślność swą, dostatki i szczęście mnie jednemu winną była. Ponieważ los dawał mi talent, zdrowie, dostatki, uważałem się odnośnie do ludzkości za dłużnika, i pragnąłem dzielić się z mniej szczęśliwymi od siebie. Słyszałem często mówiących: „Dla czego się nie żenisz? W twojem położeniu mógłbyś zrobić świetną partję, z takiem prowadzę niem, z taką opinją, możesz, powinieneś wszystko osiągnąć. Wejdź w jaką porządną rodzinę. Chcesz ożenię cię, i t. d., i t. d.“ Odmawiałem, Naprzód dlatego, żem nie chciał w położeniu już zdobytem przeszłość matki mojej poddawać pod rozbiór jakiej „prawej„ rodziny, w skład której wejśćbym zapragnął; następnie, żem upodobał sobie w wyż wymienionej idei.
Uboga dziewczyna, matka moja, została zdradzoną, porzuconą przez mężczyznę; trzeba więc by inna uboga dziewczyna, moja żona, mogła powiedzieć, że znalazł się mężczyzna co ją wziął jak stała bez pieniędzy, bez opieki i uczynił swą towarzyszką szczęśliwą i poważaną. To mi się zdawało koniecznem zrównoważeniem w świecie wszechrzeczy, na korzyść tej uczciwości, co się stała zasadą i podstawą mego życia. Nareszcie miłość artysty, miłość szalona, fatalna miłość, zwijcie to uczucie jak zechcecie, ja kochałem Izę.
Opanawała mię ona przez to pierwsze pojawienie, co mię tak olśniło, przez piękno którego była najdoskonalszym wyrazem, przez bojaźń utracenia jej na zawsze, przez zazdrość, żal, przez nagłe odwołanie się biednej dziewczyny do mego przywiązania, gdy mię błagała o wyrwanie jej z grożących niebezpieczeństw, przez konieczną potrzebę mej opieki, przez nędzę nakoniec, co dla ludzi zwyczajnych stało by się raczej przyczyną zerwania. Dodajcie do tego czystość moich obyczajów, gwałtowną potrzebę miłości, wypowiedzenia jej, dowiedzenia jej, nieuniknioną w moim wieku, napastującą mię, drażniącą. A potem, jeszcze jeden urok: kochać istotę, dziecięce ledwie rysy której pamiętamy, kobieca twarz której jest nam nieznaną jeszcze; którą się przedstawia, którą się wyobraża, którą się marzy, ale której określić ani uwydatnić sobie niepodobna, na którą oczekujemy każdej chwili, z całym niecierpliwym niepokojem duszy, rwącej się do niej, jak ona do nas, którą czujemy zbliżającą się zwolna do powietrza naszego oddechu, której nadejście słyszymy całem sercem, w ramiona której mamy się rzucić na całe życie. Oh! nie byłoż to; zaprawdę czystą atrakcją dusz, przyczyną miłości prawdziwej?




II.

Opowiedziałem o wszystkiem matce, nie tyle z zamiarem poradzenia się jak raczej zawiadomienia jej po prostu. Oddawna już postanowiła ona była nie wpływać na mnie w żadnym razie, znajdując mię tysiąc razy mędrszym i rozsądniejszym we wszystkich sprawach niżby się kiedykolwiek spodziewać mogła. Wszystko com czynił, czyniłem dobrze. Była mi wdzięczną żem się nigdy w jej przeszłość nie wdzierał, i sądziła się obowiązaną w zamian do mojej nie wglądać. Szczęście moje było jej dewizą. Zdawało jej się rzeczą naturalną, by wszystkie kobiety szalały za mną. Zdawało jej się rzeczą prostą, bym się ożenił z ubogą dziewczyną.
Z drugiej znów strony, żyła w sferze takiej mierności, że mnóstwo możliwości okazało się niedostępnemi jej przewidywaniom. Znosiła skutki złego, ale nie wyrządziła go nigdy; nie mogła go więc przewidywać. A może też widząc mię rosnącym w sławę, bała się by duma nie opanowała mię z czasem, a świetny jaki związek nie oderwał od niej. Ożenienie więc takie przy którem czułaby się potrzebną, przyjętą, zrozumianą, uśmiechało się jej z góry.
Urządziła tedy pokoik dla córki, jak już zwała Izę, i oczekiwała na nią z niecierpliwością równą niemal mojej.
Przyjaźń i wdzięczność woja dla Ritz’a zawsze były te same co dawniej. Stosunki z konieczności stały się rzadszemi. Na pozór nic się między nami nie zmieniło: było to wszakże jego raczej niż moją zasługą. W istocie, za każdem nowem mojem powodzeniem, niektórzy z zapalczywszych mych wielbicieli, z tych co to nie umieją podnieść jednego bez poniżenia drugiego, chwycili się sposobności by napaść na jego dzieła. Niejednokrotnie drukowano w sprawozdaniach, że zdobycie się na takiego ucznia było nie małem szczęściem dla niego, bez tego bowiem na nicby się nie zdobył. Było to nieszlachetnem, było to niesprawiedliwem; on wszakże nie dawał poznać po sobie ile niesprawiedliwość taka go bolała. Im więcej okazywałem mu serdeczności, tem więcej zdawało się jakobym chciał zadosyć mu uczynić za tę nagłą sławę; im więcej starałem się zacierać niknąć w obec niego, tem bardziej go poniżałem. Położenie moje względem niego stawało się przez to niezmiernie drażliwem niekiedy. Zawdzięczałem mu wszystko, nie byłem zdolny zapomnieć o tem, a nie wolno ml było nawet podać mu najprostszą radę, albo wyrazić pochwałę, pod karą dotknięcia go boleśnie pozorem wyższości. Przychodził do mnie; przypatrywać się gdy pracowałem; pokazywałem mu studya; pomysły swoje od dawałem pod sąd jego: zasięgałem jego rady co do dzieł moich. Kilkakrotnie zdarzyło mi się odwołać się do niego. Udawałem jakobym nie mógł poradzić i prosiłem go o pomoc. Była to największa rozkosz jaką mu sprawić mogłem, to też po skończeniu dzieła, skoro podziwiano szczęśliwy ruch, wyraz, linię, do których on się przyczynił, starałem się powtarzać w obec niego:
— To pomysł mego dobrego mistrza; jemu to należą się pochwały.
Ściskał mię wtedy gorąco; ale z samego uścisku odgadywałem, że mię rozumiał, i że posiadał tyle wielkości duszy by mi przebaczyć chęci poczciwe:
Mieszkał razem z córką, zięciem i dwojgiem ich dzieci. Co się tyczy rodziny, ta nie pozostawiała mu nie do życzenia. Konstanty ukończył St. Cyr jako jeden z pierwszych uczni, i był już tem, co przyrodzenie zawsze w nim przepowiadało, jednym z najlepszych dowódzców w Afryce. Pisywaliśmy do siebie i jak tylko przybywał do Paryża za urlopem, drugie z kolei jego odwiedziny mnie się dostawały.
W okolicznościach, w jakich się znajdowałem, należało mi wyjawić zamiary moje tak p. Ritz jak i matce. Poszedłem do niego. Opowiedziałem mu niedługie dzieje mej miłości i przyszłe zamierzone jej rozwiązanie.
— Czy stanowczą wiadomość mi przynosisz, — spytał, — czy przychodzisz żądać mej rady?
— Jest to wiadomość stanowcza.
— A zatem, drogie dziecko, — powiedział biorąc mię w objęcia i ściskając czule, przyjm szczere życzenia, i pamiętaj że dom mój, jest zawsze twoim, czy będziesz żonaty lub nie.
— Czy zechcesz pan łaskawie być moim świadkiem?
— Z całego serca.
I czemuż nie zwierzył mi wtedy wszystkich obaw swoich? Ale czyż byłbym go słuchał?




III.

