Strona:Karol May - Bryganci z Maladetta.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I
NIKCZEMNY CZYN.

W drodze powrotnej spotkał Cortejo jeźdźca, po którym łatwo można było poznać, że nie przywykł do siodła, miał na sobie lekkie ubranie letnie, głowę okrywał olbrzymich rozmiarów sombrero. Na jego widok Cortejo zatrzymał konia. Znał przecież tego człowieka, lubo nie spodziewał się, że go tutaj spotka. Był to kapitan Henrico Landola we własnej osobie.
Mocno zaciśnięte usta z nieco opuszczonemi kątami, ostro zarysowany nos, przenikliwy, bystry wyraz szarych oczu, wszystko to znamionowało człowieka nieprzeciętnego.
Kapitan Landola był też istotnie marynarzem niezwykłym. Wiedzieli o tem wszyscy, którzy go znali, że mimo czysto hiszpańskiego nazwiska był rodowitym Jankesem, który nie boi się samego djabła i z każdej opresji wyjść potrafi cało. Przewędrował wszystkie morza i porty, uchodził za człowieka, który dla pieniądza nie zawaha się przed niczem. Chodziły nawet słuchy, że pan kapitan trudni się handlem murzynami, który w czasach tych był już, przynajmniej na papierze, zniesiony.
— Czy mnie oczy nie mylą? Więc to naprawdę pan, kapitanie, — zapytał Cortejo.