Bryganci z Maladetta/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Bryganci z Maladetta
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KAROL MAY


BRYGANCI z MALADETTA
cykl
RÓD RODRIGANDA
POWIEŚĆ
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg
EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA


Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL
Warszawa, Elektoralna 31.
Prawo wydawania i tłumaczenia na język polski wszystkich dzieł Karola Maya jest wyłączną własnością Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. w Warszawie, Prosta 17.
Wszelkie inne wydania i tłumaczenia będą prawnie ścigane.
Copyright 1926 by „ORIENT“ Warsaw




I
NIKCZEMNY CZYN.

W drodze powrotnej spotkał Cortejo jeźdźca, po którym łatwo można było poznać, że nie przywykł do siodła, miał na sobie lekkie ubranie letnie, głowę okrywał olbrzymich rozmiarów sombrero. Na jego widok Cortejo zatrzymał konia. Znał przecież tego człowieka, lubo nie spodziewał się, że go tutaj spotka. Był to kapitan Henrico Landola we własnej osobie.
Mocno zaciśnięte usta z nieco opuszczonemi kątami, ostro zarysowany nos, przenikliwy, bystry wyraz szarych oczu, wszystko to znamionowało człowieka nieprzeciętnego.
Kapitan Landola był też istotnie marynarzem niezwykłym. Wiedzieli o tem wszyscy, którzy go znali, że mimo czysto hiszpańskiego nazwiska był rodowitym Jankesem, który nie boi się samego djabła i z każdej opresji wyjść potrafi cało. Przewędrował wszystkie morza i porty, uchodził za człowieka, który dla pieniądza nie zawaha się przed niczem. Chodziły nawet słuchy, że pan kapitan trudni się handlem murzynami, który w czasach tych był już, przynajmniej na papierze, zniesiony.
— Czy mnie oczy nie mylą? Więc to naprawdę pan, kapitanie, — zapytał Cortejo.
— We własnej osobie — odpowiedział kapitan.
— Cóż pan tu robi?
— Szukam sennora.
— Mnie? — pytał Cortejo zdumiony.
— Tak. Chyba pan wie, że wylądowałem w Veraeruz. Otrzymał pan z pewnością list od brata w tej sprawie?
— Owszem.
— A więc wszystko w porządku. Przejechałem konno przez ten przeklęty kraj zbójów i żółtej febry, aby interes osobiście ubić. W domu zastałem tylko córkę pańską, która powiedziała mi, że pana spotkam na pewno na tej drodze. Oto wszystko.
— Popełnił pan nieostrożność.
— Nieostrożność? Dlaczego to?
— Dlatego, że nikt sennora widzieć nie powinien, mimo iż jest tu pan zupełnie nieznany. Dwaj ludzie, którzy mają załatwić interes taki, jak nasz, powinni uważać pilnie, aby nikt nie widział ich razem.
— No dobrze, dobrze.
— Niech pan teraz galopuje sobie na spacer, a wieczorem, koło dziesiątej, niech się pan zjawi pieszo na tem samem miejscu, na którem się spotkaliśmy.
— Będę punktualny!
Gdy Cortejo przybył do domu, Józefa, wyczekująca ojca z niecierpliwością, zapytała:
— Czy zastałeś Indjanina, czy otrzymałeś potrzebny środek?
— Owszem. Ale piekielnie drogi!
— Opowiedz, ojcze, jak wszystko się odbyło.
Cortejo zdał córce sprawę ze swej wizyty u Basilia, poczem rzekł:
— Jakżeś mogła posyłać mi na spotkanie kapitana?
— Dlaczegóż nie miałam tego uczynić?
— Nikt nie powinien widzieć nas razem.
— Byłoby jeszcze gorzej, gdybym mu pozwoliła czekać u nas na ciebie.
— Chciał tu czekać? A to nieostrożny człowiek! Czy mówił coś o interesie?
— Ani słowa.
— A ty?
Józefa milczała chwilę zakłopotana. Wreszcie odpowiedziała:
— Chciałam naprowadzić rozmowę na ten przedmiot, ale kapitan zbywał mię tak wymijającemi odpowiedziami, że zmieniłam temat.
— Tak. Człowiek w rodzaju Landoli nie będzie mówił o takich sprawach z kobietami. Czy powiedziałaś mu, dokąd się udałem?
— Nie. Powiedziałam tylko, że będzie cię mógł spotkać na drodze do Paseo. — Ale, wracajmy do naszego środka. Czy to proszek, czy płyn?
— Proszek.
— Pokaż.
Sekretarz otworzył tutkę.
— Kiedy go użyjesz? Jeszcze dziś?
— Trzeba czekać, Alfonsa jeszcze niema.
— Obecność jego nie jest do tego konieczna!
— W takim razie muszę naradzić się w tej sprawie z kapitanem.
— A więc don Fernando jutro zażyje proszku?
— Być może.
— Ale w jaki sposób? Stara Marja pilnuje go jak brytan; nie dopuszcza nikogo.
— Trzeba będzie znaleźć jaką drogę.
— Jak szybko działa nasz środek?
— Działa po upływie jednej nocy na przeciąg całego tygodnia.
— A jeżeli umrze od rany?
— To już nie moja będzie wina. Zamierzam uśmiercić go pozornie; jeżeli umrze, sumienie mam czyste...
Wieczorem udał się Cortejo pieszo na spotkanie kapitana. Landola już był na miejscu.
— Nadzwyczajna punktualność! To lubię, to mi się podoba! — rzekł do sekretarza.
— Jak pan spędził czas, kapitanie?
— Jest tu dosyć spelunek, w których można miło czas spędzić, ale mniejsza o to. Niech mi pan poda ramię, przystąpmy po rzeczy!
Wziąwszy się pod rękę, szli w ciemności, szepcząc między sobą.
— Więc otrzymał pan list od brata swego Gasparina? — zapytał kapitan.
— Tak. A pan ma jego polecenia?
— Nie.
— To dziwne.
— Mam wrażenie, że się pan nieodpowiednio wyraził, — rzekł kapitan z uśmiechem. — Henrico Landola jest panem swej osoby! Nie pozwalam nigdy, by mi ktoś rozkazywał, lub dawał polecenia.
— Niech mi pan wybaczy. Nie miałem na myśli żadnego zwierzchnictwa.
— Więc zgoda! Powiem panu teraz, że brat pański prosił mnie o poparcie pana w pewnej dyskretnej sprawie.
— W jakiej?
— Może będzie chodziło o unieszkodliwienie człowieka... — odpowiedział kapitan.
— Czy ma umrzeć, czy też żyć powinien nadal?
— Brat pański chciał, aby zginął.
— A gdybym był innego zdania, aniżeli brat?
— To zależy od zapłaty — uśmiechnął się Landola. — Ileż pan daje?
— Czy 1000 durów wystarczy?
— Wystarczy. Co mam zrobić z tym poczciwcem?
— Usunąć go.
— Dokąd?
— Pańska wola.
— Dobrze! A kiedy mogę otrzymać „bagaż“?
— Jak długo zostaje pan w porcie?
— Dopóki nie skończymy sprawy. Ale mam nadzieję, że nie każe mi pan w tem przeklętem legowisku żółtej febry siedzieć zbyt długo. W przeciwnym razie byłbym zmuszony zmykać; życie mi bowiem drogie.
— Pośpieszę się. Czy wiesz sennor kogo masz zabrać?
— Nic mi do tego.
Gdyby Cortejo mógł przy tych słowach widzieć twarz kapitana, przekonałby się, że Landola kłamie, że w tym interesie dwóch braci niema na względzie nic poza zysk własny.
— Powie panu swoje nazwisko — zauważył sekretarz.
— Będę udawał, że mu nie wierzę.
— A jeżeli załoga statku usłyszy?
— Żadne oko nie zobaczy go, żadne ucho nie usłyszy.
— Czy dowiem się później, gdzie go pan umieścił?
— Może. Tego dziś jeszcze nie wiem.
— Dobrze. Przypuśćmy jednak, że człowiek ten jutro umrze.
— Kiedyżby go pochowano?
— Po dwóch dniach. Ponieważ jednak bratanek jest nieobecny...
— Zostanie pochowany bez bratanka.
— Nie. To niedobrze.
— Do djabła! W takim razie lekarz gotów go zabalsamować.
— Na to nie pozwolę. Oświadczę, że w rodzinie nikogo nie balsamowano, albo, że zmarły był zawsze przeciwnikiem balsamowania.
— Doskonale. Ale w jaki sposób przeniesiemy go do portu?
— Hm. Chyba nie w trumnie?
— Nie. Rzucałaby się w oczy.
— A w skrzyni?
— Udusi się.
— W takim razie najlepiej będzie w koszu.
— Dobrze. Ale jak przewieziemy go na przystań?
— Na mułach.
— A jak załadujemy „bagaż“ na statek?
— To już pańska sprawa, kapitanie.
— Niebardzo mi się to uśmiecha. Ale trudno, niema rady. Niech pan tylko uważa, aby kosz nie zginął po drodze!
— To właśnie ciężka sprawa. Droga na statek jest bardzo niepewna. Włóczą się po niej różni biali i czerwoni, którym nie można ufać.
— Trzeba pomyśleć o dobrej eskorcie.
— Hm, eskorta... Ale trudno, i o tem trzeba będzie pomyśleć. A w jaki sposób dowie się pan o naszem przybyciu?
— W bardzo prosty: pchnie pan do mnie na statek posłańca.
— Zejdzie pan później sam?
— Tego nie wiem. Niech pan w każdym razie wyszuka takie miejsce daleko od miasta, przy którem łatwo można lądować. W nocy zabiorę kosz.
— To byłoby wszystko.
— A więc możemy się pożegnać, prawda?
— Tak panu śpieszno?
— Czeka mnie drobna rozrywka. Życie na morzu jest piekielnie jednostajne, skoro się więc do lądu zawinie, trzeba używać.
— Rozumiem. A więc dobrej nocy!
— Dobrej nocy. A niech się pan śpieszy z pogrzebem!
— Odbędzie się jak najprędzej.
Po tych słowach się rozstali. —
Ranny hrabia Fernando, leżąc w łóżku, nie miał oczywiście pojęcia, jak i przez kogo postanowiony został jego pogrzeb.
Szczęście, albo raczej djabeł sprzyjał sekretarzowi. Przechodząc obok pałacu swego pana, spotkał starą Marję, wracającą od studni ze szklanką wody.
— Jak się powodzi hrabiemu? — zapytał.
— Nie narzeka.
— Czy gorączka spadła?
— Nie; ma ciągle straszne pragnienie. Co kwadrans muszę mu przynosić ze studni szklankę wody.
— Czy lekarz był?
— Dwa razy. Powiedział, że niema powodu do obaw, chyba, że zajdą jakieś komplikacje.
— Da Bóg, hrabia wyzdrowieje wkrótce. Chociaż w kraju o tak upalnym klimacie, jak nasz, każda rana może być niebezpieczna.
— Tak, to prawda. Ale muszę już iść. Dobrej nocy!
— Dobranoc!
Stali właśnie przed mieszkaniem Marji. Staruszka weszła na chwilę, aby wziąć jakiś drobiazg, zostawiwszy szklankę wody na murze przed domem!
Cortejo miał proszek przy sobie. Skorzystał z chwili, aby wsypać truciznę do szklanki. Poczem oddalił się szybko. —
Józefa czekała na ojca. Opowiedział jej z zadowoleniem, co zaszło. Gdy skończył, córka radośnie klasnęła w dłonie.
— Wspaniale! — rzekła. — Wygraliśmy ostatecznie. Teraz wiem na pewno, że będę hrabiną. Kiedy wraca Alfonso?
— Za kilka dni. A może nawet jutro.
— Nie będę tej nocy spała z radości!
— Pójdź jednak do swojej sypialni. Jeżeli z hrabią stanie się co niezwykłego, wszystkich trzeba będzie obudzić. Wywarłoby to dziwne wrażenie, gdybyś zjawiła się zupełnie ubrana. Mysimy uważać na każdą drobnostkę.
— Masz rację. Ale zapomniałam o najważniejszem: mam wrażenie, że hrabia sporządził nowy testament.
— Do kroćset! — zaklął Cortejo.
— Tak mi się zdaje. Przed pojedynkiem ludzie uporządkowują zwykle swoje sprawy, nieprawdaż?
— Tak.
— W przeddzień pojedynku hrabia pisał coś bardzo długo, tak opowiada lokaj.
— To jeszcze nie dowód, że sporządził nowy testament.
— Mam do tego przypuszczenia i inne podstawy. Dlaczego ukrywa tak skrzętnie to, co napisał? Dlaczego nie złożył tego w biurku, gdzie przechowuje wszystkie papiery?
— A gdzie złożył?
— U starej Marji Hermoyes.
— Hm, do djabła! Jesteś tego pewna?
— Tak. Wyszła z pałacu z wielką, pięciokrotnie opieczętowaną kopertą. Gdy hrabia zawołał ją do siebie po pojedynku, przyniosła mu kopertę zpowrotem.
— Któż ci to powiedział?
— Kamerdyner.
— To ciekawe. Może istotnie masz rację. Ale w każdym razie Alfonso zostanie spadkobiercą.
— Albo nie — rzekła Józefa. — Mógł go przecież wydziedziczyć; jest tylko bratankiem. Jedynie dobra w Hiszpanji muszą bezwarunkowo przypaść Alfonsowi, jako majorat.
— Nie rozumiem, dlaczego hrabia takiem zaufaniem darzy tę Marję?
— Przywiozła mu Alfonsa, może coś przeczuwa?
— Czy przypuszczasz, że mogła o tych przeczuciach mówić z hrabią?
— Trzeba ją unieszkodliwić. Gdzie twojem zdaniem hrabia schował kopertę?
— Przypuszczam, jestem prawie pewien, że w środkowej szufladzie biurka, gdzie leżą wszystkie ważne dokumenty.
— Gdy tylko środek nasz zacznie działać, będziesz musiał otworzyć tę szufladę.
— Postaram się. A teraz dobrej nocy!
Józefa udała się do swojej sypialni, nie mogła jednak zasnąć. Leżąc na łóżku, śniła z otwartemi oczami o przyszłem życiu, pełnem blasków i zaszczytów. Z tego, że je okupuje ciężką zbrodnią, nie robiła sobie żadnych skrupułów.
Cortejo spał w najlepsze, gdy zbudzono go pukaniem gwałtownem:
— To ja, służący Arnoldo. Nieszczęście stało się naszemu panu!
— Zaraz, zaraz!
Don Pablo wyskoczył z łóżka, nałożył szlafrok, zapalił światło, potem otworzył drzwi, w których stanął służący.
— Cóż się hrabiemu stało? — zapytał Cortejo.
— Nie wiem. Miałem dziś w nocy dyżur. Siedząc w korytarzu, zdrzemnąłem się nieco. Nagle usłyszałem jakiś krzyk w pokoju hrabiego. Pokój był od wewnątrz zamknięty na klucz. Na pytanie moje, co się stało, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Usłyszałem tylko płacz i rozpaczliwe biadania Marji. Ponieważ Marja drzwi nie otwiera, przybiegłem tutaj.
— Dobrześ uczynił! Musimy natychmiast spieszyć!
Cortejo udał się ze służącym pod pokój hrabiego. Mimo pukania nikt im nie otwierał; słychać było tylko płacz Marji.
— Otwierać! — krzyknął Cortejo, uderzając w drzwi nogą.
Uderzenie to oprzytomniło Marję. Otworzyła.
— Co się stało? — zapytał sekretarz.
— Ach, nasz dobry pan umarł, nie żyje! — odparła z jękiem.
Cortejo podszedł do łóżka, popatrzył na hrabiego. Don Fernando leżał blady jak trup; policzki miał zapadnięte.
— Kiedyż to się stało? — zapytał don Pablo.
— Nie wiem.
— Musisz wiedzieć, czuwałaś przecież przy nim!
— Zapadłam w drzemkę. Kiedy się ocknęłam, już nie żył. Nie wiem, jak długo potem rozpaczałam.
— A może tyś winna jego śmierci? Nie otwierałaś na pukanie. Może ratunek był jeszcze możliwy?
— Nie, nie!
Cortejo, wchodząc do pokoju, rzucił okiem na biurko: klucz widniał w zamku środkowej szuflady.
— Obudzić całą służbę! Sprowadzić lekarza! — rozkazał służącemu.
Po tych słowach służący i stara Marja opuścili pokój. Cortejo podszedł gorączkowo do biurka, otworzył szufladę, znalazł kopertę; włożywszy kopertę do kieszeni, zamknął szufladę. Potem wyszedł.
Wszystko trwało tak krótko, że w przedpodkoju spotkał jeszcze Marję. Biorąc ją pod ramię, zapytał:
— Hrabia miał dużo zaufania do ciebie, prawda?
— O tak! — odparła, łkając głośno.
— Zostań więc przy nim, aż przybędzie komisja sądowa. Pilnuj, by nic nie zginęło z pokoju, No, idź!
Stara wróciła do pokoju pana, nie przestając żałośnie zawodzić.
Na wołanie sekretarza zbiegł się cały pałac, aby opłakiwać niespodzianą śmierć hrabiego. Po jakimś czasie nadszedł lekarz.
Przedewszystkiem wygnał z pokoju ciżbę płaczącej służby. Pozwolił tylko zostać sekretarzowi, kamerdynerowi i Marji.
Zbadawszy trupa, potrząsnął głową i rzekł:
— Tetanus, tężec. Jeszcze jest ciepły; musimy poczekać.
Cortejo bał się, aby lekarz nie wpadł na pomysł otworzenia żył hrabiego; obawy jednak okazały się płonne. Lekarz oświadczył, że pozostanie przy hrabi do rana, poczem Pablo oddalił się wraz ze służącym. Marja została z lekarzem w pokoju hrabiego. —
Zaledwie Cortejo wrócił do domu, Józefa wbiegła do pokoju z pytaniem:
— Czy masz dokument?
— Tak; znalazłem go w środkowej szufladzie. Na kopercie niema żadnego napisu. Zobaczmy!
Złamał pieczęcie, wyciągnął z koperty papier i czytał. W miarę, jak zagłębiał się w testament, bladość coraz wyraźniejsza okrywała mu twarz.
— Co się stało? — spytała Józefa.
— Czytaj!
W miarę czytania bladła również Józefa. Skończywszy, rzuciła papier na podłogę ze słowami:
— A więc tak, jak przypuszczałam: wydziedziczony!
— Nie dostalibyśmy ani grosza!
— Tej Marji zapisał niebywałe bogactwa.
— A my poszlibyśmy pod sąd, który miał zbadać, czy Alfonso jest istotnie hrabią Rodriganda.
— Szczęście, że mamy ten papierek!
— Spal go!
— Nikt nie zauważył, jak wyciągnąłeś go z biurka? Marja?
— Nie; z pewnością nie!
— W takim razie można spalić papier. Brak teraz tylko Alfonsa!
— Ja go zastępuję. Władze będą musiały zwracać się ze wszystkiem do mnie, jako do sekretarza.
— A co będzie z plamami pośmiertnemi?
— Znajdzie się na to odpowiednia chwila.
— Kto się tem zajmie: ja, czy ty?
— Ja. Znam się na tem lepiej.
— Czy zwłoki hrabiego pozostaną w pokoju?
— Nie. Zamkniemy pokój, aż do chwili otwarcia testamentu.
— Kiedyż to nastąpi?
— Według tutejszego zwyczaju jeszcze dziś.
— Gdzie umieścisz trupa?
— Na wspaniałym katafalku w wielkiej sali. Przygotuję wszystko. Trzeba będzie pokój obić na czarno.
— Czeka mię nawał pracy!
— Mnie również. Muszę pomyśleć o trumnie, o całej ceremonji. No, trzeba zaczynać; już świta.
Po tych słowach ojca, Józefa wzięła testament i wraz z kopertą wrzuciła do płonącego kominka. —
Po kilku godzinach lekarz wezwał don Pabla.
— Pan jest sekretarzem hrabiego, pan prowadził wszystkie jego sprawy?
— Tak.
— W takim razie oświadczam panu, iż hrabia rzeczywiście umarł.
Cortejo przybrał zrozpaczony wyraz twarzy.
— Czy to możliwe? — zawołał.
— Z początku sam nie wierzyłem, ale teraz jestem pewien.
— Powiedział pan, panie doktorze, że to tetanus?
— Tak. Nastąpił tężec. W naszym klimacie najmniejsza nawet rana tem się skończyć może.
— To straszne! Pozwoli pan, doktorze, że przeniosę stąd trupa? Za jakie pół godziny bowiem zjawią się przedstawiciele władz, by stwierdzić kto jest spadkobiercą.
— Któż nim będzie?
— Przypuszczam, że don Alfonso.
— Czy był pan obecny przy pisaniu testamentu?
— Tak.
— W takim razie przypuszczenie to staje się pewnikiem. Proszę, niech mnie pan poleci hrabiemu Alfonsowi. Zawsze cieszyłem się zupełnem zaufaniem jego stryja.
— Postaram się uczynić wszystko, co ode mnie zależy.
— Wystawię panu dla władz akt zejścia. Chciałbym tylko zbadać jeszcze raz trupa przed samym pogrzebem.
— Proszę pana nawet o to, doktorze.
Nie zdążono jeszcze przenieść trupa, gdy zjawiły się władze. Marja musiała opuścić pokój; został w nim tylko don Pablo, jako sekretarz i pełnomocnik hrabiego. Don Fernando zdeponował swój pierwszy testament u władz. Odczytano go teraz. Jedynym spadkobiercą był don Alfonso. Ponadto testament polecał, by don Alfonso wypłacił sekretarzowi wcale pokaźną sumę i zatrzymał go na dotychczasowem stanowisku. Hrabia nie zapomniał również o służbie.
— Gdzież jest hrabia Alfonso? — zapytał jeden z przedstawicieli władzy.
— Na jednym z bardzo odległych folwarków.
— Kiedy wraca?
— Najpóźniej za kilka dni.
— Proszę zawiadomić mnie, gdy tylko przybędzie. Pragnę się z nim naradzić. — A teraz upoważniam pana, w myśl testamentu, do zajęcia się pogrzebem. Gdzie leżą papiery zmarłego?
— W bibljotece i tutaj.
— A pieniądze, kosztowności?
— W tem biurku.
— W takim razie opieczętowuję chwilowo całe mieszkanie. Pan odpowiada za nienaruszalność pieczęci.
Cortejo skinął głową i rzekł:
— Proszę tylko o pewną sumę na koszta pogrzebu. Zdam z niej później rachunek.
— Dobrze, otrzyma ją pan.
Pokój hrabiego został opieczętowany, trupa umieszczono w wielkiej sali. — —



II
NIEPRAWY SPADKOBIERCA.