Działo się to 2 marca, było południe, gdy Iza weszła cichym, stłumionym krokiem do mojej pracowni, nie skrzypnąwszy nigdzie drzwiami, które wszystkie stały nie zamknięte, stosownie do jej polecenia.
Z twarzą ukrytą pod czarnym koronkowym woalem, trzy razy okręconym w około głowy i który uparcie osłaniał jej rysy przed najciekawszem spojrzeniem, stała milcząca, nieruchoma, nieprzenikniona jak obraz przeznaczenia, przytrzymując obiema skrzyżowanemi na piersiach rękami, powiewne końce tej dziwacznej zasłony. Wpatrywałem się w nią przez chwilę, nie zdolny ruszyć się z miejsca, tak bardzo serce mi biło. Wtedy odwinęła woalkę, zerwała z głowy kapelusz i ciskając wszystko na los szczęścia, ukazała promienną twarzyczkę, którą jasne światło dzienne rozjaśniła jeszcze trochę. Dlaczego nie padano na twarz przed tą boską istotą? Jakie tej dano dostać się aż do mnie? Ach! czyż istotnie ku mnie tak dążyła? Ten wdzięk, ten przepych, ta młodość, te spojrzenia, te uśmiechy, ten rozum, ta dusza, wszystko to byłoż więc dla mnie! To wszystko to tworzyło się, rozwijało, ożywiało o pięćset mil odemnie, dla mego szczęścia i dla mojej sławy! Jaka nagroda! i jak słusznie szanowałem miłość, zachowując się nietkniętym na pierwsze zachwyty! Doskonale znała swą potęgę, i widząc mnie zatopionego w uwielbieniu, przemówiła dziecięcym swym głosem, którego lata nie zmieniły wcale:
— Znajdujesz mię ładną?
Pobiegłem do niej, pochwyciłem ją w ramiona, podniosłem z ziemi, i okryłem pocałunkami ręce jej i włosy.
— Już cały tydzień chodzę z tym murem na twarzy, — mówiła dalej wskazując rzuconą woalkę — nie chciałam by ktokolwiek patrzył na mnie zdawałoby mi się że cię zdradzam pokazując się drugim. I ty; ty także jesteś piękny, — oh! Ależ śliczny jesteś. Jakże my będziemy się kochać! Jak tu wesoło! Zostaniemy tutaj zawsze. Jaki ty dobry że się ze mną żenisz! Gdyby nie ty coby się ze mną stało? A matka twoja, gdzie twoja matka niechże ją ucałuję? Czy mój pokoik gotowy? Teraz jestem zupełnie sama na świecie. Ale to daleko wygodniej dla naszej miłości. Pobierzemy się jaknajprędzej prawda? Mam wszystkie papiery w porządku; patrz, oto są. Były przygotowane dla tamtego, dla Sergiusza, wiesz? Nie miał odwagi oprzeć się rodzinie. Doprawdy, doskonale zrobił! W ostatniej chwili byłabym mu odmówiła. Cóżby się ze mną stało, kiedy ciebie kochałam! Prędko, prędko, mój pokój; upadam ze zmęczenia.
Przyzwałem matkę. Iza rzuciła jej się na szyję z dziecięcem wylaniem. Matka pokochała ją od razu. Zaprowadziła do przeznaczonego dla niej pokoiku, położonego obok jej pokoju, tuż nad moją pracownią.
— Jak tylko się, obudzę, — powiedziała Iza zastukam nogą w podłogę. Racz pan pracować aż do tej pory.
Pocałowała mię w czoło i spała do samego wieczora.
Jakież błogie życie wiodłem przez ciąg dwóch miesięcy! dwa miesiące bowiem czasu zabrało uregulowanie wszystkich formalności. Iza chodziła i biegała po całym domu, jak gdyby tutaj wzrosła i jak gdyby nigdy nie wydała się z niego. Oddychałem jej życiem. Miewała nagle porywy ptaszka. Niespodzianie rzucała mi się na szyję z okrzykiem;
— Już tylko tyle dni zostało czekać!
Albo znowu, zbudziwszy się w nocy, brała, pantofelek i stukała nim w podłogę wołając:
— Dobranoc, mój kochanku!
Dostawała zawsze odpowiedź, gdyż sypiałem bardzo mało. Myślałem o niej bez ustanku. Rzecz skończona, miłość stała się wszechwładcą moim.
Opowiedziała mi dokładnie dzieje swe od czasu naszego rozstania i jak wspomnienie o mnie górowało ustawicznie po nad przygodami i burzą jej życia. Matka zawiozła ją była do Petersburga w nadziei rozkochania w niej którego z książąt. Nie została nawet ani razu przyjętą w pałacu; wtedy, prowadzała ją wszędzie, gdziekolwiek mogła być widzianą aż do znużenia. Następnie, powróciwszy do Warszawy, próbowała, bez wiedzy córki, złapać w sidła Sergiusza. Ledwie nie doszło do procesu. Była mowa i o teatrze. Doprowadzona do ostateczności nędzą, chciała w końcu oddać córkę, powiedzmy wprost, sprzedać ją jakiemuś niezmiernie bogatemu starcowi, który w zamian zapewniał je dostatnie życie, i ośmieliła się oświadczyć córce to dzikie postanowienie.
Po tem wyznaniu, Iza nic już nie chciała ukrywać przedemną. Opowiedziała mi jeszcze rzecz jedną, która ostatecznie utwierdziła mię w przekonaniu żeśmy byli od wieków przeznaczeni dla siebie i że istniał już pomiędzy nami jakiś opiekuńczy, tajemniczy węzeł.
— Czy pamiętasz, — rzekła mi, dzień, kiedy to przyszedłeś do nas pierwszy raz, na Szkolną? Wpatrywałeś się we mnie z uwagą. Spytałam cię o przyczynę, gdyż w tem wpatrywaniu się było coś więcej nad prostą sympatję i przyjaźń. Odpowiedziałeś, że znalazłeś we mnie uderzające podobieństwo do jednego z twych kolegów, nazwiskiem Minati, zmarłego przed kilku lały. Przemówiłam wtedy kilka słów po polsku do matki, zapytałam jej czy można ci powiedzieć żeśmy znały ojca Minatiego. Odpowiedziała mi że „Nie“. Nic ci więc nie wspominałem o tem. Jestem siostrą Andrzeja Minati. Ojciec trzy lata mieszkał w Warszawie. Był ślicznym mężczyzną, jak się zdaje. Odwiedzał bardzo często mego ojca przed mojem urodzeniem. Widzisz, że nie mam przed tobą tajemnic. Cóż cię to zresztą obchodzić może! tylko że to ciekawe, prawda?
— Tak. Jakim sposobem dowiedziałaś się tych szczegółów.
Kiedyśmy popadły w nędzę, mama odwoływała się o pomoc do p. Minati. Ja to zwykle pisywałam listy. Nie odpowiedział mi razu. Kiedyś, w przystępie gniewu, w obec mnie zdradziła się z tajemnicą, a w końcu opowiedziała mi o wszystkiem. Później, dowiedziałyśmy się że ten jegomość już nie żyje.
Nieszczęsne fatum grało teraz w odkryte karty; do mnie należało się cofnąć ani pomyślałem o tem.
Otrzymywałem po parę listów bezimiennych na tydzień. Mieściły się w nich najdziwniejsze oskarżenia, nie tylko hrabiny ale nawet Izy dotyczące. Pokazywałem jej wszystkie te listy, z wyjątkiem tych, których grubijańsko-technicznych wyrażeń pojąć by nie mogła.
— Ten musi pochodzić od pani takiej to, — tamten od panny takiej, — mówiła Iza z największym spokojem. Nie mam do nich żalu, jam szczęśliwa: ale jeżeli ty im wierzysz (mówiła mi zawsze ty, a z jakim pieszczotliwym wdziękiem! jeżeli wierzysz im, nie żeń, się ze mną: jeszcze czas. Ja i tak zostanę u twojej matki. Dobrze mi tutaj. Nie będę wam przeszkadzać, a i utrzymanie moje dużo was kosztować nie będzie.
Może chcesz żebym została twoją kochanką, dla dowiedzenia, że kocham ciebie?
— Nie mów tak, — przerywałam kładąc jej rękę na ustach, — nietak powinna się odzywać ta co będzie moją żoną.
— Cóż chcesz! — odpowiedziała, — wiem że młoda dziewczyna może żyć z mężczyzną nie będąc żoną jego, i że jest przez to shańbioną; ale zapewniam cię że nie wiem nić nadto, i nie rozumiem nawet dobrze co ten wyraz znaczy. Bylebyś mię kochał i miał mię przy sobie, reszta nie wiele mię obchodzi.
Po ogłoszeniu zapowiedzi, poczęto mówić o tym związku jak to się mówi o wszystkiem, i tak i owak, przeważnie w naszym światku artystów. Niespodziana wiadomość dawała pole do najsprzeczniejszych komentarzy. Zdaniem jednych zaślubiałem bogatą dziedziczkę, wykradzioną od rodziców; zdaniem drugich jakąś awaturnicą, która skorzystała sobie ze mnie, jako z dobrze znanego niewiniątka. Dla tych, Iza była zagraniczną księżniczką, pałającą ku mnie miłością szaloną która zaślubiała mię wbrew woli rodziców; dla tamtych, była modelem, oddawna kursującym po pracowniach, i którego cały szereg poprzednich kochanków na palcach wyliczyć było można.
W Paryżu, skoro się posiada imię wydające się czemkolwiek po nad tłumy, jest się na łasce pierwszego lepszego plotkarza. Szczęściem, Paryżowi zawsze pilno i nic, nawet potwarz nie zatrzyma go na dłuższą chwilę. Dla tego już samego Iza pozostała nieznaną, niewidzialną nawet, przed ślubem bowiem nie pokazywałem ją dosłownie nikomu. Na nic by się nie przydało czcić ją tak wysokim jak mój był szacunkiem, by odkryć światu spoinę życie nasze. Nie zostawaliśmy nigdy we dwoje, a skoro bywała obecną przy mych pracach, matka moja zawsze była z nami. Nadto byłem rozkochany i nazbyt uczciwy bym mógł wyzyskiwać własne szczęście. A jednak ciężko walczyłem z sobą z chwilą bowiem gdy miłość ogarniała tak gorącą i tak długo powściąganą naturę jak moja, musiała ją palić żądzą i niepohamowaną ciekawością swoją.
Wejście nasze do kościoła przywitał szmer uwielbienia, który, gdyby nie świętość miejsca, niewątpliwie byłby się zmienił w porywający oklask ogólny. Zresztą, musisz pan pamiętać to wrażenie, ponieważ byłeś na naszym ślubie. Awanturnica czy księżniczka, wielka pani czy gryzetka. Iza była dla wszystkich bez wyjątku najpiękniejszą pod słońcem istotą, uczczono też w niej najwyższą przewagę piękności, w połączeniu z młodością i tym skromnym wdziękiem, który nie mógł być udanym i nie był nim w istocie. Dumny się czułem, powtarzam, nie tylko tem oddaniem mi się tak doskonałej piękności, ale nadto dumny z własnego swego postąpienia. Ziszczałem najpiękniejsze swe marzenia; dotrzymałem sobie słowa. Przedstawiałem rzadki i podniosły przykład człowieka uczciwego, pracowitego, słownego, zawdzięczającego wszystko własnym silom, poślubiającego dowolnie, bez wyrachowania, bez interesu, bez umów poprzednich, kobietę własnego wyboru, która znowu z kolei wszystko mu zawdzięczać miała, i dla której przesadnie niemal zachował się nietknięty umysłem i sercem.
Oto w jakich warunkach nastąpiło moje ożenienie. Był to niewątpliwie czyn szalony, ale otwarty i prawy.




IV.

Miodowy miesiąc przepędziliśmy samotnie, na wsi, w niewielkim pawilonie, który książę R... zostawił do mego rozporządzenia. Pawilon ten wznosił się nad brzegiem Sekwany, nieco bliżej od Melun, u stóp lasku Sainte-Assise. W zimie strzeżony był przez ogrodnika, jego żonę i córkę, którzy nas nie znali i do których należało zaopatrywanie potrzeb materjalnych naszego istnienia przez cały czas pobytu w pawilonie. Ludzie nieznajomi, cóż za szczęście!.. Dla tych dobrych ludzisków byliśmy po prostu przyjaciółmi księcia, potrzebującemi nieco świeżego powietrza i spoczynku, po długiej podróży. Tym sposobem uniknęliśmy badawczej ciekawości, przedmiotem której staje się zawsze dwoje nowożeńców, w każdem miejscu i stanie. Posiadaliśmy przestwór, swobodę, bezimienność szczęścia. Tam, obok wykwintnego pysznego mieszkania, znaleźlibyśmy całą uroczą prostotę życia wiejskiego. Ugalonowany służący w liberji i krawacie, który latem pojawił się z państwem, teraz nie wkraczał jeszcze w progi zacisza, wybitego koszmirem, materją perską i jedwabiami. Natomiast, ledwo dosłyszalnie zastępowały go ciche ostrożne kroki córki ogrodnika, równo ze świtem pełniącej obowiązki pokojowej, stąpającej na palcach, by nie zbudzić czasem trafunkowych gości swoich, bogatych zapewne, i chętnych jej odpłacić wspaniałą książęcą gościnę. Matka jej przyrządzała nam ową wyborną, smakowitą kuchnię, sztukę której posiadają zazwyczaj żony ogrodników.
Serce i żołądek żyją w takiem dobrem z sobą porozumieniu w czasie zdrowych wrażeń i uciech niewinnych! a potem młodość rozwesela co miłość uszlachetniła.
Byliśmy w pierwszych dniach Maja. O wiosno! gdzież jest człowiek, na tyle wypadły z łaski Bożej, że choć raz w życiu nie wsłuchał się w ciebie, wyłaniającą się z głębi wszechrzeczy? Kto z nas nie uczuł się szczęśliwym na widok poruszającego się w łonie matki-ziemi pełnego nadziei niemowlęcia, co ma się nazywać lato? Nie doznawaliżeście, w tym czasie nieokreślonym, nadewszystko jeśliście byli zakochani, rodzaju przyrodniczych zawrotów, a skutek których zdawało wam się jakoby kula ziemska poczynała się szybcej obracać by dobiedz co rychlej do palących pocałunków promienistego swego oblubieńca? A skoro, lekkie obłoczki, ostatnie cienie niknącej zimy, rozszarpią się nagle, jak tkanka muślinowa, i ukażą błękit, iskrzący jak szafiry, łagodny jak przebaczenie, czyż nie dostrzegaliście wtedy wyraźnie bożego uśmiechu i czy nie czuliście się lepszymi? Jakiż cudny przewrót w całej naturze! Jeden promień słońca zmienia wszystko w harmonji świata: co płakało śmieje się, co jęczało śpiewa. Deszcz pada wesoło; nie boimy się już deszczu. Padając tworzy kwitnienie. Jeżeli płatki śniegu polatują jeszcze, podobne do puchu gołębi, gonimy je wzrokiem szyderczym, jak maski po karnawale. Palimy ogień i otwieramy okna. Wszystko ma się do życia, i czujemy jak pierś wzbiera nam czułością dla tworów i rzeczy. Zdawałoby się że ludzkość ma zawrzeć nakoniec wieczyste przymierze z całą resztą stworzenia, że otóż zło, nieufność, wojny, boleści znikną z łona ziemi, i że już ukazać się ma anioł, zwiastując powszechne ukojenie i zgodę.
Tę wiosnę, kto mi ją dziś wróci? Cały dzień, chodziliśmy po owych cudownych gaikach, niezwiedzanych prawie, i których krzyżujące się ścieżki wiodły nas niewiedzieć dokąd, zawsze jednak gdzieś, gdzie nam było dobrze, i gdzie całowaliśmy się dowoli, nie płosząc nawet ptaszków leśnych, wiedzących że jak dla nich tak i dla nas nadeszła szczęśliwa pora.
O! te drzewa z Sainte-Assise, znam je wszystkie i kocham wszystkie dziś jeszcze. Nie ich to wina jeżelim był nieszczęśliwy: nie one to mię zdradziły; jak umiały, przyczyniały się do mego szczęścia, użyczając mi wesoło zieleni i cienia na pierwsze gniazdeczko moje.
Oh, przyrodo, przyrodo! dopóki bodaj jeden człowiek, a w tym człowieku dusza istnieć będzie na ziemi, ten jeden zapyta cię, jak ja dzisiaj, coś zrobiła z obietnicami twojemi i ze złudzeniami jego. Czemu tak błogo uśmiechałaś mi się wtedy? Dlaczego zdawałaś się nam błogosławić wszystkiemi twojemi głosami, a o tej chwili, niezmienna z pozoru, ani się przyznać do mnie, ni mnie cieszyć nie chcesz? Czemu, gdy rozszalały zrozpaczony, nędzny, z całą szczerotą szedłem do ciebie; matko wszechstworzenia, wzywając u ciebie rady, zachęty, uśmiechu, dlaczegoś pozostała milczącą, ty której znałem hojność i wymowę? I jednak działo się to o tej samej porze, w tych samych niemal dniach miesiąca. I w tobie, i dokoła ciebie wszystko było po dawnemu. I obłoczki jak dawniej pływały po niebie, i ptaszki, przelatywały z gałęzi na gałęź, i muszki tak samo błyszczały wśród trawy; ale nie te to już obłoczki, i ptaszki, i muszki już nie te; och, i ja nie ten już byłem. Widziałeś ty już nieraz tysiące istnień i tysiące skonów, a nigdy nie drgnęło ani się nie zmieniło nieruchome twe oblicze; a czemże dla ciebie jedna boleść więcej albo mniej!
Tu i owdzie siekiera kilka drzew obaliła, stopy ludzkie wydeptały nowe ścieżki: trawa zarosła drożyny na których lekkie, szybkie kroki nasze nie zostawiły widocznych śladów, a ty, milcząca, obojętna, wiodłaś dalej wieczyste dzieło nie pamiętając, nie dbając. Bo i wierzcie nie twoja to wina. żeśmy szaleni, że wrażenia, niebezpieczeństwo i żale znikomości przenosimy nad wieczyste przepychy. Błogosławiona bądź, święta przyrodo; szczególniej maluczki kątku ziemi, gdzie się czułem tak zupełnie szczęśliwym!.. Zupełnie szczęśliwym/ Gdzież człowiek co by zdołał stwierdzić dwa te słowa o własnej mówiąc przeszłości? Najlepszą, najpiękniejszą cząstkę mego życia zostawiłem w owym małym lasku. Obyż kto inny mógł ją tam odnaleźć!




V.

