Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


MARCIN PODRZUTEK
CZYLI
PAMIĘTNIKI POKOJOWCA
PRZEZ
EUGENIUSZA SUE
SPOLSZCZONE
PRZEZ
TŁUMACZA TAJEMNIC LONDYNU.


WARSZAWA.
Nakład i druk S. H. Mierzbacha, Księgarza
przy ulicy Miodowéj Nr. 486.

1846.






WSTĘP.

1.
Podwójne łowy.

Okolica Solonii, w któréj rozciągają się z północy ku południowi departamentu Loiret, Loir i Cher, tworzące część tak zwanéj niziny Soldry, nosi na sobie właściwe piętno. Ujrzysz tu same prawie obszary niezmiernych lasów jodłowych, gdzieniegdzie przerżnięte wielkiemi płaszczyznami piasku, lub torfowéj ziemi, w czasie przyboru rzek i strumieni zawsze prawie wodą zalane. Daléj znowu obaczysz rozległe stawy, otoczone gęstemi krzaki tataraku i kwitnącego sitowia, ponad któremi krążą kuliki, czajki, i inne wodne ptastwo. Tu i owdzie tylko zielona łąka, wyglądając z pośrodka gęstych krzaków młodocianego dębu, urozmaica jednostajność tego krajobrazu.
Trudno wyobrazić sobie melancholijną cisze tych okolic, których horyzont ograniczają czyli raczéj tworzą rozłożyste lasy jodłowe; czasami tylko zakłóci ją uderzenie siekiery obalającéj drzewo, ale i ten odgłos wnet tonie w głuchém milczeniu. Lecz skoro wiatr zawieje, skoro się tylko poruszy, wtedy trące się wzajem gałęzie drzew z trzaskiem szeleszczą, a las szumi długo, ponuro, niby dalekie bałwany rozhukanego morza. Chceszli napawać się widokiem majestatycznym, wyjdź za las i przypatrz się zachodowi słońca, kiedy powoli kryje się poza niedoścignione okiem, gładkie jak morze i tylko różowém zielem lub zieloną trzciną pokryte równiny, któremi powiew wieczornego wiatru, niby zielonemi kwiatami zasłanym kobiercem łagodnie porusza.
Drapieżne ptaki, ci zwykli mieszkańcy wielkich samotnych lasów, sępy, orły, sokoły i jastrzębie żyją tu równie gromadnie jak i ptastwo wodne.
W zimie szczególną cechą téj okolicy jest jednostajna i posępna zieloność tych sosnowych i dębowych lasów, miejscami tylko przeplatanych młodemi zawiłami jodły lub brzozy, i wśród których znajdują się zawsze łożysko lisa, sarny lub wilka; gdzie często zabiegają jelenie i dziki sąsiednich lasów.
To téż ta okolica jest obiecaną ziemią myśliwych i ukradkowych łowców, bo tu napotkasz obficie zająca, czerwoną kuropatwę i bażanta, znajdziesz tkie mnóstwo królików, że począwszy od zamożnego właściciela wioski, któremu ogryzają młode drzewka, aż do ubogiego rolnika, któremu lichą rolę pustoszą, wszyscy wytępiają ich jak dotkliwą plagę kraju.
Przy końcu października 1845 roku, w piękny dzień jesienny, dwa rozmaitéj powierzchowności orszaki ciągnęły naprzeciw siebie środkiem obszernéj równiny, od północy drobnemi krzaczki zarosłéj a zakończonej rozległym, nieprzejrzanym lasem.
Jeden orszak składał się z konnego myśliwca i dwóch pieszych służących, prowadzących na smyczach około trzydzieści zesforowanych psów, najczystszego angielskiego pomiotu (Fox-Hounds) z czarnym, gdzieniegdzie tylko biało lub pomarańczowo nakrapianym włosem. Myśliwiec jechał stępo przewodnicząc psiarni, która dzięki karcącemu harapowi obu pieszych służalców, niby tylną straż stanowiących, postępowała za nim w najdoskonalszym porządku.
Myśliwiec, człowiek blizko sześćdziesiątletni, miał cerę brunatną, czarne, ogniem płonące oczy i włos siwy; ubrany był w strzelecką czapkę z lakierowanéj skóry, bronzowy surdut z jasno-niebieskim kołnierzem, u kołnierza i kieszeni obszyty srebrnym galonem, boty ze sztylpami i ciemne aksamitne spodnie. Psiarkowic zaś mieli na sobie podobną liberyą, ale miejsce botów zastępowały u nich wysokie z czerwonawéj skóry kamasze, a przez piersi spadały im połyskujące mosiężne trąbki myśliwskie.
Drugi orszak, jadący naprzeciw piérwszemu, tworzyło cztérech konnych żandarmów, mając na czele wachmistrza, o którego godności świadczyły błękitne, jedwabne, srebrem przeplatane akselbanty.
Byłto człowiek dobrze już podżyły, którego oblicze przedstawiało dziwną mieszaninę głupoty i zarozumiałości. Pan Beaucadet dowodzący wachmistrz departamentalnéj żandarmeryi, z napuszystą miną osadziwszy trójgraniasty kapelusz na śpiczastem czole, na którém sterczały gęste wypukłe brwi, znosem w górę zadartym, z faworytami w półksiężyc podgolonemi, z piersią pod błękitnym mundurem i żółtemi liderwerkami wyprężoną, w biodrach ściśnięty pendentem ogromnéj szablicy, poważnie utkwiwszy nogi w wielkie palone bóty, wsparł prawą rękę na biodrze i wolnym krokiem nadjeżdżał, kiedy niekiedy dumném spojrzeniem mierząc siebie i świtę.
Była to, że tak powiémy, urzędowa postać pana Beaucadet: który, jak się sam nieraz chlubił, był jeszcze bardzo miłym człowiekiem, bo mimo dojrzałego wieku, nie wyrzekł się jeszcze chęci przypodobania się, a sława jego miłostek rozlegała się od Salbris aż do Romorantin; że zaś obywatelskie i zarazem wojskowe obowiązki pana Beaucadet, nieczułego narzędzia prawa, zniewalały do zachowywania pewnéj powagi, przeto dla tajemnych miłostek przybierał charakter obłudnego a niesforych obyczajów wiejskiego sołtysa. Słowem, postać pana Beaucadet przedstawiała doskonały obraz dumnéj i zadowolonéj z siebie głupoty.
Ponieważ strzelcy i żandarmi dwoma, naprzeciw siebie wiodącemi drogami nadjeżdżali, koniecznie zatém spotkać się musieli w pobliżu młodych zarośli graniczących z gęstym lasem i otwartą równiną.
— Ach! otoż i pan Beaucadet, rzekł z widoczną niespokojnością stary myśliwiec do swych dojeżdżaczy, zatrzymując konia u krzyża na roztajnéj drodze; wypada grzecznie powitać tak zacnego żandarma, bo widzicie, chłopcy, żandarma wszędzie się wita; on to bowiem w niedzielę pełni po szynkowniach policyjną służbę.
Pan Beaucadcet wkrótce nadjechał, wstrzymał konia obok starego myśliwca, a obracając się ku niemu, zarozumiale, poważnie i zarazem żartobliwie spytał:
— O! ho! już widzę, zamyślacie, ojcze Latrace, ścigać dzikiego zwierza przez wszystkie góry i doliny tego lasu?
— Zbytek grzeczności, mości Beaucadet, odpowiedział myśliwiec przykładając rękę do daszka swojego kaszkietu; zwierzę które ułowić zamierzamy nie jest tyle dzikie, jak raczéj chytre.... myślimy poprostu założyć na lisa, i mam nadzieję że nam nie ujdzie, skoro tylko przybędzie pan hrabia, jego syn i całe towarzystwo.
— Ach! więc tutaj macie się zebrać?
— Tak, panie Beaucadet, i dla pana który, jak głoszą, miłujesz płeć piękną, znajdzie się w towarzystwie pana hrabiego świeża i ładna zwierzynka.
— Mężczyzną jestem, dla tego téż wymawiać się nie mogę nieznajomością praw.... miłości, napuszyście odrzekł pan Beaucadet, dumny, że mógł przytoczyć ten prawny ustęp, który często powtarzać lubiał. Ale o jakiéjżeto zwierzyńce wspomniałeś, ojcze Latrace?
— Są to sąsiadki pana hrabiego, pani Wilson i jéj córka.
— Aha! to te Amerykanki, siostra i siostrzenica tego grubego jak beczka jegomości, co to niedawno przybył w nasze strony... powiedział pan Beaucadet, zalotnie mocując na głowie trójgraniasty kapelusz. Obaczymy mówią, że nieszpetne sobie; pojadę zawizować świadectwa tych Amerykanek i spróbuję... nieco rzucić na nie okiem zukosa.
— To pan widzę myślisz zaniedbać tę małą Bruyére? ze złośliwym przycinkiem odrzekł stary strzelec.
— Kto to jest, ta jakaś Bruyére? lekceważąco spytał Beaucadet. Bruyére? ta co pasie indyki na folwarku Grand-Genevrier, ta mała dziewczyna, nie większa od mego botforta, co z swem wielkiem obłąkanem okiem i wieńcem na głowie wygląda jak istna waryatka, a którą ci głupcy Solończycy mają za małą czarownicę lub coś podobnego? No, ojcze Latrace, chyba mniemasz żem godzien należeć do dwunożnéj trzody téj pasterki, skoro mi takie rzeczy prawisz.
— Cóż znowu, mości Beaucadet? z drwiącą spokojnością odpowiedział story myśliwiec, dajże pan pokój, taki znawca i lubownik, a zapiera się. Przecież sam nieraz, ani dziesięć razy słyszałem jak pan utrzymywałeś, że na kilkanaście mil wkoło nie masz milszego dziewczęcia jak ta Bruyére, mimo jej nizkiego wzrostu?
— Nadużywałem waszéj łatwowierności, ojcze Latrace.
— Hm, mówią jednak w okolicy, że widywano jak pan wachmistrz w tych wielkich bótach, ciągnąc konia za sobą, biegałeś po łące aby dopomódz małéj Bruyére w spędzaniu jéj indyków?
— Ja?
— Tak, mości Beaucadet, dodają nawet, że raz, kiedyś pan chciał mimo woli małéj Bruyére, poswywolić z nią trochę, dwa największe indyki, o których mówią, że je zaczarowała, a które są tak złe że bronią jéj jak psy, skoczyły panu do oczu; a nawet nos panu straszliwie pokaleczyły, mimo żeś pan dzielnie pałaszem odpierał razy ich dziobów; a tymczasem mała Bruyére, śmiejąc się na całe gardło, uciekła...
Pan Beaucadet zmarszczył brwi, podniósł wyżéj swój zadarty nos, i przybierając niby żartobliwy uśmiech, odrzekł zwykłym sobie poważnym głosem:
— A to coraz pocieszniéj! Ja, ja miałem walczyć z indykami, miałem być od nich pokonany i podziobany, bom chciał poswawolić z jéjmościanką ich pasterką! — Dosyć tych żartów stary figlarzu; mówmy o czém inném. A więc pan hrabia powrócił? Czy długo zabawi w tych stronach?
— Na honor, nie wiem; pan hrabia zwykle mało mówi; skoro powie: zrób to! prawie nic więcéj nie doda; zbyt to dumny i surowy człowiek.
— On! pan hrabia! bardzo wierzę — z uczuciem zadziwienia zawołał pan Beaucadet. Jestto wzór ziemskiego właściciela, nie więcéj jak działowa kula czuły na każde jeżeli, lecz, ach! o Boże! zawsze opierający się na swojem prawie, słuszności i własności. O! ten człowiek nie robi ceremonii, i już ze dwadzieścia razy sprawił mi przyjemność, że tych urwisów Solończyków pakować kazał do aresztu, za to, że w jego lasach suche gałęzie zbierali... Czcigodny to mąż, nie dla swoich suchych gałęzi, ale dla szacunku saméj rzeczy... Tak jest, ja cię poważam! ty surowy dziedzicu! — silnie niby wzdychając dodał pan Beaucadet. A jeżeli znowu chce, jaki wyraz umie nadać swéj twarzy! Są ludzie gotowi kosztem własnéj kieszeni opłacić przyjemność posiać nia takiéj powierzchowności, byleby złoczyńcy przed niemi drżeli. Przyznaj sam, ojcze Latrace, że obok hrabiego, młody wice hrabia, jego syn, wygląda jak niewieściuch.
— Prawda, że pan hrabia, nie ma w sobie tego co to nazywają delikatnością; jednak jestto człowiek sprawiedliwy: choć nikomu nie przepuści, ale niesłusznie też nigdy nie karci. A przytém mówią; że dawniéj miał być bardzo dobrym, i że w uprzejmości nikomu wyprzedzić się nie pozwalał.
— Pan hrabia... dobry człowiek?... nadużywasz mojéj szczerości, ojcze Latrace.
— Tak dalece był dobry, że dla tego okazał się aż za słaby...
— Pan hrabia... słaby?... nadużywasz mojéj łagodności, ojcze Latrace.
— Lecz ni ztąd ni zowąd pan hrabia nagle z baranka przemienił się w wilka.
— Pewno mu musiano za nizko przystrzydz wełnę?
— Być może; zresztą namiętnie lubi polowanie, a ta namiętność starczy za wszystko, śmiejąc się rzekł Latrace.
— Dodajmy, że każdy myśliwy okrutnym jest dla łotrów, którzy ukradkiem w cudzych kniejach polują; czego najlepszy dowód mamy na tym nikczemniku Béte-puante[1] jak się słusznie nazywa; ale niech się chwali jak chce, że mi się ciągle wymyka... chyba nie będę wachmistrzem Beaucadet, jeżeli go prędzéj lub późniéj nie dostanę w moje ręce.
— I dobrze pan uczynisz — rzekł strzelec, a po twarzy jego przebiegł wyraz niespokojności; bardzo dobrze, hrabia panu mocno będzie za to obowiązany, bo téż łowy passyami lubi.
— Dalibóg! zawczoraj przyjechał, a dziś już jest na polowaniu.
— Co pan chcesz, panie Beaucadet; już blizko ośm miesięcy, jak ani hrabia, ani jego syn nie dotknęli się broni, nic zasłyszeli odgłosu myśliwskiéj trąbki, bo w marcu jeszcze, zaraz po zamknięciu polowania ztąd odjechali... inaczéj, mości Beaucadet, panbyś pewno nie zrzekł się przyjemności spisania protokułu, gdyby kto po 12 marca polował.
— To też szczycę się i chlubię tém, że umiém wzbudzić szacunek dla prawa, którego jestem uosobieniem. Z dniem 12 marca zamykają się łowy, każdy winien o tém wiedziéć, bo jak mówi prawodawca: nieznajomość prawa nikogo nie uniewinnia... wytrawny to był człowiek ten prawodawca!.. nawiasowo i z figlarnym uśmiechem dodał pan Beaucadet; ja, to co dzień powtarzam tym hołyszom, solońskim wieśniakom, kiedy mi płaczliwym głosem mówią: „Ależ, panie Beaucadet ja nie wiedziałem, że tego robienie wolno. Ja nie mogę znać prawa, bo mi go nigdy nie odczytywano, a sam czytać nie umiem.”
— W rzeczy saméj skoro kto czytać nie umie — powiedział stary myśliwiec potrząsając głową, — a skoro mu prawa nigdy nie odczytywano... to jakże ma je znać?
Jeden żandarm z orszaku, stary wojak rubasznéj, otwartéj miny, zdobny blizną na twarzy, szewronem na ramieniu, i czerwoną wstążeczką w pętlicy, nieraz już wciągu rozmowy swego przełożonego z myśliwym, wzruszył ramionami, a na końcu korzystając z przywileju jaki mu nadawała, lub na jaki pozwalała długoletnia służba, nieco z przyganą odezwał się do wachmistrza.
— Ale my tu czas na gawędce tracimy, a obława nasza zupełnie chybić może.
— Cicho w szeregu!... rozkazująco zawołał pan Beaucadet przez ramię spoglądając na przerywającego mu żołnierza.
— Warto téż było trudu... kazać nam nabijać karabiny i pistolety! — mruknął nieukontentowany stary wiarus.
— Obława? nabita broń? — rzekł zdumiony strzelec. — O! rozumiem, dodał po chwili, — pewno wpadliście panowie na ślad jakiego łotra, jakiego wykradacza zwierzyny.... a może Betepuanta?....
I znowu na twarzy starego myśliwca zabłysła lekka obawa.
— Łotra? wykradacza?.. pogardliwie rzekł wachmistrz — Ej, cóż znowu!... zwierz którego ja chcę osaczyć tak się ma do łotra lub kontrabandzisty, jak dzik lub wilk do lisa, którego upolować zamyślasz, ojcze Latrace — dodał pan Beaucadet; ale ja się nie spieszę z założeniem sieci, a to dla pewnych powodów.
Nim przystąpimy do dalszego ciągu naszéj powieści, przypominamy czytelnikowi, że scena obecna miała miejsce prawie obok gęstych zarośli, ponad któremi wznosił się wysoki las jodłowy.
— Ścigasz pan zatem jakiegoś wielkiego złoczyńcę? spytał myśliwy.
Pan Beaucadet, któremu nagle coś na myśl przyszło, zamiast odpowiedzieć, zapytał myśliwca:
— W któréj części lasu będziecie polowali?
— Nasz lis jest w drugiéj części lasów Aubepinu.
— A to podobno tam gdzie te wielkie skały i największa gęstwina? z zajęciem dokończył wachmistrz.
— Tak panie Beaucadet, prawdziwa knieja dzików... na pańskie usługi; taka gęstwina, że i psom trudno tam będzie dostać się...
Po krótkim namyśle wachmistrz zawołał:
— Mój zbieg pewnie jest tam, nie gdzieindziej! Dziś rano o świcie jeden leśnik widział w tamtéj stronie człowieka w łachmanach, którego rysopis zgadza się zupełnie z moim zbójcą, a że nie ośmieli się wyjść z lasu wśród białego dnia, przeto równie pewny jestem że go schwycę, jak ty, ojcze Latrace, że osaczysz swego lisa.
— Skoro tak, panie Beaucadet, na cóż czekacie, na co odwlekacie poszukiwania?
— Czekam na jednego z moich ludzi, który mię o rozpoczęciu obławy zawiadomi; wtedy z trzech stron obstawimy mojego zbójcę i zapędzimy go ku brzegowi lasu gdzie ja z moimi żandarmami czuwać będę.
— I od kiedyżto w naszéj okolicy znajduje się zbójca?
— Widzę że od kilku dni nie musiałeś być w Salbris?
— Nie.
— Dla tego téż nie czytałeś u burmistrza rysopisu tego złoczyńcy?
— Nie, panie Beaucadet.
— No, to ja ci go przeczytam. Skoro go spotkasz, przy pomocy twych dojeżdżaczy będziesz mógł go przytrzymać. — Słuchajże ojcze Latrace i wy chłopcy słuchajcie — dodał pan Beaucadet, obracając się do przystępujących bliżéj dojeżdżaczy.
Tu wachmistrz wydobył papier z olstrów i czytał co następuje.

Rysopis tak zwanego Bamboche.

— Szczególne nazwisko, rzekł Latrace.
— Sprawiedliwość nie znając go pod prawdziwym nazwiskiem, zniewolona jest zniżyć się do tego stopnia, że obecne tylko ogłasza — odpowiedział pan Beaucadet, i czytał daléj:
„Więźniowi temu, którego prawdziwa nazwa ani poprzednie życie nie jest znane, udało się, w nocy z 12 na 13 października, ujść z więzienia w Bourges, gdzie zamknięty był jako obwiniony o podwójne morderstwo. Wszelkie okoliczności naprowadzają na myśl, że zbrodzień znalazłszy schronienie w lesie Romorantin, gdzie tylko co nie został pojmany, zaszedł do lasów i borów rozciągających się w okolicy Vierzon, Salbris i Laferté i Saint-Aubin.
„Obwiniony, ma lat około trzydziestu, herkulesową siłę i niezwykłą śmiałość, wzrostu pięć stóp siedm cali i dwie linie, włosy mimo młodego wieku prawie siwe, brwi ciemne, czoło szerokie, otwarte i nieco łyse, oczy szare i okrągłe, nos orli, usta zwyczajne, brodę czworokątną, twarz długą, policzki mocno wystające, cerę czerwoną”.

Szczególne znaki.
„Zbieg ten ma na lewej piersi błękitne i czerwone wykłócie, przedstawiające dwa serca strzałą przeszyte, nad niemi trupią główkę, a pod spodem dwie skrzyżowane szpady związane czarną wstążką, na któréj wypisane są czerwonemi literami następujące wyrazy:
Baskina aż do skonu.

Jéj miłość, lub śmierć.

15 Lutego 1826.”
— Baskina? i to także jakieś dziwne nazwisko, przerwał myśliwiec.

— Nazwisko, zaiste godne wyrycia na piersiach, złoczyńcy zwanego Bamboche, odpowiedział żandarm, Baskina[2]! To mi nazwisko!
— I potém, sam pan przyznaj, mówił znowu myśliwy, że skoro Bamboche jeszcze w roku 1826 poprzysiągł pannie Baskinie dożywotną miłość, to bardzo młodo musiał się zakochać, bo kiedy teraz ma lat trzydzieści, to chyba tę dozgonną miłość zaprzysiągł w dziesiątym lub dwunastym roku życia.
— Złoczyńca wcześnie się zakochał, — nie dziwi bo téż wczesne miłostki najczęściéj do złego prowadzą; poważnie rzekł pan Beaucadet i przystąpił do dalszego wyliczania szczególnych znaków objętych rysopisem zbiega.
„Na prawéj jego piersi znajduje się również drugie czerwone i czarne wykłócie, przedstawiające dwie złączone ręce, pod któremi podpisano:

Przez całe życie braterska przyjaźń

dla Marcina.

10 Grudnia 1825.”
— Do licha! pan Bamboche jeszcze pierwéj zawarł związki przyjaźni aniżeli miłości, zawołał Latrace.

— Musi to być taki zbój jak i on, wychowali się zapewne u jakiego starego rabusia... Oni tam już z piersi mamki zbrodnię wyssali!.... nauczyli się też czego dobrego niepoczciwce! odpowiedział wachmistrz, i znowu czytał daléj:
„U spodu tych wyrazów dostrzedz można jakąś szczególną pręgę, która najwłnściwiéj da się przyrównać do karbu piekarskiego; na téj prędze tworzącéj podwójną niebieską linię, znajduje się pięć małych czerwonych, ukośnych i nieregularnych nacięć, mających blizko czwartą część całéj długości.
„Nieco poniżéj piątego żebra, z prawéj strony piersi, widać bliznę z postrzału, a dwie głębokie blizny, pozostałe po ranach ostrém narzędziem zadanych, w dwóch miejscach przerzynają jego prawą rękę.
„Kiedy tego zbiega po raz ostatni w Romorantin widziano, miał na sobie krótką, niebieską, poszarpaną bluzę, stare spodnie pąsowe, jak noszą żołnierze z piechoty, jednę nogę obwinął łachmanami, druga zaś była bosa; w jednéj ręce trzymał zawiniątko okryte kraciastą chustką od nosa, w drugiéj potężną sękatą pałkę którą się podpierał”.
Pan Beaucadet przeczytawszy powyższy rysopis, wetknął go znowu w olstra, i rzekł do myśliwca który od kilku chwil stał zamyślony.
— Spodziewam się, że mego zbójcę łatwo poznać można; niepodobna, ojcze Latrace, abyś swoję zwierzynę chciał brać za moję; ale o czemże, u djabla, tak dumasz?
— Myślę, powoli i z widoczném zadziwieniem odrzekł stary strzelec, że to jakiś szczególniejszy wypadek.
— Jaki wypadek?
— Ze pański zbójca ma wykłótą na piersiach braterską przyjaźń dla Marcina.
— Cóż w tém tak dziwnego ojcze Latrace?
— Hm... bo nowy pokojowiec którego pan hrabia z sobą przywiózł... nazywa się Marcin.
— Do pioruna!... zawołał pan Beaucadet, unosząc się z zadziwienia, na strzemionach.
Po chwili namysłu, dodał żandarm, znowu zwracając mowę do myśliwca:
— A więc nowy pokojowiec pana hrabiego de Riveau, nazywa się Marcin?
— Tak jest.
— Od jak dawna zostaje on w służbie u pana hrabiego?
— Sądzę, że od niedawnego czasu.
— Czyś go widział, ojcze Latrace?
— Widziałem wczoraj wieczór, przyniósł mi rozkazy hrabiego.
— Jakże on wygląda? słuszny? nizki? tłusty? szczupły?
— Piękny i dorodny mężczyzna.
— Ile może miéć lat?
— Tak, około trzydziestu... nie więcéj.
— Jakich oczu? nosa? czoła? ust? brody? szybko pytał wachmistrz.
— Słowo daję, panie Beaucadet, że nie wiem, nie przypatrzyłem się mu tak dobrze, iżbym ci mógł dać dokładny jego rysopis. Już ciemno było kiedy przyszedł do psiarni, i widziałem go tylko przy świetle latarki.
— I mówisz ojcze, że dopiéro niedawno zostaje w służbie pana hrabiego?
— Zapewne, bo kiedym dziś rano przyszedł po mego konia, rzekłem do koniuszego: pan hrabia widzę ma nowego pokojowca? — Zapewne nowego, odpowiedział mi koniuszy.
— Mogę zatém bardzo znakomitą usługę wyświadczyć sprawiedliwości, z namysłem powiedział pan Beaucadet; poprzednie życie mojego zbójcy zupełnie jest nieznane, dobrocią więc lub gwałtem zmuszę do zeznania tego Marcina, którego imię mój zbieg ma wyryte na piersi jako pomnik przyjaźni, i...
— Cierpliwości, panie Beaucadet rzekł myśliwiec przerywając wachmistrzowi, przypomnij pan sobie przysłowie: Niejeden osioł na jarmarku.... nazywa się Marcin; dlaczegożby to, co się stosuje do osła, (nie przymierzając) nie miało się stosować do pokojowca? a potém....
— Cóż potém?
— Zważ pan, że hrabia tak surowy, tyle wymagający po swojéj służbie, nie przyjmie do siebie nikogo, aż pierwej zasiągnie o nim jak najdokładniejsze wiadomości.
— Cóż stąd?
— Czy pan mniemasz, że człowiek uczciwy, jakim zapewne jest pan Marcin, człowiek zostający w służbie u pana hrabiego, może być przyjacielem zbójcy, którego pan szukasz?
— Obława już rozpoczęta, zawołał pan Beaucadet, przerywając myśliwcowi; bo oto i Ramageau nadjeżdżał.
— Wyżeł? spytał Latrace.
— O! nie, to mój wiarus w palonych bótach, na koniu, odpowiedział Beaucadet, zdała pokazując cwałem nadjeżdżającego żandarma.
— A, no! pomyślnych łowów, panie Beaucadet, rzekł myśliwiec.
— Czy tak? a ja właśnie na was liczę ojcze, bo myśliwi dopomagać sobie powinni. Mam nadzieję że przyjdziecie mi w pomoc, gdybyście mojego zbiega spotkać mieli.
— To się rozumie, panie Beaucadet, a że pan, tu na brzegu lasu zostajesz, chciéj przynajmniej krzyknąć porządnie w razie gdy mój lis tu wyskoczy i zechce się dostać na równinę....
— Bądź pan spokojny, przeczuwam, że mi łowy pójdą pomyślnie, a może nawet uda mi się podwójny połów, jeżeli przy jednéj sposobności schwycę tego łotra kontrabandzistę, tego urwisa Bête-puanta, który mi się dotąd ciągle wymyka.
Na tę pogróżkę, któréj przedmiotem był kontrabandzista, myśliwiec nie mógł ukryć lekkiéj obawy; uszła ona jednak baczności wachmistrza, całkowicie zajętego przypatrywaniem się galopem nadjeżdżającemu żandarmowi.
Po chwili myśliwiec odezwał się znowu:
— Bo to widzisz pan, na łowach należy myśléć tylko o ściganém zwierzu,.... inaczéj człowiek wraca do domu z próżnemi rękami: upoluj dzisiaj wilka; to jutro będziesz mógł zapolować na lisa.
— Dajże sobie pokój! ojcze Latrace, jesteś stary bywalec, a zapominasz że na obławie strzela się do wszystkiego co tylko wypadnie na nasze stanowisko.... bądź do królika, bądź do jelenia. Jeżeli zatem wypadnie na mnie Bête-puante, to skosztuje moich żelaznych bransoletek. Wiem ja dobrze, że tego łotra wspierają w okolicy, że chultaje solońscy chłopi dopomagają mu w ukrywaniu się i nigdy go nie wydają, bo słychać, że ma mieć jakieś tajemnicze sposoby od gorączki; ale łotr dosyć się już nabujał, czas go w klatkę wsadzić.
W téj chwili zpośród zarośli stykających się z lasem, dał się słyszéć przeraźliwy, głośny i przeciągły krzyk ptaka.
Stary strzelec poczerwieniał i zadrżał.
Wachmistrz zdziwiony tym nagłym krzykiem, podskoczył na siodle, i ciekawym wzrokiem powiódł po zielonych i gęstych wierzchołkach jodeł. To poruszenie sprawiło, że nie dostrzegł ani pomieszania strzelca, ani lekkiego drgania gałęzi w najgęściejszéj stronie młodszych zarośli, przylegających do rozstnjnéj drogi; ale téż w jednéj chwili ustało tam wszelkie poruszenie.
— Był to jakiś osobliwszy krzyk, rzekł pan Beaucadet.
— Alboż to pannie poznajesz krzyku solońskiego orła? spokojnie zapytał Latrace. Patrzno pan, jak to on tam leci do swojego gniazda, bijąc skrzydłem po wierzchołkach dębów. Jak pysznie rozwija swe żagle!
— Gdzieto? ojcze Latrace, gdzie?
— O! tam; czy pan nie widzisz, na lewo obok téj krzywej jodły? O! o! znowu wzbija się w górę. Patrz pan... patrz...
— Jestem jak ociemniały, nie mam wzroku Strzelca jak ty ojcze. Gdyby to był mój zbójca, albo ten łotr Bête-puante, oho! o sto kroków poznałbym go. Ale otoż i Bamageau, dowiemy się zaraz o obławie.
W rzeczy saméj żandarm, którego od kilku chwil na równinie widziano, nadjechał i połączył się z orszakiem; koń jego ciężko dyszał, i cały był pianą okryty.
— No! i cóż tam Ramageau? zapytał wachmistrz.
— Obława już rozpoczęta, panie Beaucadet. Wieśniacy wezwani do ścigania zbójcy ze wszech stron otoczyli las Aubepio, zbliżają się, i napędzają go tu ku brzegowi.
— Żandarmi! zawołał Beaucadet, głosem dowodzącego jenerała, który pragnie zagrzać do bitwy swych żołnierzy. Żandarmi! walka wkrótce się rozpocznie, liczę na was! Odwiedźcie kurki u pistoletów; pałasze do ręki... Naprzód!....
I pyszny ze swojego munduru, pan Beaucadet protekcyonalnie skinął ręką myśliwcowi którego zostawił na rostajnéj drodze; sam zaś odjechał na czele pięciu podkomendnych i ustawił ich na brzegu lasu jako przednie czaty.
W czasie gdy pan Beaucadet wykonał te strategiczne rozporządzenia, postrzeżono w dali otwarty powóz, a w nim dwie damy w towarzystwie kilku mężczyzn czerwono ubranych; za pojazdem postępowali słudzy wiodący konie czaprakami pokryte.
— Żywo chłopcy, żywo! zawołał stary myśliwiec do swych towarzyszy, zebrać sfory; nie rozpuszczać psów; oto nadjeżdża pan hrabia z gośćmi.
To mówiąc Latrace zsiadł z konia, oddał go jednemu dojeżdżaczowi, i przygotował się do przyjęcia hrabiego Riveau, swego pana, z należném mu poszanowaniem.




2.
Młody gaj.

Oddawna już rozpoczęto łowy; nachylające się ku zachodowi słońce rozsiało po niebie swe jaskrawe promienie; gęsty liść młodych dębów i wysokie gałęzie jodeł zdawały się odbijać od błyszczącego tła miedzi. Wpośród gęstwiny osłonionéj bujnym powojem, wysokopiennym janowcem, krzakami jeżyny, paproci i dzikiéj róży, słowem, w najodleglejszéj części lasu, w któréj teraz polowano, znajdowała się otwarta przestrzeń, gdzie niegdzie porosłemi mchem urwiskami skał zaległa, a prawie całkiem zasłonięta nierozwikłanemi węzły bluszczu, powoju, i dzikiej żywiczki.
Głęboką ciszę téj puszczy chwilowo tylko przerywał szum gałęzi jodłowych, lekkim wiatrem poruszanych, lub daleki odgłos trąbki myśliwskiéj.
Nagle dał się słyszéć trzask w poblizkich krzakach: poruszyły się i rozstąpiły gałęzie młodych dębowych latorośli, już żółtym liściem pokryte, i człowiek pochylony, prawie pełzający, wyszedł z gęstwiny.
Był to znany już czytelnikom z rysopisu Bamboche, o podwójne morderstwo obwiniony zbieg z więzienia w Bourges. Licha niebieska bluza jego, to jedyne, cierniami i gałęźmi poszarpane odzienie, w wielu miejscach dozwalało widziéć porosłą włosem pierś i olbrzymiéj siły ramie; sukienne, niegdyś czerwone spodnie, teraz całkiem błotem okryte i poszarpane, dopiéro powyżéj kolan go zasłaniały; nogi i ręce miał poorane krwawemi ranami; z ciężkością oddychał, z twarzy mu pot spływał.
Na chwilę stanął przysłuchując się najmniejszemu szelestowi; potém oparł się o drzewo, nabierał tchu, urwał pełną garść liści, poniósł je do gorących ust i żuł usiłując zgasić palące go pragnienie. Z oczu tego człowieka dzikie tryskało światło, jego siwe włosy, w największym nieładzie spływające po łysém czole, sprzeczne z młodym jego wiekiem i ciemno zarosłą brodą, nadały rysom twarzy jakiś wyraz niezwykły; niedostatkiem i znużeniem pobladłe lica, trwogą i boleścią przemawiały.
Wtém, tuż prawie u stóp zbiega dźwięczny głos zawołał:
Bamboche!
Tak zagadnięty zbójca, zerwał się żywo, zadrżał, oglądał się wkoło nie wiedząc co począć, czy ma uciekać, lub pozostać; ale wnet prędkim ruchem porwał dwa wielkie kamienie, które w jego ręku straszliwą bronią stać się mogły.
I znowu nastała ponura głęboka cisza dokoła.
Bamboche z wzrastającą trwogą spojrzał wkoło siebie. Nagle, jakby z pod ziemi wychodząc, stanął o trzy kroki przed nim człowiek dziwacznie ubrany.
Był on średniego wzrostu, miał na sobie obszerny kaftan i spodnie z wilczéj skóry, czapkę z delikatnego ale gęstego sarniego futra wkoło obwiedzioną borsukowym lampasem; twarz od słońca opaloną, ostremi wiatry, że tak powiem, pooraną, prawie całkiem ukrywała płowa i siwa broda; szare, niespokojne i przenikliwe oczy oświecała, niby wewnętrzna gwiazda, źrenica, zdolna się rozciągać i w nocy przyświecać, jakby nawyknienie do sypiania w dzień a błądzenia nocną porą, rozwinęło w niéj zdolność widzenia w ciemności, jaką posiadają prawie wszystkie zwierzęta drapieżne; mimo to jednak oblicze tego człowieka nie miało w sobie żadnej cechy zwierzęcości a wcale nie było odrażające. Owszem, na téj twarzy roztropnéj i śmiałéj, częstokroć gorzkim ożywionéj uśmiechem, wyraźne było owe piętno nieopisanéj wielkości, jakiem przywyknienie do niebezpieczeństw, samotności, i burzliwego życia, naznacza czoło człowieka przez sprawiedliwość ściganego.
Czytelnicy domyślą się zapewne, że to był wykradacz zwierzyny zwany Bête-puante, który ukryty w zaroślach przy rozstajnéj drodze, przysłuchiwał się całéj rozmowie myśliwca z panem Beaucadet.
Do chwili nagłego pojawienia się przed Bambochem, Bête-puante ukrywał się w norze, na pięć do sześciu stóp głębokiéj, którą sklepiały zarośla borówek i paproci, a którą leśni złodzieje zasadzką nazywają; Tam łowca, leżąc przez kilka godzin bez najmniejszego ruchu, czatuje na łup, i strzelać może na przechodzącą tuż przed nim zwierzynę.
Na widok Bête-puant’a, Bamboche, mimo całej swej odwagi, cofnął się przerażony o kilka kroków wstecz; kamienie które dla obrony porwał był z ziemi, z rąk mu wypadły, bądź dla tego że ujrzawszy krótką dubeltówkę jaką kontrabandzista był uzbrojony, przekonał się, iż walka z nim byłaby nierówna, bądź że przeczuwał, iż między położeniem jego jako zbiega, a awanturniczém życiem mieszkańca lasów, jakiś związek sympatyczny istniéć musi.
Wszelako cofając się coraz daléj, nie przestawał mierzyć kontrabandzistę pełnym obawy wzrokiem.
— Nazywasz się Bamboche, umknąłeś z więzienia w Bourges.... obsaczony jak zwierz dziki nie uszedłbyś tym razem.... niosę ci pomoc.... w imieniu.... Marcina.
Usłyszawszy imię Marcina, lica Bambocha rozjaśniły się; jakieś rzewne uczucie wygładziło mu surowo i konwulsyjnie namarszczone rysy, łza przyćmiła groźny blask oczu: założył ręce, a na wpół otwartemi usty, z bijącém sercem, mocno wzdętą piersią, głosem od rozczulenia tłumionym, zawołał:
— Marcin!
Lecz kontrabandzista dostrzegł, że po tym połysku tkliwéj wdzięczności na twarzy zbiega osiadł znowu wyraz niedowierzania; dodał więc jak najspieszniéj:
— Tak jest, Marcin... Basquina... La Levrasse... i...
Bamboche, jakby wyliczenie tych dziwacznych imion dostatecznie dowiodło tożsamość Marcina, przerwał kontrabandziście, radośnie wołając:
— Ach to on... to on na prawdę!
I zapomniał że go natarczywie ścigano, że cudowi tylko winien był ocalenie swoje, że co chwila wpaść może w ręce swych prześladowców.
Ale najmniejsze nawet wzruszenie Bamboch’a, nie uszło przed bystrém okiem Bête-puanta, który nagle ułożywszy rękę w kształt konchy, poniósł ją do swego ucha, i chociaż w tej samotni ciągle jak najgłębsze panowało milczenie, rzekł po krótkiém nadsłuchiwaniu:
— Już idą... jesteś zgubiony!
— Znasz Marcina... a więc powrócił z zagranicy?... wykrzyknął zbieg, ciągle jeszcze zapominając o grożącém mu niebezpieczeństwie.
To wyrzeczenie się samego siebie w tak straszliwej chwili, wzruszyło kontrabandzistę; odpowiedział więc:
— Marcin jest tu.... wiem że ci wiele zawdzięcza i w jego to imieniu niosę ci pomoc nie zważając czyś w inny lub nie.
Zbieg zadrżał.
— Ale przyrzeknij mi na braterską przyjaźń, jaką Marcinowi poprzysiągłeś, przyrzeknij, że sam się oddasz w ręce sprawiedliwości, skoro on tego zażąda.
— Skoro Marcin powie mi: oddaj się... uczynię to.
— Wiem, że ci wierzyć mogę, pójdź za mną jesteś ocalony.
To powiedziawszy kontrabandzista postąpił na kilka kroków pomiędzy gęste krzaki, leżące po lewéj stronie stanowiska, które mu za kryjówkę służyło i z trudnością odsłonił wazki otwór jaskini. Ruchome drzwi, które ją zamykały, zrobione były z chrząstek jodłowych, okrytych omszonemi i ziemią spojonemi kamieniami, pomiędzy które gęste ciernisko oddawna mocno się zakrzewiło.
Już zbieg chciał wsunąć się w tę niespodzianą kryjówkę, kiedy kontrabandzista głosem uroczystym do niego przemówił:
— Szacunek i litość dla tego, co tam znajdziesz... inaczéj byłbyś bezbożnikiem niegodnym politowania.
Zbieg wpajał jeszcze w kontrabandzistę wzrok zdziwiony, gdy coraz bardziéj zbliżał się odgłos myśliwskich trąbek. Bête-puante, znowu uważnie się przysłuchawszy, wstrząsnął Bamboch’a mocno za ramię i rzekł mu cicho:
— Słyszę tentent koni... prędzej... ukryj się.
Bamboche znikł przez wązki otwór; a kontrabandzista nie zamknąwszy jaskini, nagłą owładnięty myślą, jednym rzutem wyskoczył z krzaków, położył się jak długi na ziemię i przytknął do niéj ucho, aby wyraźniéj niż w zaroślach mógł rozpoznać najodleglejszy szmer. Wkrótce podskoczył i głosem rozpaczy wykrzyknął:
— Przekleństwo!... lis... w tę stronę prowadzi polowanie.
I podwójnie niespokojny pospieszył na powrót w krzaki, aby zamknąć wejście do jaskini; wtém spotkał zbiega, który blady jak mara, wychodząc z niéj, drżącym głosem zawołał:
— Wolę więzienie... wolę zginąć! aniżeli pozostać w téj jaskini. O! cóżem widział... tam... gdybyś wiedział... dziwne zrządzenie! To imię!... Bruyère! Ah! można z tego zwaryować!...
Znów zbliżyło się dalekie dotąd naszczekiwanie ogarów, i wkrótce, po tych obszernych, milczących lasach rozległy się huczne akkorda myśliwskich trąbek. Jednocześnie wiatr przyniósł niepewny szmer głosów, które z różnych stron zbliżać się zdawały. Były to głosy ludzi osaczających zbiega.
Dwa te wypadki nastąpiły szybciej, aniżeli je opisać podobna, i w chwili gdy Bamboche wychodząc z jaskini kontrabandzisty, z przerażeniem zawołał: „wolę więzienie!... wolę zginąć!... aniżeli pozostać w téj jaskini... o!... cóżem widział... tam... gdybyś wiedział.... dziwne zrządzenie! To imię! Bruyère!... Ah! można z tego zwaryować!”... kontrabandzista podnosząc strzelbę, którą naksztalt maczugi trzymał w obu rękach, wrzasnął straszliwie:
— Umrzesz! ja cię zabiję.... skoro cię tu znajdą nim zdołam zamknąć kryjówkę...
Zaledwie kontrabandzista dokończył téj groźby, poruszyły się gwałtownie gałęzie w poblizkiéj gęstwinie, jak gdyby ktoś koło nich szybko przechodził; zbieg struchlał, i bądź że usłuchał rozpaczliwego rozkazu kontrabandzisty, bądź téż że instynktowa chęć własnego ocalenia trwogę w nim przemogła, wskoczył do podziemnéj jaskini. Béte-puante zamknął za nim ruchome drzwi, zatarł ślady kroków Bamboch’a, i zaledwie miał czas rzucić się na ziemię w zasadzce, która go poprzednio ukrywała.




3.
Stracony trop.

Kontrabandzista tylko co znikł w swój kryjówce, gdy usłyszał trzask gałęzi i szelest lekkiego biegu. Ogromny lis z rudo-płowym włosem, czarnemi nogami i uszami, wypadł spiesznie na ugór; woda strumieniami z boków mu spływała, gdyż przebył staw, aby tym sposobem odwieść z tropu ścigających go psów; wybieg ten powiódł mu się pomyślnie, bo psiarnia, przed chwilą jeszcze blizka tego miejsca, teraz znowu się oddalała, jak świadczyło coraz bardziej stłumione naszczekiwanie.
— Lis pozbawiony tchu sapał: suchy, czerwony jęazyk wisiał mu z otwartéj paszczy; zielonkowate oczy iskrzyły się, a obwisłe uszy, wlokący się ogon, dyszące boki, świadczyły o szybkości biegu i wyczerpaniu sił; zatrzymał się przez chwilę, wietrzył, wyciągając czarną paszczękę to w tę, to w owę stronę; potém przez jakiś czas, z równą uwagą jak i trwogą, zwrócił słuchy ku stronie zachodniéj... ale nic nie słyszał.
Że kryjówka kontrabandzisty leżała o kilka kroków od lisa i pod wiatrem, nie mógł on przeto zwietrzyć swojego sąsiada. Ustało téż i szczekanie psów, które teraz zdaleka się błąkały. Prześladowany zwierz zyskawszy tym sposobem nieco na czasie, zamierzył nieco odpocząć; wyciągnął łapy, i z paszczą na pół otwartą rozciągnął się przytuliwszy głowę do ziemi; a gdyby nie to że ciągle konwulsyjnie strzygł uszami, gotów pochwycić niemi najmniejszy szmer, można było uważać go za zupełnie nieżywego.
Ale wnet porwał się znowu no wszystkie cztery nogi, jakby sprężyną poruszony, wstrzymał dech którego szeleszczące uderzenia przeszkadzały delikatności słuchu, i uszy długo nadstawiał.
Polowanie w kapryśnym przelocie, w niespodzianych i szybkich zwrotach, znowu zbliżało się w tę stronę i tym razem szczekaniu psów towarzyszył dźwięk myśliwskich trąbek.
W tak niebezpiecznéj chwili, strudzony lis przeczuwając blizki swój koniec, z ostatniém wysileniem, próbował jeszcze nowego wybiegu, aby tym sposobem raz jeszcze psy zbłąkać, aby im umknąć. W rozmaitych kierunkach przebiegł ugór, podwajając ślady swego tropu i krzyżując je w nierozwikłaną siatkę, tak, aby psy żadną miarą rozpoznać ich nie mogły; potém zebrawszy wszystkie siły, jednym ogromnym susem przeskoczył z ugoru w krzaki, wpadł pomiędzy skały prawie na same drzwi jaskini kamieniami i cierniami pokryte; ztamtąd, zaledwie mchu i skał dotykając, za drugim potężnym rzutem bo najmniéj sześć stóp rozległym, dosięgał największéj gęstwiny, gdzie susami na jakie tylko stężałe z utrudzenia i zanurzenia w zimnéj wodzie członki zdobyć się mogły uciekać zaczął.
Tym dziwnym instynktem jaki wszystkim zwierzętom jest właściwy, gdy idzie o ocalenie życia, lis starał się przez te potężne skoki przerwać na przestrzeni trzydziestu do czterdziestu kroków wszelki tropostrój, przenikliwej woni, jaką stopy jego pozostawiały na ziemi i istotnie zniszczył mocną woń która drażniąc delikatne powonienie psów zaprowadza je w ślad ściganego zwierza.
Skoro tylko lis zniknął, kontrabandzista szybko opuścił kryjówkę, pospieszył na ugór, i schylony ku ziemi, przejrzał go badawczém okiem; rozpoznał świeże ślady lisich stóp: gdzie tylko znalazł wszędzie je nogami pozacierał, by tym sposobem zniweczyć nie tylko trop, lecz też i woń po przejściu zwierza pozostałą. Tak więc przychodził w pomoc wybiegowi i ucieczce lisa, a raczej usiłował psiarnią i spieszących za nią myśliwych oddalić od miejsca tak blizkiego swojéj jaskini.
Szczekania goniącéj psiarni, odgłosy myśliwskich rogów znowu wyraźniej brzmiały, połączone kiedy niekiedy z wołaniem i hasłem obławy, z trzech różnych stron dla pojmania zbiegłego Bumboch’a nadchodzącéj.
Kontrabandzista coraz bardziej niepokojony grożącém mu niebezpieczeństwem, wybiegł w krzaki przez które lis dostał się był na ugór, i naturalnie znalazł tam znowu ślady tego zwierzęcia. Równie je więc jak poprzednio nogami zadeptał przynajmniéj na dwieście kroków, aż do obalonego ogromnego drzewa, pod którém lis skrył się zapewne.
Przekonany, że tak wielka przerwa gorącego i mocno woniejącego tropu lisa, który, jak powiedzieliśmy, jedynie psiarnią kierował, łowy teraz zniweczyć i myśliwców od jego jaskini oddalić musi, kontrabandzista pospieszył w najgłębszą gęstwinę lasu.
Béte-puante z początku nie zawiódł się w domysłach.
Już dawno znikł, a psiarnia odzywała się jeszcze pełnemi gardły; ale te naszczekiwania, ta głośna, rozlegająca się wrzawa nagle ucichła, jakby skutkiem czaru: psy straciły trop, to jest, przeskoczywszy przez ogromne drzewo, po którego drugiéj stronie kontrabandzista podeptał ziemię i tém samém zniszczył ślad i woń zwierza, nic znalazły żadnéj wskazówki i raptem ucichły, bo psy wtedy tylko szczekając gonią, gdy po świeżym tropie zwierza postępują.
Niespokojne, zmieszane tak nagłą utratą tropu, tyle swą silną wonią na ich węch działającego, psy tu i owdzie jak błędne biegały przytykając nosy do ziemi i nadaremnie jakiegokolwiek śladu szukając;... bo, jak wiadomo, w odległości prawie dwustu kroków od jaskini kontrabandzisty trop zgubiły.
Stary myśliwiec, o tym wypadku uwiadomiony przez nagłe ucięcie psów, pospieszył ku nim aby je kierować własném doświadczeniem, ale postrzegłszy obalone drzewo, które go od psów oddzielało, zatrzymał się nagle, bo gałęźmi najeżony pień chcącemu przesadzić go stawiał prawdziwie niebezpieczną przeszkodę. Ojciec Latrace, mimo swéj odwagi i mimo siły konia, za nadto doświadczonym był myśliwcem, iżby dla próżnego junactwa miał wystawić siebie lub wierzchowca na szwank śmiertelny; a gdy postrzegł że po obu bokach leżącego drzewa nieprzebyta gęstwina drogę zamyka, okrążyć je postanowił, aby psy swoje na ślad odprowadzić.
Nagle, dwie kobiéty w amazonkach, jadące przez las w niejakiém od siebie oddaleniu, stanęły naprzeciw obalonego drzewa, przed którém stary myśliwiec cofnął się roztropnie,... prawie natychmiast przybyli ku nim dwaj jeźdźcy, którzy na widok tak straszliwéj przeszkody jednocześnie przerażonym głosem zawołali:
— Pani... racz wstrzymać swego konia!...
— Pani,... miéj się na baczności!
Mimo tych przestróg i próśb, pierwéj przybyła dama, bądź że nie mogła już wstrzymać rozhukanego wierzchowca, bądź téż że lubiła igrać z niebezpieczeństwem, silnie uderzyła rumaka szpicrózgą, i z równą odwagą jak i wdziękiem zaporę przesadziła. Gdy gwałtowność skoku i wiatru powiew uniosły nieco długą suknię odważnéj niewiasty, okazała się piękna, niby utoczona nóżka w białéj jedwabnéj pończoszce, czarnym półbóciku z małą srebrną ostrogą, końcem paluszków wdzięcznie oparta na strzemieniu.
Obaj myśliwcy tak szaloną śmiałością, do najwyższego stopnia zdziwieni, nie mogli stłumić w sobie okrzyku przerażenia i pochyliwszy się ku drugiéj damie, która zdawała się być skłonną do naśladowania przykładu swéj towarzyszki, zawołali:
— Pani, na imię Nieba, racz się pani wstrzymać!...
— Chciałabym złączyć się z matką, łagodnie odpowiedziała młoda dziewica wskazując na drugą damę.
Ta zaś zatrzymawszy konia po drugiéj stronie zapory, zwróciła ku widzom téj sceny uśmiechające się i dumne z pokonanego niebezpieczeństwa oblicze; ale na widok córki, zamierzającéj pójść za jéj przykładem, okropnie zbladła i zawołała:
— Rafaelo! proszę cię.
Już było za późno; dziewica równie odważna jak matka, przesadziła przez drzewo, z pełną powabu wstydliwością, szpicrózgą którą trzymała w lewém ręku, przyciskając długie fałdy swej amazonki.