Wiadomość o śmierci hrabiego Fernanda szybko rozeszła się po stolicy wraz z famą o pojedynku, który śmierć spowodował. Hrabia był w mieście ogólnie lubiany, to też w przeciągu jednego dnia nagromadziły się w pałacu całe stosy biletów kondolencyjnych.
Po południu udało się Pablowi Cortejo spędzić dłuższy czas przy zmarłym; był zupełnie sam, miał więc sposobność zastosowania płynu. Plamy wystąpiły tak podobne do tych, które ukazują się na zwłokach, że lekarz, który przybył dnia następnego, na ich podstawie pozwolił na pogrzeb bez wahania.
Dzień przyniósł jeszcze jedną niespodziankę, pomyślną dla don Pabla.
Oto w domu don Pabla zjawił się niespodzianie gość zdawna wypatrywany: Alfonso.
Don Pablo powitał go serdecznie:
— Czekałem na ciebie z niecierpliwością!
— I ja tęskniłem za Meksykiem i za wami!
— Czy wiesz, że hrabia nie żyje?
— Tak — odparł Alfonso z uśmiechem.
— Śmiejesz się? Dlaczego?
— Bo jesteś wszechwiedzący. Napisałeś mi w liścle, że hrabia Fernando umrze; przyjeżdżam, zsiadam z konia, no i dowiaduję się, że naprawdę nie żyje! To rozumiem, to mi precyzyjna robota.
— Nie pytasz nawet, kto jest dziedzicem?
— Poco? Przecież ja nim jestem.
— Oho!
Usłyszawszy ten okrzyk, Alfonso zbladł.
— Więc nie? Mówże!
— No, no, nie denerwuj się — uspokoił don Pablo. — Jesteś dziedzicem, ale niewiele brakowało, a zostałby nim zamiast ciebie stary hrabia Manuel, pan na zamku Rodriganda w Hiszpanji, którego jesteś podstawionym synem.
— Do krócset! Jakże to się stało?
— Dowiesz się wkrótce o wszystkiem. Ale; jakże ty wyglądasz?
Alfonso spojrzał na swe postrzępione ubranie i rzekł:
— Przyjeżdżam przecież z dzikiego kraju. Pójdę do swoich pokojów, aby się przebrać.
W uchylonem skrzydle drzwi stanęła Józefa. Na widok Alfonsa zbladła naprzód jak kreda, później oblała się rumieńcem. Wyciągając ramiona, zawołała:
— Alfonso, Alfonso! Pójdź w moje objęcia, ukochany kuzynie!
Alfonso stał nieruchomo. Podbiegła więc do niego i przyciskając się doń swem chudem ciałem, zaczęła całować go w usta gorąco i namiętnie. Alfonsa bronił się, lecz napróżno. Wpadł więc w pasję i zawołał:
— Zostaw mnie w spokoju! Wypraszam sobie te poufałości. Jak śmiesz nazywać mnie głośno kuzynem. Mógłby nas kto usłyszeć i nieszczęście gotowe!
— Taka jestem szczęśliwa, że cię mam znowu!
— To jeszcze nie powód, aby mi jedynym zębem odgryzać wargi!
Słowa te poskutkowały. Sowie oczy Józefy zabłysły gniewem; odsunęła się szybko.
— Za tę obrazę będziesz mnie jeszcze błagał o przebaczenie!
— Z pewnością nie dzisiaj — odparł Alfonso szyderczo.
— Ale jutro!
— Niedoczekanie.
— Zobaczysz! Nie pozwolę obrażać się bezkarnie!
— Nie lubię frazesów. Gdzie są klucze od mego mieszkania, Cortejo?
Don Pablo obserwował dokładnie całą scenę. Wskazał z niezadowoleniem na czarną deskę, na której wisiał pęk kluczy.
— Oto są — rzekł ponuro.
Alfonso, spojrzawszy nań ze zdziwieniem, zapytał:
— Co ci się stało?
— Nic.
— Mógłby się jednak pan sekretarz pofatygować i podać klucze swemu panu.
Cortejo nasrożył się jeszcze bardziej i rzekł:
— A bratanek mógłby oszczędzić stryjowi tej fatygi.
Alfonso roześmiał się i odparł:
— Nie grajmy komedji. Nie chcę być ani jej aktorem, ani widzem!
— Dotychczas grałeś tylko małą rolę; być może, będziesz musiał wogóle ustąpić ze sceny. Weź klucze, przebierz się! Później przyślesz po mnie swego lokaja.
Słowa te wypowiedział Cortejo tak stanowczo, tak ostro, że lekkomyślny i tchórzliwy Alfonso usłuchał natychmiast i wyszedł, nie powiedziawszy ani słowa.
Cortejo zwrócił się teraz do córki:
— Popełniliśmy wielkie głupstwo, paląc testament. Tam w kominku leży jeszcze popiół!
Odpowiedziała ponuro:
— Tak. Ale dlaczego uważasz, że popełniliśmy głupstwo?
— Mielibyśmy Alfonsa w ręku, gdyby testament jeszcze istniał.
— A bez testamentu? Czy wszystko stracone?
Józefa udała się do swego pokoju. Tu otworzyła skrytkę w szafie i wyciągnęła jakiś papier. Był to wczorajszy testament.
— Roztropnie postąpiłam — rzekła do siebie — rzucając do pieca kawałek gazety zamiast testamentu. Mam go teraz w ręku i potrafię zużytkować. —
Przebrawszy się, Alfonso zadzwonił na służącego i kazał mu zawołać sekretarza.
Cortejo zjawił się natychmiast i, usiadłszy obok Alfonsa, nawiązał rozmowę:
— Jak ci się powodziło? Wygląd twój zdradza, że miałeś dużo przygód.
— Źle mi się wiodło. Opowiem ci później o wszystkiem. Ale naprzód musisz mi, stryju, powiedzieć, co tutaj zaszło. To przecież najważniejsze.
— Otrzymałeś mój list?
— Tak.
— I spotkałeś obydwu gońców?
— Jakich gońców?
— Więc ich nie spotkałeś?
— Nie.
— Z polecenia don Fernanda posłałem po ciebie dwóch ludzi.
— Aż dwóch? Powód musiał być ważny. Czy stało się to na skutek choroby hrabiego?
— Nie; z powodu pojedynku. Embarez zagroził hrabiemu, że ogłosi wypadek w Dzienniku Urzędowym, jeżelibyś nie stanął do spotkania w przeciągu trzech dni.
— Do kroćset! Wyobrażam sobie minę starego.
— Widziałem ją; niezbyt była obiecująca. Po wysłaniu gońców do ciebie udał się do hrabiego Embareza, by...
— By go prosić o przedłużenie terminu?
— Nie. Don Fernando był przecież człowiekiem honoru i nie chciał kalać swego nazwiska. Poszedł do hrabiego, aby się bić za ciebie.
— W takim razie cała sprawa jest załatwiona?
— Najzupełniej.
— Świetny pomysł miał stary hrabia, znakomity, zwłaszcza, że śmierć nastąpiła zapewne skutkiem pojedynku, co?
— Takie jest ogólne mniemanie.
— Więc umarł z innego powodu? Zaciekawiasz mnie. A więc?
Cortejo wyciągnął z kieszeni list swego brata, który pokazywał przedtem Józefie, i dał bratankowi.
— Czytaj.
Przeczytawszy list, Alfonso zapytał:
— A więc ten list jest powodem śmierci don Fernanda?
— O tyle, o ile. Don Fernando żyje bowiem.
— Żyje? Czyś ty oszalał?
— Mam wrażenie, że jestem przytomniejszy od ciebie.
— Ależ to nonsens pozwolić mu żyć!
— Postaramy się, aby nam nie przeszkadzał. Umarł śmiercią pozorną.
— Pozorną! To musi być okropne. Jakżeś to wymyślił, mój stryju?
— Dałem mu jadu, który powoduje letarg. Po tygodniu na nowo obudzi się do życia.
— A co go czeka później?
— Znajdzie się na statku naszego poczciwego Landoli.
— Jakżeż go tam przetransportujesz?
— W koszu.
— Trudna sprawa. Droga do portu tak ożywiona.
— Cóż począć? Trzeba będzie pomyśleć o straży. Lecz nie mogę wtajemniczać jej, kogo pilnuje. Skąd straż wziąć, oto kłopot.
— Mogę ci pomóc.
— Ty? — ze zdumieniem zapytał Cortejo. — Masz ludzi pewnych, odważnych i nieciekawych?
— Mam takich ludzi. To eskorta, którą przywiozłem z hacjendy.
— Vaquerowie? Nie nadają się.
— To nie vaquerowie, to Indjanie.
— Chrześcijanie, czy poganie?
— Poganie. Należą do szczepu Komanczów.
— Do szczepu Komanczów? — zapytał przerażony Cortejo. — Chyba żartujesz?
— Skądże znowu. Mówię najszczerszą prawdę.
— To podobno straszni ludzie, rabusie, mordercy, złodzieje. Coprawda, nigdy w życiu nie widziałem żadnego Komancza.
— I ja ich nie znałem. Są stokroć straszniejsi od naszych dzikich Indjan. Mimo to żyją ze mną w przyjaźni i będą ci wiernie służyć.
— To twoi przyjaciele? Odprowadzili cię aż tu, do Meksyku?
— Tak. Ukryli się w górach przedmiejskich. Przeżyłem z nimi całą epopeję. Muszę ci ją opowiedzieć.
Alfonso zaczął od przeżyć w hacjendzie. Opowiedział historję porwania Emmy i Karji, jaskini ze skarbem królewskim, walk swych, oraz dzieje sadzawki krokodyli, nad którą wisiał. Opowiedział wreszcie o swem cudownem wybawieniu.
Cortejo słuchał z otwartemi ustami, jakby skamieniały. Wkońcu zawołał:
— To nie do wiary! Więc widziałeś na własne oczy te olbrzymie skarby. I niema ich, zginęły?
— Tak. Dokąd je zabrano, o tem wie tylko ten przeklęty Bawole Czoło i może jeszcze kilku ubogich Miksteków.
— Trzeba szukać, choćby lata całe! — zawołał Cortejo w febrycznej gorączce.
— Uczynię to teraz, wszak jestem właścicielem hacjendy. Udam się tam ze szwadronem zbrojnych i rozpocznę poszukiwania.
— Dostaniesz szwadron; hrabiemu Rodriganda nie odmówią.
— Zemszczę się na tej hołocie!
— Więc sądzisz, że mogę użyć twoich Komanczów?
— Pomówię z nimi dziś wieczorem przy wypłacie; obiecałem ich bowiem nagrodzić, jeżeli wrócę cało.
— Pojadę z tobą.
— Postaraj się, aby otrzymali, co przyrzekłem. Wypiszę ci wszystko na kartce. Ale, jakże stoi sprawa dziedzictwa?
— Jesteś generalnym spadkobiercą.
— Czy testament został już otwarty?
— Tak. Przedstawiciel władzy prosił, abym go zawiadomił o twem przybyciu.
— Więc zawiadom go czem prędzej.
— O mały włos nie straciłeś dziedzictwa. Hrabia sporządził drugi testament.
— Do djabła! Jakże się to stało?
Cortejo zdał sprawę. Gdy skończył, Alfonso rzekł:
— Trzeba wyrzucić tę starą Marję.
— Co za nierozwaga! Stara mogłaby rozpowiedzieć wszystko. Trzeba ją unieszkodliwić, albo za pomocą podarunków, albo też inną drogą.
— Ani mi się śni obdarowywać tę babę!
— A więc trzeba ją będzie unieszkodliwić inną drogą. Ale, przedewszystkiem musisz spełnić swój święty obowiązek.
— Cóż to za obowiązek?
— I ty się pytasz, człowieku, jaki masz do spełnienia obowiązek? Jesteś przecież bratankiem zmarłego. Cóż powie na to służba, gdy zobaczy, że nic cię śmierć stryja nie obchodzi?
— Uważasz, że powinienem trochę popłakać nad trupem?
— Oczywiście.
— Może mam się jeszcze modlić i wdziać żałobę?
— Naturalnie.
— Dobrze, biorę na siebie ten ciężki obowiązek. Ale chciałbym ci przedtem coś powiedzieć odnośnie do Józefy.
— Mów, słucham.
— Co znaczą te dzisiejsze przesadne czułości?
— Przesadne? Nie uważam. Czy nie powinna się była ucieszyć z powrotu kuzyna?
— To nie była radość siostrzana! Mam wrażenie, że twoja córka kocha się we mnie.
— I ja mam to samo wrażenie — odparł chłodno don Pablo.
— I nie wzbraniasz jej tego?
— Żadne zakazy tu nie pomogą, serce nie sługa.
— Widzisz chyba, że miłość ta jest bardzo nie na miejscu?
— Nie, tego nie widzę.
— Nie? Więc uważasz, że może być stadło z Józefy i ze mnie?
— Nie uważam tego za niemożliwe.
— Ale ja! Nie jest przecież szlachcianką.
— Ty także nie jesteś szlachcicem.
— Przeciwnie! Od dziś jestem hrabią de Rodriganda.
— I ona może w dniu ślubu powiedzieć tak samo, jak ty: od dziś jestem hrabiną de Rodriganda!
— Ależ jest ode mnie starsza, a przytem nieładna, nawet nie przystojna!
— Nie będziesz więc miał powodu do obaw, że cię zdradza, a to wiele znaczy, mój drogi.
— Niech was djabli wezmą! — zawołał zżymając się Alfonso.
— Jeżeli nas djabli wezmą, to i ciebie z nami. Tworzymy jedną całość. Wszyscy troje spojeni jesteśmy najmocniejszym węzłem: zbrodnią. Nigdy w życiu nie potrafisz się nas pozbyć; o tem powinieneś pamiętać.
— A jeżeli spróbuję?
— Zginąłeś!
— A wy razem ze mną!
— Tego nie przypuszczam. Wszystko zależy od sposobu, w jaki się bierze do rzeczy. Zastanów się głębiej, a zrozumiesz, że mamy nad tobą przewagę. Tem, czem jesteś, jesteś tylko przez nas. Żyjesz i zginiesz razem z nami. Oto, co ci chciałem powiedzieć. A teraz idź przed trumnę hrabiego i staraj się dobrze odegrać swoją rolę!
Cortejo postawił sprawę jasno. Alfonso wiedział, czego chcą ojciec i córeczka. Decyzja zależała teraz od niego. —
Stanąwszy nad trumną don Fernanda, płakał tak żałośnie, że służba z całego serca litowała się nad zgryzotą młodego pana. Alfonsowi przeszkadzano w opłakiwaniu hrabiego, co chwila bowiem wchodził ktoś ze znajomych, aby po raz ostatni pożegnać zmarłego. Zwyczaj meksykański pozwala każdemu popatrzeć w twarz nieboszczyka; to też przez wielką salę przesuwał się cały korowód, którego część przyszła raczej dla obejrzenia wspaniałego pałacu, aniżeli dla oddania zmarłemu ostatnich honorów.
Z pośród tego tłumu przystąpił do don Pabla człowiek, na którego widok nasz sekretarz zląkł się nie na żarty. Był to Basilio, „lekarz“ od trucizn.
— No więc, czy dotrzymałem słowa? — spytał Indjanin.
Cortejo zaciągnął go do przyległego pustego pokoju.
— Na Boga! Czego tu szukacie? — zapytał.
— Niczego. Chętnie oglądam trupy — odpowiedział Indjanin ze spokojem.
— Ale w jaki sposób dostaliście się tutaj?
— Znałem was oddawna. Przeczuwałem, dla kogo przeznaczyliście truciznę. Przyszedłem, aby przekonać się, jak działa.
— Kiedy się obudzi?
— Za tydzień, chociaż już teraz ma zupełną świadomość.
— Na Boga! W takim razie słyszy, co się dzieje wokoło niego?
— Nawet widzi jednem okiem, któreście mu niezupełnie zamknęli.
— Ależ to niebezpieczne!
— To już wasza sprawa, mój panie. W każdym razie nie zapominajcie o swoim wiernym słudze Basilio!
Indjanin przed odejściem znacząco zmrużył jedno oko. Cortejo wyszedł za nim. Na korytarzu spotkał Alfonsa.
— Co to za indywiduum? O czem rozmawialiście? — zapytał hrabia, korzystając z tego, że byli sami.
— Ależ napędził mi strachu! To przecież Basilio.
— Jaki Basilio, co za Basilio?
Cortejo był jeszcze napół przytomny z trwogi. Po chwili, rozglądając się dokoła, szepnął:
— To człowiek, od którego kupiłem truciznę.
— Do pioruna! Czyś powiedział mu kim jesteś?
— Nie. Ale i tak wie o tem.
— Czy przeczuwa, kto otrzymał truciznę?
— Wie nawet dobrze!
— To źle! Czy będzie milczał?
— Kto wie, czego się spodziewać po takich ludziach.
— Będzie cię prześladował, jak krwawy wyrzut.
— Dam sobie z nim radę.
— Tak, trzeba to wygładzić gruntownie, raz na zawsze!
— Dowiedziałem się od niego czegoś, co mnie niepokoi. Don Fernando jest przytomny.
— To chyba niemożliwe?
— Słyszy i widzi wszystko.
— To okropne — szepnął Alfonso. Po chwili dodał z szyderczym uśmiechem: — ciekaw jestem, co sobie myślał, gdy patrzył na mój płacz i słuchał moich jęków?
Wszedł lokaj z wiadomością, że przedstawiciel władzy chce mówić z Alfonsem. Alfonso przyjął go w obecności don Pabla. Po krótkich formalnościach sprawa spadkowa została załatwiona. Alfonso został wielokrotnym miljonerem. —
Wieczorem, gdy wszyscy udali się na spoczynek, a przy zmarłym zostały tylko trzy płaczki, wyprowadzono przez tylną furtkę pałacu trzy konie. Dwa miały siodła kawaleryjskie, trzeci obładowany był bronią i rozmaitego rodzaju przedmiotami. Alfonso i Cortejo dosiedli koni i ruszyli przez ciemne, opustoszałe ulice. Po godzinnej jeździe przybyli do podnóża gór, leżących na północ od miasta. W małej dolince palił się ogień, przy nim nie zastali jednak nikogo; Indjanie oddalili się w obawie przed przybywającymi. Wrócili dopiero, gdy poznali Alfonsa.
— A więc biały nasz brat dotrzymuje słowa — rzekł jeden z nich.
— Zawsze — odparł Alfonso wyniośle.
— Kimże jest druga blada twarz?
— Moim przyjacielem.
— Niech więc wypali z nami fajkę pokoju.
— Czy nie możnaby tego odłożyć na kiedy indziej? Nie mamy czasu.
— Na fajkę pokoju jest zawsze czas. Kto jej nie chce z nami wypalić, ten jest naszym wrogiem.
Nie pozostało dwum naszym przybyszom nic innego, jak przystosować się do dziwnego zwyczaju. Usiedli więc na ziemi, zapalili fajkę, która zaczęła krążyć z rąk do rąk. Dopiero teraz zapytał jeden z Komanczów:
— Bracia moi przywieźli wszystko? Strzelby, noże, ołów i proch?
— Wszystko, i perły, i pierścienie dla waszych kobiet.
— Czy tyle, ile było umówione?
— Tak.
— A więc dobrze. Trzeba zdjąć wszystko z konia. Czy biali bracia mają jeszcze coś do powiedzenia?
— Czy czerwoni bracia chcą zarobić daleko więcej broni i kosztowności?
— Za jaką cenę?
— Za cenę ochrony tego oto człowieka, z którym wypaliliście fajkę pokoju.
— Czy jest w niebezpieczeństwie, że mają go chronić czerwoni przyjaciele?
— Nie. Chce tylko z gór udać się nad morze.
— Nad wielką, nieskończoną wodę?
— Tak. Ale po drodze może spotkać wielu złych ludzi, więc potrzebna mu wasza ochrona.
— Jak długo trzeba jechać, by zobaczyć wielką wodę, po której pływają olbrzymie okręty?
— Pięć dni.
— Czy bracia nasi dadzą każdemu z nas po dwa noże i po dwa lustra, w których zobaczyć można własną twarz?
— Damy.
— I fajkę z drzewa, a do niej tyle tytoniu, ileby zmieścić się mogło w głowie ludzkiej?
— Damy.
— W takim razie odprowadzimy białego brata nad wielką wodę. Kiedy wyrusza?
— Za dwa, trzy dni.
— Mamy więc tu zaczekać? W takim razie muszą nam biali bracia dać nieco okrągłego srebra, które blade twarze pieniądzem nazywają, żebyśmy nie głodowali, a mogli sobie u białych kupić jedzenia.
— Dobrze. Oto dziesięć pesów.
— Czy to wystarczy na sześciu mężów?
— Wystarczy.
— Więc dobrze. Howgh.
Otrzymawszy pieniądze, broń i kosztowności, Komanczowie zaczęli wydawać okrzyki radości. Najbardziej zachwycały ich cygara, które Cortejo dodał „nadprogramowo“.
Powróciwszy do domu, Cortejo wszedł jeszcze do sali, w której leżał don Fernando. Obok płaczek siedziała Marja. Podeszła do sekretarza ze słowami:
— Wybaczcie mi sennor jedno pytanie. Czy otwarty wczoraj testament jest tym samym, który leżał w środkowej szufladzie biurka hrabiego?
— Tak.
— Słyszałam, że don Alfonso został głównym spadkobiercą i że don Fernando wielu ludzi obdarował w testamencie. Czy i ja coś otrzymałam?
— Dostaniesz tysiąc pesów i utrzymanie w pałacu do końca życia.
Marja popatrzyła ze zdumieniem na don Pabla.
— Tak było w zapisie? W takim razie to nie ten testament.
— A to dlaczego?
— Ponieważ hrabia co innego obiecał mi i zapisał w testamencie. Miałam otrzymać pozwolenie na powrót do ojczyzny, do Hiszpanji, i tyle pieniędzy, abym mogła żyć tam bez pracy i bez trosk aż do śmierci.
— Napisał to w testamencie? Kiedy?
— Wieczorem przed pojedynkiem. Sporządził nowy testament, położył na nim pieczęć i dał mi go do przechowania. Po powrocie hrabiego z pojedynku musiałam przynieść mu testament.
— Dokąd go włożył?
— Do środkowej szuflady biurka.
— Muszę o tem pomówić z przedstawicielem władzy, obecnym przy objęciu spadku.
— Pomówcie z nim, panie. Teraz, gdy pan mój nie żyje, nie chciałabym tu pozostać dłużej.
— A jeżeli tego, o czem mówiłaś, niema w testamencie?
— W takim razie otworzono testament fałszywy.
— Czy były dwa? Skąd takie przypuszczenie?
— Hrabia mówił mi o tem.
— Dlaczego sporządził drugi testament?
— Tego nie mogę powiedzieć. Chciałabym tylko pomówić z przedstawicielem władzy, by odszukał drugi testament.
— Pomówię z nim sam. Zakomunikuję ci później, co postanowił.
Cortejo odszedł, przeklinając babę, która mogła mu jeszcze sprawić wiele kłopotu. —
Następnego dnia odbył się pogrzeb hrabiego de Rodriganda y Sevilla. Wzięły w nim udział najwytworniejsze, najbogatsze sfery miasta. Don Fernando pochowany został w grobowcu, który kazał wybudować sobie jeszcze za życia.
Powróciwszy z pogrzebu, Alfonso udał się do swego pokoju i zatonął w rozmyślaniach, jak też będzie używał swej magnackiej fortuny. Wtem otworzyły się drzwi: stanęła w nich Józefa.
Alfonso zerwał się, zaskoczony tą niespodziewaną wizytą. Nie mógł w pierwszej chwili uwierzyć w zuchwałość Józefy.
— Czego tu chcesz? — zapytał.
— Chcę pomówić z tobą.
— Dlaczego nie kazałaś się zameldować?
— A czy ty każesz się meldować, kiedy do mnie przychodzisz?
— To co innego. Pomyśl, co powie moja służba, skoro zobaczy, jak mi składasz wizyty.
— Powie, że jesteśmy krewnymi! — odpowiedziała z ironją.
— Zwarjowałaś?
— Milcz. Nie unoś się. Nikt jeszcze o tem nie wie, ale bardzo możliwe, że się ludzie dowiedzą, i to ode mnie.
— Raczysz żartować?
— Mówię poważnie, wcale mi nie do żartów.
— Więc może mi powiesz, co jest powodem twego złego humoru?
Józefa obrzuciła go gniewnem spojrzeniem.
— Dlaczego nie poprosisz mnie, abym usiadła?
— No więc siadaj!
— Obraziłeś mnie.
— Czemże to?
— Czy nie powiedziałeś, że jestem brzydka i stara?
— Owszem, powiedziałem.
Alfonso mówił krótko, urywanie, niemal wesoło. Józefa ze złości bladła coraz bardziej; sowie oczy wpijała w Alfonsa.
— To znowu zniewaga!
— Czy chcesz mnie wyzwać na pojedynek?
— Nie. Wiem przecież, że jesteś tchórzem i uciekniesz. Czy wykazać ci, że będę miała odwagę...
— Czekam.
— Zrobię to. Ale przedtem raz jeszcze proszę cię, byś mnie wysłuchał. Chcę zostać hrabiną de Rodriganda, nie dlatego, że dziedzictwo zawdzięczasz ojcu memu i mnie, ale, że cię kocham gorąco!
— Kochasz mnie? To zabawne. Zresztą, nic nie mam przeciwko temu.
Józefa, zacisnąwszy pięści, syknęła z gniewu:
— Żądam wzajemności!
— Zwarjowałaś?
— Nie zwarjowałam, ale mogę jeszcze oszaleć!
— Radbym się przekonać.
— Nie życzę ci tego, bo mogłabym cię rozszarpać!
— No, pazury masz wcale ostre! — odparł z gryzącą ironją.
— A więc nie kochasz mnie?
— Nie, słodka kuzyneczko. I nie wyobrażam sobie człowieka, któryby się w tobie mógł zakochać.
Każde jego słowo było dla niej pchnięciem szpady.
— Czy słyszałeś, że miłość można zdobyć gwałtem, siłą?
— Bredzisz.
— A jednak to prawda, której ci dowiodę.
— Zaciekawiasz mnie.
— Jeżeli mię nie poślubisz, stracisz koronę hrabiowską.
Alfonso zbladł. Uświadomił sobie, że Józefa nie cofnie się nawet przed zbrodnią. Odpowiedział więc:
— Opamiętajże się, Józefo. Cóżem ja winien, że nie żywię dla ciebie tych uczuć, któremi ty mnie obdarzasz?
— Ale ja chcę, abyś je żywił. Rozumiesz?! — przy tych słowach uderzyła nogą w ziemię.
— Jeszcze raz powtarzam: opamiętaj się! — rzekł Alfonso poważnie.
— Panowałam nad sobą lata całe. Ukrywałam w piersi miłość, aż mi zżarła serce. Panowałam nad sobą i dziś, gdy drwiłeś i szydziłeś ze mnie. Panuję nad sobą i teraz, prosząc cię, byś spróbował mnie pokochać. Błagam cię o to!
Podeszła do niego, chciała go wziąć za rękę. Alfonso cofnął dłoń i odparł:
— Nie graj komedji i wracaj do domu! Nie jestem w stanie ci pomóc.
— Dobrze. W takim razie sama sobie pomogę. Ojciec mój jedzie do Veracruz, nieprawdaż?
— Tak. Ma tam przewieźć „nieboszczyka“.
— Kiedy powróci?
— Za jakiś tydzień.
— Daję ci tyle czasu do namysłu! Zgłoszę się po tygodniu. Jeżeli i wtedy mnie odtrącisz...
— Nawet gdybyś mi dała pięćdziesiąt lat do namysłu...
— Uważaj, Alfonsie. Przebierasz miarę! — syknęła, pieniąc się ze wściekłości.
— No, pozostaw mię już w spokoju.
— Odchodzę. Pamiętaj o terminie. Dowidzenia.
Po wyjściu Józefy Alfonso śmiał się szczerze przez długą chwilę. Uważał historię z Józefą za zabawną farsę; przez myśl mu nawet nie przeszło, jak łatwo farsa ta zmieni się w tragedję. —
Wieczorem Alfonso i don Pablo spotkali się na tylnym dziedzińcu pałacowym. Obok nich stało kilka osiodłanych koni.
— Jak długo zabawisz? — spytał Alfonso.
— Osiem do dziewięciu dni.
— Czy będziesz w Veracruz?
— Nie prędzej, aż się pozbędę „bagażu“. Mam nadzieję, że mogę zdać się zupełnie na tych sześciu Komanczów.
— Bez kwestji. W każdym razie bądź w drodze ostrożny.
Cztery konie opuściły tylną bramę pałacu. Dwa były osiodłane, dwa zaś objuczone; jeden z nich dźwigał żywność, drugi kosz, wysoki na jakie sześć stóp.
Maleńka karawana udała się na cmentarz. Tam przywiązano konie; Alfonso i don Pablo otworzyli grobowiec Rodrigandów, zeszli nadół i po ciemku odemknęli trumnę. Zachowując najgłębsze milczenie, wynieśli zmarłego, poczem zawarli trumnę i grobowiec. Włożywszy trupa do kosza, zamkniętego na kilka zamków, gęstym galopem opuścili cmentarz.
Alfonso wrócił dopiero nad ranem. Wyczerpany przeżyciami nocy, ułożył się do spoczynku.
Obudziwszy się bardzo późno, zjadł wystawne śniadanie, poczem udał się do pokojów, które zamieszkiwał stary hrabia. Tam wertował papiery don Fernanda. Natrafił wśród nich na jeden, po którego przeczytaniu głośno zaklął. Pismo brzmiało, jak następuje:

Ja, hrabia Fernando de Rodriganda y Sevilla, stwierdzam własnoręcznie, że sennor Pedro Arbellez otrzymał w dzierżawę hacjendę del Erina z tem, iż stanie się wyłącznym jej właścicielem po mojej śmierci. Odpis tego pisma znajduje się w rękach dzierżawcy.

Następowała data wystawienia pisma, pieczęć urzędowa oraz podpis hrabiego.
Caramba! — zaklął Alfonso. — Ten stary lis Arbellez umiał się urządzić. Urzędowo stwierdzając śmierć hrabiego, sam pozbawiłem się broni przeciw niemu. Trzeba więc będzie zemstę odwlec.
Alfonso nie zdążył jeszcze odłożyć pisma hrabiego, gdy po zapukaniu weszła Marja. Alfonso obrzucił ją wrogiem spojrzeniem i zapytał szorstko:
— Czego chcesz?
Stara odpowiedziała z zakłopotaniem:
— Chciałabym prosić o zwolnienie ze służby.
Rodriganda spojrzał na nią nieufnie. Co ta baba knuje? Czy chce odejść jedynie poto, aby mieć wolną rękę? Nie, tego oczy jej, nie mówią. A może właśnie pozbyć się starej? Udając zdziwienie, odrzekł:
— Dlaczegóż to chcesz odejść? Nie podoba ci się u nas?
— Jestem stara; nie wiem, czy podołam obowiązkom.
— Dokąd chcesz się udać?
— Do don Pedra Arbellez. Wiem, że mię zawsze chętnie przyjmie.
Alfonso był zachwycony. Niech idzie do hacjendy! Im dalej od stolicy, tem lepiej.
— A więc, jeżeli taka twoja wola, nie będę cię zatrzymywał. Wyznaczam ci dożywocie, byś nie miała trosk.
Tym razem Alfonso naprawdę dotrzymał słowa. Poszedł nawet jeszcze dalej, by się tylko pozbyć starej. Wyposażywszy ją w pieniądze, w potrzebne do drogi przedmioty, przedewszystkiem zaś w dobrego muła, wyznaczył nadto służącego, który miał odwieźć ją do hacjendy.
Po dwóch dniach Marja opuściła pałac. —
Alfonso pod nieobecność Corteja spędził czas na przyjmowaniu gości i oddawaniu wizyt, przyczem tak doskonale odgrywał rozpacz osieroconego bratanka, że wzbudził sympatję i współczucie wszystkich znajomych.
Podczas nieobecności Pabla otrzymał z Hiszpanji list, który podsunął mu nowe plany i cele. Don Pablo powrócił po ośmiu dniach. Natychmiast przywołał go Alfonso do siebie.
— Jakże się powiodło?
— Bardzo dobrze.
— Kamień spadł mi z serca. Nie bagatela taka droga z „bagażem“. Gdzież są Indjanie?
— Rozstałem się z nimi w Veracruz, nagrodziwszy ich wedle umowy. Wrócili do swoich siedzib. Ale, ale, czy to prawda, że musisz jechać do Hiszpanji?
— Tak. Otrzymałem list od „ojca“.
— Czy mogę go przeczytać?
— Czytaj. Jest bardzo krótki.
List brzmiał, jak następuje:

Kochany Alfonso!

Kazałem ci już powiedzieć przez don Pabla, że oczekuję cię na zamku Rodriganda z wielką tęsknotą. Moja choroba wzroku czyni zastraszające postępy; chciałbym więc jeszcze koniecznie zobaczyć ciebie, moją jedyną podporę. Oczekuję twego przybycia.

Twój ojciec
Manuel, hrabia Rodriganda y Sevilla.