Kiedyś, gdy będziesz miał czas wolny, drogi przyjacielu i uczujesz potrzebę samotności i skupienia, wyjdź pięknym rankiem majowym, na drogę do Fontainebleau. Zatrzymasz się w Cesson; ztamtąd wziąwszy się na prawo, będziesz szedł małe pół milki aż do wielkiej kasztanowatej alei. Przekroczysz drewnianą barjerę która drogę powozom zagradza. Nikt ci nic nie powie: właściciel to wielki, pan gościnny dla każdego. Tą aleją dochodzi się do miejsca gdzie się grunt obniża. Czy widzisz, tam na prawo, tę ścieżynkę wpół zakrytą rosnącemi nad nią hebanami? Przecina ją nizka krata, zawsze uchylona, ponieważ dzieciom wioskowym wolno się bawić w parku, pod wielkiemi, siejącemi do koła aromat jodłami. Minąwszy kratę, ścieżka ta doprowadzi cię do progu domu, kryjącego się w gęstej zieleni kasztanów. Rzuć okiem na dom ten i powiedz sobie. „Jest ktoś, co tu był zupełnie szczęśliwym!“ Kobieta, pilnująca teraz tego domu, w którym nikt już nie mieszka, nie wiem czemu, to żona ogrodnika. Mąż jej, obecnie, pracuje w sąsiednim pałacu. Córka za mąż poszła. Zaślubiła rolnika z Beaulieu, wioski leżącej na wzgórzu, o parę kilometrów z tamtąd; Pomów o mnie z ogrodniczką; uśmiechnie się i powie ci; „Było to śliczne małżeństwo! A jak się kochali! Jak wyglądali szczęśliwi! Co się z nimi stało?“ Odpowiesz jej że kochamy się zawsze i że szczęście nasze dotąd trwa. Nie należy zniechęcać nikogo. Czyż powinno się przestawać być szczęśliwym! A potem, pocóż się narażać na litość tych, którzy, nam zazdrościli?
Przejdź się po ogrodzie; znajdziesz dotąd rozległy trawnik zielony. Za naszych czasów żyła tam parka kuropatw, nierozłączne, jak myśmy nierozłączni byli, i które zwykle biegły przed nami>, raczej z domysłu niż z bojaźni. Czy zostały tam, czy powróciły? Odwróciwszy się od domu udaj się wzdłuż gęstych zarośli bzu i jaśminu, słoniących rzekę. Przedrzyj się przez nie. Rosną tam, prawda, chylące s!ę nad wodą i odbite w niej, wierzby rozrosłe, sękate, z najeżoną grzywą, nakształt rozzłoszczonych ludzi. Stoją, na pięć czy sześć metrów jedna od drugiej odległe. Zatrzymaj się przy trzeciej, licząc ob strony pawilonu. Raz, w piękny dzień majowy, około dziesiątej z rana, byliśmy tam*oboje, ja i ona: ona wsparta, leżąca raczej na pochyłem drzewie, założywszy ręce splecione nad głową, ja wyciągnięty na ziemi, całując bose jej nóżki, które, jedną po drugiej wysuwała z karmazynowych aksamitnych pantofelków kunami bramowanych, i głaskała mię niemi po twarzy. Długie jej i ciężkie złote włosy zebrane były niedbale, bez porządku. Długie promienie wymykały się z pomiędzy zębów szerokiego, przytrzymującego je grzebienia, niby drobne kaskady sączące się z pomiędzy dylów nieszczelnej tamy, i roztaczały się po sukni jej i po chropowej korze, drzewa. Za cały strój, miała na sobie ramy szlafroczek z błękitnego kaszmiru, który kazałem był zrobić na podobieństwo jej płaszcza ze Szkolnej, by o ile można mieć przed oczami i teraźniejszość i przeszłość.
W tej wdzięcznej pozie jaką przybrała, szerokie greckie rękawy, opadając w tył, odkrywały białe jej ramiona, zaokrąglone w koło głowy, niby polerowane amfory ucha. Po bezchmurnem błękitnem niebie błądziła błękitnemi jak niebo oczami; boć piękność jej, prawda? z najczystszych, pierwotnych składała się tonów. Dawno zużyte porównania, których mało kto dziś używać się ośmiela, same tylko do niej zastosować się dawały. Złoto kłosistych łanów, dziewiczy śnieg lodowców, błękit bławatków, lilie, róże, granaty i perły: oto czam były włosy jej, cera, oczy, lica, usteczka, ząbki. Co poradzić na to? Tak już było; a wszystko zlewało się w harmonii młodości, rozkoszy i zdrowia. Napróżno, z wyjątkiem marmuru, alabastru i niepokalanego wosku, szukalibyście do czego by przyrównać to ciało jędrne, kształtne i gibkie, mnie jednemu naonczas wiadome, a którego cudnych zarysów nienasycone oczy moje dopatrywały mimo osłaniającej je tkaniny. Ani jednej żywej duszy w promieniu paru mil do koła! Nikogo prócz nas dwojga i miękkiej, głębokiej wody, cicho biegnącej w dal. Ranek przepyszny! czerwcowy ranek zabłąkany w maju. Po wewnętrznem drżeniu przebiegającem ciszę, czuło się, że przyroda dąży zazielenieć śpiesznie, jak młode dziewczę, co zaspało nieco; spieszy się przystroić w najpiękniejsze swe ozdoby, by złączyć się z towarzyszkami odbiegłemi na zabawę.
Kwiaty, nie zupełnie jeszcze rozwinięte, wyda wały już wonie, niby owe wyznania duszy, co to się zdradzają wprzód nim je słowo wypowie. Przejrzysta mgła, o barwach opalu, ostatnia zasłona, którą słońce miało podnieść z ziemi, zawstydzonej tak wczesnem odkryciem, unosiła się jeszcze słoniąc dal, falisto rysującą się po za nią.
Cały ten przepych życia do nas się odnosił.
— O czem myślisz? — szepnąłem jej cicho.
— Czy ty mię bardzo kochasz? — odpowiedziała.
— Pytasz o to?
— Ale bardzo — bardzo!
— Oh! tak, bardzo, bardzo!
— To idź, wyszukaj duże prześcieradło, nabierz ciepłego mleka w srebrną czarkę z herbem księcia i przynieś mi to.
Byłem posłuszny. W dziesięć minut potem wracałem z prześcieradłem na ramieniu i z czarką pełną dymiącego mleka, które przy sobie wydoić kazałem. Izy nie było już na dawnem miejscu. Ubranie jej wisiało na gałęziach wierzby. Zimny dreszcz przebiegł mię od stóp do głowy. Stanąłem nie śmiejąc postąpić kroku: nie mogąc głosu wydobyć z gardła. Głośny wybuch śmiechu był odpowiedzią na ten mój objaw przerażenia.
— Możesz się nie spieszyć, — wołała. — Dobrze mi tu jest.
Głos wychodził z rzeki. Iza, zupełnie naga, pływała w tej lodowo zimnej wodzie, wyprawiając tysiące podskoków, trzepocząc nóżkami, nurzając się, odgarniała włosy, jak prawdziwa najada, które uosabiała wdzięk.
— Czyś szalona! — zawołałem gorąco; — czy chcesz się zabić?
— Nie; jestem przyzwyczajona do tego.
— Gdyby tak kto cię zobaczył?
— Nie straciłby na tem wiele! Ale, bądź spokojny, nikt mię nie zobaczy; a zresztą, od czegóż moje włosy i tradycja?
— Wyjdź ztamtąd, jeżeli mnie kochasz.
— Jeszcze chwilkę.
Zanurzyła się znowu; potem płynąc równo wprost do brzegu, chwyciła się za wystający korzeń i jednym skokiem stanęła na ziemi, z głową i ramionami ubranemi w długie trawy, których narwala sobie przy wyjściu z wody, i któremi przystroiła się z tym instynktownym wdziękiem, cechującym w niej najprostsze zalotności objawy. Rozpostarłem prześcieradło, by ją niem owinąć.
— Nie; — najprzód mleko, — powiedziała.
I, ujmując czarkę, poczęła, cała mokra i cała różowa, wypijać pomalutku, potrosze, cała tę miseczkę mleka, głowę mając naprzód podaną, biodra wygięte z lekka, i mówiąc:
— Widzisz, ot i przedmiot do posągu. Patrz tylko czy to nie ładne?
Wypróżniła czarkę aż do kropli; następnie cisnęła ją z całej siły na murawę, nie bacząc, że mogła ją pognieść całą.
— Gdybyś tak była zepsuła to srebrne naczynie? — rzekłem tonem lekkiej nagany.
— To i co? przecież to nie moje.
Było to pierwsze słowo co mię w niej drasnęło. Z tego jednego baczny spostrzegacz byłby o całym wywnioskował charakterze. Nieraz też wspominałem je sobie, — zapóźno.
Skoro wreszcie uwolniłem z traw włosy i ramiona Izy i chciałem okryć ją prześcieradłem, nie miała już na sobie ani jednej kropelki wody; żar krwi wszystką wilgoć z niej osuszył.
— Patrz, jak mi gorąco, — powiedziała.
W istocie, z płonącego jej ciała, dobywała się leciuchna para, aromat widzialny.
— Nie powtórzysz więcej nigdy podobnego szaleństwa, — mówiłem ubierając ją oglądając się czy nikt nas nie widzi.
Poczęła znowu:
— Gdybyś wiedział jaka to rozkosz, zimna woda! Więcej niż od godziny chciało mi się tych trzech rzeczy: rozebrać się, zanurzyć się i napić się mleka ze srebrnej czarki. Gdybym cię była przedtem zapytała, byłbyś mi z pewnością nie pozwolił; wołałam więc nie pytając, pozwolić sobie sama.
I, skoczywszy mi na szyję, objęła ramionami cisnąc z całej siły, i wysunęła do pocałunku pąsowe usteczka swoje mlekiem zabarwione.




VI.

Małe to zajście opowiadam panu z najdrobniejszymi szczegółami dlatego, że w niem już przejawiają się w zarodzie trzy główne występki, mające najprzód zgubić tę kobietę, potem mnie z nią razem: bezwstyd, niewdzięczność, zmysłowość. A jednak, z wyjątkiem niemiłego zdziwienia wywołanego odpowiedzią w przedmiocie srebrnej czarki, cała ta scena zostawiła na długo w moim umyśle samo wspomnienie miłości, i niewinnej pustoty. Iza kilkakrotnie ponawiała podobne wybryki, a raczej uczestniczyliśmy w nich oboje, pragnąłem bowiem dzielić wszystkie bez wyjątku jej wrażenia. Ona zwała mię Daphnis, ja ją zwałem Chloe, aż w końcu mitologiczne te kąpiele, oddawna wykluczone z obyczajów świata cywilizowanego, zdały mi się całkiem naturalną rzeczą.
Zresztą, takie ćwiczenia i zapasy z przemożnym żywiołem odpowiadały w zupełności moim upodobaniom, i nie byłoby nic tak bardzo zdrożnego w tej całkowicie odosobnionej rozrywce, gdybyśmy byli na tem poprzestali; ale miłość, ale miłość, którą odczuwała dla mnie Iza była fizyczną wyłącznie; dusza nie brała w niej najmniejszego udziału, wierząc niemniej, że całkowicie ją podziela. Naówczas Iza, równie jak ja, nie domyślała się jeszcze tego, że łączący nas sakrament stawił ją w prawie poznania i wyjawienia mi wszystkich małżeńskich wrażeń, nie kryła się więc bynajmniej z uczuciem cielesnej rozkoszy, którego tu doznawała.
Tu zachodzi konieczność nader drażliwego wyznania. W akcie oskarżenia nie będzie zapewne pominiętem to, co Iza tylokrotnie, po rozstaniu już naszem, powtarzała wszędzie na swoje usprawiedliwienie: że używałem własnej żony jako modelu. Będą mi zarzucać rozmyślne, z upodobania, demoralizowanie młodej dziewczyny, którą prawo wydało mi na własność, a której niewinność i skromność dziewiczą powinieniem był szanować.
Pierwszy punkt jest prawdziwy, drugi mylny. Niestety! demoralizacja była instynktowną, występek przyrodzony był u tej dziewicy; i jeżeli jedno z nas zostało przez drugie zdemoralizowanem, to niewątpliwie demoralizacja nie mężczyzny ale dziecka była dziełem. Tak, w naturze mojej leżała bezdeń fizycznych żarów miłości; im więcej przed ożenieniem, zaparłem ich się dla pracy i dla miłości idealnej, tem, gdy raz już ideał wcielony, małżeństwo zawartem zostało, myślałem o tłumieniu i powściąganiu tych zapałów, cóż dopiero, gdy w żonie znalazłem równe mojemu pragnienia poznania ich i użycia. Wówczas, ani jedno ani drugie nie byliśmy jeszcze winnymi. Ja miałem dwadzieścia sześć lat, Iza osiemnaście zaledwie; ona była pięknością, ja byłem siłą, i kochaliśmy się do szału.
Wyznam ci wszakże, panie adwokacie, — kiedy ci już przyszło zostać spowiednikiem moim, — że pierwsze moje wrażenie, skoro mi już było wolno obnażyć z osłon tę boską istotę, mieściło więcej uwielbienia połączonego z szacunkiem, aniżeli żądzy. Taki jest przywilej najwyższej piękności, Podnosi ona umysł, uszlachetnia dusze, wprzód nim na zmysły podziała. Prud’hon w cudnym swym obrazie Adonisa i Wenery, pierwsze te wrażenia wyraził z delikatnością prawdziwego poety i prawdziwego kochanka. Najpiękniejsza z bogiń Olimpu, bezwarunkowo naga i bezwarunkowo kobieta, oddaje się pocałunkom i pieszczotom najpiękniejszego z śmiertelnych. Ten wpatruje się w nią pełen zachwytu, nie śmie wszelako ani ustami, ani końcem choćby palców dotknąć anielskiego ciała, którego sam oddech zda się skazić musi. Naturalnego tego wzruszenia, które odczuwałem z artystą, doświadczyłem z Adonisem. Jednakże, stopniowo, tak dla syna Cinyry jak dla mnie, przyszła kolej na bardziej ludzkie uczucie; długo wszakże jeszcze w samem nawet posiadaniu, pozostałem skromnym i byłbym nim do dziś niewątpliwie, gdybym słuchał własnych skłonności jedynie. Nieszczęściem, poważna i powściągliwa do zbytku przy obcych, Iza wobec mnie była bez żadnego wstydu, Dumna swą pięknością, co chwila, pod pierwszym lepszym pozorem stawiła mi ją przed oczy, i scena z kąpielą tysiączną jest ledwie cząstką tego łańcucha zmysowych obrazów, któremi lubiła mię wabić.
Nie na tem koniec, Mówiąc mi w chwili picia mleka: „Czy nie jestem ślicznym pomysłem do posągu?“ wracała, poraz już dwudziesty może, do raz powziętej myśli, chętki widzenia odwzorowanych, wykutych, uwiecznionych w marmurze tych uroczych kształtów, wytworna czystość których zachwycała mię jako małżonka i jako rzeźbiarza. Nie potrzebowała nalegać zbyt długo. Silniejsi odemnie byliby ulegli. Miłować sztukę nadewszystko, w uwielbianej nad wyraz kobiecie mieć najdoskonalsze jej uplastycznienie, i nie połączyć w jedno obu tych ukochań, byłoby zadaniem trudnem, przechodzącem może nawet siłę ludzką, mianowicie gdy nie o namowę lecz o zgodzenie się szło jedynie. Odwołuję się w tym razie do szczerości kobiet jeśli istotnie szczere kobiety istnieją. Gdzież jest taka, coby znajdując się w tych co Iza warunkach piękności i szczęścia, nie uległa takiemuż uczuciu miłości własnej i dumy?
— Ponieważ kocham ciebie, ponieważ jestem zazdrosną o każdą inną kobietę, a ty znajdujesz mię najpiękniejszą ze wszystkich — mawiała do mnie: — ponieważ, szczęściem, uprawiasz sztukę dla której piękność moja przydać ci się może, rozrządzaj że nią dla sławy i pożytku swego. Tym sposobem wcielę się w każdą chwilę twego życia, i odnajdziesz mię wplecioną we wszystkie myśli swoje. Jestem zazdrosną: nie chcę żebyś się zamykał sam na sam z innemi kobietami; nie chcę, byś mógł znaleźć szczęście, ani nie chcę byś mógł znaleźć natchnienie po za mną. Zestarzeję się. Trzebaż ci wtedy będzie jakiegoś dowodu żem była piękną. A gdybym tak umarła jutro, cóżby ci zostało z twojej Izy? Pamięć przechodzi, marmur zostaje. Zresztą, czy kto będzie o tym wiedział teraz? A później, choć się i dowiedzą, unieśmiertelnisz mię tylko i koniec. Czy nie chcesz byśmy razem w potomności żyli, jak teraz żyjemy obok siebie? To nie traf prosty, zawierz mi, dał piękną dziewczynę za żonę i towarzyszkę wielkiemu artysście, to przeznaczenie. Nareszcie sprawi mi to przyjemność, oto najlepsza racja.
I co odpowiedzieć na podobne argumenty?