4.
Młody Ojciec.

Dwaj jeźdźcy którzy doścignęli panią Wilson i jéj córkę (tak się nazywały śmiałe te łowczynie), byli to hrabia Duriveau i syn jego. Ojciec hrabiego Duriveau, właściciela teraz goniącéj psiarni, był oberżystą w Clermont-Ferrant; człowiek ten zapamiętale chciwy, przez lichwę i kupno dóbr narodowych nagromadził majątek znaczny, powiększył go jeszcze dostawami dla wojska za czasów dyrektoryatu. Majątek swój podwoił on późniéj, już to wszelkiego rodzaju oszustwem, już napozór niby prawném złodziejstwem, już też najohydniejszemi wybiegami. Ze śmiercią ojca Adolf Duriveau, podówczas jeszcze nie hrabia, odziedziczył trzykroć sto tysięcy franków rocznego dochodu w dobrach nieruchomych. Oswobodzony ze stanu okropnego ciemięztwa i niedostatku, w jakim go ciągle utrzymywała niesłychana surowość ojca, Adolf Duriveau pod okiem zacnego opiekuna, mimo najgorsze wychowanie swoje, zaczynał skłaniać się ku dobremu i uczuwać niejaką dążność ku wzniosłym wyobrażeniom; zapragnął świetnego i szczęśliwego życia, a obiecując sobie wszelkie rozkosze, których dotąd nie znał wcale, okazywał się dobrym i wspaniałym; w czém jedynie ulegał popędowi własnego serca i upojeniu, jakie częstokroć sprowadza nadmiar niespodzianego i dotąd nieznanego szczęścia.
Wspaniałomyślne uczynki Adolfa Duriveau częstokroć niewdzięcznością opłacano, a człowiek ten nie zdołał wznieść się nad niewdzięczność.... ten probierczy kamień, który sprawdza rzeczywiście szlachetne i wytrwałe dusze. Naprzód więc opanował go smutek, potém zniechęcenie i gniew, a nakoniec zatwardziałość; słowem, serce jego skamieniało.
Zasłaniając się więc tarczą utworzoną z cząstki dobrego które wyświadczył, poczytał niewdzięczność ludzką za zasadę, a zaś zatwardziałość serca za obowiązek każdego kto nie chce stać się przedmiotem urągań niewdzięczników. Dobre zbyt prędko dla niego straciło władzę, gdyż dobroczynny bez rozwagi i doświadczenia, nie znał cierpliwości, bezinteresowności, zastanowienia, poświęcenia się a szczególniej tajemnicy i, że tak powiemy, wstydliwości, jakie dobrym uczynkom towarzyszyć powinny; pan Duriveau nie domyślał się nawet, że mu brak koniecznéj znajomości cierpień którym pomoc nieść zamierzał, a owszem nieraz powiększał przybierając obejście gwałtowne, niecierpliwe, surowe, kiedy przeciwnie sama tylko łagodność, delikatność i pewien takt w postępowaniu, rzeczywiście i jedynie przynoszą ulgę niezwykléj a wstydliwéj niedoli.
Łatwo więc pojąć, żęto chwalebne lecz nieszczęśliwe dążenie w urzeczywistnieniu wspaniałomyślnych idei, wywrzeć musiało zgubną reakcją w umyśle Adolfa Duriveau, i w rzeczy saméj wywarło. Według niego systematyczna nieczułość była: znajomością ludzi; litość: słabością; samolubstwo: zdrowym rozsądkiem; chciwość: przezornością; pogarda drugich: uczuciem niezaprzeczonéj wartości własnéj; cudze nieszczęście: sprawiedliwą karą za przewinienia, przeznaczeniem nieodłączném od każdego stanu społeczeństwa, następstwem pierworodnego grzechu, wolą Opatrzności i t. d.
Słowem pan Duriveau uporczywie i zapamiętałe wyznawał owe blużźnierstwo:
„Że Bóg w ojcowskiéj dobroci swojéj, stworzył człowieka dla samego jedynie nieszczęścia”.
Ta niegodziwa zasada usprawiedliwiała zatwardziałość tego nielitościwego samoluba.
Z niéj to wyprowadzał on wszelkie wnioski, i przez nią odnosił tryumfy swoje.
„ — Ludzie rodzą się, i są stworzeni dla nieszczęścia, mawiał z zuchwałém szyderstwem; — Bóg tak chciał, szanujmyż zatém wolę Boga! przeszkodzić jéj nie zdołamy nigdy! Poprzestańmyż więc na świetném i wesołém życiu, gdy szczęściem jesteśmy w położeniu wyjątkowém... taka jest moja zasada.”
A tak człowiek ten, te swojego punktu widzenia rzeczy mógł mówić i mówił: — Byłem dobrym, wspaniałomyślnym, ludzkim; a wszędzie doznałem tylko zawodu i niewdzięczności; niedola zawsze jest skutkiem własnéj winy; kto się nad nią lituje, jest bardzo nierozsądny.
Wyznać należy, że pan Duriveau obdarzony niepospolitym naturalnym rozsądkiem, wielką stałością woli, rzadką śmiałością charakteru, przez cynizm i czelność umiał nadać tym haniebnym paradoxom jakiś połysk oślepiający, a w obrębie w którym żył, często znajdował zwolenników lub przynajmniéj potakujących.
Obcowanie wreszcie z towarzystwem dumném ze swego majątku lub świeżo nabytego tytułu, ta zaraza próżniactwa, ten prawie nieunikniony a szkodliwy wpływ ogromnych, bez pracy osiągniętych bogactw bardzo prędko zatarły w panu Duriveau pierwsze skłonności ku dobremu. Zawsze jeszcze miłośnik przepychu, stał się chciwym teraz; wkrótce potem nie zadawalniał go już sam majątek, a więc... jak wielu innych... zapragnął uszlachetnienia swego rodu. Zaślubił córkę jakiegoś księcia z czasów cesarstwa który się do restauracji przyłączył; zjednało mu to tytuł hrabiego, a Adolf Duriveau, syn starego Duriveau lichwiącego oberżysty, haniebnego oszusta, miał się za hrabiego i poważnie nazywał się hrabią Duriveau. W kwiecie młodości zmarła małżonka pozostawiła mu syna Scypiona, vicehrabiego Duriveau, jeżeli się go tak nazwać godzi.
Szczęśliwość a raczéj duma Adolfa Duriveau skoncentrowała się w dwóch następujących nader pięknych rzeczach: — być dziedzicem najrozleglejszych włości we Francyi, i kazać się swoim sługom, liwerantom i dzierżawcom nazywać panem hrabią późniéj do téj próżności przyłączyła się mania politycznej dumy, któréj przyczyny niżej wyjaśnimy.
Milioner i hrabia, nie pragnął on żadnéj innéj możliwéj szczęśliwości dla syna swojego. A może nawet bardziéj dumny niż chciwy upatrzył w synie nowy środek obudzenia w innych zazdrości bogactw swoich. Scypio Duriveau, młodzieniec powabnéj powierzchowności, umysłu wcześnie rozwiniętego, już w piętnastym roku edukacyą ukończył pod przewodnictwem guwernera wziętego z jakiegoś znakomitego domu. Był to nowy powód chluby dla ojca, pysznił się tym skarbem wdzięków i zarozumiałości.
Istniało podówczas w Paryżu towarzystwo, noszące nazwę młodych ojców.
Byli to mniéj więcéj młodzi wdowcy, ludzie dowcipni i rozrywek chciwi, uprzejmi gracze, ochoczy zwolennicy biesiad, będący w zażyłości z najwięcéj wielbionymi w Paryżu birbantami; ci młodzi ojcowie wyznawali tę wyborną zasadę, że nie masz nic okropniejszego, nic w skutkach swoich zgubniejszego, jak sknerstwo i srogość ojców, którzy odejmując swym dzieciom wszelką uciechę i swobodę w nadziei że uczynią z nich małych świętoszków, zamieniają ich tylko w małych szatanów; — to téż ci młodzi ojcowie udawali owszem największą tolerancyą, a nie raz nawet... więcéj jak tolerancyą.
I tak jeden, ojciec dwóch prześlicznych sześcio lub siedmio letnich dziewczątek, wprowadził je na teatr, który dla czułych swoich stosunków często odwiedzał, a wdzięk, dziecinne szczebiotanie tych małych aniołeczków, wzbudzały podziw i zachwycenie w aktorkach.
Drugi młody ojciec utrzymywał, że do planu praktycznego wychowania syna, należy posiadanie pierwszych jego weksli; (nazywał to dzieciństwem akceptacyi). W tym celu ułatwiał mu potajemnie najniebezpieczniejsze lichwiarskie pożyczki, z których, rozumie się, sam ojciec bynajmniéj nie korzystał, albowiem utrzymywał, że młody ojciec jest naturalnym wierzycielem syna swojego.
Trzeci znowu z wszelką rozwagą dojrzałego doświadczenia wyszukiwał, oceniał, i... w ojcowskiéj pieczołowitości, wybierał synowi pierwszą kochankę. Inny trzymał się niezachwianie téj zasady, że ukochane dziecię swoje wypada naprzód spoić obrzydłém winem, aby, jak twierdził, wcześnie obudzić w niém głęboką, niepokonaną, a zbawienną odrazę do złego wina.
Dwóch czy trzech takich młodych ojców, ludzie najlepszego towarzystwa, żyło w przyjaźni z hrabią. Mocno już zarozumiały co do przyjemnéj powierzchowności swego syna, hrabia sądził w swój szlachetnéj żądzy naśladowania, że wypada mu koniecznie iść za przykładem tak znakomitych młodych ojców, według niego trąciło to już o milę Rejencyą, bo i marszałek Richelieu tak samo postępował z synem swoim, panem de Fronsac.
Wkrótce téż stawiono hrabiego w pierwszym rzędzie wzorowych młodych ojców Paryża; jakoż dumę swą (zawsze dumę) zasadzał on na tém, aby syn jego zaćmił synów innych młodych ojców, tak dalece, że Scypio w siedmnastym roku życia, miał miesięcznie sto luidorów do stracenia, osobne mieszkanie w pałacu ojca, sześć koni na stajni panu hrabiego i miejsce obok niego w męzkiéj loży teatru opery, loży nadającéj prawo do wstępu za kulisy.
Zbyteczną byłoby rzeczą wspominać, jak przyjmowano Scypiona z jego miłą twarzą i siedmnastą laty w tém rozkoszném pandemonium, w którém go ojciec uroczyście przedstawił. W kilka miesięcy późniéj młodzieniec miał kilka względnych dla siebie kochanek, w ośmnastym roku zręcznie zabił przeciwnika w pojedynku, w którym mu sam ojciec służył za sekundanta, i nieraz słońce wschodzące zastało hrabiego i jego syna wpośród rozpustnéj, wrzaskliwéj biesiady, któréj przewodniczyła słynna jaka zalotnica.
Jakkolwiek dziwacznym wydawać się może taki system wychowania, kto jednak choć cokolwiek zna świat, przyzna:
Że przypuściwszy iż sto osób w stanowisku społeczném vicehrabiego Scypiona Duriveau posiada równy jemu majątek, to pewno z téj liczby bogatych i próżnych młodzian, dziewięćdziesięciu prędzéj lub póżniéj, podobnie jak Scypio żyć będzie; z tą tylko różnicą, że się uciekną do zgubnéj pomocy lichwiarzy, mimo ostrych napominać lub nieraz bez wiedzy rodziny, do któréj dziedzictwa wzdychają z niecierpliwością, gotową niemal na życie ojca ugodzić.
To przypuszczenie przekonywa, że młodym ojcom nie zbywało na pewnym praktycznym, zdrowym rozsądku; bo niezdolni zapobiedz rozpuście młodzieży, usiłowali przynajmniéj sami jej przewodniczyć i nią kierować.
Zaiste w oczach człowieka myślącego, taki środek zaradczy równie jest naganny jak samo złe; zaiste smutną jest rzeczą widziéć, jak tym sposobem trwonią się ogromne summy; boleśnie patrzéć jak wiele szlachetnych natchnień, młodocianemu wiekowi właściwych, więdnieje w samym zarodzie; jak częstokroć nieocenione przymioty i zdolności schną i obumierają w téj zjadliwéj atmosferze; ale wszystko to złe i wiele innych jeszcze nieszczęść są nieuniknionym skutkiem stanu rzeczy, jaki wywołuje urodzenie, własność, a przedewszystkiém owa wielka niesłuszność, zwana dziedzictwem.
Łatwo pojąć, że hrabia od lat kilku wiodąc życie młodego ojca, wiele bardzo stracić musiał na swéj ojcowskiéj godności; że synowski szacunek vicehrabiego zmienić i zmniejszyć się musiał; atoli spadzistość ta zbyt była stroma, pęd strumienia zbyt porywczy, iżby znowu w górę kierować można było. Nieraz żartobliwa i zuchwała flegma Scypiona przemagała dumny charakter i energiczną wolę pana Duriveau; nieraz, mianowicie od niejakiego czasu, mimo niewczesnego i nadaremnego żalu, hrabia, naśladując małżonków z wyższego towarzystwa, którzy z obawy okazania się zazdrośnymi, z obawy narażenia się na pośmiewisko gerentokracyi, gorzkie łzy wylewają — odgrywał rolę młodego ojca z uśmiechem na ustach, a wściekłością w sercu; ale roli téj uledz musiał. Oddawna już syn częstował go bezwstydną, przez wspólne a niecne rozrywki w nabytą poufałością, z któréj sam hrabin i jego przyjaciele początkowo mocno się śmieli. A tak wszelkie uczucie uległości i synowskiego uszanowania dostatecznie już zatarte być musiało w duszy tego młodzieńca.
Jakkolwiek hrabia Duriveau dochodził już pięćdziesięciu lat życia, nie wyglądał jednak jak na czterdzieści; jego wysoka i wysmukła postać, świeże oblicze, żywy charakter, okazywały młodość, siłę i energią. Cerę miał mocno ciemną a zęby nadzwyczaj białe; broda i nos jego były może nieco za wydatne; niebieskie oczy zbyt duże; brwi, faworyty i włosy mimo wieku prawie kruczéj czarności; trudno było napotkać rysy regularniejsze i przyjemniejsze, aniżeli rysy hrabiego Duriveau, a niepodobna widzieć oblicze wyrazistsze, dowcipniejsze, malujące większą śmiałość i odwagę, nadewszystko zaś tak silną, niezachwianą wolę; dlatego téż pan Duriveau przejmował prawie zawsze otaczające go osoby uszanowaniem, niepokojem, bojaźnią, jaką zwykle wzbudzają nieugięte i dumne charaktery; ale rzadko w kim wzniecił dla siebie przychylność lub tylko pociąg.
A przecież ten człowiek tak energiczny, zadziwiającą okazywał słabość względem syna swego; a przecież ten człowiek zbladł i zadrżał na całém ciele widząc, że pani Wilson wystawiła się na tak oczywiste niebezpieczeństwo. W téj chwili i przez cały ciąg łowów, hrabia Duriveau z najdelikatniejszą i pełną troskliwości obawą, ścigał najmniejsze poruszenie zachwycającej wdowy; jego pieczołowity, pałający i namiętny wzrok prawie nigdy nie opuszczał téj czarującéj kobiéty, i łatwo można było poznać, że jedynie delikatność i przyzwoitość wstrzymywały go od wyraźniejszego okazywania niezaprzeczonej władzy, jaką pani Wilson nad nim miała.
Hrabia i syn jego ubrani byli w czarne aksamitne czapki, krótkie szkarłatne tużurki ze srebnemi guzikami, białe łosiowe spodnie i bóty ze sztylpami.
Powierzchowność vicehrabiego uderzający z ojcem przedstawiała kontrast: męzka twarz pana Duriveau, silne i rzeźwe poruszenia, dowodziły trudnéj do uwierzenia pełni życia, ognia i siły, przeciwnie zupełnie kobiecéj delikatności, regularne rysy vicehrabiego, zdawało się że zwiędły ze zbytku przedwczesnych nadużyć: dwudziestoletni młodzieniec, miał już twarz wychudłą i wynędzniałą, a ocieniały ją jasne włosy i takież wąsy i faworyty, dopiero porastać zaczynające, Oddawna już na téj pięknéj, przeżyłéj twarzy, pochodząca z wyczerpania bladość zajęła miejsce świeżego kwiatu młodości. Powieki jego wielkich, bardzo pięknych, ciemnych, lecz wcześnie podsiniałych oczu, zaczerwieniło mu mocne zapalenie, skutek niesfornego życia i czuwania po nocach; dopiéro bowiem przed kilku dniami opuścił Paryż. W téj stolicy zbytków wicehrabia Scypio, zachęcany przez hrabiego i innych młodych ojców, jego przyjaciół, zjednał sobie sławę jednego z koryfeuszów rozpusty i próżniactwa, których całe życie zapełniają utrzymywane dziewczęta, gra, kluby, stajnia, pijatyka, i niesforne bale. W zakazanym tańcu Scypio miał tylko dwóch współzawodników, pewnego para Francyi i nestora kankanu, wielkiego Chicarda.
Mimo to wicehrabia Scypio chełpił się, że powtórzymy własne jego słowa, iż te wszystkie rozkosze już go znudziły. W rzeczy saméj, tak często, przesycał się najwyszukańszém winem, że obecnie straciwszy zupełnie smak, znajdował je mdłém i nieraz wódkę przekładał... co większa wódkę prostą, szynkarską. Tak dalece przywykł do nieobyczajnego towarzystwa zepsutych kobiét, które go w miłość wtajemniczyły i pomiędzy któremi wybierał sobie kochanki — że téj dawał piérwszeństwo, która najwięcéj piła, najwięcej cygar paliła, najwięcéj klęła i którą przedewszystkiém najwięcéj mógł pogardzać. Ona używając języka przekupek, którym Scypio sam już bardzo biegle mówił, odpowiadała mu obelgą na obelgę, wzgardą na wzgardę, a to go szczególnie bawiło...jakkolwiek osłaniał się zarozumiałością, oziembłością i obejściem lodowatém, gdyż zużyci ludzie nigdy się nie śmieją. Co do zmysłów, te już w nim prawie zamarły, w skutku rozpusty wycieńczającego działania wina i rozpalających trunków. Wicehrabia Scypion zasmakował już tylko w gorączkowych wzruszeniach gier kartowych, w zakłady na wyścigach i w pewne okropne miłostki, o których późniéj wspomnimy,... a przecież młodzieniec ten jeszcze nie przeżył lat dwudziestu.
Cokolwiek bądź, chociaż znędzniały, zwiędły, choć na twarzy jego osiadł wyraz nudny i nieukontentowania (wicehrabia twierdził, że już był za stary i stępiały iżby mu łowy przyjemność sprawiać mogły), mimo to jednak oblicze Scypiona było jeszcze za nadto powabne; trudno było dostrzedz wzrost piękniejszy, nadobniejszy, więcéj wdzięku postaci, tak przynajmniéj sądziła w duszy Rafaela, córka pani Wilson.
Fani Melcy Wilson, rodem Francuzka, wdowa po Stefanie Wilson, i jéj córka Rafaela, zostające pod honorową strażą pana Alcyda Dumolard, nieobecnego w téj chwili brata jednéj a wuja drugiéj — jak powiedzieliśmy, zdążały za orszakiem myśliwych, w towarzystwie pana Duriveau i jego syna.
Gdyby zbyt często nie nadużywano mitologicznego porównania między Junoną a Hebą, zastosowalibyśmy je do pani Wilson i jéj córki; nie dlatego, aby rysy lub postać pani Wilson przedstawiały, choć w przybliżeniu, majestatyczność królowéj Olimpu; owszem trudno byłoby wyobrazić sobie coś milszego, powabniejszego, nawet że tak powiem coś tak figlarnego jak piękne oblicze pani Wilson, z jasno niebieskiém okiem, czarnym włosem i gładką jak aksamit cerą; a jednak ta czarująca kobieta dochodziła właśnie trzydziestego drugiego roku życia. Mówiąc o Junonie i Hebie, chcieliśmy tylko oznaczyć różnicę jaka zachodzi między pięknością w jéj dojrzałem rozwinięciu się, a pięknością w pierwszym swym i najdelikatniejszym rozkwicie; bo Rafaela, córka pani Wilson (bardzo młodo za mąż wydanéj), miała najwięcéj lat szesnaście.
O ile rysy matki były ogniste, śmiałe i wabiące, o tyle oblicze córki było niewinne i melancholiczne. Nigdy delikatne winiety angielskie, nigdy arystokratyczny pendzel Lawrenca nic dostąpił tego mamiącego ideału. Jakiż malarz zdołałby oddać niemal eteryczną bladość téj lekko różowéj cery, ten miły błękit wielkich, ognistych i zarazem łagodnych oczu, tę śnieżystą białość zachwycającego czoła, objętego w ciemno kasztanowe, tak gładko, tak delikatnie i naturalnie wijące się włosy, że strój głowy Rafaeli, pomimo dalekiéj konnéj jazdy, nie uległ najajniejszemu nawet nadwerężeniu. Elastyczne zwoje jéj włosów równie lekko bujały około jój twarzy, jak mały, do boku czarnego kastorowego kapelusza przypięty zielony welon.
Eleganckie amazonki z czarnego sukna, jakie miały na sobie pani Wilson i jéj córka, w rozmaity sposób dziwnie rysowały wabną ich kibić: wzrost Rafaeli był giętki, wysmukły, rzec można więcéj dziewiczy... postać matki daleko pełniejsza i wydatniejsza.
Krój tych amazonek bardziéj wybitniejszą czynił tę różnicę; i tak, wysoki, aż po samę szyję spięty stanik Rafaeli, dozwalał widziéć tylko maleńki, karbowany kołnierzyk podtrzymywany wązką jedwabną krawatką koloru podobnego do jasno niebieskich oczu dziewicy; kiedy tymczasem stanik pani Wilson nakształt kaftanika z przodu otwarty, chociaż mocno do jéj kibici przystający, odsłaniał małą kamizelkę koloru blado szamoa, spiętą żółtemi guziczkami, a z pod niéj zalotnie wyglądała batystowa szmizetka, którą na elastycznych i pulchnych piersiach spinały dwa rubiny; nakoniec dla uzupełnienia charakterystycznéj różnicy ubioru, wązki kołnierzyk pani Wilson opadł nieco na purpurowéj jedwabnéj krawatce, któréj barwa jednak bynajmniéj nie wyrównywała ognistéj purpurze jéj uśmiechających się i wabiących ust.
Po przebyciu niebezpiecznej zawady, o któréj wspomnieliśmy wyżéj, rysy matki i córki przybrały wyraz zupełnie od siebie różny: pani Wilson zrazu przerażona niebezpieczeństwem na jakie jéj córka ośmieliła się, widząc ją ocaloną, spoglądała na nią z czułą radością i dumą uszczęśliwionéj matki; Rafaela zaś obojętna na pokonane niebezpieczeństwo, roztargnionym wzrokiem szukała Scypiona.
Nie potrzebujemy wspominać że hrabia Duriveau i syn jego z równą jak pani Wilson i jéj córka odwagą, w niewielkiéj od siebie odległości przesadzili przez obalone drzewo; ojciec dokazał tego z całą gwałtownością ognistego charakteru, syn zaś z pewnym rodzajem obojętnego niedbalstwa, jednakże nie bez wdzięku, doskonałym bowiem był jeźdzcem. Swą chełpliwość Scypio tak nawet dalece posunął, że w chwili gdy wierzchowiec którym lewą ręką kierował, uniósł się ponad straszliwą zawadą, wyjął prawą ręką z ust cygaro, i od niechcenia puścił w powietrze promień niebieskawego dymu.
Gdyby tak śmiałego postępku nie wywołała obecność dwóch kochania godnych kobiét i gdyby go wykonała szalona płochość lat młodzieńczych, byłby on nosił na sobie piętno wdzięków nieodłączone od wszystkiego co świetne, niespodziane i szybkie; ale Scypio, występując w charakterze człowieka stępiałego, na tém zasadzał swą dumę, że wszędzie i na wszystko okazywał zimną krew i lekceważenie; dla tego więc nie zmieniły się jego rysy wówczas nawet, gdy pani Wilson, a mianowicie jéj córka, wychwalały w nim odważną przytomność umysłu.
Hrabia oburzony postępowaniem syna, w chwili kiedy pani Wilson i córka jéj ani widzieć ani słyszeć go nie mogły, rzekł po cichu do Scypiona, głosem napozór pełnym serdecznego zaufania, choć się w nim ukrywało gwałtowne i tylko obecnością dwóch kobiét i zwykłém pobłażaniem młodego ojca stłumione niezadowolenie:
— O czémże myślisz Scypionie? Nie jesteś dosyć grzecznym dla panny Wilson, a przecież...
— Co? co! wiesz, że szczególniejsze jakieś prowadzisz rzemiosło? — odpowiedział Scypio przerywając ojcu i zapalając nowe cygaro — prawda że to czynisz z bardzo chwalebnéj przyczyny ale też właśnie dla tego, nieszczęśliwy dawco dni moich, napomnienia twoje są tak nieznośne...
I Scypio niedbale rzucił resztę zgasłego cygara.
Jakkolwiek hrabia Duriveau przyzwyczajony był do tak zimnego i nieszczęściem przez siebie samego upoważnionego szyderstwa, nie mógł jednak w téj chwili i dla ważnych powodów powściągnąć gniewu, jaki w nim obudziła taka odpowiedź; krótko więc i dobitnie, chociaż zawsze po cichu, rzekł do syna:
— Dosyć tych żartów; mówię no seryo, że postępowanie twoje jest niesłychane; wieczorem pomówimy o tem i...
— Proszę pani, pani Wilson! — zawołał wicehrabia nie wyjmując z ust cygara i znowu przerywając ojcu.
— A co chcesz, Scypionie? spytała piękna wdowa odwracając się ku niemu, na domiar niespokojności hrabiego.
— Jeżeli pani pragnie widziéć papę w całéj świetności, proś go pani niech odegra role szlachetnego ojca... cudownie w niéj wygląda.
Oburzenie i wzrastający gniew konwulsyjnie wykrzywiły oblicze pana Duriveau, ale usta jego z przymusem uśmiechnęły się na piérwsze spojrzenie pani Wilson, która wesoło odpowiedziała wicehrabiemu:
— A pan, kochany Scypionie, zachwycająco i jak najnaturalniéj odgrywasz rolę młodego roztrzepańca... Ale otoż nadjeżdża nasz przybrany opiekun, przypomni on panu, w razie potrzeby, szacunek jaki winieneś kobiecie mojego wieku.
Potém, zwracając mowę do nowo przybyłéj osoby, pani Wilson dodała:
— Prędzéj, prędzéj... przybywajże, bracie...
Jak powiedzieliśmy, obaj łowcy i obie damy zebrali się znowu po drugiéj stronie obalonego drzewa, gdzie otaczały ich psy ciągle jeszcze z tropu zmylone; wtem pan Alcyd Dumolard, brat pani Wilson, zjawił się z drugiéj strony téj przeszkody.
Pan Alcyd Dumolard (owdowiały po żonie któréj wcale nie żałował) miał lat czterdzieści, niezarosłą twarz i bezkształtną tuszę. Najdoskonalsze pojęcie o jego szerokiéj twarzy z obwisłemi policzki, przygasłym, dla zbytniéj otyłości zgłupiałym wzrokiem i wązkiém czołem, dać tylko mogą twarze mandarynów, o bladych i obwisłych licach, płaskich i pozbawionych wyrazu rysach, jakie zwykle przedstawiają nam malowidła na chińskich naczyniach. Ogromny brzuch i opadłe biodra pana Dumolard, którego grzbiet tyle miał szerokości ile piersi objętości, groziły co chwila rozerwaniem pętlic jego krótkiego, szkarłatnego tużurka; a nic pocieszniejszego, nad tę tłustą, szeroką twarz, zewsząd występującą z pod małéj, na samym wierzchołku głowy osadzonéj myśliwskiéj czapki z czarnego aksamitu. Pan Dumolard ostrożnie jechał na gniadym herkulesowéj siły wałachu, kształtów wprawdzie olbrzymich, ale stanowiących niezbędny przymiot biednego zwierzęcia, które takiego mastodonta dźwigać na sobie musi.
Zbyteczną byłoby rzeczą mówić, że pan Alcyd Dumolard należycie i ostrożnie zatrzymał się przed obaloném drzewem, co widząc vicehrabia Scypio z ubliżającą powagą, złośliwie śmiejąc się, zawołał:
— Żywo, żywo, Dumolard, pokaż co umiesz mój ty tłuścioszku, dalejże przeskocz!... nie bój się, możesz być pewnym że w każdym razie padniesz na miękki, elastyczny materac!...
— Ja mam skakać?... Dajże pan pokój, takiéj igraszki nie pozwala sobie nigdy człowiek mający pięćdziesiąt tysięcy talarów dochodu, odpowiedział tłusty komicznie nadymając się i szukając spojrzeniem wygodniejszéj drogi.
— Ab! owe to pięćdziesiąt tysięcy talarów dochodu nie dozwalają panu skoczyć przez drzewo? szyderczo odrzekł Scypio; majątek więc czyni pana tak ociężałym i grubym... Jesteś może nadziany dukatami, bankowemi wypchany biletami?
— Ależ, milczże przecie, panie Scypio, zawołał zakłopotany tłuścioch, całkiem niewczesne żarty pańskie... Tu w lesie, w téj siedzibie wilków i włóczęgów wykrzykujesz pan, żem napchany biletami bankowemi! Gdyby kto to usłyszał... łatwoby się do zabicia mnie skusił.
Potém, obracając się do strzelca, który właśnie z drugiéj strony drzewa do psów swoich przeszedł, pan Dumolard zawołał:
— Słuchajno, mój przyjacielu! Nie ma tu jakiéj innéj drogi? bo jeszcze karku skręcić nie chcę.
— Jedź pan na lewo gęstwiną, odpowiedział strzelec, a o pięćdziesiąt kroków stąd jest mała ścieszka która pana tu przyprowadzi...
— Mała ścieszka! podchwycił Scypio, zginałeś pan, bo się na niéj nie zmieścisz mój tłuścioszku... tylko po szerokich i bitych traktach przechadzać się możesz.
Pan Dumolard wzruszył ramionami, skierował konia i udał się wolno w stronę przez strzelca wskazaną.
Obaczmy teraz co się stało z psiarnią, która za straconym tropem goniła o dwieście kroków blizko od jaskini Bête-puanta, wykradacza zwierzyny.




5.
Lumineau.

Ciągle milcząc i wietrząc, psy we wszystkich kierunkach przebiegały część lasu, w któréj Bête-puante pozacierał trop lisa; stary myśliwiec znowu dopędził psiarnię, a zachęcony obecnością pana i towarzyszących mu osób, uważnie, zgięty na koniu, z głową ku ziemi pochyloną, przejeżdżał całą przestrzeń, usiłując wynaleźć trop zagubiony i podszczuwając psy następnemi słowy:
Daléjże, szukajcie moje pieski, szukajcie moje zuchy!
Hrabia Duriveau, sam dobry myśliwy, który zapał i ogień charakteru zachował we wszystkich nawet rozrywkach, mianowicie zaś ucieszony, że tym sposobem ukryje wzruszenie jakiemu uległ z powodu dziwnego postępowania Scypiona, oddalił się od pani Wilson i jéj córki i dopomagał łowczemu, głośno psy do lepszego śledzenia zachęcając.
Gdy tak hrabia rozwijał charakteryzującą go gorączkową czynność, Scypio tymczasem, niedbale na siodle pochylony, bawił się dzwoniąc stalą swój ostrogi o stal strzemienia, przypatrywał się lekkim kłębom dymu cygara, unoszącym się w powietrzu, i słowa nie przemówił ani do pani Wilson ani do jéj córki, przy których stał obecnie.
Korzystając z chwili kiedy matka zajęta polowaniem, mniéj na nią zważała, Rafaela zbliżyła swego konia ku Scypionowi i smutnie rzekła do niego cichym i drżącym głosem:
— Scypionie... com panu zawiniła?
— Nic... odpowiedział wicehrabia nie przestając ścigać wzrokiem dziwne zakręty dymu swojego cygara.
— Scypionie... przerywanym i błagającym głosem odezwała się znowu młoda dziewica, a w jéj pięknych oczach łzy się zakręciły — Scypionie, skądże taka oziębłość... taka surowość... cóżem ci uczyniła?
— Nic... z tą samą lekceważącą obojętnością odparł Scypio.
— Przeczytaj pan, a może... będziesz miał litość... rzekła młoda dziewica, spiesznie wsuwając w rękę wicehrabiego mały liścik, który od chwil kilku z pod rękawiczki wyjąwszy miała na pogotowiu.
Vicehrabia niedbale wsunął liścik do kieszeni od kamizelki, i widząc że Rafaela znowu do niego przemówić zamyśla, przystąpił do pani Wilson, która właśnie z baczną ciekawością śledziła wszelkie poruszenia psów, i głośno zawołał:
— Jakże Pani Wilson, czy na prawdę znajdujesz jakąś przyjemność w polowaniu? Przyznaj pani, że polowanie, opera... i małżeństwo z miłości są to istotnie konwencyonalne tylko rozrywki.
Na te słowa Scypiona, Rafaela, niby przypadkiem zakryła prędko twarz małym zielonym welonikiem od kapelusza, żeby pani Wilson obróciwszy się do wicehrabiego, nie dostrzegła łez które po jéj licach spłynęły.
Mimo widocznéj wesołości i pozornego zajęcia, pani Wilson w milczeniu bacznie śledziła Scypiona; nieraz zadziwienie a nawet niepewna jakaś obawa zachmurzyły twarz młodéj wdowy, raziło ją niewczesne roztargnienie jego i lekceważenie względem Rafaeli... Potém, bezwątpienia w skutku niejakich spostrzeżeń, czoło pani Wilson znowu się wypogodziło; z szyderczym więc uśmiechem przyjęła dziwne pytanie wicehrabiego.
— Założę się, kochany Scypionie, wesoło odpowiedziała piękna wdowa, że mając lat dwadzieścia, zamiast małego spencerka, który tak pięknie ubiera każdego chłopczyka, wzdychałeś zapewne do nieznośnego fraka... abyś wyglądał na małego pana...
Ta odpowiedź na lekceważące zapytanie Scypiona zmieszała go nieco, mimo jego wielkiéj zarozumiałości, rzekł jednak ze zwykłą sobie zimną krwią:
— Nic zgoła nie rozumiem, moja kochana pani Wilson.
— Ależ na Boga! to przecie dość zrozumiało kochany Scypionie;.. dziecię rozpieszczone, w dwunastym roku życia pragnie uchodzić za małego pana; w dwudziestym naturalnie chce grać rolę człowieka znudzonego.
Pani Wilson dotknęła najdrażliwszéj strony Scypiona, zraniła jego dumę....
Opanowując jednak gniew wicehrabia z jak największą obojętnością i niby od niechcenia odpowiedział:
— Ah.... bah! pani utrzymujesz że ja gram rolę znudzonego?
— Tak jest, i dla znawców bardzo ją źle odgrywasz, biédny mój Scypionie; ale na nieszczęście.... za nadto dobrze.... dla naiwnych widzów.
A rzuciwszy czułe spojrzenie na swą córkę, pani Wilson zapewne dla rychłego uspokojenia smutku, który już kilka razy w Rafaeli dostrzegła, wesoło dodała:
— Daj pokój, daj pokój kochany Scypionie, nie miéj nadziei uchodzić za starego, kiedyś jeszcze młody; udanie takie na nic się nie zdało.... jest to suknia podług mody skrojona.... i nic więcéj.. — Tak, to dziwnie... tak... i cóż! Kobiécie w pewnym wieku wszystko powiedziéć wolno... wszystko, choćby rzeczy najśmieszniejsze.... a gdybyś nawet wyszydzić ją zapragnął, nigdy się to panu nie uda... Nadaremnie utrzymujesz: że polowanie, jest to konwencyonalna zabawa; bo pędząc za psami, gotów jesteś nawet kark skręcić.... małżeństwo... z miłości, konwencjonalna rozrywka... Ale nie... nic odpowiadajmy mu na to Rafaelo... I pani Wilson rzeźwo obróciła się do córki, któréj czarująca twarz już się temi słowy matki wypogodziła... Nie odpowiadajmy mu; wyglądałoby to jak stronnicza przechwałka... Opera, konwencyonalna rozrywka..,. a kiedy panna Stolz śpiewa, kiedy panna Carlotta tańczy, kiedy panna Baskina i śpiewa i tańczy... całe wasze przedscenie burzy się, ogniem pała.... nie widzieliśmyż, jak w uniesieniach szalonego podziwu na widok tych dwóch cudów talentu i powabu, a szczególniéj panny Baskiny, tej zarazem gazelli i słowika — pękały glansowane wasze rękawiczki, jak się przekręcały sztuczne węzły niejednéj chustki na szyi!.... I pan nazywasz się znudzonym?
Gdy pani Wilson wymówiła imię panny Baskiny, rysy Scypiona ożywił na chwilę jakiś szczególny wyraz; była to mieszanina szyderstwa, tłumionej dumy i zuchwałego wyzwania.
Badawcze rzucając spojrzenie na panią Wilson, Scypio zawsze z niezachwianą oziębłością, zawsze z cygarem w ustach, rzekł jéj:
— Dla czegóż nie uważasz mię pani za rozkochanego W pannie Baskinie?
— Alboż to znudzeni ludzie kochają się kiedy? przekonaj się sam jak źle swą rolę odgrywasz...
śmiejąc się powiedziała pani Wilson; a potem czułym i przekonywającym głosem, przywołując na twarz wyraz przyjacielskiej powagi, dodała: teraz kochany Scypionie, pomówmy otwarcie; tak jest, mam cię za znudzonego, i mocno mię to cieszy.... ale znudzonego wszelkiemi niegodnemi przyjemnościami, wszelkiemi zwodniczemi rozkoszami; dlatego téż sądzę i wiem, że wszystko co jest dobrém, prawém, szlachetném, delikatnym i wzniosłém, musi miéć i ma dla ciebie niepokonany urok nowości, dobroci i prawdy. Ale, otoż i ojciec pana nadjeżdża, znowu wesoło mówiła pani Wilson, nie zapomnijże się młody trzpiocie, i nie powiedz mu, żem z tobą jak szlachetna matka rozmawiała.
A zwracając mowę do zbliżającego się pana Duriveau, spytała:
— No, i cóż kochany hrabio, jakże idą łowy?
— Właśnie przybywam błagać panią o przebaczenie, żem ją zaprosił na zabawę, która się tak źle kończy.
— Jakto?
— Musimy się wyrzec nadziei uszczwania naszego lisa.
— A to dla czego?
— Bo nieszczęście chciało że psy trop straciły, i niepodobna znowu je nań naprowadzić.
— Łowy zatém chybione?
— Tak, pani; właśnie z téj tu strony kłody psy lisa straciły.... czyniliśmy wszystko co tylko można by wynaleźć stracony ślad, ale nadaremnie; przeszukaliśmy wszystko na około tego drzewa, sądząc że się może ukrył w otworze jakiéj jamy.... wszystkie poszukiwania były bezskuteczne; to rzecz szczególna!
— Uspokój się panie Durivcau, wesoło rzekła pani Wilson, pozostanie nam zawsze wspomnienie przyjemności jakiej doznaliśmy....
— A nam miła nadzieja, ze resztę dnia z paniami przepędzimy, jeźli pani raczysz wraz z panną Rafaelą i panem Dumolard zaszczycić nas w Trembly, gdzie nas czeka obiad w gronie kilku sąsiadów?....
— Wybranych, jak nie wątpię, z pomiędzy najznakomitszych wyborców naszéj okolicy, z uśmiechem rzekła pani Wilson; bo znam ja ambitne plany hrabiego; a więc dobrze, nie szczędzę trudu, będę się starała zjednać panu ich głosy, tylko mię posadź obok najuporczywszych, a przekonasz się....
— Nie wątpię bynajminéj o władzy jaką pani wywierasz, również z uśmiechem odrzekł hrabia, a skoro pani stajesz w obronie mojéj sprawy, niezawodnie wygram.... A zatem, dajmy pokój łowom. Potém hrabia dodał:
— Musimy wrócić na rozstajną drogę, gdzie czeka powóz pani, — no, Latrace, zesforuj psy!...
— A więc, Rafaelo, opuścimy polowanie, rzekła pani Wilson odwracając się do córki, z którą przez chwilę po cichu rozmawiała; a ta rozmowa wkrótce przywołała znowu szczęście i uśmiech na twarz młodéj dziewicy.
W téj chwili nadjechał pan Alcyd Dumolard, człowiek nadzwyczaj ostrożny; miarkował bieg swego wierzchowca. gdy objeżdżał dosyć znaczną przestrzeń aby się tu dostać; zbliżył się teraz do pana Duriveau i z tajemniczą miną zapytał:
— Co znaczy ta zgraja ludzi zbrojnych w widły i pałki, która tu nadciąga, wydając głośne okrzyki nakształt hasła?
— Nic o tem nie wiem, kochany panie Dumolard, odpowiedział dosyć zdziwiony hrabia.
Stary myśliwiec, zapytany spojrzeniem pana, pochylając się ku niemu, ośmielił się powiedzieć:
— Są to ludzie z dóbr pana hrabiego; udzielają zbrojną pomoc wachmistrzowi Beaucadet.
— Zbrojną pomoc? A to dlaczego? coraz bardziéj zdziwiony spytał hrabia.
— Dla schwytania bardzo niebezpiecznego zbójcy który zbiegł z więzienia w Bourges, i który od wczoraj się w tych lasach ukrywa.
— Ukrywa się tu w tych lasach! wykrzyknął pan Dumolard.
— Tak jest. panie, odrzekł myśliwiec; jeszcze dzisiaj rano widzieli go drwale zdaleka i....
Myśliwiec nagle zamilkł, i niby przysłuchując się dalekiéj wrzawie, oddalił się o kilka kroków.
— Jakto! niebezpieczny zbójca tu! zawołał Alcyd Dumolard, drżąc z przestrachu, a ja, niedawno byłem sam jeden, a ja mogłem go spotkać... a ten Scypio jeszcze na głos wykrzykuje, że jestem wypchany bankowemi biletami... O! co za niegodziwy żart!
— Ale milczże pan; rzekł vicehrabia wzruszając ramionami, nie ma tu żadnego niebezpieczeństwa, niepotrzebnie przestraszyłbyś twą siostrę; szczęściem że rozmawia z córką i nic nie słyszała.
— Panie hrabio! nagle zawołał Latrace pierwéj długo i uważnie przysłuchawszy się; panie hrabio! jeszcze nie traćmy nadziei....
— Co ty mówisz?
Lumineau goni.
— Ja nic nie słyszę... Czy pewno?
— O! najpewniéj!... jest to brylant naszéj psiarni; on zapewne jak zwykle, wybiegł o kilkaset kroków naprzód... Niechno pan hrabia słucha... a co? czy pan słyszy?
— W rzeczy saméj, odpowiedział hrabia, także nieco się przysłuchawszy, tak jest... słyszę go; ale z którójże on strony goni?
— O dwieście kroków ztąd, w stronie małego ugoru, przy skałach.
— Ah! na honor, moje panie — zawołał hrabia znowu zbliżając się ku damom — jaki to szczególny kaprys szczęścia: niedawno zrzekliśmy się wszelkiéj nadziei, a teraz znowu nam zaświtała; jeżeli schwytamy naszego lisa, będzie to istny cud, a czarownikiem który tego cudu dokaże, będzie ten nieoceniony Lumineau.
— On zawsze takie cuda dokazuje, rzekł stary myśliwiec i galopem popędził w stronę ugoru, w blizkości którego znajdowała się jaskinia wykradacza zwierzyny.
— Nic tak nie zachwyca jak nadzieja, kiedy następuje po rozpaczy, wesoło rzekła pani Wilson, rzucając wzrok czuły na córkę. — A zatém panie hrabio, obaczmy, czy ten czarownik Lumineau jak go tam nazywacie, dokaże obiecanego cudu czy nie?
To powiedziawszy pani Wilson galopem puściła konia; wszyscy jeźdźcy pospieszyli za nią, zmierzając wysokim lasem ku stronie, w którą popędził stary strzelec.
Sam tylko pan Alcyd Dumolard pozostał w tyle; potrzeba było zręcznie umiéć kierować koniem chcąc cwałem wyminąć ogromne jodły które się, jak piony na szachownicy krzyżowały. Pan Alcyd Dumolard nie usiłując nawet narazić swego wierzchowca na tę próbę giętkości, poprzestał na powolnéj jeździe stępo, lub małym truchtem, i zdała zdążał za resztą myśliwskiego orszaku; atoli widząc że mimo wszelkich wysileń coraz bardziéj oddala się od swych towarzyszy, pan Alcyd Dumolard uczuł w sobie jakąś okropną trwogę; bo myśl o niebezpiecznym zbójcy, którego w tych lasach i właśnie w tém miejscu ścigano, ustawicznie go niepokoiła.
— W krytycznéj chwili, taki zbój gotów na wszystko, a i bez tego o nieszczęście nie trudno.... te lasy tak są samotne — mruczał nasz tłuścioch pospiesznie pomiędzy drzewami, o ile mu ostrożność dozwalała.... A ten Duriveau przecież, wie, a tak pędzi, pędzi... nawet nie pomyśli o mnie... Jakież to samoluby ci ludzie!... a jego syn, jeszcze krzyczał żem wypchany bankocetlami.... Szczęście że jeszcze widzę.... tam.... moich towarzyszy.... poza drzewami.... Te czerwone suknie rażą oczy, ale mną cudnie kierują.
To mówiąc, pan Dumolard, miotany trwogą, to znów podżegany nadzieją, usiłował dogonić myśliwców, a korzystając z nieco więcéj otwartego miejsca puścił konia galopem.
— Ah!... zbliżam się, rzekł zdyszały; zawołam na nich.... może mię usłyszą.
I ciągle galopując, aby ich nie stracić z oczu, pan Dumolard wolał:
— Kochana siostro.... Melcy.... zaczekaj!...
Pani Wilson zapewne nie słyszała zadyszanego głosu swego brata, bo spiesząc za córką, która ją wyprzedzała, właśnie znikła boczną drożyną, prowadzącą między lasem w gęste i nieprzystępne zarośla.
— Duriveau!... cóż u djabła!... przecież poczekajcie na mnie!... całą siłą płuc swoich wołał Dumolard.
Ale i hrabia Duriveau, a za nim syn jego zniknęli.
— Co za brzydka obojętność! wolał pan Dumolard z goryczą i przerażeniem; ale dzięki Bogu, widzę drogę którą się udali.... zwrócili na lewo, i....
Pan Dumolard nie mógł dokończyć; koń jego powolnym bieżący galopem, nagle osadził, a skutek tego szybkiego poruszenia tak był gwałtowny, że pan Dumolard, rzucony na przednią część siodła, tylko co nie spadł przez głowę wierzchowca.
Klnąc pan Dumolard poprawił się na siodle, i wnet poznał przyczynę, która bieg konia tamowała; był to próżny rów, z brzegami wysoko usypanemi, na ośm stóp szeroki, sześć głęboki; rów ten przerzynał las w całéj jego długości.
Na widok tej szerokiéj, drogę tamującéj otchłani, rozpacz ogarnęła pana Dumolard; spostrzegł on na brzegu rowu ślady końskich kopyt, znać więc że myśliwi tę zaporę przebiegli. Stracił, niestety! wszelką nadzieję połączenia się z nimi, wolałby bowiem umrzeć raczéj, aniżeli przesadzić przez ten rów straszliwy. Wracać byłoby to jeszcze bardziéj oddalać się od towarzystwa, a słońce widocznie już schylało się ku zachodowi; działo się to bowiem w krótkich dniach miesiąca po porównaniu dnia z nocą, które wtenczas bez żadnego prawie przejścia od razu zapada.
— Jestem więc, nieszczęśliwy, wystawiony na łaskę tego zbójcy, wzdychając rzekł pan Duriveau. Trzebaż jeszcze, żebym jak naumyślnie miał na sobie ten przeklęty czerwony rajtrok, co tok mocno w oczy wpada... on mię o milę drogi dostrzeże ah! to okropnie!... Jeżeli zawołam o pomoc.... to zwabię zbójcę, który może się tu blisko ukrywa.... Ha! cóż począć?... Pojedźmy ponad brzegiem rowu, może też trafię na jaką ścieszkę.
W tém opłakanem położeniu pan Dumolard postępował ponad brzegiem rowu aż do miejsca, gdzie rów ten w łuk zginając się, przerzynać zaczął nieprzebytą gęstwinę młodych dębów. Zapuszczać się w te ciemne zarośla pełne pokrzyżowanych i posplatanych gałęzi, gdzie niebyło żadnej drogi, uważał pan Dumolard za rzecz równie prawie straszliwą, jak przesadzić rów; bo aby przebić się przez taką gęstwinę, wypadało poledz zupełnie na instynkcie i zwinności konia, schylić głowę, łokciami odsuwać gałęzie i puścić się naoślep.
Mimo przerażenia, jakiem go ten środek napawał, pan Dumolard zważywszy że go noc w tym przezroczystym lesie zaskoczyć może, a w takim razie jego przeklęty czerwony rajtrok zdaleka zwróci na siebie uwagę i znęci rozbójnika, namyślił się i z dwojga złego wybrał mniejsze. W nadziei zatém że się przecież raz połączy z resztą towarzystwa, postanowił torować sobie drogę przez zarośla; jakoż wkrótce dał się słyszeć straszny trzask łamiących się gałęzi, jakby ogromny dzik tam się przedzierał.
Pozostawmy pana Dumolard przygodom jego przeprawy, a w kilku słowach wyjaśnijmy cud jakiego spodziewano się po owym sławnym ogarze, na którego głos myśliwi udali się w stronę jaskini wykradacza.
Kiedy Lumineau i inne psy, rozbiegłszy się na wszystkie strony, nadaremnie szukały straconego tropu lisa, nieoszacowany ten ogar, obdarzony zadziwiającym instynktem, wyprowadził sobie następujący logiczny wniosek: Skoro lis tyle jest chytry że ogromne wykonywa skoki, aby tym sposobem trop swój przerwał i wprowadził w kłopot szlachetną psiarnię, która go ściga jedynie dla honoru, bo swą dumę na tém ogranicza aby lisa schwytała i zdusiła (gdyż psy niepokonany wstręt czują do lisiego mięsa); a zatem dzielny ogar, pragnąc znowu wynaleźć ślad zdrajcy, który przecież w powietrzu zginąć nie mógł, oddalać się powinien ile można od miejsca, w którem trop stracił i coraz większe obiegać koła, aż znowu ślad zbiega znajdzie. I w rzeczy saméj lis, mimo dwóch czy trzech ogromnych skoków któremi tu trop swój przerwał, musiał przecież znowu ruszyć daléj zwykłym biegiem, i udać się albo w prawo albo w lewo, albo w tę lub w owę stronę miejsca, gdzie psy ślad jego straciły. Gdy zaś psy w swém kołowaniu coraz to rozleglejszą przestrzeń zakreślają, przeto muszą koniecznie znaleźć punkt wyjścia zwierzęcia.
Lumineau więc wprowadzając natychmiast w wykonanie tę wyborną teoryę, opuścił resztę psów, bezskutecznie na jedném i tém samém miejscu tu i owdzie szperających, i końcem nosa wietrząc ziemię, zaczął w chyżym pędzie coraz obszerniejsze zakreślać koła, a tém samém naprzód dostał się na ugór; stamtąd pospieszył na skały, między któremi znajdowały się kamieniami i cierniskiem pokryte drzwi jaskini, w któréj się ukrył Bamboche. Czytelnik zapewne pamięta, że lis zaledwie przez sekundę spoczął na tych kamieniach, nim nowy skok wykonał; ale Lumineau delikatnym swym węchem natychmiast zwietrzył ostre wyziewy cuchnącego zwierza... i tryumfującem szczekaniem zaczął przywoływać do siebie zwątpiałych już myśliwych.
Po tém pierwszém powodzeniu Lumineau, za temi kamieniami znalazłszy nową przerwę tropu, powinien był znów rozpocząć koliste swoje wietrzenie, a o trzydzieści kroków ztamtąd byłby trafił na zupełny i już nieprzerywany trop lisa; ale usłyszał jakiś głuchy dźwięk pod nogami i w mniemaniu (błąd ten wybaczyć mu należy) że lis ukrył się w jamie w pobliżu tych kamieni będącéj, podwoił szczekanie, żwawo zaczął kopać przedniemi łapami, i wkrótce odgrzebawszy ciernie i ziemię, odkrył część otworu prowadzącego do jaskini.
Tymczasem przybyli na ugór, naprzód łowczy Latrace, potem hrabia, daléj jego syn, pani Wilson i Rafaela.
— Lis już nasz! skrył się tylko do jamy! zawołał stary myśliwiec, widząc że pies tak zajadle ziemię drapie.
A zeskoczywszy z konia, rękojeścią swego harapa pospieszył dopomódz poczciwemu Lumineau w rozszerzaniu otworu.
Hrabia Duriveau uniesiony przyjemnością polowania i radością z tak szczęśliwego skutku poszukiwań, zeskoczył także z konia, ukląkł, nic wstydząc się tego, obok swojego strzelca i dopomógł mu w szybkiém osłonieniu przystępu do jaskini, którą miał za lisią jamę.




6.
Jaskinia.

Po upływie kilku minut, hrabia Duriyeau i strzelec jego podnieśli kamienie spojone ziemią, i odkryli drzwi prowadzące do jaskini wykradacza zwierzyny, a na teraz niespodzianego schronienia zbiega Bamboch’a.
Pani Wilson i jéj córka pochylone na szyjach swych wierzchowców, czekały na rozwiązanie tego zjawiska; sam nawet Scypio, mimo swéj lekceważącéj obojętności, dzielił powszechną ciekawość.
— Ależ to nie jama! — nagle zawołał hrabia Duriveau, gdy nakoniec postrzegł drzwi ogołocone z kamieni i cierniska.
A nie dojrzawszy przez szczeliny mocnych drewnianych dylów żadnego światła w jaskini, dodał coraz bardziej zdziwiony:
— Można mniemać że to wejście do jakiegoś a podziemnego sklepienia.
— Do podziemnego sklepienia! powtórzyła uradowana pani Wilson, ach! to bardzo romantyczne! nie każdemu szczęści się coś podobnego zobaczyć; w obecnych czasach podziemne sklepienia są zbyt rzadkie.
— Czy to jest podziemne sklepienie, czy nie, nasz lis musiał się tu skryć koniecznie, wykrzyknął stary myśliwiec i podniósł drzwi, które otwierając się w na wicianych zawiasach, dozwoliły widziéć wązkie a spadziste wejście.
— Ah! to rzecz szczególna, z zastanowieniem rzekł hrabia, że taka podziemna jaskinia w moich lasach istnieje, a nikt mię dotąd o niej nie uwiadomiLł. Czy i ty Latrace o niéj nie wiedziałeś? spytał hrabia swojego strzelca.
— Nie...panie hrabio...nic zgoła nie wiedziałem... po raz pierwszy od chwili odkrycia jaskini, stary myśliwiec zdawał się być zakłopotanym, bo mu zapewne jakaś nowa myśl przyszła do głowy.
— Sam przejrzę to podziemie, rzekł hrabia Duriveau, i przekonam się dokąd prowadzi.
— Pan hrabia nie potrzebuje sam schodzić, rzekł Latrace, poszlijmy tam naszego Lumineau, a zaraz przekonamy się czy lis lara się znajduje. Tu! Lumineau, szukaj! dodał stary myśliwiec, pokazując psu wejście do jaskini.
Pies wskoczył do niéj.
Hrabia nie odpowiadając na uwagę strzelca, zabierał się także do jaskini, i w tym celu oddał już konia dojeżdżaczowi, gdy pani Wilson obracając się do pana Duriveau, zawołała:
— Ostrożnie, kochany hrabio, byłoby nierozwagą tak się narażać.
— Dzieciństwo, pani! śmiejąc się odpowiedział hrabia — czy sądzisz że z téj jaskini wypadnie lew lub tygrys? Niestety! te lasy są zbyt skromne dla takich gości. Racz więc pani darować, że ją na chwilę opuszczam, ciekawość moja do najwyższego stopnia obudzona.
— Uspokój się pani, z drwiącym uśmiechem przerwał Scypio, ja podzielę sławę i niebezpieczeństwo mojego ojca.
I także zsiadłszy z konia zbliżył się do hrabiego.
— Szczególna rzecz, rzekł tenże, stanąwszy na piérwszéj stopie w ziemi wykopanéj, i zapuszczając Wzrok w ciemności jaskini — możnaby powiedziéć, że dostrzegam coś nakształt odblasku świécy.
— To zakrawa na fantastyczność! zawołał: Scypio wtykając lornetkę między obie powieki.
Właśnie gdy hrabia miał zamiar spuścić się pod ziemię, odgłos licznych i zewsząd zbliżających się kroków, zwrócił uwagę jego i innych widzów téj sceny; stojąc więc nieporuszony jedną nogą wewnątrz a drugą zewnątrz jaskini, hrabia postrzegł nadciągających rozmaitemi drogami ku ugorowi około trzydziestu wieśniaków, nędznie ubranych a uzbrojonych w widły, cepy, kosy i ogromne pałki.
Gdy te rozmaite gruppy się zeszły, ludzie zdający się im przewodniczyć, skoro się tylko dostrzegli, wszczęli między sobą następującą rozmowę:
— I cóż?
— Nic... a wy?
— I my nic, a przejrzeliśmy najmniejszy nawet krzaczek.
— A my każde drzewo, bo nawet gałęzie, jakbyśmy na wiewiórki polowali.
— A my zaglądaliśmy do każdego dołu.
— A przecież nic... i nic.
— Może ojciec Lancelot, który wprost za panem Beaucadet swoich poprowadził... był szczęśliwszym; może on schwycił zbójcę.
— Co to za banda łotrów, co sobie tak po moich lasach plondruje? zmarszczywszy czoło hrabia Duriveau zapytał swego strzelca.
— Jestto obława na rozbójnika, o którym niedawno wspominałem panu hrabiemu.
— Rozbójnika? spytała pani Wilson zbliżając się wraz z córką ku hrabiemu.
— Nie chciałem pani niepokoić, z uśmiechem rzekł pan Duriveau, zataiłem jéj więc zdarzenie, które wraz z dopiero odkrytą jaskinią cały romans stanowić może. Oto utrzymują, że jakiś bandyta, zbieg z więzienia w Bourges, ukrywa się w tych lasach.
— I pan chciałeś wejść do tego podziemia! z przerażeniem zawołała pani Wilson; o Boże! kto wié czy ten człowiek tam właśnie nie ukrywa się.
— Prawda, odpowiedział hrabia, szybko postępując ku otworowi jaskini, od którego na chwilę był się oddalił aby pomówić z młodą wdową — być może, że ten bandyta tam jest; chcę się o tém osobiście przekonać...
— Na Boga żywego!... wstrzymaj się pan!... zawołała pani Wilson, lekko zsuwając się z konia; poczém szybko przystąpiła do hrabiego i rzekła:
— Jeżeli ten człowiek tam się ukrył, rozpacz każe mu użyć wszelkich środków obrony! Zaklinam pana! nie popełniaj tak nierozważnego czynu!
— Moja lękliwa i miła przyjaciółko — śmiejąc się odpowiedział hrabia — kiedym niedawno widział panią gotową przebyć najniebezpieczniejszą przeszkodę, czyliżem nie wołał: Po co to nierozsądne popisywanie się!.... Pozwól mi pani teraz, niech ci odwetuję.
Scypio tymczasem dopomógł Rafaeli zsiąść z konia i zcicha szepnął jéj kilka słów do ucha; następnie przyprowadził do matki, która zwracając mowę do wicehrabiego, rzekła;
— Dopomóż-że mi Scypionie, wstrzymajmy ojca od tak niebezpiecznego zamiaru!... Jakże, chce sam jeden uwięzić zbójcę, który się może tam ukrywa!..
— Słuszna uwaga, rzekł Scypio do ojca z zimnym i szyderczym uśmiechem — istotnie twoje poświęcenie się jest wzniosłe, bohaterskie, przyznaję; lecz nieco przesadzone... Chcesz zastąpić żandarma, no! nie zazdroszczę ci! Ale nie odbiéraj mu chleba.. nie chwytaj mu złoczyńcy przed samym nosem. A że żandarmi są tu w pobliżu, to Latrace wsiądzie na koń i przywoła ich.
— Jakkolwiek trzpiot, Scypio ma w tém słuszność, odezwała się pani Wilson do hrabiego — najusilniéj więc pana proszę, nie wdawaj się w tę sprawę.
— Owszem, pani, Scypio nie ma słuszności, stanowczo odpowiedział hrabia: każdy człowiek prawy powinien chwytać złoczyńcę, gdziekolwiek go spotka, a mianowicie gdy temu towarzyszy niebezpieczeństwo.
— Milczże..! bo mię poniżasz; mówisz jak sołtys w kłopocie, odezwał się Scypio do ojca, łokciem go potrącając.
Zuchwałe i zimne szyderstwo Scypiona i tym razem znowu hrabiego z dwóch względów obraziło: bo obawiając się nieprzyjemniejszego może wypadku, musiał znieść to szyderstwo w obec kobiéty którą ubóstwiał; bo musiał milczeć w obec téj którą zamierzył wzruszyć tym czynem odwagi, skąd inąd niezaprzeczonéj. Ale Pan Duriveau i teraz umiał być panem siebie, spojrzał tylko zimno na syna i bliżéj przystąpił do otworu jaskini.
— Przyjaciele, rzekła teraz pani Wilson do wieśniaków, nie opuszczajcie pana hrabiego, idźcie za nim... brońcie go w razie potrzeby.
Cała okolica lękała się hrabiego Durireau; znano jak byt surowym dla swych officyalistów, jak ostro karał najmniejsze ubliżenie swoim prawom właściciela ziemskiego; wreszcie rozkazujący ton mowy, dumne obejście, srogie oblicze, wszystkich od niego odstręczało lub trwogą przejmowało; zamiast więc usłuchać prośby pani Wilson i otoczyć hrabiego w chwili gdy zamierzał spuścić się do jaskini, jeden wieśniak rzekł półgłosem:
— Kiedy się panu hrabiemu podobało aby sam jeden schwytał zbójcę, to niechże sobie chwyta,... my przy tém nie obstajemy.
— Wiem ja o tém dobrze, żeście nikczemni tchórze, pogardliwie odpowiedział pan Duriveau.
— Tchórze... ten... rzekł jakiś biedak z blademi ustami, i twarzą od gorączki grasującéj w okolicy mocno zmienioną, ha,... tchórze,... gdyby mi zbójca co złego wyrządził, ucierpiałaby na tém moja żona i moje dzieci... bo oni mnie tylko mają.
— O! podłe, zezwierzęciałe plemię! z gorzką pogardą rzekł hrabia. Dla was ta obława jest tylko sposobnością do włóczenia się tłómami, do plondrowania moich lasów, do wypłaszania mojéj zwierzyny, lub do wykradania jéj na miejscu jak to umiecie... Przepróżnowaliście i przełajdaczyliście cały dzień; musicie być kontenci!
— Nie przyszliśmy tu dla naszéj zabawki, panie hrabio, nieśmiało rzekł jeden wieśniak; pan burmistrz wezwał nas w imieniu prawa;... a dla nas biedaków... dzień próżnowania... jestto dzień bez chleba.
— Doprawdy? To więc dla tego w dni niedzielne tarzacie się po szynkach, pijaki! z pogardliwą ironią odparł hrabia. Jeżeli dla braku pracy niedziela jest dniem bez chleba, to dla was bynajmniéj nie jest dniem bez wina; bo upijacie się jak bydlęta. Dawniej byłem tyle nierozsądny że mię uwodziły wasze płacze i narzekania, ale teraz już was znam.
— Dobrze. — dobrze ojcze! odezwał się Scypio, odzyskałeś znowu mój szacunek; ale przed chwilą zakrawałeś rai nieco na uczciwca, jak np. w Henryku Momier... i djabelnie wyglądałeś na krajczany pantofel...
Spokojni i dobroduszni wieśniacy, przywykli do licznych upokorzeń, już to nędzą, już przymuszonemi względami dla tych którzy z nich ciągną korzyści, już nokoniec nieznajomością własnéj godności, tym nieuniknionym skutkiem niedoli i ciemnoty; wieśniacy, mówimy, smutnie zwiesiwszy głowy, bez gniewu słuchali ostrych wyrzutów pana Duriveau, atoli jeden z nich, osiwiały staruszek, bojaźliwie odpowiedział na zarzut próżnowania w niedziele.
— Wszakże i Bóg siódmego dnia odpoczął,... panie hrabio; a czemużbyśmy my biedacy tego czynić nie mieli?
— Dosyć tego, wyniośle zawołał pan Duriveau. Uczynię to czego żaden z was nieśmiałby, i nic w tém dziwnego!
I podniecony prawdziwą odwagą, jak niemniéj chęcią okazania się wyższym nad gmin który rzeczywiście uważał za plemię podlejsze od swojego, hrabia, mimo próśb pani Wilson i Rafaeli, która głos swój z głosem matki połączyła, bez broni wszedł śmiało w podziemie, rozkazującém spojrzeniem zabroniwszy staremu Latrace, aby nie szedł za nim.
Bądź dla tego że pan Duriveau zapomniał zalecić synowi aby pozostał na zewnątrz, bądź téż iż milczący liczył na jego pomoc, dosyć że Scypio udał się za nim; pierwéj jednak zapalił trzecie cygaro i z właściwą sobie szyderczą oziębłością poszedł w ślady ojca, powiedziawszy do pani Wilson:
— Moje panie.... módlcie się za has...ale prosiło chór...
I machinalnie końcem łowieckiego harapnika otrzepując zakurzone bóty, niedbale zaczął spuszczać się w jaskinię.
Prowadziło do niej ośm lub dziesięć wązkich stopni grubo w ziemi wykopanych; ojciec i syn wkrótce więc znaleźli się wpośród obszernéj groty naturalnéj, wydrążonéj pomiędzy skałami, których wyższa część w oderwanych massach zalegała u góry. Na zewnętrznéj stronie tych skał, traf czy téż ręka człowieka utworzyły otwór cierniskiem na wpół przykryty, który prowadził do jaskini i zarazem przepuszczał do niéj powietrze i światło. Ten to promień światła wspólnie z bladym połyskiem małego żywicznego kagańca, rzucając blask dziwny, grobowy, dozwolił hrabiemu Duriveau postrzedz obraz na którego widok zadrżał i krokiem wstecz cofnął się.
Bamboche również zadrżał, gdy ten obraz pierwszy raz zobaczył; atoli wzruszenie zbiega było, skutkiem wspomnienia które go trwogą i boleścią przejęło.
W głębi groty, na wzniesieniu z nagromadzonych kamieni urządzoném, stała kolebka z sitowia upleciona, a w tej kolebce, usłanéj świeżemi różyczkami, leżało malutkie niedawno zmarłe dziecię: leżało zaś tak powabnie, kolorki tak miało świeże i miłe, iż sądziłbyś że śpi. Nic więcéj zapewne żyło jak miesiąc. U stóp kolebki, bez wątpienia w miejscu grobowej pochodni, gorzał żywiczny kaganiec.
Przy półcieniu w téj jaskini panującym, można widziéć było drewnianą skrzynię, zastępującą miejsce łóżka, zasłaną liściem zeschłéj paproci; obok tego łożyska znajdował się wązki otwór jakby do jakiéj galeryi górniczéj wiodący, przez który tylko czołgając się człowiek przejśćby zdołał. Ta spadzista galerya prowadziła z głębi jaskini aż na wierzch zewnętrznéj ściany, jak o tém przekonywało blado niebieskawe światło przebijającego się blasku słonecznych promieni, Oba wyjścia z téj jaskini, zostawione otworem, świadczyły o zniknięciu Bambocha.
Vicehrabia połączył się z ojcem właśnie w chwili gdy ten drżący cofnął się na widok skromnego i tajemniczego grobowca dziecięcia, które spoczywało w kolebce świeżym kwieciem usłanéj. Wówczas nawet, gdyby wrażenie jaki ten prosty, rozrzewniający i bolesny obraz wzniecić musiał, vicehrabiego choć chwilowo tylko wzruszyło, on jako człowiek znudzony, zakamieniały, musiałby stłumić w sobie to uczucie; ale serce tego młodzieńca, szybko i w samym już kwiecie zwiędłego w zgniłe atmosferze którą oddychał od piętnastego roku życia, oschło na prawdę; on nie udawał téj oschłości jakbyśmy chętnie mniemać chcieli, ale owszem popisywał się z nią zuchwale. Dla tego więc, gdy ojciec mimowolnie ulegając uczuciu litości i zajęcia, zapominając że go miał i chciał ukarać za krzywdy wyrządzone Rafaeli, rzekł do niego lekko drgającym głosem:
— Scypionie... patrzno... na tę biedną zmarłą dziecinę.
Scypion włożył lornetkę w oko i odpowiedział:
— Do licha! przecię widzę... to jakiś zarżnięty baranek, zmarły owoc błędu jakiejś wiejskiéj cnotki, epizod zżycia uwieńczonéj dziewczyny — a potém, obejrzawszy się wkoło i końcem harapnika wskazując ojcu otwór drugiego wyjścia z jaskini, dodał: Jeżeli ten, którego te wiejskie niedołęgi nazywają zbójcą tu był ukryty, zapewne umknął tą dziurą... a że tu nie ma ani zbójcy ani lisa, zatem podwójne łowy chybione... A co? przyznaj sam, że to piękna rzecz ta niewinność wiejskich obyczajów“? Wierzże tu teraz w ich śmietankę i świeże jaja!
To powiedziawszy, wykręcił się na piętach i zamierzał wyjść z podziemia.
Mimo zatwardziałości charakteru swojego, Duriveau uczuł się zrazu dotknięty, może nawet upokorzony (bo on okazał czułość), okropna oziębłością Scypiona; ale że ostatnie słowa syna schlebiały ulubionym zasadom hrabiego, i, że się tak wyrazimy, niby popierający dowód, przyszły w pomoc nieuleczonéj pogardzie jego dla pewnéj klassy ludzi, rzekł więc po chwili:
— Wiem ja dawno, że gmin wiejski jest równie zepsuty jak gmin miejski.... że wiejski kał stanie za miejskie błoto!
A ulegając, jak zawsze, piérwszemu poruszeniu, hrabia porwał kolebkę i z wielkiém zdziwieniem syna unosząc ten smutny ciężar, nagle wyszedł z jaskini; potém zwróciwszy mowę do wieśniaków niecierpliwie oczekujących wypadku poszukiwań, piorunującym głosem zawołał:
— Patrzcie, czcigodni wieśniacy, nieszczęśliwi, a nadewszystko cnotliwi śmiertelnicy! oto tak wasze córki postępują ze swemi dziećmi... skoro są im na zawadzie.
I postawił kolebkę na urwisku skały.
W czasie chwilowéj nieobecności pana Duriveau, Latrace ulegając prośbom pani Wilson, pojechał aby wezwać pana Beaucadet i kilku żandarmów; wkrótce téż wachmistrz przybył w towarzystwie dwóch szeregowych, i właśnie zsiadł z konia gdy hrabia do zgromadzonych wieśniaków miał tę gromiącą mowę.
— Zmarłe dzieciątko!...zawołali wieśniacy cofając się z przerażenia, gdy spojrzeli na kolebkę.
— O matko! co za okropność! poszepnęła Rafaela, i rzuciła się w objęcia pani Wilson.
— Ah! panie,... a moja córka... zwracając się do hrabiego, tonem bolesnego wyrzutu zawołała pani Wilson.
Duriveau zapóźno uczuł niewłaściwość swojego postępku.
— Dzie-cio-bój-stwo, rzekł pan Beaucadet — według swego zwyczaju w ważnych okolicznościach przedłużając każdą sylabę — dzie-cio-bój-stwo, powtórzył; poczém odepchnął wieśniaków, zbliżył się do kolebki i wziął ją pod swą opiekę. Cierpliwości,...już to ja się znam na tém, już to moja rzecz!
A przypatrzywszy się bacznie zwłokom dziecięcia, postrzegł jakiś przedmiot, którego hrabia w półcieniu jaskini widziéć nie mógł, i zawołał:
— Ah! ha! papiér!... Ta niewinna ofiara ma przywiązaną kartkę do szyi... baczność!
Wszyscy widzowie téj sceny, oprócz pani Wilson, która trzymała w objęciach swoich drżącą córkę, zbliżyli się z trwogą do pana Beaucndet i do kolebki, szepcąc pomiędzy sobą
— Dziecię ma kartkę na szyi!
W rzeczy saméj do czarnego jedwabnego sznurka obwiązanego wkoło szyi dziecięcia, przymocowany był papiér, który Beaucadet szybko rozwinął i w zapale pierwszym prędko odczytał, nie przebiegłszy go nawet poprzednio spojrzeniem.
Całe pismo zawierało się w następujących wyrazach, które wachmistrz na głos wymówił:
Pragnę aby syn mój, podobnie jak ojciec jego, nazywał się Scypio Duriceau...
— Ach! to szczególniejsza, rzekł Scypio z niewzruszoną obojętnością zapalając czwarte cygaro.
Rafaela Wilson dowiodła prawdziwéj mocy duszy. Słysząc te słowa, uczuła w sercu ból ostry, srogi. Zrazu sił pozbawiona, musiała chwycić się ramienia swéj matki, iżby nie padła na ziemię; lecz wkrótce odpiérając cios równie okropny jak niespodziany, znalazła w sobie potrzebną energią, i odważnie zniosła cały jego ciężar... w chwilę późniéj, zamieniała z matką długie, nieopisane spojrzenie.