— Jakie masz zamiary?
— Jadę. Poczyniłem już potrzebne do drogi przygotowania.
— Dobrze sobie radzisz. Sprawy nasze układają się coraz lepiej. Tu jesteś dziedzicem, tam zostaniesz zastępcą hrabiego we wszystkich sprawach. Jego ślepota to szczęście dla nas.
— Tak. Teraz już niema obawy, aby mógł stwierdzić, jak bardzo jestem podobny do twego brata, mój stryju, — odrzekł Alfonso.
— Trzeba pomyśleć o tem, aby nie wyzdrowiał.
— Już ja się tem zajmę.
— A Roseta, twoja „siostra“? Może ona zauważy podobieństwo?
— Nie boję się tego.
— W takim razie powinieneś odjechać natychmiast. Zastąpię cię we wszystkiem. — Po tych słowach utkwił w nim ostry, badawczy wzrok i rzekł jeszcze: — Jakże sprawa z Józefą? Czyście rozmawiali ze sobą? Czyście doszli do porozumienia?
— Do porozumienia? — zapytał Alfonso, udając, że nie rozumie don Pabla. — Czyśmy się kłócili, czy było między nami jakie nieporozumienie?
— Pożegnasz się jeszcze z nami przed odjazdem?
— Oczywiście — odparł Alfonso nie bez wahania.
— Pójdę przywitać się z Józefą, nie widziałem jej jeszcze od powrotu.
Józefa ucieszyła się bardzo z przyjazdu ojca. Nie uszedł jednak uwagi Corteja jej zły humor.
— Widziałam, jak przyjechałeś. Byłeś u Alfonsa? Mówił o mnie?
— Zdawkowo. Unikaliście się podczas mojej nieobecności?
— To on mnie unikał. Czy wiesz o tem, że wyjeżdża do Hiszpanji?
— Wiem. Przyjdzie tutaj pożegnać się z nami.
— Nie wierzę. Pójdę do niego sama.
— Czy potrafisz go zmusić?
— Tak — odpowiedziała twardo.
— Wątpię.
— Zostaw już mnie tę sprawę. Czy pójdziesz razem ze mną?
— Tak.
— Więc chodźmy!
Zastali Alfonsa zajętego pakowaniem rzeczy. Na widok ich nie ukrywał wcale przykrego zdziwienia. Poczuli, że chce się ich pozbyć za wszelką cenę.
— Wyjeżdżasz? — zapytała Józefa.
— Tak — mruknął Alfonso.
— Czy zastanowiłeś się nad tem, co ci powiedziałam w dniu wyjazdu ojca do Veracruz?
— Nie przypominam sobie, o czem mówiłaś.
— Więc ci przypomnę. Powiedziałam, że cię kocham i że dlatego chcę zostać hrabiną Rodriganda.
Hrabia odparł szyderczo:
— A tak, do djaska, przypominam sobie teraz, żeś sobie pozwoliła na ten żart niewczesny. Mam nadzieję, że ci już wywietrzał z głowy?
— Ani mi się śni! Termin minął, pytam więc, co postanowiłeś?
— Ha, jeżeli chcesz odpowiedzi, masz ją: ożenię się z kim chcę, w każdym jednak razie z tobą nigdy, rozumiesz, nigdy!
Alfonso pewien był, że Józefa wybuchnie, mylił się jednak, bo nie tracąc równowagi, odparła z uśmiechem:
— A jednak ożenisz się ze mną.
— Nie bądź śmieszna! Przeczuwam twoje zamiary i twoje wszystkie zakusy. Na nic się to nie zda!
— Nie, one silnie na tobie zaważą.
Alfonso patrzył teraz prosto w jej sowie oczy:
— Więc chcesz mnie zmusić, abym uczynił cię hrabiną Rodriganda pod groźbą, że zdradzisz właściwe moje pochodzenie?
— Tak — rzekła spokojnie.
— Proszę cię raz jeszcze, nie bądź śmieszna! Tej broni się nie lękam, zwraca się ona również przeciw tobie i twojemu ojcu; jesteście przecież moimi wpółwinowajcami.
— Musiałbyś dowodzić, a dowód przyszedłby z trudem. Cóżbyś bowiem powiedział, gdyby drugi testament istniał jeszcze?
Alfonso odparł z ironją:
— Już dawno jest spalony!
— Nie, to nieprawda — odrzekła Józefa tak pewna siebie, że Alfonso zaniepokoił się nieco.
Don. Pablo, niemniej od niego zdziwiony, zapytał:
— Więc nie spaliłaś testamentu?
— Nie.
— Widziałem przecież na własne oczy...
— Widziałeś, jak spłonęła gazeta, — odparła śmiejąc się Józefa. — Jacyście naiwni! Chciałeś, ojcze, zniszczyć testament, który jest przecież cudowną bronią przeciw tak zwanemu hrabiemu de Rodriganda.
— Sprytnieś to urządziła, niema co mówić, — zawołał Cortejo.
— Ona kłamie — rzekł Alfonso.
— Mówię prawdę najszczerszą.
— Gdzież ten testament?
— Tu, w mojej kieszeni.
Po tych słowach triumfująco uderzyła się po kieszeni. Alfonso nie ustępował jeszcze:
— Pokaż, nie wierzę.
— Patrz! — zawołała Józefa, sięgając do obydwóch kieszeni.
Gdy Alfonso zobaczył testament w jej lewej ręce, skoczył do niej, by go wyrwać. Wtedy ujrzał w prawej dłoni sztylet, który wyciągnęła z kieszeni równocześnie z testamentem, zwrócony ostrzem przeciw niemu.
Przerażony cofnął się, mamrocząc:
— Na miłość Boską! Chcesz mnie przebić?
— Nie — rzekła, śmiejąc się, — ale nie masz mi chyba za złe, że bronię swej własności.
— Własności? Ten testament należy do mnie!
— Nie. Należy do władzy, która była obecna przy objęciu spadku. I przysięgam ci na wszystkie świętości, że władza otrzyma go, jeżeli przed odjazdem nie zaręczysz się ze mną piśmiennie.
— To ci czelność! — zawołał Alfonso w najwyższej pasji.
— A czy to nie czelność nazwać mnie starą i brzydką?
— Nie przeciągaj struny!
— Dlaczegóż nie? A zresztą, jestem pewna, że i ojciec będzie po mojej stronie.
— Z pewnością — odparł Cortejo. — Testament jest bronią, której nie odparujesz. Przysłano cię jako hrabiego de Rodriganda, mogłem więc nie mieć pojęcia o tem, że zostałeś podstawiony. Listy, które posiadam, spalę. Chciałbym tedy wiedzieć, w jaki sposób potrafisz mnie oskarżyć?
— Jesteście oboje nikczemni!
— Być może. Ale nie lubię sprzęgać się z niewdzięcznikami. Każdy powinien zostać nagrodzony za pracę. Otrzymujesz z mej ręki nieprzebrane bogactwa. Wzamian za to musisz ożenić się z Józefą!
— Wolę ożenić się z djabłem!
— To twoje słowo ostateczne?
— Ostateczne.
— Dobrze.
Powiedziawszy to jedynie, zwróciła się ku drzwiom.
Alfonso zląkł się jednak i zawołał:
— Dokąd idziesz?
— Zawiadomić o testamencie, kogo należy.
— Do kroćset! Czy naprawdę wyobrażasz sobie, że jako moja żona mogłabyś być szczęśliwa?
— Tak. Dam ci zupełną swobodę, ale muszę zostać hrabiną de Rodriganda.
— Przecież to niemożliwe! Co powie hrabia Manuel, gdy bez jego wiedzy ożenię się z córką sekretarza jego brata?
— Tego wcale nie wymagam. Możesz czekać ze ślubem do śmierci hrabiego Manuela, żądam tylko, byś mi dał pisemną deklarację, że jestem twoją narzeczoną.
Alfonso namyślał się przez chwilę.
— Czy na podstawie tej deklaracji wydasz mi testament?
— Nie. Otrzymasz go dopiero w dzień naszego ślubu. Ale deklaracja, której żądam, daje ci z mej strony zupełną wolność. Możesz jechać, dokąd chcesz.
Alfonso skinął głową:
— Dobrze, wystawię deklarację!
— Nareszcie doszedłeś do rozumu. Lecz nie myśl, że teraz już wszystko załatwione i że możesz nie dotrzymywać słowa. Gdybyś je złamał, potrafię zemścić się straszliwie.
Deklarację, przygotowaną przez Józefę, Alfonso podpisał z zaciśniętemi zębami. W jakiś czas później wyruszył do portu, aby odpłynąć do Hiszpanji.
W chwili, gdy statek opuszczał przystań, przybyli do przystani dwaj jeźdźcy na spienionych koniach — Bawole Czoło i Niedźwiedzie Serce. Z powodu choroby Piorunowego Grotu musieli zatrzymać się czas jakiś w hacjendzie. Przybywszy wreszcie do Meksyku, dowiedzieli się, że hrabia poprzedniego dnia opuścił stolicę. Co koń wyskoczy, popędzili za nim do przystani, by dokonać zemsty. Niestety, spóźnili się, statek właśnie wypływał na morze. 



III
LEKARZ z PARYŻA.

Od czasu wypadków, które opisaliśmy, minęło pół roku.
W kierunku starożytnego miasta hiszpańskiego Manreza, położonego w ziemi barcelońskiej, jechał od strony południowego stoku Pirenejów jakiś jeździec. Był to człowiek o mocnej budowie, wysoki i muskularny, nic więc dziwnego, że miał pod sobą muła niezwykle krzepkiego. Z pierwszego rzutu oka widać było, że jeździec posiada niezwykłą siłę fizyczną. Wiemy z doświadczenia, że siłacze bywają łagodni jak baranki; to też twarz jeźdźca miała wyraz niezwykle dobroduszny.
Jasny kolor włosów i rysy twarzy zdradzały, że nie jest to południowiec, choć twarz miał spaloną od słońca. Cechował go wzrok ostry i przenikliwy; oczy takie spotyka się u marynarzy, myśliwców prerji, lub podróżników po krajach dalekich.
Jeździec wyglądał na lat trzydzieści. Ubranie miał z doskonałego materjału a skrojone według mody francuskiej. Za siodłem tkwił jakiś pakunek, który musiał być dlań cenny, gdyż raz po raz sięgał doń ręką, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie zginął.
Jeździec przybył do Manrezy nad wieczorem. Udał się wprost na rynek, zwany tu plaza, na którym wznosił się świeżo zbudowany dom z napisem: Hotel Rodriganda. Nasz nieznajomy, lubo prawdopodobnie nie miał zamiaru zatrzymywać się w mieście, zobaczywszy szyld hotelowy, osadził konia i zeskoczył z siodła.
Teraz dopiero można było się przekonać, że nieznajomy jest olbrzymem o pięknej, ujmującej powierzchowności. Zostawił muła służbie i wszedł do wykwintnego westybulu hotelowego. Jakiś człowiek podniósł się na jego spotkanie.
Buenas tardes — dobry wieczór — rzekł nieznajomy.
Buenas tardes — brzmiała odpowiedź. — Jestem tu gospodarzem. Czy chce pan pokoju?
— Nie. Proszę mi dać coś do zjedzenia i flaszkę vino regio.
Gospodarz wydał służbie odpowiednie zlecenia, poczem zapytał:
— Więc nie ma pan zamiaru przenocować u nas?
— Mam zamiar dziś stanąć jeszcze na zamku Rodriganda. Jak to daleko stąd?
— Będzie pan tam w przeciągu godziny. Miałem z początku wrażenie, że pan nie myślał zatrzymywać się przed naszym hotelem.
— To prawda. Ale pociągnęła mnie jego nazwa. Dlaczego nazwano hotel imieniem Rodriganda?
— Byłem dłuższy czas służącym hrabiego i jedynie dzięki jego łaskawości mogłem wybudować sobie ten hotel.
— Zna pan więc dobrze sprawy i otoczenie hrabiego?
— Doskonale.
— Jestem lekarzem; jadę, by się hrabiemu przedstawić. Niechże mi pan powie, kogo zastanę na zamku?
Gospodarz, rad, że może pogawędzić, odpowiedział pochopnie:
— Służę panu jak najchętniej. Po wymowie pańskiej poznaję, że jest pan cudzoziemcem. Zapewne chory hrabia wezwał pana do siebie?
Nieznajomy pokiwał głową w nieokreślonym kierunku, jakby wahając się odpowiedzieć, poczem rzekł:
— Ma pan w pewnym względzie rację. Jestem Niemcem, nazywam się Sternau. Przez dłuższy czas byłem asystentem profesora Letourbier w Paryżu; proszono mnie tam, bym się udał jak najśpieszniej na zamek Rodriganda.
— Ach tak! Może nie zastanie już pan hrabiego przy życiu. Od jakiegoś czasu oślepł zupełnie, oprócz tego choruje na kamienie żółciowe. Tylko operacja może mu wzrok przywrócić. Hrabia już się na nią zdecydował; wezwano dwóch najsławniejszych chirurgów, lecz zupełnie niespodzianie sprzeciwiła się operacji jedyna córka hrabiego, condesa Roseta. Mimo tego oporu operacja miała się podobno odbyć dzisiaj.
— W takim razie przybywam za późno — zawołał przybysz, zrywając się z miejsca. — Muszę jechać natychmiast, może jeszcze zdążę.
— Nie przypuszczam. Przecież żaden lekarz nie operuje wieczorem. A może jednak znowu odłożono termin, chociaż lekarze, a zwłaszcza syn hrabiego, naglą.
— Czy hrabia Manuel ma syna?
— Tak, jedynaka. Jest nim hrabia Alfonso, który bawił przez szereg lat w Meksyku, u swego wuja. Niedawno przybył tutaj z powodu beznadziejnej choroby ojca.
— Czy zna pan imię Mindrello?
— Zna je każde dziecko. To biedny, poczciwy człowiek, choć podejrzewają go o kontrabandę. Stąd też i nazwa: Mindrello — przemytnik. Mimo to może pan bez skrupułów obdarzyć go zaufaniem. Jest lepszy i uczciwszy od niejednego, który nim pomiata.
— Dziękuję panu. Muszę jechać dalej. Buenas noches — dobrej nocy.
Buenas noches. Życzę panu przybycia na czas.
Doktór Sternau zapłacił rachunek, wskoczył na muła i pognał galopem.
Dzień chylił się już ku końcowi i jeździec nie żywił nadziei, aby mógł dotrzeć do zamku przed nocą. Muł pędził równo i miarowo, a jeździec, korzystając z ostatnich promieni słońca, wyciągnął z kieszeni list, złożony starannie, i zaczął go czytać, choć treść jego znał przecież doskonale.
List pisany wprawną ręką kobiecą brzmiał następująco:

Mr. Sternau, docteur,
Paris, 24, rue Vaugirard.

Drogi przyjacielu!
Pożegnaliśmy się wprawdzie z tem, że nie spotkamy się nigdy w życiu, ale pewne okoliczności zmuszają mnie do usilnej prośby, byś zechciał pan się ze mną zobaczyć. Musi sennor uratować życie hrabiego Rodriganda! Niech pan przyjeżdża jak najprędzej ze swoimi instrumentami. Niech pan zasiągnie o mnie informacji u Mindrella, przemytnika. Błagam, niech sennor śpieszy!

Pańska
Roseta.

Przeczytawszy list, Sternau włożył go zpowrotem do kieszeni. Jechał teraz przez gęstą dąbrowę; nie patrzył jednak ani na las, ani na drogę. Myślał o Paryżu i o dniu, w którym poznał autorkę przeczytanego przed chwilą, po raz może setny, listu.
Było to w „Jardin des Plantes“. Siedziała na ławce w parku. Uderzyła go odrazu jej niezwykła uroda. Poczuł, że skronie mu biją, że serce zamiera, poczuł, że ta kobieta będzie jego przeznaczeniem. Ta godzina była decydująca i dla niego, i dla niej. Dziwna się narodziła miłość. Spotykali się tylko w parku. Była damą do towarzystwa hrabianki Rosety de Rodriganda, która bawiła w Paryżu ze swym ślepym ojcem. Opowiedziała Sternauowi, że z pewnych przyczyn, których nie może zdradzić, postanowiła nigdy nie wychodzić zamąż. Był szczęśliwy, że znalazł wzajemność w jej sercu, więc tem bardziej bolał go ten upór, którego nie mógł pojąć. Prosił, błagał, aby postanowienie zmieniła, ale daremnie. Oczy jej zachodziły łzami, lecz nie ustępowała. Po jakimś czasie wyjechała z Paryża. Przed wyjazdem musiał jej przyrzec, że się nigdy nie będzie o nią dowiadywać.
Nagle otrzymał ten list. Bez zastanowienia, bez wahania, przygotował się do podróży, idąc za głosem serca. Przejechał całą Francję, przebył Pireneje, teraz zbliżał się do celu, miał za chwilę zobaczyć ukochaną.
Słońce właśnie zachodziło, gdy przybył do wsi Rodriganda.
Wyglądała o wiele milej, aniżeli inne wsie hiszpańskie. Ulica była szeroka i schludna; domy, otoczone ogrodami, lśniły czystością. Hrabia Rodriganda był nietylko panem, ale i ojcem swych dusz, dbałym o ich dobrobyt.
Sternau zapytał pierwszego ze spotkanych przechodniów o dom Mindrella. Zapytany poinformował go, że Mindrello mieszka na samym krańcu wsi. Przybywszy tam, Sternau zeskoczył z muła i wszedł do domku. Mieszkańcy jego spożywali właśnie skromną wieczerzę.
— Czy tu mieszka Mindrello? — zapytał Sternau.
— Tak. Ja nim jestem — odpowiedział mężczyzna, podnosząc się od stołu.
Był to człowiek mocny, krępy. Twarz miał miłą i budzącą zaufanie.
— Czy znacie towarzyszkę hrabianki de Rodriganda?
— Jak się nazywa? — zapytał Mindrello.
— Roseta.
— Matko Boska z Cordoby, więc wyście pan Sternau z Paryża?
— Tak, to ja.
Wszyscy członkowie rodziny wstali przy tych słowach od stołu i wyciągnęli ręce do doktora. Dzieci naśladowały dorosłych.
— Witajcie, witajcie! — zawołał serdecznie Mindrello. Przychodzicie w samą porę. Condesa, a raczej dobra pani Roseta, jest w największej trwodze. Zaraz po nią poślę.
— Czy hrabiego operowano dzisiaj?
— Jeszcze nie. Hrabianka tak długo błagała i zaklinała, że wreszcie raz jeszcze operację odłożono; ale jutro ma się odbyć na pewno! Hrabianka była przekonana, że pan przybędzie na czas, doktorze.
— Więc wie o liście, który pisała do mnie jej towarzyszka?
— Oczywiście, że wie... — odpowiedział Mindrello z pewnem zakłopotaniem. — Panie doktorze, przygotowaliśmy maleńki pokoik, tam na górze, gdzie stoją kwiaty w oknie. Zaprowadzę pana i podam wieczerzę.
— A co będzie z moim mułem?
— Zaopiekuje się nim nasz sąsiad.
Mindrello zaprowadził doktora po wąskich schodach do niskiego, ale bardzo czystego i schludnego pokoiku. Po chwili przyniesiono wieczerzę, poczem Sternau stanął w oknie, by rozkoszować się wspaniałym widokiem na zamek.
Zamek ten, pochodzący z czasów maurytańskich, tworzył wielki czworobok otoczony drzewami. Lubo zbudowany był z masywnego kamienia, wyglądał jak strzelisty zgrabny minaret. Otoczony ciemnemi lasami, sprawiał teraz, o zachodzie słońca, wrażenie jakiejś fantastycznej budowli orjentalnej, wzniesionej ręką aniołów.
Słońce ukryło się za horyzontem. Zapadł mrok. Sternau zapalił lampę i oglądał swoje instrumenty, które mu przyniósł gospodarz, nim zaprowadził muła do sąsiada.
Po chwili ktoś zapukał.
— Proszę wejść — zawołał Sternau.
Drzwi się otworzyły; stanęła w nich ta, za którą tęsknił bezgranicznie od chwili rozstania.
— Roseta!
Nie mógł więcej powiedzieć ani słowa.
Zapytała drżącym głosem:
— Sennor Carlos, więc pan mnie jeszcze nie zapomniał?
— Ja? Ja miałbym zapomnieć panią? To wykluczone, to niemożliwe!
— A jednak będzie pan musiał zapomnieć. Dziś jeszcze wolno nam się widzieć. Dziękuję, że pan przybył. Pomówmy teraz o tem, co mnie skłoniło do wezwania pana!
— List pani jest niewyraźny. Powziąłem jednak z niego wrażenie, że hrabiemu grozi niebezpieczeństwo. Słyszałem, że czeka go operacja.
— Tak. Ale są inne sprawy, które mnie dręczą. Sprawy, o których mogę mówić tylko z panem, bo do pana mam bezgraniczne zaufanie. Mam wrażenie, że hrabiemu grozi coś więcej, aniżeli choroba. Ale teraz, gdy pan tu przybył, jestem spokojna.
Sternau wyciągnął do niej ręce ze słowami:
— Więc tak mi pani ufa? Czy kochasz mnie jeszcze, Roseta?
Podając mu ręce, rzekła:
— Tak, kocham pana tak samo, jak przy naszej rozłące i tak samo, jak będę cię zawsze kochała, Carlos. Byłam dotychczas dla pana zagadką, jutro pan ją rozwiąże, a wtedy zrozumie, że rozstanie nasze jest koniecznością.
Dlaczego jutro, dlaczego nie teraz?
— Za ciężko mówić mi dzisiaj. Jutro dowiesz się o wszystkiem. Szukajmy jednak dziś szczęścia naszego w czystej radości z tego, że serca nasze do siebie należą, mimo, że nas dzieli przepaść. Ale przejdźmy do sprawy, z powodu której pana wezwałam. Jak panu wiadomo, hrabia jest zupełnie niewidomy. Do tego nieszczęścia przyłączyło się nowe, niezwykle bolesne: kamienie żółciowe. Lekarze twierdzą, że tylko operacja może uratować mu życie. Hrabia zdecydował się na operację. Hrabianka jest jej jednak przeciwna. Kocha ojca bezgranicznie, była jego jedyną przyjaciółką, była ręką, która go prowadziła przez życie. Modli się po całych dniach i nocach, aby Bóg uratował jej ojca. Lekarze, którzy go leczą, to ludzie zimni, do których hrabianka nie ma zaufania. Notarjusz Cortejo i pani Klaryssa, którzy nie odstępują łoża don Manuela, sprawiają wrażenie wampirów, żądnych krwi chorego, o synu zaś, hrabi Alfonsie, lepiej nie mówić. Biedna, biedna hrabianka!
Roseta rozpłakała się po tych słowach.
Sternau rzekł miękko i serdecznie:
— Niechże pani nie płacze! Niech mi pani wszystko opowie.
— Dobrze, opowiem. Condesa rozstała się ze swym bratem we wczesnem dzieciństwie. Po osiemnastu latach brat, wytęskniony przez siostrę, wreszcie powrócił. Przy powitaniu siostra, uradowana jego powrotem, stanęła nagle jak wryta. Bała się tego człowieka; coś mówiło jej, że oczy jego nie są oczami jej brata, głos nie jego głosem. Wydał jej się brutalnym, nieserdecznym. Później, obserwując go, zauważyła, że każde spojrzenie brata na ojca, zdaje się mówić: czekam tylko na twoją śmierć! W przeczuciu jakiejś fatalnej tajemnicy, zwróciła się do mnie, abym napisała po pana.
— Zrobię, co będę mógł! Operacja ma się odbyć jutro?
— Tak. To termin ostateczny. Podobno naznaczono ją na jedenastą.
— Czy sądzi pani, że będę mógł przedtem zobaczyć hrabiego?
— Jeżeli się pan zamelduje u hrabianki. Niech pan stawi się u niej o dziewiątej. Czy operował pan już kiedyś kamienie żółciowe?
Sternau uśmiechnął się szeroko:
— Nierzadko nawet. Mam wrażenie, że to moja specjalność.
— Czy operacja jest niebezpieczna?
— Tego nie można nigdy powiedzieć na ślepo. Zobaczę jutro.
— Więc do jutra. Mam do pana bezgraniczne zaufanie; pan jeden przyniesie ratunek, o ile ratunek jeszcze możliwy.
Skierowała się ku drzwiom.
— Już pani odchodzi? — zapytał Sternau.
— Muszę. Więc jutro o dziewiątej?
— Czy mogę przynajmniej panią odprowadzić?
— Dobrze. Jest ciemno, nie zobaczą nas.
Gdy opuścili domek, podał jej ramię.
Szli długo w milczeniu. Przy furtce ogrodowej Sternau wziął rękę Rosety i długo ją całował.
— Dobranoc, Carlosie, — powiedziała.
— Dobranoc...
Sternau miał już odejść, ale Roseta ujęła go jeszcze raz za rękę i wyszeptała:
— Mój najdroższy Karolu, nie gniewaj się, przebacz mi i bądź szczęśliwy.
Po tych słowach zniknęła w zamkowym ogrodzie. — —



IV
GASPARINO CORTEJO.