VII.

Pierwszem dziełem, które podług niej wykonywałem, było spragniona, myśl do której poddała mi sama w Saint-Assise, i której reprodukcja jedynie znaną była publiczności. Przypominasz pan może jakie utwór ten miał powodzenie. Nie tylko nie chciałem sprzedać za żadną cenę, ale nawet nie pokazywałem nikomu, z wyjątkiem matki i p. Ritz’a, posągu naturalnej wielkości, z marmuru; który, na wieczystą pamiątkę dni szczęśliwych, umieściłem pomiędzy dwoma oknami małżeńskiej naszej sypialni. Jest ona wiernem odwzorowaniem Izy, której odlew całkowity wykonałem, przy drzwiach zamkniętych, w ciągu jednej nocy. Następnie, dla odwrócenia podejrzeń sprowadziłem model, wielkiej naówczas używający wziętości, sławną Aurelię; w istocie wszakże pracowałem tylko podług odlewu, formę którego i jedyną zdjętą z niej próbę zniszczyłem. Dziś żałuję tego. Był to dowód, a kto wie czy znajdzie się już kiedy drugi, że natura sama przez się może stworzyć doskonałość; i sztuka przynajmniej byłaby skorzystała z tej piękności, która z czasem tyle złego spowodować miała.
Odtąd nie miałem już innego modelu prócz Izy. Spełniło się marzenie Pygmaliona. Ta którą kochałem przetwarzała się kolejno w kobietę i posąg, Jednakże, z obawy by nie odkryto naszej tajemnicy, zmieniłem rozmiary dzieł moich.
Powodzenie moje wzmogło się może, wartość zmniejszyła się niezaprzeczenie. Coraz bardziej oddalałem się od ideału, od czystej podniosłej sztuki. Zawarłem ją w ciasnych granicach pieszczotliwości i wdzięku. Owładnięty miłością i opanowany zmysłami, mimo woli wkraczałem do szkoły sensualistycznej Berninów i Clodionów. Nie mogłem nastarczyć zamówieniom. W pracowni drzwi się jak to mówią, nie zamykały. Niemniej jednak miarkowałem się w twórczości mimo rad Izy, żądnej nadmiernych dostatków i zbytku. Matka moja podjęła się zarządu domem, którego Iza ustąpiła jej z całego serca. Być piękną, słyszeć to ciągle z ust moich, kochać mię i dostarczać plastycznych pomysłów, na pomysłowości jej bowiem nie zbywało, oto wszystko czem się zająć umiała i chciała. Połowa mego talentu w niej spoczywała teraz. Gdybym ją był stracił naówczas, byłbym umarł z żalu, jak twórca Adonisa i Venery po samobójstwie kochanki; nie rzadką jest bowiem rzeczą, w naszym artystycznym świecie, że giniemy przez kobiety. Niewierna, zabija Giorgione’a; kochająca zabija Rafaela; zabija Proudhon’a.
Najwidoczniej, mimo przyjętych ostrożności, podejrzewano prawdę, i w liczbie zgłaszających się amatorów, nie jeden, gdy się ani domyślałem tego, kupował jedynie wizerunek ładnej kobiety, z niezrównanym wdziękiem robiącej niekiedy honory pracowni. Tak bezwiednie wyciągałem zyski z ciekawości stanowiącej mą niesławę, i wyzuwałem się ze czci z całą dobrą wiarą.
Czego wszakże nie podejrzewałem jeszcze bardziej, to przyjemności jaką sprawiało Izie takie publikowanie swej osoby. Ona to bowiem żądała bym dla handlu wykonał zmniejszone odbicie Spragnionej, i od tej chwili, doświadczała prawdziwe rozkoszy, widząc się tym sposobem wystawioną, incognito, na podziw publiczności. Skorośmy wychodzili razem, wieczorami, zatrzymywała się naprzeciw magazynów gdzie w wystawach figurowały reprodukcje Spragnionej i Daphnisy, i mówiła mi cichutko, stojąc między przyglądającemi się grupami:
— Ani się domyślają że to ja jestem.
Zdawała się uszczęśliwiona temi tysiącami żądz które budziła, tym zuchwałym hołdem który oddawano bronzom i marmurom wystawiającym ją samą. Było to wprawdzie tylko cudzołóstwo myśli, ale zawsze cudzołóstwo. Jednakże nie odstępowała mię ani na chwilę, a nawet w obecności obcych, zaledwie że miarkowała nieco objawy czułości swej dla mnie. Chełpliwie usiłowała okazać się niewolnicą moją, rzeczą moją; dbała o to niesłychanie by wszyscy widzieli, że szalała za mną i że była niedostępną. W rzeczy samej, trudno wystawić sobie coś powściągliwiej czystego niż Iza w zwykłej odzieży; widząc ją tak przesuwającą się w długich sukniach białych, nie ujętych w pasie, z których jedynie twarz, jej nogi i ręce przeglądały, rzekłbyś że to posąg Perugina czy statua Donatella. To przybieranie zewnętrznych pozorów skromności, mylących podejrzenia wzbudzone niedyskrecyą sztuki; niemożliwość sprawdzenia istotnego podobieństwa, w jakiej się znajdowali ciekawi, sprawiły niewymowną uciechę tej dziwnej naturze, goniącej już wtedy za niezwykłościami.
A że to dla mnie, dla mnie jednego pragnęła być kochaną i wielbioną, i ja więc przyjmowałem na siebie wspólnictwo w tej niepospolitej rozwiązłości. Otóż, w jaki zamęt kobieta występna z natury wprawić może, niewinnie, drażliwe uczucia mężczyzny, gdy go opanuje! Mówię niewinnie, boć i występek ma swoją bezwiedność niewinną. Są istoty zrodzone do złego, istoty, które instynkt potrzebę występku, na świat z sobą niosą, i które pełnią go bez rozmysłu, i bez samowiedzy. Wąż śmierć zadaje, szalej szał przynosi. I stworzenie i kwiat czyliż wiedzą co czynią? Nie. Przyroda tak postanowiła; zadaniem ich niweczyć, więc niweczą. — Dlaczego? Bóg wie. Są dusze tak samo obdarowane fatalnym tym przywilejem. Iza należała do ich liczby; nie widziała jeszcze sama w owym czasie, to jest w pierwszym roku naszego pożycia, jak daleko zaprowadzi ją rozrost tych strasznych skłonności w związku.
Tym czasem, czułem się szczęśliwym, to pewna, przy żonie, przy pracy, przy matce; czegóż więcej pragnąć mogłem? Może dziecka? Dziecka nie było; jakgdyby sama natura wahała się jeszcze, czy to z obawy zburzenia jednego z najpiękniejszych dzieł swoich, jeśliby dla dania przejścia nowemu życiu rozerwać przyszło cudną harmonię linij uroczego tego ciała, czy też że dla podobnych istot macierzyństwo zachowuje karę.
Iza, w istocie, jak ognia lękała się możliwego tego wypadku, przerażała się myślą o niebezpieczeństwach i uszkodzeniach jakie może pociągnąć za sobą. Co do mnie, tyle ucierpiałem już w dzieciństwie mojem, że jakkolwiek los podobny naszego dziecka nie miał być udziałem, nie domagałem się go koniecznie. Wiedziałem, że dzieci mogą cierpieć dla tych lub innych powodów, i dość mi tego było. A zresztą, dotąd nie czułem jeszcze braku tej małej, nieobecnej istotki. Z nas trojga, jedna chyba matka moja pragnęła jej najgoręcej. Czy szczęście mego syna, szczęście pewne, gotowe już z góry, uważała jako zadość uczynienie za byłą niedolę swojego? Czy głębiej odemnie w przyszłości czytając, rachowała na to nowe życie dla poskromienia niebezpiecznych usposobień synowej, skłonności której nie mogły ujść przed jej okiem?
— Mamy czas jeszcze, — odpowiadałem jej, gdy wspominała mi o swem pragnieniu. — Iza taka młoda! Dajże jej samej pozostać dzieckiem jeszcze kilka latek. Zresztą, to rzecz natury.




VIII.

Odnośnie do tego uczynię tu uwagę, spostrzeżenie raczej, niepojęte dla ogółu, a przecież zupełnie prawdziwie. — Ludzie żyjący umysłowo; uczeni, muzycy, pisarze, rzeźbiarze, malarze, nader rzadko na ojców są stworzeni. Tym, których Bóg udarował władzą twórczości duchowej, do rodzicielstwa fizycznego dał pociąg względny jedynie. Tacy ludzie bardziej często kochają dzieci drugich, niż własne, gdyby je mieli; boć to ich do niczego nie zobowiązuje. Do własnych żywią niekiedy odrazę. Rousseau potwornym jest typem tych ojców i wynaturzonych.
Otóż, uczucie takie, aczkolwiek przeciwne naturze, jest najzupełniej zrozumiałem; mogę dowieść tego. podległem mu bowiem jak drudzy. Dziś, pokutując za tę słabość, uwzględniam ją jeszcze. Wyznajmy bez ogródek: właściwością talentu jest egoizm, niepodzielność. Jeżeli się wychyla poza twórczość swoją, to rządząc się własnym kaprysem jedynie. W obrzydzeniu ma to wszystko co go więzi, co go podobnym do ogółu czyni, co pęta jego rozrost i polot tamują. Rodzina, taka jak ją społeczeństwo zorganizowało, jest jednym z pęt pomienionych. To też wszyscy niemal wielcy ludzie albo jej uniknęli, albo umęczyli i kobiety, które zdołały wyżyć w związku prawnym, aż do końca, u boku małżonków będących ludźmi istotnie sławnymi, niemało złudzeń najsłodszych poświęcić musiały w ofierze cichym penatom rodziny. Czyż lwy w obcowaniu łagodne bywają? nie, zaiste, i kto chce żyć z nimi, co chwila musi być narażony na pożarcie.
Na usprawiedliwienie ludzi genialnych, jeśli tacy potrzebują usprawiedliwienia, geniusz bowiem ród swój wywodząc wprost z nieba, nie potrzebuje się legitymować w obec praw, rządzących zwykłą śmiertelników rzeszą, — powiemy co następuje:
Tworzyć jest niewątpliwie dla człowieka kulminacyjnym punktem potęgi; przez to najbardziej staje się podobnym Bóstwu; Miłość ojca dla dziecka składa się z przeważnej części dumy. „Ja to dałem życie temu drobiazgowi!” Tak mówi ojciec, patrząc i podziwiając małe stworzonko zrodzone z niego. Ale to życie, nie sam je dał przecież; potrzebował współudziału kobiety, współudziału takiego, że ona bardziej jest matką dziecięcia, niż on jego ojcem. Jakże to często oboje rodzice zazdrośni są o to, co wzajemnie zawdzięczają sobie we wspólnej akcyi rodzenia, i każde ze swojej strony, zamiast mówić: „Nasz syn”, „nasza córka”, przekłada wyrażenie: „Mój syn”, „moja córka”, jakby pragnąc przyswoić na wyłączną własność to, co nierozerwalnem obojga jest dziełem. Co więcej, dzieło to, ten płód cielesny, poddany jest znicestwieniu, podległy wszelkim fizycznym utratom, nieodwołalnie przeznaczony na zagładę, ponieważ jedyną uwidocznioną tu rzeczą jest śmierć. Uciecha więc, jaką przynosi, może co chwila zmienić się w żałość, w napróżną a wieczną żałobę. Jakże o wiele różną i o wiele potężniejszą musi być duma, którą daje człowiekowi twór duchowy, twór, co już tylko jego wyłącznem jest dziełem, i ma w sobie podstawę trwałości wieczystej. Wsławia on na, nieskończoność całą swego tworzyciela, przez cały ciąg stuleci nosi jego imię, wchodzi w skład tego świata wyższego nad zniszczenie, acz złożonego z ułudy, który myśl człowieka wytworzyła u boku rzeczywistości, jako pocieszające przeciwstawienie tej ostatniej. W rodzicielstwie umysłowem, poczęcie jest dziełem wyłącznie człowieka, nie zaś trafu; tu płód, powstały nie z mętów wydzielających się ze krwi jego, ale z tego co dusza najczystszego mieści, z rozmyślania, woli, wytrwałości, cierpienia niekiedy, zostanie towarzyszem, przyjacielem tysiąców jednostek, ludzkości nawet całej, gdy ta przejrzy nakoniec i zrozumie wszystko, co powołaną jest zrozumieć.
Patrzcie na szereg boskich tworzycieli, których zowią Mojżeszem, Mahometem, Homerem, Wirgiliuszem, Dantem, Szekspearem, Rafaelem, Kolumbem, Galileuszem, Michałem-Aniołem, Paskalem, Montaigne’m, Woltairem, Newtonem! Jakąż rozkosz, w porównaniu z rozkoszą poczęcia duchowego, może sprawić takim ludziom wydanie na świat drobnej, kwilącej istotki, śmiertelnej w każdym razie, którą ostatni z tragarzy tak dobrze jak i om zrodzić potrafi? Ma-li się ograniczyć do ciasnego rodzinnego kota ten badacz, któremu widomego świata jest zamało? Maż zmaleć aż do skupienia się w części dla drobniuchnego atomu, ten olbrzym co się w niebo wedrzeć usiłuje, porzucić bezgraniczne państwo myśli dla ciasnej miedzy uczucia? Nie. Sam Chrystus wybierać musiał, i dla dowiedzenia że był Bogiem, nie być ani synem, ani mężem, ani kochankiem, ani ojcem. Za to też zrodził największą pod słońcem ideę.




