Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i rozpaczliwe biadania Marji. Ponieważ Marja drzwi nie otwiera, przybiegłem tutaj.
— Dobrześ uczynił! Musimy natychmiast spieszyć!
Cortejo udał się ze służącym pod pokój hrabiego. Mimo pukania nikt im nie otwierał; słychać było tylko płacz Marji.
— Otwierać! — krzyknął Cortejo, uderzając w drzwi nogą.
Uderzenie to oprzytomniło Marję. Otworzyła.
— Co się stało? — zapytał sekretarz.
— Ach, nasz dobry pan umarł, nie żyje! — odparła z jękiem.
Cortejo podszedł do łóżka, popatrzył na hrabiego. Don Fernando leżał blady jak trup; policzki miał zapadnięte.
— Kiedyż to się stało? — zapytał don Pablo.
— Nie wiem.
— Musisz wiedzieć, czuwałaś przecież przy nim!
— Zapadłam w drzemką. Kiedy się ocknęłam, już nie żył. Nie wiem, jak długo potem rozpaczałam.
— A może tyś winna jego śmierci? Nie otwierałaś na pukanie. Może ratunek był jeszcze możliwy?
— Nie, nie!
Cortejo, wchodząc do pokoju, rzucił okiem na biurko: klucz widniał w zamku środkowej szuflady.
— Obudzić całą służbę! Sprowadzić lekarza! — rozkazał służącemu.
Po tych słowach służący i stara Marja opuścili pokój. Cortejo podszedł gorączkowo do biurka, otwo-