W czasie, gdy Roseta żegnała doktora, w jednym z pokojów zamkowych toczyła się osobliwa rozmowa. Pokój zamieszkiwał jeden z chirurgów, którzy w asyście lekarza z Manrezy mieli uwolnić hrabiego od kamieni.
Prócz chirurga w pokoju siedział notarjusz Gasparino Cortejo. Kończąc rozmowę, Cortejo zapytał zimnym, ostrym głosem:
— Więc przypuszcza pan, że operacja będzie śmiertelna?
— Z całą pewnością.
— Czy koledzy nie będą protestowali?
— Nie odważą się na zdanie sprzeczne z mojem. Należę przecież do sław chirurgicznych! — odparł lekarz z dumą.
— Hrabia wierzy jednak na podstawie pańskich słów, że będzie uratowany?
— Tak.
— A więc operacja odbędzie się jutro, bez wiedzy hrabianki, o ósmej rano. Należne panu królewskie honorarjum otrzyma sennor w mieszkaniu mojem w Manrezie. Dobranoc.
— Dobranoc.
Pożegnawszy się, jak dwaj najczystszej krwi gentlemani, rozeszli się lekarz i jurysta. Cortejo kazał zameldować się u sennory Klaryssy, która tak niecierpliwie go oczekiwała, że wybiegła nawet na jego spotkanie do przedpokoju. Wszedłszy wraz z adwokatem do swych pokojów, Klaryssa zaryglowała mocno drzwi, by nikt nie mógł przeszkodzić rozmowie.
Notarjusz ubrany był czarno. Jego długa, chuda, pochylona postać, wykonywała ruchy tak osobliwe, jakgdyby się wiecznie skradała. Z nad wysokiego, sztywnego kołnierza unosiła się twarz ostra, o wyrazie drapieżnego ptaka, budząca lęk niesamowity. Wzrok miał niespokojny, badawczy.
Klaryssa była osobą wysoką i tęgą; rysy twarzy tej pięćdziesięcioletniej kobiety były twarde i wręcz niekobiece; na jedno oko zezowała.
— Witaj, Gasparino, — rzekła, siadając na obitej aksamitem kanapie. — Długo musiałam na ciebie czekać. No i cóż?
— Wszystko w porządku — odparł notarjusz, siadając obok Klaryssy. — Chirurg zgodził się na moją propozycję.
— Nareszcie! Czy cięcie będzie śmiertelne?
— Z pewnością.
— Trudna rada — powiedziała skromnie i bogobojnie, spuszczając oczy. — To zresztą lepiej dla hrabiego, że Pan oszczędzi mu cierpień. A czy hrabianka i tym razem nam nie przeszkodzi?
— Nie, moja droga. Jest przekonana, że operacja odbędzie się o jedenastej, podczas gdy my rozpoczniemy ją o ósmej. Wszystko się skończy prędko, zanim jeszcze zdąży się ubrać.
— A hrabia Alfonso? — zapytała, zezując potężnie.
— Nadaje się doskonale do naszego majstersztyku!
— Tak, to istotnie majstersztyk, którego się nikt nie domyśli i o którym nikt się nie dowie. Kochaliśmy się, mój stary, ale musieliśmy wziąć ślub potajemnie, gdyż ja byłam córką dumnego hidalgo, a ty biedakiem. Musielibyśmy z pewnością postarać się o usunięcie naszego dziecka, gdybyś nie był wpadł na genjalną myśl wysłania go do Meksyku, do brata hrabiego Manuela, zamiast hrabiego Alfonsa. Teraz jesteśmy właściwymi rodzicami hrabiego i jutro miljony rodu Rodrigandów będą naszą własnością. No, usiądź wygodniej; pomarzymy trochę o cudownej przyszłości... —
Sternau nie mógł zasnąć. Spotkanie z ukochaną odebrało mu spokój. Całą noc chodził po pokoju, z kąta w kąt. O świcie udał się do sąsiada, osiodłał muła i pojechał na spacer, nie troszcząc się zupełnie o cel przejażdżki i kierunek. Po pewnym czasie przybył do Manrezy i znalazł się na ulicy, prowadzącej do Rodrigandy, na tej właśnie, którą przybył wczoraj. Przed samotną oberżą stał przywiązany koń pod siodłem, co zdawało się wskazywać, że w oberży ktoś jest. Sternau zsiadł z muła. Był głodny, miał ochotę na filiżankę kawy. Wszedłszy do oberży, zobaczył niezbyt elegancko ubranego jegomościa, przed którym leżały przyrządy chirurgiczne. Był to, o czem Sternau oczywiście nie wiedział, lekarz, który miał asystować przy operacji hrabiego.
Gospodarz oberży, przyjąwszy zamówienie nowego gościa, wrócił do rozpoczętej przedtem rozmowy:
— A więc, doktorze, jedzie pan do hrabiego?
— Mówiłem już, że tak.
— Więc dziś nareszcie odbędzie się operacja?
— Tak. O ósmej rano.
— Ale condesa znowu się nie zgodzi!
— Nikt jej nie będzie pytał. Powiedziano jej zresztą, że operacja rozpocznie się o jedenastej.
— Sądzi pan, że hrabia wyzdrowieje?
— Może tak, może nie, kto to wie?
Sternau słyszał wszystko. Wypiwszy prędko kawę, zapłacił za nią i opuścił oberżę. Pogalopował do Rodrigandy, przybył do wsi na pół do ósmej. Oddawszy muła pod opiekę sąsiada, wziął instrumenty i udał się w kierunku zamku.
Furtka ogrodowa, przy której żegnał się wczoraj z ukochaną, była otwarta. Wszedłszy przez nią do ogrodu zamkowego, nie zdążył postąpić nawet parę kroków, gdy stanął jak wryty. Ujrzał przed sobą Rosetę, która odbywała swój codzienny spacer ranny. Była ubrana w suknię domową, pełną wdzięku i elegancji.
Roseta odprawiła właśnie przed chwilą jedną ze swych służących, która odchodząc rzuciła: — Dobrze, hrabianko. — Hrabianko? Słowa te zelektryzowały Sternaua.
— Roseto! — zawołał.
— Sennor Carlos?! Co pan robi w parku tak wcześnie?
— Boże mój, czy ja śnię? To straszne! Więc pani, sennorita, nie jest damą do towarzystwa, nie jest Rosetą, ale...
— Ale?
— Ale hrabianką!
— Tak, jestem nią. Zgadł pan, Carlosie! — odpowiedziała, wyciągając do niego ręce. — Czy może mi pan przebaczyć?
— Przebaczyć? Ale to smutne, to okropne! Teraz wiem, dlaczego będziemy musieli się rozstać. Dlaczegoś to uczyniła, hrabianko, dlaczego?
Opuściła powieki i rzekła drżącym głosem:
— Pokochałam pana i chciałam choćby przez chwil parę być szczęśliwa. Teraz wszystko skończone. Ojciec mój — widzę pańskie instrumenty, przychodzi pan tak wcześnie, czy coś się stało?
— Czy się co stało? — powtórzył jakby we śnie. — Ach tak, zapomniałem, że za chwilę może być za późno. Hrabianko, ojcu pani grozi największe niebezpieczeństwo!
Piękna jej twarz okryła się bladością.
— Co się stało?
Sternau wyciągnął w odpowiedzi zegarek, spojrzał nań i zawołał:
— Mój Boże, już tak późno. Za chwilę odbędzie się operacja!
— Teraz? Przecież naznaczono ją na jedenastą.
— Nie. Wyprowadzono panią w pole. Operacja odbędzie się o ósmej, posłyszałem o tem od jednego lekarza z Manrezy, którego spotkałem przypadkiem i który nie ma pojęcia, że podsłuchałem jego rozmowę.
— Madonna! Mają z pewnością jakieś złe zamiary, jeżeli mnie oszukują. Chodźmy, musimy zapobiec nieszczęściu.
Poszli w kierunku zamku.
Gdy weszli na zamek, służba odprowadzała do stajni jakiegoś wierzchowca. Sternau poznał w nim konia lekarza, spotkanego w oberży.
— Śpieszmy się — rzekł do hrabianki. — Lekarze już się zebrali; nie mamy ani chwili do stracenia.
Po kilku minutach znaleźli się przed drzwiami pokoju hrabiego. Stał przy nich służący.
— Czy hrabia się obudził?
— Tak, condesa.
— Czy jest sam?
— Nie. Lekarze są u niego.
— Od jak dawna?
— Od jakichś dziesięciu minut.
— Może nie jest jeszcze za późno. Chodźmy.
Hrabianka chciała otworzyć drzwi, ale lokaj zastąpił jej drogę i oświadczył grzecznie, lecz stanowczo:
— Condesa mi wybaczy, ale mam rozkaz nie wpuszczać nikogo.
— Nawet mnie?
— Zwłaszcza hrabianki.
Wyraz gniewu wystąpił na twarz Rosety. Odrzuciwszy dumnie głowę, zapytała:
— Kto wam wydał ten rozkaz?
— Hrabia Alfonso, który jest również w pokoju hrabiego.
— Więc tak? Odsuń się!
— Nie wolno mi, nie mogę inaczej...
Przy tych słowach służący zamilkł, gdyż Sternau ujął go za ramię i odsunął na bok, poczem otworzył drzwi. Prowadziły one do przedpokoju hrabiego. Służący wszedł za hrabianką i doktorem, nie odważył się jednak powiedzieć ani słowa. Z przedpokoju drzwi prowadziły już wprost do gabinetu hrabiego. Były zamknięte. Roseta zapukała kilkakrotnie.
— Kto tam? — zapytał wreszcie głos Alfonsa.
— To ja — odpowiedziała hrabianka. — Otwórz.
— Roseta? — zapytał Alfonso kwaśnym tonem. — Któż cię wpuścił? Czy służący nie poinformował cię o moim rozkazie?
— Nie traćmy czasu na rozmowy. Otwieraj.
— Proszę, wróć do swego pokoju. Lekarze nie chcą się zgodzić na niczyją obecność.
— Moja obecność jest teraz konieczna, zwłaszcza, że niema jeszcze jedenastej.
— Ojciec rozkazał, by operacja odbyła się teraz, a nie jest to widok dla oczu kobiety.
— Muszę z nim naprzód pomówić!
— To niemożliwe. Zaraz zaczynamy.
Słowa te zostały wypowiedziane nie jak dotąd, spokojnie i grzecznie, ale w tonie niecierpliwym i kategorycznym. Hrabianka była oburzona.
— Alfonsie — rzekła surowo — żądam, byś mi otworzył. Mam prawo i obowiązek pomówić z ojcem przed operacją.
— Ojciec nie życzy sobie tej rozmowy. Zresztą, nie mam ochoty do gawędzenia poprzez drzwi. Odejdź, twoje pukanie na nic się nie zda.
— W takim razie otworzę drzwi sama!
— Spróbuj!
Słowa te wypowiedział Alfonsa z akcentem szyderczej ironji, poczem odszedł ode drzwi.
— Na Boga, co robić? — rzekła hrabianka do Sternaua.
Sternau uśmiechnął się, nie odpowiedział jednak nic; zdawał się nasłuchiwać, co się dzieje w pokoju hrabiego.
— Hrabianko — rzekł służący z pokorą — jestem przekonany, że tych drzwi nie otworzą. Proszę opuścić przedpokój.
— Proszę się uciszyć — odpowiedziała hrabianka.
Może dorzuciłaby jeszcze parę słów prawdy służącemu, ale Sternau polecił jej skinieniem głowy, by przyłożyła ucho do drzwi. Natychmiast usłyszała głos ojca, który w miarowych odstępach liczył:
Pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście...
— Co to jest? — zapytała blada, jak chusta.
— Chloroformują hrabiego.
— Więc operacja odbędzie się na pewno?
— Tak.
— To się nie może stać, to się nie może stać! Błagam pana o pomoc!
— Czy pozwala mi pani użyć siły?
— Pozwalam.
Sternau podszedł do drzwi, uderzył w nie nogą. Drzwi zachwiały się pod kopnięciem olbrzyma, zamek wyskoczył i oto hrabianka wraz z doktorem znalazła się w gabinecie ojca. Gabinet był pusty, ale z przyległego pokoju dolatywały głosy. Wkrótce w drzwiach, prowadzących do tego pokoju, stanął Alfonso, tudzież jeden z lekarzy.
— Co to jest? — zawołał Alfonso. — Wdzierasz się gwałtem?
Zaślepiony gniewem, nie zauważył, że hrabianka nie była sama.
— Wdzieram się gwałtem? — zapytała hrabianka, oblewając się rumieńcem oburzenia. — Mam wrażenie, że hrabianka de Rodriganda y Sevilla może w każdej chwili dostać się choćby siłą przed oblicze ojca! Nie ty więc masz mi stawiać pytania i obsypywać wyrzutami, to raczej ja powinnam cię zapytać, jakiem prawem śmiesz poddawać ojca bez mojej wiedzy ciężkiej, niebezpiecznej operacji?
— Tak postanowiliśmy i tak się stanie. Odejdź teraz!
— Nie odejdę, zanim nie rozmówię się z ojcem. Gdzie on jest?
— W sąsiednim pokoju. Twoją wrażliwość może przypłacić życiem. Każde najmniejsze wzruszenie może mu bardzo zaszkodzić. Cóż to za człowiek stoi obok ciebie?
— To doktór Sternau, lekarz z Paryża. Wezwałam go, by się poradzić co do stanu ojca. Mam nadzieję, że i ty będziesz zadowolony z jego przybycia.
Alfonso wybuchnął:
— Lekarz z Paryża? Kto ci na to pozwolił? Co za niesłychana samowola! Odejdź w tej chwili, a tego człowieka odeślij!
Ta bezprzykładna czelność Alfonsa wytrąciła na chwilę hrabiankę z równowagi. Opanowawszy jednak wzburzenie, rzekła z nieodpartą pewnością siebie i siłą:
— Nie zapominaj, z kim mówisz. Prawo do rozkazywania ma tu jedynie hrabia Rodriganda; jeżeli zaś jakieś względy stają temu na przeszkodzie, w takim razie mam takie same prawo do rozkazywania, jak ty. Operacja nie odbędzie się, zanim doktór Sternau nie zbada dokładnie chorego. Tak chcę i tak być musi.
Rysy twarzy Alfonsa stały się jeszcze bardziej ostre, żyły wystąpiły mu na czoło. Podniósłszy rękę, zbliżył się do siostry i ochrypłym od gniewu głosem zawołał:
— Ty chcesz tu rozkazywać? Ty, kobieta? Daj nam pokój! Operacja odbędzie się, choćbym miał użyć pomocy służby i polecić jej, by cię wyprowadziła. Robię zawsze to, co mi się podoba. Zrozumiałaś?
Po tych słowach zwrócił się do Sternaua i wpadł na niego:
— Proszę się wynosić. Jeżeli nie odejdzie pan dobrowolnie, każę cię psami wyszczuć z zamku!
Sternau uśmiechnął się pobłażliwie.
— Przybyłem tu na żądanie hrabianki — odrzekł, nie tracąc spokoju, — aby zbadać ojca pańskiego, hrabio. Uczynię to, na nic nie bacząc. Hrabianko, proszę przedstawić mnie temu panu, który jest przecież moim kolegą profesjonalnym.
Podczas tej rozmowy kolega profesjonalny schronił się dyskretnie do niszy okiennej. Roseta, spełniając prośbę przyjaciela, rzekła:
— Doktór Karol Sternau, lekarz naczelny kliniki profesora Letourbier w Paryżu — doktór Francas z Madrytu. Oto i pozostali panowie: doktór Milanos z Kordoby i doktór Cielli z Manrezy.
Obydwaj lekarze, którzy opuścili pokój chorego wobec niezwykłego tonu, jaki przybrała rozmowa hrabiego Alfonsa z hrabianką, skłonili się w kierunku gościa chłodno i z powagą. Doktór Francas z Madrytu zbladł jak kreda. Był najbieglejszy z pośród swych kolegów, a wiedział doskonale, jaką sławą cieszy się w Paryżu profesor Letourbier; zorjenrował się więc z miejsca, że ma przed sobą wybitnego specjallstę. Czuł, jakie niebezpieczeństwo grozi zarówno lekarzom, jak całej tej ciemnej sprawie; rozumiał, że tylko stanowcze odrzucenie pomocy przybysza może uratować sytuację. Odpowiedział więc ostro i brutalnie:
— Nie znam tego pana. Przygotowania ukończyliśmy; nie potrzeba nam żadnej pomocy. Dostojny nasz pacjent polecił nam dokonać operacji, uważam więc, że ubliżałoby naszej godności nie dokonywać jej natychmiast.
— Słyszysz? — rzekł Alfonso do siostry. — Oddal się natychmiast i uwolnij nas od człowieka, którego nie chcę widzieć na zamku Rodriganda!
Hrabianka chciała odpowiedzieć, ale wyręczył ją Sternau:
— Hrabianka pozwoli, że powiem tych słów parę. Chodzi, tu o mnie, więc słusznie sam za siebie powinienem odpowiadać. Jestem lekarzem i gościem pani, hrabianko. Ze względu na to brat pani ma obowiązek okazać mi uprzejmość. A co do panów kolegów, to już sam konwenans wymaga, by zastosowali się do życzenia kobiety. Niestety, ani brat pani, ani koledzy moi nie chcą tego zrozumieć. Wobec tego oświadczam, nie z tytułu prośby, lecz jako upełnomocniony i wezwany przez hrabiankę Rosetę de Rodriganda y Sevilla, co następuje. Ponieważ ma być dokonana ciężka operacja w tak podejrzanych okolicznościach, mam podstawy do twierdzenia, że ukrywa się tu jakiś zamiar nieczysty, lękający się światła dziennego i oczu świadków. Dlatego protestuję z całych sił i zapowiadam, że będę uważał każdego, kto się podejmie operacji, zanim zbadam hrabiego, za lekkomyślnego, a może nawet za zupełnie świadomego mordercę. Gdyby chciano zastosować wobec mnie gwałt, zwrócę się o pomoc do policji, a jestem pewien, że policja okaże więcej względów życzeniom condesy, aniżeli panowie.
Wszyscy trzej lekarze stali jak wryci, z oczami wbitemi w ziemię. Alfonso nie zdążył jeszcze odpowiedzieć, gdy nagle otworzyły się drzwi i stanęła w nich wysoka postać człowieka, który z pierwszego rzutu oka budził szacunek i litość.
Lubo człowiek ten był ślepy, niewidome jego oczy zdawały się posiadać moc wielką i wielki wpływ na otoczenie. Był okryty białem prześcieradłem, które spływało mu z pleców, jak śmiertelna koszula. Twarz, o rysach subtelnych i szlachetnych, była trupio blada; siwe włosy, jak węże wiły się gęstymi kosmykami aż do karku.
Zdawałoby się, że to duch jakiś przybył z zaświata, aby rozstrzygnąć spór między żyjącymi.
Jak łatwo się domyślić, był to hrabia Manuel de Rodriganda y Sevilla we własnej osobie. Ponieważ chloroformowania nie dokończono, hrabia wrócił do przytomności i usłyszawszy głosy w przyległym pokoju, otulił się prześcieradłem, zszedł ze stołu operacyjnego, aby zajrzeć do swego gabinetu.
— Cóż tu się dzieje? Kto mówi? Dlaczego odłożono operację? — zapytał, wodząc dokoła oczyma oślepłemi.
Roseta objęła go ramionami, tuląc się doń gorąco,
— Ojcze, drogi mój ojcze! — zawołała. — Bogu niechaj będą dzięki, że operacji nie zaczęto. Teraz już cię nie zabiją.
— Któż miał mnie zabić?
— Umarłbyś z pewnością, wiem o tem, przeczuwam to, czuję.
— Miłość dziecka mówi przez ciebie i lęk, droga moja córko. Nie powinnaś nam była przeszkadzać.
— Masz rację, ojcze, — wtrącił Alfonso. — Wdarła się tu poprostu! Kazała drzwi wyłamać! Sam powiedz, czy to postępowanie godne hrabianki?
— Istotnie to zrobiłaś, moje drogie dziecko? — zapytał hrabia Manuel z łagodnym, niedowierzającym uśmiechem.
— Tak, uczyniłam to. Zanadto mi drogie twe życie, bym nie broniła go jak najzacieklej! Mogą cię tylko leczyć ludzie, do których ja mam zaufanie. Zauważyłam, że ci panowie działają wobec ciebie zbyt pośpiesznie i za mało ostrożnie. Pełna więc lęku i troski napisałam do Paryża z prośbą, by profesor Letourbier przysłał nam operatora, do którego można mieć pełne zaufanie. Operator ten przybył dziś, a ci ludzie nie chcieli go do ciebie dopuścić. Czy dziwisz się teraz, że użyłam siły?
Starzec odparł z bladym uśmiechem:
— Lekarzom moim ufam. Jeżeli zataili przed tobą godzinę operacji, to jedynie w tym celu, by tobie i mnie oszczędzić niepotrzebnych wzruszeń. Gdzież jest lekarz z Paryża?
— Stoi przed tobą. Jest to doktór Karol Sternau, rodem z Moguncji.
— Jest tu, w tym pokoju?
— Tak — odpowiedział Sternau. — Przepraszam hrabiego, że usłuchałem wezwania hrabianki. Ale gdy chodzi o życie ojca, nie wolno się wahać.
Słowa te zostały wypowiedziane głosem pewnym i mocnym. Widać było, że na ślepym starcu wywarły wrażenie.
— Czy asystował pan kiedyś przy podobnej operacji, doktorze?
— Tak.
Na tę krótką odpowiedź hrabia podniósł głowę i rzekł:
— Powiedział pan jedno słowo, ale z głosu pańskiego czuję, że mówi pan prawdę i że niejedną operacją sam pan kierował.
— Ekscelencja ma rację. Jestem naczelnym lekarzem u profesora Letourbier.
— W takim razie ufam panu bez zastrzeżeń. Dziękuję, że pan przybył. Czy zechce sennor mnie zbadać?
— Z największą chęcią, hrabio.
— Niech więc pan wejdzie ze mną do pokoju. Panowie lekarze mogą pójść razem z nami, reszta niech pozostanie.
— Ależ ojcze! — zawołał Alfonso. — Oświadczam ci, że pokazałem temu panu drzwi. Czy nie chcesz się ze mną liczyć?
— Mój synu, obraziłeś pana doktora i należy mu się satysfakcja ode mnie.
Po tych słowach hrabia wrócił do swego pokoju, za nim zaś udali się lekarze z doktorem Sternauem na czele.
Alfonso, zgrzytając zębami, podbiegł do siostry:
— Tego ci nie zapomnę nigdy!
Roseta nie spojrzała nawet na brata. —
W pokoju hrabiego wszystko było do operacji.
Hrabia zwrócił się do Sternaua:
— Odkąd straciłem wzrok, oceniam ludzi po głosie. Pański głos budzi zaufanie. Proszę, niech mnie pan zbada.
Doktór Sternau badał już tylu pacjentów, ale nigdy nie był w podobnem położeniu, jak obecnie. Człowiek ten był ojcem kobiety, którą kochał gorąco i beznadziejnie. Uświadomiwszy sobie to wszystko, Sternau westchnął głęboko.
Słysząc to westchnienie, hrabia zapytał:
— Ma pan jakie zmartwienie, doktorze?
— Nie, ekscelencjo, — brzmiała odpowiedź. — Westchnienie moje nie było dowodem zwątpienia, lecz modlitwą do Boga, by udało mi się spełnić to, czego oczekuje po mnie hrabianka.
Hrabia wyciągnął do niego obie ręce i rzekł:
— Dziękuję panu. Kto, będąc zdolnym i dzielnym człowiekiem, wzywa jeszcze Boga do pomocy, temu dowierzam bezgranicznie. Może pan przystąpić do badania!
Sternau informował się dokładnie o przebiegu choroby hrabiego, poczem zaczął go badać. Sposób, w jaki przystąpił do rzeczy, wskazywał lekarzom hiszpańskim, że mają przed sobą siłę wybitniejszą od nich.
Po badaniu hrabia zapytał, co Sternau stwierdził.
Lekarz jednak nie odpowiedział natychmiast.
— Czy mogę dowiedzieć się o przyczynach i przebiegu ślepoty ekscelencji? — zapytał zkolei.
Gdy hrabia poinformował go dokładnie, lekarz paryski wyjął cały szereg instrumentów i badał przy ich pomocy oczy chorego. Trwało to dosyć długo. Ukończywszy badanie, Sternau zwrócił się do swych kolegów w te słowa:
— Szanowni panowie. Doktór Francas oświadczył przed chwilą, że nie zniesie tutaj mojej interwencji. Muszę wobec tego zrezygnować z poufnej koleżeńskiej narady z panami i wypowiedzieć sam swoje zdanie. Ekscelencjo, jak miały być usunięte kamienie?
— Przez cięcie wewnętrzne — odpowiedział zapytany.
— To niemożliwe! — zawołał Sternau. — Chyba hrabia źle słyszał.
— Jest tak, jak powiedziałem. Zresztą, niech pan zapyta kolegów lekarzy.
Doktór Francas odpowiedział:
— Uważamy to za jedyny ratunek.
— Ależ panie, — rzekł Sternau poruszony — czy stwierdziliście wielkość i położenie kamieni? Tu każde cięcie jest niebezpieczne, a cięcie jakiego zamierzaliście dokonać, poprostu grozi śmiercią. Lekarz, który chciałby przystąpić do takiej operacji, byłby zwykłym mordercą!
— Sennor! — zawołał groźnie lekarz madrycki.
— Sennor! — odparł Sternau. — Hrabia nie jest lekarzem, nie mógł wiedzieć, jakie są zamiary panów wobec niego. Ale początkujący nawet lekarz zrozumiałby, że chory takiej operacji nie przetrzyma. Jeżeli doniosę o tem władzy i sprawa będzie zbadana, panowie zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności za usiłowanie zabójstwa.
Mimo tej groźby Francas odrzekł:
— Pan, intruz, pan śmie nam grozić? To zabawne! Gra pan komedję, chce pan zapewne zostać przybocznym lekarzem hrabiego. Ale hrabia zna nas dobrze i wie, że jesteśmy nieskazitelni i nie dosięgnie nas żadne podejrzenie. Chcielibyśmy jednak posłuchać, jak sobie wyobraża nasz pan doktór z Paryża usunięcie kamieni?
— Poprostu przez litotrypsję, która wyklucza wszelkie niebezpieczeństwo.
— Litotrypsja? — zapytał lekarz z Manrezy. — Cóż to takiego?
Sternau nie mógł opanować zdumienia:
— I takim ludziom hrabia powierza swe życie! Ten człowiek nie słyszał nawet o litotrypsji, o usunięciu kamienia za pomocą litotrybu!
Francas uśmiechnął się ironicznie:
— Myli się pan. Bajkę o litotrybie znamy oddawna, tylko, że uważamy ją właśnie za bajkę. Ale co nam po sporze, prowadzonym z kimś, kto o sprawie nie ma pojęcia! Niech hrabia rozstrzygnie, kto ma w tej chwili opuścić pokój: ten człowiek, czy też my!
— Będę się kierował wyłącznie głosem sumienia — rzekł Sternau. — Hrabia nie jest lekarzem, więc może zdecyduje się na krok, który gotów życiem przypłacić. Ja jednak nie dopuszczę do tego, choćbym miał wystawić na szwank własną osobę.
Hrabia wstał i, wysłuchawszy Sternaua, oświadczył:
— Moi panowie, tu nie miejsce na spory; oddalcie się teraz, później zawiadomię was o swojej decyzji. Poglądy panów znam; chciałbym jeszcze poznać bliżej poglądy doktora Sternaua. Zostanie więc przy mnie. A panowie zechcą opuścić pokój.
— Więc hrabia poprostu nas wyrzuca? — zapytał gniewnie Francas. — Dobrze, usłuchamy rozkazu, ale ten intruz drogo nam za to zapłaci.
Po tych słowach spakowali instrumenty i opuścili pokój. Po chwili wpadła Roseta i, rzucając się hrabiemu na szyję, zawołała:
— Uratowany, mój ojciec uratowany!
Hrabia odparł łagodnie:
— Nie tak gwałtownie, moje dziecko. Jeszcze nie powziąłem decyzji.
— Jestem jej pewna! — rzekła hrabianka.
Roseta obrzuciła Sternaua spojrzeniem tak gorącem i pełnem uczucia, że nasz lekarz, wzruszony do głębi, w te się odezwał słowa:
— Ekscelencjo, proszę mieć do mnie zaufanie, proszę mi wybaczyć ostry ton, którego użyłem w stosunku do tych panów, ale oburzyła mnie do żywego ich bezgraniczna lekkomyślność. Gdyby operacja się odbyła, hrabia byłby już nie żył; przysięgam na to!
Tymczasem drzwi się otworzyły i wpadł przez nie Alfonso, który od lekarzy dowiedział się, jaki obrót sprawa przybrała.
— Wypędzasz ich, ojcze? Czy to możliwe? — zapytał gniewnie.
— Nie wypędzam ich, tylko proszę o czas do namysłu.
— Mam nadzieję, że w decyzji będziesz się liczył z tymi zasłużonymi ludźmi.
— Decyzja moja będzie sprawiedliwa. No, ale obecnie dajmy temu pokój!
Alfonso musiał zastosować się do życzenia hrabiego, który zwrócił się teraz do córki:
— Wyobraź sobie, pan doktór zbadał również moje oczy.
— Naprawdę? Czy jest nadzieja, że ojciec wzrok odzyska? — zapytała ze drżeniem.
— Mam wrażenie, że jest.
— Cóż pan zauważył, badając oczy?
— Że i tutaj mylili się lekarze.
— Co takiego? — zapytał hrabia Manuel. — Niechże pan mówi, słucham!
— Ekscelencjo, czy lekarze oświadczyli, że ślepota ekscelencji jest nieuleczalna?
— Tak.
— Czemu przypisywali utratę wzroku?
— Stwierdzili, że przyczyną mej ślepoty stał się staphylom, czyli wrzody na powiekach.
— Mylili się lekarze. Choroba hrabiego pochodzi raczej z powodu leukomy.
— Czy jest uleczalna?
— W ostatnich czasach udało się wyleczyć z niej kilku chorych za pomocą pewnej bardzo skomplikowanej operacji. Gdyby hrabia chciał mi zaufać w zupełności, mógłbym osiągnąć to, że hrabia widziałby przynajmniej przez okulary. Oczywiście o całkowitem przywróceniu wzroku niema mowy.
Starzec wzniósł ręce ku niebu z okrzykiem:
— Wielki Boże! Gdyby to było możliwe!
Roseta skłoniła głowę na pierś ojca i, łkając głośno, rzekła:
— Ojcze, zaufaj mu; on jeden zdoła cię uratować!
— Dobrze, córeczko. Oto moja ręka, doktorze. Rozpoczął pan dzieło z Bogiem, niechże je pan skończy z Jego pomocą. Alfonsie, a ty się nie cieszysz?
Alfonso, nadrabiając miną, odpowiedział:
— Byłbym szczęśliwy, gdybyś mógł wzrok odzyskać, ale uważam to za ogromną i wprost niebezpieczną lekkomyślność budzić nadzieje, których ziszczenie jest więcej, aniżeli wątpliwe. Wyobrażam sobie, jak się będziesz czuł strasznie, jeżeli operacja zawiedzie.
— Bóg ulituje się nade mną. Jak długo może potrwać kuracja, doktorze?
— Usuwanie kamieni zapomocą litotrybu potrwa jakieś dwa tygodnie. Dopiero później, gdy polepszy się ogólny stan ekscelencji, będzie można przystąpić do kuracji oczu, która w każdym razie potrwa dłuższy czas.
— Czy mógłby pan tak długo pozostać na zamku, doktorze?
— Musiałbym wziąć u profesora Letourbier urlop, lub prosić go o dymisję.
— Niech pan weźmie dymisję, proszę o to, doktorze. Uczynię wszystko, co w mej mocy, aby zrekompensować sennorowi Paryż.
— Największą rekompensatą i nagrodą będzie dla mnie świadomość, że wróciłem hrabiemu zdrowie i wzrok. Dziś jeszcze napiszę do profesora.
— Doskonale. Zamieszka pan tutaj; Roseta wskaże panu pokój.
— Na to mamy przecież kasztelana — wtrącił Alfonso.
— Prawda, zapomniałem o nim zupełnie.
Sternau pożegnał się z hrabią Manuelem i opuścił pokój. W korytarzu trzej eskulapi obrzucili go ponurem, nienawistnem spojrzeniem.
— Rozpoczął pan z nami walkę — rzekł Francas. — Dobrze, przyjmujemy ją, a będziemy walczyć tak długo, dopóki pan nie skapituluje!
— Banialuki.
Rzuciwszy to jedno słowo, Sternau wyszedł, by przenieść swe rzeczy z domku wiejskiego do pokoju, wyznaczonego na zamku.
W jakiś czas potem w pokoju Klaryssy siedziało przy zamkniętych drzwiach trzech ludzi: hrabia Alfonso, doktór Francas i notarjusz Gasparino Cortejo.
Wysłuchawszy ich sprawozdania o wypadkach przedpołudnia, Klaryssa wykrzyknęła:
— Najświętsza Madonno! A więc to możliwe! Byliśmy tak bliscy celu, a naraz ten przybłęda pokrzyżował nam wszystkie plany, w niwecz je obrócił!
— Pokrzyżował? — rzekł Alfonso szyderczo. — O tem nie może być mowy. Sprawa odsunęła się tylko na plan nieco dalszy.
— Czy Sternauowi może się udać operacja kamieni? — zapytał notariusz doktora.
— Z pewnością — odparł doktór Francas. — Ale przedtem my jemu zgotujemy taką operację, że go rodzona matka nie pozna!
— A operacja oczu?
— I ta przebiegnie szczęśliwie, chyba, że się wywiąże zapalenie. Ale po tym olbrzymie z Paryża można się wszystkiego spodziewać.
— Trzeba się więc postarać, by zapalenie nastąpiło, rzekła Klaryssa. — Bóg zabrał hrabiemu światło oczu jego, byłoby więc grzechem iść przeciw wyrokowi Boskiemu.
— Zbierzemy wszystkie siły — rzekł notarjusz — ale musimy być bardzo ostrożni, musimy unikać podejrzeń. Nie powinniśmy się stykać zbyt często. W każdym razie o tem powinniśmy pamiętać, że hrabia nie może wyzdrowieć, a w każdym razie nie może odzyskać wzroku, bowiem wtedy zobaczyłby twarz Alfonsa. Tego przybysza trzeba unieszkodliwić. Musimy go zabić, lub usunąć w jaki inny sposób.
— Ale w jaki? — zapytała Klaryssa.
— W tem już moja głowa! Mam w górach paru dobrych znajomych. Głupcy nazywają ich rozbójnikami, dla mnie zaś to najidealniejsi, wypróbowanej uczciwości sprzymierzeńcy. Udam się wkrótce do nich i pomówię, w jaki sposób będzie się można pozbyć przybysza. —
Wypocząwszy po nieprzespanej nocy, Sternau wyszedł z mieszkania dopiero po południu. Pierwszą osobą, którą spotkał, była Roseta.
— Dzień dobry — rzekła. — Przynosi nam pan spokój i szczęście.
— Przedewszystkiem przynoszę wojnę, którą uroczyście zapowiedział mi doktór Francas.
— W wojnie tej jestem i będę pańską najwierniejszą sojuszniczką. — —



V
SPOWIEDŹ ŻEBRAKA.