IX.

Jakżeśmy daleko odbiegli od założenia! dowodzenie to bowiem, odnoszące się do ludzi genjuszu, w niczem się mnie dotyczyć nie może. Nigdy mię oni jednym ze swoich nie nazwą, mnie, biedny talent, zgruchotany przez namiętność. A jednak, długo miałem się za należącego do ich grona; cóż, gdy przenosząc namiętność nad sztukę, dobrowolniem się od nich oddzielił. Moją to już było rzeczą nie kochać, albo nie żądać od miłości nic prócz natchnienia lub chwili rozkoszy. Dla lotnych, podniosłych umysłów namiętność winna stać się motorem jedynie, tem, czem jest wicher dla morza podnosi je, rozsroża i rozwielmożnia je zarazem; wreszcie przechodzi, a ono zostaje. Ja, na wszystko patrzyłem już oczyma Izy. Bała się dziecka, nie życzyłem go więc także. To też uczułem się niemal równie jak ona przerażonym, skoro dnia jednego przyszła oznajmić mi z rodzajem gniewu, że ma zostać matką. Wszystkie nierozsądne szaleństwa, które mogły były stan ten usunąć, zostały już spełnione już bez mojej wiedzy. Nie było żadnej rady: musiała być matką. Nie ośmieliła się mówić mi o zbrodni; myślała o niej, jestem pewien.
Dni i noce całe we łzach trawiła. Uspokajałem ją jak mogłem wmawiając, ze mimo wszystkiego pozostanie piękną po dawnemu i że od łez i bezsenności więcejby niewątpliwie zeszpetniała, niż od tego tak naturalnego przejścia. Lepiej pogodzić się z przeznaczeniem, i zachować ostrożności, przy których mogłaby dając życie nic nie stracić sama. Zresztą Iza była z liczby tych istot uprzywilejowanych, tak wyłącznie utworzonych dla miłości, gibkich, podatnych na tyle, że macierzyństwo przechodzi po nich nie zostawiając żadnego śladu.
Nie dawałem jej ruszać się, chodzić; nosiłem ją jak dziecko, patrzyłem jak w obraz cudowny. Rasowałem i modelowałem wizerunki dzieciątek, aniołków, amorków o ciałkach tłuściutkich, pyzatych twarzyczkach, krągłych pleckach, wydatnych brzuszkach, i niby jaki starożytny Grecyi artysta, otaczałem niemi młodą matkę, by ta poczęła wedle wzorów klasycznego piękna. Ona tymczasem mówiła mi o prawdopodobnej śmierci swojej; wracała do niej ustawicznie; bała się nad wyraz. Drżenie przebiegało ją całą na myśl o wilgotnej ziemi. Wymagała wówczas odemnie przysięgi, że się nie ożenię poraz drugi, i że codziennie na grób jej chodzić będę. Chciała być pogrzebioną w pajęczej przezroczy koronek, i zarzuconą kwiatami. Powinienem, był wykonywać posąg jej, naturalnej wielkości, z marmuru, i umieścić na mogile, by tym sposobem piękność jej trwalsza nad śmierć i zniszczenie owładała na chwilę żalem tych, co obok szczątków jej przechodzić będą. Okazywała nakoniec całą iście kobiecą tchórzliwość, i w tej tchórzliwości cały wdzięk kobiecy.
Od czasu naszego ślubu, pisywała do matki nader rzadko; teraz, korespondencja ta stała się częstszą nierównie. Nie potrzebuję dodawać, że ja jeden zaopatrywałem potrzeby Hrabiny, którą „okrucieństwo i niewdzięczność Cesarza“ wciąż pozostawiały w niedostatku.
Iza nakoniec powiedziała mi, że matka pragnie być obecną przy jej rozwiązaniu; że, pomimo wszystkiego zawsze to jej matka, i że umarłaby z ciężkiem sumieniem, jeśliby bez uścisku matczynego umrzeć jej przyszło.
Przebaczcie, a będzie wam przebaczono! Posłałem Hrabinie pieniądze na drogę. Przyjechała Rozpłakała się, rzuciła mi się na szyję, całowała po rękach, tłómaczyła, łagodziła jaskrawsze fakta, na zakończenie napomknęła o nieporozumieniu między nią a moją żoną, nazwała mię synem, i ulokowała się w naszem mieszkaniu. Cały czas nie odstępowała córki, przy matce mojej mówiąc z nią tylko po polsku, i kilkakrotnie zeszedłem Izę przysłuchującą się opowiadaniom matczynym z uwagą, wcale u niej niezwyczajną. Zapytałem ją wówczas o przedmiot tej tak zajmującej rozmowy opowiedziała mi co chciała.
Mężczyzna, który zaślubia cudzoziemkę, i który nie zna rodzinnego jej języka, powinien przedewszystkiem uczynić jedno, to jest, jak najspieszniej, i koniecznie w tajemnicy przed żoną, nauczyć się tego języka.
W dniu 30-ym kwietnia, cztery lata temu o północy, Iza wydała na świat tego syna, dla którego dziś probóję jeszcze bronić się i żyć.
Dziecię powierzone zostało staraniom mamki mojej, gdyż Iza sama karmić nie chciała. Od chwili rozwiązania jedną już tylko miała troskę: usiłowanie by stan poprzedni najmniejszych na niej nie zostawił śladów. Syna widywała mniej więcej około pół godziny dziennie, resztę czasu nie zaprzątając nim sobie głowy. Matka moja ofiarowała się wyjechać na wieś z mamką i dzieckiem. Świeże powietrze niewątpliwie posłuży małemu, — mówiła, — a z drugiej strony dziecię to jeszcze teraz nie mogło być tak bardzo zajmującem dla nas.
Widocznie biedna kobieta nie umiała się zgodzić z Hrabiną, i wolała się usunąć, niż dom mój uczynić widownią rozterki. Nie domyślałem się wówczas niczego. Hrabina wydawała mi się równie śmieszną, lecz cóż mię to obchodzić mogło? byłem kochany, a ona była matką ukochanej mojej. Zawiniła niedobremi zamiarami: miłość wszakże dokazała że spełzły na niczem. Teraz widziałem w niej jedynie potrzebującą nas kobietę. Czułem się tak szczęśliwym, że nie takie rzeczy wybaczyćbym jej był zdolny! Rozmówiłem się z Izą w przedmiocie propozycyi matki mojej. Nie przystała na nią, dodając, jak gdyby ze swej strony zrozumiała doskonale istotną pobudkę tego oddalenia: To niepotrzebne, mama wyjeżdża.
W samej rzeczy, hrabina, uspokojona o córkę, pożegnała nas niebawem; interesa jej, owe wieczne interesa, w które już wierzyć przestałem, powoływały ją znowu do Polski.
W miesiąc po rozwiązaniu, Iza była znów na nogach, piękniejsza niż kiedykolwiek.
Teraz żyłem już tylko w rodzinnem kółku, Stosunki nasze nie były zbyt rozległe. W zimie miewałem dwa czy trzy większe zebrania w mojem atelier. Co tydzień przyjmowałem obiadem kilka wybitniejszych osobistości Paryża. W owym czasie i pan, acz zbyt rzadko, wyświadczełeś mi zaszczyt podobnych odwiedzin. Przypominasz zapewne czem były te zebrania, z pozoru przynajmniej, gdyż Bóg wie jeden co się tam pod niemi kryło.
Latem wynajmowałem w Auteuil mały domek, z obszernym ogrodem i dużą szopą, przerobioną na pracownię. Do tego to letniego mieszkanka przenosiliśmy się wraz z nastaniem wiosny, opuszczałem je zaś chyba tylko w razie, jeśli rodzaj pracy wymagał koniecznie bytności mojej w Paryżu, Iza zdawała się oswajać coraz bardziej z rolą matki. Choć i nie szalała jeszcze za małym Feliksem, w każdym razie bawił ją przynajmniej; z czasem zacząłby zapewne więcej ją zajmować.
Tymczasem macierzyństwo wracając mi ją równie piękną, piękniejszą może niż wprzódy, zdawało się w niej budzić niebywałą dotąd skromność i wstydliwość, nawet w chwilach najtajemniej poufałych. Nowe uczucie dawało jej świadomość obowiązków nowych; przynajmniej tak się odzywała. Nie było już mowy o spożytkowaniu jej piękności, i mogłem przyjmować wszystkie modele, nie budząc najlżejszej zazdrości z jej strony. Wstydziła się nawet swoich poprzednich artystycznych zachcianek rumieniła się sama z siebie. Wszystko poprzednie należało brać na rachunek zboczeń namiętności młodzieńczej. Kochałem ją tysiąc razy więcej, gdy tak przemawiała. Stała się nadto czulszą niż kiedy dla matki mojej. Ah! jakże mistrzowsko grała swoją rolę! Któżby mógł przewidzieć przyszłość, widząc ją tarzającą się na wonnych pokosach, w piękne czerwcowe wieczory, z dzieckiem w ramionach, samą wesołą i pustą jak dziecko, gdy ja tymczasem leżąc na murawie, czułem jak serce taje mi w piersi wraz z całą naturą, zdolną zaledwie przestworem swoim ogarnąć ogrom mojego szczęścia.




X.