7.
Tąjemnice.

Pragnę aby syn mój i podobnie jak ojciec jego, nazywał się Scypio Duriveau...
Tak brzmiało pismo zawieszone na szyjce zmarłego dziecięcia.
— Ah!to szczególniejsza, odpowiedział vicehrabia zapalając cygaro.
Odczytanie tego pisma, przerażająca nieczułość, zuchwała obojętność vicehrabiego, w zdumienie wprawiły wszystkich widzów téj sceny.
Hrabia, nieporuszony, milczący, z gniewném zdziwieniem patrzył na syna, pomnąc jedynie na nieszczęsny skutek, jaki to odkrycie wywrze zapewne na umyśle Rafaeli Wilson. Ta zaś konwulsyjnie ściskała rękę matki, wpoiwszy w nią swe duże, łzami zalane oczy. Wieśniacy, mimo wrodzonéj łagodności i pokory, oburzeni zimnem zuchwalstwem Scypiona, głucho szemrać zaczynali. Pan Beaucadet, zmieszany swą niezręcznością (bo przejęty był względami najwyższego szacunku dla pana Duriveau, tego wzoru właścicieli), w politowania godnym kłopocie, machinalnie spoglądał na nieszczęsne pismo; a tymczasem burza coraz groźniéj wrzała. Nagle, przypomniał sobie, że w pierwszém uniesieniu nie czytał podpisu, spodziéwał się więc że skoro ogłosi nazwisko ofiary, odwróci od uwodziciela wzrastające oburzenie wieśniaków, które co chwila wybuchem groziło. Dla tego téż nasz wachmistrz zaczął znowu z wszelką powagą:
— Kartkę tę podpisała nieszczęśliwa która... nikczemnica co... Nakoniec... więcéj wiedzieć nie potrzebujecie; dosyć że podpisała.
— Kartka podpisana? szepnęli wieśniacy.
— Tak jest,... dzie-cio-bój-czy-ni podpisała; roztrzepana zbrodniarka podpisała, najuroczystszym tonem rzekł pan Beaucndet; podpisała,... a jest nią...
Złowrogi szmer przebiegł pomiędzy wieśniakami; z natężoną ciekawością niespokojnie patrzyli na pana Beaucadet.
— A jest nią... mała Bruyére... indyczarka na folwarku Grand Genevrier.
Na te słowa, Scypio, mimo niezachwianéj bezczelności, zadrżał, krew mu na twarz wystąpiła, blade lica zarumieniły się na chwilę; ale niespuszczająca go z oka Rafaela, sama jedna tylko dostrzegła to przemijające wzruszenie, którego opanować nie mógł.
Wieśniacy dowiedziawszy się, żętą nieszczęśliwą ofiarą, że tą winną jest Bruyére, młoda szesnastoletnia dziewczyna, któréj przypisywano pewien wpływ nadnaturalny, a któréj nadzwyczajna piękność, miła dziwaczność i rozczulająca dobroć, wielbione były w całéj téj ubogiéj okolicy; wieśniacy, mówimy, przesądni a ciemni, zaledwie gniew i oburzenie dłużéj pohamować zdołali.
Beaucadet postrzegł po niewczasie że położenie Scypiona pogorszył; szemranie zrazu głuche, nagle wybuchło w głośnych narzekaniach i obelgach.
— Bruyére biedna dziewczyna!...
— Ten nasz duch opiekuńczy!
— Tak miła!... tak dobra!
— I ją uwieść, o! co za niegodziwość!
— I jeszcze mówią że zabiła swe dziécię!..
— Ona.... o! nigdy!
— I nazywają nas tchórzami!
— O! gdyby to biedna Bruyére była moją siostrą, wtrącił inny.
— Kochana Bruyére, ozwał się znowu jakiś głos wzruszony, wszak ona tak dobrze jakby nasza siostra, bo chociaż zaczarowana[3], przecież każdy ją kocha jak brat, bo ona swych czarów używa na świadczenie nam dobrego.
Zażalenia i wykrzyki coraz stawały się groźniejsze. Gniew wzbudzony zuchwałością Scypiona, powiększyła jeszcze powszechna nienawiść ku ojcu; nienawiść długo powstrzymywana nawyknięciem do zdania się na wolę Boga i tym wszechwładnym urokiem jaki w tej pustéj prawie okolicy dotąd jeszcze osłania bogaczy.
Te twarze, niedawno tak pokorne, bojaźliwe, teraz nabrały wyrazu groźby; pani Wilson i jéj córka, coraz bardziéj przestraszone, przybliżyły się do hrabiego i do Scypiona, a tymczasem Beaucadet dotknąwszy rękojeści swego pałasza rzekł do wieśniaków:
— Baczność na komendę!
A widząc że wieśniacy ściskają swe koło i coraz bardziéj zbliżają się do wicehrabiego i jego ojca, nakazującym głosem dodał wachmistrz:
— Zgro-ma-dze-ni! w imieniu prawa, które każdy znać powinien, zgro-ma-dze-ni! rozejdźcie się i wracajcie do domów.
Tymczasem Scypio, z wzniesioną głową, niewzruszoną postawą, zarozumiałą miną, lewą rękę niedbale utkwiwszy w kieszeni swych łosiowych spodni a prawą machinalnie uderzając harapem po eleganckich botach, młodzieniec z rzadką odwagą stawił czoło wieśniakom. Złość, pogarda i gniew nadawały jego przyjemnym, lecz zwykle zniewieściałym rysom, wyraz niezachwianéj odwagi: oczy błyszczały żywo i śmiało, policzki lekko się zarumieniły, a usta wyglądając z pod jasnego jedwabistego wąsa, ściągnięte zuchwałym uśmiechem, nieco przyspieszonemi kłębami wypuszczały dym cygara.
W téj chwili Rafaela, cisnąc się do matki coraz bardziéj zatrwożona, rzuciła na Scypiona długie spojrzenie boleści i wyrzutu. Niestety! nigdy Scypio nie wydał się jéj piękniejszym.
Sam nawet hrabia Duriveau, z pewnych przyczyn nader dotknięty tym wypadkiem, nie mógł stłumić w sobie uczucia dumy na widok nieustraszonéj postawy syna. Mimowolnie ulegając władzy z zasad moralnych, któremi i najwyrodniejszy ojciec nie śmie pogardzać skoro mówi do syna w obec innych, pan Duriyeau głośno i dobitnie rzekł do wicehrabiego:
— Ważny ciąży na tobie zarzut, mój synu; ale mam nadzieję, że mimo pozorów, nie jest uzasadniony... Nie sądź, iżbym bardziéj aniżeli ty obawiał się tych szaleńców; lecz miło mi iż nie dałeś najmniejszego powodu, aby je do ciebie stosować miano.
Skoro hrabia zaczął mówić, nastało głębokie milczenie w tłumie; każdy z natężoną ciekawością czekał na odpowiedź Scypiona. Smutném, błagającém spojrzeniem Rafaela zdawała się zaklinać vicehrabiego aby położył koniec téj przykréj scenie.
— Odpowiadaj, Scypionie,... odpowiadaj! zawołał hrabia.
— Oświadczam, spokojnym i szyderczym głosem rzekł vicehrabia, prowadząc lornetką w około, oświadczam że zrazu uważałem to za rzecz śmiechu godną, iż pasterka indyków jakby dla zabawki, imieniem mojém ozdobić raczyła owoc swych wiejskich i... niesfornych rozrywek; lecz w obec tych nikczemnych szermierzy indyczarki, jak sztoki pijanych uważam za rzecz pocieszną ogłosić, że to dziecię jest moje.
A gdy to oświadczenie Scypiona przyjęto wybuchem wściekłych okrzyków, nasz młodzieniec z zaiskrzoném okiem, drzącemi usty, nieustraszoném czołem postąpił parę kroków naprzód, skrzyżował ręce na piersiach, i prawie dotykając wieśniaka który się najbliżéj niego podsunął, krótko i pewnie powtórzył:
— Tak jest, to moje dziecię... Ale... cóż stąd?
Spojrzenie, ruch, postawa Scypiona, wyrażały tak nieustraszoną wyższość, że zrazu kilku wieśniaków cofnęło się mimowolnie; atoli po tém piérwszém ich poruszeniu nastąpiła straszna reakcja. Rozjątrzenie doszło do najwyższego szczytu; wieśniak silną ręką schwycił Scypiona za barki, wykręcił nim młynka, że się tak wyrazimy, i zmusiwszy aby się odwrócił ku kolebce złożonéj na skale, zawołał:
— Nieszczęśliwy! i ty masz serce drwić w obec zmarłéj dzieciny... Spojrzyjże na nią... jeżeli śmiesz...
Scypio zadrżał po raz drugi, nie z bojaźni ale ze wzruszenia, a przez chwilę wzrok jego mimowolnie spoczął na bladéj twarzyczce dziecięcia.
— Ha! łotrze! i ty śmiesz podnieść rękę na mego syna, gwałtownie wrzasnął hrabia porywając za kołnierz wieśniaka, który Scypiona zmusił do obrócenia się ku zmarłemu dziecku.
Wtém nagłe wołanie: na pomoc! zbójca! — coraz głośniejsze, coraz bliższe, odwracając uwagę zdziwionéj gromady, sprawiło szczęśliwą zmianę na korzyść hrabiego i Scypiona; obaj też szybko wywinęli się napastnikom, którzy z niespokojną ciekawością spoglądali w stronę ugoru.
Człowiek niezmiernie otyły, prawie nagi, bo zaledwie w koszuli i zabłoconych gatkach, z wyrazem przestrachu na twarzy, padł na środek ugoru, wołając ciągle:
— Na pomoc! zbójca! ratujcie! ratujcie!
Mimo litością przejmującéj trwogi tego człowieka, jego oblicze, dziwaczny ubiór, zupełnie włosów pozbawiona głowa (bo pan Dumolard, a czytelnik poznał go zapewne, czarną peruką pokrywał łysinę), niekształtna tusza, nadawały mu tak komiczną postać, że obecna scena śmiechem się zakończyła.
Na widok munduru pana Beaucadet, Dumolard biorąc go zapewne za uosobienie opiekuńczéj sprawiedliwości, tak gwałtownie rzucił się w jego objęcia że omal nie obalił i nie udusił zacnego wachmistrza.
— Mój wystrojony mo-ści do-bro-dzie-ju! rzekł Beaucadet usiłując wymknąć się konwulsyjnym uściskom Dumolarda; zbyt jesteś nieskromny... mamy tu kobiéty... umknij się, okryj się... i wytłómacz się.
— Ocal mię, panie wachmistrzu! broń mię! pomścij mię! na zabój wrzeszczał pan Dumolard.
— Ależ, nieszczęśliwy sankulotto!! mówię ci że mamy tu kobiéty!.. powtórzył Beaucadet; musisz być niedobrego, kiedy prawie nago biegasz po lasach!
— On mi zabrał mój rejtrok, kamizelkę, zabrał mi spodnie, a nawet bóty; zdyszałym i przerywanym głosem zawołał Dumolard; on mi wszystko zabrał...
— Kto taki? spytał Beaucadet.
— Przymusił mię abym się rozebrał grożąc że mię zabije; wdział na siebie moje suknie, i zbrodniarz! jeszcze narzekał że mu za szerokie! i zanotuj żem miał pięćdziesiąt trzy luidory w sakiewce, a sakiewkę miałem w spodniach... Nakoniec, rozbójnik dla lepszego przebrania się, obdarł mię nawet z czapki, nawet z peruki.
— Ale któż to? kto taki? — całém gardłem wołał Beaucadet.
— Nakoniec wziąwszy mego konia za uzdę, wyprowadził go z gęstych zarośli gdziem się zabłąkał i gdziem go na nieszczęście spotkał, potém, poczwara! znikł, a ja gonić za nim nie śmiałem.
— Ale któż to? kto? kto? — z wzrastającym gniewem wołał Beaucadet.
— A dopiero co, — prawił Dumolard w zapale opowiadania — dopiero co wlokąc się tutaj, widziałem go jak przejeżdżał na końcu długiej alei; pędził jak szalony, spotkał dwóch pańskich ludzi... a te niedołęgi jeszcze się mu ukłoniły! Ale pan także jesteś niedołęga, mój panie; zawołał Beaucadet — gadasz, a nie powiadasz kto ci to zabrał gwałtem konia, odzież, pieniądze, boty, a nawet perukę?
— Któżby to był, jeżeli nic on?
— Ależ jaki on?! — ryknął rozjątrzony Beaucadet.
— Ten łotr.
— Jaki łotr?
— Ach przecię powtarzam od godziny, ten zbrodniarz na którego robicie obławę.
— Bamboche!! — żywo zawołał Beaucadet.
— Jakto Bamboche?... powtórzył obrażony Dumolard, — ah! to tak pan przyjmujesz moje zaskarżenie... nazywasz mię niezdarą[4]!
— Ależ gruby sankulotto! tak się nazywa mój rozbójnik!
— Piękny mi niezdara, co się trudni takiém rzemiosłem, to istne szyderstwo przybierać takie nazwisko, — mruczał Dumolard.
— I moi ludzie mu się kłaniali.
— Do licha! przecież go wzięli za myśliwego dodał pan Dumolard, — nic dziwnego!
— Ach Bamboche! co za hultaj! zgrozą przejęty zawołał pan Beaucadet, no proszę... w taki sposób przywłaszczać sobie rzeczy, konia i perukę tego tłustego jegomości,... poczekaj ty łajdaku,... rozbójniku,... coś uciekł z więzienia w Bourges,... ah! poczekajno bratku, porządnie ty mi za to zapłacisz...
— Rafaelo!... dziecię moje!... co ci to?... zawołała pani Wilson, podtrzymując córkę omdlewającą w jéj objęciach; o Boże!... na pomoc!... ona zachorowała!...
Nowy ten wypadek, odwrócił teraz znów uwagę od pana Alcyda Dumolard: wszystkie spojrzenia przeniosły się na panią Wilson i jéj córkę z zadziwieniem i współczuciem.
Refaela, wyznać należy, nie więcéj od matki, rozczulona śmieszną przygodą pana Dumolard, uległa nakoniec gwałtowności dotkliwych a długo i mężnie tłumionych wrażeń; jéj piękna i miła twarz, bledniejąc powoli, nabrała wkrótce alabastrowéj białości; na długich, zamkniętych powiekach zjawiło się jeszcze kilka łez gorących; a chociaż ją matka trzymała jak mogła najlepiéj, jednak młoda dziewica zwiesiwszy omdlałą głowę na ramię, osunęła się i spadła na chwiejących się kolanach... Skutkiem Wstrząśnienia, męzki kapelusz Rafaeli stoczył się na ziemię, przecudne, ciemne włosy rozplotły się, osłoniły ją prawie swą jedwabistą siatką,... matka również uklękła, iżby dogodniej ją trzymać mogła, a tuląc do swych piersi, pokrywała córkę pocałunkami, i łzami zalewała.
Wieśniacy zajęci komiczném pojawieniem się pana Dumolard, wzruszeni wreszcie rozczulającym obrazem, jaki przedstawiała płacząca matka, tuląca do łona bezwładną córkę, zapomnieli zupełnie o Scypionie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kwadrans późniéj, gdy właśnie słońce zeszło na pogodném niebie, trzy gruppy rozmaitéj barwy opuszczały las gdzie się łowy odbyły.
Szybko pędzący powóz, za którym postępowali słudzy wiodący wierzchowców, unosił Rafaelę Wilson; matka trzymała ją na ręku a pan Dumolard, któremu pożyczono żołnierskiego płaszcza, na przodzie powozu trząsł się, ciągle jęcząc, niespokojny i błędny.
Z jednéj strony powozu jechał konno hrabia Duriveau, smutny, przejęty najgłębszą rozpaczą. Vicehrabia Scypio, wierny swéj roli nieczułego na wszelkie wzruszenie człowieka, galopował przy drugich drzwiczkach, ze stoicką spokojnością, chociaż od czasu do czasu po czole jego przebiegała jakaś chmura, chociaż niekiedy brwi konwulsyjnie mu się marszczyły.
Brygadyer pana Beaucadet, jadąc stępo przewodniczył drugiéj gruppie, która wyszła z lasu niedaleko od krzyża na rozstajnéj drodze. Dwaj wieśniacy, na noszach urządzonych na prędce z gałęzi, dźwigali kolebkę w któréj spoczywała zmarła dziecina; inni postępowali za niemi z obnażoną głową, milczący, smutni, skruchą przejęci.
Brygadyer, z rozkazu pana Beaucadet towarzyszył temu smutnemu orszakowi, który przenosił ciało dziecięcia do władzy cywilnéj, gdzie, dla wymiaru sprawiedliwości, biegli natychmiast przystąpić mieli do dokonania obdukcyi.
Ostatnia z lasu wyjeżdżająca gruppa składała się z pana Beaucadet i czterech żandarmów, którzy jadąc dobrym kłusem, spieszyli do folwarku Grand-Genévrier, dla przyaresztowania małej Bruyére, poszlakowanéj o dzieciobójstwo.
Po nastąpioném przyaresztowaniu, pan Beaucadet miał dołożyć wszelkich starań ku opisaniu władzom przebrania, w jakiém Bamboche potrafił umknąć z lasu, gdzie byłby niezawodnie schwytany, gdyby nie był spotkał pana Alcyda Dumolard.
Osoba, która niewidzialnie towarzyszyła wyżéj opisanym wypadkom, równie spiesznie, ale inną drogą, zmierzała ku folwarkowi Grand-Genévrier.
Tą osobą był Bête-Puante wykradacz zwierzyny.




8.
Folwark.

Słońce tylko co już zajść miało, gdy Beaucadet, ze swoimi żandarmami dla przyaresztowania małéj Bruyére, zdążał ku folwarkowi Grand-Genévrier, należącemu do majątku Tremblay, własności hrabi Duriveau.
Kto nie widział większéj części folwarków w téj stronie Solonii, nie zdoła wyobrazić sobie oburzającego obrazu jaki przedstawiają te jamy cuchnące, zaniedbane, nawet dla zwierząt niezdrowe; jamy, w których wegietują dzierżawcy, ich słudzy i najemnicy; prawie wszyscy wynędzniali i obumarli. Ciągłe i zjadliwe gorączki, skutek zaraźliwych wyziewów gąbczastego gruntu, przesiąkłego spleśniałą wodą, wytępiają tam ludność, lichém i niedostateczném pożywieniem osłabioną.
Folwark Grand-Genévrier (Wielki Jałowiec) przybrał tę nazwę od kolosalnego jałowcu, który, najmniéj dwa wieki przetrwawszy, wznosił się w pobliżu wiejskich zabudowań i mieszkania dzierżawcy. Był to niejako rodzaj równoległościanu, złożonego z opustoszałych i zapadających się ruder, zbudowanych z ubitéj ziemi, czyli raczéj z mieszaniny piasku z ziemią, do któréj dla większej spójności dodano posiekanego siana.
Dach, w wielu miejscach odarty, częścią pokryto dachówką poszczerbioną, strawioną mchem albo starością; częścią słomą od wilgoci już przegniłą, albo pękami zeschłego janowcu, rzuconemi na nierównym budulcu.
Budynki a mianowicie stodoła, owczarnia, stajnia, obora i mieszkanie dzierżawcy opasywały dziedziniec, w trzech czwartych częściach zapełniony kupą cuchnącego gnojowiska, kąpiącego się w dosyć głębokiéj kałuży, napełnionej czarną, nieprzyjemnéj woni stojącą wodą, zasilaną moczem[5] i ściekiem bagnistéj ziemi. Ten zbiór cuchnącego płynu, pokryty warstwą niebieskawéj klejowatości tak dalece zalewał dziedziniec od strony mieszkania dzierżawcy, iż biedak wybudować musiał rodzaj tamy kamiennéj, pokrytéj wiązkami ciernistego janowcu; kilka mchem porosłych, niespojonych schodów prowadziło od téj tamy do jedynego pokoju, który dzierżawca zamieszkiwał.
Na wschód folwarku, położonego w tak niezdrowéj nizinie, rozciągała się obszerna i pusta równina; na północ sterczały massy ogromnych dębów; a na zachód jedynie wązka łąka przedzielała budynki od rozległego bagna, zimą i w jesieni prawie ciągle gęstą mgłą pokrytego; muł tego bagna, przy słonecznym upale zwykle fermentujący, napełniał powietrze zaraźliwemi wyziewy.
Noc już zapadała; była to właśnie chwila powrotu trzody z pola. Wkrótce téż, przebywszy kałużę niezdrowéj wody dla skrócenia drogi do obory, nadeszło kilka krów wychudzonych, kościstych, z wyschłemi wymionami, mdłym włosem, pokrytych gęstą warstwą błota; licha pasza z nędznych roślin, janowcu i innych ziół, prawie ciągle zatapianych, była przyczyną tej rażącej chudości bydła; pędził je zaś piętnastoletni, ale zaledwie na lat dziesięć wyglądający chłopak; postępował za niemi boso, a nogi jego sine, popękane były z powodu nieustannego deptania po błotnistym gruncie. Jedyném ubraniem tego chłopca były poszarpane spodnie i długa szara z grubego płótna bluza, nasiąkła przenikliwą wieczorną mgłą. (To wydziedziczone pokolenie nie zna koszul). Jego rudawe włosy, sztywne i gęste, jeżyły się jak grzywa; zapadłe i blade policzki, szkorbutycznéj białości usta, zagasłe oko, wlokący się chód, świadczyły iż miał gorączkę, że się wyrazimy po krajowemu. O środkach zaradzających téj niszczącéj chorobie, nieszczęśliwi osadnicy tamtejsi, ani nawet pomyśleć mogą; bo lekarz zwykle zbyt daleko mieszka, a wreszcie odwiedziny jego drogo kosztują; mają więc gorączkę i nie pozbywają się jéj, aż gorączka wyczerpie ich życie, lub nawzajem oni przezwyciężą gorączkę. Ostatni wypadek jednak nadzwyczaj bywa rzadki.
Płowy, brodaty, zaszargany, wychudły pudel, dopomagał chłopcu w pędzeniu trzody, którą wreszcie mały pastérz z wielką trudnością zdołał zamknąć w błotnistéj, zimnéj oborze, z strzechą w kilku miejscach zapadłą; zaradził wszakże tej niedogodności ciskając na rozpadliny strzechy kilka wiązek jodłowych gałęzi.
Widać było, że wzajemna przychylność, oparta na częstéj zamianie usług i zupełném podobieństwie istnienia, wiązała małego pastérza z jego psem. Ileżto długich godzin, w jesieni lub zimą, biedny ten chłopak przepędził ukryty poza krzakiem samotnej jakiéj rośliny wśród tego stepu, silnie tuląc psa do piersi, aby jego zwierzęcém ciepłem nieco rozgrzał znędzniałe i skurczone członki swoje!
Tak ugnieżdżony, nie myśląc więcéj od zwierzęcia, biedak, jużto patrzył na posilające się bydełko, które zimna mgła przed wzrokiem jego na wpół ukrywała, jużto machinalném spojrzeniem śledził po powietrzu powolne przeloty bujających czajek lub innych ptaków; już nakoniec prawie zupełnie osłupiały, ledwo tyle co polip żyjący, utulił czoło w obie dłonie, i po całych godzinach siedział wlepiwszy nieruchomy wzrok w również nieruchome oczy psa swojego.
I to życie tak samotne, zwierzęce, tak zbestwiałe, które człowieka stawia na równi z bydlęciem, upływało bez zmiany dla tego dziecka, co równie nieszczęśliwe jak tyle tysięcy innych istot jego wieku i stanu, zupełnie obce wszelkiéj nauce, żyło tak wpośród pustych stepów, nie rozwijając więcéj rozsądku jak bydło które pasło. Bez znajomości dobrego ani złego, sprawiedliwego lub niesprawiedliwego, instynkt chłopca tego ograniczał się jedynie na łączeniu sił swoich z siłami psa, aby nie dozwolić bydłu wtargnąć do młodych zarośli, lub ogryzać świeże szczepy; wieczorem zaś aby sprowadzić je do domu i podzielić z niem posłanie.
Ileżto istot rodzi się, żyje i umiera podobnie, w niewiadomości! wstępiałości; z postaci ledwie podobne do człowieka, nieszczęsne, po boleści tylko i nędzy umiejące poznać ludzkość, nie czują że Bóg je uposażył, równie jak wszystkich innych ludzi, duszą, która je z bóstwem łączy i rozumem, który wykształcony, wznosi je do wysokości drugich.
Właśnie gdy mały pastuszek umieścił swe bydło w oborze, wróciła folwarczna dziewka, prowadząc z nad brzegu sąsiedniego stawu parę znędzniałych koni które tam napawała; jechała na jednym z nich oklep i okrakiem, zakasawszy się aż po kolana, grubemi, nagiemi i czerwonemi nogami bijąc po żebrach biédne zwierzę aby przyśpieszyć wlokący się chód jego.
Nędza, zbyt przykra praca, zezwierzęcenie, sprowadzając swe ofiary do nielitościwéj równi, tak dalece zacierają wszelkie odcienia wyższości, siły lub wdzięku, jakiemi Bóg swoje stworzenie nacechował, że w téj dziewczynie, prócz nazwy kobiéty żaden inny ślad jéj płci nie pozostał.
Zgrubiałe, smagławe rysy, opalone przez nieumiarkowany wpływ pór roku, kibić zsiadła i bezkształtna z powodu przechodzącéj siłę pracy; odzież obdarta i zabłocona, włosy nieuczesane, płóciennym brudno białym czépkiem zaledwie na pół ujęte, mina grubiańska i zuchwała, głos chrypliwy, ruchy męzkie, kazały zapominać że ta nieszczęśliwa należała do płci, którą Bóg od urodzenia obdarzył delikatnością kształtów, wytwornością cery, słodkiemi giesty, naturalną elegancyą, bojaźliwą łagodnością, pociągającym i zarazem niewinnym wdziękiem, jakie znamionują kobiétę; a każdy z tych nieocenionych darów, zdaje się koniecznie zawierać w sobie zaród lub przymiot wdzięku albo cnoty.
Daleka od tego, ta biédna dziéwka, opuszczona, bez wychowania, bez nauki, bez starań, tak jak jéj matka, tak jak tysiące jéj podobnych, czyliż nie była więcéj pożałowania godną aniżeli mężczyzna w podobném położeniu?
Wydziedziczona z wszelkiego szczęścia, z wszelkiéj rozkoszy na téj ziemi, skutkiem pracy, trudów, nędzy, postradała nawet fizyonomią, nawet kształty jakiemi ją Twórca obdarzył,... a jeżeli widok fizycznego poniżenia mężczyzny zasmuca duszę, to zaiste widok takiéj kobiéty, jakiéj tu szkic skreśliliśmy, wzbudza w nas daleko smutniejsze, daleko przykrzejsze uczucie!
Wkrótce wrócili z pola dwaj parobcy. Zsiedli z koni na których jechali; brudny zaprząg i pługi porozrzucali niedbale tu i owdzie po gnojowisku, na dziedzińcu lub w pleśniejącéj wodzie, a w drugim końcu obory przywiązali konie zabłocone aż po same brzuchy.
Tymczasem mały pastuszek wziął ogromną kamienną dojnicę, wytarł ją sianem, i poszedł ku drzwiom prowadzącym do mieszkania dzierżawcy. Przybywszy tam, postawił dojnicę w sieni i rzekł bolejącym głosem:
— Trzoda już wróciła; oto nasza dojnica
Poczém siadł na kamieniu, wyczerpany znużeniem, wstrząsany gorączką i zimnem, i wsparłszy głowę aa obu dłoniach, czekał nieruchomie.
Po upływie kilku chwil, ręka wychudła, trzymająca wielką drewnianą warząchwię, pokazała się przy blasku różowawego światełka drgającego u drzwi tych ruder, i wnet ogromną dojnicę napełniła jakąś pożywną mieszaniną, zasługującą na wyłączną wzmiankę.
Szczególna ta potrawa, któréj trudno dać nazwisko, składała się z kwaśnego, zsiadłego mléka, rozrobionego gryczany mąką i kilku kawałkami czarnego, razowego, ścisłego i klejowatego, żytniego chleba.
Rozprowadzone wodą wapno z piaskiem, spadając w szaflik mularza, nie sprawia, że się tak wyrazimy, cięższego i bardziéj zbitego łoskotu, jak sprawiało to niezdrowe pożywienie, rozumie się, na zimno przyrządzone; ale dzierżawca i jego żona sami nie mieli innego ani mniéj odstręczającego.
Pastuszek z trudnością podniósł napełnioną dojnicę i umieściwszy ją na głowie, wracał do obory.
Skoro tam przybył, folwarczna dziéwka nalewała w gliniane naczynia nieco ciepłego i pieniącego się mléka, które wysączyć zdołała z krowich wymion, aby potem urządzić z niego masło na sprzedaż przeznaczone (na folwarku konsumowano sam gęsty osad, skwaśniały przez gniecenie).
Patrząc na to mleko ciepłe, zdrowe i pożywne, zachowywane na sprzedaż, ci ludzie po całodziennych trudach mający spożywać tak obmierzłą potrawę, ci ludzie, wdrożeni w nędzę i jakby do niéj uciosani, nie uczuli w sobie najmniejszéj nawet zazdrości. Byli oni jak owi robotnicy łachmanami pokryci, co siedząc w swém poddaszu, nieustannie pochyleni nad żelaznym warsztatem, odwykli od wszelkiéj zazdrości na widok świeżych i pysznych jedwabnych lub złotolitych materyj; tkają bez ustanku pasma kwieciste, wesołe, świetne jak uczty do których ozdoby z czasem posłużą.
Kiedy pastuszek dźwigając na głowie dojnicę napełnioną ogólną strawą, stanął przed oborą, zastał swych towarzyszy siedzących na gnojowisku w pobliżu drzwi, pragnących korzystać z ostatnich promieni słońca, które miało przyświecać ich biesiadzie; oprócz latarni oświetlającej mieszkanie dzierżawcy, wszelka inna byłaby tam uważana jako nader kosztowny zbytek.
W téj chwili dały się słyszéć bolesne jęki w głębi obory.
— Dobrze! — rzekł jeden parobek, otoż ojciec Jakób zaczyna już swoję muzykę.
— Bo też o téj porze mała Bruyére co wieczór odwiedzać go przychodzi....
— Biedny człowiek!... o! kto mu życzy śmierci, ten mu na prawdę dobrze życzy.
— Cierpi jak opętany!... Leży niemy jak ryba;... i to już od dwóch lat przeszło... Ah! to gorzéj jak śmierć.
— Jeszcze to jednak szczęście że pan Chervin pozwala mu leżeć w mleczarni i daje resztę naszéj strawy... Inaczej, ojciec Jakób zamarłby gdzie w rowie jak pies.
— Tak, to wielkie dobrodziejstwo, to pięknie dla naszego pana, że się tak lituje nad nieszczęśliwym, odezwała się folwarczna dziéwka, zwana la Robin, która, jak powiedzieliśmy, tylko nazwisko kobiéty zachowała. Mówią że rządca pana hrabiego ma wyrugować pana Chervin z folwarku, bo nie ma czém płacić.
— A cóż to nas obchodzi? grubiańsko odezwał się jeden parobek. Zawsze na folwarku będzie jakiś dzierżawca. Czy nam słuchać Pawła czy Gawła... i tak człek zamrze tam gdzie w rowie... i to wszystko jedno.... przyjdzie i na mnie koleéj jak na ojca Jakóba przyszła.
— A trzeba wiedzieć, że swojego czasu ojciec Jakób był dobrym i zręcznym robotnikiem! — wtrącił drugi parobek.
— A teraz basta... leży sparaliżowany na wszystkich członkach.
— Przeziębił się na tych błotnistych karczów iskach, i pokręciło go jak sierp.
— A potém, te wilgotne jesienne nocy, kiedy był pastuchem...
— I nam to ta wilgoć ciąży nie mało na karku, toć kiedy się zestarzejemy, albo może i prędzéj... Nie ma się czego śmiać... mnie gorączka ciągle napastuje.
— Bah!... i nas ona porządnie smaży, wtrąciła la Robin, biédna brzydka istota, któréj nie brakowało lekceważenia, téj filozofii pokornych. I motyki szczerbią się kiedy niemi długo kopiemy, a kiedy się zużyją, to się je wy...rzuca precz. A cóż chcecie?...
— Prawda... prawda,... taki to już nasz los...
— Ale to przykry los jednak dla nas biédnych ludzi, — dodał inny parobek.
— O!... masz racyę... i trudno go znieść.
— Bah... ale go znosimy... rzekła la Robin, los, jest to zawsze los.
— Ty, la Robin, przerwał parobek, ciebieby i na sztuki porąbano, to powiesz: — Przebaczcie... to moja wina, alem ja tego naumyślnie nie uczyniła.
— Ale kiedy to los! odparła folwarczna dziéwa tonem głębokiego przekonania, a na dowód że tak jest, dosyć powiedziéć że to los nasz, los twój!
Na tak dobitne wyjaśnienie nieszczęsnego przeznaczenia, parobek, nie wiedząc co odpowiedziéć, podrapał się za ucho, kiwnął głową; był tylko na pół przekonany.
— Czekaj, — zaczęła znowu la Robin, przyzywając fakta na poparcie swego rozumowania; — dowiodę ci tego jasno jak na dłoni. Dziś wieczór doiłam krowy, bo mléko jeszcze zupełnie ciepłe; dziś rano, z rozkazu pana, skręciłam kark sześciu tłustym gęsiom, które powiesiłam w mléczarni, aby je jutro zanieść na targ do miasta, wraz z sześciu indykami małéj Bruyère, dwudziestu funtami masła, półsetkiem jajek, dwoma korcami pięknéj pszenicy, szczupakiem ważącym przynajmniej piętnaście funtów, i dwoma dużemi karpiami; tę piękną rybę znalazłam dziś rano na sieciach które pan Chervin wczora wieczorem zarzucił w stawie.
— No i cóż to dowodzi? bo mówiłaś o losie? spytał zdumiony parobek.
— Czekajno — przerwała la Robin; wszak z tego żyta będzie bielutki chléb?
— Ah! tak!
— Z masła i świéżych jaj doskonała jajecznica.
— A jużci!
— Z mleko dobra zupa.
— O! prawda.
— Z szczupaka i pokrajanych karpi wyborna potrawka.
— A tak, to prawda.
— A z pieczonych gęsi jadło przedziwne.
— Kiedym był małym pachołkiem, nieraz dużo gęsi pasałem; niem ich nigdy nie kosztował; musi to być pyszna strawa.
— Widzisz więc, z tryumfującą miną mówiła daléj la Robin, widzisz, że tu ot pod nosem mamy z czego zrobić biały chleb, mléczną zupę, jajecznice, gęsią lub indyczą pieczeń, a nawet wyborne placuszki, bo mamy mąką, jaja i masło; a to suta wieczerza!
— To weselna wieczerza! Chyba żenić się trzeba, żeby choć raz w życiu taką wyprawić... ale los, w czémże to dowodzi naszego losu?
— O! i bardzo dowodzi, poważnie odpowiedziała la Robin, — dowodzi, bo przy tych wszystkich przysmakach, my musimy jeść twarde placki...[6] zsiadłe mléko...
— Hum!... Mruknął parobek zdumiony, spoglądając na swego towarzysza... ale ten, spracowany drzémał, obojętny na tę filozoficzną rozmowę, a mały pastuszek, skurczony, sam w sobie skupiony, trząsł się z gorączki.
La Robin sądząc po fizyonomii parobka że go jeszcze niezupełnie zbudowała, rzekła:
— Widzisz, Szymonie, gdyby nasz los chciał byśmy pożywali takie przysmaki zamiast naszych placków... tobyśmy i pożywali; ale kiedy ani my, ani nasz pan tego nie jemy.... znać że to nie jest naszym losem.
— Ależ, do pioruna! — zawołał zagniewany na to rozumowanie parobek, — komuż więc los dozwolił jeść wszystkie te smaczne rzeczy?
— Oto ludziom bogatym w miastach i miasteczkach, bo je kupują i jedzą, odpowiedziała la Robin.
— Tak samo jak kupują nasze cielęta, nasze barany, i woły których my nigdy nie kosztujemy[7].
— Hum...
— Czy prawda? — tryumfująco spytała la Robin, — tak czy nie? wszak jedzą wszystko, a my nic?
— Prawda że jedzą wszystko, z ubolewaniem przyznał parobek po chwili rozwagi i niby uderzony przekonywającą jasnością rozumowań dziewki; prawda, oni jedzą wszystko a my nic.
— Oni więc mają swój los, tak jak my mamy nasz; tylko że ich los dobry, a nasz zły; ale kiedy tak, żywo dobądźcie łyżek — dodała la Robin, jedzmy naszę strawę, lżéj nam będzie na sercu.
Każdy powodowany apetytem który poskramiała odraza, przysunął się do dojnicy; la Robin siedząc między dwoma parobkami, dowiodła równéj przychylności dla każdego, mały pastuszek umieścił się na przeciwko niéj.
— Toć to się przeléwa w brzuchu ciężkie i zimne jak kawałek lodu śniegiem posypanego, — powiedział parobek, znowu zwolna zanurzając łyżkę w dojnicy; — a mnie com tak przeziąbł wracając, teraz jaszcze bardziéj zimno.
— Ani nawet psy pana hrabiego, który dopiero w lasach polował, niebardzo poradziłyby... téj strawie, — wtrącił drugi parobek.
— Prawda, one szczęśliwe, tak ich pielęgnują; i mówił znowu Szymon; kiedym raz nosił siano do i pałacu, widziałem jak pan Latrace naléwał im zupę... Ah! to mi dopiero zupa, były tam baranie łby, flaki, wołowe serce; mówię wam zupa jakby na jakie gody!...
— Do licha... przecież wszyscy nie możemy być gończakami... z naiwną rezygnacyą a bynajmniéj nie z ironią, powiedziała la Robin, a jéj zdanie tchnęło taką naturalnością, iż żadnych już więcej nie wywołało kommentarzy.
W téj chwili dały się znowu słyszeć jęki w oborze, jakiś głos z wzrastającą niecierpliwością przyzywał małéj Bruyére.
— A! ha! ojciec Jakób woła na Bruyére;... biédny staruszek niecierpliwi się; rzekła Robin.
— Dziwna rzecz, doprawdy, wkrótce już noc zapadnie, a ta mała jeszcze nie wróciła z indykami; odezwał się jeden parobek; nie mówię ja tego żeby mi chodziło o strawę... bo zostanie jej zawsze więcéj jak potrzeba dla jednéj osoby.
— Prawda, dziewczynka jé jak ptaszyna, a jé, dla tego że się jéj tak podoba, — z tajemniczą miną rzekł drugi — gdyby chciała,... mogłaby nie jeść wcale.
— Nie przeczę, — mówiła znowu la Robin wstrząsając głową; bo ona zaczarowana, świadkami tego indyki które ją znają, kochają, i są jéj posłuszne jak rzadko który pies swojemu panu.
— Nie wspominając o tém że jéj dwa wielkie jędory tak są złe, iżby ci oczy wydziobały, gdybyś na nieszczęście nocną porą wszedł na ich grzędy, gdzie Bruyére śpi w gnieździe, które sobie niby wróbel usiała... spytajcieno grubego Sylwina, on się chciał tam dostać zeszłego lata, ale jędory o mało go nie oślepiły.
— I pana wachmistrza Beaucadet, który chciał poswawolić z małą Bruyére; musiał tęgo zmykać, bo go jędory jak wściekłe napastowały.
— To niezawodna że i te zwierzęta są także zaparowane, jabym ich nie jadł.... choćby, jak posiada la Robin, los mój na to pozwalał.
Podczas tej rozmowy kilku wieśniaków: starzec, Mężczyzna średniego wieku i kobiéta niosąca dziécię, weszli na folwarczny dziedziniec i zbliżali się ku zgromadzonej pod oborą czeladzi.
— Ah! powiedziała la Robin, to zapewne jacy chorzy przybywają do małéj Bruyére... ale ja ich nie znam, jeszczem ich nigdy nie widziała.
— Czy Bruyére jest na folwarku? spytał jeden z nowo-przybyłych.
— Byłam tego pewna, rzekła la Robin na stronie i niby sama do siebie; a potem dodała na głos: wszak moi dobrzy ludzie chcecie z nią pomówić, chcecie jéj się poradzie, nieprawdaż?
— Tak, moja córko,... przybywamy z okolic doliny; słyszeliśmy o niéj, i ruszyliśmy tu jak tylko skończyliśmy dzienną pracę.
— Ona już powinna była wrócić — odrzekła la Robin; — ale niedługo na nią poczekacie. Jeżeli zaś śpieszno wam, idźcie ku strumykowi, ot ztąd na lewo; Bruyére zapewne przez mostek wracać będzie.
— Dziękuję ci moja córko, — odpowiedział stary wieśniak.
A potem wraz z towarzyszami wyszedł z folwarku.




9.
Bruyére.

— Dobrze, — powiedziała la Robin widząc oddalających się klientów małéj Bruyére, — pielgrzymka już się rozpoczęła; teraz przychodzą do niéj po radę mieszkańcy doliny, obaczycie, że się na tém nie skończy, oh! przyjdą do niéj aż z Beauce.
— Tém większy dowód że mała jest zaczarowana.
— Tak, tak, niezawodnie musi być zaczarowana, — rzekła la Robin, — bo zawsze taka ładniutka.
— I jéj włosy co się świécą jak kora!
— I jéj wieniec i jéj kwiaty!
— I jéj dziwaczne przepaski!
— I jéj łyczane bóciki!
— I jéj wielkie zielone oczy... prawdziwie można powiedzieć,... otóż to uroczne oczy.
— A potém, ona przepowiada pogodę, wie kiedy będzie susza, kiedy mróz, dészcz lub mgła.
— Bardzo wierzę! W témby jéj nawet żaden flis z Loary nie wyrównał.
— To téż dla tego zewsząd do niéj po radę przychodzą.
— I jak ona się zna na roli! Niech tylko powié kilka słów tym którzy się jéj radzą, a zaraz najgorsza rola zamienia się w dobrą; dla niéj nie ma piaszczystych zaspów[8]. Ale potrzeba jej słuchać.
— Dowodem tego tutejszy folwark: pan Chervin usłuchał jéj przeszłego roku, to téż mieliśmy pyszne żniwa.
— Prawda, ale czy to na dobre wyszło panu Chervin! kończyła się jego dzierżawa, rządca pana hrabiego widział te piękne zbiory, i dzierżawę podwyższył o trzecią część i jeszcze wziął kubana. Pan Chervin podpisał, wszystko przeszło, a teraz kiedy mu się nie powiodło, kiedy nie ma czém zapłacić... to go za drzwi wyrzucają.
— No, i cóż temu Bruyére winna?
— O! nic! nic, bo ona się nigdy nie myli!... a jak ona się zna na ziołach!... jednego razu, ziółka które przygotowała dla ojca Jakóba, bardzo mu ulżyły... jednak choroba w końcu zawsze górę wziąść musi; bo to takie uparte licho... ta choroba.
— Prawda, — przerwała la Robin, Bruyére jednak nie jednego wyleczyła.
— Ale jéj zamawiania gorączki ugryźć nie mogą.
— Ona powiada że gorączkę sprawiają nasze bagniska i torfowe grunta.
— Ah! ha! bagniska sprawiają gorączkę! Zanosząc się od śmiechu zawołał jeden parobek. — Już co to, to głupstwo!...
— Ja, — zaczęła znowu la Robin, — wierzę temu kiedy tak mówi; jeżeli ona oczarowana dla jednéj rzeczy, to pewno oczarowana i dla drugiéj.
— Hum! — mruknął nieprzekonany parobek, — może to i prawda.
— Kto nie wierzy, niech się sam przekona; stracisz naprzykład co, dosyć tylko abyś jéj powiedział gdzie; ona zaraz biegnie ze swemi indykami hyc — hyc,... i dopóty je zmusza szukać aż znajdą; ot pamiętacie pewno jak to było z srébrną tabakierką pana rządcy.
— I z mosiężnym rożkiem do prochu strzelca[9].
— I może jeszcze powiécie że mała Bruyére niezaczarowana?
— Bah!
— Nie mówiąc już o tém, że przewyborne ma serce.
— Najlepszy tego dowód, że gdy wykradacza zwierzyny, Bête-Puanta, obsaczono jak wilka, ona zawsze nad nim czuwała i zawsze go ostrzegała.
— To téż, widząc że nic z nim nic poradzą, dali mu pokój.
— I on toż samo, poczciwy człowiek ten Bête-Puante; mówią że on dla tego tylko.... kradnie zwierzynę i rybę, aby świeżym kawałkiem pokrzepił jakiego chorego biedaka, aby go trochę wzmocnił.
— Tak mówią, i to bardo być może... żeby to był zły człowiek, toby go mała Bruyére tyle nie kochała.
— Od jakiegoś czasu często ich razem spotykają.
— O! ta czarodziejka musiała już zapewne i wykradacza oczarować.
— Bo też ona naprawdę czarodziejka i oczarowana — naiwnie dodała biédna i odrażająca Robin, — dosyć spojrzéć na nią i na mnie... jaka to u niéj nóżka zgrabna, jakie delikatne łytki, jakie rączki, figurka, choć dopiéro ma lat szesnaście; przy mnie, ona wcale do niczego nie wygląda.... więc niezawodnie jest zaczarowana.
— A gdyby nią nie była, dla czegóż zamiast spać razem i nami w oborze, jeszcze małą będąc zawsze wolała sama gnieździć się na grzędzie ze swemi indykami?
— To to właśnie ci nie do smaku, mój chłopcze; ty byś może także chciał z nią poswawolić! rzekła la Robin zanosząc się od śmiechu i mocno pięścią w bok huknęła swego sąsiada z prawéj strony; ten, nie chcąc być ostatnim, przechylił się i także dzielnie pogłaskał po grzbiecie drugiego parobka, który drzemał; ten znowu dla dalszéj zabawki silnie kopnął nogą małego pastuszka; a biedny chłopczyna, ciągle drżący, wymusił na sobie uśmiech, ale nikogo nie uderzył!
— Ty, la Robin, tybyś pewno nie zrobiła jak mała Bruyére — ciągle śmiejąc się, rzekł parobek; — tyś nie taka głupia, żebyś nie miała nocować w naszej oborze.
To powiedziawszy Szymon głośno pocałował tę odrażającą istotę, powtarzając:
— Nie, nie, tyś nie taka głupia!
— Nie, ona nie taka głupia, dodał sąsiad z lewéj strony, całując ją niemniéj poufale i szczere, co wszakże żadnéj w Szymonie nie wzbudziło zazdrości. Mały pastuszek obojętnie patrzył, i słuch tych grubiańskich żartów, ale nie mamy zamiaru powtarzać tu całéj naiwnie cynicznéj rozmowy, któréj hasłem były rozlegające się pocałunki przez obu parobków udzielane folwarcznéj dziewce, rozmowy, która trwała prawie aż do zupełnego zapadnięcia nocy.
Wtedy mały pastuszek zabrał dojnicę z resztą zsiadłego mleka i czarnéj kaszy, wyniósł przed oborę, postawił na korytku i przykrył wiadrem; była to wieczerza małéj Bruyére, któréj opóźnienie się zaczynało nieco dziwić, ale bynajmniéj nie niepokoiło folwarczną czeladź. Bo czyż można niepokoić się o zaczarowaną istotę?
Zamknąwszy spróchniałe drzwi od obory, oba parobcy, dziewka i mały pastuszek pokładli się wszyscy razem na tej saméj słomie, w odzieniu, dla ciepła tuląc się jedni do drugich; ten pokrył się szczątkami dery, tamten lichą kapotą, bo klassa rolnicza w owéj okolicy nie zna ani łóżek, ani kołder, ani pościeli.
Jakże się zdziwić... albo raczéj jakiém prawem. dziwić się można, że częstokroć zbyt sprośne wypadki mają miejsce pod zasłoną długich nocy zimowych, spędzanych w samotnym folwarku, albo podczas gorących nocy letnich, w czasie żniwa, kiedy stodoły zalegają mnóstwem żniwiarzy i żniwiarek, kiedy kobiety, mężczyźni, dziewczęta i dzieci, spoczywają tam pospołu na jednéj i tej saméj garstce słomy?
Oto istoty opuszczone, wychowane bez żadnych starań, z nie większą jak zwierzęta troskliwością, zamykane razem bez różnicy wieku i płci, jak bydło co wróciło od pługa lub z pastwiska. Jakiémże prawem wymagać po nich można lepszych obyczajów jak po zwierzętach? jakiémże prawem można żądać, aby uśpili w sobie sprośne żądze, aby się przejęli szacunkiem dziecinnego wieku, aby uczuli własną godność?
To téż, ileżto tych nieszczęśliwych, pozostawionych samym sobie i smutnym podaniom o tém istnieniu nędzy i zbestwienia, wydziedziczonych z wszystkiego co uprawia umysł, oczyszcza serce, podnosi duszę, żyje jak może, a żyje koniecznie w kale w jakiém mu pleśnieć każą!
„Lecz, — powiedzą optymiści i przesyceni (ten najgorszy rodzaj samolubów) — ta zwierzęca rasa ludzi, los swój bez skargi przyjmuje; nieraz nawet z radością, z bezecném upodobaniem tarza się w swém błocie; patrz na tych wiejskich proletaryuszów[10]: poprzestają oni na niezdrowym i obrzydliwym pokarmie, kiedy tymczasem co dzień zbierają, pielęgnują, tuczą, i bez zazdrości przygotowują dla nas przedmioty najzdrowszego, najsoczystszego, najwyszukańszego pożywienia! Po cóż obudzać w tych nieszczęśliwych uczucie potrzeby, uczucie apetytu, których nie znają? Patrz, oto zaledwie nasyceni, mężczyźni, kobiety i dzieci bez różnicy rzucają się na jedno i to samo posłanie! Co nas obchodzić mają skutki tak dzikiego zespolenia, objawiające się nieraz w tych dołach! Noc jest uprzejma, ciemności jéj pokrywają wszystko co pokrytém być winno, Ta rasa od wieków podobnie żyje; jest cierpliwa, przywykła do niedoli, nic nie pragnie, zgadza się z swym losem, pracuje i cierpi w pokoju; po cóż się o nią troszczyć bardziej niż się ona troszczy sama o siebie? ci ludzie, jak powiadasz, tyle nieszczęśliwi, śmieją się, śpiéwają i kochają się swoim sposobem. Nie miéj więc nadziei, że obudzisz litość nad ich losem.”
A ja odpowiadam:
Właśnie dla tego, że to wydziedziczone pokolenie, częstokroć najmniejszego nie ma pojęcia o całéj nikczemności, dzikości, zbestwiałości zwierzęcego życia jakie pędzić musi; właśnie, mówię, dla tego, w imieniu godności człowieka, w imieniu miłości bliźniego, domagam się dlań o wychowanie, któreby mu dało poznać całą zgrozę tak opłakanego bytu.
O wychowanie, któreby, ucząc ich religii swych obowiązków, dozwoliło téj wydziedziczonéj klassie ludu otrzymać prawy udział w mieniu i płodach, do których ta klassa tyle się przykłada, a udział słusznie zastosowany do trudu, pracy i rozsądku robotnika.
„Lecz powiedzą znowu optymiści i ci, którzy znudziwszy sobie zimowe zabawy, jako ludzie rozsądni na wiosnę i latem odbywają wiejskie wycieczki, — co nam ten znowu prawi o wilgotnych i niezdrowych norach, o samotnych i nieuprawnych stepach, o cuchnących bagnach? Niechno, naprzykład, spojrzy na folwark Grand-Genévrier...
„A wszakże to istotnie zachwycające!... Cabat lub Dupré znaleźliby tu wzór do najpyszniejszego krajobrazu.”
I w rzeczy saméj, na wiosnę dzikie krzewy pokrywają się kwieciem; na błotnistym brzegu bagna złoto-kwiaty kosaciec rozwija w snopy swe włókniaste liście, bujna trzcina swe ciemne kity; odradzający się mech swym aksamitem i szmaragdowemi odblaski pokrywa dachówki i mierzwę na pół obdartych strzechach; szczeliny zapadających pustkowiów nikną pod łodygami pomurnika, po których czołga się miły powój z biało niebieskawemi dzwoneczkami. Nakoniec, kilka wielkich dębów, od północy zasłaniających folwark, jakże się pysznie zieleni!
Wtedy, na widok tych pustkowiów odbijających się w stojącéj wodzie bagniska, lub ukrytych wpośród kwiecistych krzewów, wpośród drzew zieleniejących, optymista wola: daléjże do roboty! do krajobrazu... do malowidła,... a z litości wzrusza ramionami skoro mu kto mówi o okropnym stanie ludzi skazanych na życie, w miejscu, które według optymisty nastręcza przedmiot do pysznego obrazu.
Gdyby jednakże, optymista, miłośnik kolorytu i krajobrazu, nieco dłużéj zabawił w téj okolicy pełnéj malowniczego wrażenia, postrzegłby wkrótce że słoneczny upał wzbudzając fermentacyą w massach wilgotnego gnoju, jaki napełnia dziedziniec, wydobywa z niego zgniłe wyziewy, a te swą woń niezdrową roznoszą po mieszkaniu i tak już powietrza o pozbawioném; postrzegłby, że błoto w bagnach, skrzepłe z powodu ognia kanikuły, bucha jadowitym tchem, niemniéj zgubnym jak gęste mgły które w jesieni i zimą nad temi bagnami wiszą.
Zresztą nie wiemy a może zapomnieliśmy, że jeżeli, dzięki niewyczerpanéj hojności przyrodzenia, biedne mieszkania chroniące w sobie rolniczą ludność, w ciągu szybko przemijającéj pięknéj pory roku, zdobi zewnątrz skromna wiejska suknia, to przeciwnie wnętrze tych pustkowiów i stan ich mieszkańców, w każdym czasie przedstawiają widok najboleśniejszy, widok mocno serce ściskający.
A my utrzymujemy że los, zdrowie i byt, tysiąca boskich stworzeń nie powinny zależeć od dobréj lub złéj woli, od dobrego lub złego serca jednego człowieka, dla tego, że ten człowiek jestto właściciel cząstki ziemi jakiego kraju.
I tak... pan Duriveau, albo po nim syn jego, zostaje właścicielem majętności na kilka mil rozległéj. Przez niedbalstwo, niewiadomość, samolubstwo lub skąpstwo tego człowieka, słowem, z własnéj jego winy, część ziemi którą posiada, a którą zamieszkują liczne rodziny robotników, pozostawiona jest zabójczemu działaniu stojących wód, które puszczone i obrócone na pożytek za pomocą rozmaitych oczyszczających środków, mogłyby, użyźnić, płodnie grunt, jaki pozbawiają płodności, jaki czynią obumarłym, obojętnym dla rąk z takim go trudem uprawiających. Pan Duriveau nie dosyć że uwiecznia te zaraźliwe ogniska, ale nadto zmusza swych dzierżawców, aby żyli w obrzydłych mieszkaniach które im klei z błota i mierzwy; które stawia w najniezdrowszych punktach swych majętności, w ponurych i wilgotnych jaskiniach, gdzie ci nieszczęśni proletaryusze pól, koniecznie ulegać muszą gorączce i paraliżowi, aż nareszcie zdziesiątkuje ich śmierć przedwczesna[11].
Mająż biedni Solończycy jaką władzę, jakie prawo, mogące nie dopuścić aby ten człowiek czynił zabójczém to co powinno być uzdrawiającém, niepłodném to co powinno być żyzném? Nie; ten człowiek podług upodobania rozrządza cząstką francuzkiéj ziemi.
A jednak, co za dziwna sprzeczność... Niech tylko w Paryżu jaki dom cokolwiek ciemny lub krzywy, choć trochę wystaje na ulicę, zaraz właściciel zwalić go musi.
Ta chęć pogodzenia interesu prywatnego z interesem ogółu, pochodzi zaiste z przedziwnéj sama w sobie zasady, wyrozumowanéj wyrazami: korzyść publiczna; lecz dla czegóż jedynie na upiększeniu miast ograniczają się skutki tak wspaniałomyślnéj i braterskiéj zasady? Dla czegóż społeczność nasza obojętną jest i rozbrojoną na kwestye daleko ważniejsze niżeli prostowanie ulic, słowem na kwestye użyźniania, wzbogacania kraju, a nadewszystko na kwestye życia... tak jest, życia największéj liczby swych dzieci?
Czyliż zatém społeczność, równie zapewne surowa dla pana Duriveau, właściciela rozległych dóbr, jak i dla właściciela domu, który tak zuchwale wyrwał na środek ulicy, czyli, mówimy ta społeczność nie powinna zawołać:
„W imieniu publicznéj korzyści, oczyszczaj twoje grunta, buduj ludzkie mieszkania, nie zaś nory dla tych ludzi pracowitych, którzy jedynie uprawiają i nadają wartość posiadanéj tobą ziemi; uchroń wreszcie tych nieszczęśliwych braci i bliźnich twoich od osłabiających i zabijających chorób! pomnij że odpowiadasz przed Bogiem i ludźmi, gdyż od ciebie zależy zniszczyć przyczyny takiej śmiertelności! a jeżeli nie uczynisz tego, społeczność wywłaszczy cię podobnie jak właściciela sprzeciwiającego się wyprostowaniu ulicy, lub właściciela domu, którego nieochybny upadek zagraża bezpieczeństwu przechodniów.
Nadaremnieby pan Duriveau mówił:
— Nie mam funduszu na karczowanie lub oczyszczanie moich gruntów, na wybudowanie domów zdrowych i mieszkalnych, w miejscu jaskiń które lepię z błota i słomy.
Czyż społeczność nie powinna odpowiedziéć mu:
„Oczyszczenie pewnéj części wspólnego gruntu, nadanie mu wartości, użyźnienie go, i między innemi, zdrowie, życie pięćdziesięciu rodzin, niekoniecznie zależeć winny od stanu pańskiej kassy, od niedostateczności pańskich dochodów lub twardości pańskiego serca. Jeżeliś pan za ubogi abyś mógł być tyle bogatym? sprzedaj twój majątek, społeczność wymagać będzie od nabywcy rękojmi jakich pan nie przedstawiasz. A skoro nabywcy nie odpowiedzą celowi, społeczność sama nabędzie; ziemia zawsze i bez zaprzeczenia w dwójnasób wraca łożone na nią nakłady, ale pod warunkiem aby czekać na jéj produkta. A skoro społeczność zostanie właścicielką, oczyści, uprawi, wykarczuje i wybuduje dla dobra ogółu, a dokona tego sama przez się, bo wezwie pomocy robotników rolnych.
Wtedy dobro ogółu zajmie miejsce samolubnego i niepłodnego dobra osobistego; wtedy te stepy niegdyś błotniste, samotne, prawie niepłodne, w których wegietował lud nędzny, chorowity — przemienią się w kraj uśmiechający, żyzny i zamieszkały ludem szczęśliwym, używającym praw pracy i rozsądku, tego dobra które Bóg dla wszystkich utworzył.
I chwała ci Panie, że siłą wszech rzeczy czas ten już przybliżasz...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Czeladź folwarku Grand-Genévrier właśnie zamknęła drzwi od obory, w któréj zwykle używała nocnego spoczynku, kiedy mała Bruyére weszła na dziedziniec.




10.
Jeszcze Brujére.

W niewielkiéj odległości od folwarku, Bruyére spotkała ludzi przybyłych do niéj po rade, jak się wyrażała la Robin. Młoda dziewczyna pragnąc pierwéj uczynić zadosyć swym obowiązkom, prosiła swych wiejskich klientów, aby nieco na podwórzu zaczekali.
Kiedy Bruyére weszła na folwarczny dziedziniec, szarawe, ciemno lazurowe niebo, przyświecając już na swym zenicie kilku gwiazdkami, zachowało jeszcze na zachodzie jasną przezroczystość, ten ostatni odblask zasypiającego słońca, który nadaje tyle melancholicznego wdzięku pięknym wieczorom jesieni; na tém blado purpurowém tle rysowała się postać małej Bruyére; ta drobna, ale nader kształtna dziewczyna, miała na sobie bluzę z grubéj, białéj, wełnianéj materyi w szerokie ciemne pasy, kibić zaś ścisnęła giętkim pasem z cienkiego łyka, które jakby jedwabne włókna z dziwną zręcznością splatała. Dzięki jej pięknym kształtom i gęstości téj tkanki, odzież młodéj dziewczyny, sięgająca aż po szyję a spadająca do połowy łydki, układała się w pełne miłéj prostoty fałdy, a że nie zbyt długa, nigdy téż nie walała się w mule bagnistym; szerokie jéj rękawy tylko po łokieć spadające, dozwalały widzieć krągłe i nieco opalone ramię; dziecinną nóżkę ubierała Bruyére w małe drewniane trzewiczki, poczernione przy ogniu; czysta woda strumyka w którym Bruyére umyła się co wieczór, nadała im hebanowy połysk. Dla ubóstwa zmuszona lodzić boso, Bruyére z przemyślną zręcznością godną dzikich ludzi, także z łyka przyrządziła sobie rodzaj kamaszków sięgających poniżej kolana a zwiąanych przy kostce ukrytéj w drewnianym trzewiczku. Trudno sobie wyobrazić coś czyściejszego jak ta giętka i połyskująca tkanka, szczelnie przystająca do czarownie utoczonéj goleni, w ten sposób zabezpieczonéj od czerwoności i pękania, które prawie zawsze następuje po ciągłém deptaniu błota.
Skutkiem szczególnego przyzwyczajenia, ta dziewczyna, mimo zimna, słoty lub upału, nigdy nic nie nosiła na swój anielskiej głowie; niekiedy tylko, w czasie kwitnienia zielonego wrzosu, stroiła warkocz giętkie jego gałązki, a to zapewne, aby kwietnie i uczcić imię jakie jéj nadano, gdy ją znaleziono malutką, porzuconą na stepie i złożoną na krzaczku różowo kwitnącego wrzosu; (tajemnica ciągle pokrywała jéj urodzenie). Harmonijna odcień ciemnych, obfitych, naturalnie spadających, na wstęgi podzielonych włosów, gubiła się zupełnie w lekkim cieniu jaki rzucał na czoło gęsty jéj, kwilącym wrzosem upstrzony warkocz. Delikatne brwi, równie ciemne jak niezmiernie długie i jedwabiste rzęsy, przebiegały nad oczami małéj Bruyére, te zaś duże oczy dziwnego, bo morsko-zielonego koloru, w miarę chwilowego wrażenia, jużto były jasne, błyszczące jak beryle, jużto ciemno zielone i przezroczyste, jak bałwany morza, które mimo ich głębi przejrzeć można. Ten szczególny i tak zmienny kolor, użyczał zawsze myślącemu spojrzeniu małéj Bruyére jakiegoś uroku nadzwyczajności, a nieraz jakiéjś ruchliwości i niezwykłego blasku.
Rysy jéj odznaczały się nadto, niewymowném wykończeniem, bo w całym ogóle téj zachwycającéj i delikatnéj istoty cudowna panowała harmonia. Jéj rzadka piękność, nieco dziwaczna z powodu oryginalnie krótkiego ubrania, luby wdzięk, niepojęta zręczność do tysiąca przez nią samą wynajdywanych robót; jéj wyobraźnia nadzwyczaj żywa i w pewnych względach przenikliwa, zadziwiające i serdeczne posłuszeństwo zwierząt które pielęgnowała, rodzaj wieszczbiarstwa a raczéj prawie nieomylnego przewidywania, jakiém co do rzeczy wsi dotyczących zdawała się być uposażoną; słowem cała ta jéj niewinna excentryczność, sprawiała, że Bruyére w oczach naiwnych mieszkańców tego kraju opustoszałego, uchodziła za istotę zaczarowaną, to jest uległą wpływowi losu jaki jéj przypadł od urodzenia. Atoli wbrew przesądnym przyzwyczajeniom, Bruyére daleka od przejmowania trwogą lub wstrętem, owszem przejmowała uczuciem żywéj wdzięczności lub szczerego pociągu, bo nadnaturalny wpływ, który jéj przyznawano, objawiała zawsze świadczeniem przysług; wiedziéć bowiem należy że opiekunka indyków, mimo niecne stanowisko swoje, zawsze znajdowała sposób usłużenia niejednemu a przypodobania się wszystkim.
Wchodząc na folwarczny dziedziniec, Bruyére przewodniczyła, nie pędziła swéj licznéj trzody o czarném połyskującém pierzu, o szkarłatnych główkach; lecz od niéj otoczoną była. Dwa olbrzymie jędory, z dumą dźwigające swe świetno-purpurowe z żywym, lazurowym odcieniem grzebienie i napierśniki, groźnie się nadymały, jeżąc połyskujące pióra i rozwijając ogony, jak wspaniały, szmaragdowo-hebanowy wachlarz. Oba nie odstępowały ani na chwilę, jeden od prawego, drugi od lewego boku pasterki, jużto patrząc na nią śmiałém czerwonóm okiem, już bełkocąc głosem tak tryumfującym, tak zuchwałym i wyzywającym, iż zdarty się nakazywać zwierzętom i ludziom, aby bez mich pozwolenia nie zbliżali się ku ich przewodniczce.
Na widok tych dwóch potwornych ptaków, na trzy stopy wysokich, a na pięć długich, z silném skrzydłem, ostrym dziobem, spiczastą ostrogą, — łatwo było pojąć, że pan Beaucadet mimo swéj odwagi, niemało musiał miéć kłopotu, broniąc się przeciw tak groźnym napastnikom.
Na znak małéj Bruyére, wszystkie te ptastwo bełkocąc radośnie, stanęło u drzwi szopy, które dziewczyna nieco tylko uchyliła, aby łatwiéj policzyć mogła swą trzódkę. Ta, koleją wzrostu przeszła koło niéj, pojedynczo, zaczynając od najmłodszych, nie cisnąc się, słowem, z przedziwną karnością; tymczasem dwa wielkie jędory, przez wiek i przywiązanie swoje używające niejakich przywilei, napuszenie patrzyły na defiladę swoich współbraci, niekiedy słusznie wymierzanemi razami swych dziobów przyspieszając wejście ociągających się lub zbłąkanych. Skoro cała trzódka, oprócz tych dwóch ważnych osób, zajęła swoje schronienie, Bruyére otworzyła całkiem drzwi od szopy. Chociaż w téj chwili oblicze dziewczyny nacechowane było głęboką melancholią, słodki uśmiéch zadowolenia przebiegł jednak po jéj ustach na widok rzeczywiście zadziwiającego porządku, jaki tam panował: piérzasta rzesza już się tam upiętrzyła podług wzrostu; najmłodsze indyki, według zwyczaju, do jakiego przyuczyła je Bruyére, zajęły miejsca na najwyższéj z trzech żerdzi tam umieszczonych, a to jedne nad drugiemi. Badawczy instynkt i rozsądek młodéj dziewczyny, odgadując zadziwiającą pojętność, jaką wszystkie zwierzęta są obdarzone, w skromnéj sferze swojéj, cierpliwością i łagodnością takich cudów dokazał.
Pod samym wierzchem szopy, nad grzędami panowało, że się tak wyrazimy, gniazdo młodéj dziewczyny.
Bruyére, niemal od dzieciństwa powodowana uczuciem wczesnego wstydu i własnéj godności, tém najwybitniejszém piętnem jéj charakteru, czuła wstręt niepokonany do podzielania wspólnego łoża, na którém w tym i innych folwarkach śpi razem bez żadnéj różnicy obojéj płci czeladź, w głębi jakiéj stajni; dla tego téż wyjednała u dzierżawcy wolność urządzenia sobie, ponad grzędami indyków, przy samych krokwiach, kryjówki podobnéj do jaskółczego gniazda, do któréj, niby zwinna kotka, po grzędach jak po stopniach wchodziła. W tém gnieźedzie wysłaném mchem, wysuszoném liściem paproci, zmieszaném z aromatycznemi zioły, Bruyére znajdowała przynajmniéj zdrowy spoczynek i odosobnienie przyzwoite jéj wiekowi i płci. Wkrótce téż w swéj trzodzie liczyła dzielnych strażników, komiczna bowiem przygoda z panem Beaucadet, nie była jedyną w swoim rodzaju. Rok temu, jeden parobczak, ośmielony brudną namiętnością, chciał nocną porą dostać się do kryjówki malej Bruyére; ale pierzasta rzesza tak straszliwie bełkotała, z taką zaciętością ze wszystkich stron rzucała się na zuchwałego kochanka, że ten ogłuszony taką wrzawą, przerażony tak niespodzianą napaścią, czémprędzéj umknął.
Bruyére skończywszy zwykłe zatrudnienia wieczorne, zamknęła szopę, starannie w kąciku postawiła koszyczek pokryty świeżém liściem, który poprzednio trzymała w ręku, i wyszła z folwarcznego dziedzińca aby udzielić posłuchanie osobom przybyłym do niéj po radę. Te oczekiwały jéj zewnątrz budynków, siedząc na pniu obalonego drzewa w pobliżu olbrzymiego jałowcu, od którego cały folwark brał nazwę.
Niech się czytelnik nie dziwi, skoro usłyszy w następującéj rozmowie pokorną pasterkę indyków przemawiającą językiem świadczącym o pewném wykształceniu, rzadkiéj wzniosłości umysłu, objawiającym nie tylko różnorodne, ale nawet przedziwnie do wiejskich rzeczy zastosowane wiadomości. Najprzenikliwszy dowcip, najszczęśliwsze usposobienie, nigdyby nie zdołały uposażyć dziecięcia jéj wieku tą praktyczną mądrością, jaką nadać może jedynie długie przyzwyczajenie do wiejskich prac i wytrwałe zgłębianie praw i zjawisk natury; rozsądna bowiem rozwaga nad przeszłością, prowadzi nieomylnie do przewidywania przyszłości.
Bruyére, zdaje się nader szczęśliwie przyswoiła sobie nauki i doświadczenie jakiejś drugiej osoby.
Tym sposobem wyjaśnia się nadzwyczajna świadomość małéj Bruyére, pewność jéj przewidywań naiwna mądrość jéj rad. Prosty zaś i nieumiejętny lud, którego była wyrocznią, powinien był widzieć i widział w niéj istotę nadprzyrodzoną, czyli jak powiadał zaczarowaną.
Dwaj mężczyźni, jeden w średnim wieku, drugi osiwiały starzec, i kobiéta jeszcze młoda, trzymająca na kolanach pięcio lub sześcioletnie dziecię, wszyscy nędznie odziani, byli to nowi klienci oczekujący na małą Bruyére.
— Cóż, kochana pani, żądacie odemnie? — miłym i ujmującym głosem spytała Bruyére kobiétę trzymającą dziécię na kolanach.
Słysząc to pytanie obaj mężczyźni, powodowani chwalebném uczuciem względności, oddalili się na kilka kroków od swéj towarzyszki.
— Moja kochana dzieweczko, — smutnie odpowiedziała kobiéta, — jestem z Saint-Aubin; głoszą w naszéj dolinie że umiesz zamawiać choroby, przyszłam więc prosić abyś mi zamówiła chorobę mojego biédnego synka, którego tu widzisz.
I pokazała pokryte łachmanami dziecię; było ono blade i przerażająco chude; niepokonana, ospałość przytłoczyła obrzmiałe jego oczy.
Bruyére smutnie wstrząsnęła głową.
— Ktoś was zwiódł, moja dobra kobiéto.... ja nie umiem zamawiać dziecinnych chorób.....
— Powiadają jednak w dolinie, że zeszłéj wiosny zamówiłaś chorobę całego stadka jagniątek, i że prawie wszystkie uratowałaś,....uczyń dla tego chorego dziecka to, coś uczyniła dla jagniątek, moja dobra dziéweczko; błagającym głosem naiwnie rzekła kobiéta. Opowiem ci, skąd to przyszło. Oto, widzisz, ten mały, zawsze był delikatniejszy, jak dwaj jego starsi bracia,.... ale jednak łaził.... Wiadomo ci, jak ostrą mieliśmy zimę.... W jesieni, mój biédny mąż dostał gorączki, bo ciągle zbierał gałęzie na zatopionym gruncie; gorączka odjęła mu władzę w ręku i nogach; był on najemnikiem, i włóczył się jak mógł....Ale najczęściéj nie mieliśmy chlewa, i gdyby nie kilka miar porosłych kartofli, które nam sąsiad darował, tobyśmy byli pomarli z głodu,... a potém ostatni wielki piorun (trąba powietrzna) w lutym, prawie zupełnie zerwała mierzwę z naszego dachu, tak, że już prawie nic na nim nie pozowało. Mój biedny mąż poszedł tu na tę stronę doliny do lasu, aby narąbać gałęzi na pokrycie dachu, i nazbierać wyschłych łodyg[12] do palenia w piecu; ale leśnicy pana hrabiego, nie pozwolili mu nic zbierać.... Mój Boże, wtedyto lało u nas jakby na dworzu, a w nocy tak było zimno,.... jak na mrozie. Od téj pory, mój biédny malec zbladł, kaszle, trzęsie się,... i nakoniec zachorował zupełnie, jak sama widzisz, z płaczem mówiła kobiéta. Ah! moja poczciwa dzieweczko,... teraz już tylko w tobie mam nadzieję.... wiém, że jak chcesz, to możesz...Cóż ci to szkodzi,... że powiesz kilka słów. Bądźże łaskawą, uwolnij go od téj choroby, tak, jak uwolniłaś jagnięta.
Nieraz w ciągu tego smutnego opowiadania, Bruyére chciała przerwać biédnéj kobiecinie; ale zbrakło jéj odwagi; wreszcie bacznie przypatrzywszy się dziecięciu, i utuliwszy jego zimne i blade ręce w swoich dłoniach, wzdychając powiedziała do matki:
— Bo to, widzicie, moja kobiéto...jagniętom nie brakowało ani mleka u matek, aby się pożywiły, ani wełny, aby się ogrzały; to im tylko szkodziło, że dzień i noc siedziały zamknięte w nizkiéj i pełnéj gnoju owczarni, pozbawionéj powietrza tam biédne dusiły się; wiele nawet odeszło[13]. Powiedziałam więc dzierżawcy: wypuść pan na wiosnę swoje jagnięta na świéże powietrze, na zieloną trawę, na słońce.... na noc daj im pan otwartą i świéżą oborę; jagnięta odetchną czystém powietrzem, a na łonie matek nigdy im zimno nie będzie; młode zajączki, młode sarenki po lasach rodzą się, wzrastają i przychodzą do sił, nie mając innego schronienia jak łono matki i pień dębu, na którym jest ta matka na świat wydała... Ale małe dzieci ubogiego człowieka, ze łzami w oczach dodała Bruyére; ale dzieci ubogiego człowieka, nieszczęśliwsze są aniżeli małe sarenki w lesie: matka nie ogrzeje ich na swém zlodowaciałam łonie... a, skoro wyschnie jéj pokarm, biédne nie znajdą go sobie ani w dolinie, ani w lesie. Wasze dziecię cierpiało z przyczyny zimna i głodu, kochana i biedna matko, stądto pochodzi jego choroba,... a takiéj choroby, niestety!... ja zamawiać nie umiem.
— Ono więc musi umiérać, moja kochana dzieweczko, skoro nie umiesz zamówić jego choroby! łkając powiedziała matka.
— A lekarz... czy widział je?
— O! on u nas nigdy nie bywa.... to za daleko, a potém, czyżbyśmy mu mogli zapłacić,... czyżbyśmy mieli za co kupić lekarstwo?... nieszczęśliwi jak my, nie znają lekarza.
Rozrzewniona Bruyére, milcząc, spojrzała na dziécię; serce jéj cierpiało na samą myśl odprawienia téj o kobiéty, nie udzieliwszy jéj chociażby kropli nadziei.
— A jednak... bardzo małéj rzeczy potrzeba, a to lube stworzenie możeby ocalało! z myślącą miną mówiła daléj Bruyére: — bo tylko ciepłéj odzieży... suchego łóżka... i co dzień mléka czystego i ciepłego.
— Dobry wieczór, mała Bruyére, — ozwał się nagle jakiś gruby, wesoły głos.
Dziewczyna podniosła głowę, i postrzegła nadchodzącego ku niej, z wyciągniętemi rękami, promieniejącą twarzą, człowieka chudego i ogorzałego, w szerokim okrągłym solońskim kapeluszu, w białéj bluzie i białych spodniach.
— Szczęść Boże! — dodał przystępując ku Bruyére; — i niech cię Bóg zachowa jak najdłużéj dla poczciwych ludzi,... bo ja wiem, żeś ty nieco spokrewniona z panem Bogiem; kiedy ty zechcesz, to każde nieszczęście odwrócisz.
— Cóż tam słychać nowego, mości Chouart? — spytała Bruyére.
— Co słychać? oto dziś wieczór już moje zboże w stodole, moja pszenica omłócona... Rachowałem na sto korcy ziarna, bo i to już byłaby piękna rzecz, a miałem ich sto dwadzieścia i dwa... Widzisz, co to mogą twoje czary... ha!...
Bruyére przez chwilę zamyślona, żywo przerwała człowiekowi w wielkim kapeluszu.
— A więc, mości Chouart, jesteście kontenci z waszego zbioru?
— Czym kontent? a wszakże za każdą namierzoną ćwiartką, mruczałem po cichu: Dziękuję mała Bruyére... dziękuję... nie przymierzając, jakbym mówił pacierz, i...
Bruyére znowu mu przerwała.
— Kiedyście kontenci, mości Chouart, sprawcież żebym i ja była takie kontenta.
— Właśniem po to przyszedł; a ponieważ mówią, ii nie chcesz nigdy brać pieniędzy za twoje zamawiania... więc....
Tu Bruyére przybliżyła się do człowieka w wielkim kapeluszu, pokazując mu biédną kobiétę, która błagalném spojrzeniem zdawała się mówić jéj: Ty, która tyle możesz...ocalże moje dziecko.
— Oto poczciwa kobieta z doliny...któréj dziécię mocno chore;... pewna jestem, że przyszłoby do zdrowia, gdyby miało ciepłe łóżeczko, dobrą odzież, i przez jeden lub dwa miesiące, nieco mléka codzień... Otóż, proszę was, mości Cbouart, dajcie matce tego dziecka pęk najgorszego runa z waszych owiec, dajcie jéj połowę płóciennego worka... a to będzie materac. Wasza gospodyni znajdzie zapewne w jakiéj szafie starą wełnianą spódniczkę, z której da się zrobić dwie na dziecko... i to będzie odzież. Codzień odstawcie na stronę garnuszek mléka dla tego malutkiego... a matka będzie po nie do was przywodzić. Zróbcie to, mości Chouart, — miłym i przenikliwym głosem dodała Bruyére; — zróbcie, a ja wam za to będę wdzięczna...
Dobrze...dobrze, uczynię to dla téj uczciwéj kobiéty; — zawołał człowiek w dużym kapeluszu; i uczynię z całego serca... ale cóż czynić dla ciebie? mała Bruyére, co dla ciebie?
— Kiedyś każę wam powiedzieć, co ja chcę.... i to może również przez jaką inną ubogą kobiétę; melancholijnie uśmiéchając się rzekła Bruyére.
— Ah! rozumiem;... z przebiegłą miną odpowiedział Chouart: — ty... to znaczy twoi bliźni... Ah! słusznie mówią, mała Bruyére! mała Bruyére! tyś zaczarowana.
— Ah! moja droga dzićweczko, — rzekła matka biorąc obie ręce Bruyére i dwakroć z wdzięcznością je całując; — jakże dobrze czyni, kto do ciebie przychodzi! Moje dziecko już w połowie ocalone... Ale, — bojaźliwie i wahając się dodała, — to jeszcze nie wszystko, gdybyś przynajmniéj choć cokolwiek chciała zamówić jego chorobę...moje biédnę dziécię zupełnie przyszłoby do siebie.
Bruyére, bardzo rozsądnie pojęła, że rady jéj nabiorą daleko większéj powagi i ściśléj będą wykonywane, skoro towarzyszyć im będzie jaka tajemnicza drobnostka; to téż, zastanowiwszy się niby nad żądaniem matki, młoda dziewczyna powoli wyjęła z ciemno-włosego warkocza, gałązkę różowego wrzosu, przybliżyła do swych rumianych ust, zdających się szeptać jakieś tajemnicze wyrazy, poczém z uroczystą miną, niezgadzającą się z małą figurką i dziecinnemi jéj kształtami, podała biednéj kobiécie, mówiąc:
— Weźcie tę gałązkę...
— Dziękuję, moja dziéweczko....odpowiedziała kobieta, biorąc z uszanowaniem i podległością.
— Skoro będziecie mieli materac, który wam da pan Chouart dla dziecka, potniecie tę małą gałązkę na siedm kawałków... ani mniéj, ani więcéj...pamiętajcie, bo to ważne.
— Na siedm kawałków, powtórzyła kobiéta, z największą uwagą słuchająca dzieweczki.
— Ale nie pierwéj trzeba ją krajać, aż po zachodzie słońca, dodała Bruyére, kładąc na ustach wskazujący palec, aby przez to poruszenie nadać więcéj wagi swojemu zaleceniu.
— O! będę niezawodnie czekała do zachodu słońca, — znowu rzekła matka.
— Potém, — mówiła daléj mała czarodziejka; włożycie w wełnę od materaca te siedm odłamków wrzosu, zaszyjecie...
— A w któreż miejsce materaca trzeba je włożyć? moja kochano dziéweczko.
— Trzy ździebła w jeden koniec, cztéry w drugi.
— Trzy w jeden, cztéry w drugi,— z religijną prawie skruchą powtórzyła kobiéta.
— A tam, gdzie będzie cztéry, wsuniecie trochę więcéj. wełny, i na téj stronie położycie głowę waszego dziecka.
— Będę pamiętała... kochana dzieweczko.
— Ale uważajcie dobrze, — poważnie dodała Bruyère — aby moje zamówione gałązki przyniosły dobry skutek, trzeba co dwa tygodnie...rozparać materac, i wyprać dobrze jego płótno, o wschodzie słońca.
— Dobrze, moja kochana dzieweczko.
— A potém przez siedm godzin należy przesuszać wełnę na świéżém powietrzu.
— Co dwa tygodnie...przez siedm godzin... dobrze moja kochana dziéweczko, i tego nie zapomnę.
— A za miesiąc znowu do mnie przyjdziecie — majestatycznie zakończyła Bruyère.
— O! przyjdę... przyjdę... i zapewne powiém, żeś mi uratowała dziecię, — odrzekła kobieta z pełném nadziei uniesieniem, tuląc syna do swojego łona.
Ta na wpół kabalistyczna rozmowa zdawała się przejmować Chouarta głębokiém i niewinną zazdrością przeplataném podziwieniem, bo wybornych rad małéj Bruyére, nie ćmiły piękne magiczne formuły; chciał on zapewne wynurzyć się ze swemi żalami téj małéj czarodziejce, ale dwaj inni klienci, starzec i człowiek średniego wieku, z kolei do niéj przystąpili.