Wysoko w Pirenejach, tam, gdzie wznosi się szczyt „Malatetta“ czyli „Przeklęty“, schodził dziką ścieżką w doliny samotny wędrowiec.
Południowe słońce rzucało swe gorące promienie na nagie skały, wśród których prowadziła ścieżka. Wędrowiec nie napotykał na drodze ani strumienia, ani drzewa lub zarośla, w którem możnaby poszukać cienia. A był znużony i spragniony bardzo. Był to człowiek stary, o siwych włosach, o twarzy zapadniętej, wysmaganej przez wiatry halne. Ręce miał od wichru i zimna stwardniałe, ciało łachmany okrywały, z podartych sandałów wyglądały palce, niemal cała stopa. Co jakiś czas z zapadniętej piersi wydobywał się kaszel, zdradzający ciężką chorobę.
Wędrowiec szedł i szedł w kierunku doliny. Padał ze znużenia, lecz nie ustawał w drodze; coś gnało go wciąż dalej, dalej.
Nareszcie zatrzymał się, obrzucając okolicę badawczym wzrokiem.
— To już tu być musi — szepnął do siebie. — Tu zostawiłem chłopca, stąd udałem się do Meksyku, tu zaczęła się moja męka. Tu wypocznę.
Usiadł na rozgrzanych od słońca kamieniach, głowę złożył w dłonie. Wokoło panowała cisza zupełna. Przerywał ją tylko kaszel wędrowca.
— Matko litościwa — szepnął znowu. — Zgrzeszyłem i cóż mi przyniosła moja zbrodnia? O żebranym chlebie przewędrowałem lądy i morza, aby przebłagać niebo i spokojnie złożyć kości do grobu. Panie na niebie, przebacz mi, nie daj mi szukać napróżno. Pozwól mi znaleźć, inaczej czeka mnie piekło!
Przerwał na chwilę, poczem szeptał dalej:
— Ale czy żyje? Może zabili tego ślicznego chłopca, który leżał na moich kolanach, jak mały Chrystus na kolanach swej matki. To byłaby okropność. Nie zniosę tej niepewności! Muszę odnaleźć kryjówkę zbójców. Tylko żeby mnie nikt nie poznał, żeby się nikt nie domyślił, kim jestem i czego szukam. Nie odtrącą mnie chorego, bliskiego śmierci; może uda mi się wtedy dowiedzieć, czy żyje ten, którego szukam. Więc naprzód, dalej i jeszcze dalej.
Znowu rozpoczął wędrówkę, zwracając się w kierunku wschodnim. Wdrapywał się na skały z jękiem, pokasłując, bo droga była teraz zła, ale on nie myślał ustępować. Wreszcie zobaczył pasmo zieloności. Miał teraz pustkowia za sobą, był w górach, pokrytych zaroślami i gęstym lasem.
Przez las doszedł do polany, a tam wyciągnął utrudzone ciało. Po chwili czyjaś mocna dłoń ujęła go za ramię i jakiś rubaszny głos zapytał:
— Czego tu chcesz, staruchu?
— Chcę umrzeć.
— Umrzeć? Dlaczegóż to?
Nad starcem stał mężczyzna młody i krzepki. Był uzbrojony i sprawiał wrażenie człowieka, któremu obce są zarówno mury miasta, jak strzechy wiejskie.
— Nie mogę żyć dłużej.
— Skąd tu przychodzisz? Czego szukasz?
— Już od wielu lat szukam zioła, któreby mogło złagodzić me cierpienia, ale napróżno.
— Skąd pochodzisz?
— Z dalekich stron. Z Orense, z granic Portugalji.
— I puściłeś się mimo choroby w tak daleką drogę? Masz chleb przy sobie?
— Nie.
— Nie masz? W takim razie umrzesz prędzej z głodu, aniżeli z wycieńczenia. Zaczekaj, zapytam, czy cię mogę przyprowadzić.
Młodzieniec znikł w zaroślach. Po chwili powrócił.
— Jeżeli dasz sobie zawiązać oczy, zaprowadzę cię na miejsce, gdzie będziesz mógł wypoczywać, jak długo zechcesz, — rzekł do starca.
— Zawiązać oczy? Poco?
— To konieczne. Nie powinieneś widzieć wejścia do naszej kryjówki.
— Kimże wy jesteście?
— Myśmy bryganci, lecz poza tem ludzie uczciwi!
— Bryganci? A więc rozbójnicy? Lecz jestem biedakiem, cóż mi więc zrobić możecie? Zawiąż mi oczy i prowadź, dokąd chcesz.
Rozbójnik zdjął z szyi chustkę, przewiązał nią oczy starca i ujął go ręką. Szli jakiś czas, poczem rozbójnik uwolnił oczy wędrowca. Znaleźli się w wąskiej szczelinie górskiej. Wokoło siedziało dwudziestu dzikich, uzbrojonych zbirów. Jedli, pili, palili i czyścili broń. Wędrowca zaprowadzono przed wysokiego brodatego mężczyznę, który leżał na uboczu na pledzie wełnianym i liczył pieniędze, rozpychające wielką skórzaną torbę.
— Jak się nazywasz? — zapytał brutalnie przybysza.
— Bernardo.
Herszt rozbójników rzucił na wędrowca badawcze spojrzenie i rzekł:
— Mam wrażenie, że cię już kiedyś widziałem.
— Nic o tem nie wiem.
— Powiedziano mi, że pochodzisz z Orense. Dlaczego nie zostałeś w domu, jeżeli jesteś chory?
— Właśnie z powodu choroby wyruszyłem w drogę. Szukam w górach zioła, które leczy wszystkie cierpienia.
— Oho, takiego zioła niema!
— Podobno jest; doświadczona gitana — cyganka — powiedziała mi o tem ziole.
— Czy nie masz syna, który mógłby cię wyręczyć w szukaniu?
— Nie mam nikogo na całym świecie.
— Zostań więc i wypocznij. Wychodzić ci nie wolno bez mego pozwolenia. Jeżeli jesteś zdrajcą lub szpiegiem biada ci, pamiętaj!
Starzec otrzymał jadła i napoju; dano mu miejsce do spania. Nikt się już nim nie zajmował.
Po niejakim czasie wszedł do szczeliny wartownik i zameldował, że chce z nim pomówić jakiś obcy człowiek.
— Któż to taki? — zapytał herszt.
— Nie chce wyjawić swego imienia. Nosi czarną maskę, aby go nie poznano.
— Aha, już idę.
Wziąwszy rewolwer, herszt opuścił kryjówkę. Na widok przybysza wyciągnął do niego rękę ze słowami:
— Witajcie, sennor Gasparino, witajcie! Nie widzieliśmy się lata całe.
— Pst... — odezwał się zamaskowany. — Poco mówić po imieniu? Czy nikt nie podsłuchuje?
— Nikt. Wartownik, który stoi tam, na prawo, nie może nas usłyszeć. Mam nadzieję, że dacie mi dobrą robotę?
— Być może, jeżeli cena nie będzie za wysoka. Ile trzeba zapłacić za unieszkodliwienie dwóch ludzi?
— To zależy od tego, kim są ci ludzie.
— Hrabia i lekarz.
— Jaki hrabia?
— Stary hrabia Manuel de Rodriganda y Sevilla.
— Wasz pan? Na świętego Sebastjana, poczciwy z was domownik! Niestety, nie mogę spełnić waszego życzenia, gdyż hrabia znajduje się pod opieką jednego z moich przyjaciół; włos mu więc z głowy spaść z mej przyczyny nie może.
— Zapłacę dobrze.
— To nie zmienia sprawy. Przyjaciołom dochowuję wiary. Choćbyście przyobiecali mi złote góry, interesu nie ubijemy. Nie warto o tem mówić. A drugi kandydat?
— Lekarz z Paryża.
— To co innego.
— I taniej?
— Przypuszczam. Gdzież on mieszka?
— U hrabiego.
— O, w takim razie nietanio będzie kosztowało! A dlaczego mamy sprzątnąć tego człowieka?
— Wchodzi mi w drogę; to powinno wam wystarczyć.
— Dobrze. Sprzątnąć go, czy tylko uprowadzić?
— Wolałbym pierwsze.
— W takim razie dacie tysiąc dublonów.
— Tysiąc dublonów? Czyście oszaleli?
Herszt odpowiedział krótko:
— A więc nie? W takim razie dowidzenia.
— Zaczekajcie! Zgadzam się. Kiedy i jak płatne?
— Połowa zaraz, reszta później, po załatwieniu sprawy.
— A jeżeli się nie uda?
— Musi się udać. Jakżeż to zrobimy?
— O tem później. Przypuszczam, że będzie potrzeba kilkunastu ludzi. Gdy zjawią się w parku zamkowym, dostaną ode mnie instrukcje. — Oto pięćset dublonów.
Wręczywszy hersztowi pieniądze, Gasparino zapytał:
— Czy macie jeszcze tego małego chłopca, którego wam wtedy zostawiłem?
— Tak. Od tego czasu wyrósł; dzisiaj jest już dojrzałym człowiekiem.
— Dlaczegoście małego nie zgładzili?
— Otrzymałem pieniądze za porwanie, o zabójstwie nie było mowy. Powiedzcie mi jednak, kim jest ten człowiek?
— Dowiecie się o tem później. A za kogo się uważa?
— Za podrzutka.
— Chętnie zobaczyłbym go kiedyś.
— Co to, to nie. Nie jesteście nam towarzyszem w kompanji; płacicie tylko pieniądze i kwita.
— Kiedy wasi ludzie przybędą na zamek?
— Jutro wieczorem. Adios, sennor.
— Adios.
Rozstali się po tych słowach. Rozmawiali o życiu ludzkiem tak, jak o pogodzie. Na zapytanie, który z nich był gorszy, bardziej niebezpieczny, czy herszt bandy zbójeckiej, czy chytry notarjusz, walczący podstępem i kłamstwem, czytelnik niechaj sam sobie odpowie.
Powróciwszy do kryjówki, herszt odbył długą, tajemną naradę z pięcioma swymi ludźmi; rozkazał im udać się na zamek Rodriganda i dokonać tego, co poleci notarjusz.
Gdy nadszedł wieczór, jeden z rozbójników zbliżył się do chorego wędrowca i poprowadził go ciemnym korytarzem, który szedł w głąb góry. Po obydwu stronach korytarza znajdowały się wydrążone w skałach małe cele, które służyły mieszkańcom kryjówki za miejsce spoczynku. Niektóre, zaopatrzone w ciężkie drzwi żelazne, nasuwały myśl o więzieniu.
Rozbójnik, prowadzący wędrowca, był człowiekiem młodym, lat około dwudziestu dwóch. Ubrany w malowniczy strój kataloński. Mała lampka, którą trzymał w ręku, oświecała twarz zgoła nie zbójecką, a wręcz ujmującą i miłą.
— Oto twoja cela, poczciwy staruszku, — rzekł przewodnik. — Znajdziesz tu wygodne łoże. Czy mam ci zostawić światło?
— Tak — odparł żebrak. — Kto wie, czy kiedykolwiek opuszczę tę celę.
— Dlaczegóżby nie? Nie powinieneś upadać na duchu. Jesteś wprawdzie bardzo chory, ale nie należy nigdy tracić nadziei.
— Mam nadzieję — odparł starzec, zanosząc się kaszlem, — mam nadzieję, że umrę. Śmierć uwolni mnie wreszcie od wszystkich cierpień.
— Czy bardzo dokucza ci ból? — zapytał ze współczuciem rozbójnik, ścieląc starcowi łoże.
— Tak. Ale czem są cierpienia ciała wobec udręki duszy.
— Pomógłbym ci chętnie, gdyby to leżało w mej mocy.
— Zdaje się, że masz serce wspułczujące. Może będziesz mi mógł pomóc nieco w pewnej sprawie, dla której przybyłem...
— Ależ chętnie!
— Nie wiesz, czy przebywa wśród was człowiek, który nie zna swego pochodzenia?
— Dlaczego o to pytasz?
— Bo szukam tego człowieka.
— Znam takiego!
— Gdzież jest? Kto to taki?
— Ja nim jestem.
— Czy to możliwe? Jak ci na imię?
— Mariano.
— A nazwisko twoje?
— Nie znam go.
— W jaki sposób dostałeś się tutaj?
— Herszt nasz, którego zwiemy „capitano“, znalazł mnie w górach.
— Ile masz lat?
— Nie wiem.
— Jak długo już jesteś pośród rozbójników?
— Osiemnaście lat.
— Osiemnaście lat? Tak, to tyle. Nic nie pamiętasz ze swego dzieciństwa, niczego sobie nie możesz przypomnieć?
— Nie, choć często widziałem je we śnie.
— Może śniłeś o tem, co było rzeczywistością. Jakież były to sny?
— Śniłem często o małej lalce. Śniłem, że leżę w małem, białem łóżeczku, że nad niem pochyla się ktoś w złotej koronie.
— Czy nie pamiętasz imienia?
— Owszem; wiem, że śniła mi się kobieta, którą nazywałem Rosetą, Różyczką. Śniło mi się także, że nosił mnie na ręku jakiś wysoki, zgrabny człowiek, ubrany w przepiękny, złotem wyszywany mundur. Człowiek ten nazywał mnie we śnie Alfonsem. Obok niego była zawsze piękna pani, która kochała mnie i pieściła bardzo. Nazywałem oboje ojcem i matką. Raz przyszedł do nas, podczas mego snu, jakiś obcy człowiek. Gdy się obudziłem, miałem usta zakneblowane. Ale nie byłem już na naszym zamku, lecz w mieście, do którego zanieśli mnie rodzice. Chciałem krzyczeć ze strachu, ale obcy człowiek skneblował mnie jeszcze mocniej i zasnąłem znowu. Gdy obudziłem się, leżałem w lesie. Oto mój sen.
— Nie pamiętasz, jak było na imię panu w mundurze?
— Służba mówiła do niego: hrabio, albo ekscelencjo.
— A imienia nie pamiętasz?
— Nie.
— Słuchaj, mój synu, to nie było marzenie senne, to była rzeczywistość.
— I mnie się tak chwilami zdawało, ale gdym o tem powiedział kapitanowi, wpadł w gniew i kazał milczeć. Zwłaszcza zirytowało go opowiadanie moje o koronie, którą widziałem przecież jak żywą. Chciał mnie nawet uderzyć z tego powodu.
— Czy pamiętasz ją jeszcze teraz?
— Jak najdokładniej. Była cała ze złota, wykładana perłami; miała wyryte dwa znaki.
— Jakie znaki?
— Litery: R. i S.
— Była to korona hrabiowska. Nie zapominaj nigdy tych liter. Powiedz mi, czy oprócz ciebie nie było tu nigdy, od czasu twego przybycia, żadnego podrzutka?
— Nigdy.
— W takim razie jesteś tym, którego szukam.
Mariano zapytał ze zdumieniem:
— Szukałeś mnie? Dlaczego? Poco?
— Mój synu, gdy taka będzie wola Boża, dowiesz się kiedyś, kim jesteś. To, co ci teraz opowiem, powinno ci wskazać drogę, na której będziesz mógł dowiedzieć się o swem pochodzeniu.
Twarz młodzieńca rozjaśniła się radosnym uśmiechem.
— Więc tak? — zawołał. — Bogu niechaj będą dzięki!
— Herszt nie powinien wiedzieć, że chcę mówić z tobą w tej sprawie, — rzekł żebrak. — Gdyby się dowiedział, że zdradziłem tajemnicę, zabiłby cię bez namysłu. Gdy inni udadzą się na spoczynek, przyjdziesz tu, dobrze?
— Dobrze.
— Przynieś ze sobą papier, pióro i atrament. I jakąś jaśniejszą lampę, bo pisać będziesz musiał dużo.
Mariano odszedł.
— Dzięki ci, Madonno, — rzekł starzec — że dałaś mi siłę dojść do tego miejsca. Może Bóg przebaczy mi moją dawną występną lekkomyślność!
Około północy wszyscy rozbójnicy już spali, tylko u góry wartownik pilnował bezpieczeństwa swych towarzyszy.
Z bijącem sercem, pełnem radosnego niepokoju, wszedł Mariano do celi chorego. Starzec nie spał, siedział na łóżku. Mariano usiadł obok niego. Chory oddychał ciężko. Wziąwszy rękę Mariana w swą spaloną od gorączki prawicę, zaczął mówić:
— Mariano! Popełniono na tobie wielką zbrodnię, ja sam brałem w niej częściowo udział. Wysłuchaj mej spowiedzi, zanim mi przebaczysz. Trzeba ci wiedzieć, że byłem kiedyś członkiem szajki rozbójników!
— Ty, może w dodatku naszej szajki?
— Tak. Capitano był i moim hersztem. Nazywam się Tito Sertano, pochodzę z Makaro. Byłem biednym żeglarzem, od czasu do czasu udawało mi się przemycić z Francji kilka sztuk jedwabiu. Pewnego razu przyłapano mnie. Skonfiskowano i łódź, i towar, ja zaś dostałem się do więzienia. Uciekłszy z niego, przystałem do brygantów. Pierwszym moim czynem zbójeckim była zamiana dziecka. O ile kontrabanda nie dręczyła mego sumienia, o tyle czyn ten odebrał mi spokój. Nie mogłem sypiać nocami, a gdy capitano zażądał ode mnie, abym zabił człowieka, złamałem przysięgę wierności i posłuszeństwa: uciekłem!
— Opowiedz mi o zamianie dziecka.
— Był to, jak już powiedziałem, mój debjut. Kapitan udał się wraz ze mną na nocleg do pewnej oberży w Barcelonie. O północy wszedł do naszego pokoju jakiś człowiek i położył na stole zawiniątko. Był w niem chłopak, lat może czterech. Zawiniątko pachniało eterem, zapewne użyto go, by dziecko pozbawić przytomności. Chłopca tego musiałem zamienić na innego, który spał w oberży. Drzwi pokoju, do którego miałem się zakraść, nie były zamknięte na klucz. Dano mi flaszkę z eterem. Po jakimś czasie zamiana była gotowa, capitano zabrał dziecko tutaj, do tej kryjówki.
— Czy jesteś tego pewien?
— Tak. Przyniosłem przecież sam chłopca do kryjówki. Tym chłopcem byłeś ty właśnie.
— Czy podobna?
— Mogę przysiądz na to. Zamieniając bieliznę dzieciaków, zauważyłem doskonale monogramy na bieliźnie zamienianego chłopca: R. i S. To te same monogramy, o których niby śniłeś, obok nich zaś wyszyta była korona hrabiowska. Działo się to w nocy z pierwszego na drugi października roku 1830.
— Czy nie znasz człowieka, który przywiózł dziecko?
— Nie, ale słyszałem jego imię. Kapitan, niebaczny na moją obecność, nazwał go kilkakrotnie Gasparinem. Poznałbym go natychmiast, gdybym zobaczył.
— Jak wyglądał?
— Był wysoki i chudy. Mówił głosem chrapliwym. Wyrażał się z namaszczeniem i uroczyście.
— A więc przyniosłeś chłopca tutaj? Cóż się z nim stało dalej?
— Został u nas. Mówił ciągle o swych rodzicach, o małej Rosecie, o dobrym Alimpo, o poczciwej Elwirze. Kapitan zabronił mu wymawiać imiona, które też z biegiem czasu wybiegły z pamięci dziecka.
— Nie — rzekł Mariano. — Nie zapomniałem ich. Pamiętam nawet imiona Alimpo i Elwiry. Wiem, że stary Alimpo nosił mnie na rękach; Elwira, bardzo tęga kobieta, była jego żoną. Widzę ją dokładnie, poznałbym natychmiast. Opowiadaj dalej.
Starzec podjął opowiadanie:
— W kilka tygodni po zamianie dziecka miałem zamordować jakiegoś podróżnego. Wahałem się; herszt zagroził mi karą śmierci, gdybym nie wykonał rozkazu. Uciekłem. Udałem się do St. Jean de Luc we Francji i wstąpiłem na okręt jako marynarz. Odbyłem wiele dalekich podróży. W St. Jean de Callao zachorowałem. Wyzdrowiawszy, poszedłem na służbę do pewnego bogatego Meksykanina, który zabrał mnie do stolicy, do Meksyku. Służyłem u niego aż do jego śmierci. Od tego czasu zaczęło mi się źle powodzić. Oszczędności moje prędko się wyczerpały, zapadłem na płuca. Czułem, że śmierć się zbliża. Wtedy zaczęła mnie dręczyć myśl o mym grzechu. Jakaś moc pchała mnie, by odszukać zrabowanego chłopca i prosić o przebaczenie. Z żebraniny uciułałem nieco grosza na powrotną drogę do Hiszpanji. Choroba zmieniła mnie nie do poznania, więc mogłem przywędrować aż tutaj, by zasięgnąć języka. Bóg ulitował się; spotkałem cię pierwszego dnia...
Po tych słowach starzec dostał ataku okropnego kaszlu. Mariano, nie mogąc dłużej usiedzieć na posłaniu, wielkiemi, nerwowemi krokami chodził po pokoju. Wiedział, że obok siedzi człowiek, który popełnił na nim wielką zbrodnię. Ale jednocześnie czuł, że człowiek ten był narzędziem w ręku łotra. Czy mógł gniewać się na nieszczęśliwego starca, i to w chwili, w której śmierć wyciąga już po niego swe ramiona?
Starzec patrzył błagalnie na Mariana.
Mariano podszedł do niego; wyciągnął rękę i rzekł:
— Przebaczam ci, Tito Sertano. Wiem, żeś popełnił wielką zbrodnię, ale i jam grzeszny, niechaj mi więc Bóg przebaczy, tak, jak ja tobie przebaczam.
Starzec pochylił wtył głowę; twarz jego nabrała spokoju i ciszy.
— Jak mi teraz dobrze — szepnął. — Teraz już mogę umrzeć spokojnie! Ale nim umrę, chcę spełnić swój obowiązek względem ciebie i twej rodziny. Spisz tu wszystko, co ci powiedziałem, a ja podpisem swym stwierdzę, że to szczera prawda.
— Dobrze, uczynię to — rzekł Mariano. — Ale powiedz mi jeszcze, jak się nazywała ta oberża w Barcelonie, z której mnie wykradłeś?
— Zajazd El Hombre Grande — odparł starzec.
— Z którego pokoju mnie porwałeś?
— Z ostatniego, położonego na piętrze. My spaliśmy w drugim pokoju, licząc od schodów, na parterze.
— Czy ktoś zauważył zamianę?
— Tego nie wiem, bo uciekliśmy przed świtem.
Mariano spisał wyznanie żebraka, pod którem ten położył swój podpis.
— Tak, pismo to zachowam i będę go strzegł. A teraz muszę już iść. Dziękuję ci za wiadomości, które zdjęły mi kamień z serca. Przebaczam ci, niech ci Bóg przebaczy!
Mariano nie spał przez całą noc. Słowa żebraka otwierały nową fazę jego życia, zmieniały bieg myśli. Dotychczas uważał kapitana za swego dobroczyńcę. Od tej chwili widział w nim sprawcę nieszczęścia, złoczyńcę, który go porwał od bogatych i kochających rodziców i wcielił do szajki zbójów. Nienawidził teraz kapitana z całej duszy, żebraka uważał tylko za narzędzie w jego rękach. Musiał spełnić rozkaz i odpokutował już za to, a zresztą stał przecież nad krawędzią grobu. Mariano postanowił nie zdradzić się przed kapitanem. —
Oprócz Mariana ktoś inny jeszcze nie spał tej nocy; był to capitano.
Siedząc w swej celi, której ściany zawieszone były kosztowną bronią wszelakiego rodzaju, trzymał głowę w dłoniach i mówił sam do siebie:
— Ten Gasparino Cortejo to zatracony łajdak, gorszy od najgorszego zbója! Choć nie mam prawa do pytań, chętniebym się dowiedział, co mu przyniesie śmierć tego doktora?
Zagłębił się w rozmyślaniach. Ogarniać go począł niepokój, wstał, zaczął chodzić po celi. Znowu mówił do siebie:
— Za tę historię z Marianem można będzie wydusić od niego jeszcze sporo pieniędzy. Miałem chłopaka wprawdzie zabić, ale byłbym ostatnim osłem, gdybym to uczynił. Wolę mieć w postaci tego chłopca bat na Gasparina. A zresztą, tak pokochałem Mariana, że ciężko byłoby mi teraz zgładzić go ze świata.
Kilkakrotnie jeszcze przemierzywszy celę, kapitan zbliżył się do ściany, nacisnął w pewnem miejscu. Ściana rozstąpiła się i kapitan wszedł w jej zagłębienie; po chwili wrócił z jakimś pożółkłym dokumentem.
— A jak się ten łajdak usiłował wywinąć, jak się bał tego pisma — szepnął z uśmiechem zadowolenia. — Ale nic nie wskórał, miałem go przecież w ręku! Ponieważ jednak nie ja wykradłem chłopca, tylko ten łajdak Tito, więc w akcie figuruje Tito.
Pochyliwszy się nad lampą, kapitan raz jeszcze odczytał dokument, którego treść była następująca:

Oświadczam niniejszem, że rybak Tito Sertano, rodem z Makaro, zamienił z mego polecenia w dniu 1-go października 1830 roku w oberży El Hombre Grande w Barcelonie jednego chłopca na drugiego, za co otrzymał ode mnie tysiąc srebrnych piastrów. Zamieniony chłopiec żyje pod imieniem Mariano w jednej z jaskiń górskich.

Manreza, 15 listopada 1830 roku.

Notarjusz
Gasparino Cortejo.