Jekoś ku końcowi jesieni odebrałem list od hrabiny, zapowiadający rychły jej powrót do Paryża, i postanowienie osiedlenia się tu na zawsze. Dziękowała serdecznie za moją gościnność, i zwracała mi pożyczone niegdyś pieniądze. Interesa pokończyła szczęśliwie. Otrzymała nakoniec bardzo znaczną sumę, i korzystając z tego postanowiła nie rozłączać się więcej z córką pewną, że już teraz zacnie potrzebuje mi być ciężarem. W żadnym razie nie zgodziłaby się mieszkać przy nas, nie chcąc krępować w niczem; ale przynajmniej oddychać będzie tem samem powietrzem co jej drogie dzieci. A nadto, z jakąż radością będzie pomagać matce mojej w wychowaniu małego!
Przybyła tedy, i wynajęła mały domeczek w alei Marboeuff; my zaś, mieszkaliśmy w dużym domu. oznaczonym numerem 71, Berry. Sąsiadowaliśmy więc z sobą. Iza prawie codziennie odwiedzała matkę, z niańką i z dzieckiem. Niekiedy towarzyszyłem jej, albo przychodziłem po nią Hrabina, ile razy chciała, bez żadnej ceremonii przychodziła do nas na obiad. W takich razach przynosiła z sobą jakąś robótkę, albo też szyła co dla wnuka. Wyglądało to patryarchalnie. Wyrzekła się teraz wszelkich pretensyj; wiek sędziwy przyjmowała bez oporu; jak najodważniej nosiła siwe włosy. Miała z czego żyć i żyć dobrze, była spokojna o jutro, mogła kochać nas nie będąc posądzaną o wyrachowanie, nie żądała nic więcej od Boga. Najrozkoszniejsze wieczory spędzaliśmy w taki sposób: ja modelując lub rysując matka usypiającą małego, hrabina haftując i odpowiadając, Iza grając, śpiewając, śmiejąc się, chrupiąc cukierki.
Jednakże matka moja nagle poczęła smutnieć coraz bardziej. Kilkakrotnie spostrzegłem, że miała oczy czerwone. Spytałem ją o powód tej nagłej troski; wyparła się jej żywo. „Wiek, — powiadała, — życia nieużyteczne nikomu} byłam może nazbyt już szczęśliwą. Cały wiek pracowałam; teraz nie pracuję. Pewnie to dla tego.“
Stosunki moje z p Ritz’em stawały się coraz rzadszemi. Dotknięty chorobą żółciową, zmieniającą go w hypokondryka, zmuszony do życia siedzącego, przemieszkiwał stale przy córce i zięciu. Nie obchodził się już ze mną jak z własnem dzieckiem. Iza zmianę tę kładła na karb zazdrości: uczeń zanadto zaćmiewał mistrza. Nie było to niemożliwem. A potem córka jego niezbyt chętnie przyjmowała Izę. Iza b/ła ładniejsza wytworniejszą więcej uwielbiana, więcej poszukiwana niż pani Niederfeld. Rywalizacją kobieca! Czemużby nie? Ograniczano się tedy do ścisłej grzeczności. Oddawano sobie wzajem doroczne wizyty w dniach właściwych, wizyty ceremonialne, nie dłuższe nad dwadzieścia minut. I nic więcej. Takie postanowienie się względem nas p. Rit’za i jego córki powinno mnie było oświecić. Pozostałem ślepym. Wnioski nasuwane mi przez żonę wybornemi mi się wydawały.
Z Konstantym, to znowu co innego. Odbywszy kilka kampanij w Afryce, odznaczony ranami i orderami, powrócił do Francji i pozostawał w Paryżu, jako adjutant Marszałka ministra wojny. Prowadził życie hulaszcze. Jednakże, po powrocie z wyprawy, dom mój uważał prawie za własny, i przychodził bardzo często; potem odwiedziny jego stawały się coraz rzadszemi, aż w końcu ustały zupełnie Jeżeli spotykając go wypadkiem skarżyłem się i dziwiłem temu zobojętnieniu jego dla nas, ściskał mię tylko gorąco za rękę, i tłómaczył się pierwszą lepszą wymówką bez znaczenia. Gdym widział go raz ostatni, przed nastąpić mającymi wypadkami; rzekł mi, jakby w przewidywaniu całej ich doniosłości:
— Jesteś niewątpliwie człowiekiem, którego szacuję i kocham z całego serca, ale wiesz dobrze nie zawsze robi się coby się chciało. Jeżeli jednak kiedykolwiek będziesz potrzebował prawdziwego przyjaciela, śmiało licz na mnie. Należę do tych, których nigdy się nie widzi ale zawsze się znajduje.
Rozmowę tę machinalnie prawie i bez żadnej ukrytej myśli powtórzyłem Izie. Uśmiechnęła się jednym z tych poufnych półuśmieszków, co to oznaczają: „Wiem ja dobrze całą prawdę. Mnie spytaj co to znaczy“.
Począłem ją wypytywać.
— Przyrzecz mi, — rzekła, — na honor, że nie powtórzysz nikomu, nawet matce, a tem bardziej Konstantemu, tego co ci powiem.
— Przyrzekam.
— I że to w niczem nie wpłynie na twój do niego stosunek?
— W niczem.
— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— Otóż, Konstanty zalecał się do mnie bardzo natarczywie, i, jeżeli przestał bywać u nas, to dla tego żem go o to wyraźnie prosiła. Nie wspominałam ci o niczem, bo uważam za zbyteczne zaprzątać męża podobnemi rzeczami. Kobieta, co się sama szanuje, potrafi drugich we właściwych granicach szacunku utrzymać. Dziś, fakt jest małoznaczący, mogę ci więc wyznać prawdę całą. Masz go za przyjaciela, masz go za uczciwego człowieka. Nie jestem tego zdania, i koniec, a nawet sądzę go zdolnym do nizkiej zemsty. Czy ci nigdy źle o mnie nie mówił?
— Nigdy,.
— To dziwne, ale przyjdzie i do tego. Oh! mężczyźni obrażeni w miłości własnej, już my kobiety wiemy co to znaczy. Pamiętaj, że mam twoje słowo!
— Bądź spokojna, nie wspomnę o niczem.
Uczułem przecież dla dawnego kolegi naglą, natychmiastową nienawiść, i gdybym się był z nim spotkał dnia tego, wyzwałbym go niewąpliwie.
Była to pierwsza z owych poprzedniczych wskazówek, które przypuściłem bez najmniejszego na nie baczenia, które później stanęły przedemną i objawiły mi się we właściwym świetle, zowiąc mię głupcem. W istocie, do mnie należało otworzyć oczy.
Inną razą, Iza rzekła do mnie:
— Mam ci coś wyznać i przeprosić za coś.
— O cóż to idzie?
— Biust mój kiedyś wykonał gdym miała lat czternaście, i kiedyś mi posłał do Polski...
— Tak, — więc cóż?...
— Został się tam, zastawiony wraz z innemi naszemi rzeczami.
— A które tyle przecież razy proponowałem wam wykupić.
— Mama nie chciała, i tak już zawdzięczała tobie. W czasie ostatniej bytności w Polsce, nie mogła się widzieć z człowiekiem, u którego znajdowały się te zastawy. Był gdzie w drodze. Jest to żyd handlujący kaszmirami. Należne pieniądze mama zostawiła u jednego z naszych przyjaciół, i tym sposobem, choć z daleka, odebrałyśmy biust. Otóż, zamiast go tu sprowadzić, posłałam siostrze; czym źle zrobiła?
— Zrobiłaś doskonale, drogie dziecko.
Mimo wszystkiego, zawsze to moja siostra, i była dla nas uczynną ile tylko mogła. Wszak nie gniewasz się na mnie?
— Ja? na ciebie?
W dwa miesiące później, w dzień swoich imienin:
— Wiesz, że anim się spodziewała, jak doskonały zrobiłam interes, posyłając biust siostrze. Patrz tylko.
Otworzyła kasetkę, w której znajdował się przepyszny naszyjnik, dyamentami i szmaragdami sadzony, wartości od trzech do czterechkroć tysięcy franków.
— To więc siostra przysłała ci te klejnoty?
— Któżby inny? Oto jej list. Dziwne uprzejmy i grzeczny.
— Cacko to jak na prezent za kosztowne, stawia mię w kłopotliwym położeniu.
— Nie bądź, że tak drażliwy, moja siostra jest bogata i próżna. Póki byłam sobie zwyczajnem biedactwem, rzucała mi jałmużnę, teraz jestem żoną wielkiego człowieka, uważa to za zaszczyt dla siebie. Zdaje mi się, że w Rosji sławniejszy jeszcze jesteś niż we Francji. Zresztą wiedziała co robiła. Naszyjnik ten pochodzi z magazynu angielskiego na Newskim Prospekcie, — ! pokazywała mi firmę i adres złotemi literami na białym atłasie kasetki.
Następnie przeczytała mi list siostry, pisany po francusku, pełny wynurzeń i oświadczeń wdzięczności dla mnie.
— Otóż, ode mnie dostaniesz takie same kolczyki odezwała się hrabina, obecna całej tej rozmowie.
— Ależ, moja mamo, kolczyki ze szmaragdami i brylantami tej samej wody toć to jakie dziesięć czy dwanaście tysięcy franków, całoroczny prawie twój dochód.
A dobra Starckau, które mi wrócono!
— Doprawdy?
— I na które mam już nawet nabywcę. Cały ten kapitał będzie dla ciebie moja droga, dla was, moje dzieci; a czy go wam oddam w klejnotach, czy w złocie, na jedno wychodzi.
Nie chciałem być dłużnym siostrze Izy, ofiarowałem jej marmur wysokiej wartości, który Iza podjęła się przesłać siostrze.
W miesiąc potem, Iza miała kolczyki.
W sześć tygodni później, wracając ze spaceru z matką, niańką i dzieckiem, Iza rzekła do mnie jak najswobodniejszym tonem:
— Zgadnij, kogośmy dzisiaj spotkały.
— Nie wiem.
— Odgadnij.
— Czy kogo z moich znajomych?
— Z nazwiska tylko; ale tego nazwiska zapomnieć nie mogłeś.
Wymieniłem rozmaite osoby.
— Nigdy nie zgadniesz.
Ociągała się umyślnie czas niejaki, chcąc się doskonale upewnić, że może igrać bezkarnie z zaślepieniem mojem, i że z mojej strony nic jej nie zagraża; następnie z minką dzieciaka uszczęśliwionego tem, że zagadki jego rozwiązać nie zdołano, rzuciła mi imię:
— Sergiusz.
Pobladłem, bez najmniejszego podejrzenia, bez najlżejszego nawet przeczucia; ale bo ten Sergiusz jedynym był człowiekiem co niekiedy mącił mi pogodę myśli, imię jego spadło teraz na mnie nakształt ciężkiego razu.
— Czy mówił co z tobą?
— Tak. Gdybyś widział jego minę, ubawiłbyś się doskonale. Człowiek co nie był w stanie żyć bez ciebie, co własną ręką miał przeciąć pasmo, dni swoich w razie jeśliby się z tobą nie ożenił, i którego spotykasz, nagle, w jak najlepszem zdrowiu. Nie byłam w stanie nie parsknąć mu śmiechem w same oczy. Doprawdy, tem gorzej. Zresztą okazał dosyć taktu nie wspominając ani słówkiem o przeszłości.
— Spodziewam się, żeś go do siebie nie prosiła?
— Nie; ale może sobie bywać, czy nie bywać, na jedno to wychodzi. Czym źle może zrobiła nadmieniając ci o tem spotkaniu? Czyżbyś wolał bym miała przed tobą tajemnicę? Jeżeli tak, to powiedz.
— Przeciwnie, zrobiłaś bardzo dobrze. Pocałuj mię droga!
I przeszła odrazu do opowiadania o spacerze, o drobnych swych sprawuneczkach, o tem jaka była pogoda i jakie tłumy zalegały ulice.




XI.