11.
Rady.

Starszy z dwóch nowych klientów małéj Bruyére, zdawał się być wielce stroskany. Syn jego, który z nim przybył, około cztérdziestu lat wieku mający, niemniej był smutny. Biédna kobiéta, zostawiwszy ich obu przy małej Bruyére, odeszła nieco ba stronę, równie jak i Chouart, dzięki dobrym radom młodéj dziewczyny, szczęśliwy dzierżawca i właściciel tak pięknego zbioru.
— Cóż żądacie ode mnie, szanowny ojcze? — uprzejmym i miłym głosem zagadnęła starca nasza doradczyni.
— Mój ty mały aniołku, — zawołał starzec usiłując tém wyrażeniem oddać cały szacunek i zaufanie pokładane w sławie małéj Bruyére, — oto przychodzę prosić abyś zamówiła rolę, leżącą z tamtéj struny doliny. Przyznam się, że już mię nakoniec znudziła... Od lat blizko dziesięciu, jak ją po moim stryju odziedziczyłem, zbiory tak są liche, tak się ciągle zmniejszają, że aż złość bierze; co rok to gorzéj... poprzednie lata, i tak już były złe, ale przeszły i teraźniejszy, jakby uciął... zasiałem dwadzieścia morgów pszenicy,...! cóż zebrałem? oto zaledwie pięćdziesiąt korcy. Co za żniwo!... ziareczka maluczkie... a tak jasne, tak wątle!... Dosyć powiedzieć, że ledwo mi się nasienie wróciło... O przeklęta niech będzie ta niewdzięczna ziemia! — z rozpaczy tupiąc nogą zawołał starzec.
— Tak, tak, ojciec ma wielką słuszność, — powiedział syn, — wszystko idzie coraz gorzéj. Przeklęta niech będzie ziemia, tyle biednemu rolnikowi niewdzięczna!... Przeklęta niech będzie ziemia, tak złośliwa, tak uparta!
Na takie złorzeczenia ziemi niby niechętnéj, czarowna twarz małéj Bruyère pokryła się wyrazem smutku i boleści, jakby te niesprawiedliwe obelgi dotyczyły kogoś dla niéj drogiego, lub świętego. Zwracając się więc do starca, z wyrazem uniesienia, który jéj postawie nadał cechę rzadkiéj wyniosłości, rzekła mu tonem lekkiego wyrzutu:
— O szanujcie, kochajcie, błogosławcie ziemię Przedwiecznego Boga! bo czyi iż ta wspaniałomyślna, niezmordowana matka, za jedno ziarno nie wraca dziesięciu kłosów? za jednę żołądź tysiąca dębów? Łono jéj ciągle otwarte, gotowe jest zawsze zapłodnić się, bądź ziarnem które wiatr rozsiewa, bądź pestką owocu wypadłą z dziobka ptaszyny, bądź wreszcie nasieniem, które po waszych bruzdach rozrzucacie. O! nie, nie, ziemia nigdy nie jest niewdzięczną; jeżeli z czasem ubożeje, wyczerpuje się, ta biedna karmicielka! to dla tego, że jak rozrzutna matka ciągle nad swe siły wydawała, dla tego że się u niéj bez przerwy upominano, że jéj spoczynku niedawano... O! ziemio! ziemio święta i błogosławiona! kiedyż, według praw Przedwiecznego, pokryjesz się wszędzie i bez trudów, drzewem, zborem i kwiatami? kiedyż ujrzysz, jak twe pracowite dzieci żyć będą w dostatku i radości!!
Niepodobna opisać postawy i uroku małéj Bruyére, gdy te słowa mówiła; jéj wielkie piękne oczy, zniesione w niebo, błyszczały tak żywo, jak gwiazdy pokazujące się na zenicie... Ostatnie światło zmroku, tajemniczym odblaskiem rumieniło zachwycającą twarz dziewczyny, oddychającéj wiarą i nadzieją w ojcowskiéj dobroci Twórcy...
Kobiéta, jéj dziécię, starzec i syn jego, oraz dzierżawca Chouart, w milczeniu słuchając małéj Bruyére, patrzyli na nią z pełném szacunku uwielbieniem. Dla tych prostych i nieuczonych ludzi, jéj nieco poetyczna mowa była pewnym rodzajem czarnoksięskiego wywoływania, bardziéj jeszcze podnoszącego urok, który tę młodą dziewczynę otaczał.
Ta, na chwilę pokonana mimowolném uniesieniem, uczuła potrzebę zastąpienia słów faktami; po niejakiéj przerwie zatém, rzekła do starca:
— Nie, nie, powtarzam wam szanowny ojcze, ziemia nigdy darów swych nie odmawia, chyba gdy za długo, albo za nadto ich udzielała.
— Za nadto! — z gniewem i goryczą wykrzyknął starzec, — za nadto! o nędzna! Od lat dziesięciu, czegóż od niej żądałem? W dobry, czy w zły rok, zawszem tylko żądał pszenicy. Jeżeli była rozrzutną... o! to chyba tylko w piérwszym roku,... ale potem,... rok po rok, aż zanadto była skąpą... To téż, mój ty mały aniołku, jeżeli zamówisz tę niegodziwą ziemię,... złe może się przemieni w dobre, bo ja już tylko w tobie mam nadzieję.
— Słuchajcie, poczciwy staruszku, — łagodni przerwała Bruyére, — po całodziennych pracach i trudach, czegóż potrzebujecie dla pokrzepienia wyczerpanych sił waszych? Pożywienia i spoczynku; wszak prawda?
— To rzecz najmniejsza, moje dziecię.
— Tak jest, najmniejsza, ale sprawiedliwa... kochany ojcze,... a tejże nieszczęsnéj ziemi, któréj tyle złorzeczycie, czyście po każdem żniwie dali spoczynek, czyście ją nakarmili, to jest, czyście ją zostawili odłogiem, czyście ją tuczyli nawozem?
— Nawozem?... nieco; ale odłogiem,... nigdy... Tegoby téż jeszcze brakowało, — zawołał starzec, — choć mało daje, ta niegodziwa!! przynajmniéj że daje,... lepiéj zawsze mało jak nic...
— Prawda, szanowny ojcze, że lepiéj mało jak nic, ale czyliż wiele nie warto więcéj, jak mało?... A ta wspaniałomyślna matka bardzoby wam wiele dała, gdyby miała dostateczny pokarm i spoczynek,... zwłaszcza spoczynek, acz niezupełny, bo Bóg W swój nieocenionéj dobroci sprawił, iż zmiana uprawy wychodzi na jedno co spoczynek.
— A to jakim sposobem? — spytał coraz bardziéj zdziwiony starzec.
— Od lat dziesięciu, dajecie téj biednéj ziemi zaledwie po odrobinie żywności, a żądacie od niéj zboża, i jeszcze zboża, i zawsze zboża.... i nic więcéj prócz samego zboża... I cóż chcecie, poczciwy ojcze?.. ta karmicielka musi nakoniec cierpieć, wyczerpuje się, i rodzić przestaje.
Starzec i syn jego spojrzeli po sobie, niepewni, zdziwieni; należeli oni do rzędu rolników ślepo trzymających się przepisów ciemnéj rutyny, rzadko i niewiele użyźniających grunt nawozem, i niemających najmniejszego wyobrażenia o płodozmiennéj uprawie roli, o téj czynności, tak silnie wpływającéj na produkcyą.
— Zamiast wyczerpywać ziemię domaganiem się od niéj ciągle jednakowego płodu, — mówiła znowu Bruyére, — pójdźcie za moją radą, poczciwy ojcze, a wkrótce napełnicie waszę stodołę i wasz worek.
— Niestety! moja mała, uczyń to, ty która tyle możesz!
— Wszak macie czterdzieści morgów ziemi i w tych czterdziestu morgach jest rola dobra, gorsza i zupełnie zła?
— Mam ośm morgów, które choć mało wydaja zawsze jednak, same przez się... wydają tyle co trzydzieści dwa pozostałe, — odpowiedział starzec.
— A więc! gdybyście tym ośmiu morgom — dali całe to, jakkolwiek bądź nędzne pożywienie, które dajecie morgom czterdziestu?
— O! toby były ugnojone... jakby pod jaki ogród.
— Wtedy poczciwy ojcze, te ośm morgów, przy daleko mniejszych kosztach, przy daleko mniejszym trudzie, w ciągu jednego roku, przyniosłyby wam cztérykroć więcéj aniżeli dziś przynoszą całe wasze czterdzieści morgów, mianowicie, gdybyście zasiawszy na nich jednego roku pszenicę, następnego roku zasieli kartofle,... potém znowu żyto,.. potém koniczynę, a po koniczynie napowrót pszenicę,... przechodząc w ten sposób od jednéj uprawy do drugiéj, przemieniając,... bo widzicie, szanowny ojcze, biedna karmicielka nasza nie wyczerpuje się ciągłą rodzajnością... ona zawsze pragnie przynosić wam swoje płody;... ale wyczerpuje ją, wydawanie ciągle jednakowego owocu; bo tym sposobem korzystacie zj ednego tylko rodzaju jéj obfitości, kiedy ona ma ich tysiące. Wierzcie mi zatem, że dobrze uprawne ośm morgów napełnią waszę stodołę; kiedy tymczasem obok czterdziestu źle uprawnych, stodoła wasza będzie prawie próżna.
— A cóż mam czynić z pozostałą rolą? — spytał zamyślony starzec.
— Średnią,,.. zasiejcie koniczyną, będziecie nią żywić wasze bydełko, to bydełko dostarczy wam nawozu, a bez nawozu nie będzie zboża.
— A cóż się stanie z najgorszą?
— Posiejcie na niéj jodłę... jestto bozkie drzewo; z niego to budujemy domy, jego liściem ogrzewamy piece, jego szyszkami oświecamy ogniska, z jego soku mamy żywicę, a dla niego dobra najgorsza rola, bo ono tam rośnie bez trudów i starań, a po sześciu latach już przynosi pożytek.
Te tak proste ale zdrowe rady, — oparte na zgłębianiu i doświadczaniu rozmaitego usposobienia ziemi, — zbyt były jasne, zbyt logiczne, a nadewszystko tak praktyczne, że silne wywarły wrażenie na umyśle starca. — atoli zwyczaj, ta straszna fatalność ciążąca na postępowaniu rolników, gwałtownie walczył przeciw dobremu natchnieniu starca, które mu radziło pójść za radami małej Bruyére. Ona zgadując przyczynę tego wahania się, przywołała dzierżawcę Chouart i rzekła:
— Panie Chouart? jakąż panu dałam radę... przeszłego roku?
— Ah! moja kochana! zawołał dzierżawca, czarodziejską radę! dobrze, że ją mogę opowiedziéć! Uprawiałem znaczny kawał ziemi, z wielkim kosztem i źle; powiedziałaś mi: uprawiaj mniéj a dobrze. Tego roku mam dwa razy mniejsze koszta a cztéry razy większy zbiór; ale nie to najważniejsze; brakowało mi nawozu... a nawóz, jak powiada Bruyère, jestto chleb ziemi... brakowało mi więc nawozu, a nie miałem go za co kupić, bobym może był musial zapłacić po 70 franków od morga... otóż powiedziałaś mi twoim milutkim głosikiem : „W sierpniu, panie Chouart, zasiejcie grykę, zakwitnie ona w październiku, przewróćcie pługiem jéj kwiaty. łodygi, liście, słowem wszystko, bo nie masz lepszego i tańszego nawozu; potém tak użyźnioną ziemię zasiejcie zbożem, a obaczycie co to za piękne będzie żniwo!” — Usłuchałem cię, poorałem moję kwitnącą grykę, to nic mnie prawie nie kosztowało; potém zasiałem, a na wiosnę, moja pszenica kołysała się rzeźwo i gęsto niby jaka łąka... zwiozłem ją do stodoły, omłóciłem... i z morga mam przeszło dziesić korcy... powiadam wam, je tego nawet w samém Beauce nie ma!
— Dziesięć korcy z morga ! z niejakiém powątpiewaniem i zadziwieniem zawołał starzec.
W téj chwili Bruyère postrzegła małego pastuszka, który wyszedł z folwarku i spieszył ku niéj.
— Ojciec Jakób woła cię... wola aż litość bierze — powiedział chłopak do małéj Bruyère,— i tak jęczy spać nam nie daje!
— Biegaj i powiedz mu, że zaraz idę, — odpowiedziała Bruyère i twarz jéj nagle posmutniała; a obróciwszy się do starca, rzekła:
— Mój szanowny ojcze, pan Chouart powie wam co sam robił... jego doświadczenie zachęci was; usłuchajcie rad moich... wyjdą wam na dobre, i nigdy już nie będziecie chcieli abym zamawiała ziemię karmicielkę... Ale powiem wara kilka słów, które mogą waszę wyczerpaną ziemię zamienić w ziemię żyzną: te słowa, kochany ojcze, są następne, pamiętajcie na nie:
Uprawiaj mało... a dobrze.
Z nowym rokiem, nowa uprawa.
Częsty nawóz, użyźnia ziemię.
Zasiewaj łąki...pielęgnuj łąki.
Bez łąk, nie ma bydła.
Bez bydła, nie ma nawozu.
Bez nawozu, nie ma zboża.
— Postępujcie według tych zasad, szanowny ojcze, — miłym, przenikającym głosem dodała Bruyére; a przestaniecie złożeczyć... a błogosławić będziecie ziemi dobrego Boga...
To powiedziawszy, Bruyére ucałowała czoło dziecięcia uśpionego na łonie matki, przyjaźnie małą swą ręką ścisnęła chropowatą dłoń Chouarfa, z wdziękiem i uszanowaniem pożegnała starca, i nakoniec szybko spiesząc ku folwarkowi... znikła lekka i zachwycająca jak wieszczka...




12.
Ojciec Jakób.

Bruyére nim weszła do opustoszałéj obory, z głębi któréj jęcząc przyzywał ją ojciec Jakób, piérwéj wzięła mały koszyczek, który przyniosła była z sobą z pola i w wiadomém miejscu postawiła, w chwili gdy się z nią spotkali jéj klienci; w koszyczku tym znajdowała się doskonała czerwono-fioletowa jeżyna; kilka kropel jéj soku ubarwiły purpurą świeże liście dzikiéj macicy winnéj, któremi koszyczek był wysłany.
Bruyére, wspinając się po szerokich i licznych rozpadlinach ścian, weszła do obory.
Księżyc wschodził okrągły, świetny; światło jego przebiwszy się przez odartą strzechę, słabo rozwidniło zakątek tego zapadającego poddasza.
Tam Bruyére zatrzymała się, bo z tego miejsca pochodziły bolesne jęki, które kilkakroć zwróciły uwagę folwarcznéj czeladzi podczas wieczerzy. Młoda dziewczyna czuły wzrok powiodła po smutnym, obrazie, który acz nie nowy dla niéj, zawsze jednak n«wą boleścią ją przejmował.
Wiązka żytniéj słomy walała się po ziemi wilgotnéj, od deszczu i śniegu chronionéj zaledwie kilku pęczkami janowcu, tu i owdzie umieszczonego na belkach w miejsce dachu, którego gonty popsute i przezroczyste, czarno odbijały na niebieskawém przezroczu nieba podówczas księżycem rozjaśnionego.
Na tém posłaniu, bardziej cuchnąém i niezdrowszém aniżeli posłanie roboczych zwierząt, poruszała się jakaś ludzka postać, zaledwie przykryta kilku łachmanami podartéj kołdry; widziałeś tam urzeczywistnienie okropnéj niedoli, jaką tylko opuszczona starość, nędza i nieuleczona choroba wywołać mogą.
Wystawmy sobie ośmdziesięcio-letniego starca sparaliżowanego w tak dziwny i przerażający sposób, iż rzekłbyś, że jakaś nielitościwa potęga, uderzając go nagłą bezwładnością w chwili gdy, pochyliwszy czoło ku bruździe, z trudnością ją przewracał, skazała tego nieszczęśliwego, aby w łuk zgięty, całém ciałem i twarzą wiecznie pochylony był ku ziemi.
Nie była to jednak żadna nadludzka potęga, lecz tylko prosta wola człowieka ciągnącego korzyści z roli; on, to bozkie stworzenie przywiódł do tak przerażającéj bezkształtności.
Nie był to téż żaden z tych wypadków nadzwyczajnych, rzadkich i zasmucających, o jakich nauka czasami wspomina. Któż nie spotykał, zbyt nawet często, na wsiach, obojga płci starców, wlokących się przy pomocy kija, literalnie zgiętych we dwoje, tak, że grzbiet pochylony na przód tworzy prawie kąt prosty z niższemi częściami ciała, i zdaje się być lutowany w tej pozycyi? Takiemu skrzywieniu często ulegają ludzie oddani pracy nieustannéj, ich siły przechodzącéj... Ciało ich, i tak już nadwerężone z powodu niedostatecznego pokarmu, słabnąc coraz bardziéj, traci całą sprężystość, i powoli zachowuje zgięcie, do którego przywykło. Nieustannie ku ziemi pochyleni, niby rdzą przejmują swe stawy; wątłe, na zimno i wilgoć wystawione ich członki tracą władzę, a skoro tych ludzi wiek zaskoczy, nieszczęśliwi, pomnażają liczbę męczenników pracy.
Nie jedna zaiste legenda opiéwa, że Bóg mściciel, chcąc ukarać mordercę, dotknął go bezwładnością, wówczas gdy pochylony ku swój ofierze, wzniesionym sztyletem przebić ją zamyślał...i że ten Bóg dla dania ludziom strasznego przykładu, rzekł owemu zbójcy:
— Żyj,... ale niech twe przeklęte ciało zachowa odtąd postawę, jaką przybrało w chwili, gdyś zamierzył uderzyć twą ofiarę...
Ta legenda, jakkolwiek dziwaczna, mieści jednak w sobie wiele morału.
Atoli, skoro wspomnimy na okrutne paradoxa pewnych próżniaków i szczęśliwców tego świata, kiedy wspomnimy na fałszywych deklamatorów i mądrych ekonomistów, którzy uprawniają najnielitościwsze samolubstwo, głosząc w imieniu woli Wszechmocnego, że wiecznym udziałem człowieka na téj ziemi są łzy, nędza i rozpacz; cóż dziwnego, że usłyszymy jak niektórzy z tych moralistów wierząc w fatalność złego, wołają, przeczytawszy podobną legendę:
„Proletaryusze wsi! przeklęte pokolenie wasze nieustannie schylać będzie czoła ku wyschłéj ziemi, które własnym potém użyźnia; takie jego przeznaczenie! Nasz Bóg skazuje was przez usta nasze na pracę, na nędzę, na wieczne cierpienia; i aby w oczach ogółu uszło za niezawodną prawdę, że taki jest w istocie wasz los, wielu z pomiędzy was, z woli Bożej dotkniętych nieruchomością, w chwili gdy spełniać będą przeznaczenie, i w pocie czoła przewracać ziemię; wielu z pomiędzy was, mówimy, zachowa na wieki tę postawę, jako żyjącą oznakę niezmiennego losu przeklętéj i wydziedziczonéj rasy waszéj.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
I lubo nikt tak barbarzyńskich zdań nie głosi, codzień jednak spełniają się fakta jeszcze bardziéj barbarzyńskie.

Samotność, opuszczenie, nędza, i częstokroć, po wielu latach przygnietającéj pracy, skon pełen męczarni: oto los, który dotąd w Solonii jest udziałem prawie każdego rolnika weterana.
Nie masz żadnéj opiekuńczej przezorności, żadnéj pieczy o przyszłość tych niezmordowanych narzędzi zasadniczego bogactwa kraju.
A jednak... ci uprawiają rolę... a nie znają nawet smaku pszenicy.
Ci, zasiewają zielone pastwiska, tuczą liczne trzody... a nic znają smaku mięsa.
Ci, sadzą winną latorośla nigdy nie piją wina.
Ci, strzygą ciepłe runo owcy.... a pokryci brudnemi łachmany dzwonią zębami.
Ci, obrabiają drzewo, którém piec się ogrzéwa, z którego się buduje dach... a umierają z zimna, i bez schronienia...
Nakoniec, tych znowu udziałem jest nielitościwa obojętność, zabójcza wzgarda, szczęśliwi jeszcze jeżeli, jak nasz sparaliżowany starzec, przy opiece jakiéj małej Bruyére, znajdą nieco słomy w opustoszałéj oborze, i umrzéć tum mogą, choćby wśród okropnych boleści.
Na widok małéj Bruyére, sparaliżowany starzec jak w kłębek na swém posłaniu zwinięty, przerwał bolesne jęki, i z trudnością obrócił ku niéj głowę.
Twarz jego była przeraźliwie blada i chuda; ogień gorączki jedynie ożywiał zapadłe i przygasłe oczy; leżał na boku a kościstemi kolanami dotykał wywiędłéj piersi. Od dwóch blizko lat, jego członki w ten sposób się skurczyły; prawa ręka tylko zachowała jeszcze nieco władzy.
Dzierżawca, sam bardzo ubogi, przez litość udzielił staremu Jukóbowi to schronienie i nieco nędznego pożywienia, które starzec podzielał z folwarczną czeladzią. Przez wiele lat ojciec Jakób pracował na tym folwarku, jako karczownik; lecz gdy przykre to rzemiosło, wykonywane wśród bagnistych stepów, rozwinęło w niem piérwsze zarody okropnéj choroby, dzierżawca przekonany o jego wierności i gorliwości, powierzył mu swoję trzodę. Obowiązki pastucha, jakkolwiek wymagają czynności, nie wyczerpują jednak tak dalece sił żywotnych jak uprawa lub karczowanie roli; zatem i ojciec Jakób pozostał stróżem trzody aż do dnia, w którym zupełnie sparaliżowany, zupełnie we dwoje zgięty, Padł wyczerpany na łoże, z którego już powstać ie miał. Odosobnienie w głębi obory, dolegliwość nieuleczonych boleści i przekonanie, że sama śmierć tylko uwolnić go od nich zdoła, pogrążyły starca w głębokiéj obojętności, odznaczającéj się mianowicie uporczywém milczeniem: bo starzec milczenie to przerywał jedynie wobec małéj Bruyére.
Są ludzie wyłączni, od natury cudownie uposażeni, którzy rodzą się jeometrami, astrologami, malarzami, muzykantami i t. p. Przez jakie tajemnicze działanie uprzywilejowane te organizacye dosięgają bez pracy, a nieraz przechodzą granice pewnych wiadomości? Tego nikt nie dociekł,... lecz jest to fakt równie widoczny, jak niepojęty.
Ojciec Jakób należał do rzędu tych uprzywilejowanych istot. Zrodzony rolnikiem, oddawna przeczuł nietylko potrzebę ulepszeń, ale wielkie rewolucye, jakie nauka i rolnicze badania wywołać miały w rolnictwie (badania i nauka nieszczęściem rzadko jeszcze zastosowywane, dzięki przerażającéj niewiadomości, w jakiéj tam uporczywie pozwalają pleśnieć wiejskiéj ludności). Liczne doświadczenia, wykonywane na kilku stopach ziemi, przekonały ojca Jakóba o wartości jego wyobrażeń. Dotykając geologii za pomocą znajomości wpływu rozmaitego wapiennego nawozu, zastosowanego do rozmaitych rodzajów gruntu; dotykając historyi naturalnéj zapomocą ciekawych spostrzeżeń swoich nad hygienią i fizjologią bydła; nakoniec dotykając botaniki za pomocą klassyfikacyi i wielce roztropnego przywłaszczenia różnych nawozów roślinnych, ojciec Jakób przedstawiał w swój osobie skarb praktycznéj wiadomości... skarb ten długo taił wgłębi swéj duszy, tak, że nie domyślano się zgoła jego istnienia.
Przyczyną takiéj skrytości nie była ani złośliwość, ani samolubstwo, ani zazdrość uczonych, wiodąca mędrca do ukrywania swych odkryć równie starannie jak skąpiec ukrywa swoje złoto... Nie, powodem tego milczenia, bylła nieuleczona obojętność. Jakież wreszcie widoki, jakie pobudki zachęcić go mogły do udzielania swych wiadomości i doświadczeń? Cóż go to obchodziło, że rola jego pana wydaje wiele, mało, lub nic? Jego licha zaplata, przykra i uciążliwa praca, zostały zawsze też same[14]; a w naiwnéj swój prostocie, biédny starzec nie mógł się powodować ambicją uchodzenia za nowatora. Ze jednak był poczciwym, dobrodusznym; że go oburzały zgubne podania rutyny, nieraz pokusił się na udzielanie rad, cudownie wyrozumowanych i pełnych praktycznéj mądrości; ale odwracano się od niego, jak od szaleńca; sądził więc, że dosyć uczynił. Odtąd, czy był rolnikiem, czy pasterzem, poprzestał na postępowaniu ni mniéj ni więcéj rozsądném jak jego towarzysze, aż nakoniec nadszedł dzień, kiedy sparaliżowany na wszystkich członkach, zaległ łoże, z którego już więcej nie powstał. Od téj chwili zdawało się, że zaprzysiągł sobie niezłomne milczenie.
Atoli, po kilku miesiącach tak okropnego istnienia, pozbawiony widoku zewnętrznych przedmiotów, szarpany najdolegliwszemi bólami, sam na sam w obec swych myśli, starzec nasz wyrzucał sobie, że tak długo nie upładniał cudownéj zdolności, jaką go Bóg obdarzył, a któraby tyle żyzną stać się mogła.
Bruyére, podówczas mająca lat czternaście, miła i rozsądna, dawała starcowi dowody najczulszej troskliwości, i z wielu względów była mu drogą; jej dowcip prędko się rozwinął, dzięki wykształceniu, jakiego udzielał jej codzień, w samotni stepów lub lasów, najdziwniejszy w świecie nauczyciel, wykradacz zwierzyny, Bête-Puante. Ten człowiek bowiem zmieniwszy skromne i nieznane, jakkolwiek umysłowe życie, na życie koczujące, z zapałem uprawiał to, co umysł i serce młodéj dziewczyny miały w sobie wspaniałomyślnego, czułego i wzniosłego.
Ojciec Jakób, coraz bardziej zdumiony rzadkiemi przymioty małej Bruyére, postanowił użyć jéj za narzędzie do rozsiania i rozszerzania skarbu nagromadzonych przez się wiadomości... Odtąd tylko z małą Bruyére,.. wyłącznie z nią tylko... rozmawiał, udzielając jéj swoje wiadomości w treściwych, prostych i przystępnych zasadach; uczył zaś z taką cierpliwością, że przenikliwy umysł młodéj dziewczyny bardzo szybko przyswoił sobie wyborne jego nauki.
Ojciec Jakób, znając, że tak powiemy, przesądne potrzeby mieszkańców tej samotnéj okolicy, wymógł na małéj Bruyére uroczyste przyrzeczenie, że nie wykryje nigdy źródła swéj nauki, bo wiedział że jéj rady tém więcéj nabiorą powagi, im większą tchnęłyby nadzwyczajnością i tajemnicą. Rodzaj uroku jaki już otaczał tę młodą dziewczynę, dzięki jéj piękności, wdziękom i wrodzonej oryginalności, przyszedł w pomoc życzeniom ojca Jakóba; rady sparaliżowanego staruszka byłyby wyszydzone, kiedy tymczasem rady małéj Bruyére zrazu przyjmowano z przesądném niemal zdziwieniem, a uważano późniéj za wyrocznię, skoro widziano, że prawie zawsze towarzyszył im pomyślny skutek.
Takie było tajemnicze źródło nauki małéj Bruyére... Na nieszczęście, boleść, samotność, a nakoniec wiek, osłabiły coraz bardziéj umysł starca, który z czasem prawie zupełnie pamięć utracił; a jeżeli niekiedy jeszcze przeszłość przesuwała się po jego umyśle, wtedy rzadkie i niepewne wspomnienia swoje brał za sny świéże; od kilku już miesięcy, zaledwie obecność małéj Bruyére zdolna była wyrwać go z ponuréj odrętwiałości.
Dwa razy jednak, ojciec Jakób przebudził się z osłupienia, i wtedy rozmawiał z innemi osobami.
Piérwszy raz, usilnie prosił, aby hrabia Duriveau, właściciel folwarku, odwiedzić go raczył; ale hrabia z szyderczą pogardą odrzucił tę jego prośbę, i ojciec Jakób powiedział:
„Szkoda, szkoda; ile czyni.”
Później biedny sparaliżowany, prosił, aby mu przyprowadzono Bête-Puanta, wykradacza.
Ten przybył.
Po długiéj i tajemniczéj rozmowie ze starym pasterzem, w któréj nieraz wymówiono imię Marcina, wykradacz wyszedł z obory, blady, zmieniony.
A ojciec Jakób wpadł znowu w uporczywe milczenie.
Napróżno wykradacz, powróciwszy nazajutrz, usiłował wymódz znowu kilka słów na ojcu Jakóbie. Ojciec Jakób zaniemiał.
Innym razem w skutek odwiedzin jakiegoś nieznajomego, który wyglądał na wieśniaka, ale się już nigdy więcéj na folwarku nie pokazał, ojciec Jakób znowu posłał po wykradacza, i znowu długo z nim rozmawiał... W miesiąc prawie po tej rozmowie (a niedawno temu), jeden z dwóch pokoi jakie zajmował dzierżawca, przedzielono korytarzem, i uczyniono, jeżeli nie wygodnym, to przynajmniéj mieszkalnym, dzięki prostym i skromnym meblom, sprowadzonym z Vierzon, najbliższego miasta téj okolicy. W kilka dni póżniéj, nocną porą, mały wózek zamknięty drelichowemi firankami, zajechał na folwark Grand-Genóvrier; wysiadła z niego kobiéta, osłonięta wiejską opończą... i odtąd zamieszkała pokój, o którym wspomnieliśmy, prawie nigdy z niego nie wychodząc i żyjąc w nim tak samotnic, że wyjąwszy dzierżawcy, który ją przyjął, i małéj Bruyére, która ją codzień widywała, folwarczna czeladź zaledwie ją postrzegła.
Mimo tych wypadków, którym ojciec Jakób nie był obcy, bo wiedział o nich przez wykradacza, nie widział on nigdy téj kobiety, i pogrążył się w zwykłem milczeniu; jednak od świtu dnia, w którym działy się opowiadane tu wypadki, starzec zdawał się ulegać ciągle jakiemuś nadzwyczajnemu wzruszeniu.
Przeciw zwyczajowi, w ciągu tego dnia, niecierpliwie przyzywał małéj Bruyére, która mu od jakiegoś czasu przynosiła w koszyku dziką jeżynę, aby jéj kwaskowatym sokiem mógł nieco orzeźwić wyschłe podniebienie.
— Oto jeżyna, ojcze Jakubie, mówiła Bruyére klękając przy jego posłaniu, — przebaczcie, żeście tak długo czekać musieli... ale biédni ludzie z doliny przychodzili do mnie po radę... i doradziłam im to, czegoście mię nauczyli... Oni mi dziękują, oni mię błogosławią, — tkliwym i przenikającym głosem dodała. — Ah! jak mię to boli, że nie mogę im powiedziéć: ojcu Jakóbowi, nie zaś mnie winiliście dziękować... jego to winniście błogosławić...
Zdawało się, że starzec tracąc znowu odzyskaną chwilę pamięć, zapomniał już, dla czego w ciągu dnia tak niecierpliwie przyzywał małéj Bruyére; owszem jakby jéj nie rozumiał, lub nie poznał, wodził po niéj osłupiałym wzrokiem.
— Wołaliście mię, — smutnie rzekła Bruyére; chcieliście mówić ze mną, ojcze Jakubie!
— Ojciec Jakób już z nikim nie rozmawia, ~ prawie obłąkanym głosem odpowiedział starzec, — i nikt z nim nie rozmawia...bo i cóżbv mu z tego przyszło? Kiedy Zdziczały, mój wielki, stary wół z płowym łbem, zdechł z trudu i ochwatu, alboż on mówił? alboż z nim kto mówił?
Słysząc te wyrazy, aż nadto świadczące o osłabieniu umysłu starca, Bruyére westchnęła; a potém, chcąc przerwać tak złowrogie myśli starca, rzekła:
— Pamiętajcież ojcze Jakóbie, kim jesteście, kim byliście; wszak za waszych czasów nie było lepszego karczownika, i dziś jeszcze wychwalają waszę wytrwałość w pracy; mówią w dolinie żeście nieraz samą motyką wykarczowali po ćwierć morga dziennie.
— Tak; z niejaką dumą rzekł starzec niby coś sobie przypominając; tak, miałem motykę dwa razy cięższą i większą jak wszyscy inni, i od świtu do zmroku wywijałem nią tak szczelnie i tak blizko ziemi, żem nawet w niebo nie spojrzał... chyba raz na godziny... Ale bah! — dodał z goryczą i smutkiem, — pocóż to przypominać? Zdziczały także był dzielnym pracownikiem...i jemu żaden wół nie zrównał w wyrywaniu z ziemi pniów lub korzeni, on prawie sam cały pług ciągnął... To też i Zdziczały, podobnie jak ja ochwacony, zdechł z trudu, tam, w tamtym kącie stajni. Zdziczały albo ja, to jedno i to samo. Tylko że on zdechł, a nim zdechł, zapomniał o swéj młodości, o swojéj sile. I nielepiéjże stracili pamięć i mowę, aniżeli zazdrościć Zdziczałemu?
— Ale, ojcze Jakóbie.... wyście nietylko byli silnym i odważnym pracownikiem; pomyślcieno tylko o wszystkiém, czegoście mię nauczyli o przepisach użyzniania niepłodnych gruntów; wzruszonym głosem zaczęła znowu Bruyére, — alboż to nie jest nagroda... skoro kto powiedziéć sobie może, że swą wiadomością tyle uczynił dobrego?
Wyraz dumy znowu zabłysł na chwilę w zagasłych oczach starca, odpowiedział:
— Prawda... za moich czasów... wiedziałem ja wiele rzeczy... gdybym był mówił... gdyby mię byli schali... nędza byłaby się przemieniła w dostatek, niedola... w szczęście.
Potém, coraz bardziéj słabnąc starzec, nagle sobie przerwawszy, mówił z gorzką ironią:
— Tak, nie byłem ja tylko silnym wolem, bo i na rozsądku mi nie zbywało... Nie zbywało go także i Groźnemu, memu ostatniemu psu,... bo on na jedno skinienie prowadził, pędził, lub wstrzymywał trzodę tam, gdziem chciał, i sam jeden bronił lepiéj, jak zagroda[15] każdego lasku i każdego pola... I cóż! mimo swego rozsądku, mimo dzielności ten pies zdechł tu, na moich kolanach, ślepy, bezzęby.... i prawie skaleczały z łaski wilka, którego udusił... Groźny, ja, albo Zdziczały, to wszystko jedno. Ha! złośliwi mówią: cóż to, czy on; wyzdychają kiedy,... te darmozjady, te niezdary? a poczciwi znowu wołają: biedny Zdziczały biédny ojciec Jakób!... biédny Groźny! w swoim czasie, jaki to był wół!... jaki robotnik!... jaki pies! Dziś oto wszyscy trzéj na słomie, zniszczeni swym obowiązkiem, i chyba już tylko do rychłéj śmierci zdolni.
Łzy spływały z oczu młodéj dziewczyny, bo ni gdy jeszcze starzec z taką goryczą na los swój nie narzekał.
— Ojcze Jakóbie, — rzekła pochylając się ku starcowi, — czyż mię już nie poznajecie? to ja, Bruyére, która was tyle kocha... Przed chwilą jeszcze mówiono mi, żeście mię wołali...Cóżeście chcieli?... Mówcie... wasza córka słucha was...
Na te słowa małéj Bruyére, promień pamięci i rozumu zabłysł w oczach starca; powiódł on ręką po czole, i słabym głosem odpowiedział:
— Tak,... prawda... przywoływalem cię cały dzień, moja mała... ale po co?... Już nie pamiętam... Może chciałem ci opowiedzieć mój nowy sen... lecz dla czego tak późno? — dodał starzec mówiąc sam do siebie: dla czego tak późno mi się to śniło?
— Jaki sen? ojcze Jakóbie.
— Sen... jakich już miałem dwa, jak mi się zdaje... ale to już dawno... bardzo dawno,... — powiedział starzec usiłując zebrać wspomnienia, — raz.... po tym śnie.... chciałem widziéć pana hrabego.... nie przyszedł.... zbłądził... Dla czego?... już nie pamiętam,... ale w jego miejscu przyszedł wykradacz... A potem,... po drugim śnie,... po drugim śnie,... już nie pamiętam...
— Chcieliście opowiedziéć mi wasz sen, ojcze Jakóbie, — łagodnie rzekła Bruyére, aby się nie sprzeciwiać starcowi. I owszem opowiedzcie, słucham was, ale piérwéj skosztujcie téj jeżyny, którą tak lubicie, która wam tak dobrze robi.
Starzec znowu poniósł ręce do czoła i ściskał je konwulsyjnie, jakby chciał uwięzić rozum i pamięć, które czuł że go odstępują; poczém zaczął głosem przyspieszonym:
— Tak, prawda... Wołałem cię cały dzień,... bom ci chciał opowiedzieć sen. Bo widzisz.... śniło mi się, że cię malutką oddano w moje ręce, i żem cię zaniósł tam... tam na step.... żem cię złożył na krzaczku wrzosu;... miałaś zaledwie lat pięć... a potem udałem, żem cię tam znalazł przypadkiem...
— Wy!... wy!... — zawołała młoda dziewczyna nie wiedząc czy starzec mówi w malignie, lub czy rzeczywiście coś sobie przypomina... i zdumiona powtórzyła: wy?...
— Nie wiém,... być może,... bo teraz mi się to śniło.
— Ależ te sny, ojcze Jakóbie, — mówiła znowu Bruyére do żywego przejęta tak niespodzianém odkryciem, ależ te sny,... może to są tylko wspomnienia, kiedy niekiedy wracające... Ale któżto oddał mię w wasze ręce?
— Czekaj... Była to... pewna osoba... pewna osoba,... o! już nie pamiętam... było w niéj jednak coś... co mię uderzyło... Cóż to jednak było?...
I znowu starzec drżącą ręką powiódł po czole. Bruyére, coraz bardziéj wzruszona, niespokojna, z trudnością przemogła żywo pobudzoną ciekawość, i zamilkła, z obawy aby nie przerwała słabego i chwiejącego się wątku wspomnień starca.
— Znasz dobrze, — zaczął on znowu po kilku chwilach milczenia, w ciągu których zdawał się zbierać myśli, — znasz dobrze, zwaliska piekarni.. nad brzegiem stawu, poza folwarkiem.
— Niestety!... — poszepnęła Bruyére słysząc te słowa, których pozorny nieład zdawał się niszczyć zbyt wcześnie powziętą nadzieję.
— Tak jest, — mówił znowu starzec, — to samo... właśnie widziałem i we śnie moim... W głębi tej opustoszałéj piekarni... był piec, z otworem, jak sobie przypominam, podówczas zatkanym. Tak, właśnie, tak,... wtedy wyjąłem jednę cegłę, i ukryłem w tym opuszczonym piecu, to,... co mi oddała... ta osoba... mówiąc... Dla doręczenia... temu dziécięciu... które nazwiesz... Bruyére; poczekasz aż będzie miało,... poczekasz... dla tego to... dotąd... nic... ci nie mówiłem... a dziś mówię... bo... bo... Niestety! wielki Boże!... już... nic nie wiem,... już nie pamiętam; szepnął starzec, którego głos zrazu dźwięczny, teraz zdawał się coraz bardziéj przygasać.
To odkrycie tyle w sobie miało pewności, że Bruyére zawołała:
— Ja znam to miejsce... o którém mówicie,... ja znam te zwaliska piekarni,... czy wolno mi pójść i poszukać to, coście tam ukryli? Czy to ma związek z moim losem! O! przez litość, ojcze Jakóbie, uczyńcie jeszcze jedno wysilenie,... odpowiedzcie mi...
— O!... czuję zawrót w głowie, — odrzekł starzec mrużąc oczy, jakby wyczerpany wysileniem pamięci natężonéj opowiadaniem małéj Bruyére tego co brał za sen, a co było w istocie rządkiem przypomnieniem przeszłości.
— Ojcze Jakóbie, — zawołała Bruyére pochylona nad posłaniem starca, — błagam was: uczyńcie jeszcze jedno wysilenie... Ta osoba,... byłaż to moja matka?... mój ojciec?... Wiecież, czy oni żyją jeszcze?
— Już nic nie pamiętam.... — zagasłym głosem szepnął starzec.
— Moja matka?... jeszcze jedno słowo, a moja matka?
Ojciec Jakób machinalnie poruszył ustami; wydał jeszcze kilka dźwięków niezrozumiałych, zamknął powieki, jęczał boleśnie; jakby uwolniony od cierpień w czasie rozmowy z młodą dziewczyną, uczuł je teraz z większą gwałtownością.
Po nowych usiłowaniach, Bruyére przekonana, że dalsze nalegania byłyby napróżno, zmartwiona wreszcie niemożnością niesienia ulgi starcowi, poprawiła nieco słomę pod jego głowę, postawiła tuż przy nim koszyczek z jeżyną, i wyszła z obory drżąca, wzruszona, zajęta dziwném zeznaniem ojca Jakóba.
Młoda dziewczyna jakkolwiek niecierpliwie pragnęła zwiedzić tajemniczą kryjówkę, którą jéj starzec wskazał, przezwyciężyła jednak ciekawość swoję; w jednym pokoju na folwarku było jeszcze światło, a Bruyére postanowiła udać się do zwalisk piekarni wtedy dopiero, gdy wszyscy zasną.
Wreszcie Bruyére, co rano i wieczór miała zwyczaj odwiedzać nieznajomą kobiétę, która przybywszy jednéj nocy na folwark, już tam dosyć dawno mieszkała.
Młoda dziewczyna przeszła zatem obok budynków, jakby wał opasujących dziedziniec, i zapukała do małych drzwi, będących od tyłu domu, a wychodzących na brzeg błotnistego stawu, o którym wspomnieliśmy, i którego wody teraz mocno przybrały.
W téj właśnie chwili, Beaucadet, przyspieszonym kłusem, wraz z świtą, zbliżał się ku folwarkowi Grand-Genévrier, gdzie przybywał dla aresztowania małej Bruyére, obwinionéj, a raczéj podejrzanéj o dzieciobójstwo.




13.
Portret.

Trzeba było przebyć mały ciemny przysionek, aby się dostać do izby do któréj weszła Bruyére, przeszedłszy obok zewnętrznych ścian folwarku, wzdłuż brzegu stawu.
Pokój ten aczkolwiek skromny, wydawał się prawie zbytkownym, obok reszty opustoszałych budynków. Świeże obicie papiérowe pokrywało ściany ulepione z ziemi, a nowo gipsem powleczone; wysoki komin, objęty w drewniane ramy, osłaniała lekka, zielona materya wełniana, zawieszona według staroświeckiéj mody i oszyta galonami; wielki kobierzec rozłożony przed ogniskiem, pokrywał w części posadzkę; wygodne łóżko, i kilka prostych mebli, stanowiły zresztą cały zasób tego pokoju, w dzień oświetlanego małém, starém okném o zielonych, w ołów ujętych szybach.
Świecznik zwykle po wsiach używany, złożony z świecy i szklanéj kuli wodą napełnionéj, dla podwojenia siły blasku, rozwidniał ten pokój, rzucając żywe światło na kobiétę przy ognisku siedzącą.
Ta w myślach pogrążona nie postrzegła przybycia małéj Bruyére, która milcząc, nieruchomie przy drzwiach stanęła. Tuż prawie obok téj kobiéty stał mały warsztacik, obity zieloném suknem, na którém krzyżowały się, przypięte tysiącem szpilek, białe i lekkie niteczki, dźwigające małe hebanowe wrzecionka; rozpoczęta zaś na tym warsztaciku koronka, nadzwyczaj piękna, świadczyła, że ją wypracowała ręka doskonałej wyrobnicy.
Pani Perrine, tak się nazywała ta kobiéta, zdawała się mieć lat około cztérdziestu pięciu; kiedyś musiała być nadzwyczaj piękną. Dwa sploty włosów jak heban czarnych, ujęte w biały wiejski czepek, otaczały czoło, mocno śniade jak cera jéj twarzy; czarne jéj ogniste oczy, pod delikatnym łukiem zaokrąglonych brwi, jużto błądziły bez celu, jużto spoczywały na dwóch przedmiotach, o których zaraz powiemy. Cera pani Perrine była blada i nieco chorobliwa; twarz wychudła, podłużna, nos orli; na jéj powabnych ustach, błąkał się malancholijny uśmiech, zamyślone czoło opierała wtedy na dłoni. Pani Perrine ubrana była po wiejsku ale bardzo czysto, a przy sukni czarnej tém silniéj jeszcze odbijał biały wiejski czepek i wielka na krzyż złożona chustka.
Niekiedy, zaledwie dojrzane drganie jednocześnie poruszało jéj usta i czarne brwi; byłto skutek okropnéj choroby.
Pani Perrine przez wiele lat cierpiała obłąkanie.
To obłąkanie, zrazu straszliwe, powoli zmieniło swój charakter, i miejsce szaleństwa zajęła bolesna, ale nieobraźliwa melancholia. Czas i troskliwe starania prawie ją uleczyły, a głęboka spokojność jakiéj pani Perrine używała od czasu wprowadzenia się na folwark Grand-Genévrier, przywróciła jéj zupełne zdrowie.
Po ścisłém wybadaniu charakteru tej nieszczęsnéj a raczéj lękliwéj drażliwości, powiększonéj jeszcze w skutku osłabienia, lekarz wbrew zwyczajnym przepisom, zalecił jéj najściślejszą samotność, mianowicie w piérwszych czasach pobytu na folwarku. I w saméj rzeczy tak była upokorzona, tak się wstydziła swojego przeszłego stanu, że obecność nawet przychylnych jéj osób, byłaby jéj przykrą, zadałaby jéj niewypowiedziane cierpienia. Drażliwość ta, jak mniemał lekarz, powinna była powoli ustąpić, ale zalecił pod karą już może nieuleczonej recydywy, aby pani Perrine żyła w samotności. Wreszcie warunek ten tak był odpowiedni upodobaniom pacyentki, iż z radością się do niego zastosowała. W dzień nie wychodziła nigdy, i dopiero za nadejściem nocy a zwłaszcza gdy księżyc świecił żywym blaskiem, pani Perrine długo przechadzała się nad brzegiem stawu.
Bruyére tylko sama miała wstęp do niej i wyświadczała jéj tysiączne usługi. Pani Perrine przyjmowała ją zrazu z niedowierzającą ostrożnością, w któréj się ukrywał wstyd bolesny i lękliwy; ale młoda dziewczyna, przez swój wdzięk naturalny, przez uprzedzanie wszelkich jej chęci, powoli potrafiła uśmierzyć obawę pani Perrine, która też nawzajem wkrótce uczuła najtkliwsze przywiązanie do małej Bruyére, a to zbawienne uczucie bardziéj jeszcze przyczyniło się do uzdrowienia biédnej waryatki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Bruyére, jak powiedzieliśmy, gdy weszła do tego pokoju, dzięki zadumaniu pani Perrine, stała niepostrzeżona. Przedmiotami na które ta niewiasta pokolei wzrok swój zwracała były dwa portrety i dwa listy.
Jeden portret, w kształcie miniatury, spoczywał na jéj kolanach, oprawny w safianowe ramki.
Drugi, daleko większy (blisko na trzy stopy wysoki, a na dwie szeroki), umieszczony był w pewnym rodzaju szafki, stanowiącéj wyższą część orzechowéj komody.
Miniatura przedstawiała młodzieńca mającego około trzydziestu lat, z ciemną cerą, żywém okiem, czarnym włosem, twarzą lekko podłużną, fizyonomią dowcipną i śmiałą. Jego twarz, mimo różnicy wieku i wyrazu, nadzwyczaj podobna była do rysów pani Perrine. Podobieństwo to zresztą wyjaśniały wyrazy, wyryte na oprawie miniatury:

Marcin najlepszéj matce.

Drugi portret, a raczéj obraz (bo niektóre dodatki nadawały mu pewną ważność), nosił na sobie datę r. 1845. Przepyszna rama tego obrazu, bronzowa i złocona, rzeźbą, i u wierzchu bogatym herbem zdobna, dziwny przedstawiała kontrast z ubóstwem tego mieszkania.
W tych wspaniałych ramach mieścił się stojący portret jednego z europejskich książąt, ubranego skromnie w granatowy frak, białą kamizelkę i czarną chustkę na szyi.
Fizyonomia osoby, w tym portrecie cudnie oddana, wyrażała młodość, szczególne połączenie wysokiego rozumu z stanowczą wolą i dobrocią; uśmiechała się mile choć smutno, jakby przedwczesna znajomość ludzi gniotła jéj serce, a jednak nie drażniła wrodzonéj dobroci; wzrok był myślący i zarazem przenikliwy; — rysom wreszcie zbywało regularności; bo usta nieco były za wielkie, nos za długi, twarz zbyt okrągła; same tylko pyszne niebieskie oczy zgodnie odbijały obok błąd włosów bardzo krótkich, gładkich, i gęstego wąsa takiéj samej barwy.
Postawa, i charakter twarzy objawiały prostotę, a nawet powiedzielibyśmy nadzwyczajną dobroduszność, gdyby dobroduszność dała się połączyć z energią; jego wzrok wspaniały, silna budowa, pełne i wydatne piersi, szerokie barki, mięsista szyja, muskularna ręka, przedstawiały typ raczéj zwyczajny aniżeli wyszukańszy, i świadczyły o sile i zdrowiu.
Wspomnieliśmy o dodatkach tego portretu; były one liczne i szczególne.
Na ciemném tle jego, dwa popiersia wzniesione na dwóch ołtarzach, niby znak pobożnego uwielbienia, odbijały surowe swe profile z białego marmuru, które artysta odmalował w półcieniu.
Jedno popiersie wyobrażało Brutusa.
Drugie, Marka Aureliusza.
Frygijską czapkę, w którą ubrano nieugiętego Brutusa, artysta odmalował szkarłatnym kolorem i otoczył świetną aureolą promieniejącą w półcieniu, w jakim zapewne naumyślnie umieścił oba popiersia. Myślące czoło Marka Aureliusza zdawało się również jaśniéć bożkiém światłem.
Tym to dwom portretom pani Perrine, tajemnicza mieszkanka folwarku Grand-Genévrier, przypatrywała się w tak głębokiém zamyśleniu, niekiedy tylko odrywając od nich wzrok dla odczytania niektórych ustępów z dwóch listów rozłożonych na jéj kolanach.
Jeden z tych listów brzmiał następnie:

Paryż, 20 października 1845.
„Najlepsza i najczulsza matko!

„Ujrzę cię więc za dni kilka: do tej pory nie trać cierpliwości, odwagi i nadziei; a nadewszystko niczego się nie obawiaj; Klaudyusz czuwa nad tobą i ręczy za milczenie dzierżawcy; nie wychodzisz nigdy, w dzień; hrabia Duriveau nie zwiedza nigdy swych folwarków, a gdyby go traf do was sprowadził, gdybyś nawet przypadkiem spotkała go, nie lękaj się, droga matko.... hrabia nie widział cię już przeszło lat trzydzieści,... a tyle cierpiałaś, nieszczęśliwa,... takeś się zmieniła, iż niepodobna aby cię mógł poznać.
„Wkrótce dowiész się o moich zamiarach; dowiész się że wróciwszy z podróży po Europie, przywołany do Francyi niewczesném odkryciem Klaudyusza, nie bez trudów i dzięki zaleceniom jednego z moich panów, zdołałem dostać się na pokojowca do hrabiego Duriveau.
„I w téj mierze droga, kochana matko, nic złego się nie obawiaj, próba już miała miejsce... Jestem z siebie kontent.... Wobec hrabiego zostawałem spokojny, niewzruszony; a jednak w ciągu tak dziwnego spotkania, mówiłem sobie, abym się jeszcze lepiéj wypróbował:
— „Ten człowiek który mię wybaduje i examinuje z tak dumną pogardą,... ten człowiek jestto mój ojciec... nie wié on żem ja syn jego,... i téj biédnéj szesnastoletniéj dziewicy,.. którą niegdyś, z okrucieństwem...“
„Ale dosyć, dosyć, dobra matko; pocóż przyzywać tak okropne wspomnienia?... Jednakowoż po zimnéj rozwadze jakiéj dowiodłem w ciągu naszego spotkania, sądź o władzy jaką mam nad sobą,. .powtarzam ci, bądź spokojną. Gdym rozmawiał z hrabią, mimo wrzących we mnie różnorodnych myśli i wzruszeń,... udana obojętność moja nie zdradziła się; tak spokojnie, z takiém uszanowaniem i zimną krwią odpowiadałem na dumne zapytania hrabiego, że mię natychmiast przyjął.”
„Nie dziwuj się wreszcie, kochana matko, potężnéj władzy jaką mam sam nad sobą; bo widzisz matko moja, życie służalca, któregom się wyrzekł niedawno, ale które tak długo wiodłem, wprawił mię do zagrzebywania wszelkich wrażeń w najskrytszej głębi duszy; pozorna obojętność przeszła we mnie niejako w nałóg.
„Atak, zaklinam cię, kochana matko i jeszcze raz powtarzam, nic się w téj mierze nie lękaj.... Sprawa moja jest święta i sprawiedliwa,... zatem pomyślny skutek uwieńczy moje zamiary.
„Pytałaś mię, matko, skąd doszedł rąk moich portret, którym ci przysłał (bom nie uważał za rzecz roztropną trzymać go u siebie); dowiész się i o tém z listu, który dołączam, z listu tak szczerego, nie oszacowanego, czułego. Kiedym ci go posyłał, dobra matko, sądząc iż go przeczytasz i pojmiesz, ty szlachetna i wielka duszo, tak okrutnie doświadczona, — może po raz piérwszy w życiu uczułem w sobie dumę, mówiąc sam do siebie, że się nie, powstydzisz swego syna... A potém, jam w sobie czcił dziécię biednéj wyrobnicy, podle uwiedzioinéj, niegodnie opuszczonéj; jam w sobie czcił dziecię ludu, które po życiu najnędzniejszém, pełném przygód, po życiu najpokorniejszém, nakoniec odetchnęło.. Ale, przebacz, przebacz, najdroższa matko! poznaję, że to odezwanie się dumy dla tego może jest tak, żywe, iż piérwsze. Atoli nie ja... lecz ty, matko, powinnaś pysznić się twym synem, skoro postępowanie jego uznasz zaszczytném i prawém.
„Bądź zdrowa, droga matko, do widzenia... za trzy lub cztery dni, może cię ujrzę, bo spodziewam się, że pan mój po jutrze wyjedzie do Solonii, ale roztropność nie dozwoli mi uściskać cię w dniu mojego tam przybycia.
„Bądź zdrowa, bądź zdrowa, najdroższa matko! pobożnie całuję twe czoło i rączki.

„Twój najposłuszniejszy syn
„Marcin.“

Drugi list na który pani Perrine z taką dumą poglądała, pisało do Marcina dostojna osoba, któréj portret powyżéj skreśliliśmy.

„3 sierpnia 1845 r.