Capitano złożył starannie dokument, przeczytany przed chwilą po raz może setny, schował go do skrytki i, gładząc brodę, rzekł z zadowoleniem:
— Trzymam za kark pana notarjusza. Ta sprawa będzie go jeszcze rzetelnie kosztować! Szkoda tylko, że nie chce mi powiedzieć, kim byli ci dwaj zamienieni chłopcy. Mam wprawdzie podejrzenia, wiem, że jest pełnomocnikiem hrabiego Manuela de Rodriganda y Sevilla, ale to jeszcze nie wystarcza, trzeba szukać w tym kierunku. Młody hrabia podobno wrócił, należy zbadać stosunki w rodzinie hrabiego. Ale jak? Przez kogo?
Po chwili namysłu uśmiechnął się i, wierny swemu nałogowi, znów mówił na głos:
— Przyszła mi zabawna myśl do głowy! A gdyby tak posłać Mariana, by się dowiedział o wszystkiem? Tak, on jedyny nadaje się do tej roli dzięki wytwornemu obejściu. Nauczyłem go przecież wszystkiego, co niezbędne jest człowiekowi z dobrego towarzystwa; umie jeździć konno, fechtować się, strzelać, pływać, jest przytem silny i odważny, wierny i przywiązany, mądry i sprytny — tak, jego wyślę! Notarjusz nie widział go nigdy, nie pozna więc, nie będzie nawet przypuszczał, że ten młody, miły i sympatyczny człowiek jest tym samym chłopcem, którego swego czasu chciał sprzątnąć ze świata. To będzie koncept pierwszorzędny!
Zachwycony swym pomysłem, kapitan udał się na spoczynek.
O świcie, ledwie przetarł oczy, wszedł do celi jeden z rozbójników i zameldował:
— Starzec, który przywędrował do nas wczoraj, zmarł przed chwilą.
— Doskonale. Wyprawcie mu pogrzeb, tylko mnie nie mieszajcie spokoju. Czy Mariano już wstał? Jeżeli tak, niechaj tu przyjdzie natychmiast.
Po chwili wszedł Mariano. Powitał herszta, jak zwykłe, raźnie i serdecznie.
Kapitan wskazał mu krzesło i zapytał:
— Gdzie jest twój kary ogier?
Mariano zarumienił się z radości na wspomnienie konia.
— Będzie go trudno ujeździć. Stoi już od miesiąca między końmi, ale musiałem go zupełnie odosobnić; nie można sobie z nim dać rady, tak wierzga i kopie wokoło.
— Uważaj więc, by cię dziś nie spotkało nieszczęście.
— Mam na nim pojechać? Dokąd?
— Do Manrezy i na zamek Rodriganda.
— Daleka droga.
— Masz też dużo czasu. Będziesz mógł spędzić kilka tygodni poza naszą kryjówką.
Mariano nie posiadał się z radości, iż będzie mógł zmienić na jakiś czas swe ponure otoczenie.
— Czy jadę w jakimś określonym celu, z gotowym poleceniem?
— Tak. Sprawa jest bardzo skomplikowana. Czy manatki masz w porządku?
— W najzupełniejszym.
— I mundury?
— Tak. Czy mam włożyć mundur?
— Pojedziesz jako oficer francuski. Francuszczyzną władasz doskonale, co? Wystawię ci papiery na nazwisko porucznika huzarów Alfreda de Lautreville. Za wszelką cenę musisz dostać się na zamek Rodriganda; a tam — rozumiesz? — powinni cię zatrzymać na czas dłuższy jako miłego gościa. Przez ten czas powinieneś się zorjentować najdokładniej w stosunkach, panujących na zamku. Później zdasz mi z tego dokładny raport. Jestem przekonany, że potrafisz sprostać zadaniu.
— Może mnie wtajemniczysz w szczegóły, kapitanie?
— Nie mogę ci wiele powiedzieć. Pamiętaj w każdym razie, że na zamku mieszka niejaki Cortejo, notarjusz i pełnomocnik hrabiego. Jego powinieneś obserwować najbaczniej; chciałbym wiedzieć, jakie stosunki łączą tego człowieka z rodziną hrabiego. Jest na zamku prócz notarjusza młody hrabia Alfonso, który mieszkał długie lata w Meksyku. Obserwuj, jak młody hrabia odnosi się do ojca i do notarjusza. Przypatrz się dobrze, czy Alfonso nie jest przypadkiem podobny do notarjusza. A teraz idź i przygotuj się do drogi! Pieniądze dam ci razem z papierami. Musisz wystąpić jako rozrzutny, zamożny oficer, a więc potrzebna ci spora sumka. Dostaniesz dzielnego służącego, którego będziesz mógł używać jako gońca, o ile zechcesz mi coś zakomunikować. To wszystko. — —



VI
NIEUDANY ZAMACH.

Na zamku Rodriganda panowała głęboka cisza. Hrabia rozkazał, by ją zachowywano, czuł się bowiem bardzo wyczerpany.
Najskrupulatniej trzymał się tego rozkazu stary rządca Juan Alimpo. Chodził na palcach, skradał się jak kot po schodach, jak cień przesuwał się po pokojach. Nawet w swojem mieszkaniu, położonem tak daleko, że hrabia nicby nie słyszał, gdyby wyprawiano w niem choćby najdziksze hałasy, nawet w mieszkaniu swem Juan Alimpo był cichutki jak mysz. Rywalizowała z nim żona Elwira, aliści z o wiele mniejszem powodzeniem, aniżeli pan małżonek. Rządca bowiem, zwany również kasztelanem, był to człowieczek drobny i szczupły, pani Elwira zaś posiadała wdzięki niezwykłej obfitości. Była niemal tak korpulentna, jak wysoka, i gdyby postawić ją na wadze, trzebaby pięciu co najmniej Juanów, by przeważyć szalę. Pełna jej twarz promieniała zadowoleniem. Oczy miała poczciwe, dla każdego potrafiła znaleźć dobre słowo. Ponieważ ukochanego jej Juana, mimo odmiennej powierzchowności, zdobiły te same przymioty charakteru, żyli więc małżonkowie jak dwa gołąbki, nie kłócąc i nie swarząc się przenigdy.
Alimpo zajęty był właśnie przygotowaniem pięknych i kosztownych przyborów do pisania, Elwira zaś naprawiała efektowny dywan. Wytrwali w pracy, małżonkowie gwarzyli ze sobą tak cicho, jakgdyby od hrabiego dzieliła ich zaledwie jedna ściana.
— Czy sądzisz, Elwiro, że te przybory przypadną do gustu nowemu lekarzowi z Paryża? — zapytał Alimpo.
— Ależ z pewnością; będzie zachwycony. Ciekawa jestem, co powie na ten dywan?
— Będzie olśniony.
— Ale też wybieramy dla niego najpiękniejsze cacka.
— Jest ich wart, moja droga.
— Oczywiście. Serce szczere, jak złoto.
— A jaki mądry, jaki uczony.
— A jaki piękny, mój Alimpo!
— Być może. Na tem wy się tylko znacie, kobiety. Ja wiem jedynie, że go lubię i że czuję dla niego głęboki szacunek. A ty?
— Ja także. Taki skromny, a jednak prezentuje się niby jaki pan wielki, książę, lub przynajmniej hrabia.
— Nasz pan lubi go też bardzo.
— Hrabianka również. Ale ci doktorzy! Nie podobają mi się wcale.
— A mnie? Nikomu nigdy nie życzyłem, by go djabli wzięli, ale tej trójce życzę tego z całego serca.
— Tak. Zamordowaliby naszego pana, gdyby nie ten doktór Sternau. To pewne, jak amen w pacierzu.
— A co mówisz o młodym hrabi, Elwiro?
— Sama nie wiem. A ty?
— I ja nie bardzo wiem. Ale mam wrażenie, — że — że i jego mogliby wziąć djabli razem z tą trójką lekarzy!
— Czy godzi się tak mówić o młodym hrabi? To słowa nieostrożne, choć i ja nie miałabym nic przeciw temu, gdyby go djabli wzięli. Nie podoba mi się wcale. Nie wygląda na prawdziwego hrabiego.
— Ani na odrobinę nie podobny do naszego pana.
— To prawda. A wiesz, do kogo zato podobny? Do starego pana Cortejo, do naszego notarjusza.
— Myślałam, że powiesz do pani Klaryssy.
Elwira zdumiała się, po namyśle jednak odrzekła:
— Masz rację. I do pani Klaryssy podobny. To ciekawe: notarjusz i Klaryssa...
— Tak — rzekł Alimpo. — No, jestem gotów z moimi przyborami.
— I ja skończyłam z dywanem. Czy zaniesiemy rzeczy do pokoju doktora?
— Tak.
Wyszli na korytarz, przez który przechodziła właśnie trójka lekarzy hiszpańskich, udająca się do apartamentów hrabiego Manuela.
Mieli poważne, uroczyste miny. Skoro się znaleźli w przedpokoju, doktór Francas zwrócił się do lokaja:
— Chcielibyśmy odwiedzić hrabiego. Podobno gorzej się czuje?
— Hrabia polecił nie wpuszczać nikogo.
— Nawet lekarzy?
— Nie wymienił nazwisk. Powiedział tylko: nikogo.
— Więc zamelduj nas.
— Nie mam odwagi.
— Dlaczegóż nie? Przecież jesteśmy lekarzami.
— Muszę słuchać rozkazów hrabiego.
— Ale i naszych. Wobec chorego powinny być na pierwszem miejscu rozkazy lekarza.
— I ja byłem tego samego zdania. Ale przekonałem się, że nie miałem racji. Przekonał mnie o tem naprzód doktór Sternau, a później sam hrabia. Daliście mi panowie polecenie w tym dniu, w którym miała się odbyć operacja, bym nie wpuszczał nikogo, nawet hrabianki. Usłuchałem was, no i hrabia skarcił mnie za to, jak nigdy dotąd.
— To twoja wina. Trzeba było użyć siły przeciw hrabiance i temu przybyszowi z Paryża, a nie byłoby tej całej kabały. Więc zameldujesz nas, czy nie?
Lokaj odparł po pewnem wahaniu:
— Dobrze, spróbuję!
Wszedł do pokoju hrabiego i wrócił po chwili z tem, że hrabia prosi.
— A widzisz — rzekł doktór Francas triumfalnie. — Zapamiętaj to sobie na przyszłość.
Lokaj otworzył drzwi. Gdy lekarze weszli, wykonał za ich plecami grymas, daleki od szacunku i uprzejmości.
Hrabia spoczywał w tym samym pokoju, w którym przed kilkoma dniami miała się odbyć operacja. Ubrany w wygodny szlafrok, leżał na wybitej aksamitem kanapie. Wygląd miał zmęczony, lecz nie zbolały.
Lekarze wykonali przed nim głęboki ukłon, zapominając, że hrabia nie widzi. Hrabia poprosił ich gestem ręki, by usiedli i rzekł:
— Słyszeli panowie zapewne, że pragnę spokoju. Jeżeli przyjąłem was, to tylko na dowód mej dla was życzliwości. Czegóż chcecie?
Doktór Francas wstał i powiedział co następuje:
— Ekscelencjo, przyszliśmy powodowani troską o wasze zdrowie. Sądziliśmy, że Ekscelencja czuje się gorzej i dlatego tu jesteśmy.
— Dziękuję — odrzekł hrabia grzecznie. — Czuję się osłabiony, ale niema powodu do obaw.
— Ekscelencjo — wtrącił doktór Milanos z Kordowy — zdarza się, że pacjent uważa stan swój za bezpieczny, mimo iż jest przeciwnie. Tylko lekarz może stan chorego określić.
— Może ma pan rację — odparł hrabia z łagodnym uśmiechem. — Ale doktór Sternau, który jest przecież lekarzem, stwierdził, że w tej chwili nic mi nie grozi.
Doktór Francas odrzekł na to, marszcząc czoło:
— Doktór Sternau? Ekscelencjo, mój szanowny korega, doktór Cielli, miał zaszczyt być przez długie lata lekarzem domowym waszej ekscelencji i cieszył się jej zupełnem zaufaniem. My dwaj pośpieszyliśmy, by uwolnić hrabiego od cierpienia, które musi się skończyć nieszczęściem, o ile nie zastosujemy natychmiastowych zabiegów. Jesteśmy reprezentantami hiszpańskiej nauki i wiedzy; oświadczamy, jako tacy, z całą stanowczością, że tylko natychmiastowa operacja może hrabiemu uratować życie, gdy tymczasem litotryb niechybną śmierć sprowadzić musi.
— Czy to istotne, nieodwołalne przekonanie panów?
— Tak — odpowiedzieli.
Wtedy hrabia wziął ze stołu pudełeczko, otworzył je i podał lekarzom.
— Przypatrzcie się, proszę, zawartości pudełka — rzekł z uśmiechem.
Doktór Francas zbadał powierzchownie zawartość pudełka i podał je doktorowi Cielli.
— To jakiś proszek — rzekł doktór Cielli, odkładając pudełko. — Jeżeli sennor Sternau uważa, że cierpienia ekscelencji można uleczyć proszkami i kroplami, to sam na siebie wydał wyrok.
— Mylicie się panowie! Ten proszek nie jest przeznaczony na to, bym go zażył. Wydobyto go ze mnie.
— Co takiego? — zawołał doktór Francas.
— Tak, panowie, ze mnie! Doktór Sternau rozpoczął dziś swe zabiegi nad moimi kamieniami, i oto widoczny rezultat jego pracy. Widzicie panowie, że żyję jeszcze.
Lekarze mieli miny niezwykle zakłopotane. Po długiej chwili milczenia doktór Francas rzekł:
— Czy ekscelencja jest przekonany, że substancja w pudełku jest sproszkowanym kamieniem?
Hrabia odrzekł na to z wyraźnem niezadowoleniem:
— Więc ciągle jeszcze uważacie panowie doktora Sternaua za kłamcę i oszusta? Mam wrażenie, że w ten sposób sami sobie szkodzicie. Doktór Sternau posiada moje bezwzględne zaufanie. Wierzę, że uleczy mnie od ślepoty. Chciał pracować razem z wami, ale odtrąciliście go brutalnie. Pracujcie panowie z nim razem, a chętnie będę słuchał waszych rad i uwzględnie je w miarę możności.
Doktór Francas odparł na to z niechęcią:
— Serdecznie dziękuję. Nie mam zamiaru uczyć się od człowieka, który sam nie wyrósł jeszcze ze szkół. Jeżeli hrabia ma do niego więcej zaufania, aniżeli do nas, nie możemy na to nic poradzić. Ale nie możemy również pozwolić, by nas traktowano jak szkolarzy. Proszę o pozwolenie na powrót do Madrytu.
— A ja wrócę chętnie do Kordowy, gdzie mi przynajmniej ufają — dodał wyniośle doktór Milanos.
— Ja zaś poproszę o zwolnienie mnie z obowiązków lekarza domowego ekscelencji — dodał Cielli. — Może zastąpi mnie sennor Sternau.
— To prawdziwy atak na mnie — odparł hrabia, uśmiechając się. — Zamek Rodriganda słynie z gościnności. Ale jeżeli panowie uważają, że należy go opuścić, nic na to poradzić nie mogę. Proszę o przedłożenie rachunków, które ureguluje mój skarbnik. I proszę przyjąć podziękowanie za dotychczasową życzliwość sennorów dla mnie.
— My dziękujemy również! — odparł ostro doktór Francas. — Czy hrabia pozwoli, byśmy uważali obecną wizytę za pożegnalną?
— Ależ owszem, jak najchętniej. Niech was Bóg prowadzi.
Lekarze ukłonili się i wyszli. W przedpokoju doktór Francas rzekł:
— Koniec.
— Niestety — dodał doktór Milanos.
— Zostaliśmy pobici na głowę — zżymał się doktór Cielli. — I to przez taką figurę!
— No, jeszcze niezupełnie — rzekł doktór Francas. — Jestem przekonany, że wkrótce przyślą po nas.
Rozeszli się; każdy wrócił do swego pokoju.
Doktór Francas zastał u siebie hrabiego Alfonsa, notarjusza i panią Klaryssę.
— No i co, udało się? — zapytał hrabia.
— Tak! — odpowiedział zapytany brutalnie i ostro.
— Więc Bogu niechaj będą dzięki!
— Niech hrabia schowa te dziękczynienia na później! Udało się, ale nie nam, a Sternauowi.
— Co takiego? — zapytał notarjusz. — A niechże go wszyscy djabli!
— Nie wiem, czy się tego doczekam! — klął doktór Francas.
— Chce pan odjechać, doktorze? — zapytała Klaryssa z przerażeniem.
— Tak. Hrabia odprawił nas; skarbnik ma uregulować nasze rachunki.
— Ależ doktorze, doktór zostanie! — rzekł notarjusz.
— Nie mam zamiaru narzucać się upartemu starcowi!
— Będzie pana sam prosił, abyś pozostał.
— To nie jest wykluczone. Lecz kiedy?
— Przedewszystkiem niech nam doktór opowie, jak się odbyła ostatnia rozmowa z hrabią.
— Rozmowa była krótka i zwięzła. Hrabia odprawiłby nas i tak, więc roztropniej było poprosić go o zwolnienie.
Opowiedział dokładnie.
Hrabia Alfonso stał podczas całego opowiadania doktora przy oknie z miną ponurą i kwaśną. Gdy doktór skończył, hrabia odwrócił się od okna i zawołał:
— Więc ten Sternau rozpoczął już zabiegi?
— Tak, nie uprzedziwszy nas nawet. Płaci pięknem za nadobne.
— Czy uważa pan, że usunięcie kamieni może się udać?
— Jestem o tem przekonany.
— To się nie może stać, trzeba temu przeszkodzić!
— Ale w jaki sposób, don Alfonso?
— Tem się już zajmie sennor Cortejo.
— Tak, zajmę się tem i postawię na swojem! — odparł zdecydowanie notarjusz.
Klaryssa rezonowała:
— Trzeba sprzątnąć tego natrętnego przybysza. Niech nie przeciwstawia się zrządzeniom opatrzności, niechaj gniew Boży go dosięgnie!
— Doktorze, zechce pan jeszcze jeden dzień zostać na zamku? — zapytał notarjusz. — Bardzo o to proszę. Jestem przekonany, że hrabia Manuel będzie zadowolony, gdy się jutro dowie, że doktór Francas dotąd nie odjechał.
— Jeżeli tak, zostanę do jutra. Ale tylko do jutra.
— Doskonale; niech pan mnie pozostawi całą sprawę! No, ale teraz muszę odejść — rzekł Cortejo.
Po tych słowach notarjusz opuścił zamek i udał się do parku. Tu, w umówionem miejscu, zagwizdał. Po chwili poruszyło się coś w zaroślach. Wyszedł z nich człowiek, ubrany jak wieśniak z okolic zamku. Na ręku nieznajomego wisiała czarna kapuza.
— To wy, panie? — zapytał. — Czy powiecie wreszcie, co mamy robić? Nudno nam leżeć tu w krzakach.
— Mam dla was polecenie. Musi się to stać dzisiaj — rzekł notarjusz.
— Nareszcie. Gdzież on jest?
— Wyszedł z zamku.
— Widziałem go. Poszedł do lasu. Posłałem za nim jednego z naszych ludzi; wrócił z wiadomością, że doktór poszedł w góry ze starym leśniczym.
— Na polowanie? To byłaby najlepsza sposobność.
— Nie da się zrobić; trudno go będzie znaleźć.
— A więc po jego powrocie do parku?
— Dobrze.
— Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze; zwykle spaceruje po parku wieczorami.
— Niech sennor będzie spokojny. Strzelamy dobrze i celnie.
— Nie, nie należy strzelać. Lepiej przebić go sztyletem. Strzały narobiłyby niepotrzebnego hałasu. Wpakujecie mu nóż w rękę i będzie się później nazywało, że popełnił samobójstwo.
— Cóż robić, muszę słuchać, chociaż wolałbym go zastrzelić. Mam wrażenie, że jest niezwykle silny i że trzeba z nim będzie stoczyć walkę.
— Boicie się? — zapytał Cortejo z lironją.
— Skądże znowu. Polecenie wasze będzie co do joty wykonane. Ale jak stoi sprawa pieniędzy? Kapitan polecił mi je zainkasować.
— Przyjdźcie na to samo miejsce dziś o północy; wtedy otrzymacie całą należność. Poco przynieśliście ze sobą kapiszony?
— Czy uważacie nas za początkujących rozbójników? Trzeba przewidzieć wszystko. Bez kapiszonów mógłby nas ktoś zobaczyć, poznać później.
— Róbcie, jak chcecie, — rzekł notarjusz, oddalając się w stronę zamku. —
Informacja rozbójników była prawdziwa; Sternau udał się z leśniczym do lasu, nietyle jednak na polowanie, ile poto, by odetchnąć górskiem powietrzem.
Powrócił z wycieczki, gdy słońce już staczało się z zenitu.
Niósł strzelbę w ręku: jedna jej lufa była naładowana śrutem, druga kulami. Sternau nie miał bowiem podczas wycieczki okazji do strzału. Pożegnał się z leśniczym i, pogrążony w rozmyślaniach, szedł wolnym krokiem do parku. Nagle zobaczył przed sobą jasny punkt: była to Roseta ubrana w białą suknię.
Szukała kogoś, lub oczekiwała, nasłuchując w kierunku lasu. Wiedziała, że Sternau udał się tam z leśniczym; jakiś lęk niewytłumaczony skierował jej kroki do parku.
Spotkali się teraz niespodzianie. Roseta, uradowana, wyciągnęła do Sternaua ręce; po chwili cofnęła je jednak z twarzą zalaną rumieńcem.
— Ujrzałam sennora tak niespodzianie, nieoczekiwanie — rzekła jakgdyby na swoje usprawiedliwienie. — Notarjusz pytał o pana.
Sternau przełożył strzelbę do lewego ramienia, prawe zaś podał Rosecie. Szli tak pod rękę w kierunku zamku.
— Trzej nasi lekarze mają opuścić zamek — zaczęła Roseta, szukając słów, któreby ukryły jej nastrój właściwy.
— To szkoda. Chętniebym im pokazał, w jaki sposób hrabia Manuel wyzdrowieje i wzrok odzyska.
— Więc sądzi pan, że ojciec odzyska wzrok?
— Jestem niemal pewien.
— A ci ludzie jeszcze dziś mówili, że to wykluczone. Ale, na Boga, cóż to takiego?
Ostatnie słowa rzuciła hrabianka w najwyższym lęku. Z zarośli bowiem wychyliła się jakaś postać, okryta czarnym kapiszonem, z pod którego widać było parę błyszczących złowrogo oczu.
W tejże samej chwili rozległy się słowa:
— Naprzód, zakłuć go! — i kilka postaci rzuciło się z nożami na Sternaua.
Nasz doktór nieraz przeżywał podobne sytuacje. Podczas swych wędrówek po różnych krajach walczył już i z Indjanami północnej Ameryki, i z Beduinami, i z Malajczykami wschodniego Archipelagu, i z Papuasami Nowej Holandji. Z walk tych wyniósł nieustraszoną przytomność umysłu i zdolność błyskawicznego orjentowania się w sytuacji.
Puszczając więc ramię towarzyszki, odskoczył o kilka kroków wbok i, wymierzywszy ze strzelby, dał dwa strzały, po których dwaj napastnicy padli na ziemię. Sternau chwycił lufę strzelby i grzmotnął kolbą trzeciego napastnika, waląc go również. W tejże chwili czwarty przebił mu górną część ramienia; Sternau chwycił go za gardło i, odrzucając strzelbę, która mu teraz przeszkadzała, zdzielił zbira pięścią w skroń z taką siłą, że ten upadł, tracąc przytomność. Na ten widok ostatni z rozbójników uciekł.
Roseta stała podczas tej walki nieruchoma z przerażenia. Drżąc na całem ciele, oparła się o drzewo. Była trupio blada; oczy miała zamknięte, bo sił jej nie starczyło, aby patrzeć na tę okrutną walkę ukochanego z tak przeważającym przeciwnikiem.
— Condesa — rzekł Sternau, otaczając Rosetę ramieniem, — proszę się uspokoić.
Na dźwięk jego głosu Roseta oprzytomniała. Otworzywszy oczy, krzyknęła radośnie:
— Carlosie!
Nie panowała teraz nad swoją radością. Rzuciła się na szyję ukochanego, kładąc ze łkaniem głowę na jego piersi.
— Roseto! — rzekł cicho, z głębi przepełnionego miłością i szczęściem serca. — Roseto! Uratowałem się z rąk tych zbójów.
Wzrok jej padł na jego krwawiące ramię.
— Na miłość Boską, przecież pan ranny! — zawołała z przerażeniem.
— To drobiazg, prędko się zagoi.
— Straszni, okrutni ludzie! — rzekła, trwożnie oglądając leżące na ziemi ciała napastników. — Kimże oni są, co im pan złego wyrządził? Czterech nie mogło ci dać rady, ty mój najsilniejszy Carlosie!
Znowu oparła głowę o jego pierś. Sternau stracił już panowanie nad sobą; pochylił się i wycisnął na ustach ukochanej długi, gorący pocałunek, pełen miłości i uwielbienia.
Po długiej chwili wyrwała mu się ze słowami:
— Idzie ktoś...
Rzeczywiście rozległy się kroki. Ścieżką parkową zbliżał się Juan Alimpo w otoczeniu dwóch pomocników ogrodnika. Usłyszeli strzały i, zaniepokojeni, przeszukiwali park.
Gdy Alimpo zobaczył hrabiankę i doktora, a obok nich czterech leżących na ziemi napastników, stanął jak wryty.
— Hrabianko! Panie doktorze! Cóż się stało? — zawołał.
— Chciano zamordować doktora — odparła Roseta.
— Zamordować? — zapytał Alimpo. — Muszę to powiedzieć mojej Elwirze!
Załamał ręce i rzucił dokoła wzrokiem, jakby szukając Elwiry.
— Lecz doktór zwyciężył. Wszystkich czterech położył trupem.
— Czterech naraz?
— No, no, zabiłem tylko trzech — wtrącił Sternau. — Tego czwartego uderzyłem pięścią między oczy. Stracił przytomność. Lecz trzeba tym ludziom pozdejmować kapiszony. Może poznamy którego z nich?
— Ależ doktorze, czy nie należałoby naprzód opatrzyć rany?
— Można z tem poczekać; cięcie nie jest niebezpieczne.
— Więc pan ranny, doktorze? — biadał Alimpo. — To straszne. Szkoda, że niema tu mojej Elwiry, ona tak świetnie opatruje. Niech pan pozwoli, abym chwilowo przynajmniej chustką krew zatamował!
Sternau z uśmiechem wyciągnął ramię, które Alimpo mu przewiązał. Teraz Alimpo wraz z dwoma ogrodnikami pochylił się nad powalonymi zbirami. Nikt z obecnych nie znał żadnego z tych ludzi. Dwaj z pośród zabitych mieli przebite kulami serca; trzeci zaś głowę zmiażdżoną od uderzenia kolbą. Roseta odwróciła oczy od straszliwego widoku zabitych napastników.
— Co za uderzenie, co za siła! — zachwycał się Alimpo.
— Czy ma ktoś sznur, albo coś w tym rodzaju — zapytał Sternau, nachylony nad czwartym, żyjącym jeszcze opryszkiem. — Jest nieprzytomny. Trzeba go związać. Będzie nam musiał powiedzieć, kim jest i dlaczego chciał mnie wraz z towarzyszami uśmiercić.
— Tak, będzie musiał wyznać wszystko, — rzekł Alimpo — inaczej rozedrę go na kawałki. Tak, panie doktorze, staję się okrutny, gdy wpadnę w pasję.
Sternau zapytał z uśmiechem:
— Czy wpadł pan w nią kiedy w życiu?
— Nie, nigdy. Ale przeczuwam, że byłbym okrutny, jak tygrys, albo przynajmniej jak krokodyl!
Po tych groźnych słowach Alimpo wyciągnął Z kieszeni sznurek i mocno związał na plecach ręce nieprzytomnego zbira.
— Co pan jeszcze rozkaże? — zapytał, uporawszy się z tak niepowszedniem zadaniem.
— Idę teraz z hrabianką na zamek, by przysłać panu ludzi, — rzekł Sternau. — Gdy nieprzytomny się zbudzi, trzeba go przenieść w bezpieczne miejsce. Trupy niech tu pozostaną, dopóki nie zjawią się władze, by spisać protokół.
— Już ja ukryję jeńca tak, by nie mógł uciec!
— Dobrze. Ale niech pan będzie bardzo ostrożny. Część morderców, niewiadomo w jakiej liczbie, uciekła. Być może więc, że zbiegowie wrócą, aby odbić towarzysza.
— Wrócą, aby odbić towarzysza? — zapytał Alimpo z przestrachem. — A ja mam przy nim pozostać? Może będą jeszcze strzelać, albo kłuć nożami? To przecież niebezpieczne! O, gdyby wiedziała moja biedna Elwira!
— Uważam pana za człowieka niezwykłej odwagi, sennor Alimpo, — rzekł Sternau.
— Odwagi? To za mało. Jestem nietylko odważny, lecz dzielny, a przedewszystkiem zuchwały, bezgranicznie zuchwały, zwłaszcza, gdy niebezpieczeństwo poważne. Ale sztylet to rzecz niemiła, a strzał może się skończyć jeszcze gorzej!
— Zostawiam panu moją strzelbę, poza tem ma pan do dyspozycji sztylety zabitych. To wystarczy dla obrony.
Sternau nabił strzelbę i podał ją Juanowi Alimpo, lecz ten zrobił kilka kroków wtył i rzekł:
— Niech mi sennor tego nie daje, doktorze! Nie znoszę broni palnej; może eksplodować, można się samemu postrzelić. Niech strzelbę weźmie który z ogrodników. Obydwie lufy są naładowane, więc w razie czego na każdego z nich wypadnie po strzale. Ja zaś biorę sztylety pokonanych opryszków. Można niemi od biedy zabić czterech wrogów.
Spełniono życzenie don Alimpa, poczem Sternau udał się wraz z hrabianką na zamek. Sternau prosił hrabiankę, by opowiedziała hrabiemu o wypadku; bał się, że wiadomość ta, podana przez kogo innego i nagle, wpłynie ujemnie na stan zdrowia chorego. Posławszy ludzi na miejsce, na którem pozostał Alimpo wraz z ogrodnikami, Sternau zmierzał do swego pokoju, by sobie zrobić opatrunek.
Na schodach spotkał panią Klaryssę. Zobaczywszy przewiązane ramię doktora, zapytała:
— Ramię pańskie przewiązane, krew na ubraniu! Cóż to się stało?
Sternau był zdumiony, że osoba, która ignorowała go dotychczas od dnia jego pobytu na zamku i udawała stale, że go nie widzi, raczyła się odezwać. Mimo to odparł grzecznie:
— Jestem ranny.
— Ranny? Czy to możliwe? Któż pana zranił?
— Nieznani sprawcy. Chcieli mnie zamordować.
— Święta Laureto, a więc nie jest się pewnym życia nawet na zamku Rodriganda! Powiedział pan, że sprawcy są nieznani. Czy widział ich kto oprócz pana?
— Tak. Rządca Alimpo i dwaj pomocnicy ogrodnika.
— Uciekli?
— Kilku zapewne uciekło. Ale trzech zabiłem, czwartego ujęliśmy. Rządca przyprowadzi go zaraz.
Klaryssa zbladła jak trup. Drżąc na całem ciele, rzekła niepewnym głosem:
— Wiadomość ta przeraża mnie. Czuję, że siły mię opuszczają. Planowane morderstwo! Oby Bóg pomógł do wykrycia zbrodniarzy i ukarania winnych. Jestem tak osłabiona, że rezygnuję ze spaceru, który właśnie miałam odbyć.
— Czy mogę pani służyć ramieniem i odprowadzić ją do mieszkania? — zapytał Sternau.
Klaryssa skinęła głową i podała mu ramię. Lęk, że cała sprawa wyjdzie najaw, odebrał jej wszystkie siły; słaniała się nawet oparta na ramieniu doktora.
Sternau odprowadził niewiastę do drzwi jej pokojów i pożegnał grzecznym ukłonem. Był zadowolony, że się pozbył tej starej bigotki, do której czuł dziwną niechęć. Klaryssa bezsilnie padła w swym pokoju na kanapę. Po chwili poleciła służącej, by poprosiła natychmiast notarjusza Cortejo.
Gasparino wszedł, nie przeczuwając nawet, dlaczego Klaryssa go wzywa.
— Posłałaś po mnie. Cóż tak pilnego?
— Stało się nieszczęście, wielkie nieszczęście! — zawołała Klaryssa. — Nie mam wprost sił, by ci o niem opowiedzieć.
— Ależ mów, opowiadaj — rzekł z największym spokojem Cortejo.
— Stało się coś strasznego, coś, co może nas djabelnie drogo kosztować!
— Mówże, do pioruna, zamiast rozpaczać. No, jazda!
— Słuchaj więc! Urządzono dziś w parku napad na tego doktora Sternaua.
Drapieżna twarz notarjusza rozjaśniła się uśmiechem zadowolenia. W przekonaniu, że plan jego się udał, rzekł ze spokojem:
— No i cóż? Nie widzę żadnego nieszczęścia. Któż opowiadał ci o napadzie?
— W tem właśnie sęk! Gdyby mi to opowiadał kto inny, nie byłabym w najmniejszym stopniu zaniepokojona....
— Więc któż ci powiedział? Mów, do djabła!
— Sam Sternau!
Cortejo skoczył jak oparzony.
— Doktór Sternau? Zdaje ci się chyba! — rzekł głosem niepewnym.
— Ależ jestem tego pewna. Ta wiadomość tak przeraziła mnie, że pozwoliłam, by ten wstrętny przybłęda, którego nienawidzę, odprowadził mnie do mieszkania.
— Więc uniknął śmierci, do kroćset bomb!
— Jest tylko lekko ranny w ramię.
— Będę musiał nauczyć tych łajdaków, jak obchodzić się ze sztyletem.
— Przyjdzie ci to niełatwo, bo trzech Sternau zabił, czwartego zaś ujął.
— Psiakrew! — zaklął Gasparino. — To źle. Coprawda, umarli nie przemówią, ale ten jeniec, ten jeniec!
— Czy może cię zdradzić?
— Oczywiście. Widzieli mnie przecież wszyscy, rozmawiałem z nimi.
— Byłeś nieostrożny. Biada nam!
— Daj pokój krzykom i jękom! Trzeba pomyśleć o wyjściu z tej okropnej sytuacji.
— Jedynem wyjściem będzie uwolnienie jeńca.
— To dobra myśl. Ale trzeba zaczekać na chwilę odpowiednią, a kto wie, czy ten człowiek będzie milczał do tego czasu. Komisja sądowa nie może przybyć wcześniej, niż jutro; jeniec pozostanie więc przez dzisiejszą noc na zamku. Będziemy musieli uwolnić go w nocy. Żeby się tylko nie wygadał.
— Trzeba mu dać jaki znak.
— Masz rację, zupełnie straciłem głowę, a tu trzeba działać szybko i energicznie. Pójdę do parku; obejrzę miejsce zbrodni. Ale to siłacz z tego Sternaua. Z czterema się uporał! Można go będzie sprzątnąć tylko podstępem.
— Masz już plan gotowy? — spytała zacna matrona.
— Jeszcze nie.
— W każdym razie Sternau umrzeć musi — stwierdziła Klaryssa.
— Będę o tem pamiętał! No, a teraz idę na miejsce zbrodni.
Po tych słowach udał się do parku, gdzie zebrała się większość mieszkańców zamku, poruszona wypadkiem, jaki się nigdy jeszcze w Rodriganda nie zdarzył. —
Trupy pozostały na miejscu pod opieką warty, jeńca zaś odprowadzono do zamku. Był to ten sam człowiek, z którym Cortejo rozmawiał już przed zamachem. Oczy ich spotkały się na chwilę. Notarjusz położył palec na ustach, rozbójnik odpowiedział skinieniem głowy.
Posłyszawszy o zamachu na gościa, hrabia wpadł w podniecenie; z wielkim trudem zdołała go Roseta uspokoić. Polecił, aby śledztwo przeprowadzono z największą surowością.
Trzej nasi lekarze, przeczuwając sprawcę zbrodni, odjechali wieczorem, wobec tego bowiem, że zamach zawiódł, obecność swoją uznali za zbyteczną.
Rana Sternaua nie była groźna. Nie przeszkadzała mu w zupełności w leczeniu hrabiego, który polubił serdecznie swego nowego lekarza i za wszelką celę pragnął się dowiedzieć, kto był sprawcą zbrodniczeco napadu. Jeniec milczał, jak zaklęty. Nie można było z niego wydobyć ani słowa.
W domu rządcy toczyła się ożywiona dyskusja na temat napadu.
— A więc, droga Elwiro, opowiem ci wszystko dokładnie — rzekł Alimpo.
— Proszę cię bardzo, mój drogi.
Rządca ujął w dłoń miotłę i zaczął:
— Było ich pięciu. Wyobraź sobie, że jednym z nich jest nasz zegar ścienny, drugim szafa, trzecim stół, czwartym lampa, piątym zaś kufer, tam w kącie. Zrozumiałaś?
— Tak.
— Doskonale. Morderców już mamy. Teraz trzeba jeszcze doktora i hrabianki Rosety. Doktorem będę ja, hrabianką ty.
— Dobrze — rzekła, krygując się, by nadać swej korpulentnej postaci widok pański.
— A więc ja, doktór Sternau, idę na polowanie; wracam z dubeltówką na ramieniu.
Po tych słowach położył na ramieniu swą miotłę i ciągnął dalej:
— Spotykam w parku ciebie, czyli condesę Rosetę. Składam jej ukłon, ona odpowiada. Podczas długiej ceremonji ukłonu napada na mnie pięciu morderców. Pierwszy — zegar ścienny — doskakuje do mnie; chwytam za dubeltówkę, piff-paff — gotów!
Przy tych słowach wycelował miotłą w powietrze.
— Drugi, a więc szafa, idzie na mnie ze sztyletem. Ja znów piff-paff — gotów! Zjawia się trzeci: stół; zabijam go kolbą. Teraz kolej na czwartego, na lampę. Nie mam już naboi; jest za blisko, bym mógł uderzyć go kolbą. Biję więc lampę pięścią w łeb, ot tak mniej więcej.
Przy tych słowach Alimpo zaczął walić w lampę. Po chwili roztłukł ją w drobne kawałki.
— Ależ, mój drogi, — rzekła Elwira. — Cóż ty wyprawiasz?
— Cicho, Elwiro. Jesteś hrabianką, której nie interesuje sprawa lampy. Musiałem zabić tego czwartego, skoro mnie zranił w ramię.
— Może masz i rację, ale szkoda naszej pięknej lampy. Ponieważ jednak rozbiłeś ją dla naszego kochanego doktora, przebaczam ci.
— Tak, Elwiro, rozbiłem ją dla naszego doktora. Dla niego zniszczyłbym jeszcze wiele rzeczy, wielu ludzi. W parku uzbroiłem się w cztery sztylety, by stanąć przeciw tym zbójom.
— Ty? — ze zdumieniem zapytała Elwira.
— Tak, ja, twój Alimpo — odparł z dumą.
— Na Boga! Cztery sztylety? Kogo miałeś niemi zabić?
— Zbiegów, na wypadek, gdyby powrócić chcieli.
— To straszne! — zawołała Elwlra, załamując ręce. — Ależ człowieku, jesteś potworem łaknącym krwi! Opamiętaj się; z każdą chwilą stajesz się bardziej porywczy i zuchwały.
— Taki już mój charakter! — odrzekł, groźnie podkręcając wąsa. — Zejdź do zbrojowni, droga Elwiro, i przynieś mi miecz starego rycerza Arbicault de Rodriganda.
— Ten olbrzymi miecz? — zapytała zdumiona. — Pocóż ci on?
— Mam nocy dzisiejszej czuwać przy jeńcu.
— Oszalałeś? Chcesz trzymać straż przy jeńcu? Chcesz stanąć przy jego drzwiach z mieczem w ręku? A jeżeli ucieknie! Szukasz pewnej śmierci? Chcesz się poświęcić dla innych?
— Ani mi to w głowie. Ale przynieś miecz. Będę czuwał nad jeńcem, schowanym w piwnicy, tu, w moim pokoju. Jeżeli ucieknie, nie zobaczy mnie nawet. A gdyby miał wpaść tutaj, do pokoju, ucieknie również na widok straszliwego miecza! — —
Hrabianka weszła do pokoju ojca, przy którym czuwał Sternau. Oddychała szybko; widać było, że przychodzi z jakąś nowiną.
— Ojcze, przynoszę ci radosną wiadomość. Przed chwilą otrzymałam następujący list.
— Przeczytaj go, o ile doktór Sternau pozwoli, — rzekł hrabia.
— Pozwoli na pewno — odparła Roseta. — Słuchaj:

Droga Roseto!

Ojciec został mianowany konsulem w Meksyku. Jadę oczywiście z nim razem. Chciałabym cię koniecznie zobaczyć. Pojutrze przybędę na zamek. Jeżeli chcesz, wyjedź na moje spotkanie do Pons.
Ściskam cię mocno. Złóż ojcu wyrazy szacunku.

Twoja
Amy Dryden.

Hrabia zwrócił się do Sternaua:
— Miss Amy Dryden jest córką sira Henry Dryden, hrabiego Nothingwell. Córka moja poznała ją w Madrycie.
— Czy będę mogła pojechać jutro rano do Pons?
— Ależ oczywiście — odparł hrabia. — Słyszałem, że jutro jest jarmark w Pons. Dobrze się stanie, jeżeli zabierzesz ze sobą rządcę.
— Będę miała walecznego opiekuna — odparła Roseta z uśmiechem.
Sternau zaproponowałby chętnie swe usługi, ale nie mógł przecież opuścić wezgłowia hrabiego. Dlatego też nie odezwał się ani słowem.


∗             ∗

Gdy wszyscy już się w zamku spać pokładli, dwaj ludzie podążyli cichaczem do piwnicy, w której zamknięty był jeniec. Byli to hrabia Alfonso i notarjusz Cortejo. Przed drzwiami piwnicy zastali dwóch lokai, którzy mieli pilnować jeńca. Siedzieli w milczeniu na ziemi z zapaloną latarnią. Cortejo pozostał wtyle, Alfonso zaś podszedł do nich. Na widok hrabiego wstali i złożyli głęboki ukłon.
— Łajdak zamknięty jest za temi drzwiami, prawda? — zapytał Alfonso.
— Tak — odpowiedział jeden z lokai.
— Mam nadzieję, że będziecie go dobrze pilnować. Gdyby zbiegł, poniesiecie surową karę. Dajcie-no latarnię!
Udał, że chce zapalić papierosa i umyślnie tak wziął latarnię z rąk lokaja, że spadła na ziemię.
— Niedołęgo! — zawołał. — Podnieś latarnię, zrobię sam światło.
Po tych słowach Alfonso schylił się i niepostrzeżenie uprzątnął latarkę. Lokaj szukał napróżno; Alfonso karcił go, łajał, a tymczasem notarjusz podkradł się pode drzwi piwnicy, cicho otworzył zamek i wszedł do środka. Lokaje nie zauważyli niczego. Po chwili notarjusz położył rękę na plecach Alfonsa, jako umówiony znak, że wszystko poszło dobrze. Alfonso postawił latarkę na ziemi. Gderał z udaną złością:
— Cóż do djabła, czy mam wam pomóc?
— Latarka się znalazła — rzekł jeden z lokai. — Ale oliwa wylana.
— Jeszcze wystarczy.
Alfonso zapalił knot latarki, i otworzywszy drzwi do piwnicy, poświecił nią przez chwilę. Lokaje stali u jego boku.
— Jeniec śpi jak zabity! — rzekł hrabia. — Trzeba go zostawić w spokoju.
Po tych słowach ruszył schodami na górę. —
Tymczasem notarjusz wymknął się z zamku wraz z jeńcem. Szli wśród nocy, nie mówiąc ani słowa.
Dopiero po pewnym czasie notarjusz zatrzymał się i rzekł twardym głosem:
— Dzielnie spełniłeś polecenie, mój chłopcze, niema co mówić! Mam ci jeszcze może wypłacić pieniądze, co?
— Przebaczcie, panie, — odparł tamten — Nieszczęśliwy wypadek każdemu się może przytrafić.
— Ale to była sprawa zbyt wielkiej wagi! Mam wrażenie, że kapitan przysłał mi samych tchórzów.
Rozbójnik podszedł do notarjusza i zapytał ostro:
— Chcieliście mnie obrazić?
— Pah! Jeżeli tylu ludzi nie może sobie dać rady z jednym, jedynym człowiekiem, to jakże ich nazwać, jeżeli nie tchórzami.
— Dlaczegóż nie zabiliście go sami? Przebywacie z nim razem przez całe dnie. Kto ma ciągłą sposobność zgładzić wroga, a innych prosi o pomoc, ten jest tchórzem, oto, co wam powiem! Ani jesteście mi hersztem, ani żadną osobą, która ma prawo mię besztać. Nie jesteście niczem lepsi ode mnie, a jeżeli was wydam, zginiecie marnie. Dlatego też radzę: ostrożni bądźcie, a ode mnie wara wam! Wśród moich kolegów niema jednego, któregoby można nazwać tchórzem.
— Dlaczegóż nie pokonaliście tego człowieka?
— Któż mógł przypuszcza, że tak djabelnie silny!
— Było was przecież tylu!
— Mieliśmy rozkaz użycia tylko sztyletu. Nie pozwoliliście nam przecie strzelać, choć strzał był tu najpewniejszą bronią. Sami więc ponosicie winę.
— Aha! — roześmiał się notarjusz. — Jeszcześ gotów zażądać ode mnie zapłaty.
— Naturalnie! Sami jesteście temu winni, że trzech moich towarzyszy zginęło. Będziecie musieli zapłacić.
— Nieprędzej, aż zabijecie tego doktora!
— Próbujcie tedy zabić go sami!
— Od czegóż wy jesteście?
— Teraz z nami koniec. Spełniliśmy nasze polecenia; nie nasza w tem wina, że były złe i nieodpowiednie. Żądam pieniędzy. Jeżeli nie dacie ich zaraz, zapłacicie później więcej, bo kapitan zażąda odszkodowania za zabitych.
— A idź-że do wszystkich djabłów!
— Dobrze, odchodzę! — odparł szyderczo rozbójnik i zginął w ciemnościach.
Cortejo nie spodziewał się tego. Zaczął wołać za odchodzącym, ale napróżno. Był mocno niezadowolony. Obawiał się przecież, że rozbójnicy mogą go zdradzić.
Wróciwszy do zamku, położył się do łóżka, lecz nie mógł żadną miarą zasnąć. —
Następnego dnia rano zapanował na zamku ruch niezwykły. Cortejo usłyszał liczne głosy, których gwar dowodził, że stało się coś niezwykłego. Zaledwie zdążył się ubrać, zapukano do drzwi, z pod których odezwał się głos służącego:
— Czy pan śpi jeszcze?
— Leżę jeszcze w łóżku — skłamał notarjusz.
— W takim razie niech sennor wstaje i ubiera się jak najprędzej. Hrabia Manuel chce z panem pomówić. Stało się coś bardzo niedobrego; jeniec-rozbójnik uciekł w nocy.
— Czy być może? — zawołał notarjusz z udanem zdziwieniem. — Już idę.
Po kilku minutach udał się do hrabiego Manuela. Zastał tam hrabiankę, Klaryssę i hrabiego Alfonsa.
— Czy wie pan, poco go wezwałem? — zapytał hrabia Manuel.
— Tak, ale chyba słuch mię omylił.
— Niestety, to prawda; rozbójnik uciekł!
— Nie do wiary! Pilnowało go przecież dwóch ludzi.
— A jednak...
— No, no, — mruknął notarjusz, udając najwyższe zdumienie. — Czy don Alfonso opowiadał hrabiemu, że w nocy sam badał jeszcze, czy piwnica jest zabezpieczona?
— Owszem, wiem o tem.
— W takim razie wina pada na służbę.
— Tego nie przypuszczam.
— I ja jestem przekonana, że ci dwaj ludzie są niewinni, — rzekła Roseta. — Wierzę, że są uczciwi i wierni.
— Jakżeż w takim razie mógł uciec ten rozbójnik zdaniem hrabianki? — zapytał Cortejo.
— Trzeba sprawę zbadać. Ojciec przywołał pana, abyś się tem zajął.
— Miejmy nadzieję, że uda się ustalić winę i winnych. Pójdę obejrzeć piwnicę.
Dochodzenie, jak się można było spodziewać, nie odniosło żadnego rezultatu. —
Sternaua zbudził również hałas, panujący na zamku. W korytarzu spotkał małego rządcę, który miał minę ogromnie zakłopotaną.
— Czy pan wie, doktorze, — rzekł Alimpo — że ten łajdak, ten morderca, uciekł?
— Czy być może? — zawołał Sternau z przerażeniem.
— Ależ tak, to prawda — odpowiedział Alimpo. — Uciekł, jest już za górami, za lasami. Moja Elwira mówi to samo.
— Ale w jaki sposób udało mu się uciec?
— Tego nie wie nikt, nawet moja Elwira. Postawiłem przecież pode drzwiami dwóch ludzi. Don Alfonso sam był w nocy przed piwnicą, aby sprawdzić, jak go pilnują. Widział jeńca na własne oczy. A dziś rano, gdy otworzono drzwi piwnicy, jeńca nie było.
— To dziwne! Trzeba to zbadać, bo jeżeli tego człowieka nie uda się odszukać, zagadka napadu pozostanie niewyjaśniona.
— Cóż robić, panie doktorze? Sąd się zjawi, rozpocznie śledztwo, a tymczasem głównego sprawcy, mordercy, niema. To przykre, to nawet zawstydzające. Tak mówi moja Elwira. Ale ja tu z panem rozmawiam, a czeka mnie masa roboty. Muszę się śpieszyć, jadę przecież z hrabianką Rosetą do Pons.
Alimpo był przejęty swą misją: miał przecież ochraniać w drodze hrabiankę. Serce w nim rosło na myśl, że będzie rycerzem najpiękniejszej donny Hiszpanji; czuł w sobie odwagę lwa. — —



VII
ALFRED DE LAUTREVILLE.

