Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Czy przypuszczasz, że mogła o tych przeczuciach mówić z hrabią?
— Trzeba ją unieszkodliwić. Gdzie twojem zdaniem hrabia schował kopertę?
— Przypuszczam, jestem prawie pewien, że w środkowej szufladzie biurka, gdzie leżą wszystkie ważne dokumenty.
— Gdy tylko środek nasz zacznie działać, będziesz musiał otworzyć tę szufladę.
— Postaram się. A teraz dobrej nocy!
Józefa udała się do swojej sypialni, nie mogła jednak zasnąć. Leżąc na łóżku, śniła z otwartemi oczami o przyszłem życiu, pełnem blasków i zaszczytów. Z tego, że je okupuje ciężką zbrodnią, nie robiła sobie żadnych skrupułów.
Cortejo spał w najlepsze, gdy zbudzono go pukaniem gwałtownem:
— To ja, służący Arnoldo. Nieszczęście stało się naszemu panu!
— Zaraz, zaraz!
Don Pablo wyskoczył z łóżka, nałożył szlafrok, zapalił światło, potem otworzył drzwi, w których stanął służący.
— Cóż się hrabiemu stało? — zapytał Cortejo.
— Nie wiem. Miałem dziś w nocy dyżur. Siedząc w korytarzu, zdrzemnąłem się nieco. Nagle usłyszałem jakiś krzyk w pokoju hrabiego. Pokój był od wewnątrz zamknięty na klucz. Na pytanie moje, co się stało, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Usłyszałem tylko płacz