„Winienem ci życie, Marcinie... winienem ci więcéj jak życie... Przyjmij ten portret w zakład mojéj wdzięczności i prawdziwego szacunku.
„Lubię przypominać sobie, a nadewszystko lubię przypominać tobie, przyczynę téj wdzięczności powód mego szczérego szacunku.
„Rok już, jak dziwna przygoda zbliżyła nas wzajemnie... Dzięki mojemu incognito... nie mogłeś odgadnąć kim byłem... oswobodziłeś mię od śmierci...
„Pragnąłem wiedziéć komu zawdzięczam życie: historya twoja była prosta: przybyły w orszaku twojego pana, znudziwszy sobie służbę, zostałem rzemieślnikiem; wracając tym sposobem do zawodu, jaki sobie jeszcze w dzieciństwie obrałeś, pragnąłeś zebrać summkę potrzebną na koszta powrotu do Francyi.
„Pojawiła się trzecia osoba, poznała mię i wymieniła,... wyznam, żem się mocno zdziwił, gdyś w mojéj obecności nie okazał ani trwogi, ani pochlebnego uszanowania; żem się zdziwił, gdym w postawie twojéj nie dostrzegł żadnéj chełpliwości, ale samę tylko godność i prostotę. Zdumiony, żem znalazł tyle taktu i umiarkowania w rzemieślniku, przejęty silném uczuciem wdzięczności, pragnąłem abyśmy sam na sam pozostali. Wówczas spytałem cię w jaki sposób wynagrodzić ci mogę usługę którą mi wyświadczyłeś? i nigdy nie zapomnę twej odpowiedzi.
— „Panie, rzekłeś, nie możesz nic dla mnie uczynić... jestem młody i silny, nie mam rodziny; jeszcze kilka dni pracy, a będę miał tyle, ile mi potrzeba na powrót do Francyi... Ale tu... w tym także kraju... wielu rzemieślników jest daleko ode mnie starszych, słabszych i o swą przyszłość stroskanych... Są między nimi uczciwi i pracowici, ale obarczeni rodziną i żyjący w okropnym niedostatku; pomyśl panie o niezasłużonym losie tych moich braci; ulżyj ich cierpieniu, a błogosławić będę Bogu, że mię wybrał na zbawcę dni twoich.”
„Te wy razy wyszło z ust twoich z zapałem i postanowieniem, wprawiły mię w nowe zadziwienie; piérwszyto raz (jak ci to później powiedziałem) myśl moję zajęła klassa ludu, któréj nędzę uważano zawsze za nieuchronną i nieuleczoną... Dziwna okoliczność, która nas do siebie zbliżyła, nadawała żądaniu twojemu charakter odrębny... Coraz mocniéj ujęty bezinteresownością i wzniosłością serca, które to przymioty uważałem za niedostępne twojej klassie, długo z tobą mówiłem, zapragnąłem poznać wszelkie szczegóły twojego życia... Sądziłeś zapewne, że żądaniem mojém powoduje próżna ciekawość, i dałeś mi do zrozumienia, że zaufanie tylko się zjednywanie nie nakazuje; mówiłem ci zatém o nędzy ludzi, których nazwałeś twemi braćmi; to już nie ciebie wyłącznie dotyczyło, ale było raczéj sprawą twoich, w których obronie stawałeś: wówczas byłeś więcej niż wymowny, byłeś prosty, tkliwy i prawdziwy. Przytaczałeś mi fakta i liczby nieomylne; w kilku słowach skréśliłeś mi obrazy na nieszczęście rzeczywiste; wykryłeś rzeczy straszne, a dotąd mi nieznane; a jeżeli tą piérwszą rozmową nie obaliłeś jeszcze przesądów i opinij zbyt uporczywych, toś mię przynajmniéj zostawił zamyślonym i wahającym się.
„Tém szczérzéj wyznaję moje podejrzenia, żeś je zniszczył: sądziłem zrazu, że niezwykła uwaga, jaką na ciebie zwróciłem, może obudzi w tobie dumę... a nawet... ambicją, i że wkrótce zapragniesz mi się przypomnieć; lecz zawiodłem się. Zawiadomiona mię, że nazajutrz po naszej rozmowie, wróciłeś znowu do twego rzemiosła, żeś daléj pracował zachowując spotkanie się nasze w jak największéj tajemnicy.
„Odtąd zapragnąłem poznać cię bliżéj, jakoż widywaliśmy się często tajemnie; coraz wyżéj oceniałem odznaczającą się prawość, rozsądek i wielkość umysłu twego; szanując zaś twoję tajemnicę, nie badałem, przez jaki zbieg nadzwyczajnych okoliczności, ty, sercem i myślą, podług mnie, tyle wyższy nad innych, obrałeś sobie zawód służalca.
„Słuchałem cię z korzyścią. Na moję prośbę, przyrzekłeś pozostać jakiś czas przy mnie, a zbyt drażliwie delikatny, za wszelkie wynadgrodzenie przyjmowałeś tylko dla mnie robotę, którą z najściślejszą akuratnością wykonywałeś. Tajemne stosunki nasze nader mi były drogie. Jako podrzutek doświadczyłeś wszelkich kolei, wszelkiej niedoli życia ludu, później znowu, twój byt pełen przygód, twój stan służebny, zetknęły cię ze wszystkiemi klassami społeczeństwa, bo z najniższemi i nojwyższemi. Od urodzenia myślący i dostrzegacz, obdarzony umysłem prawym i przenikliwym, mocno zastanowiłeś się nad wszystkiém, coś widział, zgłębiając zarówno przyczyny jak i skutki, a jako człowiek nieskażony w całem znaczeniu tego wyrazu (mówię z przekonania), nigdy nie przechwaliłeś, ani poniżyłeś tego, co było dobre lub złe w klassie ludu, do któréj z taką chlubą zaliczasz się. Raz, zapewniony o twej szczerości, długo roztrząsałem nastręczone mi przez ciebie skazówki, skazówki trafne, urozmaicone, żywe, których dotąd niepodobna mi było nigdzie napotkać, a tém bardziéj uderzające, że rzadko napotykamy zjednoczenie tak dziwacznego losu, z tak wielkim charakterem i umysłem!
„Dokładném zgłębieniem naszych rozmów, w prowadzony na nową, nieprzystępną... może niebezpieczną drogę, powoli dostrzegać zacząłem rozwijający się przede mną nowy horyzont... wielkie prawdy umysł mój rozjaśniły...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Wiesz, że usiłowałem okazać ci wdzięczność, a to stosując się do twoich uczuć...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Nagle wyjechałeś do Francyi; mówiłeś mi, że święty obowiązek cię tam powołuje.... ze smutkiem i żalem widziałem, że się oddalasz na długo, a może i na zawsze.
„Winieneś mi podobno wywzajemnienie; a jeżeli tak sądzisz, chciéj mię zaszczycić jakiemkolwiek żądaniem, któremu mniemam, że teraz żadne już względy nie przeszkodzą.
„Pamiętasz zapewne, iż raz powątpiewałem, nie o twojéj szczerości, ale o dokładności twoich wspomnień, a to z powodu nadzwyczajnego wypadku, którego byłeś świadkiem; powiedziałeś mi wtedy iż niepodobna prawie aby się twoja pamięć zawieść mogła, gdyż oddawna już piszesz co dzień pewien rodzaj memento twojego życia.
„To życie poczynając od twego dzieciństwa aż do dnia dzisiejszego, musiało miéć tak dziwne postaci, tak rozmaite przygody, iż nie wątpię, że twe proste i szczére opowiadanie, koniecznie nastręcza obfite pole do poważnych rozmyślań... kilka słów które w tym względzie wyrzekłeś, równie mię uderzyły: służba otwierając ci podwoje domowego ogniska, jak twierdziłeś, dozwoliła ci zgłębić tajemnice niedostępne lekarzowi, sędziemu, lub nawet księdzu... tym trzem spowiednikom duszy i ciała, i dodałeś, że występna ustawa rodziny z tego punktu rozważana, naprowadziła cię na najciekawsze i najważniejsze odkrycia.
„Udziel mi te Pamiętniki twojego życia,... i bądź i przekonany, że do tego żądania nie skłania mię próżna ciekawość. Ludzkość wszędzie jest ta sama: I to, co jest prawdą we Francyi, jest prawdą i tutaj, a dla powołanych do wielkiego udziału w wpływie; na ludzi, badanie człowieka stanowi silny i ciągły interes. Mamże ci nakoniec powiedziéć, że czytanie tych Pamiętników, tém jest dla mnie pożądańsze, ile że w nich nieraz wspominasz o mnie, o moich czynach; i że tych Pamiętników nie pisałeś dla mnie, bo ja cię znam, i wiem, iż w tém co mię dotyczy, żaden wzgląd nie zdołał zmienić niezawisłości twojego przekonania.
„Nie nalegam dłużej: pojmiesz jakie mam ku temu powody; skoro mi odmówisz, przekonany będę, że uczynisz to dla jakiejś ważnej przyczyny, a przyczyny niezawodnie zaszczytnéj, którą szanuję, choć jej nie znam.
„Bywaj zdrów, i ufaj zawsze szacunkowi, oraz głębokiej wdzięczności przychylnego ci.

**** ******

„Odebrałem twój list nr. 2. Dziękuję ci za notatkę o urządzeniu domu podrzutków, jest wyborna; jeszcze tu nieznane nazwisko wielkiego filantnropa, którego czuły gieniusz tym sposobem ocali życie tysiąca dzieci, kiedy tymczasem nazwisko i tytuł najgłupszego mordercy ludzi, byleby tylko wiele nazarzynał, wiele napustoszył, w tydzień wszędzie się rozlegnie.”

Koniec tomu piérwszego.


1.
Rozmowa.

Pani Perrine, ciągle zajęta czytaniem listów i zapatrywaniem się w dopiero wspomnione portrety, jak powiedzieliśmy, nie dostrzegła obecności małéj Bruyére.
Młoda dziewczyna, od czasu jak ojciec Jakób uczynił jéj odkrycie niezupełne, a tyle ją obchodzące, gdyż dzięki nieznanym przedmiotom, schowanym, jak powiadał starzec, w opuszczonéj piekarni, powzięła niepewną nadzieję przeniknienia tajemnicy swojego urodzenia; od czasu tego, powtarzamy, młoda dziewczyna miotana była najżywszą niecierpliwością. Jednak mimo tak naturalnego w obecnéj chwili roztargnienia, wchodząc do pani Perrine, nie mogła powściągnąć na sobie silnego zdziwienia na widok portretu, którego pysznie złocone ramy najpierwéj zwróciły jéj uwagę. Lecz rzuciwszy zaledwie na ten obraz mimowolne spojrzenie, odwróciła się, sądząc, iż nie godzi się patrzéć dłużéj na przedmiot, którego zapewne pokazać nie chciano; dotąd bowiem pani Perrine nigdy wobec Bruyére nie otwierała wyższéj części komody zamykającéj w sobie ten portret.
Pragnąc uwolnić się z tak przykrego położenia, oraz, aby zwrócić na siebie uwagę pani Perrine, młoda dziewczyna zrazu lekko, potem mocniéj chrząknęła, wreszcie widząc że pani Perrine ciągle zamyślona i marząca, na to nie zważała, hałaśnie poruszyła krzesłem. Pani Perrine usłyszawszy niespodziany łoskot, zadrżała, wstała żywo, prędko zamknęła drzwiczki umieszczone przy ramach portretu, aby go ukryć, i równie szybko wsunęła do kieszeni oba listy i miniaturę z wyobrażeniem Marcina; poczém obróciwszy się ku Bruyére, rzekła jéj łagodnie, ale tonem zakłopotanym:
— Dobry wieczór,... moje dziecko,... nie widziałam cię...
— Weszłam niedawno, a pani mię nie postrzegła,... odpowiedziała Bruyére, również zakłopotana niewczesném przybyciem, — poruszyłam krzesłem, abyś pani postrzegła że tu jestem,... proszę o przebaczenie...
Pani Perrine z serdecznością podała rękę młodej dziewczynie, a ta ją do swych ust przycisnęła.
— Godzina o któréj zwykle przychodzisz już przeszła — mówiła pani Perrine — dla tego téż już się ciebie nie spodziewałam, moje dziécię.
Bruyére, upatrując w tych słowach sposobność zawiązania natychmiast rozmowy, jaką z panią Perrine miéć zamierzyła, wzruszonym głosem odrzekła:
— Spóźniłam się, bo ojciec Jakób... dziś bardzo długo ze mną rozmawiał...
— Ojciec Jakób? Ten biedny, stary owczarz... o którym mi kilka razy wspominałaś? Ale mówiłaś mi podobno że on już oddawna prawie zupełnie utracił pamięć, i że z nikim nie rozmawia?
— Prawda,... proszę pani,... to téż niemało mię to zdziwiło,... a bardziej jeszcze... to co mi powiedział....
Bruyére nie dokończyła: niepewność i obawa malowały się na jéj twarzy. Pani Perrine, zdziwiona milczeniem i wzruszeniem młodej dziewczyny, Zaczęła znowu:
— Zbladłaś,... drżysz... milczysz, moje dziécię; co ci jest? cóż to się stało?
Po krótkiém wahaniu się, młoda dziewczyna rzekła bojaźliwie:
— Droga pani Perrine,... jam sama jednana swiecie...i w téj chwili, nie mam u kogo zasięgnąć i rady,... a nie śmiem nic działać sama przez się, — przychodzę więc do pani....
— Mów,...mów, — odpowiedziała pani Perrine ze szczerém zajęciem, — niebardzom doświadczona, ale cię kocham i to mię natchnie... jestem tego pewną...
— O! prawdaż to że mię pani kochasz, droga pani Perrine? — żywo rzekła Bruyére.
— Czy cię kocham... moje dziécię!... kocham jakbym kochała moję córkę, gdyby mię los córką obdarzył; ale on inaczéj odmierzył moje macierzyńskie szczęście... Miałam tylko jedno dziecię,... jednego syna... najlepszego... najgodniejszego syna — z dumą dodała pani Perrine.
Potém czule zwracając się do Bruyére, rzekła:
— Ale, jak widzisz, nie mam prawa narzekać: mam syna którym się szczycę, a ty kochasz mię prawie jakbyś kochała matkę; nieprawdaż, moje dziécię?
— O! tak, tak, jakbym kochała moję matkę. Ale wnet miarkując się, młoda dziewczyna dodała półgłosem: — Niestety! nie... matce się wszystka wyznaje...
I ocierając łzami zwilżone oczy znowu zamilkła.
— Słuchaj, moje dziécię... Niepokoisz mię od niejakiego czasu, — rzekła pani Perrine przyciągając małą Bruyére ku sobie, i życzliwie biorąc ją za ręce: — Tak jest, od jakiegoś czasu, uważam żeś blada,... cierpiąca,... roztargniona;... mianowicie miesiąc temu,... wiesz, kiedym cię trzy dni nie widziała,... znalazłam cię bardzo zmienioną...
— Chorowałam, — żywo i wzruszonym głosem odpowiedziała Bruyére, — bardzo chorowałam,... proszę pani,... niech mi pani wierzy.
— Wierzę ci; kiedym cię znowu zobaczyła, prawie cię nie poznałam...
— Proszę pani, — niemal błagalnym głosem zawołała młoda dziewczyna, — nie mówmy o tém.
— Mój Boże! co ci to moja Bruyére? Dla czego ta skrytość, to pomieszanie, te łzy?
— Nic to, proszę pani, — odrzekła Bruyóre usiłując się nieco uspokoić. — To co mi ojciec Jakób powiedział,... nadzieja jaką wlał we mnie, sądzę,... głowę tracę... Racz mi pani przebaczyć, droga Pani Perrine.
— No! moja kochana, — całując małą Bruyére w czoło, rzekła pani Perrine, — uspokój się,... pomówmy z sobą... wszak, z powodu twojéj rozmowy ze starym owczarzem żądałaś ode ranie rady?
— Tak jest, proszę pani,... bo, sądząc po tém co mi ojciec Jakób powiedział, może... kiedyś...będę mogła poznać moich biédnych rodziców.
— A to jak?
— Racz mię pani posłuchać, droga pani Perrine. Jestem dziécię opuszczone. Może,... mój ojciec,.. może moja matka,... z potrzeby, musieli mię tak opuścić...
— Chyba że kto gwałtem... porywa matce jej dziécię,...albo w czasie jéj snu, wtedy ta matka jest niewinna; ale matka która...dobrowolnie opuszcza swe dziecię...jest potworą! — ze szczególném uniesieniem zawołała pani Perrine.
I po raz piérwszy od czasu rozmowy z małą Bruyére, żywy rumieniec pokrył jéj bladą twarz, po raz piérwszy oczy jéj zabłysły.
Zaledwie matka Marcina wymówiła te słowa, gdy Bruyére wydała rozdzierający okrzyk i oburącz twarz zakrywszy, padła na kolana wołając:
— Łaski! łaski!
— Co ci jest?... Bruyére!... Dla czogoż żądasz łaski? — rzekła pani Perrine widząc przestrach, boleść i rozpacz wyryte na rysach młodéj dziewczyny.
Potém nagle, sądząc że odgaduje przyczynę téj trwogi, sama teraz błagająca, dodała:
— Przebacz... Bruyére! ja to, moja kochana błagam cię o łaskę, bom może mimowolnie.
w piérwszem uniesieniu, obraziła twoje matkę... Przebacz mi, biedne dziécię,... zbłądziłam tak utrzymując... Ileżto razy... mój Boże!...nieszczęśliwa dziewica,... zdradzona... opuszczona,... tracąc głowę... Cóż chcesz? obawa,... wstyd...
— O! tak jest, wszak prawda, moja droga pani Perrine, — drżąc zawołała Bruyére, — wstyd,... to tak okropne, wstyd... i... szyderstwo,... pogarda;... kiedy kto do tego nie przywykł... O! wstyd,... jabym z tego umarła.
Ale Bruyére postrzegając, że pani Perrine na jéj ostatnie słowa zadrżała i ze zdziwieniem i niespokojną ciekawością na nią pogląda, spiesznie dodała:
— To téż, proszę pani,... kiedy mi niedawno ojciec Jakób powiedział, że może będę mogła poznać moję matkę,... zrazu wielce... o! wielce się ucieszyłam;... ale wnet... powiedziałam sobie: Jeżeli znajdę matkę,... to moją obecnością... bo nakoniec może błąd swój ukryła,... może o nim zapomniano,.. a ja, ja, jéj córka,... znowu odżywię ten błąd, ten wstyd!... a jednak, poznać swoję matkę,... widziéć ją, o! co za rozkosz,... ah! pani Perrine, Co czynie?... co począć mój Boże!... Widzisz więc pani że potrzebuję twojéj rady... Ale cóż się pani stało?... Pani bladłaś!... pani drżysz!
— Nic, to nic, moje dziécię, — wzruszonym głosem odpowiedziała pani Perrine prowadząc ręką po pałającém czole; podzielam twoje wzruszenie,... a przytém, gdybyś wiedziała... wspomnienia... o! co za wspomnienia!... ale nie mówmy już o mnie, mówmy raczéj o tobie... Pojmuję ja... twoje wahanie się,... ono przekonywa o twém wyborném sercu... Powiedz mi tylko, jakim sposobem ojciec Jakób mógł pocieszyć cię nadzieją poznania twych rodziców?
— Powiada on, że niektóre przedmioty, mogące dopomódz do wykrycia tajemnicy mojego urodzenia, znajdują się w zwaliskach piekarni leżących tam,... nad brzegiem stawu.
— Skądże się o tém ojciec Jakób dowiedział?
— Taki miał sen...
— Sen!... o! moja biedaczko;... i ty wierzysz w sny nieszczęśliwego starca, osłabionego cierpieniem?
— On, proszę pani,... nazywa snem każde chwilowe odzyskanie pamięci, a to mu się czasem trafia.
— Ale czy ci innych wyjaśnień nie udzielił?
— Nie, droga pani Perrine; tém natężeniem wyczerpany, wpadł znowu w uporczywe milczenie.
— Ale któż to tam ukrył te przedmioty?
— On.
— Skądże się w jego ręce dostały?
— Tyle tylko mogłam się dowiedzieć,... że otrzymał je od jakiéjś nieznajomej osoby... Niestety! w owéj chwili pamięć go odstąpiła.
— Dziwna rzecz, — z namysłem rzekła pani Perrine... Ale, nic zresztą łatwiejszego, jak przekonać się o rzeczywistości tego odkryciu... Gdzież jest kryjówka którą ci wskazał?
— O parę kroków stąd...
— W tym stosie cegieł pokrytych mchem i bluszczem? tam przy stawie?...
— Tak jest, proszę pani, byłato niegdyś folwarczna piekarnia; teraz zawaliła się i wybudowano drugą bliżéj domu...
Po chwili milczenia, w ciągu którego rysy pani Perrine zdawały się częściej aniżeli to dotąd miało miejsce, ulegać nerwowemu wstrząśnieniu,... rzekła ona do Bruyére:
— Ja sądzę, moje dziecię,... żeś się najprzód powinna przekonać o tém co ci powiedział ojciec Jakób... a potém twoje odkrycia... wskażą ci dalsze postępowanie... Czy i ty tak mniemasz?
— Tak, proszę pani.
— Właśnie teraz stosowna pora; na folwarku wszyscy śpią;... dla czegóż nie idziesz zaraz obejrzeć tę kryjówkę?
— Droga pani Perrine,... pani czasem wychodzisz wieczorem; gdybyś mi pani towarzyszyć raczyła?
— I owszem, chętnie moja kochana...
W chwili gdy pani Perrine zabierała się do wyjścia, Bruyére żywo ujęła jéj rękę, usta jéj otworzyły się jak gdyby mówić miała; ale wnet, ulegając zapewne rozwadze, jakby przytłoczona jakim ciężarem, zwiesiła głowę, puściła rękę swéj protektorki i głęboko wzdychając szepnęła:
— Nie,... sił mi brakuje,... nie śmiem.
— Czego nie śmiesz, moje dziécię?
— Wszystko pani wyjawić... A jednak to kiedyś musi nastąpić, bo widzi pani, nie dla siebie tylko saméj chciałabym poznać moich rodziców...
— Nie dla ciebie samej?
— Chodźmy... chodźmy, proszę pani, szybko rzekła Bruyére, jakby w obawie ażeby nie uległa pociągowi mimowolnego zwierzania się; chodźmy;... to, co znajdziemy w téj kryjówce... skłoni mię albo do milczenia... albo do wyjawienia pani wszystkiego...
Obie kobiéty wyszły z pokoju, przebyły korytarzyk i wkrótce znalazły się zewnątrz budynków.
Niebo było pogodne. Księżyc, podówczas na pełni, jasno połyskiwał ponad czarną zasłoną jodeł w nieprzejrzanéj okiem przestrzeni rozsypanych; na powierzchni spoczywających wód stawu bujały białawe wyziewy, nikły jednak w miarę powolnego wstępowania księżyca, którego świetne promienie przemieniały staw w ogromny, srebrzysty obrus.
Wszędzie głęboka zaległa cisza.
Wieczorny wietrzyk poruszając wyschłém sitowiem, wzniecał w niem szelest;... lecz gdy wraz z kapryśnym powiewem wiatru ten lekki szmer ustawał, baczne ucho mogło było usłyszéć w dali... w dali... głuchy tentent kilku galopujących koni, który się coraz bardziéj zbliżał.
Pani Perrine i Bruyére zbyt zajęte, nie zwróciły uwagi na tę okoliczność.




2.
Odkrycie.

Pani Perrine i Bruyére po chwili przybyły do zwalisk dawnéj piekarni, z któréj pozostały już tylko dwie, napół obalone murowane ściany, tworzące kąt prosty. Na środku jednéj z nich dawał się widziéć otwór pieca, mocno zatkany dachówką, szczelnie ziemią spojoną. Dzięki takiéj ostrożności, to wydrążenie nie mogło służyć za kryjówkę lub zasadzkę ani kunom, ani tchórzom, ni lisom lub innym nieubłaganym nieprzyjaciołom podwórzy. Bluszcz i głóg pokrywając te zwaliska, przy błyszczącém świetle księżyca zaledwie dozwalały rozpoznać półsklepienie cegieł niegdyś poczerniałych i wypalonych na wapno przez wir płomienia, który długi czas wychodził z otworu pieca.
O kilka kroków od tych zwalisk, sitowie staw otaczające, wznosiło swe zwiędłe już łodygi; wpośród nich, ponad powierzchnią wody, pojawiała się wyższa część otwartych drzwi, przez które spływały do długiego trzciną pokrytego kanału, wody stawu, kiedy go spuszczano dla łowienia ryb.
Pani Perrine co chwila ulegała coraz większemu wzruszeniu. Rozmaite wypadki dnia tego, wspomnienia o których zamilkła, ale które mimo to głośno się w jéj sercu odzywały, pół wyznania i trwoga małéj Bruyére, nadzwyczaj ją wzruszały; od czasu bowiem jak przyszła do zdrowia, życie jéj upływało spokojnie i w najzupełniejszéj samotności... Szczególnym okolicznościom tego wieczoru przypisała więc to odurzenie gorączkowe, jakie już od chwil kilku uczuwała.
— To tu!... rzekła jéj Bruyére zatrzymując się w rogu przez dwie murowane ściany utworzonym, i pokazując pani Perrine otwór pieca.
Pani Perrine rzekła:
— Kryjówka wyborna; możnaby tu przejść tysiąc razy... a niczego się nie domyśléć.
— O! pani Perrine,... jakże mi serce bije! drżąc powiedziała Bruyére; to tu.
— Wierz mi moje dziécię,... nie uwodź się zbyt żywą nadzieją... Ale spieszmy się;... nie wiem czy to sprawia chłód nocny, — krótko i drżącym głosem dodała pani Perrine, — dosyć, że cała się trzęsę.
Zaledwie tych słów domówiła, Bruyére z energią i zwinnością właściwą wiejskim dziewczętom, podniosła kawał belki, przebyła zwaliska, stanęła przed otworem pieca, odsunęła bluszcz i głóg i łatwo wybiła dziurę w tém słabém zamurowaniu.
Nagle, w dali,... z północnéj strony stawu,... ozwał się w powietrzu krzyk solońskiego orła;... lecz z powodu znacznéj odległości tak slaby, iż zaledwie go można było dosłyszéć.
Obił się on jednak o uszy małéj Bruyére; ona téż wyprostowawszy się, niespokojnie, pilnie nadsłuchiwała.
— Co to?... zapytała pani Perrine, która nic nie słyszała; co to się stało, moje dziécię?
Bruyére, ciągle milcząca, nieruchoma, ręką uczyniła błagalne skinienie, zwiesiła głowę i znowu z trwogą słuchała.
Ale już nic więcéj nie słyszała,... bądź że krzyk nie został powtórzony, bądź że go stłumił lekki powiew wiatru, który dmąc od czasu do czasu w zupełnie przeciwnym kierunku, teraz przesyłał znowu bardziej zbliżający się tentent kilku galopujących koni.
— Moje dziécię, — rzekła pani Perrine głosem zdradzającym niepokój i cierpienie, — spieszmy się, proszę, bo coś mi nie dobrze.
Te słowa ocuciły Bruyére, która w kilku chwilach wybiła otwór dosyć obszerny aby się dostać do téj nory; ale pani Perrine schwyciła ją za odzienie i zawołała:
— Strzeż się... moje dziécię... w téj okolicy są niebezpieczne węże... gdyby który z nich ukrywał się w téj dziurze...
— Nie lękaj się pani; jeszcze nie czas w którym węże zwykle usypiają.
To mówiąc, Bruyére, lekkiém poruszeniem wyrwała się z rąk pani Perrine, któréj serce ścisnęło się na widok młodéj dziewczyny, niknącéj wpośród ciemnego sklepienia pieca.
W téj chwili... ale już Bruyére tego nie słyszała, rozległ się znowu krzyk solońskiego orła... z tą różnicą że teraz już przenikliwy, wyraźny, zbliżony.
— Drapieżny ptak... szkoda... to zła przepowie dnia,... drżąc szepnęła pani Perrine.
I jakby myśl ta podwoiła jéj obawę o młodą dziewczynę, pochyliła się ku czarnemu otworowi pieca i zawołała:
— Bruyére.... moję dziécię.... przemówże do mnie....
— Szukam, proszę pani, wzdłuż sklepienia, wszędzie; ale nic znaleźć nie mogę....smutnie odpowiedziała młoda dziewczyna.
— Byłam tego pewna... moja biedaczko!... rzekła pani Perrine.
A potem przychyliwszy się w stronę wiatru, dodała pół głosem:
— To szczególniejsza,... zdaje się że słyszę tentent zbliżających się koni.
Słuchała znowu i rzekła:
— To zapewne stadnina sąsiedniego folwarku, na noc zostawiona na łąkach, buja sobie przy świetle księżyca...
Nagle dziewczyna wydała przerażający okrzyk.
— Cóż tam? spytała przelękła pani Perrine. Bruyére... przez litość.., odpowiedz!...
— Mały kuferek... moja pani!
I prawie natychmiast młoda dziewczyna, drżąca, przejęta niespodzianą radością, pojawiła się u wejścia do sklepienia.
Żywy blask księżyca zupełnie oświecał małą Bruyére, która, klęcząc w otworze sklepienia, na ręku trzymała kuferek; liście zielonego bluszczu, purpurowe gałązki głogu, wątłemi girlandami swemi otaczały ciemne sklepienie, wśród którego jaśniała, zalana białém światłem, młoda dziewica, nieruchoma, klęcząca, z oczami pełnemi łez, z wyrazem niewymownéj nadziei w niebo wzniesionemu.
Na widok tak czarującego obrazu, pani Perrine, mimo niespokojność, wzruszenie i życzliwą ciekawość jaką przejmowało ją odkrycie małéj Bruyére, przez chwilę ani słowa wyrzec nie mogła.
— Dzięki ci, o Boże! że mię ojciec Jakób nie zawiódł,... może téż poznam moję matkę.... głosem z wzruszenia drżącym wymówiła Bruyére; potém za jednym poskokiem stanęła przy pani Perrine i rzekła:
— Oto jest kuferek....
Kuferek ten, prócz dosyć dziwacznego kształtu, nie miał w sobie nic szczególnego: był okrągły z płaskiém dném i wypukłym wierzchem; kilka kawałków materyi, których czas i wilgoć jeszcze nie popsuła, przekonywało, że kiedyś musiał być pokryty zieloną kitajką przymocowaną do drzewa mosiężnemi goździkami, teraz grynszpanem poprzegryzanemi; ten kuferek musiał kiedyś służyć za pudełko do warsztacika koronek, nakształt tego któryśmy widzieli w pokoju pani Perrine przy jéj krześle.
Główki ćwieczków utrzymujących kitajkę, tworząc na pokrywce kilka grubych arabesków, zaokrąglały się w litery wyrażające nazwisko:

Perrine Marcin.

Pani Perrine na widok tego kuferka zrazu stała osłupiała, usiłując zebrać swe wspomnienia; wkrótce zaś odczytując przy jasnym blasku księżyca własne swoje nazwisko, przeraźliwy wydała okrzyk.
— O! wielki Boże! co pani jest?... zawołała Bruyére.
Pani Perrine, zamiast odpowiedzi porwała kuferek aby mu się bliżéj przypatrzyć, i trzymając go w drżącém ręku, wodząc wkoło błędnym wzrokiem, mówiła przerywanym głosem, niepomna na obecność małéj Bruyére:
— Ten kuferek,... to moja własność,... skądże się tu wziął? przypominam sobie,... żem go z sobą zabrała,... do tego domu; tak jest,... do tego domu,... gdzie mię zawieziono kiedym jeszcze... niezupełnie była szaloną.
— Pani,... szalona?... z trwogą zawołała Bruyére.
— Do tego domu, coraz bardziéj obłąkana mówiła pani Perrine, do tego domu, gdzie mię tak długo trzymano.... a kiedym go opuściła wyleczona... przypominam sobie... żem się pytała o ten kuferek... i o inne jeszcze rzeczy... tyle dla mnie ważne... o! bardzo ważne... a odpowiedzieli mi... że nie rozumieją co ja mówię.
— Ten kuferek należy do pani! zawołała Bruyére i na chwilę powzięła szaloną nadzieję: że może pani Perrine jest jéj matką... ale wnet przypomniała sobie, że niedawno jeszcze Perrine wielce ubolewała iż ją Bóg nie obdarzył córką.
Nie śmiała nic mówić; z niewypowiedzianém udręczeniem czekała wyjaśnienia téj tajemnicy.
Pani Perrine postawiła kuferek na zwaliskach, a z trudnością odpiąwszy mały, zardzewiały i prawie niepostrzegalny haczyk, który zamykał kuferek, otworzyła go i wyjęła ze środka naprzód małą drewnianą zabawkę z dzwoneczkami, jaką zwykle dają ubogim dzieciom.
— To jego zabawka!... zawołała pani Perrine, to zabawka mojego syna; a ja ją miałam za zgubioną... Co za szczęście!... i okrywszy tę pamiątkę radosnemi pocałunkami, schowała ją znowu do kuferka; potém wydobyła z niego mały pularesik safianowy, z srebrnemi ozdobami które przez czas pordzewiały, i pomiędzy któremi mieściła się hrabiowska korona.
— Oto pugilares... który jego ojciec... raz upuścił, zawołała pani Perrine, a w którym były jego listy... te nieszczęsne listy... a oto znowu para wyżynanych wrzecion... które mi zrobił ten biédny Klaudyusz, najlepszy, najnieszczęśliwszy z ludzi.... O! co za szczęście! moje najdroższe skarby, moje święte relikwie, tak długo opłakiwane... przecież was nakoniec znajduję!... i to mówiąc pani Perrine pokrywała te przedmioty łzami i pocałunkami, w gorączkowym i zgubném uniesieniu, bo jéj łkania połączyły się wkrótce z konwulsyjnemi wstrząśnieniami.
— Ale... tego,... nie poznaje, tegom tu nie schowała,.... nagle zawołała pani Perrine.
I położyła rękę na dosyć ciężkim, skórzanym woreczku, który, zapewne przesiąkły wilgocią, natychmiast pękł: wypadło z niego mnóstwo złotych pieniędzy.
— Złoto!... z wzrastającém zdziwieniem zawołała pani Perrine.
A potem dodała:
— Cóż to znowu za pargamin?
W rzeczy saméj u woreczka przywiązany był kawałek pożółkłego i widocznie z okładki jakiéjś staréj książki odartego pargaminu.
— Ah! jest tu coś napisanego!... mówiła pani Perrine.
— Czytaj pani!... o!... czytaj!... szepnęła Bruyére, któréj umysł już się wikłać zaczął wobec tak niespodzianych wypadków.
Przy świetnym blasku księżyca, pani Perrine zdołała przeczytać co następuje:
„Kuferek len i wszystko co to nim zawarte, należeć ma do matki mojéj córki, która o téj godzinie ma lat pięć... Zmuszony jestem opuścić kraj, opuścić ją, powierzam ją więc człowiekowi wiernemu... Za pomocą tych przedmiotów moja córka kiedyś będzie mogła dać się poznać swéj matce, jeżeli to uzna za rzecz właściwą,... później udzielę innych wyjaśnień..... Lecz że wkrótce mogę być zabitym, niech więc te wyrazy służą za testament w którym pragnę zapisać ciążące na mém sumieniu zeznanie.
„Ja, który dotąd wszystko pokonywałem, na wszystko się odważałem,... w téj chwili doznaję zgryzoty.... Popełniłem okropną zbrodnię,.. zbrodnię bez nazwiska,... powinienem więc ją zmazać, odkrywając temu kto to... ma czytać.... że.....”
W tém miejscu wilgoć splamiła i przegryzła pargamin, wiele wiec słów niepodobna było wyczytać, a inne były zupełnie zatarte tak, że ostatnich wierszy nie można było zrozumiéć; ale pani Perrine, coraz bardziej obłąkana i uniesiona gorączkową ciekawością, czytała daléj te wyrazy bez związku, jakby przedstawiały sens zupełny:
...Trze..,. yło.... ale... że namyśliwszy się... w norcy wszedłem szalonéj lecz tak pięknéj.... i... chcia...., to téż, zgrozę na dedniem wtedy, uniosłem kufer... i..... ścigała mię wszędzie aż do wróciwszy w od szukania mojéj córki. matkę zawsze szaloną, nie wiedząc uniknąłem powiedzą jéj i że kiedy dla przyczyn da imię Bruyére córce i moje......“
Pargamin wypadł z rąk pani Perrine.
To nowe i straszne wstrząśnienie, na chwilę, jeżeli tak powiedzieć można, wróciło równowagę jéj umysłu,... podobnie jak postument wzruszony chwilowo z swojéj podstawy, przez przeciwne wahanie się wraca na swoje miejsce, aż ostatnie poruszenie z łoskotem go obali.
Jakkolwiek niewyraźne było znaczenie tych słów na pół zatartych, Perrine Marcin szybko pojęła ich znaczenie. Niegodziwiec, uderzony pięknością téj nieszczęśliwéj, nadużył jéj chorobliwego stanu! Bruyére była owocem téj okropnéj zbrodni, onia zaś, Perrine Marcin, została matką ani wiedząc o tém.
Na tak straszne odkrycie, macierzyńskie serce téj nieszczęśliwéj jednemu tylko uległo uczuciu,.“ uczuciu radości niezmiernéj,... bozkiéj,... ona miała córkę,... i tę córkę przycisnąć mogła do swojego serca....
Z uniesieniem, wyciągając ręce do małéj Bruyére, zawołała:
— Przed chwilą sądziłam, że znowu wpadam w szaleństwo,... ale teraz już się nic nie lękam.... Pójdź, pójdź moja córko,... ty mi rozum wracasz....
I prawdę mówiła! Są wyłączne położenia, w których matka nie chce być waryatką, w których nigdy nią nie jest.
— Pani!... moją matką!... zawołała zdumiona Bruyére, bo zbyt naiwna nie umiała przeniknąć; niecnego znaczenia pół wyrazów, które jéj matka — w swym obłędzie czytała.
— Tak jest, twoją matką!... jestem twoją matką!... łkając zawołała pani Perrine, obsypując małą Bruyére pocałunkami i pieszczoty, — mniejsza o resztę, — ... jesteś moją córką,... i cóż nas reszta obchoidzić może? O! mój Boże!... a ja niedawno mówiłam: Jakże byłabym szczęśliwą, gdybym zarazem mogła kochać córkę... i syna!... Miałam już syna... O! zacnego syna!... O! jakże ty kochać będziesz twojego brata!
— Matka!... brat!... szepnęła Bruyére, łzami za, łzy, pieszczotami za pieszczoty, szczęściem płacąc za szczęście.
Nagle Perrine Marcin zadrżała i rzekła cicho do Bruyére, którą tuliła do swego łona:
— Wołają cię!...
— Mnie, matko?
— Tak jest.... o!... czy słyszysz?...
W rzeczy saméj, wpośród brzęku pałaszy, tentnienia koni, stuku wielkich podkutych butów, pomieszanych krzyków i wzrastającego zgiełku, którego dotąd Perrine Marcin i jéj córka z powodu głębokiego wzruszenia nie słyszały, rozlegał się przenikliwy i rozkazujący głos pana Beaucadet:
— Potrzebujemy małéj Bruyére, — mówił wachmistrz od żandarmeryi: — W imieniu prawa, które każdy znać powinien: gdzie jest Bruyére?... przybywam aresztować ją...
Niepodobna wyrazić dzikość uścisku, z jaką zdrażniona matka usłyszawszy te słowa, przytuliła córkę do swego łona; kurcząc, kryła się w rogu ścian piekarni, w któréj obecnie dosyć głęboka ciemność panowała.
— Aresztować.., Bruyére, — wołała męzka i poczciwa Robin, — czyście oszaleli mój panie Beaucadet?... aresztować tę biedną dziewicę! tę opatrzność naszéj okolicy!
— Prawda, — odezwali się parobcy, — aresztować tę biedaczkę... a to za co?
— Jako obwinioną o dzie-cio-bój-stwo, — stanowczym głosem odpowiedział Beaucadet, według swego zwyczaju przedzielając syllaby.
— Co tam pan znowu prawisz? — rzekła la Robin, — my pana nie rozumiemy wcale.
— Mówię jasno, wy jakieś nieuki, — pogardliwie odparł Beaucadet, — Bruyére poszlakowana jest o zabicie swego dziecięcia.
Na te słowa, dały się słyszéć dwa okropne krzyki w zwalonéj piekarni.
W chwili gdy Beaucadet pobiegł w tym kierunku z swoimi żandarmami, Bruyére z szybkością błyskawicy wyrwała się z konwulsyjnych uścisków matki, za jednym poskokiem przebyła zwaliska piekarni i z ich wysokości rzuciła się w staw.
Wszystko to stało się prędzéj, aniżeliśmy opisać zdołali.
Gdy Beaucadet z żołnierzami i folwarczną czeladzią przybył do piekarni, któréj wysokie ściany zasłoniły rozpaczliwy czyn małej Bruyére, już tylko samą Perrine Marcin tam zastali.
Nieszczęśliwa matka, leżała głową wsparta o kamień, ze sztywnemi rękami, z drętwiałą dłonią, osłupiałém i przymkniętém okiem, zaciśnionemi zębami, szarpana najokropniejszemi konwulsyami.
— Pani Perrine... — zawołała la Robin, klękając aby nieszczęśliwéj nieść pomoc, podczas gdy ją żandarmi otaczali.
— Na pomoc!... na pomoc!... la Robin! nagle zawołano po drugiej stronie zwalisk piekarni.
Folwarczny parobek, usłyszawszy łoskot wpadającego do wody ciała małej Bruyére, pospieszył na brzeg stawu, gdy tymczasem inni aktorowie téj sceny zdążali do zwaliska.
— La Robin! — zawołał on na nowo, — Bruyére w staw się rzuciła... oto znalazłem w wodzie jéj trzewik.... prędko... na pomoc!... odwiąż łódkę, może ją jeszcze ocalimy.
Podczas gdy panią Perrine Marcin, zupełnie zmysłów pozbawioną, przenoszono na folwark, la Robin, folwarczni parobcy i żandarmi, odwiązali łódź, przepłynęli i przejrzeli cały staw,... ale nie znaleźli ciała małéj Bruyére...
La Robin, wybuchając łzami, uniosła trzewik młodéj dziewczyny, niby jaką kosztowną relikwię... a potem nagle zmieniając zdanie, rzekła do parobka:
— Jacy my głupi, że płaczemy... takie oczarowane stworzenia jak Bruyére, nigdy nie umierają... My ją jeszcze obaczymy.
Pan Beaucadet spisawszy protokół samobójstwa, wsiadł na koń i na czele swego orszaku czém prędzéj wrócił do zamku hrabiego Duriveau wioząc tam nieszczęsną wiadomość.
Skoro ujechali kilka stai, stary żołnierz, którego już kilka razy niecierpliwiła śmieszna powaga, jaką przybierał Beaucadet, rzekł półgłosem do swego towarzysza, pokazując mu wachmistrza:
— Widziałem, że płakał, gdy na koń wsiadał... Tém lepiéj... zawszém go miał w podejrzeniu, że on nie tyle zły jak głupi.




3.
Matka i córka
.

Podczas, gdy powyżéj opisane wypadki miały miejsce na folwarku Grand-Genévrier, inne sceny działy się w Sabloniére, rezydencyi pani Wilson.
Wróciwszy do domu, po tych nieszczęśliwych łowach, pani Wilson i jéj córka, smutne, znękane, udały się do swych pokoi, nie myśląc bynajmniéj o obiedzie; pan Alcyd Dumolard zaś, skoro tylko ochłonął z przerażenia, jakiem go nabawiła zuchwała napaść Bambocha, nie był tyle obojętnym na posiłek, co jego siostra i siostrzenica. Wygodnie rozciągnięty w fotelu, przy dobrym ogniu, kazał sobie podać smaczny obiadek, sądząc, że tak różnorodne wzruszenia, a mianowicie boleść po stracie sakiewki, okrutnie wypróżniły mu żołądek.
Rafaela Wilson, posłuszna naleganiom matki, położyła się w łóżko; przy głowach usiadła jéj pokojówka. Panna Izabella liczyła najwiecéj lat trzydzieści, nie była ładna, ale twarz miała dowcipni wyrazistą, roztropną, pyszne włosy, błyszczące oczy, płeć delikatną, nogę zgrabną i kibić bardzo kształtną, objętą w czarnéj, bardzo skromnéj, ale wybornego kroju sukni. Panna Izabella, jako wierna pokojówka, była mocno zdziwioną i zasmuconą, widząc obie swe panie tyle cierpiące i znękane. Na znak pani Wilson wyszła z pokoju.
Matka i córka pozostały same.
Sypialnia Rafaeli, przylegająca do sypialni jéj matki, obita była perską materyą, o tle białém bławatkami zasianém; okrągła, kryształowa lampa rzucała na pokój przyćmione światło.
Pani Wilson zmieniła amazonkę na popielaty kaszmirowy szlafroczek, wyszywany bladoróżową torsadą, podnoszący jeszcze bardziej wykwintność jéj zachwycającego wzrostu.
Siedząc przy łóżku córki, z niespokojną przychylnością trzymała ją za rękę. Czarowna twarz Rafaeli, zwykle delikatnie rumiana, teraz do tego stopnia była stroskana, że gdyby nie gorączkowy blask jéj niebieskich oczu i ciemny kolor warkoczy, bladość jéj lica nie różniłaby się wcale od śnieżystej białości koronki i batystu nocnego czepeczka.
Ta młoda dziewica i ta młoda matka, a raczéj te dwie siostry, tak ugrupowane, zachwycający przedstawiały obraz: miłe światło lampy rozlewało blask wątpliwy po tym świéżym pokoiku kwiaciastą materyą zdobnym, a przejętym tą lekką wonią, jaką, że tak powiem, oddycha wszystko, co otacza wytworne kobiéty.
Od czasu powrotu z polowania, pani Wilson i jéj córka poraz piérwszy dopiero znalazły się sam na sam.
— Biédny aniołku... ty więc bardzo cierpisz? zapytała pani Wilson Rafaeli.
Młoda dziewica odpowiedziała głębokiém westchnieniem, wśród łez mile spojrzała na matkę.
Pani Wilson oburącz ujęła głowę córki i pocałowała ją w czoło, mówiąc:
— Ty miałabyś cierpieć, mój aniele!... ty?... nigdy dotąd nie pałałam nienawiścią,... ale tego ktoby ci choć najmniejszą wyrządził przykrość, ścigałabym z nieubłaganą, straszliwą zajadłością...
Gdy pani Wilson mówiła o nienawiści, jéj żywa i zalotna fizyonomia przemieniła się nagle, oczy zwykle tak wesołe, tak pogodne, zabłysły ponurym ogniem; usta zwykle śmiejące się, ściągnęły się; żyły na czole nabrzmiały; cały wyraz jéj twarzy tak się wydał groźnym Rafaeli, iż przestraszona zawołała:
— Mamo!... przestań go nienawidzić,... ja go tyle kocham...
Na te słowa Rafaeli objawiające jéj nieuleczoną namiętność dla wicehrabiego Scypiona Duriveau, pani Wilson smutnie obróciwszy się, oburącz twarz swoję zakryła i zalała się łzami.
— Matko.... droga matko,... nie rozpaczaj o mnie... rzucając się na szyję pani Wilson zawołała młoda dziewica, — o! jakżem nikczemna.... i nieszczęśliwa,... on mię już może nie kocha... a ja ci serce rozdzieram...
— On cię już nie kocha! — zawołała pani Wilson nagle ręką ocierając łzy, spływające po jéj obliczu; — on cię już nie kocha!... i oburzenie zarumieniło jéj blade policzki. Ty... ty... miałabyś doznać takiéj pogardy!... Ty, najpiękniejsza ze wszystkich,... ty piękna... o! nad wszelkie pojęcie piękna!... uniesiona dumą macierzyńskiej miłości zawołała pani Wilson.
— On,... nie miałby cię już kochać! dodała po chwili milczenia, — ależ chyba nie wiesz jak drogo opłaciłam...
I pani Wilson zamilkła: w pierwszém uniesieniu tylko co nie wykryła swéj córce tajemnicy którą chciała zachować; miarkując się zatém, spiesznie dodała:
— Nie, ty nie wiesz jaką niespokojnością miłość tę opłaciłam... Uspokój się więc, przyjdź do siebie... moje lube dziécię.
— Niestety! matko moja, od chwili wyjazdu naszego z Paryża jesteśmy narzeczeni... a dziś, widziałaś, że przez cały dzień... nic... prócz kilku pospolitych grzeczności... zaledwie mię postrzegał... ciągle był roztargniony, obojętny, a przytém ta jego nieczułość podczas sceny... pełnéj zgrozy, w któréj, jak zwykle, okazał tylko odwagę i pogardę! O! ta kobiéta... ta wiejska dziewczyna, on ją kocha... i dla tego mnie już nie kocha... On ją kocha... a ona zabiła jego dziécię! — z niewypowiedzianą zazdrością, nienawiścią i rozpaczą zawołała Rafaela.
Potém, zalana łzami, rzuciła się na szyję matki i twarz swoje na jéj łonie ukryła.
— O! żałuj mię,... pogardzaj mną, matko,... zaczęła znowu... Mimo to wszystko,... ja zawsze kocham Scypiona,... a może nawet jeszcze bardziéj, bo nigdy nie wydał mi się piękniejszym jak wówczas, kiedy sam, tak młody, słaby, ale nieustraszony, stawiał czoło wściekle grożącym mu przeciwnikom... Tak jest, przeklinaj mię... matko, dodała Rafaela, i zwracając ku matce piękną, łzami zalaną twarz, błagalnie wyciągnęła dłonie i powtórzyła: Przeklinaj mię!... bo nie wiesz wszystkiego...
Pani Wilson żywo się ocknęła, i niespokojnym, przenikliwym wzrokiem badała córkę.
— Nadużyłam twéj czułości,... twego nieograniczonego zaufania, mówiła znowu znękana Rafaela.
To słysząc, pani Wilson zrazu zadrżała, w tył się cofnęła, puściła ręce Rafaeli które w swoich trzymała; ale prędko żałując, że na chwilę powątpiewała o swojéj córce, chociaż ta osobiście się oskarżała, rzekła:
— Ty? nadużyłaś mego zaufania?... Ja ci nie wierzę, biedny aniele!
Tym wyrazom towarzyszył uśmiéch tak pogodny, że zdumiona Rafaela, niby ciężarem jakim przytłoczona, zrazu milczała.
— Nie, tyś nie mogła nadużyć mojéj czułości, moja najdroższa, — mówiła znowu jéj matka. — Jak zawsze, tak i teraz zapewne twoje szczere i dobre serce zanadto wzrusza się jakiemś dzieciństwem,... podobnie jak się wzrusza oziębłością Scypiona!... Zresztą, szkaradna dziewczyno, uśmiechając się i schylając z niewymownym wdziękiem swą piękną głowę do oblicza córki, dodała pani Wilson: ty nakoniec zrobisz ze mnie takiego tchórza jakeś sama, bo przyznam się, kiedyś przed chwilą zaślepiona, zawołała: On mię już nie kocha! zadrżałam... Mogłażem powątpiewać o tobie!... o wszechwładnéj piękności twojéj, o czarownym uroku twojego umysłu i serca?... nie, ja ci tego nigdy nie przebaczę... Pójdź, moja Rafaelo, niech twoje piękne oczy pokryję pocałunkami, kiedy tak źle widzą i tak źle sądzą miłość Scypiona.
To powiedziawszy pani Wilson, różowemi usty całowała białe powieki Rafaeli.
Piérwszy raz w życiu mowa matki boleśnie Rafaelę dotknęła.
Zaufanie, spokojność pani Wilson po wypadkach dnia tego, tyle dotkliwych dla serca młodéj dziewicy, napełniały ją zdziwieniem i obawą.
— Przebacz mi, droga matko — rzekła zakłopotana — jeżeli mię dziwi ta twoja obojętność na dzisiejsze wypadki i...
Pani Wilson przerywając swéj córce, rzekła tonem najsłodszéj czułości:
— Posłuchaj mię, moja luba, jesteśmy jak dwie siostry... będę z tobą mówiła jakby z kobiétą zamężną... bo wkrótce zaślubisz człowieka którego ubóstwiasz. Trzeba, widzisz moja kochana, uważać świat takim, jakim on jest w istocie... patrzyć na rzeczy z właściwego stanowiska. Przerażasz się... i cierpisz na to, co nazywasz obojętnością, oziębłością Scypiona. Cóż chcesz? ma on wady swego wieku... teraźniejszego czasu. Jakkolwiek młody, udaje... (a jużem mu to wobec ciebie zganiła), udaje, jak wszystka prawie młodzież naszych czasów, nieczułość i pogardliwą obojętność na wszelkie tkliwe uczucia. Uważałby za rzecz śmieszną uprzejme nadskakiwania narzeczonego; sądziłby, że gra rolę prowincyonalnego kawalera, gdyby cię obsypywał staraniami, gdyby uprzedzał twoje życzenia... Bo dobrze zważywszy, czémże jest taka czułość? pozorem... powierzchownością... nie na tém zależy prawdziwe i głębokie uczucie, jakie on dla ciebie żywi... Tak jest, on cię kocha bardziej niż mniemasz... Wreszcie ja wiem coś warta, czém jesteś... i do mnie należy bronić cię od wszelkich nieszczęsnych powątpiewań... Mój ty najdroższy aniołku... wybrałaś Scypiona... kochasz go tyle... żeś omal z tej miłości nie umarła. On, za pośrednictwem swego ojca, prosił o twoję rękę... Do tego kroku nie skłonił go zapewne twój skromny posag, bo pozostający mi majątek nie jest wielki; a wszystko co twój wuj posiada, oddane jest na dożywocie...
— Moja matko!...
— O Boże! wszystkie te przyczyny które ci przytoczyć muszę, aby cię uspokoić, przekonać, wiem o tém, że są błahe, nienawistne, mój luby aniele.. ale kiedy ci brak należytego zaufania w sobie saméj, muszę koniecznie wchodzić w te, jakkolwiek odstręczające szczegóły.
— Niestety! moja matko, dziś, w tym smutnym dniu, cierpię nie tylko z braku grzeczności Scypiona...
— Rozumiem; myślisz o tém okrutném odkryciu... o tem nieszczęśliwém dzieciątku... I tu znowu, mój aniele, muszę z tobą pomówić jak siostra... jak przyjaciółka... a raczéj jak matka usuwająca na stronę wszelką ostrożność, wszelką kłamliwą skromność, bo chodzi o objaśnienie, ale nie oszukiwanie ciebie. Posłuchaj mię... Przeszłego roku, Scypio był tu sam ze swoim ojcem; nie znał ciebie... w ciągu próżniaczego życia na wsi, spotkał tę młodą dziewczynę, nadskakiwał jej. Ona go usłuchała... wiesz resztę... Teraz, moralnie biorąc rzeczy, jest to źle, bardzo źle,... ale wyznać ci winnam, że biorąc rzeczy tak jak je widzi świat... ten świat na którym obie żyjemy, czyn Scypiona, jest tylko, jak to mówią, małém... przewinieniem... Jutro, cały Paryż wiedziéć będzie, że kochanką wicehrabiego Scypiona Duriveau była młoda wieśniaczka, i że ta miłość bardzo się tragicznie skończyła wobec nas; jutro, mówię, cały Paryż o tém wiedzieć będzie... a ani jeden salon nie zamknie się przed Scypionem, a ani jeden mężczyzna, ani jedna kobiéta, jakiegokolwiek bądź znaczenia w świecie, w niczém nie zmienią zwykłego sposobu przyjmowania Scypiona w swoim domu,... co większa, moje dziecię, ani jedna matka, ani jeden ojciec, nie odmówiliby mu dla tego swéj córki na małżonkę. Widzę, że wszystko to dziwi cię, moja luba; ale mówiąc do ciebie w téj chwili językiem który, zaślubiona za parę tygodni, nieraz słyszeć będziesz, kiedy zarazem ujrzysz rzeczy w naturalném ich świetle, uspokajam cię, pocieszam, słowem przywracam ci szczęście.
— Tak więc, moja matko, — zmienionym głosem, blada i cała drżąca rzekła Rafaela, tak więc,... na święcie... nie ma żadnej litości dla biednéj... uwiedzionéj... opuszczonéj dziewczyny... tak więc, na świecie, nie ma żadnéj nagany... żadnej kary dla uwodziciela, i wszyscy jak dawniéj podają mu ręce; kiedy przeciwnie, dla jego ofiary,... niosą obojętność... pogardę...
— Moja ty najdroższa, jest to zapewne okrutne... niesprawiedliwe... jest to pożałowania godne; ale cóż począć? taki to świat, a świat uważać potrzeba takim jakim jest. Pojmujesz więc, że dzisiejsza bolesna scena, z tego punktu uważana, nie jest tak smutną, tak rozpaczliwą jak ty sądzisz. Jeżeli chodzi o twoje przyszłe szczęście, okoliczność ta jest jeszcze mniéj ważną... bo nakoniec, już temu rok, a Scypio nie znał cię wówczas,... i, powtarzam... zbłądził niezawodnie uwodząc tę dziewczynę... ale zresztą... dla czegóż była tyle słaba?... dla czegóż nie oparła mu się, ona mocna cnotą lub odwagą?... Jest to słuszna kara za....
— O!... to za wiele, — przerywając matce zawołała Rafaela — i ja także jestem nikczemna!... słyszéć to... i milczéć... o! to niegodnie...
A potem obróciwszy się prawie obłąkana ku pani Wilson, mocno wzruszonym głosem dodała:
— Moja matko... nie wypada abyś była tyle surowa... dla uwiedzionych dziewcząt...
— Rafaelo... mój aniele... co ci jest?... dla czego tak drżysz! jakim wzrokiem patrzysz na mnie!...
— Powiadam ci, matko... żeś powinna być pobłażająca, żeś powinna mieć litość nad uwiedzionemi dziewczętami...
— Znowu bledniejesz... przestraszasz mię...
— Miej litość... o! wielką litość... nad nieszczęśliwemi które nie miały ani dosyć cnoty... ani dosyć odwagi iżby się oprzeć mogły... Scypionowi... czy rozumiesz, moja matko!...
I mocne łkania przerwały głos młodéj dziewicy.
— Rafaelo... przyjdź do siebie... uspokój się...
— Bóg karze cię, moja matko...
— Bóg mię karze?
— Nieszczęśliwa którą Scypio uwiódł.., była uboga, bez opieki, — z przerażającym uśmiechem dodała Rafaela, — to téż powiedziałaś jak inni: mniejsza o nią!... wzgarda dla ofiary... chwała uwodzicielowi!
— Rafaelo!!!
— Jéj dziécię umarło,... może i ona umrze także... bo cóż znaczy taka istota?.... Przewinienie młodości wicehrabiego Scypiona... Powiedziałaś to... i Bóg cię karze moja matko...
— O!... Boże mój! Boże!
— Wierne echo samolubnego i okrutnego świata, nie miałaś litości nad biédną wiejską dziewczyną... Powiadam ci więc, matko,... że Bóg karze cię w twojéj własnéj córce.
— Co ty mówisz!?...
— Powiadam ci żem równie winna... winniejsza nawet jak to nieszczęśliwe stworzenie, bo ja nie jestem sama, nie jestem opuszczona... mam czułą i kochającą matkę, któréj od mojego dzieciństwa nigdy nie opuszczałam... I cóż! ja oszukałam... tę matkę... tak czułą... tak dobrą...
— O! milcz,... milcz...
— Niegodnie zdradziłam jéj zaufanie...
— Rafaelo! ty nie wiész co mówisz... tyś szalona... przyjdź do siebie!...
— Nie, nie, jam nie szalona... prawie obłąkana zawołała młoda dziewica; — ale pewno oszaleję... jeżeli nie umrę ze wstydu.
— Ze wstydu!...
— I ja także! nie umiałam oprzeć się Scypionowi!...
— Nieszczęśliwa!
— Mniejsza o to... Świat powie, że to przewinienie młodości wicehrabiego Scypiona,... wszak prawda, moja matko? z natężeniem ostatnich sił poszepnęła nieszczęśliwa.
I w obu dłoniach twarz ukrywszy, padła bez ruchu na posłanie.




4.
Miłość macierzyńska.

Kilka chwil upłynęło jak Rafaela uczyniła pani Wilson to straszne zeznanie, zeznanie uzupełnione wyjaśnieniem, które młoda dziewica konającym głosem udzieliła.
Nim przystąpimy do dalszego ciągu naszéj powieści, powiedzmy słów kilka o pani Wilson.
Ta kobiéta ubóstwiała swoję córkę: dowody tego ubóstwiania, tego poświęcenia ślepego, namiętnego i prawie bohaterskiego... natychmiast się nam przedstawiają.
Ludzie znający to co nazywamy światem, ludzie którzy go widzieli takim jakim jest, jakim go uczyniły skutki i konieczności obecnego porządku rzeczy, znajdą może wysłowienie się pani Wilson o haniebnym postępku Scypiona z małą Bruyére, niewłaściwym w ustach matki mówiącej do córki; atoli to wysłowienie, samo w sobie, ściśle zgadza się z pojęciami, obyczajami, zwyczajami i podaniami tego świata.
Pani Wilson malując Rafaeli społeczność w tak mocnych kolorach, miała w tém swoje przyczyny, a przyczyny, według jéj sposobu widzenia, wyborne.
Namiętność jaką Scypio natchnął Rafaelę powstała i doszła najwyższego szczytu w czasie podróży pani Wilson do Anglii, z powodu długów które mąż jéj, bankier amerykański, pozostawił umierając w stanic bankructwa. Pani Wilson nie mogła więc ustrzedz swéj córki od téj namiętności, tak szalonéj, tak zapamiętałéj, że Rafaela w skutku jéj za powrotem matki była prawie umierająca...
W téj chwili trudno już było Pani Wilson zastanowić się i przekonać, czy przedmiot tak nierozważnej miłości był jéj godnym. Przedewszystkiem więc chciała ona ocalić życie córki zaślubiając ją wicehrabiemu Duriveau. To małżeństwo wszakże nastręczało niepodobne do uwierzenia trudności, i aby je pokonać musiała użyć wszelkiej swojéj przebiegłości i całéj potęgi mocnej woli, nadewszystko zaś musiała ponieść podziwienia godną ofiarę...
Wreszcie, pani Wilson zbyt dumną była z cudnéj piękności Rafaeli, zbyt przekonaną o rzadkich jéj przymiotach, iżby im nie przyznawała niepokonanéj władzy, izby nie sądziła że Scypio ukrywa prawdziwą miłość pod maską wyrachowanéj obojętności; a wreszcie Rafaela namiętnie go kochała; pani Wilson zatem musiała za wszelką cenę uśmierzyć obawę córki i uspokoić ją względem miłości, która całe jéj życie stanowiła.
Taka była pobudka postępowania pani Wilson z Rafaelą aż do chwili, w któréj córka uczyniła jéj tak bolesne wyznanie, uzupełnione następującém wyjaśnieniem:
Rafaela na kilka dni przed wyjazdem z matką z Paryża do Solonii, ulegając namiętnym naleganiom Scypiona, niepostrzeżona udała się na schadzkę, którą jej naznaczył...
Po tém bolesném wyznaniu długie nastąpiło milczenie.
Rafaela i jéj matka były pognębione.
Pani Wilson, oparta na poręczy fotelu, zdawała się być łupem glębokiéj boleści i patrzyła na córkę wzrokiem pełnym smutku, litości, miłości i przebaczenia...
Rafaela blada, z zwieszoną głową, osłupiałym wzrokiem, rękami na kolanach skrzyżowanemi, zdawała się być bezwładną, nieczułą;... niekiedy tylko, wielkie łzy w milczeniu spływały po jéj białych i zimnych jak marmur policzkach.
— Rafaelo, — nagłe rzekła pani Wilsou, — posłuchaj mię moje biedne dziécię...
Na te słowa, świadczące o pobłażaniu, o niewyczerpanéj czułości matki, młoda dziewica zadrżała i pokryła ręce pani Wilson łzami i pocałunkami.
— Podnieś się,... uspokój się,... mój aniele... i mnie saméj zbyt trudno opanować wzruszenie... Miejmy odwagę,... pomówmy o tobie,... pomówmy raczéj o sobie...
— Słucham cię, matko, — odpowiedziała Rafaela usiłując wstrzymać łzy swoje.
— Widzisz, moja córko, jesteśmy dwie opuszczone kobiéty; same, u siebie samych tylko rady zasięgnąć możemy; bo wiesz że na twojego wuja liczyć niepodobna... Same zatém, moja luba, powinnyśmy postanowić względem naszéj przyszłości... Prawdę powiedziałaś,... Bóg skarał mię za okrutną nieczułość dla téj nieszczęśliwéj wieśniaczki Bóg mię ukarał... lecz niech ta kara mnie tylko samą dotyka; a błogosławić ją będę... Przed chwilą powątpiewania twoje o miłości Srypiona uważałam za bezzasadne... teraz, uważam je za nierozsądne; bo teraz pojmuję widoczną jego oziębłość... jest ona udana w wspólnym waszym interesie.
— Ach! moja matko... odpowiedziała znękana Rafaela, — na widok tego zmarłego dziecka, jego własnego dziecka... czyż dumne oko Scypiona choć jednę łzę uroniło... widzisz! to mię przeraża... to mi każe powątpiewać o jego sercu, a jednak czuję że go zawsze kocham. O! jak okropnie pomyśléć tylko... że on który teraz jest panem mojego honoru, jak jest panem i mojego serca... że on chciałby może... złamać dane słowo... że może mną pogardzi.. może mię opuści...
— Ciebie opuścić?... tobą pogardzić:... o! tobym już chyba nie żyła! — z nieopisaną energią zawołała pani Wilson. O! nie, nie, uspokój się moje dziécię, Scypio dotrzyma słowa... a dotrzyma dla tego że cię kocha... dotrzyma... dla tego że dotrzymać musi... dla tego, że żadna potęga ludzka teraz nie zdoła już oprzéć się temu małżeństwu...
— Ah! matko, gdybyś znała nieugiętość charakteru Scypiona!... O! jeżeli on mię już nie kocha, nic go nie wstrzyma aby mię nie opuścił, szeptała boleśnie znękana Rafaela.
Rozpacz i coraz wyraźniejsza zmiana na twarzy córki, rozdzierały serce pani Wilson. Znała ona nadzwyczajną czułość Rafaeli, której już ta miłość o mało nie zabiła. Coraz bardziéj zatem przerażona znękaniem nieszczęśliwéj córki, pragnąc wszelką ceną uspokoić ją względem przyszłości, choćby niechętném wykryciem przeszłości, postanowiła wyjawić tajemnicę macierzyńskiego poświęcenia, którą dotąd przez zbytek skromności ukrywała.
Po chwilowym namyśle, rzekła przeto do Rafaeli:
— Odpowiedz mi, drogi mój aniele,.. gdyby ci przed dniem w którym, szalona, nierozsądna, poszłaś do Scypiona... powiedziano: wyrzecz się téj miłości?...
— To byłabym umarła...
— Dziś... gdyby ci powiedziano: Musisz się wyrzec téj miłości?, tego małżeństwa?..
— Umarłabym z miłości i wstydu.
— Tak jest,... wierzę ci i wiém, że umarłabyś z miłości i wstydu,... ale ja nie chcę abyś umarła, ja owszem pragnę obyś żyła, muszę cię więc uspokoić; abym cię zaś uspokoiła, muszę ci dowieść że nic w świecie nie zdoła przeszkodzić temu małżeństwu... a nawet i wola Scypiona... czy rozumiesz mię? powinnam cię nakoniec przekonać, że dla zapewnienia tego związku, śmiało powiedzieć mogę, dokazałam niepodobieństwa...
— Ty, moja matko?
— Tak jest, ja... widzisz więc, że dziś wszelka trudność będzie dla mnie tylko igraszką... To cię dziwi, moja luba; wyznam ci wszystko... nie bez żalu jednak... boś nie powinna była wiedzieć o tem...
Po krótkiej przerwie, pani Wilson z dumą mówiła dalej:
— I dla czegóż miałabym rumienić się.... wyznania, że macierzyńska miłość natchnęła mię wspaniałomyślnością?... Posłuchaj mię Rafaelo. Wiadomo ci żem wyjechała z Paryża w nadziei odzyskania w Anglii należności zaprzeczonych nam skutkiem śmierci i smutnego stanu interesów twojego ojca; summa o którą się dopominałam, była dosyć znaczną, a jéj odzyskanie zapewniało ci znakomity posag, co mojém zdaniem, w teraźniejszych czasach, chciwością napiętnowanych, wiele miało wpływać na twoje przyszłe szczęście. Przybywszy do Anglii, przypadkiem weszłam w stosunki z sir Franciszkiem Dudley, interesowanym w popieranéj przeze mnie sprawie... Rycerska prawość, ujmująca delikatność, dowcip, rozsądek, szlachetność serca, wielkość charakteru, słowem wszystko, co może zjednać szacunek i przychylność, połączone jest w osobie sir Franciszka. Dla obrony twojego interesu musiałam się często z nim widywać... Mamże ci wyznać, moje dziecię? że te nasze stosunki, zrazu tak poważne, zmieniły się rychło w żywą przyjaźń... a następnie w daleko czulsze uczucie... z którego byłam szczęśliwą i dumną, bom je podzielała, bom się czuła godną człowieka, który mię niem natchnął... Sir Franciszek Dudley był wolny... i ja także... Nie wspominam ci, jaki udział miała twoja przyszłość w naszych małżeńskich zamiarach.. Ale na cóż się teraz przydadzą te wspomnienia? — z melancholijnym uśmiechem dodała pani Wilson, — wszystko to teraz już daremném tylko, lubo miłém zawsze marzeniem...
— I dla czegóż, matko moja, mówisz o téj przeszłości, jakby o marzeniu? rzekła Rafaeia równie zdziwiona jak rozrzewniona tém zwierzeniem się.
Pani Wilson smutnie poruszyła głową, i chcąc niby uniknąć dolegliwych wspomnień, czule całując swą córkę, dodała:
— Mówmy o tobie, moja luba... Wiész... że w czasie mojéj podróży, co dzień od ciebie odbierałam listy; nagle, listy twoje ustały;... pisywała do mnie twoja ciotka; przez nią to, doszła mię wiadomość o twojéj chorobie;... wyjeżdżam,.. przybywam i znajduję cię prawie konającą...
— O moja matko!... ty kochałaś... i przybyłaś,.. pojmuję teraz jaką poniosłaś dla mnie ofiarę!...
— Jeżelim się dla ciebie poświęciła, moja córko, to ty nie znasz jeszcze com poświęciła... Przybywam... zastaję cię konającą; a ty wyznajesz mi twoję szaloną miłość... W rozpaczy, jakim bądź sposobem pragnąc cię przywołać do życia,... przyrzekam, że cię zaślubię Scypionowi;... nadzieja, ślepe zaufanie w mojém słowie, wywołują zbawienne przesilenie: odzyskujesz zdrowie, żyjesz, jesteś ocaloną!... ale ja, powinnam była dotrzymać obietnicy, którą ci uczyniłam... powinnam była połączyć cię ze Scypionem, albo lękać się, abyś znowu nie wpadła w otchłań boleści i śmierci, z któréj cię tak cudownie wyrwałam, czyniąc ci obietnicę zbyt śmiałą. Niestety!... biédny mój aniele, nie wiedziałam do czego się zobowiązałam.
— Jakto?... moje małżeństwo?...
— Pozwól...Jedna z moich przyjaciółek znała dobrze ojca Scypiona, hrabiego Duriveau. Po długiéj rozmowie z tą kobiétą rozpacz mię ogarnęła: twoje małżeństwo było niepodobne; pan Duriveau chciał wtedy żenić swego syna z dziedziczką trzech milionowego majątku i znakomitego rodu; a gdy dałam poznać mojéj przyjaciółce że przynajmniéj przyzwolenie Scypiona było konieczne...
— I cóż! moja matko?... i cóż? zawołała Rafaela.
— Odpowiedziano mi, że gdybym znała pana Duriveau, wiedziałabym, że ten człowiek, na nieszczęście wyposażony żelazną wolą, wszystko co chce uważa za rzecz skończoną.
— Scypio więc zgadzał się na to małżeństwo! boleśnie zawołała Rafaela.
— On więc już wtedy zwodził mię!...
— Nie, nie, on cię nie zwodził; ale nie chciał, zapewne, od razu oprzéć się woli ojca.
— I tyś to taiła przede mną, matko?
— Pocóż miałam wyjawiać? Przywróciłam ci życie, obiecując, że zaślubisz Scypiona; obawa, rozpacz, powątpiewanie, byłyby cię zabiły; musiałam więc zatrzymać w tobie ślepą ufność w moje słowo, w moję obietnicę.
— O! matko! matko!... — szepnęła młoda dziewica, jakby przytłoczona dowodami takiego przywiązania matki...
— Zapragnęłam osobiście poznać hrabiego Duriveau, — mówiła znowu pani Wilson, — chciałam sama osądzić tego strasznego człowieka, który mimo wiedzy, trzymał w swém ręku życie mojéj córki. Przyjaciółka, o któréj wspomniałam, ułatwiła mi spotkanie z hrabią...
— A wtedy... moja matko?
— W trzy miesiące późniéj, — nie ukrywając już dumy swéj macierzyńskiéj radości, mówiła pani Wilson, — hrabia Duriveau, raptownie zerwał związek, który tyle pochlebiał jego dumie, i w mojéj obecności przybył zapytać cię, czy raczysz przyjąć Scypiona za małżonka.
— Skądże... tak nagła zmiana?
— Oto umiałam wzbudzić w hrabi Duriveau miłość ku mnie, — z prostotą rzekła pani Wilson.
— Wzbudzić miłość w hrabi Duriveau! — zawołała Rafaela.
— Miłość.... zapamiętałą,... bo, po dwumiesięczném ubieganiu się o mnie... błagał, abym przyjęła jego rękę, jego majątek,... przyjęłam...
— Ty, moja matko? — rzekła zdumiona Rafaela.
— Ale pod warunkiem,... że twoje zaślubiny ze Scypionem, odbędą się jednocześnie z zaślubinami mojemi z hrabią...
Młoda dziewica, tak głębokiemu uległa zdziwieniu, że zrazu oniemiała, ale wnet rzuciła się na szyję pani Wilson, wołając:
— Ah! matko moja, teraz wszystko rozumiém,... pojmuję całą boleść, cały ogrom twojego poświęcenia się... Aby zapewnić moje małżeństwo,... zrzekłaś się miłości, o któréj z taką dumą, z takiém szczęściem wspominasz,... zaślubisz człowieka, którego nie szanujesz,... którego może nienawidzisz,.. i to wszystko dla mnie...
— Nie,... nie, mój aniele,... nie bądź w błędzie; rzekła pani Wilson aby usunąć skrupuły swojej córki, — uspokój się,... jam szczerze przywiązana do pana Duriveau; alboż to nie on zapewnił twoje szczęście? alboż tym sposobem nie zasłużył na moje dozgonną wdzięczność?... wreszcie, — z lekkiém zakłopotaniem dodała pani Wilson, bo jéj prawa dusza brzydziła się kłamstwem, — wyznam ci, z radością widziałam że wpływ mój na hrabiego był zbawienny,... że powoli, znikała gorycz, szorstkość jego obejścia... W jego wieku, widzisz, a nadewszystko przy tak porywczym i energicznym charakterze, przy tak żywych namiętnościach, miłość cudów dokazuje... Bądź więc o mnie spokojna... moja córko. Co do ciebie zaś, z zapałem całując córkę dodała pani Wilson przekonana że ją zupełnie uspokoiła, — czy wierzysz teraz, że dostateczną rękojmią twéj przyszłości, jest moja wola, wola hrabiego, a przytém i nadewszystko, szczera miłość Scypiona dla ciebie, miłość teraz niezłomna, święta... bo od niéj zależy honor twój i honor jego.... Czy wierzysz, biedny aniele, że jeżeli, jakem ci wspomniała na początku naszej rozmowy,... mogłam dokazać niepodobieństwa... przywodząc hrabiego Duriveau do zażądania twéj ręki dla syna swojego, łatwo mi teraz będzie...
— Wierzę ci, wierzę, najdroższa matko! — przerywając pani Wilson, zawołała Rafaela.
I piękna twarz młodéj dziewicy rozpromieniła się nadzieją i szczęściem, i obie jéj ręce zawisły na szyi matki.
— O! wierzę ci, i lubię ci wierzyć, — mówiła znowu Rafaela; — tak jest, twoje pocieszające wyrazy napoiły mą duszę spokojnością, zaufaniem i szczęściem... a wreszcie uszczęśliwia mię, o! stokroć uszczęśliwia wiadomość, żem tobie winna to wszystko,... wiadomość o nowych ofiarach jakie dla mnie poniosłaś... a to mi nakazuje tyle wdzięczności, tyle czułości...
Kilka razy ostrożnie zapukano do drzwi pokoju pani Wilson, który poprzedzał sypialnią Rafaeli... i rozmowa przerwała się.
— Kto tam? — spytała pani Wilson wychodząc od Rafaeli.
— Ja,...odrzekł za drzwiami głos panny Izabelli.
— Cóż chcesz Izabello?
— Jest tu list od hrabiego Duriveau; bardzo pilny; posłaniec czeka na odpowiedź.
— Dawaj... — rzekła pani Wilson otwierając drzwi pokojówce, — i obacz, czy cię Rafaela nie potrzebuje.
Podczas gdy panna Izabella przechodziła do Rafaeli, pani Wilson odpieczętowała list hrabiego.
— Byłam tego pewna, — rzekła czytając, — okrutnie niespokojny... Ileżto miłości!... Ile namiętności!... W tym wieku, a jeszcze dochował taki ogień w sercu!... Skądże pochodzi że oprócz téj miłości, która go owładła, hrabia nie zna jak tylko dumę, samolubstwo, chciwość, i zimną wzgardę dla wszystkiego co nie jest bogatém, uszlachconém lub możném?... i mówią, że ten człowiek był dobry, że w swéj młodości ulegał najszlachetniejszym natchnieniom... Czas go bardzo zmienił, i wiek zatwardził, skamienił tę duszę niegdyś tak delikatną, tak czułą.
Potem, czytając dalej list, pani Wilson zwolna i zamyślona dodała:
— Spodziewałam się tego: lęka się, aby dzisiejsza, okropna scena, nie zmieniła moich i Rafaeli życzeń... błaga w imię swojéj miłości, abym użyła całego wpływu na córkę, i skłoniła ją do przebaczenia Scypionowi... Bo, — dodaje hrabia, — szczęście jego życia, jego zaślubiny ze mną, zależą od związku mojej córki ze Scypionem...
A po chwili, pani Wilson, ocierając błędną łzę z oczu, mówiła znowu:
— O moje sny złote,... moje słodkie i drogie wspomnienia, pocóżeście mi się tak niedawno jeszcze nasuwały!...
Ale wnet przerywając sobie, dodała:
— Dosyć téj słabości, dosyć tych nikczemnych żalów; tu nie chodzi o mnie. Odważnie... odpiszmy hrabiemu... który zresztą nalega teraz bardziej niż kiedykolwiek... błaga mię, aby piętnasty dzień przyszłego miesiąca mógł być dniem naszego ślubu... Tak być musi... Wczoraj... byłabym się jeszcze wahała... byłabym odwlokła ten nieszczęsny związek, który dla mnie zawsze wcześnie przychodzi... ale dziś,... — i pani Wilson zapłonęła jakby szło o jéj własny honor; dziś,... położenie mojéj nieszczęśliwéj córki... rozkazuje mi przyspieszyć to podwójne małżeństwo...
Potém, czytając daléj list, mówiła:
— O jakiémżeto smutném zdarzeniu dzisiejszego wieczoru, wspomina hrabia?... Nie chce mi go wyjawić,... z obawy, pisze, aby to nie wywarło na mnie zbyt żywego wrażenia;... lecz jutro, powić mi wszystko... jeżeli jak zwykle, będę go mogła przyjąć... No, odpiszmy mu...
Pani Wilson wyszła z sypialni i udała się do małego saloniku, w którym zwykle pisywała.
Właśnie kończyła swój list do hrabiego Duriveau, gdy nagle Rafaela, blada, napół naga, obłąkana, wpadła do salonu.
— O! to okropnie!... zawoła młoda dziewica, rzucając się w objęcia matki, — ona umarła!...
— Boże!... co to jest?... Rafaelo!...o kim to mówisz?
— O młodéj dziewczynie!... matce tego dziécięcia... znaleziono ją dziś rano... nieżywą!...
— Co ty mówisz?
— Utopiła się!... bo chciano ją aresztować!...
— Ale skąd wiész o tém?...
— Tylko co... jeden z ludzi hrabiego powiedział to Izabelli.
— Nie masz wątpliwości,... boleśnie zawołała pani Wilson, — zapewneto o tym wypadku wspominał hrabia...
— O! moja matko...Bóg nas karze... Ta śmierć!... to przepowiednia!... szepnęła młoda dziewica.
I padła w objęcia przerażonéj matki.