W miesiąc niespełna po tej rozmowie, niespodziewanie jakoś wszedłem do Auteuil. W chwil gdym już dotykał klamki od drzwi salonu, usłyszałem głos Izy; był podniesiony tak niezmiernie, jak mi się jeszcze a niej nigdy słyszeć nie zdarzyło.
— Ach! ona mię do pasyi doprowadza! — wołała.
Wszedłem.
— O kim to mówisz w ten sposób? — zapytałam.
— MóWiłyśmy o służącej, — ozwała hrabina.
— Ale nie w taki sposób mówisz o niej, drogie dziecko, w jaki kobieta twego stanowiska odzywać się powinna, choćby o podwładnych; cóż jej masz do zarzucenia?
— Nic, bardzo ważnego; ale jestem dzisiaj źle usposobioną.
— Twoja matka chora.
— Moja matka! Czy leży?
— Nie, skarży się bardzo na głowę.
— Dla Czegóż nie jesteś przy niej?
— Chciała być samą.
Pobiegłem do pokoju matki, którą znalazłem bladą i niesłychanie rozdrażnioną.
Widocznem było, że płakała, a i teraz była blizko płaczu, od chwili szczególnie gdym wszedł do pokoju. Potrzebowała ogromnej siły woli, takiej właśnie jaką była obdarzona, by się pohamować.
— Iza mi powiedziała, żeś ty słaba matko.
— Nic to, dziecko moje, zwykłe bóle głowy.
— Płakałaś.
— Tak, przez chwilę ból był nie do zniesienia.
— Czemu chcesz być samą?
— Bo najmniejszy hałas mię denerwuje.
— Czy ci tu może kto jaką przykrość wyrządził?
— Nikt.
Nie była w stanie powściągnąć się dłużej i rzuciła mi się na szyję wybuchając płaczem. Poczynałem się trwożyć.
— Coś tu zaszło, powiedz mi proszę.
— Nic.
— Jaki wypadek z dzieckiem?
— Dziecko zdrowe; upewniam cię, ja tylko jestem rozdrażniona. Czuję się cierpiącą od niejakiego czasu ale teraz gdy jesteś przy mnie, lepiej mi trochę. Przejdźmy do salonu.
Uspokoiła się i pozostała z nami do wieczora. Przez cały tydzień nie oddalałem się z Auteuil, i przez cały ten czas żona moja, metka i hrabina były z sobą jak najlepiej.
Mimo to matka mieniła się w oczach; z każdym dniem słabła i słabła. Wezwałem rady jednego z mych przyjaciół, lekarza, i zażądałem całej prawdy.
Miała rozszerzenie serca: chorobę tych co za wiele kochali, za wiele pracowali, albo za wiele cierpieli. Słabość była zadawniona; nie czas ją było pokonywać, czuwać tylko jak najpilniej należało. Nadewszystko, żadnych żywszych wzruszeń, tak brzmiało wyraźne zalecanie doktora.
Łatwo sobie wystawić w jakim stanie przyjąłem podobną wiadomość. Odtąd nie odstępowałem już matki, przed którą prawda ukryć się nie mogła.Gdyby szło o śmierć samą, oczekiwałaby jej mężnem sercem. Umrzeć niczem jest dla tych, których życie ciągłym było walk szeregiem: tylko ostatnia walka. Ale ona świadomą była sieci intryg w które mię wikłano, których nie podejrzewałem ani trochę, o których mi nic powiedzieć nie chciała, drżąc by takie odkrycie nie zabiło mię odrazu. Póki była ze mną, mogła w każdej chwili rzucić się pomiędzy mnie a straszną katastrofę; być moją ucieczką, wzmacniać mię, pocieszać, gdyby prawda na wierzch wyjść miała. Ale gdy ona umrze, a nieszczęście spadnie, cóż będzie wtedy?
Nic tak nie skraca życia jak tajemnica, której wyznać nie wolno, która tysiąc razy na dzień od mózgu na usta przypływa, i znów całym ciężarem na serce opada. Szczęściem matka moja miała powiernika, Konstantego, któremu mię polecała, i który mi następnie powtórzył jej słowa. Póki mogła wychodzić, chodziła do niego: ale tu zrzadka tylko mógł ją nawiedzać, skoro została skazaną na zamknięcie się w swoim pokoju. Byłem mu wdzięczny za te odwiedziny, powód których łagodził nieco moją ku niemu urażę; niemniej wszakże zwierzenie Izy stało między nami.
— Nie masz lepszego przyjaciela nad Konstantego, — mówiła mi matka. — Przyrzecz mi, że gdyby cię dotknęło jakie nieszczęście, jedna z tych burz których spodziewać się trzeba w dniach pogody, jego siostrze powierzyłbyś dziecko swoje. Nie zapominaj nigdy, że tym ludziom winieneś wszystko czem dziś jesteś. Całe dobro nasze od nich pochodzi. Niech cię Bóg strzeże od niewdzięczności, do jakiej skłonni jesteśmy w powodzeniu.
Iza z całem na pozor poświęceniem pielęgnowała matkę moją; ale dom odtąd począł się stawać dla niej smutnym bardzo. Nudziła się widocznie. Dostarczałem jej wszelkich możliwych rozrywek; matka sama żądała tego; lecz z jakimże niepokojem w sercu wiodłem ją czy to do teatru, czy na zabawę! Najczęściej wyprawiałem ją samą z hrabiną, i, ku niemałemu mojemu zdziwieniu, nie dawała się długo prosić. Sądziłem, że ją usprawiedliwiałem, powinnaby podzielać smutki i obawy moje. Była jeszcze tak młodą.
Porę razy matka czując zbliżający się koniec, odbywała z moją żoną istne konferencye na cztery oczy. Iza wychodziła z nich nad wyraz zmieszaną i wzburzoną.
— Oszczędź mi tego wszystkiego. — rzekła raz do mnie prawie błagalnie; — nie masz pojęcia ile mię to kosztuje.
— Teraz chora nie podnosiła się już z łóżka; ostatnie symptomata nie zostawiały żadnej nadziei.
Ze wszystkich chorób, choroba sercowa tak dla umierającego, jak i dla tych co na śmierć jego patrzą okropnym jest widokiem.
— Żadnych już środków ocalenia nie ma? — pytałem lekarza.
— Bywają cuda, — odrzekł raz z tym smutnym uśmiechem bezsilnej i stanowczej jak wyrok nauki.
Tego dnia poszedłem do kościoła, gdzie pozostawałem ze dwie godziny. Nie wiem jaką była moja modlitwa, ile zdrowia, sławy, szczęścia własnego ofiarowałem Niebu w zamian za życie matki, to pewna że nigdy ludzka istota gorętszej, pokorniejsze; prośby nie słała do tronu Przedwiecznego.
Przedwieczny milczał.
— Kochany mój synu, — rzekła mi droga, cierpliwa istota, w przededniu zgonu, prócz tego żem ci dała życie w nieodpowiednich warunkach nie mam sobie nic do wyrzucenia odnośnie do ciebie. Od chwili gdyś przyszedł na świat, o twojem szczęściu myślałam jedynie, umieram też bez zgryzot i bez trwogi. Jeżeli błogosławieństwo istoty, która cię najbardziej na świecie kochała, śmiele to rzec mogę, zdoła być ci tarczą na resztę życia błogosławię cię z całej głębi mojego serca. Wywalczyłam prawa błogosławieństwa, na tę ostatnią godzinę, Czyż nie prawda? Błędy jakie kiedykolwiek popełniłam, odkupiłam. Dowodem tego jest miłość i szacunek mego syna, i szczęście jakiem mię obdarzył; zaprawdę nie było w świecie matki szczęśliwszej nade mnie, pamiętaj o tem i niech to wspomnienie będzie pociechą dla ciebie gdy mię już zabraknie. Ileż to razy zapytywałam się ciebie, czy przed śmiercią mam ci odkryć tajemnicę, która tak długo ciążyła na twojem istnieniu. Przebacz mi moje dziecko. Wszyscyśmy ułomni; nikt ręczyć za siebie nie może; a gdy się zbliża godzina ostatnia życia, czujemy się silniejszymi. Zostawiam cię w pełni zdrowia, talentu i sławy, przy boku żony i dziecka, drogich istot dla ciebie, które zwolna obejmą to miejsce, jakie po mnie pozostanie. Rzecz to naturalna! nie uchylaj się od zamiany nie zapominaj mię tylko zbyt rychło, o tem o co cię proszę, ja szłam przez życie nieoświecona, maluczka duchem, zapewniam cię jednak że istnieje świat inny, świat lepszy, i że się na nim spotkamy. Ucałuj mię drogi synu; nie odstępuj do końca niech czuję cię przy sobie, gdy już nie będę w stanie ani cię słyszeć ani widzieć.
Nigdy nie zapomnę melodyi, jaką kataryniarz wygrywał pod naszemi oknami, gdy właśnie domawiała słów ostatnich. Chciałem go odpędzić.
— Nie; — rzekła. — Pozwól temu człowiekowi zarabiać na życie, i daj mu odemnie kilka groszy. Lubię muzykę biedaków: która tak często towarzyszyła mi przy pracy.
Zażądała księdza.
Umarła nazajutrz o piątej wieczorem, po długiem męczącem konaniu, wypełnionem widmami straszną halucynacją gorączkową; ale droga męczennica ani jednem słowem nie wydała tajemnicy która ją wpędziła do grobu.
Kiedym ją wreszcie ujrzał nieruchomą i zastygłą, tę matkę co tak długo była całem sercem mojem, całą myślą moją, zdawało mi się że padnę bez łzy i bez jęku, jak masa bezwładna i nieużyteczna już nikomu. Tak więc wszystko skończone; Te uciechy, te całunki, te pieszczoty, te ofiary niezliczone, te ustawiczne poświęcenie, nasze błogie wesele, nasze wspólne cierpienia, serdeczne dawne śmiechy i serdeczne łkania, przeszłość i obecność, nadzieje, wszystko uleciało z ostatniem tchnieniem mojej matki.
Obce stworzenia żyją, a moja matka umarła! Ależ to chyba nie ja!




XII.

Naówczas byłem mocno przekonany, żem pojmał boleść najwyższą, jaka tylko być może udziałem człowieka. Niestety! czemuż Bóg nie zostawił mię w tej wierze?
Iza płakała bardzo: wzruszenie czysto fizyczne, któremu wszystkie podlegają kobiety. Co czarne przestrasza je. Nazajutrz ani pamiętają o tem. Niemniej wszakże byłem jej głęboko wdzięczny, i doznałem wielkiej ulgi od tych łez pozornych.
Jednakże, przeszło sześć miesięcy nie byłem w stanie dobyć z siebie uśmiechu nawet dla niej, nawet dla naszego dziecka. Znagła widok jakiś uderzał moje oczy, obraz, słowo jedno z przeszłości w myśli się budziło; i ze łkaniem tuliłem usta do rąk łzy, godzinami całemi przesiadując pogrążony w niemym bólu.
Pracowałem zapamiętale. Pieniądze odkładałem dla syna, dziedzictwo którego byłoby niewątpliwie szczupłem bardzo, gdybym był zmarł w owym czasie. Dotąd wydawaliśmy cały mój zarobek co do grosza. Śmierć odkryła mi życie z poważniejszej strony i obowiązki jego aż po za świat sięgające. Rozgłośne imię, talent, miłość sama, wydały mi się nagle tem, czem są w istocie; małą chwilką znikomej rozkoszy. Umysł mój począł się zaprzątać poważnemi, religijnemi przedmiotami. — Gdybym ze śmiercią matki został sam na świecie, sztuka nie wystarczyłaby do ukojenia mego bólu, prawdopodobnie byłbym się zamknął w klasztorze, o co naturalnie nie mogło mieć miejsca w obec żony i syna. Zagłębiłem się całkowicie w mistycyzmie. Przez ciąg jednego roku byłem prawdziwym średniowiecznym artystą. Wtedy to wykonałem statuę świętej Felicyty, którą stosownie do podania, przedstawiłem idącą na męczeństwo z dzieckiem u piersi, i nadałem jej rysy matki mojej, której była patronką.
Z prawdziwą gorączką artysty, w marmur oblekałem boleść moją, i ta martwiała stopniowo. Z czasem poczęła się rozwiewać, i widziałem ją, jeżeli rzec tak można, unosząc się już tylko nakształt mgły białawej po mojem, znów po dawnemu, błękitnem niebie. Że była jednym z owych bólów przewidzianych, zapowiedzianych, przyrodzonych, rozsądek posiłkowany pracą; obecność żony, młodość, organiczna wreszcie potrzeba zapominania i liczenia wiecznie na coś, będąca nieuniknionym egoizmem wszechczłowieczym, pogodziły mię i oswoiły z nią nieznacznie. Niebawem, uczuwałem ją tylko w postaci wspomnienia, nieco posępnie tłumiącego wrzawę i ruchliwość towarzyskiego życia. Nareszcie, kiedyś, ze zdumieniem pochwyciłem się na wesołym głośnym śmiechu, jakgdyby matka była z nami.
Biedna ludzkości!
Iza chciała rosić żałobę równocześnie ze mną oparłem się temu, i po upływie półrocza wróciłem ją jasnym strojom i rozrywkom ożywionym. Nie zgodziła się jednakże zupełnie do nich powróci.
— Nie zmuszaj mię, proszę. — mówiła, — to przynajmniej winnam pamięci matki twojej.
Pewnego rana, otrzymałem list bezimienny następnej treści:

„Jesteś mężem jakich mało; ani się domyślasz, że żona twoja co rano wykrada się z domu, i biega po ulicach, gdy ty myślisz, że jeszcze śpi w najlepsze. Sprobujże ją śledzić, a dowiesz się pięknych rzeczy; ale nie pokazuj tego listu, inaczej nic nie odkryjesz.

„Przyjaciel.“

Cokolwiek świat mówi przeciw bezimiennym listom, nigdy one nie chybiają celu. Broń to potworna, nikczemna, podła, ale broń pewna.
Ukrywałem, jak mogłem, przez resztę dni, pożerający niepokój. Dwadzieścia razy byłem gotów pokazać list Izie, żądając wyjaśnień.
Powstrzymałem się.
Nazajutrz, równo ze dniem byłem ubrany, i ukrywszy się za firanką w pokoju, czatowałem na zapowiedzianą wycieczkę.
Około godziny ósmej, Iza, ubrana czarno z twarzą osłoniętą, wysunęła się z domu, oglądając się naokoło; czy kto jej nie widzi. Łatwo pojąć jak gwałtownie, na ten widok, serce mi zabiło. Wsiadła do przejeżdżającego mimo powozu. Jednym skokiem znalazłem się na ulicy. Ten powóz, poznałbym go między tysiącami; dogoniłem go niebawem, a raczej śledziłem w pewnem oddaleniu. Zwrócił się na zamiejskie bulwary i dotarł do cmentarza Monmartre. Iza wysiadła, weszła na cmentarz; ogrodnik cmentarza pozdrowił ją jak zwykłą znajomą, i poniósł za nią kwiaty na grób matki mojej, o którym zapomniałem od dni kilku. Iza uklękła na grobie, kazawszy kwiaty rozłożyć przed sobą, a przystroiwszy nimi mogiłę, tą samą drogą, z zachowaniem tych samych ostrożności, wróciła do domu.
Zaledwie na próg wstąpiła, pochwyciłem ją w ramiona, a oddając jej list bezimienny, przepraszałem za chwilowe podejrzenie.
— Otóż od czego zależy ufność i wiara kochającego nas człowieka! — wyrzekła z westchnieniem.
Odtąd, ile razy wychodziła z domu czarno ubrana, całowałem ją gorąco i żegnałem czule, nie pytając dokąd idzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



XIII.