W Pons był dziś jarmark. Na drogach, prowadzących do miasteczka, od wczesnego ranka panował wielki ruch. Dwaj ludzie zbliżali się do miasta od wschodu. Nie szli gościńcem, lecz ścieżkami, aby nie spotykać zbyt wielu ludzi. Obydwaj mieli długie pirenejskie strzelby oraz sztylety i rewolwery za pasem; nie wyglądali na ludzi zamiłowanych w spokoju. Jeden z nich miał na plecach coś w rodzaju kapiszona. Takie same kaptury nosili rozbójnicy podczas napadu w ogrodzie zamkowym, jasne więc, że obydwóch nieznajomych łączył jakiś związek z rozbójnikami.
Istotnie, jeden z nich był brygantem, który podczas nieudanego napadu zdołał zbiec, drugi zaś tym, któremu notarjusz pomógł do ucieczki. Dziwnym trafem spotkali się na drodze do Pons.
— Więc cóż, Bartolo, — przerwał jeden z nich długie milczenie — co teraz poczniemy?
— Wracam do kapitana.
— Ani mi to w głowie — mruknął drugi. — Da sobie radę beze mnie. Wcale się nie palę do kary, jaka mnie spotka za nieudany zamach.
— Masz rację, Juanito. Cóż jednak, trzeba wrócić. Przysięgliśmy
— E! Przysięga dana hersztowi zbojów nie wiąze. Postąpię, jak postępują kupcy: zacznę prowadzić interes na własną rękę. Czy przystąpisz do spółki?
— Czy ja wiem?
— Zastanów się, Bartolo! Capitano zabiera lwią część naszych łupów; wszystkie tajemnice, wszystkie wybiegi i kryjówki zachowuje dla siebie. Harujemy, narażamy się na więzienie, na stryczek, a on siedzi sobie w domu i gra pana. Czy wiesz, ile wziął za zabójstwo tego doktora? A ile z tego my dostaniemy?
— Kilka parszywych dukatów. Tak, masz rację.
— Dlaczegóż nie mielibyśmy pracować na własną rękę? Możnaby schwycić jakiego bogatego panka i wziąć za niego okup nielada!
— Masz rację, Juanito! Ale w takim razie trzeba porzucić te strony. Gdyby nas znalazł capitano, bylibyśmy zgubieni.
— Wywędrujemy za Ebro. Ale przedtem musimy zdobyć pieniądze na podróż. Na jarmarku obłowimy się; idziesz ze mną?
— Dobrze, ale musimy schować broń, bo pojawiając się z pistoletami i strzelbami, zwrócimy na siebie zbytnią uwagę.
— Nie w ciemię nas bito! Broń ukryjemy, ale teraz trzeba poszukać legowiska, gdziebyśmy mogli spokojnie noc spędzić.
Przenocowali w lesie, rano zaś ukryli zawadzającą im broń i udali się w kierunku Pons.
Mieli zamiar napaść na kogoś w drodze do miasta i odrzeć z pieniędzy.
Leżeli długo w krzakach, nie ruszając się z miejsca, żaden bowiem z przejezdnych, ani z przechodniów nie wyglądał na bogacza.
Po jakimś czasie usłyszeli tętent kopyt i wnet jakiś pojazd mignął im przed oczyma.
Bartolo wyskoczył z zarośli. Po chwili wrócił ze słowami:
— Do kroćset djabłów! To przejeżdżała hrabianka z zamku, ta, co stała obok doktora podczas naszego napadu.
— Co mówisz? Tę warto obrabować!
— Tak, to była ona. Ale powóz mknął tak szybko, że nie zdążyłem wypalić.
— Chciałeś ją zabić?
— Nie głupim! Chciałem zabić konie. Wtedy wpadłaby w nasze ręce.
— Tak, to niezły pomysł. Ale zabić taką cudowną, a przytem bezbronną kobietę, nie, to byłoby zbyt nikczemne.
— Z jej służbą uporalibyśmy się łatwo. Woźnica nie wyglądał na bohatera, a ten drugi, którego wczoraj nazywano rządcą, to tchórz patentowany; przed lada muchą ucieka. Hrabianka ma z pewnością sporo pieniędzy przy sobie. Zaczekamy tu na jej powrót, dobrze?
— Dobrze — przytaknął Juanito. — O lepszym łupie nie można było nawet marzyć. Przedewszystkiem zastrzelimy konie, potem rozejrzymy się, co robić dalej. —
Hrabianka Roseta śpieszyła w galopie do Pons. Przybywszy tam, wysiadła przed najlepszym w mieście hotelem i udała się do pokoju, który zajmowała zawsze, ilekroć była w Pons. Pokój był wprawdzie najęty, ale gospodarz zgodził się, aby Roseta zaczekała w nim na swoją przyjaciółkę.
Alimpo i woźnica udali się na pocztę, by wypatrywać przyjazdu lady Dryden.
Minęło pół godziny, gdy przed pocztą stanął zaprzężony w sześć mułów omnibus. Ostatnia wysiadła z niego dama w płaszczu podróżnym i w woalce. Alimpo podszedł do niej i, ukłoniwszy się głęboko, rzekł:
— Witam panią. Mam przyjemność mówić z donną lady Dryden, nieprawdaż?
Dama odpowiedziała z wesołym uśmiechem:
— Tak, jestem Amy Dryden. A pan kim jesteś, mój panie?
— Jestem rządcą zamku Rodriganda. Nazywam się Juan Alimpo. Moja Elwira...
Lady Dryden spytała wesoło:
— Któż to jest ta Elwira?
— To moja żona, miss sennorita Amy donna Dryden.
— Czy pan sam mnie oczekuje?
— O nie! Hrabianka Roseta jest tutaj. Czeka na panią w hotelu.
— Niech mnie więc sennor do niej zaprowadzi.
Alimpo prowadził Angielkę do swej pani z miną tak uroczystą i podniosłą, jakgdyby spełniał funkcję wagi niezwykłej.
Roseta, zobaczywszy z okna przyjaciółkę, pobiegła naprzeciw niej. Spotkały się w korytarzu hotelowym. Angielka odsłoniła nareszcie woal i Alimpo ujrzał twarzyczkę tak czarującą, że nie mógł przez chwilę ruszyć się z miejsca. Dopiero wzrok czarnych oczu Rosety zwrócił mu uwagę, że się powinien oddalić. Wyszedłszy do sieni, spotkał woźnicę, niosącego ogromne pakunki lady.
— Co za cudowna dziewczyna — rzekł do niego. Co za włosy. Istne złoto! Jeszcze chyba bardziej złote od samego złota. A ten pocałunek! O, gdybym ja go otrzymał zamiast hrabianki... Czego się gapisz? Bierz rzeczy i rób, co do ciebie należy!
Alimpo zauważył dopiero teraz, że woźnica słucha go z otwartemi ustami. Rzucił mu groźne spojrzenie i odszedł.
Obie panie, nagawędziwszy się dosyta, stanęły w oknie i obserwowały ożywiony ruch jarmarczny miasteczka. W pewnej chwili Angielka uniosła się na palcach i rzekła do przyjaciółki:
— Roseto, czy widzisz tego oficera?
— Tak. To huzar.
— Znasz go?
— Skądże znowu. Ale po mundurze poznaję, że to Francuz.
Był to Mariano, który zawadził o miasteczko Pons w drodze na zamek Rodriganda. Widząc go w pięknym mundurze huzarskim, na ognistym rumaku, nikt nie przypuściłby, że ten młody człowiek należy do szajki rozbójników. Towarzyszył mu w odpowiedniej odległości służący, również rekrutujący się z pośród brygantów. Mariano jechał w kierunku hotelu, gdzie chciał wypocząć. Na ulicy stał dosyć wysoki wózek z pomarańczami na sprzedaż. Zamiast wyminąć, Mariano przesadził go na rumaku, jakby to była drobna, nieznaczna przeszkoda.
— Brawo! — zawołała Roseta, klaszcząc w ręce.
— Wspaniały jeździec — rzekła Angielka, obrzucając jeźdźca spojrzeniem pełnem podziwu.
Mariano spojrzał w okno, przy którem stały obydwie panie. Zatrzymawszy konia, rzucił na górę jeszcze jedno długie spojrzenie.
— Widziałaś? — zapytała Amy, oblewając się rumieńcem. — Patrzył na ciebie.
— Na mnie? Skądże znowu? Wzrok jego był ku tobie skierowany; widziałam doskonale.
— Cóż ty mówisz! Jesteś przecież taka piękna, na ciebie więc musiał zwrócić uwagę.
— Aleś ty jeszcze piękniejsza ode mnie. Nie wierzysz mi? Gotowam ci dowieść.
— Ciekawa jestem, w jaki sposób?
— Urządzimy sąd polubowny.
— Wspaniale. Chyba arbitrem nie będzie ten pan Alimpo, który nazywa mnie i donną, i sennorą, i miss!
— Nie, z pewnością nie on! Alimpo to poczciwy człeczyna, ale na arbitra się nie nadaje, zwłaszcza, że bez swej Elwiry nie wypowie żadnego sądu ani zdania. Ale jest ktoś na zamku, kto powie, żeś ładniejsza ode mnie: nasz lekarz.
— Dlaczegóż ma on być specjalistą od piękności, a nie od lekarstw, mikstur i maści? — zapytała Amy, kręcąc nosem.
Roseta odparła z uśmiechem:
— Lekarz może się znać nietylko na kordjałach. Doktór Sternau...
— Sternau? — przerwała Angielka. — Przecież to niemieckie nazwisko. Opowiadałaś mi kiedyś, że lekarzem waszym jest doktór Cielli.
— Tak, był nim, ale już nie jest. Wyobraź sobie, moja droga, że ojciec mój ma wzrok odzyskać!
— Czy to możliwe? Ależ to byłoby szczęście niesłychane! Opowiadaj, Roseto, opowiadaj!
— Opowiem ci wszystko w powozie, po drodze na zamek. Jedziemy zaraz, nie chciałabym, aby ojciec się niecierpliwił.
Po chwili panie zeszły, by wsiąść do powozu. —
Przed hotelem stały obydwa konie huzarów. Mariano wszedł do restauracji na lampkę wina; siedział nad nią zamyślony, mając ciągle przed sobą parę niebieskich oczu, które zobaczył w oknie hotelu.
Usłyszawszy zajeżdżający powóz, stanął w oknie. Ujrzał na drzwiczkach powozu herb, na którym wymalowana była złota korona hrabiowska w białem polu z literami R.S. pośrodku.
Serce zabiło młotem. Zobaczył ucieleśnienie swych snów, snów, które były przecież rzeczywistością. Przywołał właściciela hotelu i zagadnął:
— Czyj to powóz?
— Hrabiego Manuela de Rodriganda — odpowiedział gospodarz.
— Rodriganda? Cóż jednak oznacza litera S?
— Hrabia nazywa się Manuel de Rodriganda y Sevilla. Właśnie wsiadła do powozu jego córka, hrabianka Roseta.
— Ah tak. Kimże jest ta druga dama?
— To jakaś obca pani. Pan Alimpo, rządca hrabiego, powiedział mi, że jest przyjaciółką hrabianki, Angielką, a jedzie w gościnę na zamek Rodriganda.
Mariano nie wiedział sam, na co ma patrzeć, czy na zawoalowaną twarz Angielki, czy na koronę, która dla niego była jakgdyby ewangelją. — Panie właśnie miały odjechać; gospodarz wyszedł, aby je raz jeszcze pożegnać. Angielka popatrzyła w okno, w którem stał nasz huzar, poczem konie ruszyły z kopyta. Mariano rzucił pieniądze gospodarzowi, wybiegł przed hotel i, wskakując na konia, zawołał:
— Jedziemy!
— Już? — zapytał służący, zaskoczony tym pośpiechem.
Mariano nie odpowiedział ani słowem. Słudze nie pozostało więc nic, tylko pocwałować za panem.
Mariano zacinał konia ostrogami tak długo, dopóki nie zobaczył przed sobą hrabiowskiego powozu. Jechał teraz ostrym kłusem. Uspokoił się nieco; mógł zebrać myśli. A może to spotkanie tylko przygodne? Przecież niejedna rodzina może mieć w herbie litery R. S. Dlaczegóż pędzi za powozem? Rodriganda jest przecież i tak celem jego wyprawy, więc prędzej, czy później zobaczy obydwie panie.
Zwolnił biegu; powóz zaczął mu ginąć z oczu. Nagle usłyszał dwa następujące po sobie strzały. Na zakręcie drogi ukazały się obłoki dymu. Czyżby kto strzelał do powozu?
Spiął konia ostrogami kilkakrotnie a głęboko — i popędził jak szalony. W przeciągu minuty był obok powozu. Pudło stało pośrodku drogi; obok leżały obydwa konie z przestrzelonemi łbami. Woźnica z wytrzeszczonemi oczami drżał na całem ciele. Juana Alimpo nie było ani śladu. Na stopniu powozu stał człowiek okryty kapiszonem, z rewolwerem wyciągniętym w kierunku obydwu naszych pań. Obok niego, na ziemi, drugi ze strzelbą w ręku.
Słysząc tętent konia, odwrócili się napastnicy.
— Do djabła! — mruknął Bartolo. — Poznaję Mariana.
— Cóż to nas obchodzi! — zawołał Juanito. — Ściągniemy go z konia i kwita!
To rzekłszy, wystrzelił w kierunku Mariana.
Mariano jednak wczas usunął się na bok — strzał chybił. Po chwili huzar wyciągnął szablę z pochwy. Zadał nią jednemu z napastników tak straszliwy cios w głowę, że aż szabla pękła; drugiego powalił wystrzałem z rewolweru, skierowanym w czoło.
— No, ci mają za swoje, — rzekł i, skłoniwszy się paniom, zapytał:
— Czy żadna z pań nie jest ranna?
Amy, cała w ponsach, milczała. Roseta odparła:
— Na szczęście nie. Pan nas uratował, proszę więc przyjąć najgorętsze podziękowania. Jestem hrabianką Rodriganda, a to przyjaciółka moja, Amy Dryden.
— Ja zaś zowię się Alfred de Lautreville. Czy mogę paniom ofiarować swoje usługi?
— Przyjmujemy je, panie de Lautreville, zostałyśmy tu bowiem zupełnie same.
— Niezupełnie jednak. Woźnica schował się ztyłu powozu. Podejdź bliżej, junaku!
Woźnica, który nie ochłonął jeszcze z przerażenia, zbliżył się, utykając.
— Dlaczego ukrywasz się, zamiast stać u boku pań? — zapytał Mariano. — Widzę, żeś mocny jak dąb, mógłbyś dać radę nie dwom napastnikom, a dziesięciu!
— Tak, to prawda. Ale bałem się, że mnie trochę przestrzelą. Zresztą, sennor Alimpo zrobił to samo; siedzi tam, schowany w krzakach.
Waleczny don Alimpo wychylił się właśnie z za krzaków. Podczas napadu padł na ziemię i zatkał sobie uszy, aby nie słyszeć. Widząc teraz, że niebezpieczeństwo minęło, skoczył na równe nogi i zbliżył się do powozu z zaciśniętemi pięściami.
— Mam wrażenie, hrabianko, że chcą tu na nas urządzić napad. Gdzie są te bestje? Rozerwę ich na sztuki, na proch rozetrę!
Mariano chciał odpowiedzieć, rzuciwszy jednak wzrokiem na Alimpa, oniemiał. Widział już kiedyś tego człowieka maleńkiego o zatrwożonej minie i śmiesznej bródce, widział z pewnością! Ale gdzie, gdzie?
Roseta wyręczyła go w odpowiedzi:
— Teraz nieco za późno na rozszarpywanie wroga. Trzeba było wytrwać na miejscu, a nie uciekać.
— Uciekać? Ja uciekałem, hrabianko? — zapytał zakopotany.
— Nietylko uciekałeś, mój panie, ale ukryłeś się w dodatku.
— Musiałem się ukryć. Nie mogłem przecież nadstawiać czoła pod kule. A zresztą, wiedziałem, że będę jeszcze potrzebny.
— Oryginalny sposób walki — przyznała hrabianka z uśmiechem. — Zresztą, spóźniłeś się i tym razem. Oto trupy obydwu opryszków.
Służący Mariana zsiadł z konia i pozdejmował kapiszony z głów napastników. Twarz tego, który otrzymał cięcie szablą, krew tak obficie zbroczyła, że nie było mowy o rozpoznaniu rysów; natomiast na widok drugiego napastnika, Alimpo zawołał:
— Święta Laureto, ależ to nasz zbiegły jeniec! Czy hrabianka go poznaje?
— Tak, to on, — rzekła Roseta. — Kara spotkała go prędko.
Roseta, zajęta rozmową, nie zwracała uwagi na huzarów. Obaj pochylili się nad zabitym, a służący mruknął:
— Do djaska, to przecież Bartolo!
— Nie daj nic poznać po sobie — upomniał Mariano. Zwracając się zaś do hrabianki, zapytał: — Pani znała tego człowieka, condeso?
— Tak. Należał do bandy morderców, która napadła na jednego z mieszkańców naszego zamku. Schwytano napastnika. Uciekł jednak.
Mariano odrzekł spokojnie:
— Więc to on? Trzeba o wszystkiem dać znać do Pons, jesteśmy bowiem na terenie miejskim.
— Cóż my poczniemy? Co się stanie z powozem, skoro konie zabite?
— Odwiozę panie na zamek.
— To byłoby cudowne! Ale nie mamy przecież koni...
— Zaprzęgniemy oba nasze wierzchowce i udamy się w drogę. Służący mój i ludzie pani pozostaną, aby zawiadomić władze i czuwać przy zwłokach do czasu, aż przybędzie komisja.
— Tak, to jedyna rada! Jedźmy stąd jak najprędzej, boję się tego miejsca — rzekła hrabianka.
Po chwili konie zaprzęgnięto; nasz porucznik wskoczył na kozioł. Alimpo podszedł do powozu ze słowami:
— Hrabianko, proszę o jedną łaskę. Niech hrabianka powie mojej Elwirze, że nie zostałem zabity, że zwyciężyliśmy!
— Dobrze, powiem jej to.
Mariano omal nie wypuścił z rąk cugli. Elwira, Alimpo, to przecież imiona tak dobrze mu znane.
— Władze zawiadomię natychmiast — oświadczył rządca. — W podobnych okolicznościach należy zawsze zawiadamiać władze, tak mówi Elwira.
Po tych słowach Mariano poczuł, że mu łuski spadły z oczu. Tak, ten Alimpo nosił go przecież na rękach, kołysał na kolanach. Nie miał czasu, by pomyśleć nad tem wszystkiem, hrabianka poprosiła bowiem, aby popędzono konie.
Gdy powóz odjechał, rzekł Alimpo do huzara:
— Jesteście ordynansem tego oficera? Czy mogę wiedzieć, jak się wasz pan nazywa?
— Porucznik Alfred de Lautreville.
— Jesteście Francuzami?
— Tak. Pułk nasz stoi w Paryżu.
— Porucznik mówi jednak po katalońsku, jakby się tu urodził. Czy długo bawicie w Hiszpanji?
— Tego nie mogę powiedzieć — odparł dumnie służący. — Jesteśmy bowiem w misji dyplomatycznej.
— Aha! Więc pan porucznik jest dyplomatą? Taki młody, a już dyplomata! A przytem oficer nielada. Popatrzcie tylko, jak zażył tego zbója.
Po tych słowach Alimpo zwrócił się do woźnicy:
— Czy przypatrzyłeś się dobrze porucznikowi de Lautreville?
— Tak.
— I nic szczególnego nie zauważyłeś?
— Nie.
— To dziwne. Jak długo służysz u naszego hrabiego?
— Przeszło trzydzieści lat.
— Więc go znałeś za jego młodych lat? Porównaj hrabiego w młodości z tym porucznikiem. Czy nic nie widzisz?
— Nie — odparł woźnica.
— W takim razie jesteś skończonym osłem! Zrozumiano?
— Tak jest — rzekł woźnica zadowolony, jakgdyby mu kto komplementy prawił. —
Powóz hrabiowski zdążał do Rodrigandy.
Roseta zastanawiała się, w jaki sposób rozbójnicy uplanowali zamach. Amy patrzyła na porucznika, który powoził z niezwykłą wprawą i wdziękiem. Nareszcie dojechali do zamku. Przed bramą stała długa, chuda postać.
— Co to za człowiek? — spytała Amy.
— To nasz pełnomocnik, sennor Gasparino Cortejo, — odparła Roseta.
Mariano znał to imię; nosił je bowiem człowiek, który kazał go wykraść. Nad bramą zamku Mariano zobaczył wielki herb, wykuty z kamienia, na którym widniała korona hrabiowska z inicjałami R. S.
Miał wrażenie, że przybył na miejsce, gdzie narodziły się jego sny młodzieńcze i że tutaj właśnie, w tym zamku, znajdą wcielenie.
Notarjusz przyglądał się nieznajomemu młodzieńcowi z ponurem zdziwieniem.
— Któż to jest? — mruknął do siebie. — Co za podobieństwo! To przecież wykapany hrabia Manuel z przed lat trzydziestu! Czy to przypadek, czy też zgoła co innego?
Poczuł na sobie badawczy wzrok oficera. Trwało to mgnienie oka, ale we wzroku tym było coś w rodzaju pytania, które kryje za sobą niebezpieczeństwo.
Panie udały się na górę. Na schodach zastąpił im notarjusz drogę i, ukłoniwszy się głęboko, rzekł z uśmiechem do hrabianki:
— Witam condesę, witam. Czy zechce mnie pani przedstawić swym gościom?
— Ależ oczywiście.
Kiedy zabrzmiało nazwisko notarjusza, oficer znowu skierował badawcze spojrzenie w jego stronę.
Cortejo natomiast, usłyszawszy nazwisko Alfreda de Lautreville, odzyskał spokój. Oficer był Francuzem, więc w podobieństwie jego do hrabi Manuela notarjusz upatrywał jedynie przypadek.
Na spotkanie gości wyszli hrabia Alfonso, doktór Sternau i Klaryssa. Na widok obcych koni, zaprzęgniętych do powozu, Alfonso zapytał o przyczynę tej zamiany.
— Pan de Lautreville pożyczył nam uprzejmie swoich koni, gdyż nasze zostały zabite, — rzekła Roseta.
— Zabite? — zapytał notarjusz zdumiony. — Przez kogóż to?
— Przez tego samego człowieka, który uciekł z zamku nocy ubiegłej.
Opowiedziała przygodę. Wszyscy dziękowali młodemu oficerowi, że pośpieszył paniom z pomocą; za przykładem innych i notarjusz podał mu rękę. Był zadowolony, że obydwaj rozbójnicy, dzięki śmierci swojej, uwolnili go od obawy przed przykremi niespodziankami. Rzekł więc:
— Sprawa niesłychanego napadu w zamku będzie dokladnie zbadana; komisja śledcza już przybyła. Prokurator z Barcelony jest właśnie u hrabiego Manuela. Ma jeszcze przesłuchać hrabiankę, jako świadka zbrodni, potem zaś komisja będzie mogla bez zwłoki podążyć do Pons.
Wszyscy udali się do hrabiego, który bardzo serdecznie powitał przyjaciółkę swej córki i ciepło podziękował oficerowi za uratowanie pań.
— Ależ to drobiazg — odpowiedział Mariano. — Nie zasłużyłem na tak wielką wdzięczność. Uratowałem raczej pieniądze i kosztowności pań, aniżeli ich życie.
— Nie — rzekła Roseta. — Zawdzięczamy panu życie. Proszę uważać dom nasz za swój. Nie puścimy pana stąd tak prędko.
Mariano odrzekł:
— Spełniłem tylko swój obowiązek i nie mam odwagi nadużywać pani dobroci.
— Czyż to pan uważa za nadużycie? — przerwał hrabia Manuel. — Okażesz mi sennor wielką łaskę, jeżeli zechcesz zostać przez czas jakiś w tym domu. Chciałbym, aby pan wypoczął u nas po trudach podróży. Roseta wskaże panu pokój; proszę się w nim rozgościć.
Hrabia wypowiedział te słowa nietylko, aby grzeczności stało się zadość. Nie widział wprawdzie swego gościa, ale głos oficera podobał mu się niezwykle i ujmował za serce.
Notarjusz stał tuż obok i porównywał rysy twarzy obydwu mężczyzn. Namacalnie przekonywał się, jak bardzo są do siebie podobni i postanowił mieć się na baczności. —
Gdy po jakimś czasie porucznik opuścił pokój, służący zaprowadził go do przeznaczonych dlań apartamentów, które składały się z przedpokoju, gabinetu i sypialni. Gdy wszedł do sypialni, by się umyć, ujrzał tam małżonkę rządcy, sprawdzającą, czy wszystko przygotowano w należytym ładzie. Usłyszawszy jego kroki, odwróciła się ku drzwiom. Wiedząc, że gość jest oficerem francuskim, przygotowała się do uprzejmego ukłonu, gdy oto nagle spostrzegłszy twarz — przyrosła do ziemi. Patrząc na niego szeroko otwartemi oczami, wykrzyknęła:
— Na miłość Boską, to przecież hrabia Manuel!
Usłyszawszy te słowa, Mariano cofnął się mimowoli. Znał tę kobietę, znał ją bezwątpienia. Nieraz kołysała go na swych kolanach, nieraz patrzył w jej dobrą, lśniącą od tłuszczu twarz.
— Nazywasz się pani Elwira, nieprawdaż?
— Tak — odpowiedziała, oddychając ciężko. — Skądże mnie pan zna?
— Mąż pani mówił mi o niej. Ale dlaczego nazwała mnie pani przed chwilą hrabią Manuelem?
— To niesłychane! Wygląda sennor zupełnie, jak hrabia Manuel, kiedy miał lat dwadzieścia.
— Doprawdy? Dziwny przypadek.
— Co za podobieństwo! Gdyby to widział mój Alimpo!
— Już mnie widział.
— Prawda, przecież mówiono mi o tem.
— Czy hrabianka przywiozła pani pozdrowienie od niego?
— Więc prosił, aby mię pozdrowić?
— Tak.
Rozpromieniona i uśmiechnięta, rzekła:
— Poczciwie z jego strony. Cóż mi chciał powiedzieć?
— Że nie został zabity.
Słyszałam od służby, że napadnięto nań. To istne szczęście dla naszej hrabianki, że była pod jego opieką,
— Oczywiście — odparł Mariano z uśmiechem. — Kazał pani jeszcze powiedzieć, że walczył jak lew i zwyciężył.
— Spodziewam się tego. Mój Alimpo jest waleczny, chwilami nawet tak zuchwały, że muszę go temperować. — Chciałabym sennora zaprowadzić do galerji obrazów, w której wisi obraz hrabiego Manuela. Uderzy pana to podobieństwo. Ale najpierw niech sennor wypocznie; walczył pan przecież z rozbójnikami, musi więc być wściekle zmęczony.
Chciała po tych słowach odejść, ale Mariano zatrzymał ją i rzekł:
— Może sennora zechce zostać i odpowiedzieć mi na parę pytań?
— Ależ jak najchętniej. Panu i sennorowi doktorowi niczego nie potrafię odmówić.
— Pani mówi o doktorze Sternau? Co to za człowiek?
— To człowiek niemal równie dzielny i zacny, jak mój Alimpo. Przybył z Paryża, aby przywrócić hrabiemu wzrok. Najwybitniejsi nasi lekarze musieli przed nim ustąpić. Wczoraj napadli na niego rozbójnicy.
— Słyszałem już o tem. Czy niewiadomo, dlaczego chciano go zabić? Czy ma jakiego wroga?
— Nie przypuszczam. Chyba cały świat go kocha.
Wiadomość o napadzie na lekarza dała Marianowi wiele do myślenia. Nie wątpił; capitano maczał w tym napadzie ręce. Któż jednak dał mu pieniądze, by zabić lekarza?
— Zamek jest pełen tajemnic, trzeba je wyświetlić — pomyślał Mariano.
— Zostanę tu zapewne przez czas jakiś i dlatego chciałbym się cośniecoś dowiedzieć o mieszkańcach zamku. A więc przedewszystkiem sennor Gasparino Cortejo. Cóż to za człowiek?
— Jeżeli mam być szczera, panie poruczniku, to nikt nie znosi tego Corteja, choć jest prawą ręką hrabiego. Człowiek to dumny i ponury; mówią, że nadużywa zaufania hrabiego dla własnych korzyści. Tego zdania jest również mój Alimpo.
— A donna Klaryssa? — zapytał Mariano.
— Jest duenną hrabianki. Żyje w doskonałej zgodzie z panem Gasparino. Ta dewotka również nie cieszy się wielką sympatją.
— A młody hrabia?
— Jest tutaj dopiero od kilku miesięcy. Bawił w Meksyku.
— Jak długo?
— Zabrano go stąd, gdy jeszcze był dziecięciem.
— To dziwne. Hrabia oddaje swego pierworodnego do kraju, gdzie panują niepewne stosunki i gdzie nikt nie jest pewien życia?
— Okoliczności skłoniły hrabiego do tego. Brat hrabiego, don Fernando, został, jako młodszy syn, pozbawiony majoratu; wziąwszy część schedy, która mu przypadała, wyemigrował do Meksyku, gdzie po jakimś czasie osiągnął wielką fortunę. Nie ożenił się, więc dziedzicem ustanowić chciał młodszego syna naszego hrabiego, zażądał jednak, aby mu go dano na wychowanie. Hrabia Manuel zgodził się na propozycje brata, chodziło bowiem o ogromny majątek.
— Kiedyż chłopca odesłano do Meksyku?
— Było to w dzień urodzin mego poczciwego Alimpo, pierwszego października roku 1830.
Mariano czuł, jak mu serce bije; opanował się jednak i zapytał:
— Chłopak nazywał się Alfonso?
— Tak.
— Któż go zabrał do Meksyku?
— Dzierżawca don Fernanda.
— Jak się nazywał ten dzierżawca?
— Pedro Arbellez.
— Kto był jeszcze przy dziecku?
— Piastunka Marja Hermoyes.
— Gdzie don Pedro Arbellez wsiadł na okręt?
— W Barcelonie. Hrabia, hrabina i ja odprowadziliśmy tam chłopca.
— Czy aż na statek?
— Nie. Na morzu panowała burza, trzeba było czekać dwa dni, dziecko zostało więc wraz z Meksykańczykiem przez dwie noce w hotelu.
— Jak się nazywał ten hotel?
— El Hombre Grande.
Wszystko zgadzało się z opowiadaniem zmarłego żebraka. Mariano walczył ze sobą, by nie zdradzić wzruszenia. Wytężając siły, aby zapanować nad sobą, pytał dalej:
— Czy Cortejo był w tym czasie w służbie u hrabiego?
— Tak.
— Jest żonaty, ma dzieci?
— Nie.
— Może krewni notarjusza mają potomstwo?
— W Meksyku mieszka jego brat, ojciec jedynej niezamężnej córki.
— Czy don Fernando z Meksyku żyje jeszcze?
— Nie; zmarł ubiegłego roku.
— Alfonso został jego dziedzicem?
— Tak. Odziedziczył szaloną fortunę.
— Wspomniała pani, że hrabia Manuel miał dwóch synów?
— Tak. Starszy zmarł wkrótce po wyjeździe Alfonsa do Ameryki. Kształcił się w Madrycie na oficera. Zmarł od żółtej febry. Alfonso jest więc jedynym synem i odziedziczy koronę hrabiowską.
— Mam wrażenie, że ten Alfonso jest dziwnie podobny do Gasparina Cortejo i sennory Klaryssy.
— Pan to również zauważył, panie poruczniku?
— Podobieństwo bije w oczy.
— To samo mówi mój Alimpo.
— Czy Alfonso cieszy się sympatją otoczenia?
— Nie. Gdy go jeszcze nosiłam na rękach, był miłem, kochanem dzieckiem; ale w Meksyku zmienił się zupełnie. Tu na zamku przebywa przeważnie w towarzystwie sennora Cortejo i Klaryssy.
— Kimże jest miss Amy Dryden?
— To Angielka, przyjaciółka naszej hrabianki. Ma podobno bardzo bogatego ojca. To wszystko, co mi o niej wiadomo.
— Tak. To chwilowo mi wystarczy. Dziękuję, sennora Elwira.
— Niech pan porucznik pozwoli teraz zkolei zadać sobie jedno pytanie: czy nie jest sennor przypadkiem krewnym Rodrigandów?
— Nie. Nazywam się Lautreville.
— A może rodzina pańska jest spokrewniona z rodziną Cordobilla? Żona hrabiego Manuela nazywała się z domu Cordobilla.
— Nie. Nie jestem z nimi spokrewniony.
— W takim razie podobieństwo pańskie jest dla mnie niepojęte — rzekła Elwira. — Niechże mi sennor jeszcze powie, kiedy wróci Alimpo?
— Przypuszczam, że jeszcze dziś.
— Dziękuję panu. Gdyby mnie sennor potrzebował, proszę tylko zadzwonić.
Mariano chodził po pokoju w wielkiem podnieceniu. Jeżeli pozory nie myliły, był dziedzicem olbrzymiej fortuny, synem hrabiego Manuela, bratem condesy Rosety. Alfonso zaś — podrzutkiem, którego pochodzenie zna chyba tylko Cortejo i capitano.
— Ale poco capitano posłał mnie na zamek? — oto myśl, która nie dawała Marianowi spokoju. Jeżeli jest istotnie synem hrabiego, to herszt popełnił lekkomyślność. A jednak to stary wyga. Nie, w tem kryło się coś, czego Mariano nie mógł zrozumieć. — —
Podczas gdy Mariano pogrążony był w tych myślach, naradzali się między sobą Klaryssa i Cortejo.
— Kamień spadł mi z serca, gdy się dowiedziałem, że rozbójnicy zostali zabici, — rzekł Cortejo. — Ten porucznik nie mógł mi wyświadczyć korzystniejszej usługi.
— Tem dziwniejsze jest jednak to jego podobieństwo.
— Tak, to dziwne! Zamarłem wprost ze strachu na jego widok.
— I ja!
— Zagadkowa historja.
— A może ten twój capitano...
— Ale cóż znowu, Klarysso! Rozbójnicy nie popełniliby takiej nieostrożności. Wyobrażam sobie tylko, że chłopiec, którego zostawiłem pod opieką herszta, został również zamieniony.
— Miałby więc być nim porucznik Lautreville? W jaki sposób dziecko mogłoby się dostać do Francji?
— Tego nie wiem, ale to nie jest wykluczone.
— Trzeba w każdym razie zręcznie wybadać porucznika. Jest młody, niedoświadczony, wygada się łatwo. Będziesz musiał wkraść się w jego zaufanie. Czy capitano wie, czyje dziecko ukrywa u siebie?
— Nie.
— W takim razie ten oficer może być istotnie hrabią Rodriganda. A nuż rozbójnicy mieli swoje powody, by go posłać na zamek jako porucznika?
— Nie, to wykluczam. Przecież odrazu poznać, że ten porucznik nie wychował się wśród rozbójników. Ta ogłada, ten wdzięk i wytworność ruchów. Poza tem wydaje się mieć staranne wykształcenie. Nie, to nie rozbójnik!
— Może masz rację. Gdyby to był chłopak, którego zostawiliśmy u kapitana, nie zabijałby przecież swoich kamaratów-rozbójników.
— Ta okoliczność uspakaja mnie zupełnie. Mimo to było słabością z naszej strony, że chłopak nie został zabity. Bądź co bądź umarły nie może przemówić.
— Ale najgorsze to, żeś lekkomyślnie podpisał kartkę, którą ci podsunął capitano. Nie wierzyłabym, aby prawnik mógł popełnić tego rodzaju głupstwo.
— Miałem nóż na gardle, droga Klarysso.
— Nie rozumiem tego. Przecież rozbójnik nie pójdzie na skargę do sędziego.
— Nie; ale rozbójnik mógł pójść do hrabiego i przynieść mu jego dziecko. Nie boję się tego rewersu, który podpisałem. Herszt zechce wymusić na jego podstawie pieniądze, ale nic ponadto.
— Ciekawa jestem, jakby mógł przynieść hrabiemu dziecko, jeżeli nie wie, że ojcem tego dziecka jest hrabia.
— Ja z pewnością nie powiedziałem mu tego. Ale rozbójnicy są sprytni, więc nie dziw, że capitano mógł coś zwęszyć. Może dlatego tak gorąco sprzeciwiał się zabiciu chłopca. W każdym razie, gdyby mi chciał wchodzić w drogę, zastrzelę go jak psa! Możesz być spokojna. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.