5.
Obiad.

Rzućmy teraz wsteczne spojrzenie na wypadki zaszłe w Tremblay (rezydencyi hrabiego Duriveau) w ciągu wieczoru, gdy Bruyére szukała śmierci w folwarcznym stawie, a Rafaela wyznała matce swój błąd i hańbę.
Wróciwszy do domu, hrabia Duriveau mocno żałował nieobecności pani Wilson i jéj córki, które wraz z panem Alcydem Dumolard, po ukończonych łowach, przybyć miały na obiad do Tremblay.
Nieobecność ich tém dotkliwszą była hrabiemu Duriveau, że nie mógł ominąć nudnego przyjęcia kilku sąsiadów, również na obiad zaproszonych, a któreto zaproszenie odwołać już nie wypadało.
Atoli te nudy wynagrodzone być mogły korzyścią: zaproszeni bowiem sąsiedzi, znakomici właściciele dóbr, przemysłowcy przez ryzykowne przedsięwzięcia wzbogaceni, zamożni prawnicy, byli wszyscy pełnemi wpływu wyborcami, a przyjaciele pana Duriveau, żyjący w politycznej sferze, powiedzieli mu przed rokiem:
„Czasy są ważne: ohydne pojęcia radykalne i socjalne wywiérają niepokojący wpływ na klassie roboczéj, trzeba więc aby zgodnie działające, energiczne i nieugięte stronnictwo, poskromiło ten anarchiczny popęd, któryby nas doprowadził niezawodnie do trwogi, do maximum i t. d. Jako właściciel rozległych włości, więcej jak kto inny dbać powinieneś o porządek i pokój. Przejdź na naszę stronę, zostań deputowanym w miejscu pana de la Levrasse, człowieka najlepszych chęci ale bez znaczenia; przygotuj swą kandydaturę, rząd królewski poprze ją, otrzymasz nominacją i głosować będziesz za zachowaniem... najlepszego jaki tylko może być porządku rzeczy.”
Takie zwierzenie pochlebiało hrabiemu Duriveau i drażniło jego silny, nieubłagany charakter; z zapałem chwycił się on rad swych przyjaciół, zaczął zbliżać się do niektórych wyborców, wywierających wpływ na stronnictwo do którego należeć pragnął, przyjmował ich często w zamku Tremblay, a obiadem na który ich tego dnia zaprosił, ogłaszał niejako swój powrót do Solonii.
Z tego punktu uważane wypadki owego dnia, oburzenie wieśniaków wywołane zuchwałą śmiałością Scypiona, gdy znaleziono dziecię małej Bruyére, z dwóch względów boleśnie dotykały hrabiego Duriveau: bo naprzód obawiał się, aby Rafaela Wilson po takim skandalu, nie zerwała związku na którym polegało jego małżeństwo z panią Wilson, a powtóre sądził, że wieść o niegodziwéj scenie, któréj głównym aktorem był Scypio, rozchodząc się w okolicy, szkodliwy wpływ wywrzeć może na jego plany wyborcze. Ale biesiadnicy zgromadzeni w zamku Tremblay, nic jeszcze nie wiedzieli o tym smutnym wypadku.
Zamek Tremblay wzniesiony przy końcu siedmnastego wieku i panujący nad rozkoszną doliną Soldry, istna oaza wśród téj ubogiéj krainy, miał pozór prawie monarszéj rezydencyi; hrabia Duriveau rozwijał w nim przepych nadzwyczajny.
Biesiadnicy hrabiego przebyli naprzód obszerny przedsionek pełen upudrowanéj służby w ciemnéj, srebrem galonowanéj liberyi, potém przeszli doposłuchalnego salonu, który zajmowali pokojowcy, a następnie dopiéro, przez galeryą obrazów, przybyli do salonu bawialnego, wspaniałe złoconego i pysznie umeblowanego w stylu Ludwika XIV.
Długie firanki z zielonego adamaszku były zapuszczone; kandelabry bronzowe i bogato złocone świeczniki, rzęsiste światło swoje odbijały w zwierciadłach na piętnaście stóp wysokich, u spodu obstawionych olbrzymiemi, chińskiemi wazonami, pełnemi najrzadszych kwiatów.
Zbliżyła się godzina obiadowa. Hrabia Duriveau przezwyciężając bolesne roztargnienie, sam jeden, z nieco wyniosłą grzecznością czynił honory domu, bo wicehrabia Scypio cały ich ciężar zwalił na niego.
Ojciec i syn przedstawiali kontrast uderzający, charakterystyczny aż w drobiazgowych napozór szczegółach.
Hrabia, chociaż młody ojciec, nic pochwalając jednak mody rozmamanéj i na nic niedbającéj młodzieży z roku 1843, zdjął łowieckie suknie, a ubrał się jak najstaranniéj i najgustowniéj: szerokie klapy jasno granatowego fraka ze złotemi matowanemi guzikami, spadały mu na białą pikową kamizelkę, szczelnie przystającą do zgrabnéj, jeszcze młodzieńczéj jego kibici; suty węzeł wysokiego, czarno jedwabnego halstucha, rozwijał się na pysznie haftowanéj koszuli, spiętéj na trzy guziki z ogromnych pereł, otoczonych brylantami i osadzonych w zielono emaliowane liście; czarne, dosyć obcisłe spodnie, rysując jego muskularne i zarazem wytworne kształty, pokrywały nogę ubraną w białą jedwabną pończochę; nakoniec lakierowane trzewiki, mocno wycięte i zdobne dużemi kokardami, uzupełniały ubiór hrabiego Duriveau, który, dzięki swéj ciemnéj cerze, czarnym włosom, chudéj ale pełnéj charakteru twarzy, mimo że miał lat pięćdziesiąt, nie wyglądał jak na trzydzieści pięć a najwięcéj czterdzieści.
Te, jak powiadamy, napozór drobiazgowe szczegóły ubioru ważne miały znaczenie; bo hrabia Duriveau mniemał że mocno ubliży swym gościom i sobie samemu, jeżeli choć sam, wyszukanie nie ustroi się do obiadu; wieczorem wdziać bóty zamiast jedwabnych pończoch, byłby uważał za rzecz niesłychaną, a nie przypominał sobie iżby się kiedykolwiek dopuścił takiego przestępstwa; upatrywał w tém jakiś rodzaj osobistéj godności i rękojmi, niby mówiącéj: że człowiek ubrany w jedwabne pończochy, pierwéj dwa razy obejrzy się nim stąpi w błoto.
Dziwny to był sposób pojmowania szacunku ludzkiego; ale hrabia tak go pojmował w istocie.
Wicehrabia Scypio, zamiast naśladować to ceremonialne podanie, owszem przesadzał negliż, rozpasanie, jakie niedbałe zwyczaje klubów, stajni i gryzetek u wielkiéj liczby młodzików w modę zamieniły.
A tak ubiór Scypiona obok ubioru jego ojca, samą sprzecznością uderzał. Jego wąziutki czarny halstuch, prawie do wstążki podobny, zawiązany był wkoło czworograniastego i krochmalnego kołnierzyka od koszuli, który sięgał aż po uszy, a prawie zupełnie obnażał szyję; surducik zielonkawy zbyt obszerny, chociaż bardzo krótki i z zaokrąglonemi połami, podobny był raczéj do myśliwskiej kapoty; szkocka kamizela, nadzwyczaj długa, skrojona nakształt kamizelki groomów, zachodziła na szerokie spodnie o ciemnem tle w niebieskie kraty, które niby u majtka, bujały po lakierowanych butach z bardzo wysokiemi obcasami.
Tak niedbale ubrany, wicehrabia odznaczał się jeszcze wybitniéj swém niedbałém ułożeniem i pełną rozpasania przesadą, którą łatwiej pojąć jak opisać. Koszulę miał na piersiach otwartą, szerokie krochmalne mankietki, zgniecione, do połowy wywinął na rękaw surduta, z pod którego wychodziła blada, delikatna i chuda jak u schorowanéj kobiéty ręka; przybierał postawę miękką i znudzoną, roztargnioną lub dumną. Odmówić sobie musimy skreślenia wszelkich drobnostek; wszelkich delikatnych, nieznacznych i prawie niedostrzegalnych odcieni, wyraźnie cechujących oba nasze portrety.
Scypio, według zwyczaju zbyt późno przybył do salonu. Hrabia widząc go w tak zaniedbałem ubraniu, wyszedł naprzeciw niemu i rzekł tonem przyjacielskiej wymówki;
— Powinieneś był staranniej się ubrać; wiész że na prowincyi na wszystko uważają.
— Jeszczeby téż, — głośno odpowiedział Scypio, — to ty właśnie wstyd mi robisz twemi obcisłemi spodniami; ubrałeś się jak... kochanek z opery komicznéj: za cesarstwa byłbyś mógł iść w zawody z panem d’Elleviou, za którego łydkami szalały piękne damy, te szczątki dyrektoryatu!
Rozgniewany hrabia przygryzł wargi; weszło kilka zaproszonych osób które przyjąć musiał. Sprzeczność o jakiéj wspomnieliśmy, równie uderzająco postrzegać się dawała w obejściu ojca i syna. I tak hrabia, jużto stojąc przy kominku, rozmawiał z mężczyznami, już pochylał się nad grzbietami fotelów na których siedziały kobiéty i częstował je pełnemi uprzejmości słowy.
Scypio. zaś, rozciągniony a raczéj przewrócony w szerokim fotelu, utkwiwszy ręce w kieszeniach od spodni, horyzontalnie założywszy prawą nogę na lewe kolano, jużto spoglądał na sufit, jużto hałaśliwie ziewał, albo téż śmiejąc się i drwiąc bezwstydnie, wyszydzał wszystkich których mu nieszczęsny los nasuwał. Co do dam, ciekawie z głębi swego fotelu zbadawszy ich wejście, wlepiając e oko swą kryształową lornetkę, ani się im ukłonił, ani nawet słowa przemówił.
Hrabia Duriveau, i tak już mocno zraniony postępowaniem Scypiona w ciągu tego smutnego dnia, co większa rozgniewany dojmującemi szyderstwy jakiemi go syn traktował wobec pani Wilson, a nadto coraz bardziéj znudzony swą rolą młodego ojca, widocznie cierpiał z powodu tak obelżywego obejścia Scypiona, które mogło odstręczyć jego wyborców. Ale tak dalece lękał się szyderstw młodzieńca, którego zuchwała śmiałość nie szczędziła nikogo, nie szanowała żadnéj przyzwoitości, że się powstrzymywał, odkładając do końca wieczoru poważną i surową rozmowę z Scypionem.
Ten, ciągle zagrzebany w swym fotelu, dostrzegając, nieopodal od siebie rządcę hrabiego, skinął nań palcem aby się przybliżył.
Pan Laurenson, rządzca, człowiek słuszny, chudy i ogorzały, twarzy obojętnéj i surowéj, z uszanowaniem przystąpił do Scypiona i zapytał:
— Co pan wicehrabia żąda?
— Zadzwoń mój kochany, — półgębkiem rzekł Scypio, — nie wiem co oni sobie myślą... nie dają do stołu a jam głodny.
Pan Laurenson zbliżył się do kominka i pociągnął za jedwabny sznurek.
Prawie natychmiast pokojowiec w czarnym fraku, krótkich spodniach, jedwabnych pończochach, w trzewikach ze złotemi sprzączkami, otworzył drzwi od salonu.
Był to Marcin, syn pani Perrine i hrabiego Duriveau...
Portret który Marcin posłał swéj matce, bardzo był podobny; równie jak jego portret miał on cerę ciemną, fizyonomią otwartą, dowcipną, spojrzenie zarazem myślące i przenikliwe; ale baczne oko byłoby wówczas dostrzegło w twarzy Marcina coś powstrzymywanego, coś, że tak powiemy przyćmoinego, jakby czuł w sobie konieczność pokazywania się człowiekiem obecnego stanu swojego.
Wicehrabia, siedzący prawie twarzą do drzwi, ujrzawszy Marcina, skinieniem przywołał go do siebie.
Marcin z uszanowaniem zbliżył się do wicehrabiego... swego brata... wszakże nie mógł pokonać wewnętrznego pomieszania, mimo iż go niczém nie objawiał.
— Cóż to... czy dziś nie dacie obiadu? spytał go Scypio.
— Owszem, panie wicehrabio... zaraz dajemy...
— Każ, niech się spieszą... bom głodny!
A gdy Marcin ukłonił się i zmierzał ku drzwiom, wicehrabia przywołał go znowu.
— Marcinie! powiédz szalarzowi że tylko portwein pić będę... Niech mi oziębią parę butelek... ale zachować temperaturę wina bordeaus... dwanaście a najwięcéj piętnaście stopni, ani mniéj ani więcéj...
— Dobrze panie wicehrabio.
— Pamiętaj także, dodał Scypio, aby postawiono przy mnie korzenie i pieprz z Kajenny.
— Dobrze, panie wicehrabio, rzekł Marcin.
I wyszedł.
Biesiadnicy hrabiego prawie wszyscy należeli do rzędu ludzi mówiących: moja żona i nazywających lwami i lwicami mężczyzn i kobiéty, których uważali za modnisiów. Większa téż część tych obywateli, nieuków, samolubów i próżnych, zamkniętych w granicach swojéj obiorczéj powagi, uważała impertynencye Scypiona za prawdziwie czarowne lwiarstwo; jego pogardliwa zuchwałość, ucinkowe drwiny przejmowały ich uniesieniem i zarazem przerażeniem; nazywali go zawsze panem wicehrabią, i śmieli się w najlepsze skoro tylko przemówił, co go najbardziéj niecierpliwiło, bo sam bynajmniej nieuwarzał się za tak śmiesznego. Małżonki zaś tych ichmościów, z pod oka lornetując na piękną postać Scypiona, nienawidziły go, to jest umierały ze złości, mówiąc do siebie że nie są zapewne dosyć piękne, dosyć znakomite, dosyć lwice, iżby zasługiwały na kilka słów prostéj grzeczności ze strony tego eleganta, impertynenta i t. d.; czyli inaczéj się wyrażając, nie jedna z tych zagniewanych piękności, wyszła zapewne zadumana, marząca o bladéj i pięknéj twarzy Scypiona, o jego wielkich ciemnych oczach, o szyderczym uśmiechu, w czasie którego pokazywał swe piękne zęby, i o małéj bielutkiéj jego ręce, którą kiedy niekiedy tak niedbale pokręcał swój jasny delikatny wąsik.
Nagle otworzyły się obie połowy drzwi salonu; i Marcin dźwięcznym głosem wyrzekł te uroczyste słowa:
— Panie hrabio, już dano do stołu.
— Scypionie, podaj rękę pani Chalumcau, poważnym tonem rzekł hrabia do syna, sam dając rękę drugiéj kobiécie.
Scypio jako przesycony, nie śmiał się nigdy; inaczéj, mimo to że ojciec mówił na seryo, byłby zapewne wybuchł głośnym śmiechem, słysząc tak niespodziane i dziwne nazwisko pani Chalumeau[16]. Ale sam nawet śmiech głośny nie byłby tak znieważającym, jak szyderski pośpiech Scypiona, który, że tak powiemy, wyskoczył z głębi swego fotelu i podał rękę pani Chalumeau, poprzednio oddawszy jej uniżony i ironiczny ukłon.
Pani Chalumeau, żona jednego z najznakomitszych wyborców, za najlepsze przyjęła te grzeczności. Krągła jak pączek, bielutka, pulchniutka, z włosem i okiem czarném jak smoła, to tylko miała w sobie niestosownego, że ucho jéj było za czerwone, że podbródek wisiał za nadto blizko gardła, i że zbyt wiele roślin, niby ogród, zasadzonych na jéj czepku, nadawało jéj głowie olbrzymie rozmiary. Wreszcie, usta jéj były różowe, zęby bielutkie, a w spojrzeniu przebijała się jakaś omdlałość miłosna.
Pan Chalumeau znakomitego wpływu wyborca, mężczyzna słuszny, łysy, z niebieskiemi okularami, stał wyprężony przy swojéj żonie, dumny że ją prowadzi pan wicehrabia; tymczasem szczęśliwa pani Chalumeau podskakując z radości i pychy w swej sukni koloru gorge-de pigeon[17] szeroko hartowanéj jedwabiem, czuła że ucho jéj z czerwonego przemienia się w szkarłatne, i swém pulchném ramieniem potężnie ściskała delikatne ramię wicehrabiego, jakby się obawiała aby inne kobiéty, które swym tryumfującym wzrokiem na miazgę kruszyła, nie zbuntowały się i nie wydarły jéj takiego kawalera.
— Intrygantka! — rzekła złośliwie żona mniéj daleko wpływu mającego wyborcy wzrokiem zaiskrzonym wściekłością i zazdrością, pokazując mężowi nienawistną panią Chalumeau.
— Moja pieszczotko, Chalumeau rozporządza trzydziestu siedmiu głosami, — płaczliwie powiedział mąż, — a ja...tylko jedenastu... Jego żona zatem powinna iść przed tobą...
— Nic to nie stanowi; a gdyby ci się podobało głosować za ojcem tego trzpiota przeciw panu de la Levrasse, to ze mną będziesz miał sprawę... trzęsąc się od gniewu rzekła pani obiorczyni.
— Ja nie chcę aby twój hrabia Duriveau został deputowanym, dodała jeszcze bardziéj gniewnym głosem.
— Chciejże przecie być sprawiedliwą, moja pieszczotko, odpowiedział wyborca; powiedz mi tylko czy pan de la Levrasse wyprawia nam takie uczty książęce, czy ma służących upudrowanych jakby jacy markizowie? siedzi zakopany jak szczur w dziurze i bardzo źle spełnia w Paryżu nasze polecenia; kiedy tymczasem, skoro naszym deputowanym zostanie hrabia, milioner, który swemu intendentowi poruczy mniejsze nasze interesa w stolicy, przyznasz że to wcale inaczéj wyglądać będzie.
To mówiąc pokorny wyborca roztropnie puścił naprzód swą złośliwą połowicę, a sam połączył się z towarzystwem, zmierzającém do jadalnéj sali.




6.
Zimowy ogród.

Biesiadnicy pana Duriveau przebyli galeryą zdobną w starożytne zbroje i kosztowne oręże ( (zbudowaną równolegle do galeryi obrazów) i udali się do sali jadalnéj, na któréj białém drewnianém filtrowaniu, spajaném złotemi listwami, wisiały piękne z różnych epok myśliwskie malowidła.
Na stole wznosiły się cztéry wielkie srebrne i rzeźbą zdobne świeczniki, dźwigane przez gruppy figur również srébnych, ale powleczone odcieniem ołowianym, właściwym starym złotniczym wyrobom. Każdy z tych wspaniałych świeczników, istnych arcydzieł, wybiegał w sześć wijących się gałęzi, które naśladowały winną latorość obciążoną liściem i gronami pysznie z kruszcu wyrobionemi; wpośród nich spoczywał lekki srebrny koszyczek, niby koronka ażurowo wyrobiona, napełniony naturalnemi kwiatkami, których świéża barwa cudnie odbijała przy blasku jarzącego światła. Tu i owdzie krzepł szampan w chłodzących naczyniach z czeskiego kryształu, świetnych jak rubiny, dźwiganych również przez gruppy srébrnych figurek, a oprawnych także w wielkie, srebrne winne latorośle, które niby delikatna gierlanda, okrążywszy brzegi naczyń, zaokrąglały się w pyszne antaby. Wreszcie całe nakrycie z srébra było odpowiednie temu przepychowi, a biesiadnicy, dzięki szczęśliwemu pomysłowi, zamiast siedziéć na szczupłych krzesłach, wygodnie pomieszczeni w wybornych fotelach, rozkosznie nasycać się mogli cudami kuchmistrza hrabiego Duriveau. Za każdym gościem stał lokaj, nie dziw więc że usługa była szybka i porządna. Nie potrzebujemy wspominać że nnjwyszukańsze wina, najwyborniejsze potrawy, aż do zbytku krążyły, a połysk sréber, woń kwiatów, pryzmatyczny odblask kryształów rzucających snopami różnofarbne ognie, niezwykłego dodawały wdzięku téj gastronomicznéj zabawie.
Hrabia Duriveau, siedząc na środku stołu miał z prawéj strony małżonkę wyborcy szanownego znakomitym wpływem, naprzeciw siebie zaś Scypiona, otoczonego uszczęśliwioną panią Chalumeau i żoną wyborcy, który naiwnie (ale nie sam jeden) wyznawał iż nad obecnego pełnomocnika swojego (pana de Levrasse), człowieka skąpego i niezbyt usłużnego, przekłada przyszłego deputowanego, którego widzi w hrabi Duriveau, tyle uprzejmym archi-milionerze, który stół swój tak gruntownie zastawiać umie...
Jeden tylko człowiek z gorzkim a ukrytym smutkiem patrzył na ten książęcy zbytek,... a był nim Marcin. Na widok téj prawie bajecznéj wspaniałości, tego zbytku nieograniczonego, wspomniał on na okropną nędzę ludu tej krainy, dziesiątkowanego trudem, chorobą, potrzebą; na straszną rozpacz, którą hrabia Duriveau, właściciel najobszerniejszych włości tych okolic, tak łatwo i nic prawienie ujmując swym uciechom, mógł zmienić w pomyślność, w zamożność...
Ale twarz Marcina nie zdradziła tych uczuć i żaden ze służby hrabiego nie posługiwał biesiadnikom tak uważnie, tak pospiesznie.
Scypio (brat Marcina), lubo zapewnił że głodny jak ludożerca, jadł mało i to co jadł przyprawiał korzeniami które mu paliły podniebienie, bo oddawna już zupełnie smak tracił; lecz za to pił jak beczka, a pił bezkarnie. Najmocniejsze nawet wino Porto, już go nie upajało. W przerwach częstował panią Chalumeau szampanem, i pół głosem występował bezczelnie z najsprośniejszemi i najzuchwalszemi oświadczeniami. Biedna pani Chalumeau, z obawy aby w pięknych oczach ładnego lwa nie uszła za prowincyonalną półcnotkę, słuchając tak wyuzdanych impertynencyj, zrazu dąsała się, ale powoli miła twarz Scypiona, smaczne potrawy i wino szampańskie działać zaczęły, i młoda kobiétka uśmiechnęła się, wzrok się jej zaiskrzył, ucho z szkarłatnego przeszło w karmazynowe, suknia skutkiem niewyrozumiałego bicia tętn tylko co nie pękła, a gdy uczuła że bót Scypiona zlekka naciska jéj trzewiczek... nóżki nie cofnęła.
Hrabia Duriveau coraz się bardziéj obawiał, aby syn jego nie dopuścił się znowu jakiéj niedorzeczności, — pojmował bowiem dobrze całą dążność uwagi jaką wicehrabia zwracał na swą sąsiadkę, — od czasu do czasu mierzył go więc wzrokiem niespokojnym, rozgniewanym, Scypio z wyzywającą zuchwałością odpowiadał.
Nagle wicehrabia, jego ojciec i stojący za nim Marcin, zadrżeli słysząc imię które wymówił jeden z biesiadników.
Było to imię Baskiny.
To imię słyszano już w ciągu dnia, raz z ust wachmistrza Beaucadet gdy czytał rysopis Bambocha, który je miał wykłóte na ramieniu, potém z ust pani Wilson gdy wspomniała o uniesieniu jakie ta znakomita artystka, zarazem gazella i słowik, wzbudzała w swych widzach.
I teraz to imię wywarto rozmaite wrażenie: rysy Scypiona wyraziły pewien rodzaj zadowolenia.
Rysy hrabiego bolesną odrazę.
Rysy Marcina głębokie zdziwienie, jakby to imię obudziło w nim liczne wspomnienia.
— Musimy prosić pana hrabiego aby nas zbudował w tym przedmiocie; bo właśnie przybywa ze stolicy, — powiedział pan Chalumeau.
— W jakim przedmiocie, kochany panie? — spytał hrabia.
— Mój przyjaciel Chaudavoine utrzymuje, — rzekł pełen wpływu wyborca, wskazując na sąsiada, — iż słyszał że tę sławną Baskinę, tę aktorkę opery, o której nam dzienniki tyle głoszą, wszystkie znakomite damy przyjmują u siebie jako przyjaciółkę, że ona żyje z niemi ty a ty?
— Gdybyśmy byli na jakim męzkim obiadku, mój kochany panie Chalumeau, i gdybyś pan nie był tyle moralnym... mógłbym powiedziéć panu, i to nawet wiele ukrywając... co to za jedna ta panna Baskina, — z uśmiechem gorzkiéj pogardy odrzekł hrabia; — ale w obecności dam taka rozmowa staje się niepodobną.
— Mój ojciec, panie, mimowolnie staje się echem niedorzecznych wieści, — nagle, z pałającém okiem i lekko zarumienioném licem przerwał Scypio; — tak panie, jestto najniezawodniejszą prawdą, że kobiéty najlepszego i najwyższego towarzystwa, że mężczyźni najznakomitsze zajmujący stanowiska, ubiegają się w świadczeniu pannie Baskinie, najdelikatniejszych usług, w okazywaniu jéj głębokiego i pełnego szacunku podziwienia jakiemi ona ich napawa, ja zaś tem bardziéj jestem w téj mierze bezstronny — dobitniéj wymawiając te słowa dodał Scypio, — że nie mam honoru znać panny Baskiny, a należę tylko do liczby tych co podziwiają i wielbią jéj talent.
Hrabia spojrzał zdziwiony na syna, bo piérwszy raz od tak dawna, słyszał go wyrażającym się poważnie, wyszukanie, tonem przekonania, zwłaszcza o kobiecie, o któréj krążyły najsprzeczniejsze wieści. Jedni (ale hrabia nie należał do ich liczby), widzieli w Baskinie wzór cnoty tém rzadszy, że jako znamienitéj sławy komedyantka, wystawiona była na wszelkiego rodzaju pokusy i uwodzenia; według drugich znowu (i tych zdanie podzielał hrabia), Baskina była potworem obłudy, zepsucia, wyuzdania i złośliwości; Messaliną i Kleopatrą zarazem, panowała nie mocą stanowiska ale gieniuszem...
Atoli nie samego tylko hrabiego Duriveau zdziwiła mowa i ton Scypiona, nie sam tylko hrabia usiłował wyczytać w jego twarzy przyczynę tak szczególnego zboczenia od zwykłego szyderstwa.
I Marcin również baczném okiem mierząc wicehrabiego... nie mógł oprzéć się mimowolnemu zdziwieniu, słysząc, że ten młodzieniec, tyle pogardliwy zwykle i szyderczy, tak poważnie oświadczał swoje uwielbienie dla talentu i charakteru Baskiny.
Lecz Scypio zrozumiał spojrzenie ojca, i wnet wyrzucał sobie iż mimowolnie dał się powodować piérwszemu poruszeniu, iż się wyrażał w sposób acz bardzo naturalny w ustach każdego innego, lecz dla niego tak dalece excentryczny, że zwrócił nań uwagę. Usiłował więc zatrzéć wrażenie, jakie swą mową o Baskinie wywarł na hrabiego, i postanowił zupełnie ojca zbić z tropu. Pani Chalumeau dziwnie mu przyszła w pomoc.
— Jak pan bronisz tę aktorkę... wicehrabio! — rzekła mu półgłosem i kwaśno-słodkim tonem.
Prędko udało się zapewne Scypionowi usprawiedliwić się z tego czułego wyrzutu, bo po kilku słowach, chmurka która chwilowo zaćmiła czoło zazdrosnéj Chalumeau znikła i trzewiczek, który w czasie pochwał oddawanych Baskinie nagle wymknął się z pod bota Scypiona, bojaźliwie sam wrócił na swoje miejsce.
Pan Chalumeau, mimo swoich niebieskich okularów nic nie widział i nawet nic widzieć nie zamyślał; zdołał on umieścić się przy stole tuż przy swoim przyjacielu Chaudavoine i obaj wysilali się na poznawanie co właściwie jedli, gdyż dziwaczne nazwy, jakie pan domu dawał potrawom, były dla tych nieświadomych biesiadników prawdziwą zagadką.
Dwaj przyjaciele, spożywszy na wszelki przypadek znakomitą ilość makaronu po królewsku, który nastręczył obszerne pole ich domysłom, kazali sobie podać wiedeńskie marcepany i właśnie chciwie je smakowali, gdy wtém Scypio przerwał panu Chalumeau w samym zapale najśmielszych przypuszczeń, odzywając się do niego z drugiego końca stołu.
Przyczyna téj przerwy była następująca:
Scypio, przycisnąwszy po kilkakroć nóżkę pani Chalumeau, widząc że jego impertynencye uprzejmie są przyjmowane, lekko pochylił się ku sąsiadce, wlepił w nią wyuzdane i wyzywające spojrzenie i szepnął kilka słów do ucha... Wicehrabia daleko zapewne posunąć się musiał, bo biédna pani Chalumeau, mimo tylu ułud zdolnych fizycznie i moralnie zawrócić jéj głowę, nie zdołała przezwyciężyć w sobie niejakiego oburzenia.
— Dobrze! rzekł Scypio ciągle drwiąc z zimną krwią, kiedy się pani gniewasz, poskarżę się przed mężem.
Pani Chalumeau zdumiała na tak bezczelność, chociaż nie przypuszczała aby Scypio posunął swą śmiałość aż do tego stopnia; lecz łatwo pojąć co się stało z biédną kobiétą skoro usłyszała jak wicehrabia zawołał na głos:
— Słuchajno pan, panie Chalumeau!
To wezwanie nagle przerwało szmer pojedynczych rozmów, i wszystkie spojrzenia skierowały się na panią Chalumeau i wicehrabiego, który mówił daléj:
— Muszę się panu poskarżyć panie Chalumeau.
— A cóż to takiego, panie wicehrabio? — stłumionym głosem odpowiedział lak hałaśliwie zagadnięty wyborca, rumieniąc się aż po okulary.
— Oświadczam panu że pani Chalumeau odmawia mi wszystkiego o cokolwiek ją proszę... wypada koniecznie abyś ją pan napomniał... z niewzruszoną zimną krwią dodał Scypio.
— Jakto... moja kochana? zwracając mowę do żony rzekł wyborca, pan wicehrabia... pro... prosi... cię...
I z czoła pana Chalumeau tak duże spływały krople, że aż mu okólary zwilgotniały; nieszczęśliwy widział już tylko jak przez niebieską mgłę; kłopot i pomieszanie gardło mu ściskały; jednakże dodał po najwyższém wysileniu: — Pan wicehrabia raczy cię... prosić łaskawie... a... ty... ty... gniewasz się... ależ to niegrzecznie... moja kochana...
— A co!.. widzi pani?.. powiedział Scypio, obracając się do biédnej Chalumeau, która umierała prawie ze wstydu.
A potém znowu rzekł do jéj męża:
— No, panie Chalumeau, prośże pan sam swojéj żony aby się na mnie nie gniewała; może pana usłucha... a zwłaszcza gdybyś pan wiedział o co ją proszę!!
— Już ja się domyślam... panie wicehrabio... Musi to być... coś... miłego... coś...
Hrabia Duriveau siedział jak na szpilkach; przerwał więc panu Chalumeau, mówiąc z uśmiechem:
— Powiem panu, o co mój syn tak niegrzecznie i natrętnie prosi panią Chalumeau... i czego mu najsłuszniéj odmawiała przed uzyskaniem pańskiego zezwolenia; on prosi aby zjednała mi głos pański na przyszłych wyborach...
— Jakto panie hrabio? zawołał pełen wpływu wyborca; ale pan wiesz bardzo dobrze że ja i moi przyjaciele jedynie głosować będziemy...
A zwracając mowę do żony, dodał tonem surowego i dojmującego wyrzutu:
— Ależ, moja kochana, stokroć ci powtarzałem, że pan hrabia jest naszym kandydatem... że jego tylko pragniemy... pan de la Levrasse już się nam na nic nie przyda. Czemuż więc zaraz nie odpowiedziałaś panu wicehrabiemu: dobrze?... Pozwól sobie powiedziéć, że to nie do darowania.
— Prawda, mój kochany, zbłądziłam, skromnie odrzekła pani Chalumeau.
Hrabia Duriveau, poznał po szyderczym wyrazie twarzy Scypiona, że ten znowu powtórzy piękne zdanie pana Chalumeau; aby więc rychło zapobiedz drwinkom któreby mogły odstręczyć mu jednego z głównych wyborców, i widząc że na szczęście obiad już się ma ku końcowi, zawołał:
— Mości panowie, ponieważ mówimy o wyborach, przedmiocie tyle ważnym dla nas ludzi poważnych, ludzi politycznych, niechże mi wolno będzie wznieść toast, który zapewne dobrze przyjmiecie.
I obróciwszy się do Marcina, który stojąc za swym panem i posługując mu, był obojętnym widzem téj sceny, rzekł podając mu swój kieliszek:
— Naléj mi cypryjskiego wina.
Marcin wziął z serwantki kryształową karafkę i napełnił kieliszek hrabiego nektarem, koloru topazu.
— Panowie, wstając rzekł hrabia, niech żyją właściciele ziemscy! ta jedyna i prawdziwa podpora, ta jedyna i prawdziwa rękojmia porządku i pokoju, ci prawdziwi reprezentanci naszéj Francyi.
Te słowa męzkim i donośnym głosem wymówione, przyjęto głośnemi okrzyki i hałaśliwym brzękiem kieliszków.
W kilka chwil późniéj, hrabia wstał od stołu i podał rękę siedzącéj przy nim damie.
Scypio idąc za przykładem ojca ofiarował swe ramię pani Chalumeau, która wprawdzie znalazła wicehrabiego bardzo bezwstydnym, bardzo bezczelnym, bardzo wielkim nic dobrego; lecz niestety! te złe przymioty nie zdołały przejąć jéj rozsądnym wstrętem ku temu ładnemu potworowi. Owszem mimowolnego doznała podziwu wspomniawszy na zuchwalstwo i zimną krew z jaką wicehrabia śmiał, przy obiedzie, użalać się przed mężem na jéj odmowę. Jaka odwaga, jaka przytomność umysłu! pomyśliła... a tak jeszcze młody! i tak zachwycający! Książęcy zbytek do którego Scypio zdawał się być zrodzonym, a który złocił jego występki, zaślepił ją do reszty i zawrócił głowę, a naostatek młodzik który przez kaprys przesyconego człowieka, przez wyuzdaną fantazją, za rzecz zabawną uważał, podbić cnotę tej głupiéj ale zresztą dosyć apetycznéj istoty, przy końcu obiadu zmienił sposób postępowania, przepraszał za zbytnią natrętność, i przypisywał je gwałtownemu zapałowi namiętności, równie nagłéj jak niezrównanéj i t. p.
Słowem wicehrabia wracając od stołu uczuł z szyderczym tryumfem, że nierozsądna Pani Chalumeau ściska jego ramię w swoim, postrzegł że duże czarna oczy jego ofiary, zwykle żywe i błyszczące, teraz przyćmiły się niespokojnością i miłosném omdleniem.
— Ah! teraz, szepnął jéj wicehrabia, ojciec mój i ci panowie udadzą się do zimowego ogrodu i tam zajmą się kawą i polityką. Wszystkie kobiety wstrętem mię przejmują, tyle są w moich oczach brzydkie lub głupie... a to wina pani... bo i po cóż jesteś pani tak dowcipna i ładna?... zostawmy ich tutaj... a pójdźmy obaczyć ptaszarnią, przekonasz się pani że prześliczna...
— O! nie, panie wicehrabio... o! co to, to nie.
— Jakieś pani niedobra! Gdybyś mię pani prosiła o to... albo nawet o coś kompromitującego, naprzykład żebym panią zaprowadził do mego pokoju, o! bez wahaniabym to uczynił! Widzisz pani... pani mię wie kochasz tak... jak ja panią kocham, z melancholiczną goryczą powiedział Scypio.
— Ależ... zastanów się pan.... gdyby nas spostrzeżono...
— Bądź pani spokojna... ptaszarnia znajduje się w głębi trephauzu wychodzącego na zimowy ogród. Nic naturalniejszego że tam pójdziemy... Tylko że będziemy tam więcéj odosobnieni... a to musi być prawdziwém szczęściem...
Na tak delikatne wezwanie, zbyt czuła pani Chalumeau spuściła oczy, gwałtownie zadrgała, a Scypio ukradkiem, szyderczą i znieważającą zrobił pantominę.
W ciągu téj lotnéj rozmowy, Scypio i pani Chalumeau, wraz z innymi biesiadnikami, przebyli bilardową salę, któréj potrójne drzwi szklane prowadziły do rozłegłéj, ocieplonej oranżeryi tworzącej zimowy ogród, podówczas rzęsisto oświetlonej drewnianemi lampami, otoczonemi mnóstwem rozmaitych roślin, jakoto: geranią, muszkatelem, kaktusami i wszelkiego rodzaju krzewami o mięsistém liściu. Kręte aleje, wysypywane różnokolorowemi kamykami nakształt jakiej mozajki, przebiegały wkoło ogromnych krzaków kamelii, rododendronu, magnolii, mimozów, bluszczów, i t. p. i t. p. W głębi ogrodu postrzegano skalistą grotę, któréj mchem porosłe kamienie prawie zupełnie znikały pod nieprzebitą siatką rozmaitych roślin.
Jedne drzwi tego ogrodu, odpowiednie drzwiom bilardowéj sali, prowadziły do cieplarni zbudowanej w kształcie galeryi i zakończonej rotundą, w środku której wznosiła się przepyszna ptaszarnia, pełna najrzadszych ptaków, mogących żyć jedynie w atmosferze zwrotnikowych roślin.
Kawę podano w zimowym ogrodzie; jedne kobiéty przechadzały się, drugie rozmawiały siedząc na wiejskich ławkach w głębi groty oświetlonej chińskiemi, różnokolorowcmi latarniami, tymczasem mężczyźni prawie wszyscy otoczyli hrabiego Duriveau, i równie jak on stojąc pili parzącą mokkę.
Piękna i miła noc jesienna dozwoliła otworzyć kilka okien zimowego ogrodu, wychodzących na park zamkowy; że zaś obiad trwał do późnéj pory przeto światło księżyca już odbijało się w poblizkiéj rzece, ujęteéj trawnikiem i wijącéj się po rozległej łące tu i owdzie odwiecznemi lasami zasianéj. Wielki kłąb krzaków, zewnątrz opasujących główną fasadę zimowego ogrodu, wznosił się aż pod framugę jednego z otwartych okien, przy którém hrabia Duriveau rozmawiał z biesiadnikami; a za nimi stał Marcin, trzymając tacę z flaszkami, gotowy na rozkazy pana.
Nagle, Marcin zadrżał.
Przy blasku księżyca padającym na gęste liście kępy krzewów wznoszących się pod oknem, raptem dostrzegł on głowę Bête-Puanta wykradacza zwierzyny, który dał mu znak i natychmiast znowu znikł w krzakach.
Bête-Puante spiesznie przybywał z folwarku Grand-Genévrier, gdzie był się udał manowcami jednocześnie z wachmistrzem Beaucadet i jego żandarmami.
Marcin znając dobrze liczne powody nienawiści wykradacza ku hrabiemu, i widząc to nagle jego pojawienie się, zadrżał tak mocno, iż taca którą trzymał w ręku zachwiała się, i jedna flaszka na ziemię zrzucona w kawałki się rozprysła.
Hrabia który w téj chwili zbyt żywą wiódł rozmowę ze swoimi biesiadnikami, usłyszawszy brzęk obrócił się ku Marcinowi, i postrzegając szczątki szkła, rzekł mu ostro:
— Uważajże... niezgrabiaszu.
— Przepraszam, Jasny Panie... ale...
Hrabia wyniośle przerwał Marcinowi:
Dosyć tego... kiedy nie umiesz nawet tacy nosić, postaw ją na stole i czekaj na moje rozkazy.
Marcin nie odpowiedział, ale postawił tacę na jednym z wiejskich stolików umieszczonych tu i owdzie w zimowym ogrodzie i stanął o kilka kroków za hrabią.
Twarz jego wkrótce odzyskała zwykłą obojętność, i tak dalece umiał on nad sobą panować, że przemógł niespokojność jaka go owładnęła, gdy widział że hrabia w dalszéj rozmowie rozparł się na framudze otwartego okna wychodzącego na gęste krzaki, które kryły w sobie wykradacza.




7.
Kawa.

Rozmowa hrabiego Duriveau, z przyszłymi swoimi wyborcami podwoiła jego zwykłą gorycz i gwałtowność; z polityki, naturalnym biegiem myśli, przeszedł do przedmiotu który hrabia zawsze z namiętną zawiścią traktował: mówił o występkach ubogiej klassy ludu, a mówił o nich jak zwykle ze wzgardą i obrzydzeniem.
Wspartemu na framudze otwartego okna, świéże powietrze chłodziło czoło rozgrzane nienawistny popędliwością jaką cechował tę rozmowę.
— Tak, moi panowie, mówił hrabia Duriveau, — w młodości mojéj, równie jak każdy inny, a może więcej nawet, byłem dobroduszny, szczodry, tkliwy. Wierzyłem w cnoty i niezasłużone nieszczęścia motłochu... wierzyłem w ojców rodziny którym zbrakło roboty, koniecznéj dla utrzymania małoletnich dziatek lub choréj żony... wierzyłem że są ludzie po czterdzieści ośm godzin pozbawieni żywności... wierzyłem w nędzę wdów ogołoconych ze wszystkiego, i wieczorami, zmuszonych żebrać, karmiąc jedno dziecię próżną piersią, a drugie wlokąc za sobą... wierzyłem w łzy biédnych małych sierot, opuszczonych, samotnych na tym świecie, lubo na bruku Paryża... wierzyłem w uwiedzione i bez sposobu do życia opuszczone dziewczęta.
I w dalszym ciągu swéj mowy pogardliwie wzruszając ramionami, dodał hrabia:
— Tak, moi panowie... niosłem ulgę, tej interesującej nędzy... O jakże byłem głupi!... Ojcem rodziny któremu zbrakło roboty, był to niegodny partacz wygnany z warsztatu; nieszczęśliwy, który od czterdziestu ośmiu godzin nic nie jadł, pijany wychodził z szynku; godna opłakiwania wdowa karmiła kartonowe niemowlę, a wlokła za sobą skradzione dzićécię; biédne dwunasto-letnie sierotki dzieliły się moją jałmużną z młodymi ulicznikami, z którymi już się oddawna łajdaczyły, a uwiedzione i opuszczone dziewczęta wychodziły matkami z miejsc podejrzanych! Jakaż to była dla mnie nauka!
Niepodobna opisać tonu jakim hrabia wyrzekł te słowa żółci pełne, które koniecznie silne wrażenie na słuchaczach wywrzéć musiały.
— Pan hrabia zupełną ma słuszność, — powiedział Chalumeau, z przyzwyczajenia tu i owdzie spojrzeniem szukając żony, która od niejakiego czasu znikła ze Scypionem, — pan hrabia ma zupełną słuszność, dobroć serca zwykle zawodzi,... czynić dobrze temu motłochowi, jestto zaprawiać go do niewdzięczności!
I zacny ten człowiek z godnością popił swą kawę.
— Nędza gminu jest albo fałszem, albo skutkiem występku, — sentencyonalnie dodał pan Chaudavoine, poruszając łyżeczką cukier w swéj filiżance, — a w takim razie ta nędza nie zasługuje na żadną litość.
— To rzecz widoczna, — wtrącił jakiś odpoczywający po trudach przemysłowiec, — dobrzy poddani wzbogacają się, jak tego dowodzą kassy oszczędności.
— Pan hrabia zna lepiéj jak kto inny niewdzięczność tych ludzi. Experto-crede Roberto, — dodał były prawnik. — Alboż go wrodzona wspaniałomyślność okrutnie nie zawiodła?
Na bladéj i wyrazistéj twarzy Marcina, gdy słyszał tak cierpką mowę pana Duriveau, nie odbiło się ani zdziwienie lub zgroza, ale gorzki smutek, a raczéj bolesna prawie litość. Od czasu do czasu rzucał niespokojne spojrzenie na krzaki, w których się ciągle ukrywał wykradacz, niewidzialnie przysłuchujący się całéj téj rozmowie.
— Lecz, — zaczął znowu hrabia, — nie uwierzycie zapewne moi panowie, żem do tego stopnia był nierozsądny, iż litowałem się nad oszustami ulicznymi.
— Czy to być może! panie hrabio?
— Tak jest, moi panowie, i co większa, z rozdartém sercem powiedziałem sobie: Zostawmy ten niecny motłoch miejski zbestwieniu w kale, w którym się rodzić i umierać musi, a jedźmy na wieś: tam przynajmniéj, znajdę ludzi prostych, dobrych i wdzięcznych, niezepsutych miejskiemi nałogi tam znajdę pole do prawdziwie dobrych uczynków i pewny być mogę, że na dobre wyjdą.. Na wsi, wszyscy cnotliwi!!...
Przybywam więc tutaj, mój ojciec, człowiek doświadczony....
— O!... — przerwał hrabiemu pan Chaudavoine z wyrazem głębokiéj czołobitności. O!.. dzielny to był człowiek!
— Mój ojciec, — mówił daléj hrabia, pod najsurowszą karą, zabronił przechodniom, i postanowił nieubłaganych strażników, aby w jego lasach nie obcinano zeschłych gałęzi; zabronił zbiérać opadłe kłosy na jego łanach, albo grona po winnicach; wywłaszczył dzierżawców opóźniających się z wypłatą, a zaś przyjmowanie żebraków poruczył wyłącznie dwom ogromnym pirenejskim brytanom.
— Eh! eh, eh!... śmiejąc się zawołał Chalumeau; a potém zcicha spytał wiernego przyjaciela swojego:
— Chaudavoine... czy nie widzisz ty mojej żony?
— Nie; — mruknął tenże z niecierpliwością, — nie przeszkadzaj mi, bo chcę słuchać pana hrabiego; mówi jak adwokat.... to mi dopiéro człowiek! To mi deputowany który pewno języka nie schowa do kieszeni... Oho! on daleko lepiéj mówić będzie jak pan de la Levrasse.
— Przybywam więc tutaj, — ciągnął daléj hrabia, — cały przejęty pomysłami o wiejskiéj filantropii. Sądząc zrazu, że ojciec mój działał jak człowiek bez serca, każę wziąć na łańcuchy pirenejskich brytanów, i powodowany świętym zapałem, wprowadzać zaczynam w wykonanie te piękne teorye, które zapewne wynalazł ktoś nieposiadający ani szeląga, ani domu, ani kawałka ziemi:
Nieśmiały ubogi nigdy napróżno pukać nie ma do podwojów bogacza. Pozwólcie pokornéj nędzy zbierać na polu obfitości. Bądźcie dla małych dziatek jak litościwy Bóg dla małych ptaszyn, po dokończoném winobraniu znajdą one jeszcze co wydziobać i t. d. Widzicie panowie że to było rozczulające; ilekroć o tém pomyśliłem, zawsze mi łzy w oczach stawały, z wybuchem gorzkiego śmiechu dodał hrabia. W pół roku po moich filantropijnych próbach, lękliwe ubóstwo, ta zgraja pijanych żebraków, codziennie zamek mój oblegała; a moi dzierżawcy płacić mi przestali. Pokorna nędza ścinała mi drzewa na pniu, pasła swe krowy na moich polach, a tymczasem małe ptaszyny na niebie, pod postacią obrzydłych uliczników, samołówkami chwytały moje zwierzynę i pustoszyły moje winnice. Wtedy przekonałem się że dłużéj odgrywać rolę opatrzności, byłoby to do najwyższego stopnia posuwać nierozsądek...
Tę perorę przyjęto głośnemi wybuchami śmiéchu.
— Bardzo wierzę... do licha!... że za taką cenę! powiedział były adwokat, który jadł za nadto, — zrzekłeś się pan hrabia roli opatrzności, bo ona zwykle drogo kosztuje.
— Im kto dla nich dobrotliwszy, tem więcéj dobroci jego nadużywają; doświadczyłem na małą skalę tego samego co pan hrabia na wielką, — z zarozumiałą miną powiedział pan Chaudavoine.
— Chaudavoine, rzekł mu po cichu pan Chalumeau, teraz już istotnie niespokojny, czynie widzisz ty mojej żony?
— Ale nie, wzruszając ramionami odparł zapytany.
— Pan hrabia ma zupełną słuszność, mówił inny biesiadnik; nic dziw że politowanie sprzykrzyć się może.
— Tak téż i ze mną się stało, moi ponowie, zaczął znowu hrabia: śmiałe nadużycia do których nieroztropna słabość moja pocbop dało, otworzyły mi nareszcie oczy. Odzyskałem zmysły, rozsądek, to jest uczułem najsłuszniejszą wzgardę i odrazę ku téj nienawistnéj, zepsutéj i zbestwiałéj rasie, i o ile mi sił starczyło gniotłem ją żelazną dłonią. Wówczas... wszystko wróciło do dawnego porządku. Wpakowałem do więzienia piérwszego lepszego łotra który śmiał obcinać gałęzie w moich lasach, skazałem na karę pieniężną lub na areszt, każdego kto śmiał paść krowy na moich łąkach; wygnałem bez litości dzierżawcę opóźniającego się z wypłatą należności. Taka była metoda mojego ojca, a była dobra... Co zaś do żebraków którzy jeszcze czasami przychodzą wyciągać rękę pod mojemi drzwiami... dwa pyszne, dzikie psy fundlanckie... (wyborny spadek po ojcu moim) ostremi zęby przyjmują tę śmiałą i zgłodniałą chałastrę. To téż... moi panowie, wierzcie mi, naśladujcie mój przykład. Zamknijmy się w granicach słusznego prawa naszego, trzymajmy się, ściśnijmy szeregi, my właściciele. Żadnych ustąpień: bo nikczemną jest rzeczą uznawać jakieś tam domniemane a tyrańskie i zuchwałe prawo ubogiego do pomocy bogatych... Pokażmy się nielitościwymi, bo inaczéj zostaniemy zalani, a na honor! lepiej zjeść wilka jak być przezeń ujedzonym.
Przekonywający ton mowy hrabiego, wyraz energiczny jego twarzy, stanowcze giesta, głębokie wywarły wrażenie na słuchaczach; okrutne jego paradoxa, uprawniające samolubstwo i wznoszące je do wysokości obowiązku, z prawie jednogłośną przyjęto pochwałą.
Po bolesném wzruszeniu, jakie Marcin objawił na początku rozmowy hrabiego z biesiadnikami, malowała się w jego rysach głęboka troska; rzucając wzrok kolejno to na hrabiego, to na kłąb krzaków kryjący w sobie wykradacza, a teraz już zupełnie w ciemnościach pogrążany, bo księżyc znikł poza wielkiemi drzewami parku, Marcin zdawał się lękać czyli hrabiemu nie zagraża jakie niebezpieczeństwo...
Po chwilowym namyśle zatém, korzystając zmilczenia jakie częstokroć przeplata najbardziéj ożywioną rozmowę, Marcin zbliżył się do swojego pana, ciągle wspartego na otwartém oknie, i rzekł mu tonem pełnej uszanowania życzliwości;
— Jaśnie Wielmożny hrabia zapomina pewno że wieczorne powietrze jest tak wilgotne.... może lepiej będzie jeżeli Jaśnie Wielmożny hrabia...
Pan Duriveau, równie zdziwiony jak urażony, przerwał Marcinowi, mówiąc mu ostro:
— Raz na zawsze masz wiedzieć że nie cierpię żadnéj poufałości, nawet gdyby jéj pozorem była troskliwość.... odbierz od panów filiżanki.
Marcin milcząc ukłonił się.
Odebrawszy więc wszystkie filiżanki i uporządkowawszy je na tacy, umieścił ją na małym stoliku, przy którym stanął nieruchomy, blady, mocno i z coraz bardziéj wzrastającą trwogą wlepiwszy wzrok w ciemny krzak.
Cierpka mowa hrabiego, jak powiedzieliśmy, silne wywarła wrażenie na słuchaczach; wszakże jeden z nich, pan Chaudavoine, mimo tradycyonalne samolubstwo swoje, mimo swój umysł dosyć ograniczony, powodowany tlejącą jeszcze w nim iskierką ludzkości, oburzał się przeciw nielitościwym maxymom hrabiego, i rzekł mu bojaźliwie:
— Racz zezwolić, panie hrabio, na małą uwagę.
— Słucham, kochany panie Chaudavoine, odpowiedział pan Duriveau.
— Równie jak pan, mości hrabio, i ja potępiam występki i zepsucie nizkiéj klassy ludu.... atoli mimo że przyznaję iż ubogi nie ma żadnego prawa wymagać pomocy od bogatego.... czyliby jednak w pewnych okolicznościach, obok wszelkiéj ścisłości,... nie było, jeżeli nie obowiązkiem, to przynajmniéj polityką bogatego, przychodzić w pomoc ubogiemu?... rozumie się znowu, że obowiązkiem ubogiego winna być pokora, uległość i wdzięczność za to co mu bogaty wyświadczyć raczył....
— Bez wątpienia, miłosierdzie nie jest prawnym obowiązkiem bogatego, — odezwał się były prawnik, ale zresztą... w tém co mówi Chaudavoine jest nieco prawdy.
— Tak, tak, rzekło kilka głosów, bo pomiędzy ubogimi jest wielu niegodziwych łotrów.
— Cóż pan o tém myślisz, panie hrabio?
— Ja myślę, moi panowie, jak najprzykrzejszym, jak najuszczypliwszym głosem odpowiedział hrabia, że nietylko miłosierdzie nie jest obowiązkiem bogatego, ale nawet jest rzeczą nierozsądną, niebezpieczną i obrzydliwą.
— Miłosierdzie rzeczą nierozsądną! zawołał jeden.
— Miłosierdzie rzeczą niebezpieczną!! zawołał drugi.
— Miłosierdzie rzeczą obrzydliwą!! zawołał trzeci, i wszyscy zdumieni spojrzeli na hrabiego.
— Tak jest, stanowczo odrzekł tenże, tak jest, miłosierdzie jest rzeczą nierozsądną, niebezpieczną i obrzydliwą, a wiedzcie moi panowie, że nie ja jeden tak utrzymuję ale tak twierdzą wielcy ludzie.
A pomnijcie dobrze, moi panowie, — z coraz większym tryumfem mówił daléj hrabia, — że ci mężowie byli zarazem gienialnymi i wybornymi; że nie mieli nic wspólnego z zuchwałymi a głupimi tegoczesnymi reformatorami, którzy marzą o niebieskich migdałach zamiast myśléć o tém co jest. Znali ci ludzie istotną prawdę rzeczy, nie chcieli łudzić i oszukiwać nikogo; a jako ściśli loicy, przekonani że massy ulegały, ulegają i ulegać zawsze będą losowi, w cudownej księdze swojéj srodze zabronili ubóstwu aby się rozradzało; i słusznie: bo i na cóż się przyda to nasienie ginących z głodu?
— Do djabła, — drapiąc się w ucho powiedział pan Chaudavoine — to mi dopiero!
— Byli to ludzie pełni ścisłej loiki, — z dojmującą ironią powiedział hrabia. Jan Chrzciciel Say, te pamiętne wyrzekł słowa; przypomnijcie je sobie moi panowie, skoro tylko najemnicy wasi użalać się będą na nizką zapłatę: W razie licznego ubiegania się o pracę, zysk robotników spada niżej taxy potrzebnéj im do utrzymania się w jednakowéj liczbie; a rodziny najwięcéj {{pk|dzieć|mi} i chorobami obciążone, nikną. Odtąd przy mniejszém ubieganiu się o pracę, wzrasta jéj cena.
Czyli inaczéj się wyrażając, jak twierdzi Ricardo: liczbą robotników zmniejsza się w miarę niedostatku a natomiast przywraca się równowaga... I rzecz bardzo prosta, bo przyrodzenie nie pragnie gminem świat zapychać, a śmiertelność pełni obowiązki swoje.
— Tak bez wątpienia, i skoro inaczéj być nie może, — powiedział jeden z najłagodniejszych słuchaczów, — cieszyć się winniśmy że nie mamy udziału... w tém przepełnieniu.
— Na honor! to widoczna! ekonomiści mają słuszność: piérwsza miłość od siebie.
— Tém gorzej dla innych!
— Trzeba starać się aby nie być temi innemi!
— Słuchajno Chaudavoine, gdzie się to moja żona podziała? — rzekł do ucha swego przyjaciela pan Chalumeau, tak dalece zajęty zniknięciem małżonki iż prawie nie uważał na to co mówiono.
— Ale dajże mi pokój z twoją żoną! — odrzekł Chaudavoine, — to sobie jéj poszukaj...
— Nie śmiem uczynić tego, dopóki pan hrabia mówi... Ah!... otoż znowu zaczyna...
— Cóż więc, moi panowie wnieść wypada z tego wszystkiego? — zaczął znowu hrabia dumny z głębokiego wrażenia jakie wywarły jego cytacye i kommentarze. To, że jak rzekłem przed chwilą, my właściciele Solonii, silnie się nawzajem wspierać powinniśmy, i pod pozorem miłosierdzia lub litości nie czynić żadnego ustąpienia, któreby późniéj mogło posłużyć za broń przeciwko nam samym: okazać bowiem litość dla tych którzy cierpią, jestto pośrednio obwiniać społeczność, a społeczność mylić się nie może. To postanowiwszy, nie uwodźmy sami siebie: właściciel wypowiedzieć winien śmiertelną walkę temu kto nic nie posiada. A więc... walczmy! Tak zwani miejscy, czy wiejscy proletaryusze, dziką przeciw nam pałają zazdrością, my bowiem mamy wszystkiego dostatek, im zaś zbywa nawet na niezbędnych potrzebach; jestto naturalny skutek rzeczy. Ale niech się nie dziwią panowie proletaryusze, jeżeli nawzajem nienawiścią zapłacę im za nienawiść, jeżeli mój instynkt zachowawczy nakaże abym dołożył wszelkich starań ku jak najmocniejszemu i jak najdłuższemu okiełznaniu tego zwierza dzikiego, którego paszcza i zęby tyle mię przerażają. To téż głośno oświadczam wam, moi panowie, że pragnę miéć udział w prawodadawczéj władzy, iżbym powodowany wspólnym naszym i naszych dzieci interesem, mógł dopomódz do jak najmocniejszego ukucia siodła, wędzidła i pęt na to dzikie zwiérzę... z których uwolnić się nie miałoby ani siły ani nawet chęci. Bo to zgłodniałe bydlę, wielce pragnie własności; ja zaś tę mam słabość że chcę aby majątek mój, po mojéj śmierci przeszedł w ręce mojego syna i następnie skóro Bóg pozwoli, aby znowu syn jego odziedziczył po nim tak jak ja odziedziczyłem po moim ojcu. Jakoż, rzeczone dzikie zwierzę chciałoby odziedziczyć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ale, kiedyśmy do tego przyszli... moi panowie... wypijmyż za nieograniczone okiełznanie tego dzikiego zwierza.
I obróciwszy się do Marcina, zawołał:
— Podaj likwory...
Zaledwie hrabia tych słów domówił, wtem Marcin, rzucił się ku niemu z okrzykiem przerażenia, silnie go odepchnął, za jednym rzutem przeskoczył framugę okna, na blizko cztéry stopy wysoką i wpadł w krzaki w których skrył się wykradacz. I w téj chwili, w tém miejscu, rozległ się wystrzał wpośród ciemności.