P. de Merfi, jeden z amatorów znanych, właściciel rozległych posiadłości w okolicy Chartres, wielokrotnie zapraszał mię do siebie, na uroczystość otwarcia łowów. W zeszłym roku przyjąłem zaproszenie, przyrzekając wybrać się w drogę 30 sierpnia o godzinie szóstej rano.
Przyjąłem tak jak się zazwyczaj przyjmuje podobne w Paryżu zaproszenia, przez prostą grzeczność, myśląc w duszy: „Kiedy to tam będzie, Bóg wie kiedy!” Tymczasem oznaczony dzień się zbliża, i na raz widzimy się zagrożonymi uczestniczeniem w hałaśliwej zabawie, mającej wykoleić nas w sposób raptowny ze zwykłego trybu cichego, pracowitego, rodzinnego życia, z którem nam tak dobrzej w zabawie należącej do innego świata i przenoszącej nas w arcy niepożądane grono ciekawych, komplemencistów i gadułów. Czas, którego ma się stracić tyle, wydaje się właśnie tym, któregoby jaknajlepiej użyć można, gdyby się udało zostać w domu. Dawno nie czuło się w sobie tyle twórczego usposobienia! A tu trzeba siadać do powozu, porzucać rozkosze dla bardzo wątpliwej zabawy, i rozstawać, się z kochanymi, którym tymczasem wypadek jakiś przytrafić się może, o czem nawet przeczucie wyraźnie nas ostrzega. Ale się przyrzekło. Czyż jaki traf szczęśliwy nie przyjdzie z pomocą? Co tu począć? Nie dotrzymać słowa, wykręcić się jakoś, skłamać! Niezręczne to i nietaktowne. Chciałoby się zasłabnąć naprawdę, doznać jakiego choćby lekkiego stłuczenia, mogącego posłużyć za powód do wycofania się z honorem. Ach, czemuż się nie przewidziało teraźniejszego usposobienia? Dziś dałoby się chętnie znaczną kwotę, byle nie być wprowadzonym w taki kłopot. Na domiar złego, w wyobraźni staje jasno postać liczącego na nas gospodarza, rozporządzającego zawczasu naszą osobą, twierdzącego: „Będziemy mieli pana takiego a takiego, tęgiego chłopca”, lub mówiącego: „Gdybym nie zaprosił był tego, mógłbym tamtego zaprosić, co byłoby nierównie weselszem.“ Czas upływa. Im dłużej ociągamy się z wycofaniem danego słowa, tem niegrzeczniej się znajdziemy; ale za to, im późniejsze, tem prawdopodobniejsze będzie tłómaczenie, i rzecz już odmienić się nie da. Nakoniec, w ostatniej chwili, w wigilię dnia prawie ze wstydem i niekłamaną zgryzotą, chwyta się za pióro do ręki i pisze bilecik, że z żalem największym jest się zmuszonym odmówić przyjemności uczestniczenia w zabawie, obiecującej tyle chwil wesołych, ale niezależne okoliczności, i t. d. i t. d. Niezawadziłoby dodać, że ktoś nagle zasłabł w domu, żona albo dziecko, Amfitryon mógłby wprawdzie przekonać się, że go oszukano i słusznie się obrazić. Przytem, to nie żarty. Choroba, uchowaj Boże, gotowa się jeszcze przyplątać.
Tak samo i ja rozmyślałem, w dniu 29 sierpnia, od ósmej do dziesiątej wieczorem, stojąc przed tłómoczkiem podróżnym, który Iza upakować kazała, z przezornością dobrej gospodyni. Spoglądałem na strzelbę w skórzanym futerale, na myśliwskie przybory, i na psa, którego umyślnie na kilka dni przedtem nabyłem, dla przyzwyczajenia do siebie, wpuszczałem do pokoju.
— Stanowczo nie pojadę, — ozwałem się nagle; — zaraz napiszę do p. de Merfi.
— Już zapóźno — zaoponowała Iza.
— Dopiero dziesiąta, a on nigdy przed dwunastą nie wraca.
— Będzie niegrzecznie.
— Tem gorzej.
— Zabawiłbyś się.
— Ani trochę.
— To cię rozerwie. Jedźże leniuchu! Gdy się raz wybierzesz, sam będziesz kontent.
— Daj mi papiery i pióra.
— Służący śpi. Powiedziałam mu, że już niepotrzebny.
— Zadzwoń.
Mówiłem zaś do siebie:
— Jeżeli służący śpi, Pojadę na polowanie.
Gdyby len człowiek był się już położył, wszystko co się stało, nie stałoby się niezawodnie..
Nie spał.
Oddałem mu list do p. de Merfi, i odetchnąłem swobodniej, jak więzień wypuszczony na wolność. Odmowa brzmiała: że muszę w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, wykończyć bardzo pilną robotę. Glina mogłaby przeschnąć i popękać, gdybym ją na całe trzy dni w takie upały zostawił. Odebrawszy list, p. de Merfi przez grzeczność mógłby osobiście przybyć z zaproszeniem. Postanowiłem więc pracować pilnie jeszcze dwie godziny, by słowom swoim nadać rzetelne znaczenie. Tym sposobem wykręt mój nie okaże się bezwarunkowem kłamstwem.
— To i dobrze, — rzekła Iza wesoło: — dalej do pracy, ale jeżeli p. de Merfi przyjdzie dziś kłócić się z tobą, jak mię kochasz, pojedziesz z nim na polowanie, Będziesz musiał to zrobić dla tego biedaka.
— W takim razie pojadę.
I ostatecznie uspokoiwszy sumienie, przystąpiłem do rysowania szkicu, który zamierzałem modelować jutro rano. Praca szła w milczeniu; od czasu do czasu pokazywałem rysunek Izie, która całowała mię w usta, ilekroć pochylała się nad nim.
P. de Merfi nie przyszedł.
O dwunastej udałem się do swego pokoju. Iza odeszła do swego. Spałem niedobrze, jakgdybym rzeczywiście potrzebował o piątej wybierać się w drogę. Obudziłem się bardzo wcześnie i wstawszy natychmiast, po cichu zabrałem się do pracy.




XIV.

Była prawie szósta godzina, gdy Iza uchyliła ostrożnie drzwi swego pokoju.
Nadmieniłem już wyżej, że pokój jej bezpośrednio styka się z pracownią. W zajmowanej obecnie pozycyi Iza mię dostrzec nie mogła, z powodu, że olbrzymia grupa bronzowa kryła mię przed nią całkowicie. Ja przeciwnie, widziałem ją doskonale, w niewielkim weneckim zwierciadle, które nieco pochyło zawieszone, najdokładniej odbijało wszystkie szczegóły pracowni. Z włosami rozpuszczonymi nie mając na sobie nic prócz koszuli, spadającej ze śnieżnych ramion, i spódniczki, Iza wstrzymując oddech, stąpała cichutko na palcach, jedną ręką unosząc nieco spódniczki, w drugiej ukrywając coś białego.
Szła ze wzrokiem wlepionym w drzwi mego pokoju, w obawie bym się w nich nagle nie zjawił. Był to najlepszy sposób nie dostrzeżenia mię, patrzyła bowiem wprost w przeciwną stronę od miejsca, gdzie się znajdowałem.
Wyobraziłem sobie natychmiast, że wiódł ją do mnie jeden z tych rannych porywów, tak radosnych dla młodego małżonka, a do których. pobudzają, wtórząc im wesoło pierwsze świegoty, Szablon:P blaski, i pierwsze tchnienia dnia letniego. Inaczej, pocóżby tak wcześnie i w podobnym stroju miała wychodzić do swego pokoju. Wstrzymałem oddech, czyniąc się nieruchomy na wzór otaczających mię posągów, Iza minęła drzwi mojej sypialni odwracając się raz ostatni by nie zostać pochwyconą znienacka, i postąpiła kilka kroków w stronę przedpokoju.
— Dokąd idziesz? — zawołałem.
Z dziwnym krzykiem, z krzykiem duszy co się znajdowała o sto mil od miejsca do którego ją zwrócono w jednym mgnieniu, stanęła jak wryta; i obróciwszy się, niby sprężyna ruszona, by nie upaść wsparła się o ścianę podnosząc rękę do serca, i biała jak batyst jej bielizny.
Pobiegłem do niej. Przez ten czas opamiętała się trochę.
— Ah! jakieś ty mię przestraszył! powiedziała ocierając pot, co wystąpił jej na czoło. — Wiesz, że mógłbyś mię kiedy zabić takim żartem?
I spróbowała odetchnąć z głębi piersi, uśmiechając się do mnie, rękę moją cisnąc, jakby szukając oparcia, i chcąc okazać mi razem, że się na mnie nie gniewa.
— Ale bo też, dokąd miałaś iść tamtędy? zapytałem.
— Szłam do Nanuny (miły Feliks tak nazywał swoją niańkę), — szłam do Nanuny zobaczyć małego. Od dwóch godzin spać nie mogę, i sama niewiem dlaczego byłam niespokojną o dziecko.
W istocie, pokój dziecinny znajdował się po drugiej stronie mieszkania.
— A listy co masz w ręku, — cóż to jest?
Popatrzyła na nie, jakby dla przypomnienia sobie jakiegoś mało ważnego szczegółu!
— To dwa listy które napisałam, nie mogąc spać długo: jeden do mamy, odwołujący zaproszenie na dzisiejszy obiad, który miała jeść ze mną, jeśliby ciebie nie było, a który teraz zjemy we dwoje co wiem że ci się więcej podobaj drugi... znowu odczytując adres, jak gdyby dobrze sobie nie przypominała, ah! tak, — drugi do nowej modystki, którą mi zachwalono. Chciałam prosić Nanuny, żeby je odniosła, idąc dziś rano z dzieckiem na spacer. Ot wiesz co, weź oba listy sam je każesz odnieść. Drżę tak strasznie, patrz tylko jak drżę cała, że wypadłyby mi z ręki Oh! nie trzeba nigdy straszyć mię w ten sposób.
I cała drżąca w istocie, oparła główkę na mojem ramieniu.
Wziąłem listy, i rzuciwszy je na stolik, począłem się usprawiedliwiać.
— Za karę, mój panie, — powiedziała Iza, — musisz mię zanieść do mego pokoju, dokąd nie doszłabym o własnej sile, i tam mię uśpić na nowo zamierzałam bowiem uspokoiwszy się o dziecko i rozporządziwszy listy, położyć się powtórnie i spać do południa; do czego teraz trzeba mi dopomódz troszeczkę, inaczej bym już nie usnęła.
Wziąłem ją za ręce jak dziecko, i poniosłem do sypialnego pokoju, przytuliwszy się twarzą do twarzy.
— Czyś ty wart tego? — mówiła wieszając mi się na szyi, i wabiąc ustami i wzrokiem; ale, cóż mam robić z tobą: dobrze żeś nie pojechał przynajmniej. W takie pyszne, gorące dni letnie szkoda być daleko od kochanych swoich, a ja cię kocham jak w pierwszych naszych miodowych chwilach. Wiesz, dąsałabym się na ciebie, gdybyś mię był samą na trzy dni porzucił. A ty, czy mnie kochasz?
Położyłem ją do łóżka, na miękkiej białej pościeli; a gdym od niej odchodził, by wrócić do przerwanej pracy.
— Nie zapomnij o listach, — szepnęła za mną mdlejącym głosem; nie chcę by nam dziś kto przeszkadzał, choćby nawet mama! Jeżeli Nanuna wyszła oddaj pokojowej.
Powiedzże mi przyjacielu, czyż kto inny nie dałby się złapać w taki sam sposób, i gdyby nie traf, nie przeznaczenie, do dziś bym jeszcze nie wiedział, że jeden z tych listów mieścił najpotworniejszą, najzuchwalszą zdradę.
Jak ta kobieta znała mię doskonale! jak ona była pewną wiary, zaślepienia, głupoty mojej!
Udałem się do dziecinnego pokoju, by popieścić synka, jak to codzień miałem we zwyczaju, i oddać niańce dwa powierzone mi listy.
Na usypianiu Izy zeszło mi dość czasu. Było po dziesiątej. Nanuna już wyszła. Zawołałem na pokojową. Służący, zajęty uprzątaniem salonu, z którego powynosił wszystkie meble, powiedział mi że wyszła przed minutą, że nie musi być dalej jak w podwórzu. Otworzyłem okno. Nikogo. Tylko we drzwiach od stajni zobaczyłem mego charta. Patrzył na mnie ruszając ogonem. Czas był prześliczny; Iza spała; nie czułem już takiej ochoty do pracy, jak z rana; wziąłem myśliwską czapeczkę, szpicrózgę; wyszedłem, gwizdnąłem na psa; i w letniej marynarce uśmiechnięty, z czołem podniesionem, jak człowiek pewny że jest kochanym, skierowałem się w stronę alei Marboeuf. Nie uszedłem dziesięciu kroków, gdy spotkałem powracającą pokojówkę
— Pani dała dwa zlecenia dla ciebie, Naneto ale cię nie było. Jeżeli się obudzi przed moim powwrotem, powiedź żem wyszedł sam je załatwić, dla zrobienia przyjemności temu oto panu, — dodałem wskazując na charta.
Żartowałem sobie! Zostawiwszy jeden list u hrabiny, udałem się na ulicę Marché d’Aguesseau, pod Nr. 12: taki adres wypisany na drugim liście, noszącym nadto nazwisko pani Henri, modystki. Doskonale, — pomyślałem sobie, przy tej zręczności sam wstąpię do pani Henri, i zamówię dla Izy jaki ładny stroik podług mego gustu.
— Gdzie tu mieszka pani Henri? — zapytałem stróża, który, w odświętnych sukniach, stał wyprostowany na środku swojej celki, jak gdyby sam u siebie w gościnie.
Człowiek ten cały tydzień musiał być zajęty czyszczeniem rzeczy: w niedzielę za to nie wiedział co ma zrobić ze swoją osobą. Zapomniałem dodać że była to właśnie niedziela.
— Pani Henri? — odpowiedział, To nie tutaj.
— Jakto, nie tutaj? A przecież to Nr. 12.
— Tak.
— Ulica Narche-d’Aguesseau?
— Tak: ale niema tu żadnej pani Henri.
— Modystka, — nastawałem jeszcze.
— Niema u nas żadnych modystek, — odparł pogardliwym tonem zacny cerber, stworzony widocznie na urzędnika w ministeryum.
— Ależ nie, ależ nie, — ozwał się krzykliwy głos odźwiernej, która zajęta jakiemś rannem uprzątaniem w tylnej swej izdebce, nie rzuciła nawet wzrokiem na osobę mówiącą z jej mężem; gdzież tam, jest w tym domu pani Henri; nie wiesz otem; bo jest teraz na wsi, Jeżeli to list do niej, można zostawić.



KONIEC TOMU DRUGIEGO


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (syn) i tłumacza: anonimowy.