Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To właśnie ciężka sprawa. Droga na statek jest bardzo niepewna. Włóczą się po niej różni biali i czerwoni, którym nie można ufać.
— Trzeba pomyśleć o dobrej eskorcie.
— Hm, eskorta... Ale trudno, i o tem trzeba będzie pomyśleć. A w jaki sposób dowie się pan o naszem przybyciu?
— W bardzo prosty: pchnie pan do mnie na statek posłańca.
— Zejdzie pan później sam?
— Tego nie wiem. Niech pan w każdym razie wyszuka takie miejsce daleko od miasta, przy którem łatwo można lądować. W nocy zabiorę kosz.
— To byłoby wszystko.
— A więc możemy się pożegnać, prawda?
— Tak panu śpieszno?
— Czeka mnie drobna rozrywka. Życie na morzu jest piekielnie jednostajne, skoro się więc do lądu zawinie, trzeba używać.
— Rozumiem. A więc dobrej nocy!
— Dobrej nocy. A niech się pan śpieszy z pogrzebem!
— Odbędzie się jak najprędzej.
Po tych słowach się rozstali. —
Ranny hrabia Fernando, leżąc w łóżku, nie miał oczywiście pojęcia, jak i przez kogo postanowiony został jego pogrzeb.
Szczęście, albo raczej djabeł sprzyjał sekretarzowi. Przechodząc obok pałacu swego pana, spotkał starą Marję, wracającą od studni ze szklanką wody.
— Jak się powodzi hrabiemu? — zapytał.
— Nie narzeka.