8.
Ptaszarnia.

Wystrzał który się rozległ tuż pod oknem zimowego ogrodu, wzbudził powszechne zdumienie i trwogę: kobiéty przerażający wydały okrzyk i rzuciły się ku drzwiom cieplarni. Kilku biesiadników otaczających hrabiego w chwili téj esplozyi, wymknęło się tą lub ową stroną (pan Chalumeau należał do ich liczby), niektórzy zaś przeciwnie odważni skupili się kolo amfitryona.
Hrabia nieco blady, ale zawsze nieustraszony, wrócił do okna od którego go Marcin tak gwałtownie odtrącił, a gdy przeminęło pierwsze poruszenie obawy i zdziwienia, mimo iż nie znał jeszcze przyczyny wystrzału, rzekł swym biesiadnikom z szyderczą zimną krwią, czyniącą zaszczyt jego odwadze:
— Uspokójcie się, moi panowie,... jest to zapewne hasło do fajerwerku,... niespodzianki, którą mi sprawić pragnęła moja służba... sądzę tylko że mój pokojowiec za nadto spieszył się zajęciem swego miejsca...
W chwili gdy to mówił, Marcin po krótkiéj nieobecności, wrócił pędem, otworzył drzwi zimowego ogrodu i wchodząc, z wzruszonym głosem rzekł do swego pana.
— Umknął w strong wioski; w gęstwinie lasu zgubiłem jego ślady.
— Kto taki? zawołał hrabia.
— Człowiek który tam był ukryty Jaśnie Wielmożny panie... Przy świetle lamp zimowego ogrodu, widziałem że się nagle podniósł w tych krzakach... Może nie miał złego zamiaru; ale w pierwszym zapędzie na nic nie zważałem; sądząc że Jaśnie Wielmożnemu Panu grozi niebezpieczeństwo, wyskoczyłem przez okno w chęci chwytania tego nieznajomego;... podczas gdy się z nim potykałem, wystrzelił pistolet którym był uzbrojony; udałem się za nim w pogoń... i...
— Ale tyś raniony... żywo zawołał hrabia, bliżéj przystępując do Marcina.
— Sądzę że tak jest... Jaśnie Wielmożny Panie... w rękę... ale to drobnostka, kula mię tylko drasnęła.
— Cóż ztąd, zawsze jednak trzeba aby cię opatrzono, powiedział hrabia; a że na huk wystrzału przybiegło kilku służących, rzekł do jednego z nich:
— Ruszyć mi natychmiast do Salbris po lekarza.
— I jakże wyglądał ten zbójca? spytał przerażony pan de Chaudavoine, może to był ten zbrodniarz Bamboche, którego wszędzie ścigają, i którego rysopis publicznie ogłoszono?
Marcin dowiedziawszy się, że wszędzie ścigają Bambocha, którego nazwisko usłyszał po raz pierwszy od czasu przybycia do Solonii, mimo miotających nim wrażeń, zadrżał gwałtownie, a słowa na ustach mu zastygły.
Hrabia uderzony wyrazem jego twarzy, zapytał:
— Co ci to, Marcinie?
— Nic Jaśnie Wielmożny Panie... nic... czuję się nieco słabym... zapewne, to ujście krwi...
— Ale czyś się przynajmniéj mógł przypatrzyć temu zbójcy? — wtrącił pan Chaudavoine.
— Tak panie, odrzekł Marcin, był bardzo mały, ogorzały... i młody... mógł miéć najwięcéj lat ośmnaście, ubrany był w białawą bluzę i czapkę.
— Nie, to nie Bamboche, — powiedział pan Chaudavoinc, — jego rysopis brzmi inaczéj, — ale kiedy miał przy sobie pistolet, musi to być również jakiś rozbójnik.
— Rozbójnik! i za cóżby miano mię zabijać, mój kochany panie? — z pogardliwą obojętnością rzekł hrabia, — chyba że to jest zbawienne ostrzeżenie jakiego korrespondenta anonima, — dodał i gorzkim i przymuszonym uśmiechem, kończąc swoje tlómaczenie. No, moi panowie, niema o czém myślić: to należy do dzielnego Beaucadet wachmistrza od żandarmerii, którego każę tu jutro sprowadzić aby wysłuchać moich zeznań... Marcinie, idź, niech ci rękę opatrzą... Uważam że dobry z ciebie sługa... a co do nikczemnika który cię zranił... chociaż umknął, Beaucadet potrafi go wyśledzić; a potém pewny jestem, że mu wymierzą należytą sprawiedliwość.
Podczas gdy hrabia tych słów domawiał, pan Chaudavoine wydobył z kieszeni jakiś papier i uważnie go czytając nagle zawołał:
— Ah! to rzecz szczególna!
A gdy hrabia spojrzał nań, niby zapytując, pan Chauduvoine dodał:
— Ciągle mniemałem że ten ukryty człowiek mógł być zbrodniarzem zwanym Bamboche, dla tego odczytywałem jego rysopis, który wszystkim rozesłano, i który właśnie otrzymałem, nim przybyłem do pana hrabiego. Wyznaję, że ten rysopis, nie zgadza się wcale z portretem człowieka który zranił pańskiego służącego. Ale o to co najciekawsze: wspomnieliśmy przy obiedzie o téj sławnej Baskinie o któréj głoszono tyle dobrego i złego.
— Cóż to? — spytał hrabia, — zachmurzywszy czoło na wzmiankę o téj kobiécie.
— Racz przeczytać, panie hrabio — rzekł pan Chaudavoine podając papier panu Duriveau, który wziął go i przebiegał, — przekonasz się pan że ten zbójca Bamboche ma wykłóte na ramieniu wyrazy: Dozgonna miłość dla Baskiny.
— W istocie, ten nędznik ma wypisane na ramieniu nazwisko téj obmierzłéj istoty? Co za tajemnica! — zawołał hrabia, tak mocno zdziwiony, iż nie uważał, że według rysopisu, nazwisko Marcina także było wykłóte na ramieniu Bambocha.
Nagle, wśród dosyć wielkiego zgiełku, w końcu jednej alei zimowego ogrodu, pojawił się pan Chalumeau, blady, obłąkany, wściekły, silnie wlokący za sobą panią Chalumeau, pomieszaną, zalaną łzami, która zwiesiwszy głowę na unoszące się piersi, chciałaby, jak mówi gminne przysłowie, „zapaść się na sto sążni pod ziemię.”
Tuż za obojgiem małżeństwem postępował Scypio, z miną zuchwałą, szyderczą, zanurzywszy ręce w kieszeniach swoich spodni; w niejakiéj odległości za nim zdążali inni goście hrabiego, tak dalece zdumieni przygodą i śmiałością wicehrabiego, iż powszechne milczenie zaledwie kiedy niekiedy przerywali szmerem cichych i urywkowych półsłówek.
— Panie hrabio! — drżącym z gniewu głosem zawołał pan Chalumeau, zbliżając się do ojca Scypiona, — to niegodziwość... pan mi za nią odpowiesz...
— Mogęż wiedziéć mój panie!...
— Powtarzam że mi pan hrabia za nią odpowiesz! — przerywając panu Duriveau zawołał nieszczęśliwy wyborca. — Tak jest, pan jesteś przyczyną i winą wszystkiego: bo kiedy kto ma takiego syna... mości hrabio, to go zamykać powinien... tak jest, mój panie, powinien go trzymać na uwięzi, skoro przyjmuje damy.
— Ależ, mój panie...
— Nie ma tu żadnego ale, — zawołał zgrozą przejęty wyborca — czy wiesz pan... co się stało? czy wiesz pan co mi się przytrafiło? czy wiesz pan gdziem znalazł moję żonę?
— O niczém nie wiem, mój panie, — zimno odrzekł hrabia, z trudnością tłumiąc w sobie uczucia jakie w nim wzbudziła ta nowa niedorzeczność Scypiona, — ale jeżeli pan wymagasz po mnie jakiego usprawiedliwienia, proszę dla wspólnego interesu naszego, pozwól abyśmy przeszli do mojego pokoju, iżby to usprawiedliwienie nie było publiczne.
— Iżby nie było publiczne. — szyderczym wybuchając śmiechem zawołał pan Chalumeau; ale ja chciałbym aby mię aż... w Romorantin słyszano, abym mógł pełną piersią ogłosić że moja żona jest niepoczciwa... a pański syn...
Scypio, końcem palca dotknął ramienia pana Chalumeau i zamknął mu usta, głośno i wyniośle pytając:
— Kim?
Wyborca nagle obrócił się ku wicehrabiemu, zmierzył go zrazu pogardliwém spojrzeniem; potem, odważnie naprzeciw niego stając, junackim głosem zawołał:
— Mówię, mości panie, że jesteś człowiekiem... człowiekiem przejętym nieprzystojnemu.. cudzołożnemi namiętnościami!...
Scypio, mimo że się nigdy nie śmiał, teraz nie mógł powstrzymać na sobie uśmiechu i z pobłażliwém skinieniem rzekł do pana Chalumeau:
— Dobrze... a teraz ruszaj sobie!...
— Jakto! ja mam ruszać? nie jestem twoim sługą, mój panie! 1 nic potrzebuję pańskiego pozwolenia abym...
— Panie, powiedział hrabia, zaklinam pana, jeżeli nie dla siebie samego, to przynajmniéj dla pani;... chciej raz zakończyć tę przykrą scenę, i wierz mi, że pozory częstokroć zwodzą, i...
— Nie pozory, ale kobiéty, panie hrabio! zawołał wyborca, patrząc na zbyt czułą panią Chalumeau, jakby ją chciał na miazgę zetrzeć tym krwawym sarkazmem — pozory!... z rozpaczą powtórzył, — pozory!... Na huk wystrzału, cały zajęty historyą ściganego zbójcy, uciekam, otwiéram piérwsze lepsze drzwi,... wpadam do cieplarni... przebiegam ją... dostaję się do rotundy w któréj znajduje się ptaszarnia... chronię się tam... ale słyszę przeze drzwi jakieś szamotanie się i głos kobiety... Głos ten... poznaję; odmykam drzwi, i widzę budoar, a w nim, kogoż moi panowie?... oto, syna pana hrabiego... który całuje moję żonę...
— Powtarzam panu, rzekł hrabia z powstrzymaném uniesieniem rzucając okropne spojrzenie na Scypiona, powtarzam panu, że nic pojmuję tego wszystkiego; ale zgroza jakiéj się pan dopuszczasz, jest zaiste! opłakiwania godna.
— Ja się dopuszczam zgrozy!... ja? zawołał rozpaczający Chalumeau, to za wiele!... Ach! słusznie mówią: jaki ojciec, taki syn!...
— Panie!
— Panie! z majestatycznym, olimpijskim gniewem odparł pełen wpływu wyborca; pojmujesz pan zapewne, że ani ja, ani moi polityczni przyjaciele nie możemy dozwolić aby nas wobec Francyi reprezentować miał ojciec, którego syn nas...
— Nas... nas... rzekł wyborcy jego przyjaciel Chaudavoine, mów tylko o sobie... i powiedz raczéj... ciebie...
— Prawda, mój kochany... wzdychając odrzekł Chalumeau, którego syn mię...
Hrabia przerwał mu.
Dotknięty tym wypadkiem i wszelką ceną pragnąc mu położyć koniec, rzekł do obrażonego małżonka:
— Zgoda, mój panie, jakkolwiek wysoce ceniłem głos pański i pańskich przyjaciół... zrzekam się go jednak... i teraz, pojmujesz pan zapewne, że mimo zaszczytu jaki mi czynią jego odwiedziny, z głębokim żalem widzę iż rzeczy taki obrót wzięły, że lękać się powinienem skutków dłuższego zatrzymania pana w moim domu.
— Pójdź pani... pójdź bezwstydna, groźnym głosem rzekł wyborca, uprowadzając nieszczęśliwą panią Chalumeau, która wszelkiemi sposoby zemdléć usiłowała, ale kwitnące, widoczne i obfite zdrowie opiérało się jéj żądaniu; niewinna, nie znała sposobów należytego udawania mdłości.
Gdy pan Cbalumeau zmierzał ku drzwiom, Scypio rzekł mu drwiąc:
— Ale! ale! pan wiesz, że jestem gotów... na każde zawołanie...
Wyborca, uwiadomiony o znaczeniu słów Scypiona, bo mu Chaudavoine właśnie to szepnął na ucho, z najwyższą godnością odpowiedział:
— Nie jestem żadnym zawadyaką, mój panie, ale haniebnie obrażonym mężem.
— Teraz, z ironiczną powagą rzekł Scypio, oświadczyć mogę, że pan Chalumeau uległ złudzeniu, że jest w błędzie i winienem ogłosić zupełną niewinność pani.
— Czy słyszysz... mój przyjacielu? nieśmiało zapytała biédna Chalumeau.
— Piękna mi rękojmia! zawołał wyborca. Pójdź pani... pójdź.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Biesiadnicy hrabiego odjechali w głębokiém milczeniu i śmiertelném zakłopotaniu; żeńska część towarzystwa, która zazdrościła pani Chalumeau reputacyi elegantki, zachwycona jéj przygodą, objawiała cnotliwe oburzenie. Między mężczyznami zaś, jedni zazdrościli panu Chalumeau że był większym od nich właścicielem, drudzy stawali w obronie jego żony: ale usiłowania ich były nadaremne, bo mówiono o pewnym bratanku męża, kolosalnym poruczniku od karabinierów, który przepędził kilka miesięcy w Grandiole (fantazyjna nazwa jaką pan Chalumeau nadał swój willi); słowem wszyscy mężczyźni i kobiéty szczerze zadowoleni byli olbrzymiém zgorszeniem, które na długo obiecywało stanowić przedmiot do okolicznej rozmowy.
Hrabia, dzięki nadzwyczajnéj władzy jaką miał nad sobą samym, aż do końca powstrzymać się umiał i jak mógł najlepiej wybrnął z trudnego położeniu obok swych biesiadników; jakoż uprzejmie aż na ganek odprowadził damę, która podczas obiadu obok niego siedziała.
Nakoniec ostatni powóz wyjechał z zamku Tremblay.
Hrabia zamiast wrócić do siebie, wyszedł na ganek, bo miotany powstrzymywaną wściekłością, miał nadzieję że przechadzka i świeżo powietrze uśmierzą jego gwałtowne wzburzenie; że zdoła nareszcie odzyskać spokojność, potrzebną do stanowczéj rozmowy z synem, rozmowy nieodzownéj już z powodu nowego wypadku którym się dzień ten zakończył.
Scypio, zrana bohatér smutnéj przygody mogącej na pospólstwie najzgubniejsze wywrzeć wrażenie, wieczorem dopełnił miary, zjednywając hrabiemu nieprzyjaźń najznakomitszych członków wyższego obywatelstwa.
Tym sposobem ubódł on do żywego dwie najdotkliwsze strony ojca, jego ambicyą i miłość. Ambicyą przez to, że junacką przygodą swoją z panią Chalumeau zniweczył wyborcze projekta pana Duriveau pozbawiając go głosów mogących zabezpieczyć jego kandydatura; miłość znowu przez to, że wkrótce nadejść miał dzień jego zaślubin z panią Wilson, a Rafaeli z Scypionem, a ten jakby z umysłu, przez oziębłość i pełne zgrozy postępowanie, zdawał się chcieć opóźnić lub zniweczyć związek przez hrabiego tak gorąco upragniony.
W gorączkowém wzruszeniu hrabia przechadzał się wzdłuż i wszerz zamkowego dziedzińca, niekiedy skurczonemi dłońmi gniotąc pałające czoło, i rzucając spojrzenie pełne gorzkiéj ironii na blask światła tryskającego ze wszystkich dolnych okien zamku, przez które postrzegał tu i owdzie migającą się świetną liberyę licznych służalców.
Pierwszy raz w życiu, ten człowiek tak nadęty swą zamożnością, tak dumny że po nim jego syn a następnie wnuk zapewne, oślepiać i panować będą blaskiem tego ogromnego majątku; po raz pierwszy, mówimy, ten człowiek dotknięty fatalnością położenia swojego, uczuł zgryzotę myśląc że ten majątek, ten przepych, kiedyś prawnie i bez trudów przejdzie w ręce zuchwałego dziecka, przeciw któremu w téj chwili prawie nienawiścią pałał; hrabia bowiem mimo rzadkiéj energii charakteru, lękał się lodowatéj i szyderczéj flegmy syna; i właśnie to uczucie własnéj słabości tém bardziéj oburzało go przeciw sobie samemu i przeciw Scypionowi. Nigdy może hrabia nie żałował bardziéj lubo poniewczasie że postępował jako młody ojciec z tak zuchwałym synem; widział się pokonanym, jeżeli nie przedsięweźmie koniecznych kroków, jeżeli dziś jeszcze w stanowczéj walce, nie nakaże synowi niepoznanego a raczéj nieznanego mu dotąd posłuszeństwa.
Żywe światło, brzęk ostrogów i wlokącéj się szabli, przerwały bolesne dumania hrabiego; obejrzał się i przy blasku lampy którą trzymał dworski sługa, dostrzegł pana Beaucadet pompatycznie stąpającego po stopniach ganku.
Mocno niezadowolony z tych odwiedzin, hrabia zbliżył się do wachmistrza i rzekł mu opryskliwie:
— Czego chcesz?
— Panie hrabio, poważnym i wzruszonym głosem rzekł Beaucadet, wielkie zaszło nieszczęście.
— Co za nieszczęście?
— Byłem na folwarku Grand-Genévrier w celu wybadania dziewczyny zwanej Bruyére, a podejrzanéj o dzieciobójstwo.
— I cóż?
— Nieszczęśliwa musiała być winna,... bo skoro tylko postrzegła ranie i moich ludzi... natychmiast w staw się rzuciła...
— Wielki Boże!! — zawołał hrabia.
— I utonęła... dokończył Beaucadet.
— O!... to okropne! przejęty zgrozą mruknął pan Duriveau, w obu dłoniach twarz ukrywając.
— Przybyłem panie hrabio, zaczął znowu Beaucadet, w celu...
— Dobrze... zostaw mię.
— Ale, panie hrabio...
— Zostaw mię, powiadam.
— Jako reprezentant prawa... urzędowym głosem powiedział Beaucadet, upoważniony jestem do działania w jego imieniu. Doniesiono mi, że dzisiejszego wieczoru, jakiś człowiek w krzakach przyczajony strzelił z pistoletu do pańskiego sługi... obowiązek, panie hrabio, nakazuje mi badać i...
— Eh! badaj sobie ile chcesz; ale daj mi pokój; nie posiadając się z gniewu zawołał hrabia i wściekle tupnął nogą.
— Ależ, panie hrabio nie na tém koniec; raniony sługa nazywa się Marcin, a ja go mam w podejrzeniu... o...
Beaucadet nie skończył, bo hrabia niesłuchając go dłużéj znikł w ciemnych olejach parku.
— Mniejsza o to czy słucha lub nie, powiedział wachmistrz, nastręcza mi się wyborna sposobność wybadania tego Marcina, który mi się zdaje wielkim ladaco, bo ten rozbójnik Bamboche, ten szelma!... który odbiéra oznaki uszanowania od moich ludzi... ma wykłute jego nazwisko na ramieniu.
To mówiąc Beaucadet wrócił do zamku.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wpół godziny po spotkaniu się z wachmistrzem hrabia wstępował także na stopnie ganku.
Był blady ale zupełnie spokojny. W przysionku najpierwej spotkał Scypiona.
Wicehrabia wracając do siebie, zapalał cygaro u świecy, którą mu jedną ręką podał jego lokaj, podczas gdy w drugiéj trzymał srébrną tacę na któréj niósł butelkę rumu.
— Pójdź-no... Scypionie... mam ci co powiedzieć, spokojnym głosem rzekł hrabia...
— Czekaj... niech zapalę cygaro.
— Zapalisz je u mnie, — spokojnie odparł hrabia.
Scypio, trzymając w ustach cygaro którego nie miał czasu zapalić, niedbale udał się za ojcem przez wspaniałe, błyszczące, ale puste salony.
Hrabia otworzył drzwi do swojego gabinetu i wszedł z synem.




9.
Ojciec i syn.

Hrabia zamknął na rygiel drzwi swéj sypialni, wielkiej komnaty zastawionéj czarno lakierowanemi i złoconemi meblami, obitéj zielonym adamaszkiem, oświetlonéj kandelabrem o trzech ogniskach, którego blask osłabiała zielona umbrelka.
Twarz jego była poważna, surowa; przez kilka chwil stał milcząc i mocno się w syna wpatrywał.
Wicehrabia niedbale oparty o kominek, przewracał w ustach niezapalone cygaro, obie ręce ukrył w kieszeniach spodni i od niechcenia kołysał się z nogi na nogę. Piękna twarz jego bledsza była jak zwykle, a powieki wielkich i ciemnych oczu lekko się spajały, gdyż doświadczając cnoty pani Chalumeau, nie mało wypił wina Porto; bynajmniéj jednak nie był pijany, na jakby wnosić można, bo wino od niejakiego czasu już go nie upajało; owszem zachował zupełną przytomność umysłu, nie stracił głowy, i że się wyrazimy dyalektem orgii, był tylko pełny; pełność zaś tę objawiał zwykle podwojeniem swéj pogardliwéj zimnéj krwi i obelżywéj flegmy. To też czekając aż ojciec przemówi, spokojnie zapalił cygaro przy jedném ognisku stojącego na kominku kandelabra.
Pan Duriveau wyrwał mu z rąk cygaro i cisnął je w ogień, mówiąc:
— U mnie kurzyć nie wolno, mości panie.
— Ah! bah! — odrzekł zdziwiony Scypio patrząc na ojca, — i od kiedyż to zapadł taki wyrok?
— Odkąd postanowiłem zająć właściwe mi miejsce, a ciebie postawić na twojém, cierpkim i ostrym głosem rzekł pan Duriveau.
— Oh! oh!... zimno odparł Scypio, nawykły w żarty obracać rzadkie przystępy surowości swego ojca, zdaje się że gramy trochę w Poquelina... ja jestem Klitander albo Danius... a ty odgrywasz rolę poczciwego Orgona, albo Geronta. — I długo to tego będzie? czy myślisz aż do śmierci okładać kijem swego łotra syna? A gdzież jest Scapin który mi powie: mości Danius, niech djabli porwą twego ojca! cóżto za złośliwy starzec! Kiedyż przecie ten przeklęty barbarzyniec uczyni nas swemi dziedzicami?
Niepodobna opisać z jak zuchwałą powagą Scypio wyrecytował to szyderstwo.
Hrabia, mimo że spodziewał się tych drwinek, którego dawniéj bawiły; mimo że postanowił zachować spokojność, jednak ulegając mimowolnemu uniesieniu, groźnie przystępując ku synowi, zawołał:
— Zuchwalcze...
— Dobrze, otóż i scena z kijem; byłem tego pewny, — z podwójną śmiałością rzekł Scypio; — no, tylko prędko,...kija,...kija panu Geronte.
— Scypionie! — straszliwym głosem wrzasnął hrabia przerywając synowi i drżącą ręką chwytając go za ramię.
A po chwilowem milczeniu, dodał z głęboką goryczą.
— Moja to wina,... ja to zaprawiłem cię w takiéj bezczelności,...ja tolerowałem twoję zuchwałą poufałość... I teraz zbieram owoce wychowania jakie ci udzieliłem... Przykra mi zaiste ta ostatnia lekcya... ale też za to będzie skuteczna...
— Bah! powiedział Scypio, — każde wychowanie coś warte Prevala wychowywano przykładnie pod okiem matki, a jednak dopuścił się fałszerstw a zasługującego na galery; d’Havrincourt wyszedł ze szkoły politechnicznéj, a oddano go w kuratelę jako marnotrawcę... No, no, istotnie za nadto jesteś skromny, twój uczeń zaszczyt ci przynosi.
— Dosyć,... mości panie, dosyć, nie znasz mię jeszcze...ale wkrótce się poznamy, i do pioruna! dziś jeszcze, i to natychmiast, każdy z nas zapewniam, zajmie właściwe sobie miejsce,... a ty odtąd będziesz o tyle posłusznym, pokornym i poważającym dla mnie, o ile dotąd byłeś zuchwałym i szyderczym.
Scypio, który niełatwo się zdziwił, stał zdumiony; dotąd bowiem rzadkie przestrogi ojca nie oparły się nigdy żartowi; dotąd ojciec jego nigdy nie mówił z nim z taką stałością i z tak stanowczym zamiarem odzyskania swojej powagi.
— A więc — bynajmniéj niepokonany, obojętny na mowę ojca Scypio, spojrzał nań z głębokiém politowaniem i zapytał: — a więc mówisz na seryo?
— Bardzo seryo, mości panie.
— To coś nowego... ale nie koniecznie miłe...
— I ty śmiesz pytać mię o to...
— No, proszę! — wzruszając ramionami rzekł Scypio, — spojrzyjno na mnie bez śmiechu... Przypomnij sobie twą piękną sprawkę z margrabiną Saint-Hilaire... którąś nam téj zimy opowiadał na wieczerzy u Zefiryny.
Hrabia zamilkł na chwilę, pognębiony wypadkiem o którym mu wspomniał syn jego.
— No, no, nie lękaj się, — z ironiczną uprzejmością rzekł Scypio, — przecież nie czynię ci żadnego zarzutu, owszem...
Hrabia nie wiedział co ma odpowiedziéć... Straszna to była nauka,... w bezsilnéj wściekłości poniósł do czoła zaciśnięte pięści i zawołał boleśnie!
— O Boże! mój Boże!
Po chwili przystępując do syna, dodał:
— Zbłądziłem wyjawiając ci płocho usterki mojéj młodości, które należało zataić; ale ty nie powinieneś mi ich tak śmiało wyrzucać, témbardziej że cię w niczém nie upoważniały do haniebnego postępku jakiegoś się dziś wieczór dopuścił, a który mię podwójnie ubodł, bo wiesz dla czegom tych ludzi na obiad zaprosił.
— Ty deputowanym? dajże pokój! jak na deputowanego jeszcze za nadto seryo bierzesz rzeczy!...
— Nie mam prawa dziwić się... że nie szanujesz ani mojego domu, ani moich zamiarów; nie odpowiadając na szyderstwo syna, mówił daléj hrabia, bo cię do tego własny mój przykład upoważnia... Pozwalam i na to, z głęboką dodał goryczą. Ale dziś nie jednéj tylko dopuściłeś się niegodziwości.
— Jakto?
— A to nieszczęśliwe dziécię...
— Nieszczęśliwe dziecię?
— Znalezione dziś rano... w jaskini.
— I cóż?
— Ależ... mości panie, to okropność!
— Co?
— Twój czyn...
— A twój czyn, z tą młodą wyrobnicą, tą artystką koronek, która...
Na ten nowy cios, na ten nowy wyrzut straszniejszy od pierwszego, hrabia zadrżał, rysy jego okropnie się zmieniły...potém, do ostateczności przywiedziony nieubłaganą i fatalną Ioiką syna, zawołał:
— Ale ona się przynajmniéj nie zabiła z rozpaczy!
— Albo któż się zabił? spytał Scypio.
— Bruyére.
— Ona! zawołał Scypio, i zarumieniła się blada twarz jego.
— Ona! — powtórzył; i pot mu na czoło wystąpił.
— Tak jest... dziś wieczór... chciano ją aresztować... jako podejrzaną o dzieciobójstwo; wtedy przejęta wstydem... utopiła się; czy słyszysz? utopiła się... Ah! to przynajmniéj pokonywa twą zuchwałą oziębłość, młody uwodzicielu, niegodny fanfaronie występku! — zawołał hrabia z dojmującą nieroztropnością, tym bowiem sposobem do dzikości posunąć musiał ohydny cynizm swojego syna.
To téż nastąpiło:
Łza w oku Scypiona, mimowolnie zjawiająca się, szybko znikła; jego czoło, przez chwilę pochylone pod ciężarem straszliwéj myśli, wnet się podniosło dumne, zuchwałe; wzruszony głos uspokoił się i znowu zabrzmiał szyderczo:
— Ah, bah... to ta mała umarła?
— Tak jest... umarła...bacznie wpatrując się w syna powtórzył hrabia. Umarła! czy słyszysz? umarła!...
— Cóż stąd? z przerażającą flegmą odparł Scypio, — z twojéj strony piękny pojedynek z markizem... z mojéj kobiéta która się utopiła przez miłość dla mnie... to stawia nas obu na równi.
— Poczwaro! wrzasnął odchodząc od zmysłów hrabia.
— Zły graczu! wzruszając ramionami powiedział Scypio; i potem dodał spokojnie: a kiedyż zaczniemy grać na piękne?
I dobywszy piórko z kamizelki, zaczął wykałać zęby.
W obszernéj komnacie nastało straszliwe milczenie. Syn, tryumfował że dowiódł takiéj siły ducha; ojciec przeraził się tém co słyszał.
— On mię przeraża, spoglądając na Scypiona, półgłosem rzekł hrabia; a dodał wzruszony: Nie... niepodobna abyś w twoim wieku był już tyle zatwardziały... zwyczaj drwienia ze wszystkiego uniósł cię daléj jak sam chciałeś... jest to żart... ale żart... dziki... żałujesz go... i...
Scypio przerwał ojcu, mówiąc tonem dowiedzionéj wyższości:
— Żałuję... że położenie twoje wobec mnie jest tak fałszywe. Wszystko co teraz w napadzie cnoty, nazywasz mojemi występkami, zgrozą, dzikością, bynajmniéj nie krzyżowało nigdy twoich zamiarów. Śmiałeś się nieraz jak szalony z mojego łotrostwa, do którego zachęcałeś mię własném postępowaniem, które rmi za przykład przytaczałeś! Nieprawdaż? tak, czy nie?
I tym razem hrabia, ulegając nieodzownym skutkom wychowania i zgubnych zasad jakie wpoił w swoje nieszczęśliwe dziecko... nie mógł... i nie umiał zdobyć się na odpowiedź... Scypio bowiem miał prawdę po sobie.
— A gdyby i tak było! zawołał hrabio, a gdyby moja drażliwość, moja moralność, jeżeli wolisz... dla tego tylko budziła się we mnie, że tu idzie o twój własny interes?
— O mój interes? jakto?
— I któż ci powiedział że pragnąc zostać deputowanym, że nie myślę równie o twojéj, jak o mojej przyszłości? A ze względu na pannę Wilson, czyliż nie mam prawa obawiać się, aby dzisiejsze okropności nie skompromitowały twojego z nią małżeństwa?
— Doprawdy? z szyderczym uśmiechem odrzekł wicehrabia, przenikliwém spojrzeniem mierząc ojca; gdybym téż zmienił moje zdanie o tém małżeństwie?
— Co mówisz? z tajemną trwogą zawołał hrabia.
— Tak jest... gdybym już teraz nie chciał zaślubić Rafaeli Wilson? zwolna powtórzył Scypio, znowu badawczym wzrokiem przeszywając ojca.
Hrabia nie odpowiedział.
W oczach mu się zaćmiło, wszystka krew biła do mózgu... usiłował jednak ukryć przed synem to okropne wzruszenie.
Widzimy tu potrzebę wspomnieć pokrótce o miłości hrabiego Duriveau ku pani Wilson.
Ten porywczy i energiczny człowiek, kochał jak zwykle wszyscy jego wieku i charakteru, kiedy po licznych, łatwych i przelotnych miłostkach, po raz pierwszy mimo wieku, uczują miłość żarliwą, głęboką, z każdym dniem podżeganą, drażnioną, bądź wyzywającemi ułudami blizkiego zwycięztwa, bądź srogą napozór ale nie bez nadziei odmową. Bo wyznać należy, iż pani Wilson zbyt mało kochała hrabiego iżby w téj szczególnéj intrydze nie rozwinęła Wszelkich zwycięzkich środków na jakie tylko kobieta piękna, zalotna, dowcipna, władająca, nami a nadewszystko niekochająca, zdobyć się może dla dopięcia celu, od którego zależy życie uwielbionego jéj dziecka.
Wszelkie bodźce które razem występując, miłość człowieka w średnim wieku czynią niepokonaną i prawie do szaleństwa posuwają, skoro tylko mniema że zyskał wzajemność: przekonanie, że jego zabiegi, dowcip, uprzejmość i poświęcenie się zatarły liczbę lat; przeświadczenie, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, umiał wzbudzić gorącą miłość ku sobie, a to w epoce życia w któréj już mężczyźni nie mogą spodziéwać się takiego powadzenia; nakoniec ślepe bałwochwalstwo, jakie wówczas człowiek mianowicie dumny, uczuwa dla kobiéty która swą miłością niejako niby uprawnia pretensye najzarozumialszego samolubstwa... wszystkie te bodźce, powtarzamy, do najwyższego stopnia rozdrażniły namiętność hrabiego.
I wreszcie... okoliczność może niedelikatna, ale główna... w takim razie, ten człowiek licznemi miłostki równie prawie jak i wiekiem oziębiony, czuł że żarliwa namiętność dla pięknéj wdowy przemieniała go w nowego Jasona. Może to zdanie zbyt materyalne? ale przeczytajmy nieśmiertelnego myśliciela zwanego Moliére, a w pismach jego jak i w rzeczywistości, znajdziemy że mianowicie zapał zmysłowy, drażniony oporem, czyni miłość starców tyle uporczywą, zajadłą i nieubłaganą. Cóż szczérszego, cóż zapalczywszego... a nawet cóż tkliwszego, — bo taki człowiek okropnie cierpi — jak miłość Arnolfa dla Agnieszki; ale téż co zarazem lubieżniejszego nad tę namiętność?
Tak wyjaśniwszy miłość pana Duriveau, łatwo pojmiemy przerażenie jego, skoro pomyślał że ta miłość, to tak gorąco upragnione posiadanie czarownéj kobiéty, zależy teraz od łaski syna... bo hrabia znał niezachwianą wolę pani Wilson; bo wiedział że jeden i ten sam dzień miał przyświecać małżeństwu jego i Scypiona.
Wystawmy sobie po tém wszystkiém trwogę pana Duriveau na wspomnienie zimnéj pogardy jaką Scypio okazywał Rafaeli w ciągu dnia tego złowrogiego; znalezienia zmarłego dziecka, samobójstwa nieszczęśliwéj Bruyére i nakoniec gorszącéj przygody z panią Chalumeau. Czyliż miłość pani Wilson wytrzyma tak ostre próby? a jeżeli Scypio przez nagły obrot swéj woli, zrzecze się tego małżeństwa; jeżeli gwałtowne, zaledwie ukryte wzruszenie, gdy przy stole występował poważnie i szlachetnie przeciw ojcu w obronie Baskiny, on zwykle tak uszczypliwy i drwiący... jeżeli to jego wzruszenie jest skazówką niecnéj miłości dla téj tak dwuznacznéj istoty, miłości odstręczającéj Scypiona od małżeństwa na jakie zrazu zezwalał; jakże go tedy skłonić, jak zniewolić do tego małżeństwa?
Myśli hrabiego gubiły się w téj przepaści, straszna to była dla niego chwila.
Zapóźno wprawdzie, i to jedynie powodowany interesem swych namiętności, człowiek ten poczuł nakoniec swoją ojcowską godność, tak długo niepoznawaną, krzywdzoną... poznał nakoniec występki syna; po raz piérwszy przemówił do niego jak ojciec; syn zaś za każdym wyrzutem, w twarz mu ciskał straszne słowa: — Czémże jest to zgorszenie w obec zgorszenia jakiém się przedemną chwaliłeś? — Czémże jest ta bezczelność w obec bezczelności jaką się przedemną szczyciłeś?... I nie dosyć na tém: hrabia, z powodu ślepéj miłości swojéj dla pani Wilson, czuł w téj saméj chwili, że zupełnie zależy od syna, który może zniweczyć jego małżeństwo, odmawiając połączenia się z Rafaelą.
— Co czynić? co czynić? — srodze zmartwiony powtarzał sam w sobie. Jeżeli Scypio odmówi związku z Rafaelą... mamże mu wyjawić gwałtowność mojéj miłości?... na jakież się narażę szyderstwo! mamie użyć ojcowskiej powagi?...jakże mię wydrwi!
I ten człowiek gwałtowny, wyniosły, dumny, ten człowiek czujący teraz całą powagę, całą świętość ojcowską... żałował że przemawiał do syna z szlachetnością, z powagą, co większa... pewny że srogością niczego się nie dowié, nic nie wydobędzie z tego młodzieńca, pomimo wstydu i wściekłości postanowił wrócić nikczemnie do roli młodego ojca, aby tym sposobem mógł przeniknąć skryte zamiary syna.
Wszystkie te uwagi rychléj nim je opisać zdołaliśmy, nasunęły się na myśl hrabiemu. Wiedząc że nie zawiedzie Scypiona najzgrabniejszém nawet przejściem, a nie chcąc mu dać poznać przyczyny tak nagłéj zmiany swéj postawy i mowy, hrabia przeszedł się kilka kroków po pokoju, i niby zamyślony rzekł sam do siebie tak aby go Scypio słyszał:
— Na honor! zrzekam się.
A potem przystępując do syna, serdecznym tonem dodał:
— No,... nic dobrego,... zapal cygaro.
— Mimo przezorność hrabiego, nie uszło baczności Scypiona głębokie wzruszenie ojca, gdy wspomniał o zerwaniu zamierzonego związku z Ranfaelą; ale uważając za rzecz stosowną ukryć to spostrzeżenie, zbliżył do ogniska swoje panatellas i w chwili gdy mu ojciec rzekł tonem pozornéj serdeczności:
— No, nic dobrego,...zapal cygaro; odpowiedział.
— Teraz poznaję cię; ale przed chwilą... byłbym się ciebie zaparł...
— Cóż u djabła chcesz abym ci mówił? — z udaną dobrodusznością zaczął znowu hrabia; — ty na wszystko znajdziesz odpowiedź... zabijasz mię moją własną bronią. Grałem jak mogłem najlepiej rolę... Geronta, jak utrzymujesz niegodziwy hultaju; ale zdaje się że to zła rola.
— Rola godna politowania!... Na drugi raz będziesz miał naukę; zresztą uspokój się... naprawię ja szczerbę którą zrobiłem w twojéj kandydaturze... Koniecznie musisz być deputowanym... będzie to arcy zabawne... to tóż będziesz nim niezawodnie... ale i ja także...
— I ty?... doprawdy!
— Teraz, nie, bo jeszcze nie jestem człowiekiem statecznym, jak powiada twój przyjaciel Guizot; ale kiedy ci narobię jaki milion długów, kiedy szumnie wykradnę jaką księżniczkę lub polityczną kobietę (kobiéta polityczna jaki to musi być dziwoląg); kiedy jeszcze parę ludzi zabije w pojedynku,... kiedy palić będę turecki pieprz, bo cygaro już mi się wtedy wyda różanym liściem; kiedy wypijać będę małe szpilki, bo alembikówka sprawi na mnie wrażenie wody z grzankami; słowem, kiedy już zupełnie będę znużony, to jest kiedy zostanę człowiekiem statecznym, twój przyjaciel Guizot, zrobi mię deputowanym; a skoro za jego pomocą, zostanę młodym deputowanym jak d’Armainville i Saint-Firmin, obaczysz jakiej nabiorę powagi. Spróbuję... posłuchaj:
I Scypio, spuściwszy oczy ale podniósłszy czoło, tonem pogardliwego zarozumienia tém wybitniejszego przy pokorze słów swoich, rzekł:
— „Upraszam Izby w obec której po raz piérwszy mam zaszczyt przemawiać, aby mi wolno było nieść królewskiemu rządowi, moję arcy-pokorną arcy-uniżoną i arcy-szczupłą pomoc itd. itd.... ”A kończąc moję ministeryalną mowę: „Mogęż mieć nadzieję, że Izba przebaczyć raczy bojaźliwemu niedoświadczeniu mojemu... Śmiem rokować sobie od Izby tę powolność... nigdy bowiem Izba nie da mi tylu dowodów przychylnego pobłażania, ile ja czuję dla niéj głębokiego szacunku...
A potém dodał naturalnym głosem:
— Późniéj zaś, niech mię szatan porwie, jeżeli za rok, twój przyjaciel Guizot, który uwielbia tęgich gadułów, nie zrobi mię pełnomocnym ministrem przy... królowéj Pomaré... Ale, ale, pamiętasz przeszłego roku w Mabille? przyznaj żem był przedziwny! kiedym rzekł: Rosita, przedstawiam ci papę... Wszystko czworo wieczerzać będziemy z Mogadorem... Ale żadne głupstwa, proszę cię! za dawcę dni moich odpowiadam przed moimi wierzycielami.
— Milczże, łotrze! powiedział hrabia, nie wspominaj przynajmniéj o naszych kawalerskich figlach... boć przecie wkrótce... mamy się żenić...
Hrabia, mimo mocnego postanowienia, widocznie się zmieszał, kiedy rzucając na syna niespokojne a przenikliwe spojrzenie, wymawiał wyrazy:
„Wkrótce, mamy się żenić”...
Scypio śmiało spojrzał w oczy ojcu, powoli zapalił drugie cygaro i rzekł:
— Co do naszego małżeństwa... przyznaj żeś mię chciał wywieść w pole?
— Ja!... a to jakim sposobem?
— Oto tak: dzięki tobie, niedawno jeszcze miałem zaślubić pannę de Francheville d’Ormon, mającą trzy miliony posagu, sierotę, szczep jednéj z najznakomitszych rodzin Francy i!... to było wcale przyzwoite... pięćdziesiąt tysięcy talarów dochodu... to łechce; sierota... to nie żenuje; wielkie imię... to wznosi... mianowicie kiedy kto jest wnukiem garkuchniarza z Clermont, ojca Du riz-de-veau; przez ambitne i uszlachetniające zepsucie zamienionego w pana Duriveau.
Chociaż właściwe Scypionowi drwiny z początku swéj familii zwykle sprawiały nieprzyjemność hrabiemu, on jednak, zbyt obawiając się skutków téj rozmowy, mówił daléj bez gniewu:
— No, zostawiam ci twojego dziada... oberżystę; podléj go według zwyczaju, rozmaitemi sosami; ale kończ... niech wiem do czego zmierzasz?
— Kiedyśmy układali to małżeństwo, bawiłem się wówczas (mimo twojéj wiedzy) udawaniem rozkochanego w Rafaeli Wilson.
— Ty?
— Tak. Widywałem ją u jéj ciotki, kiedyśmy rankami wychodzili na grę, do tego niedołęgi Dumolarda. Ta miłość pensyonarki dosyć mi była do smaku; ale małżeństwo z trzema milionami, sieroctwem i znakomitym rodem, daleko mi się więcéj podobało; przyrzekłem więc ożenić się według twoich chęci, co rozumié się, nie przeszkadzało bynajmniéj dalszym moim umizgom do Rafaeli Wilson... Nagle... zwijasz chorągiewkę, i... wnet... moje małżeństwo staje się niepodobném; trzy miliony panny de Francheville d’Ormon zasadzają się na podejrzanych funduszach; młoda dziewica i jéj opiekun zmieniają zdanie,... a wszystko to były twojego wynalazku banialuki... boś już nie chciał tego małżeństwa.
— Zapewniam cię...
— Pragniesz być deputowanym? Nauczie się nie przeszkadzać mówcy; późniéj odpowiesz... Panna de Franchevillc była na pensyi, nie mogłem jéj widywać, nie mogłem o niczém się dowiedzieć. Nie ożeniłem się z nią, i dla tego nie umarłem; alem się przekonał że dawca dni moich djabelnie mię oszukał... w osobistym interesie, i że w obec mnie zajął stanowisko Roberta Macaire, dla mnie zostawiając nieczynną rolę Goga lub Bertranda.
— Scvpionie!
— Nie przerywaj mowy... wkrótce po zerwaniu tego bogatego związku, wspomniałeś mi znowu o małżeństwie, i zaproponowałeś... kogóż? Rafaelę Wilson: moję kochankę! bez majątku, córkę bankiera wynalezionego przez Dumolarda... Ty, ty!! projektowałeś mi małżeństwo... z nieznaną i ubogą dziewczyną; powiadam sobie: okradziono mię... Ale nie mówmy o tém, tonem zdrajcy z melodramy dodał Scypio.
Hrabia zbladł, straszne zgryzoty szarpały mu serce. Usiłując pokryć te uczucia rzekł do syna:
— Cóż daléj?...
— Dla formy... czvniłem niejakie trudności: Pocóż zrywać, mój ojcze, tak wspaniałe małżeństwo dla tak lichego związku? — Uspokój się, mój synu! nic na tém nie stracisz; na całej mojéj własności, w dzień twojego ślubu zabezpieczę ci piędziesiąt tysięcy talarów dochodu, to jest trzecią część mojego majątku... Ta wspaniałomyślność dawcy dni moich, który zresztą obdarzał mię tém co było lub będzie mojém, przejęła mię wdzięcznością i zdecydowała. Ja ciągle udaję, a naprzód, ponieważ mam w podejrzeniu małą Wilson że ona to usnuła tę całą intrygę, i żem się chciał dowiedzieć wszystkiego, podwajam moje miłosne oświadczenia. Prawię Rafaeli o blizkich naszych zaślubinach; to jéj zawraca głowę; namawiam ją na schadzkę i na nic niezważając... daję jéj zadatek.
— Rafaeli! wrzasnął hrabia.
— Dla Boga!!! z oburzającą bezczelnością mówił znowu Scypio, paznokciem otrząsając pyłek swego cygara i szyderczy wzrok wiodąc po ojcu, powiem ci nawet: że się z nią ożenię; bo kiedy niby w karty gramy, pragnę poznać kto z nas mocniejszy... zaraz, zaraz; u ciebie święci dama czerwienna. Ty szalejesz za matką, która nadużywając twojéj miłości, zapewne za warunek małżeństwa swojego z tobą, położyła moje zaślubiny z córką... ha! jak to czule! Partya we czworo w guście naszéj sławnéj wieczerzy z Mogadorem i królową Pomaré. Otóż podług mnie, sens moralny téj sprawki: Teraz jedynie tylko moja wola zaprowadzić cię może do ołtarza wraz z przedmiotem twoich życzeń; a Rafaela Wilson była moją kochanką, była moją... Któż więc z nas drugiemu wypłatał figla?
— To wcale nie źle, pokonywając wewnętrzną trwogę rzekł hrabia. Ale grasz tylko o honor, bo i na cóż ci się przyda, żeś był kochankiem Rafaeli i Wilson, i że, jak sądzisz, trzymasz moje małżeństwo w swojem ręku?
— Jakto, na co mi się to przyda? Na bardzo wiele. Znam tajemnicę twojéj miłości... wola moja jedynie może jej zadosyć uczynić... zatém jak ci zagram, tak będziesz skakał.
— Nędzne rozumowanie, mój chłopcze.
— Ale bah!
— W istocie; przypuszczam że odmawiając połączenia się z Rafaelą, przeszkodzisz mi w zaślubieniu jéj matki, cóż na tém skorzystasz? Nic. W przeciwnym zaś razie, jeźli przystajesz na to małżeństwo, na co te wszystkie obroty?
— Prawda... ale nie wiesz... pod jakiemi warunkami przystanę?
— Naprzykład?
— Nie ja je podam.
— A któż?
— Bardzo ładna kobiéta.
— Kobiéta? rzekł zdziwiony hrabia.
— Tak jest... kobiéta która mię ubóztwia. którą mocno obchodzi moja przyszłość; ale że jest zbyt oryginalna i mianowicie zgoła niezazdrości zamężnym... wiele więc jéj zależy na ułożeniu z tobą, z tobą samym... i to tajemnie, warunków mojego małżeństwa i artykułów mojéj intercyzy.
— Żartujesz... ale niech i lak będzie... Jakże się nazywa ta kobieta? która djabelnie zakrawa na.. notaryusza.
— Nazywa się... Baskina.
Hrabia podskoczył jakby go wąż ukąsił; na rysy jego, dotąd nacechowane udaną serdecznością, wystąpiło oburzenie, gniew i zgroza.
— A więc na prawdę znasz tę obrzydliwą istotę którą przy obiedzie tak gorąco broniłeś?...
— Od miesiąca już szczycę się jéj znajomością... ale w obec twoich wyborców nie chciałem ci tego wyjawiać.
— Znasz więc, z wzrastającym przerażeniem zawoła! hrabia, znasz ten potwór chciwości, wyuzdania, podłości i obłudy?
— Zazdrośniku, wzruszając ramionami powiedział Scypio; byłbym ci ją przedstawił... ale tyś tak zakochany...
— I może... kochasz tę niegodziwą kobiétę?
— Jak szalony! zawołał Scypio, a piękne rysy jego lekko się zarumieniły, wielkie czarne oczy ogniem spłonęły. Uwielbiam zaś w niéj nie podwójny talent tancerki i śpiewaczki, zostawiam to szaleńcom z naszego przedscenia... ale czy wiesz co?... to właśnie, co ty i wielu innych bez dowodu potępiacie; uwielbiam jéj wściekłe wyuzdanie, jéj śmiały, piekielny dowcip, tę nieporównaną obłudę, z jaką gra rolę istnego anioła, która jéj otwiera salony najzacniejszych, najznakomitszych dam... Mnie,... mnie tylko jednemu wyznała swoje występki, bo mię jednego tylko osądziła godnym ubóstwiać je! z najobrzydliwszą dumą zakończył Scypio.
— Nieszczęśliwy! zginął,... ta przewrotna kobiéta omamiła go próżnością występku, szepnął przerażony hrabia.
— Tak jest, z wzrastającym zapałem mówił daléj Scypio, uwielbiam w Baskinie, sprzeczność duszy, czarnéj jak piekło, z anielską jéj twarzą, uwieńczoną jasnym włosem; dla tego téż, dziś wieczór broniłem jéj przeciw zarzutom, aby na zawsze mogła zachować tę aureolę cnoty, która nas tyle bawi a głupich skromnisiów zaślepia. Czy pojmujesz teraz moję cześć bałwochwalczą dla tego potworu? ale niestety!... uwielbiam ją platonicznie,... bo chwilę szczęścia, czyli jak ona nazywa, chwilę szatańską, odłożyła na późniéj, po moim ślubie z Rafaelą; którego warunki Baskina sama z tobą ułoży... Strzeż się zatem, z wyrazem nieubłaganéj groźby dodał Scypio, uczyń zadosyć Baskinie,... bo tą tylko ceną okupisz moje, a tém samem twoje małżeństwo... inaczéj nic z niego nie będzie.
Hrabia dosyć dobrze znał, jak sądził, przeszłość Baskiny; w niecnej zatém namiętności Scypiona widział przepaść, która nietylko najdroższe jego nadzieje, ale nadto przyszłość, honor, a może i życie Scypiona pochłonąć mogła. Nagle jednak uderzając się w czoło, jakby sobie coś niespodzianie przypomniał, hrabia wydobył z kieszeni rysopis Bambocha, który mu zostawił jeden z biesiadników a który, jak wiadomo, opiewał że ten zbiegły więzień między innemi znakami miał na piersi, nad sercem wykłóty napis:

Wieczna miłość dla Baskiny.
Hrabia podał synowi ten papier.

— Przeczytaj... a przekonasz się, że ta nikczemnica, była kochanką rozbójnika... bandyty, którego dziś rano w naszych lasach ścigano.
Scypio przeczytał rysopis i oddając go hrabiemu, zimno odpowiedział:
— I cóż to znaczy? a może téż dla niéj właśnie ten człowiek, został bandytą i mordercą... To mię wcale nie dziwi.
— Ale mnie, mnie, mości panie, wszystko to przeraża, wszystko każe mi się lękać o ciebie, wrzasnął hrabia odzyskując wrodzoną wyniosłość, groźne spojrzenie, nakazujące poruszenia i energiczną, na wszystko gotową postawę.
Widząc zaś że szyderczy uśmiech przebiega po ustach Scypiona, dodał groźnie:
— O! nie czas już teraz żartować, nie czas prawić mi o Gerontach, Orgonach! byłem słaby, bezwstydny, podły i występny, tak jest, występny; bom ci dozwolił bezkarnie policzkować na mojéj twarzy ojcowską godność, ale dosyć już tego, dosyć, powtarzam, czy słyszysz mię? z przerażającym postanowieni zawołał hrabia. Nie chodzi już teraz o zuchwałe i niegodne łotrowstwa, które świat toleruje a do których wyznam, żem cię nikczemnie przytaczaniem własnych przykładów zachęcał! ale raczéj chodzi o haniebną miłość która cię może doprowadzić do zbrodni, bo kochać tę piekielną istotę, jestto z umysłu kochać występek, nieprawość i przyuczać się zbrodni; bo!... i gwałtownie przeciw samemu sobie oburzony, hrabia zamilkł na chwilę, a potem dodał: ach! zresztą na co ci tak obszernie to wszystko przekładam. Bo, czyż o podobnych rzeczach mówić nawet warto? Niewiész więc, że pyszniąc się przede mną tak haniebną miłością, że ośmielając się czynić taką poczwarę sędzią losu mojego i losu tego anioła niewinności tak niegodnie uwiedzionego... nie wiész więc, powtarzam, że ośmielając się na to w dwudziestym roku życia, zasługujesz więcéj jak na wzgardę ze strony ojca?... Nie na wzgardę mówię, ale na więzienie.
— Na więzienie?
— Tak jest, z wściekłością zawołał hrabio, tak! Wiedz, że jeżeli mię do tego przymusisz, poznasz, co to jest dom poprawy, gdyż dopiero za dziesięć miesięcy będziesz pełnoletni!... tak jest, czy rozumiesz mię, poznasz dom poprawy! poznasz całą surowość więzienia, a chleb i woda nauczą cię szanować powagę ojca, bo łakotki przesyciły cię; w więziennéj odzieży zapomnisz zbytku w którym opływasz. To nagłe przejście.... dziwi cię, byłem tego pewny.
— Nagłe przejście?... bynajmniéj, odzyskując chwilowo zachwianą zimną krew, przerwał Scypio; z wesołej komedyi przechodzimy do smutnéj dramy, do dramy w domu poprawy; to pachnie nieco Gazetą sądową.... i nic więcéj.
— O! tak jest,... pilnie czuwać będę aby twoje nazwisko nie znajdowało się kiedyś w tym dzienniku.... chociaż to nazwisko nosił dawniej nędzny garkuchniarz, z goryczą dodał hrabia. Jakkolwiek śmieszném je być sądzisz, zbrodnia przynajmniéj nigdy go nie skalała. Ah! czy mniemasz, że dosyć się urodzić aby kosztować wszelkich rozkoszv zamożności, i aby przez jéj nadużycie skończyć na ogólném przesyceniu, stawszy się najszkaradniejszym wyrodkiem!
— Oświadczam że ten wyrzut jest niedorzeczny, powiedział nieustraszony Scypio puszczając kłąb dymu z cygara; i ty podobnież urodziłeś się dla bogactwa, dla korzystania z ryzykownych zabiegów kochanego dziadunia Du-riz-de veau, obrzydliwego lichwiarza, a co większa, oszusta z czasów dyrektoryatu... i na tém koniec.
— Za nadto mię przerażasz, mniéj więc zważam na twoję zuchwałość, zawołał hrabia. Ah! mówisz mi o warunkach? Posłuchaj teraz moich. Nie obaczysz nigdy wiecéj kobiéty któréj nazwisko tylko co wymieniłeś, a nikczemne uwiedzenie nagrodzisz zaślubieniem panny Wilson.
— Zawsze dla tego iżbyś sam mógł zaślubić jéj matkę? Bardzo cnotliwy z ciebie jubiler, mój panie Josse.
— Powiadam ci że zaślubisz pannę Wilson, że stosownie do mojéj woli, pozostaniesz tutaj na wsi dwa lub trzy lata, a może i dłużéj, że ani na chwile nie pokażesz sic w Paryżu. Pobyt w tych stronach, przywiązanie kobiéty uposażonéj najrzadszemi przymioty, surowa czujność moja, potrafią uśmierzyć w tobie ten szał przewrotności, który zresztą litość wzbudza, bo w twoim wieku, dzięki Bogu, nie jest ona jeszcze wcielonym występkiem, ale szaloną przesadą, opłakania godną monomanią,.. a z tego szaleństwa łatwo wyleczyć można. Bądź więc spokojny, ja sam będę twoim lekarzem.
— Jakiś ty dobry,... ale jeżeli ja nie chcę zaślubić Rafaelę Wilson; czyli inaczéj mówiąc, jeżeli ci nie dozwolę zaślubić jéj matkę?...
— Nie uwodź się... nie sądź że w twojém ręku trzymasz los miłości którą wyznaję... Czy słyszysz?... miłości którą się chlubię, bo jest zaszczytną. Jeżeli więc nie chcesz wynagrodzić nikczemny twój postępek z Rafaelą, ja, jako człowiek prawy powiem pani Wilson... kim jesteś... wyjawię jéj niecne miłostki do których zuchwale się przyznawałeś, przedstawię cały ogrom nieszczęścia którego ofiarą padłaby jéj córka gdyby ciebie zaślubiła... A że przedewszystkiém pani Wilson ubóstwia swoje dziecię,... uzna się za szczęśliwą, tak jest zbyt szczęśliwą, że Rafaela uniknęła złowrogiéj przyszłości jaką jéj przjgotowywałeś; szczéry ten krok, zamiast stawać na zawadzie związkowi mojemu z panią Wilson, owszem silniéj jeszcze skrępuje szlachetne nasze uczucie. A co? prawda że pomimo przebiegłéj nikczemności nie zapatrywałeś się z tego punktu na rzeczy. Szkoda!
Scypio wzruszył ramionami, i odzyskując smutną przewagę, którą utracać zdawał się, z gorzką ironią odpowiedział hrabiemu:
— Bardzo mi przykro że nadużyć muszę mojéj wyższości; ale w istocie zanadto mi wygrywać pozwalasz.... zapominasz że Rafaela była moją kochanką, a co większa, nie wiesz... com się dowiedział czytając list który mi wręczyła na polowaniu; niestety! nie wiesz, powtarzam, że ta kochana dziewczyna wkrótce może będzie, jakto powiadają w interesującym stanie...
— To fałsz niegodziwy którego cel przewiduję.
— Czytaj, powiedział Scypio do ojca podając mu list Rafaeli.
Hrabia przeczytał i struchlał.
— Widzisz więc, że teraz Rafaela, jeżeli już nie z miłości dla mnie, to ze wstydu, małżeństwo zemną wszelką ceną okupi, powiedział Scypio. Jakkolwiek bądź zatem oczernisz mię przed jéj matką, ona przez miłość dla córki, która może wszystko jéj wyzna, niezachwianie obstawać będzie przy moich zaślubinach z Rafaelą, i tém bardziéj... położy je za warunek zaślubinom twoim. — Otóż bardziej jak, kiedykolwiek zależysz ode mnie... no, przyznaj przecie iż nierozważnie działałeś; postępowałeś jak młodzik jaki.
Mimo oburzającéj impertynencyi, rozumowanie Scypiona o małżeństwie jego ojca, było logiczne na chwilę zdumiało hrabiego. Ale, ten do najwyższego stopnia rozdrażniony zuchwalstwem syna, miotany długo powstrzymanym gniewem i gwałtownemi wstrząśnieniami, blady, obłąkany, ulegając porywczości charakteru swojego, z niemą wściekłością i groźnym giestem rzucił się na syna.
— Strzeż się! — wrzasnął Scypio, stojąc nieporuszony i nieulękłym wzrokiem mierząc ojca, strzeż się! nie stoi tu ani Geront ani Danius, ale są dwaj warci siebie ludzie!
Szczęściem, kilkakroć zapukano do drzwi sypialni,... ręka hrabiego opadła; otarł pot spływający mu po czole, zamilkł na chwilę; wreszcie wzruszonym jeszcze głosem zapytał:
— Kto tam?
— To ja, Beaucadet, — odezwał się poważny głos wachmistrza.
— Eh! mój panie! — zawołał hrabia, — nie pojmuję dla czego mi nawet w własnym domu nie dasz spokojności?
— Idzie tu o życie lub śmierć, — odparł głos żandarma.
Na te słowa, hrabia szybko otworzył drzwi wachmistrzowi, a tymczasem Scypio zapalił nowe cygaro i niedbale rzucił się na fotel.
— O życie lub śmierć? żywo zapytał hrabia Beaucadeta wchodzącego z miną tajemniczą.
— Tak jest, panie hrabio... do tego przyjść może... jeżeli się strzedz nie będziemy;... ale ja... oko sprawiedliwości,... nie zamknę powieki i pilnie czuwać będę.
— Lecz nakoniec, o cóż chodzi? — niecierpliwie zapytał hrabia.
— Pan hrabia masz pokojowca imieniem Marcin.
— Tak jest.
— Dziś wieczór lekko go zraniono?...
— Tak jest, tak...
— Właśnie go wybadywałem, bom go już miał w podejrzeniu.
— Marcina?
— Tak, panie hrabio, z dwuznacznych odpowiedzi podejrzanego, wnoszę że on należy do bandy złoczyńców których zwierzchnikiem jest Bamboche (ah! łotrze dam ja ci za ukłony moich ludzi), a zaś komissantami Bête-Puante i wspomniony Marcin...
— On... Marcin? Eh! oszalałeś mój panie; — wzruszając ramionami rzekł hrabia, — najlepsze o tym człowieku posiadam świadectwa.
— Ale pan hrabia nie wié, że wspomniony Marcin był przyjacielem od serca Bambocha, bo ten zbójca ma na piersi wykłóte jego imię... ten oto rysopis jest tego dowodem...
— Prawda, — przypominając sobie tę okoliczność powiedział hrabia.
— Co słyszę! ten zuch Bamboche oprócz imienia Baskiny, ma także wykłóte imię Marcina, rzekł zdziwiony Scypio przybierając ton szyderski jakby chciał urągać się z ojca. — Istotnie pan Marcin znajduje się tam w bardzo przyzwoitém towarzystwie... ale któż wasanu powiedział, mój szanowny panie wachmistrzu, że tym Marcinem jest nasz Marcin?
— On to być musi, panie wicehrabio — odrzekł Beaucadet — mój doświadczony instynkt mi to powiada, i zwracając mowę do pana Duriveau, dodał: — To też działaj — ostrożnie, panie hrabio! nie trzeba żeby zuchy moje co przed czasem wiedzieli... Udawaj pan zatem że o niczém nie wiesz... nic się pan nie lękaj... śpij pan spokojnie. — Miej pan tylko parę pistoletów, karabin i dobry pałasz pod poduszką... A, jakem Beaucadet, za trzy lub cztery dni, wiedzieć będziemy czego się trzymać mamy, bo jak sądzę, trzymać będziemy kommissantów tego wielkiego łotra, który od moich ludzi odbiera ukłony.
— Jutro... jutro, mój panie... obaczymy się i pomówimy z sobą, — rzekł hrabia do Beaucadeta podchodząc ku drzwiom.
— Jutro rano, panie hrabio, nie omieszkam i uszanowaniem stawić się na pańskie rozkazy.
W ciągu téj rozmowy, Scypio leżał rozciągnięty na fotelu i palił cygaro; czasem tylko wzruszał ramionami; a gdy wachmistrz wyszedł, rzekł do ojca tonem gorzkiej ironii:
— Przerwaliśmy naszę rozmowę na dosyć groźném poruszeniu... z twojej strony... Chciałeś, podobno, podnieść na mnie rękę...
— I źlem uczynił, przebacz... zimno odparł hrabia; gwałtowność nic nie dowodzi, nic nie przyspiesza. Wolę raczéj powiedziéć ci wyraźnie: za piętnaście dni, bezwarunkowo, i nie wychodząc na krok z zamku, ożenisz się z Rafaelą Wilson.
— Ah! bah! ożenię się?... tak?... po prostu?...
— Ożenisz się... tak, po prostu, najspokojniéj odrzekł hrabia.
— Czy już mi żadnego innego nie nastręczysz małżeństwa? — wstając z fotelu zapytał Scypio.
— Żadnego...
— No, to dobra noc, — dodał wicehrabia i zmierzył ku drzwiom, a gdy już trzymał za klamkę, obrócił się i rzekł:
— Słuchajno, tylko niech ci się nie przyśni pani Wilson, bobyś mógł zachorować.




10.
Licytacya.

Trzy dni upłynęło od czasu jak mała Bruyére rzuciła się w staw folwarku Grand-Genévrier.
Słońce ma się ku zachodowi. Na folwarku panuje ruch niezwykły; rolnicze sprzęty, pługi, brony, wozy, uprząż i t. p. w symetrycznym porządku stoją na wzgórzu zewnątrz budynków; tuż przy nich widać chude krowy dzierżawcy rzędem powiązane do przegrody z kołków poręczy jodłowych. Daléj nieco, wspaniałe indyki, niegdyś zostające pod dozorem małéj Bruyére, wspólnie z gęśmi siedzą zamknięte w improwizowanym koszu. Nakoniec u kilku rozpierzchłych drzew, stoją na uwięzi wyschłe i wycieńczone rolnicze konie.
Folwarczna czeladź przechadza się tu i owdzie; na twarzy każdego widać zajęcie: jedni dźwigają worki z żytem lub pszenicą, drudzy z owsem i układają je wkoło wagi wiszącéj u umyślnie na to przyrządzonéj belki.
Dwaj ludzie w niebieskich bluzach na wierzchu swéj czarnéj odzieży, kierują tym niezwykłym ruchem. Jeden z nich przewodniczy drugiemu; mina jego dumna, poważna; czapkę nieco przestarzałéj mody, nacisnął aż po uszy, długi nos ozdobił parą okularów; w ręku trzymał rejestr, na którym zapisywał liczbę folwarcznych zwierząt, poprzednio każde jako znawca obejrzawszy i pomacawszy. Gdy to skończył przyszła koléj na rolnicze narzędzia również w rejestrze wyszczególnione, potem na zważone worki ze zbożem i nakoniec na paszę pozostałą w spustoszonym spichlerzu. Wszystko policzono worek po worku, wiązka po wiązce i to pod nadzorem wspomnionego człowieka, którym był pan Herpin, zarazem biegły i komornik z Salbris, oraz pomocnika, którzy po nastąpioném oszacowaniu, przygotowali się do zagrabienia wszelkiéj własności pana Chervin. dzierżawcy folwarku Grand-Genévrier. Wielki żółty afisz, unoszony wiatrem i przybity na szczątkach drzwi folwarcznych, ogłaszał, że z mocy wyroku sądowego, licytacya odbędzie się w rzeczonym folwarku, w niedzielę po skończoném nabożeństwie.
Biegły skończywszy oszacowanie skromnego inwentarza folwarku, zamyślał wejść do pana Chervin dzierżawcy, wtem podeszła, nędznie odziana kobiéta, z wybladłą twarzą, okiem od łez poczerwienioném, szybko zbiegła po kilku nierównych i mchem porosłych kamieniach, wiodących do drzwi pokoju dzierżawcy i przerażona, błagająca, zastępując mu drogę, rzekła załamawszy ręce:
— Mój drogi, mój dobry panie.... Proszę pana...
— No, i cóż tam? znowu jeremiady, znowu płacze? z porywczą niecierpliwością odparł komornik; cóż u djabła, moja pani, chcesz abym temu poradził? winniście za dzierżawę, nie macie czém zapłacić, hrabia każe robić zajęcie i wypędza was z folwarku, wszak to jego prawo.
— Prawda, drogi panie, prawda, odpowiedziała biédna kobiéta nie możemy zapłacić.... tradują nas... wypędzają... ja się temu nie opieram.
— Pani się temu nie opierasz? dziękuję za tę powolność. Ale choćbyś się i opierała, to mi tam wszystko jedno: pan hrabia pewnoby się waszego oporu nie zląkł. On zna swoje prawo i słuszność. Lubi płacić to co winien, dla tego téż chce aby jemu płacono należytości; ma słuszność.
— Niestety! o mój Boże ja to bardzo dobrze rozumiem że ma słuszność, kiedy nam wszystko zabierają i wypędzają.
— No! to daj mi pani pokój, niech skończę spisywać inwentarz, rzekł komornik i odsunął kobiétę która go na schody nic wpuszczała; muszę przystąpić do oszacowania waszych mebli...na tém dopiéro kończę;... noc już nadchodzi,... a nie chciałbym zapóźnić się tu w waszych wrzosach, bagnach... bo jeszcze nie schwytano tego zbrodniarza Bambocha, który mimo że go ścigają, ciągle dotąd krąży w okolicy, lękam się nieprzyjemnego z nim spotkania.
To mówiąc komornik znowu zabierał się do wejścia na schody.
— Mój drogi panie, nie wchodź pan! na miłość boską nie wchodź pan! z przerażeniem załamując ręce, zawołała biédna kobiéta.
— A dla czegożto nie mam wchodzić?
— Niestety! o mój Boże, bo mój biédny mąż śpi... już go febra trzęsła kiedy ta biedna Bruyére umarła... a potem... wiadomość że pan przybyłeś zrobić zajęcie... wszystko to tak go dotknęło, że już od pięciu dni nie wstaje. Gdyby więc pana postrzegł, mój dobry, mój drogi panie, toby może takiego ciosu nie wytrzymał.
— Ojciec Chervin, widzę jest bardzo delikatny; kiedy na jarmarku zasiądzie do szklanki i zapija z towarzyszem, to się nie uskarża na febrę. No, puszczajcie, ja muszę spisać wasze meble... nie ma na to rady.
— Mój dobry, mój zacny i kochany panie, pan mi zabijesz męża... nasze meble... ja panu podyktuję... to niedługo potrwa.
— W rzeczy saméj, powiedział woźny, widząc że słońce już zachodzi i przypominając sobie że ma do przebycia przeszło dwie mile pustych wrzosów i jodłowego samotnego lasu, mogących łatwo ukrywać w sobie strasznego Bambocha — w rzeczy saméj... na piątek muszę tu powrócić... poczekam więc z obejrzeniem mebli; zawsze jednak spiszę je; no, dyktuj pani?
— Mamy jeszcze weselną szafę, z ciężkiém westchnieniem rzekła poczciwa kobiéta.
— Orzechową?
— Tak jest, mój godny panie... ah! jakże pan jesteś dobry i...
— Cóż daléj?
— Mamy dzieżę do chleba.
— Ah! dobrze: nową czy starą?
— Już dwanaście lat służy nam.
— Co więcéj?
— Biały drewniany stół i dwa stołki.
— Potém?
— Łóżko.
— Łóżko, prawo wam zostawia... co więcéj?
— Już wszystko, już więcéj nic nie mamy, drogi panie...
— A więc, do widzenia w piątek. A przywoławszy swego pomocnika komornik rzekł mu: żywo, Benjaminie, nogi za pas... słońce już prawie zaszło, a za godzinę nie staniemy w domu... na stepie pusto, i niebardzo bezpieczno dzięki temu rozbójnikowi Bambochowi, którego niech piekło spali...
To powiedziawszy komornik wraz z swoim towarzyszem wyszedł z folwarcznego dziedzińca i szybkim krokiem pomaszerował, w nadziei że przed zapadnięciem nocy wróci do domu.
— Idźcie do djabła! niech wam szatan karki pokręci, wy smoki drapieżne!... wołała za nimi dzielna Robin kiedy już prawie była pewną że jéj nie usłyszą, bo i ona dzieliła z ogółem pospólstwa jakiś rodzaj obawy i wstrętu ku tego rodzaju pachołkom.
— Otóż i ojciec Chervin w niedzielę wieczór już niebędzie dzierżawcą, ale po prostu najemnikiem jak my za dwadzieścia su na dzień; jak ślimak skorupę, będzie on miał tylko jednę bluzę na karku, powiedział folwarczny parobek zapędzając konie do stajni, i wartoż to było kłopotać się i pracować przez lat trzydzieści... Jednak dobrze i tak.
— Jakto? spytała la Robin.
— Ej! dobrze!
— Hm! mnie to bawi że go widzę w kłopocie.
— A mnie żal ojca Chervin, on taki dobry, wzruszając ramionami powiedziała la Robin, to poczciwe jak kurczątko, on nawet na dziecko łajać nie śmiał i zawsze nam regularnie płacił, choć sam nic nie miał.
— Co to znaczy?... zawsze to dzierżawca, zawsze ci rozkazuje, z głupim uporem odpowiedział parobek, to téż bawi mię to że go widzę w kłopocie.
Ta odpowiedź mocno rozgniéwała brzydką la Robin, ale pobudziła do śmiechu drugiego parobka, który powtórzył:
— Hi, hi, hi! o! to bardzo bawi widzieć naszego dzierżawcę w kłopocie.
— Alboż to nie potrzebujesz zawsze miéć pana? spytała obrażona la Robin.
— Zapewne, mówił folwarczny komik, a wiész dla czego lubię widzieć panów w kłopocie?.... właśnie dla tego że są potrzebni... i że nas najmują na targu[18], gdzie jesteśmy uporządkowani jak cielęta.
I śmiechy na nowo wybuchły.
Rozgniewana la Robin, obu śmieszków silnie sandałem ugodziła w uda, wołając:
— Bo téż na prawdę jesteście tylko dużemi cielętami!
Razy sandału, które Robin swym przeciwnikom udzieliła, lepszy sprawiły skutek aniżeli najpiękniejsze rozumowania, a jowialny parobek, gładząc się po udzie, odpowiedział jakby mu tylko o prosty zarzut chodziło:
— Ty, la Robin, myślisz sobie tak, a ja mogę myślić inaczéj.
— Nie, łajdaku, masz naukę żebyś się nieśmiał z nieszczęścia ojca Chervin.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po odejściu komornika, żona dzierżawcy weszła na schody z rozpadłych kamieni i wróciła do mieszkania ojca Chervin.
W téj dosyć obszernéj ale nizkiéj izbie, lasy rozłożone na okopconych dymem belkach, dźwigały dwa szeregi gorzkich i iłowatych serów, a tymczasem przez drugi koniec zawalonego pułapu, w pośród gęstéj pajęczyny, przebijało się leżące na poddaszu siano.
W dzień, światło dochodziło do téj ciemnéj izby. Przez ruchomą ale bez szyb kratę nade drzwiami W nocy zamykano okiennice. Ściany tu i owdzie popękane, nasiąkły wilgotną, ciemną jak sadza tłustością, a z nierównéj bo tylko ze zbitéj ziemi zrobionéj podłogi, w kilku miejscach woda się sączyła.
W jednéj stronie téj izby widziano wysoki komin, jeżeli kominem nazwać można szeroką rurę, zbudowaną z cegieł o cztéry lub pięć stóp nad podłogą, przy ścianie, któréj za ognisko służył wielki kamień jak w szałasie dzikich ludzi. Tym sposobem za najmniejszym powiewem wiatru dym wijąc się rozlewał się po téj i tak już niezdrowej izbie.
Tego wieczoru, dla uśmierzenia wilgotnego zimna przenikliwéj jesieni, które się do izby wciskało, umieszczono w czeluściach pieca, od strony wierzchołków, dwie małe, uschłe jodły, których pełne ziemi korzenie wystawały aż na środek izby. Drzewo to jeszcze zielone, zamiast palić się, owszem tliło się i wydawało dym czarny i gryzący.
Blizko komina stała spróchniała dzieża do chleba, a nad nią, na zbutwiałéj desce kilka szczerbatych garnków; naprzeciw nich zaś widziałeś wielką orzechową szafę, nakoniec w najgłębszym kącie izby wznosiło się nadzwyczajnéj wysokości łóżko ubrane siennikiem na trzy stopy wysokim i chudym materacem z grubéj wełny; drewniana ławka, kulawy stół, kilka stoików, stanowiły całe umeblowanie tego mieszkania, słabo rozwidnionego świecą wetkniętą w starą, drótem żelaznym oplecioną latarkę, bo już noc była.
Takie było mieszkanie ojca Chervin, dzierżawcy u bogatego hrabi Duriveau; tak zwykle mieszkają wszyscy dzierżawcy w Solonii. Chory zdawał się spać, a tymczasem jego żona, klęcząc przy ogniu, z całéj siły dmuchała na tlące się węgle i pragnęła je koniecznie rozżarzyć. Ale nie mogąc tego dokazać, siadła skurczona przed ogniskiem, podbródek wsparła na kolanach, i kiedy niekiedy zwracało głowę ku stronie łóżka na którém drzemał jej mąż.




11.
Żona dzierżawcy.

Nagle ojciec Chervin przewrócił się na twardém i wilgotném posłaniu swojém i wydał jęk długi, bolesny. Miał on lat blizko sześćdziesiąt, fizyonomią uczciwą i przyjemną, cerę bladą ołowianą, oczy zapadłe, usta śniade. Siwa i oddawna niestrzyżona broda, twardo i sztywnie stérczała na pomarszczonéj jego skórze.
Żona słysząc że narzeka i rusza się, podbiegła do jego łóżka i rzekła:
— Nie śpisz, biédny mój mężu?
— Niestety! żono... marzyłem o komorniku, czy już poszedł sobie z Bogiem?
— Już; chciał tu przyjść spisywać nasze meble... ale takem go prosiła żeby cię nie budził, że przystał na to abym mu podyktowała; spisał więc wszystko i poszedł.
— Już więc wszystko skończone, jęcząc szepnął dzierżawca, już nic nie mamy... Cóż się teraz z nami stanie?
— Niestety! mój Boże! ja nie wiem biédny mój mężu.
— A jam taki chory... gorączka mię z nóg zwaliła. Ach! ale moja to wina... moja!
— Twoja wina?
— Tak jest, kiedy w roku zeszłym rządca pana hrabiego widząc że z porady biédnéj małéj Bruyére żniwa mi się pięknie udały, żądał ode mnie kubana i większéj opłaty za dzierżawę, ponieważ kontrakt mój kończył się, nie powinienem był przystawać na jego żądania;... to nas zgubiło, bo pierwéj zaledwie mogliśmy wyżyć... i nigdy się ani grosza na bok nie odłożyło, a oprócz jednego dobrego żniwa jakieśmy mieli z łaski Bruyére, tyle było złych, bo dla braku piéniędzy nie mogliśmy dobrze uprawiać roli. To też kuban zjadł cały zysk z dobrego żniwa, a tegoroczne choć takie piękne, na cóż się przyda kiedyśmy jeszcze winni dwie raty dzierżawy których uiścić niepodobna. Ali! słusznie mawiał nieboszczyk mój ojciec: „Nie staraj się nigdy o ulepszenie roli biedny mój chłopcze, bo twój właściciel, skoro tylko będzie mógł, powiększy ci dzierżawę o dwa razy tyle, ile ci to ulepszenie przyniosło.”
— Widać że hrabia bardzo, bardzo potrzebuje pieniędzy, kiedy każe sprzedawać naszę chudobę i wypędza nas po tylu latach.
— Ha! widać że musi potrzebować.... a wreszcie i słuszność i prawo za nim, jak powiada komornik.
— Ale mój biédny mężu, z czegóż będziemy żyli, kiedy nas stąd wypędzą?... Tyś zbyt osłabiony żebyś się miał najmować do roboty, a ja choćbym znalazła gdzie robotę, to ci nawet i na chleb nie starczy.
— Prawdo.
— Cóż począć?
— Mój Boże!... ja nie wiem.
— Jednakże, — z pewnym rodzajem bolesnéj niecierpliwości, i po dosyć długiem milczeniu rzekła znowu dzierżawczyni: niepodobna ścierpiéć aby dwoje starych biedaków, bez żadnéj winy, tak od razu, znalazło się bez schronienia, bez chleba; nie, nie... tego ścierpiéć niepodobna.
— I któżto nie ścierpi tego, moja żono?
— Ja nie wiem, ale świat nie powinien opuszczać biédnych boskich stworzeń.
— Tak to mówią wszyscy nieszczęśliwi, moja biédna żono.
— Prawda; z gorzką boleścią rzekła dzierżawczyni; żyj jeżeli możesz, umieraj jeżeli chcesz, oto nasze przysłowie.
— Oj! zapewne że tak. Bo i komu się użalić? i na kogo?... na pana hrabiego?... wszakże on jest w swém prawie... nie nasza wina że mu płacić nie możemy, ale téż i nie jego.
— Za nadto nam podwyższył dzierżawę.
— Mogliśmy byli nic podpisywać kontraktu.
— Prawda.
— Widzisz; pan hrabia jestto pan, a my tylko prości dzierżawcy. Cóż go to może obchodzić, czyśmy szczęśliwi lub nie?... Zdaje się że panowie sobie nawzajem pomagają: że jedni za drugimi obstają... a wszakże to nie nasz brat żeby nam miał pomagać.
— Słusznie; w pokorze ducha naiwnie odpowiedziała dzierżawczyni; choćbyśmy mieli innego pana, to samoby z nami zrobił... Nie możemy miéć żalu do niego. Ah wielki Boże! jestto rzecz okropna... a biédny ojciec Jakób, któremu przynajmniej dawaliśmy schronienie i lichą strawę, cóż się z nim nieszczęśliwym stanie?
— Ha!... moja żono... pomagaliśmy mu dopókiśmy mogli... teraz... wypędzają nas... Biédny stary, i on tak jak my... zostanie na bożej łasce!
— Nie dlatego ja to mówię, żebym miała żałować iż mu pomagałam...
— Wiem o tém, moja poczciwa; ale ja żałuję téj trochy grosza które wyexpensowałem w miastach... w oberżach, w dniach jarmarku albo targu kiedym przedał moje towary. O! gdybyśmy mieli teraz te piéniądze...
— Wymawiasz sobie żeś czasem wypił butelkę wina i zjadł kawałek mięsa, kiedyś po całych tygodniach prawie pościł a zawsze mocno się napracował?... o mój mężu drogi!
— Wszystko jedno, moja żono, grosz do grosza a byłoby coś; a tymczasem, kiedy ja wypijałem po kilka szklanek wina, kiedym się zasilał kawałkiem mięsa, ty biédaczko, jak zawsze piłaś brzydką studzienną wodę, jadłaś kwaśne mleko i czarny chléb... O! nieszczęście to dopiéro uczy rozumu... oj, tak, tak!...
— Słuchajno; przerywając mężowi nagle powiedziała dzierżawczyni, bacznie nadstawiając ucho.
I oboje staruszkowie zamilkli i słuchali.
Wówczas wśród głębokiéj nocnéj ciszy w dwóch różnych przerwach dał się słyszéć krzyk solońskiego orła.
— To Bête-Puante, nagle powiedziała dzierżawczyni, to jego hasło... Może on chce ze mną pomówić o téj biedneéj pani Perrine. Byleby tylko ustało jej szaleństwo, które ją znowu napadło od czasu śmierci nieszczęśliwéj małéj Bruyére... Może Bête-Puante wie o tém, bo on zawsze tyle się troszczył o panią Perrine.
Krzyk orła, to hasło Bête-Puante znowu się rozległ, dzierżawczyni wzięła latarnię i spiesznie wyszła; przybyła do małych zarośli otaczających staw przy zwaliskach staréj piekarni i wówczas po trzykroć podniosła w górę latarkę, potem zgasiła ją i czekała.




12.
Wykradacz zwierzyny.

Czysty i pogodny księżyc rozlał po stawie srebrzyste światło swoje, a wkrótce na błyszczącéj się wokoło prędze, dzierżawczyni dostrzegła czarny cień ludzkiéj postaci, która jużto wyprostowana, już skurczona, czołgając się i przeciskając przez sitowie zmierzała w kierunku folwarku.
W kilka chwil później, Bête-Puante wyszedł z sitowia, i wydostał się na brzeg na którym czekała go drżąca dzierżawczyni.
— Czy Marcin przyszedł już? spytał wykradacz.
Dzierżawczyni zamiast odpowiedzi, zawołała załamując ręce
— O Boże!.. to pan, panie Bête-Puante, myślałam żeś pan gdzie tam w najgęstszym loesie: pan chyba nie wiesz że wachmistrz Beaucadet i jego żandarmi...
— Czy Marcin już przyszedł? niecierpliwie powtórzył wykradacz przerywając dzierżawczyni.
— Nie — panie Bête-Puante, odpowiedziała; jeszcze nie przyszedł.
I z pełnym bojaźni namysłem dodała:
— Nie śmiem prosić pana abyś wszedł do nas... panie Bête-Puante, bo pan niebardzo lubisz wstępować do cudzych domów.
— A nasz poczciwy Chervin jak się ma? spytał wykradacz nie odpowiadając na zaprosiny.
— Niestety! smutnie mówiła znowu dzierżawczyni, mój biédny mąż coraz to słabszy... Od owego dnia kiedy żandarmi przybyli aresztować małą Bruyére, i kiedy się utopiła, poczciwiec jak się położył tak jeszcze nie wstawał, do tego stopnia uczuł to wszystko... Ah! bo też mocno kochaliśmy tę biedną dziewczynę!
— Ona już umarła...i na dobre umarła; niemyślmy już o niéj, spiesznie i głucho powiedział wykradacz.
— A kiedy człowiek pomyśli, że nawet biednego jéj ciałka znaleźć niemożna było.
— Prawda, prawda, że nie można było znaleźć, odpowiedział wykradacz; w stawie pełno bezdennych wirów, pewno w który wpadło jéj ciało.
I jakby chciał przerwać tę smutną rozmowę, dodał;
— Mówisz więc, że nie lepiéj twemu mężyskowi?
— Jakie ma być lepiéj, panie Bête-Puante, śmierć tej biedaczki, ogłoszona licytacja naszego majątku... to wszystko razem w rozpacz go wprawia... nie wiemy co się teraz z nami stanie.
I nieszczęśliwa otarła łzy, które wobec męża powstrzymać umiała.
— Cóż robić, biedacy, prawo jest za panem hrabią...
— Tak, niestety!
— I do hrabiego Duriveau nie możecie miéć żadnéj pretensyi.
— Niestety! nie możemy.
— Niestety tak, niestety nie! szyderczym wybuchając śmiechem zawołał wykradacz.
— Panie Bête-Puante nie rozumiem.
— Mówię że hrabia jestto bardzo zacny człowiek, a jego syn bardzo miły młodzieniec! Ja ich bardzo kocham; ale dosyć tego. Poczciwy Chervin nie powinien wątpić o sobie, nie powinien leżeć w łóżku; owszem niech wstaje koniecznie, niech chodzi, niech nabierze odwagi... jeszcze go przecież nie sprzedano, a do jutra... daleko.
— Jakże chcesz panie Bête-Puante, aby mój mąż wstał, aby sił nabrał? kiedy nic jeść nie może, a do zsiadłego mleka wstręt czuje.
— Dziwna rzecz, zawsze szyderczo mówił Bête-Puante, a od lat sześćdziesięciu jada tylko zsiadłe mléko z czarną kaszą i popija studzienną wodę...
— Panie Bête-Puante, mój stary wcale nie jest delikatny, ale...
— Milcz, biedna owco, szczególnym tonem dzikiéj ironii i rozczulenia powiedział wykradacz... bo mnie okrutnie rozdrażnisz na wilków.
A potem zanurzył rękę w jednéj z głębokich kieszeni swojéj opończy i wydobył z niéj przepysznego bażanta, na którego szyi wisiał jeszcze drót w który się złapał.
— Masz tu dwuletniego koguta, gotuj go w garnku przez kilka godzin, dosyp szczyptę soli i tymianku a obaczysz, że jak się twój chory mąż napije tak doskonałego bulionu, zaraz odzyska władzę w nogach.
— O mój Boże! to ciągle wykradasz zwierzynę panie Bête-Puante, zawołała przerażona dzierżawczyni, machinalnie trzymając za szyję bażanta którego jéj wykradacz wetknął w rękę, a strażnicy?... a żandarmi? oni się sprzysięgli na twoję zgubę panie Bête-Puante, strzeż się zatem, żeby cię nie schwytali!
— A kiedy się napije tak zdrowego i lekkiego bulionu, bynajmniéj nie zważając na przestrach dzierżawczyni mówił daléj Bête-Puante, pewno będzie zdrowszy; bo on tylko z niedostatku choruje.
— Ale, panie Bête-Puante, ten bażant... to własność pana hrabiego... pochodzi z jego lasów, to jego zwierzyna... źle więc robimy, że...
— Po bulionie niech twój poczciwiec zje jednego z tych linów którego mu usmażysz na węglach... to lekkie, pożywne i smaczne.
To mówiąc wykradacz dobył z pod opończy dwa przepyszne liny, okrągłe, tłuste i na stopę długie, związane sitowiem przeciągniętém przez skrzela, i powiesił je na ręku dzierżawczyni tak że zabujały obok bażanta, którego poczciwa kobiéta zawsze machinalnie za szyję trzymała.
— Matko boska! zawołała; toś pan mimo żandarmów i mimo wszystkiego, znowu zastawiał w stawach swoje samołówki?
W tej chwili, dzięki wprawnemu słuchowi, wykradacz usłyszał w dali, poza folwarkiem, szmer kroków zaledwie dostępny jemu, którego zmysły lak były delikatne jak u dzikiego.
— To zapewne Marcin, zostaw nas.
I to mówiąc lekko popchnął ku domowi dzierżawczynię, która ciągle trzymała w ręku bażanta i obu linów; a pozostał sam w pobliżu zwalisk piekarni.
Przez jakiś czas Bête-Puanle chodził ponury, zamyślony, jużto słuchając niespokojnie coraz bardziéj zbliżających się kroków Marcina, już rzucając przenikliwy wzrok na drugi brzeg stawu, skąd dopiero od niejakiego czasu dochodził daleki i ciągle głośniejszy szum spadającej wody.
Wkrótce pomiędzy zwaliskami piekarni pokazał się Marcin, ujrzał Bête-Puanta, który naprzeciw niemu zdążał, podbiegł i chwytając go w swoje objęcia rzekł boleśnie wzruszonym głosem:
— Przebacz... Klaudyuszu... przebacz...
— I cóż ci mam przebaczyć, mój chłopcze? tonem ojcowskiéj przychylności spytał wykradacz.
— Niestety! Klaudyuszu, trzy dni temu, kiedyś się dostał do parku i wsunął aż pod zamek, aby mię widzieć... aby mi donieść...
Marcin przerwał sobie na chwilę, zadrżał, i znowu mówił wzruszonym głosem:
— Aby mi donieść o okrutnym wypadku, o którym na drugi dzień dowiedziałem się z twojego listu i...
Marcin znowu przerwał; łzy i łkania dokończyć mu nie dały.
— Odważnie... mój chłopcze,... rzekł mu wykradacz, odważnie... nie myślmy już o tym wypadku... Widziałeś żem groźnie powstał w chwili gdy Duriveau cynicznie biesiadnikom swoim wykładał swe szatańskie zasady... rzuciłeś się na mnie,... a broń którą miałem przy sobie, przypadkiem wystrzeliła... stąd cały hałas...
— Dobry jesteś Klaudyuszu; ale wyrzucałem sobie, że w szalonéj trwodze posądziłem cię o morderstwo,... ciebie... Klaudyuszu, ciebie!
— Przysięgam na Boga, który nas słyszy, mój chłopcze, uroczystym głosem rzekł wykradacz, że słusznem uniesiony oburzeniem, chciałem tylko w obec biesiadników dać panu Duriveau straszne i ostateczne napomnienie i wołać mu: żałuj, żałuj, póki jeszcze czas... i...
— Czyż mi na to potrzeba przysięgi? przerywając wykradaczowi zawołał Marcin; ty Klaudyuszu, miałbyś być mordercą, ty!...
— Przyjdzie dzień w którym będę zarazem sędzią i mścicielem,... głucho powiedział wykradacz; użyję prawa strasznego... ale nigdy morderstwa...
— Wiem Klaudyuszu, odpowiedział głęboko Wzruszony Marcin. O! powtarzam ci, że chyba tylko w obłędzie myśl podobną powziąć mogłem; ale gwałtowność słów hrabiego, słuszne powody twojéj nienawiści ku niemu...
— Zaraz pomówimy o hrabi; ostro rzekł wy krajacz, a twoja matka?
— Jeszczem jéj widzieć nie mógł, odpowiedział boleśnie znękany Marcin; lękam się zbyt silnego jéj wzruszenia. Osoba do któréj ją przedwczoraj przeniesiono, dała mi znać dziś rano że stan zdrowia kochanéj matki przynajmniéj nie pogorszył się.
Wykradacz zwiesił głowę i westchnął głęboko, a łza spływała mu z oczu i zgubiła się w siwéj jego brodzie.
Po krótkiém milczeniu, Marcin pokonywając wzruszenie odezwał się znowu:
— A Bruyére? moja biédna siostra?
— Pisałem ci że jéj nie grozi żadne niebezpieczeństwo... jednak mocno jeszcze osłabiona... Jutro będziesz ją mógł widziéć.
— Biédne dziécię, z goryczą powiedział Marcin, dowiedziałem się jednocześnie... o jéj istnieniu i o nieszczęściach które ją tak wcześnie nawiedziły... tak wcześnie... Ale nie zwodzisz ty mię Klaudyuszu? czy pewno obaczę ją jutro? czy istotnie nie grozi jéj żadne niebezpieczeństwo?
— Żadne... młodość jéj oparła się tylu ciosom... tylu wzruszeniom... a za jéj zdrowie ręczę, równie jak za to, żem ją wydobył z tego przeklętego stawu.
— Prawda... Klaudyuszu... zacny Klaudyuszu... znowu zostałem twoim dłużnikiem! Ty zawsze byłeś i jesteś moim gieniuszem opiekuńczym, rzekł rozczulony Marciu podając obie ręce wykradaczowi, który je silnie w swoich uścisnął; ale w liście naprędce napisanym nie mogłeś mi powiedzieć, jakim sposobem ocaliłeś siostrę od prawie nieochybnéj śmierci?
— Ukryty w lesie byłem świadkiem okropnéj sceny znalezienia dzieciątka — mówił wykradacz. Usłyszawszy że żandarm miał się udać na folwark dla przyaresztowania Bruyéry, chciałem wyprzedzić go. Gnałem ścieżki daleko bliższe niż zwyczajna droga, sądziłem że wcześniéj przybędę pod folwark, wydam krzyk dobrze znany twojéj siostrze, tém samém sprowadzę ją ku sobie, i będę mógł ostrzedz; ale na nie szczęście żandarmi zdążyli tam wprzód nim Bruyére usłyszała moje hasło. Przybywszy za późno ukryłem się w trzcinach rosnących w tym oto rowie... upustem przedzielonym od stawu. Bóg natchnął tą myślą...
— I wtedy...
— Widziałem przy blasku księżyca, jak nieszczęśliwa dziewczyna w staw się rzuciła... Mogłem ją ocalić.. szybko więc podniosłem upust przy którym twoja siostra upadła, a woda wlewając się w rów, uniosła do mnie to nieszczęśliwe dziécię walczące z śmiercią. Jedną ręką schwyciłem ją za odzież, a drugą spuściłem upust, i tém samém wstrzymałem zbytni przypływ wody, która roi już do pasa sięgała.
Wziąwszy potém twą siostrę na ręce, niosąc ją szedłem ciągle rowem, aż nakoniec wydostałem się z niego pewny, że mię już nikt nie widzi... wreszcie lasami przybyłem do kryjówki... resztę wiesz.
— A tymczasem na próżno szukano zwłok téj nieszczęśliwéj, którą okropne oskarżenie do samobójstwa przywiodło: nie wstrzymując dłużéj łez powiedział Marcin.
— Nędzni!... ją! ją o dzieciobójstwo posądzać!... wołał wykradacz; ją, biedaczkę, która ulegając niepokonanemu uczuciu wstydu i trwogi potrafiła ukryć przyjście na świat swojego dziecięcia, która dwa razy dziennie przychodziła karmić swoje niemowlę do mojéj kryjówki, o milę od folwarku. A ja widząc że mimo starań, to niewiniątko niknie w téj wilgotnéj i pozbawionéj powietrza jaskini, powziąłem nieszczęśliwą myśl zanieść to dziecię do Vierzon, gdzie kiedyś istniało koło dla podrzutków. Nie podobna, mój kochany, opisać ci okropnéj rozpaczy téj młodej szesnastoletniéj matki, gdym jéj uczynił ten projekt! niepodobna opowiedzieć jéj łez i rozdzierających krzyków; lecz nakoniec konieczność ocalenia dziecka przemogła... Ruszyłem w drogę ona mi prawie cały dzień towarzyszyła, to pokarmiając dziecię, to je całując, to łzami zalewając... Kiedy wypadło rozłączyć się... sądziłem że straci odwagę... jednak wszystko zniosła... Ale zaledwie dwadzieścia kroków uszedłem, znowu podbiegła.... ku mnie. „Jeszcze raz, ostatni raz” rzekła łzv połykając, i nowe nastały pocałunki, nowe narzekania... Strudzona padła na drodze... Ja, poszedłem daléj... aż słyszę za sobą przyspieszone kroki... była to jeszcze Bruyére. „Klaudyuszu... ostatni raz, o! niezawodnie ostatni!...” a ja który już odwykłem od płaczu, przecież zapłakałem... Nakoniec opuściła mię aby wrócić na folwark i nie wpaść w podejrzenie. Przybyłem do Vierzon... koło dla podrzutków przez oszczędność zniesiono tam na zawsze.. Mieszkaniec lasów, nie wiedziałem o tak uczciwém wyrachowaniu.
— Przez oszczędność? — powiedział Marcin patrząc na wykradacza jakby słów jego nie pojmował.
— Tak jest, przez oszczędność! — z wybuchem dzikiego śmiechu powtórzy! Bête-Puante; ale nie... co mówię?... to ostatnie schronienie które prawdziwie chrześcijański ksiądz otworzył dla nędzy, dla wstydu, lub żalu uwiedzionych dziewcząt, zamknięto nie przez oszczędność ale przez loikę... bo wiedziano że tym sposobem niezawodnie śmierć pochłonie większą liczbę dzieci, któreby w tém schronieniu znalazły macierzyńską troskliwość. Zamknięto koło dla podrzutków, bo lękano się z czasem zbytniego natłoku na uczcie życia.
— Ah! Klaudyuszu... to okropnie! rzekł Marcin kryjąc twarz w obu dłoniach; o! litości... litości!
— Masz słuszność... ironia na bok; nienawiści potrzeba! zawołał wykradacz, tak jest, hańba i sromota ludowi który nie błogosławi przyjściu na świat bożego stworzenia! który go nie przyjmuje jako dar boży z wdzięcznością i życzliwością... Tak jest, przekleństwo krainie która zrodzonego ubogo i opuszczonego uważa za nieszczęsny i niebezpieczny ciężar, a tém samém zmusza go na przyszłość do nędzy, niewiadomości, i częstokroć do zbrodni. Przekleństwo tym którzy mię niemal pozbawiają prawa użalania się na śmierć syna twojej siostry... A jednak... ulegając mimowolnemu rozczuleniu mówił daléj wykradacz... Gdybyś wiedział ile to bolesne patrzéć jak biédne, niewinne niemowlę powoli blednieje, gaśnie i w twoich oczach kona... Nie... mój chłopcze! ja ci nie umiem opowiedzieć jak się we mnie serce krajało owéj nocy, kiedy nie znajdując schronienia dla dziecięcia twojéj siostry, napróżno usiłowałem przywołać je do życia... Niestety! pomimo wysileń podróży i choroby byłoby jednak żyło, gdyby wracając znalazło potrzebną troskliwość... ale nie... nic i nic... o tak spóźnionéj godzinie, w nocy dżdżystéj i zimnéj, wszystkie domy były pozamykane... Czułem jak sztywniały, jak lodowaciały członki nieszczęśliwego dziecięcia; napróżno je tchem moim rozgrzewałem; zadrgało konwuisyjnie... jękło żałośnie, uśmiechnęło się jak aniołek i... skonało.
Po chwili milczenia którego Marcin nie miał siły przerwać, wykradacz spokojniejszym głosem mówił daléj:
— Poczytałem za święty obowiązek odnieść twéj siostrze... jéj dziecię... zawsze to jakaś ulga dla matki gdy może modlić się i płakać na grobie dziecięcia... Wróciłem więc do mojéj kryjówki z tym smutnym ciężarem; nieszczęsny traf sprawił że w dzień powrotu mojego z Vierzon odkryto moje schronienie; nie mogłem uprzedzić Bruyére; a biédna jednocześnie dowiedziała się o śmierci swojego syna i o ciążącém na niéj posądzeniu o dzieciobójstwo... to było za wiele... chciała więc umrzéć...
— Znasz teraz cierpienia ofiary, dodał wykradacz; jutro poznasz haniebne okrucieństwo kata, poznasz jak raz... raz tylko... twoja zawsze czysta... chociaż skalana... siostra... uległa gwałtownéj i nikczemnéj zasadzce. Straszne to wyznanie... które ze wstydu i bojaźni taiła w swojéj duszy, a prawie umierająca z pomieszania, przede mną tylko wyjawiła... twoja siostra sama jutro tobie powtórzy... tobie naturalnemu jéj mścicielowi... bo godzina zemsty już wybiła.
— Jaka godzina, Klaudyuszu?
— Godzina wielkiego przykładu... uroczyście odpowiedział wykradacz.
Nagle Marcin zawołał:
— Klaudyuszu, nie słyszysz ty tętentu galopujących koni?
— Słyszę go już od kwadransa... bo ucho moje wprawniejsze niż twoje.
— Cóż to jest? niespokojnie zapytał Marcin.
— Są to szukający mię żandarmi, zimno odpowiedział Klaudyusz. Oni tu zdążają... aby mię aresztować.
Wykradacz zdawał się tak obojętnym na grożące mu niebezpieczeństwo, że Marcin patrząc nań zdumiony, zawołał:
— Przybywają aby cię aresztować, i ty stoisz spokojnie Klaudyuszu?...
Bête-Puante, nie odpowiadając, wziął Marcina za rękę i wyprowadził ze zwalisk piekarni, do których obaj się schronili, wszedł z nim na tamę, i przy świetle księżyca pokazał mu w dali, na przeciwnym brzegu stawu, kilku żandarmów galopem pędzących po drodze wiodącéj wprost do folwarku.
— Żandarmi?... zawołał Marcin — uciekaj Klaudyuszu, uciekaj!
— O zbyt ważnych rzeczach pierwéj z tobą pomówić muszę.
— Ale za dziesięć minut tutaj przybędą!
Bête-Puante zaprzeczająco poruszył głową.
— Któż ich zatrzyma? — zapytał Marcin.
— Śluza... słuchaj!...
W rzeczy saméj, wśród głębokiej nocnéj ciszy, Marcin natężywszy słuch, usłyszał daleki szum silnego spadku wody.
— A więc podniosłeś upust, Klaudyuszu?
— Tak... od godziny... kiedym tu idąc dostrzegł tych jeźdźców na drugim końcu stawu... bo uważając po ich drodze, tu tylko zdążać mogli... i po nie innego, tylko po mnie.
— W takim razie masz słuszność, tama zalana a jeźdźcy będą musieli wrócić się.
— A dostawszy się na bagna i torfy z téj strony staw otaczające, to chyba za godzinę do nas zdążą, a za godzinę już mię nie znajdą. Teraz posłuchaj mię...
— Słucham cię... Klaudyuszu.




13.
Sędzia.

— Kilka miesięcy temu, mówił Bête-Puante, jak mi wykryto tajemnicę twojego urodzenia... byłeś za granicą; pisałem do ciebie... i wróciłeś do Francyi... opowiedziałem ci okropny postępek hrabiego Duriveau z twoją matką... która z rozpaczy straciła rozum... bo cię jeszcze w powiciu kazał jéj porwać i oddać na pastwę najsroższéj nędzy. Opowiedziałem ci, jak Duriveau... mój zły duch... pierwéj bez litości zraniwszy mi serce... mnie, który mu nigdy nic złego nie wyrządziłem... potém zelżywie zranił mój honor...
— Wiem... Klaudyuszu... wiem, to niegodziwe.... bardzo niegodziwe...
— Powiedziałem ci nakoniec, jakim sposobem prawnie i sprawiedliwie... miałem w mojém ręku... życie tego człowieka, który blady... z poddaniem się oczekiwał śmierci, jaką mu zadać miałem prawo; lecz że ufając obietnicy uroczyście zaprzysiężonéj, z któréj wkrótce potem drwił sobie, darowałem mu życie.
Na twarzy Marcina, gdy to słyszał, osiadł wyraz niewypowiedzianego rozczulenia i uwielbienia.
— O! mój przyjacielu! zawołał, jakiéjże w tém zdarzeniu dowiodłeś wielkości i wspaniałości duszy! Nie zapomnę tych słów które przed kilku laty, gdyśmy po długiém rozłączeniu raz się spotkali, do mnie wyrzekłeś nie wyjawiając że to o ciebie chodzi: „Słuchaj moje dziécię... wypadek ten posłuży ci za naukę: Bogaty i możny niegodnie skrzywdził nieznanego i ubogiego.... wyrządził mu krzywdę krwawą, mówiłeś.... krzywdę którą prawo dozwala śmiercią ukarać. Ubogi był uzbrojony...1 i rzekł bogatemu: — „Umrzesz...” „Moje życie w twojém ręku, czyń co chcesz” odparł bogaty. — „Posłuchaj mię, poważnie mówił ubogi — dotąd byłeś niegodziwcem, popraw się... bądź dobrym... ludzkim... przyjdź w pomoc cierpiącym... ty który jesteś bez litości, zaprzysięgnij mi ją: a żyć będziesz... lecz strzeż się; krzywda którąś mi wyrządził, na zawsze obrzydziła mi byt mój i zamieniła go w ciężar; jeżeli więc dopuściłeś się krzywoprzysięztwa, pamiętaj, że prędzéj lub późniéj upomnę się o to życie, które ci tylko dla tego zostawiam abyś je na dobre użył... Wtedy, sędzia i potępiony legną w jednym dole...” Bogaty przysiągł...
— Dobrze... ale daléj... z głęboką i gorzką ironią przerywając Marcinowi rzekł wykradacz; wyszydzaj bez litości moję głupią i występną ufność. Ha, byłem najgłupszym, najnędzniejszym z ludzi!...
— Nie mówiłbyś tego Klaudyuszu... gdy się dowiesz że przykład twój, jak pragnąłeś był dla mnie szczytną nauką.
— Nic rozumiem cię...
— Późniéj... i ja z kolei... i ja, choć nic miałem sposobności darowania życia temu, który mię skrzywdził... ocaliłem jednak od niezawodnéj śmierci... człowieka możnego... o! bardzo możnego... i pomny na twój wzniosły przykład... powiedziałem mu: „Życie... którém ci ocalił... zachowaj panie dla dobra ludzkości... władza twoja wielka... przyjdź wiec w pomoc cierpiącym bliźnim!”
— A czy i ten także... był krzywoprzysięzcą?
— Nie, Klaudyuszu,... ten się nie dopuścił takiej zgrozy, odpowiedział wzruszony Marcin; — ale owszem dotąd szlachetnie dotrzymał słowa... Widzisz więc... że słusznie mówiłem... iż, i tym razem wspaniałomyślność twoja nie została bez błogiego owocu.
— A ja ci powiadam, że i tym razem, byłem oszukany... występny, z dzikióm uniesieniem zawołał wykradacz, tak jest występny, bom darował życie nędznikowi, który mimo przysięgi, wyciska strumienie łez i wywołuje najokropniejsze nieszczęścia; nędznikowi, który chełpiąc się swojemi występki, uwiecznił je w swojéj rasie.. Nie, jam nie powinien był darowywać mu życia... nie, nie!.. a jednak, z poświęceniem osobistych uraz, czyniłem wszystko, aby go do żalu nakłonić, przypominając mu przysięgę... atoli nadaremnie usiłowałem rozczulić go, obznajomić ze złem jakiego się dopuszczał, z dobrem jakieby mógł świadczyć, a nadewszystko ze skutkami ułud które go sprowadziły z dobréj drogi; nadaremnie.... zrazu na moje napomnienia, na moje prośby i groźby odpowiedział szyderstwem i zniewagą... a potém, słyszałeś co głosił owego wieczoru.
— Niestety! nikt jeszcze nie objawił nigdy tak dzikiéj nienawiści dla wszystkiego co wzbudza szacunek i litość, ponurym głosem odpowiedział Marcin.
— Tak jest, najzuchwalsze szyderstwo ciskał on w twarz ludzkości, a jednak ostrzegałem go. Powiedziałem ci Marcinie... tobie, który także straszny masz rachunek z tym człowiekiem... powiedziałem ci dawniej... że tego już za nadto, powolność moja już wyczerpnięta, wybiła godzina sądu. A tyś mi odrzekł: „Cierpliwości, Klaudyuszu... mam nadzieje że jako służący przyjętym zostanę w dom hrabiego cierpliwości“... Otóż jesteś w jego domu... znasz ohydne jego zasady, widzisz złe jakie wyrządza... wiesz że jego syn... jego godny syn, jest katem twojéj siostry... Czyliż i teraz jeszcze powiesz mi: Cierpliwości?
A że Marcin, z nieopisanym wyrazem boleści milcząc patrzył na Klaudyusza, ten wiec zawołał:
— Odpowiadaj! czy pochwalasz mię? lub potępiasz? czy przekonałeś się że ten człowiek bez serca, bez wnętrzności, jest plagą nieszczęsnej naszéj krainy, któréj owszem powinien być dobroczyńcą, opatrznością... jak to mi zaprzysiągł w stanowczej chwili.... wobec śmierci!... Czy ten człowiek, ten milionowy bogacz, nic jest nieograniczonym panem rozległych włości, które jego ojciec nabył chytrością i lichwą, a które niegdyś były nagrodą zacności i oręża? A w tych obszernych posiadłościach, owocu niecnéj kradzieży, cóż widzimy? — Oto nieszczęśliwe istoty zbestwiałe niewiadomością, zdziesiątkowane trudem, głodem i chorobą; oto dzierżawców zubożałych uciążliwą opłatą, którzy hrabiemu oddają cały plon roli od rana do wieczora własnym potem skrapianéj. Dla nich praca, nieustanne troski, nędza i upadek.... dla hrabiego zaś spokój, dostatek, rozkosze, bogactwo!.. i niedosyć na tém... Nikczemny syn, żywy obraz nikczemnego ojca, odziedziczy te dobra oszustwem nabyte i uwieczni jego występki... I ten syn, może znowu będzie miał syna podobnego sobie... A tak téj części Francyi grożą wszelkie nieszczęścia, bo nielitościwy los chciał aby żyła pod dynastyą jakiegoś Duri’eau, dynastyą wyrodną, pod szczepem szczęśliwego oszusta, a mówią że czasy feudalizmu już minęły!... gorzkim wybuchając śmiechem zawołał wykradacz.
A potém, zwracając się do Marcina dzikim i stanowczym głosem dodał:
— Powiadam ci więc, że niezwłocznie należy dać przykład straszny, rozgłośny, zbawienny, któryby przeraził złych, a dobrych utrzymał na prawej drodze....
Marcin w milczeniu słuchał tych słów dzikiéj zapalczywości.
Nieraz zaczerwieniło się jego czoło, zaiskrzył się wzrok, nieraz zdało się że wstrząsa nim straszne postanowienie wykradacza.
Dopiéro po niejakieé chwili czułym i smutnym głosem odezwał się do Klaudyusza:
— Wiele i długo cierpiałeś Klaudyuszu.... a te cierpienia twoje pogorszyła samotność dzikiego życia na jakie się skazałeś od czasu jak....
— Dosyć tego... głucho zawołał wykradacz, jeszcze rana niezgojona.
— Tak jest... widzę ją, widzę tę krwawą ranę, będę więc milczał Klaudyuszu, nie przypomnę ci jakie katusze człowiek znosić potrafi, mianowicie człowiek z twém sercem kochany Klaudyuszu... ale najdotkliwsze cierpienia.... najsprawiedliwsze żale człowieka jak ty... nie skłonią nigdy do gwałtu lub morderstwa.
Zdziwiony wykradacz spojrzał na Marcina.
— Nie Klaudyuszu, jakkolwiek nielitościwym jest hrabia, jakkolwiek pogardy godnym za złamanie przysięgi, jakkolwiek wspaniałomyślnie z nim postąpiłeś, jakkolwiek sprawiedliwemi są uczucia twoje, nie masz jednak prawa rozrządzać życiem, któreś mu darował, bo to życie należy do Boga.
— Będę więc narzędziem Boga! srogim głosem rzekł wykradacz.
— Nie, sam prędko poznasz że do tego nie masz prawa, łagodnie i poważnie odpowiedział Marcin, samotność bowiem nie mogła przygasić w tobie świetnego i szlachetnego rozsądku, sprawiedliwego i wzniosłego ducha, którego nie umiano poznawać w tobie, gdyś pełnił skromne a zaszczytne obowiązki wiejskiego nauczyciela, któreś późniéj zamienił na koczujące i samotne życie. Klaudyuszu! dodał Marcin czule ściskając dłoń wykradacza, stary mój przyjacielu, jeżeli w dziwnych kolejach życia.... częstokroć stałem nad brzegami okropnych przepaści a nigdy w nie nie wpadłem... to dzięki tobie... i niezatartym zasadom które w sercu mojém Cyryla ojcowska twoja nauka, odkąd przez litość czuwałeś nade mną, biedném, opuszczoném dzieckiem, podobném tylu innym bożym stworzeniom o które mniéj dbają jak o polne zwierzęta... A więc Klaudyuszu! dla tego żem ci winien życie, serce i rozsądek... uwolnij mię od współudziału w twoich zamiarach, a dopomóż raczéj w spełnieniu celów moich....
— Twoich celów?
I wykradacz przenikliwie spojrzał na Marcina: jakież są twoje zamiary?
— Cel mój jest twoim celem Klaudyuszu... Różnimy się tylko środkami dopięcia go.
— Potrzebuję dać przykład...
— Damy, o! wielki damy przykład! uroczystym głosem rzekł Marcin...
— Straszny?
— A nadewszystko zbawienny... jak powiedziałeś. Wszak masz na celu Klaudyuszu, zachęcenie dobrych do wytrwania w dobrém... a niedozwolenie złym aby trwali w złém...
— I ukaranie złych za złe, które wyrządzili, tak aby ta kara trwogą przejęła wszystkich im podobnych.
— A jeżeli źli staną się o tyle dobrymi o ile byli złymi, Klaudyuszu? a jeżeli z nieludzkich staną się ludzkimi?
— Dobrymi? ludzkimi? powtórzył mocno zdziwiony Klaudyusz — to chyba nie idzie tu o hrabiego Duriceau... o twojego ojca...
Wyrazy twojego ojca, z okropną ironią wymówił wykradacz.
— Owszem, idzie o hrabiego Duriveau, mojego ojca.
— I o wice-hrabiego, twojego brata?
— I o wice-hrabiego, mejego brata.
— Bądź zdrów... już przesiąkłeś liberyą, już cię służba popsuła...
To powiedziawszy wykradacz nagle chciał się oddalić.
Marcin zatrzymał go, i rzekł smutnie wzruszonym głosem:
— Zbyt srogi jesteś dla mnie, Klaudyuszu.
— Boś nikczemny... bo się usuwasz od słusznej sprawy, bo już niema w tobie nic męzkiego... bo może zechcesz mi wychwalać cnoty hrabiego Duriveau, twojego ojca, i niewinną łagodność wicehrabi, twojego brata.
— Nie znam człowieka tyle samolubnego, tak przykrego i chciwego, tak dumnego jak hrabia Duriveau — krótko i surowo powiedział Marcin.
Wykradacz poruszył się zdziwiony.
— Nie znam duszy niedostępniejszéj wszelkiemu politowaniu, czułości, miłosierdziu; nie znam człowieka któryby objawiał tak cyniczną, tak nieubłaganą i wcieloną pogardę dla wszystkiéj pokornéj niedoli jak on... słyszałeś go owego wieczoru; znałem, mówię, hrabiego... ale nie sądziłem nigdy żeby z taką bezczelnością wyjawiał swoje bezecne zasady.
— I lękałeś się... drżałeś w twojéj liberyi.
— Tak jest, lękałem się, drżałem Klaudyuszu, łagodnie odpowiedział Marcin — lękałem się abym nie nadwerężał, nie zniszczył na zawsze świętego interesu, który mię zmusza do roli, jaką wobec hrabiego odgrywam... Widzisz jednak, Klaudyuszu, że mimo to niemniéj surowo sądzę tego człowieka, i wraz z tobą powiadam: tak jest, na tym człowieku podwójna cięży wina, bo rozległe posiadłości swoje mógł był przemienić w obiecaną ziemię a uczynił z nieb padół nędzy i płaczu.
— Czegóż więc chcesz? na co czekasz? ja cię nie pojmuję — z dziką niecierpliwością zawołał wykradacz. — A syn czyliż nie jest godny ojca?
— Cóż dziwnego, Klaudyuszu, że wychowany w takiéj szkole, Scypio jest takim, jakim go znasz? Nie, — tonem boleści i głębokiego politowania dodał Marcin, — nie znam przed wcześniejszego, okrutniejszego, bardziéj przerażającego wyrodka nad to dziécię, które z zimną pogardą igra z najhaniebniejszemi występki... jakby młodzik, którego już znudziły zbyt dziecinne na jego wiek zabawki; a on ma zaledwie lat dwadzieścia!
— A więc... chceszże wraz ze mną, strasznym i wielkim przykładem zmusić złych do dobrego?
— Strasznym? nie; tém się właśnie różnimy Klaudyuszu.
— I ty, coś dopiero najczarniejszemi kolorami odmalował portrety obu tych ludzi, mówisz jeszcze w ten sposób! No... widzę że w twoich żyłach wraz z krwią wyschła i nienawiść...
— Nienawiść?,.. nie Klaudyuszu. W dzieciństwie mojém odzwyczaiłeś mię od nienawiści, przykładem twojéj anielskiéj rezygnacyi i niezmiennéj pogody, wobec okropnego ubóstwa, gorzkich trosk i prześladowania.
— Minął już czas rezygnacyi, — ostro odpowiedział wykradacz; — zresztą nie chodzi tu o osobiste uczucia; ja nietylko własną zniewagę pomścić pragnę... Lecz kiedy człowiek ten nie przejmuje cię ani nienawiścią, ani zgrozą, czegóż więc doświadczasz?
— Doświadczam litości... Klaudyuszu.
— Litości! — z wybuchem dzikiego śmiechu zawołał wykradacz, — litości!...
— Tak jest, Klaudyuszu, doświadczam głębokiéj, bolesnéj litości, do któréj w dzieciństwie mojém przyuczyłeś mię, na widok fizycznego niedołęztwa, lub fizycznej bezkształtności...
— Powiedz raczéj potworności... ale to porównanie złe; bo chodzi tu o moralną potworność; a litować się nad tém, co niegodne współczucia, jest to pobłażliwość występna.
— A ja, powiadam ci Klaudyuszu, że nieszczęśliwe dziécię, które wychowane w występnéj atmosferze, gnije i upada, zasługuje na litość, i że byłoby nierozsądkiem poczytywać mu za występek chorobę, która go zabija....
— Prawda... chodzi tu o twojego brata, o to interesujące dziecię... zgoda, i o twojego ojca, bardzo rozczulającą osobę?
— I on, podobnie jak syn jego wychowany był w przewrotnym święcie... a jednak, jak ci wiadomo, miał natchnienia szlachetne przemijające wprawdzie, ale i te przyznaję, że obce były jego synowi....
— Basta! porywczo rzekł wykradacz; czas nagli... twoje ostatnie słowo?
— Powiem ci je, Klaudyuszu. Posłuchaj: Wyobraź sobie istotę dotkniętą straszną i zaraźliwą chorobą, którą z mlekiem matki wyssała... Jakiś człowiek przychodzi i powiada: „Śmierć téj nędzocie, a widok jéj katuszy na wszystkich tą samą co i ona dotkniętych chorobą, wywrze reakcyą tak straszną i zarazem tak zbawienną, że obawa podobnego losu, że sama trwoga je uleczy.“
— Cóż ztąd!... dobrze... tak postępują z szalonemi waryatami... i nieraz skutecznie... biorą jednego z nich i karzą go wobec wszystkich w sposób okrutny... wówczas trwoga wydobywa z ich ogłupiałego mózgu jakiś promyk rozumu, i wracają do swoich powinności; ale tu chodzi o człowieka najzdrowszych zmysłów, który z najokrutniejszym rozsądkiem ich na złe używa.
Podczas gdy wykradacz tych słów domawiał, ruchome cienie dwóch osób, które skurczone zdawały się zbliżać do zwalisk piekarni, odbiły się na rozjaśnionéj księżycem płaszczyźnie stawu.
Marcin i Bête-Puante, zbyt zajęci, nie postrzegając tego, dalszą wiedli rozmowę.




14.
Niespodzianka.

— Nie, Klaudyuszu, mówił Marcia do coraz bardziej zapalającego się wykradacza,... ja nie wierzę w wszechwładztwo strasznych środków... ludzkość gani je...
— Gangreny leczą rozpaloném żelazem.. a twój ojciec i brat aż do szpiku przegnili...
Po chwili milczenia, Marcin mówił dalej:
— Pozwól mi Klaudyuszu, niech ci przytoczę fakt dziwny, fakt prawie cudowny, którego byłem świadkiem, a który ci wyjaśni myśl moję. Panem moim był wówczas wsławiony lekarz, znakomity mędrzec, głęboki myśliciel. Raz przywołano go do chorego bogacza; zastaje on tego człowieka konającym, wyczerpanym przez zbytek rozkoszy; wycieńczona i zepsuta krew zwolna krąży w prawie wyschłych żyłach jego, już nie jako płyn życia, ale jako płyn śmierci. Najsławniejsi lekarze opuścili chorego, przepowiadając mu bliski koniec... Mędrzec, głęboki myśliciel, przypomina sobie wówczas jednę z tajemniczych, przerażających historyj, które wspominają o wpuszczeniu młodéj i dobroczynnéj krwi W wyczerpane żyły starca rozwiozłością zniszczonego.
— A wszakże ci mówiłem że potrzeba krwi! z dzikim tryumfem zawołał wykradacz.
— Nie, Kiaudyuszu, krwi nie trzeba; ale ta krwawa i kłamliwa historya na przedziwny pomysł naprowadziła mojego mędrca... Jedwabne i złote obicia, przesiąkłe zgubną wonią, pokrywając ściany tego wspaniałego mieszkania, utrzymywały je w półcieniu. Obicia te zerwano, a dobroczynne słońce zewsząd przenikło i wnet, z rozkazu mędrca, ściany ustąpiły miejsca mnóstwu zielonych gałązek, świeżym szczątkom drzew żywicznych i balsamicznych, obficie wyziewających gaz, który jedynie oczyszcza i używotnia powietrze; potém młode i silne mamki kolejno niosły do konających ust chorego swe żyzne piersi. O cuda! zaledwie ten ożywczy pokarm zwilżył jego wyschłe usta, zaledwie odetchnął zdrowém i świcżém powietrzem, jakie wyziewały gałązki ocieniające jego łoże, wnet czuje chory że do życia wraca! jego wycieńczona, zepsuta krew, odnawia się; już ocalony, żyje... a ocalenie jego nic potrzebowało ani łez, ani krwi... Czyste i posilne mleko, kilka świeżych i zielonych gałązek, promienie dobroczynnego słońca, oto narzędzia téj cudownéj kuracj[19]. To samo stanie się, mój Klaudyuszu, z obu nieszczęśliwymi, którzy wzbudzają we mnie tak wielką litość; pogarda, duma, surowość wzdymają ich serca, dusze ich i umysły występkiem są zepsute. Otóż Klaudyuszu! ja pragnę odrodzić te zgangrenowane serca, ja pragnę ocalić one wyrywając je z zepsutéj atmosfery i przenosząc wpośród zdrowych i czystych pojęć, gdzie uczują ożywczy żar wzniosłych myśli; ja pragnę nakoniec nieść tym chorym duszom pokarm równie jak macierzyńskie mleko, zarazem słodki, zdrowy i silny... Wówczas powiedz Klaudyuszu, powiedz przyjacielu, czy widok tych nieszczęśliwych wracających do duchowego życia, nie przedstawi tkliwego i rozczulającego przykładu?.. Czy przejście do szlachetnych uczuć któremi niegdyś gardzili... słowem czy ta przemiana ludzi złych w ludzi dobrych, nie będzie daleko żyzniejszą nauką, aniżeli straszny lecz niepłodny przykład o którym marzysz?
— Zostaw mię.... zostaw... bym się nie stał tak słabym, tak nikczemnym, jak sam jesteś, — porywczo rzekł wykradacz.... Zapominasz więc że hrabiego Duriveau wiąże uroczysta przysięga, że na wszelkie moje usiłowanie w zamiarze moralnego odrodzenia go, samą mi tylko pogardą odpowiedział?
— Żelazny jego charakter oburza się na wszelki przymus.
— A jego przysięga?
— Wiém Klaudyuszu, że się z niéj naigrawa, że z niej szydzi niegodnie... ale mimo to wszystko nie rozpaczam jeszcze.
— O ty masz mocną wiarę! tybyś chciał góry poruszyć! — z gorzkiém szyderstwem rzekł wykradacz.
— Ufam sobie, Klaudyuszu, bo względem hrabiego wyłączne zajmuję stanowisko... bo jestem jego synem, a kiedy on się o tém dowie.
— Będzie miał jeszcze jeden powód więcej do brodzenia w złém; powiadasz, że duma niedozwoliła mu uledz przymusowi, bądź pewny że tém bardziéj nie ulegnie on synowi... bękartowi.. jak powić znam ja go... Dosyć więc... dosyć... kapryś sobie kiedy chcesz... ale ja, pragnę dać przykład... przykład straszny... i dam go niezawodnie.
— Ach! przyjacielu, — zawołał Marcin, — sprawa twoja jest zbyt czysta, zbyt piękna, nic kalaj jéj więc gwałtem, a Bóg sam spełni twoje zamiary, sam ukarze zbrodnię.
Mimo dzikie postanowienie swoje, wykradacz nie mógł ukryć wrażenia jakie na nim wywierały słodkie, wzruszające, i przekonywające słowa Marcina.
— Może ma słuszność, — szepnął — gwałtowność to zła doradczyni... życie człowieka jakkolwiek niegodziwego... zawsze ważną jest rzeczą. — A gdyby mię nienawiść oślepiała... gdybym,... mimo tylu dowodów zdających się uprawniać czyn mój... ulegał nienawiści, a nienawiści osobistéj... wreszcie... mamże być sędzią zarazem i katem... jakkolwiek wielka jest zbrodnia... o to okropne!
Lecz wkrótce oburzając się przeciw tak zbawiennym i wspaniałomyślnym uwagom, wykradacz zawołał:
— Nie! nie! dosyć téj podłéj słabości!... a ty! ty mi nakazujesz politowanie, — potém z okrutną ironią dodał zwracając mowę do Marcina, — z wysokości sfery twéj wspaniałomyślności i obłąkujących cię nadziei, czy widzisz twą matkę... szaloną?... czy widzisz twą siostrę zhańbioną... siostrę, która musi albo uchodzić za umarłą, albo haniebnie stawać przed sądem sprawiedliwości, obwiniona o dzieciobójstwo! Czy widzisz, mówię z téj wysokości, obok bladych i łzami zalanych postaci twojej matki i siostry, obojętne i nielitościwe postaci hrabiego i Scypiona, wznoszące się u stóp swych ofiar?
— Tak jest, Klaudyuszu.. widzę smutne i miłe postacie mojéj matki i siostry,... tak jest, Klaudyuszu, w ciągu długiéj rozmowy naszéj, te drogie postaci ciągle stały mi na oczach.
— Czy i wtedy nawet gdyś mówił że hrabiego i Scypiona sprowadzisz na drogę wspaniałomyślnych uczuć! — zawołał wykradacz.
— Mianowicie wtedy, przyjacielu, liczę bowiem na moję matkę... na moję siostrę... że mi z czasem dopomogą do przekształcenia hrabi i jego syna w ludzi godnych...
— Nie, ty nie myślisz o tém, — zawołał zdumiony wykradacz; — twoja matka... twoja matka...
— Moja nieszczęśliwa matka... szalona, — łagodnym i stałym głosem powiedział Marcin; — ale ja jej rozum przywrócę.
— A twojéj siostrze czy przywrócisz honor?
— Tak jest, przywrócę...
Marcin mówił tonem tak silnego, tak nakazującego przekonania, mówił z taką wyższością, że wykradacz przez chwilę podzielał jego nadzieje... ale nagle, wyrzucając sobie swą słabość: drwisz!.,. zawołał, — bywaj zdrów.
— Klaudyuszu!... tonem bolesnego wyrzutu żywo zawołał Marcin, — ja mówię o mojéj matce.. o mojéj siostrze... o jednéj, szalonéj... o drugiéj, zhańbionéj... a ty sądzisz że ja drwię?
— Przebacz, — podając rękę Marcinowi rzekł wykradacz, — przebacz mi... nie, nie, ty mój zacny i wspaniałomyślny przyjacielu... ty nie szydzisz; ale sam siebie zwodzisz... Osiągnienie skutków o jakich wspominasz... byłoby... ale nie... nie, to niepodobna; jeszcze raz powtarzam, ty się zwodzisz... Szanuję ja twoje złudzenie;... ale...
— Jeszcze słówko Klaudyuszu... Pozwól proszę, na moje złudzenie... przez miesiąc od dnia dzisiejszego...
— Cóż przez to rozumiesz?
— Przyrzeknij mi, że przez miesiąc nic przeciw hrabiemu nieprzedsięweźmiesz...
— A potém? Jeżeli poznasz że się zwodzisz, biedna i szlachetna duszo... jeżeli przekonasz się że choroba którą uleczyć pragniesz jest nieuleczoną; jeżeli ten człowiek na nieszczęście w złém trwać nieprzestanie, cóż uczynisz? bo, widzisz jeżeli przypuszczam twoje domniemania,... szanuj także moje!
Oblicze Marcina dotąd spokojne, miłe i smutne, przybrało wyraz ponury, złowrogi. Po krótkim namyśle zaczął on znowu:
— Masz słuszność, Klaudyuszu,... i twoje domniemania także szanować winienem... wyznaję, żem nieraz sam myślał... ze zgrozą... o przerażającém przeznaczeniu złego.
— I w tych chwilach rozpaczy, — z dzikiem zadowoleniem spytał wykradacz, — jakiż był twój cel?... Tak jest, myśląc o wszystkich cierpieniach jakie Duriveau zadał twojéj matce... o niegodziwym wpływie tego człowieka, którego ani przysięga, ani twoje, jéj syna, tak usilne błagania zachwiać nie mogły... powinieneś był jednak...
— Klaudyuszu, — uroczystym głosem rzekł Marcin przerywając wykradaczowi, — przysięgnij mi, że przez miesiąc nic nie przedsięweźmiesz względem pana Duriveau... a po upływie miesiąca...
— Żandarmi, naprzód! — nagle zawołał grzmiący głos.
I szybko jak słowo, Beaucadet od niejakiego czasu z pięciu żandarmami zaczajony za zwaliskami piekarni, pod które się podsunął, rzucił się na Bête-Puanta, podczas gdy żołnierze obstąpili Marcina, który przerażony niespodzianym napadem, żadnego nie stawił oporu.
Ale inaczéj rzecz się miała z wykradaczem, mężnie i zajadle walczył on z przeciwnikami, którzy tylko z wielkim trudem zdołali go obalić na ziemię i włożyć mu kajdanki.
— Ha! przeklęta gadzino, — zawołał tryumfujący Beaucadet — mówiłem że cię schwycę prędzéj lub późniéj... i ażebyś wiedział jak, to ci powiem: oto konnych wyprawiłem przez groblę, a sam przyszedłem przez step; łotrze! żeś otworzył śluzę, myślałeś rozbójniku żeś bezpieczny? hę!
Wykradacz nie odpowiedział.
Beaucadet zwracając mowę do Marcina dodał:
— A ty, mój zuchu, przyjacielu od serca tego łotra, który pmjmuje pokłony od moich ludzi... mówiłem panu hrabiemu: działajmy skrycie, podstępnie... jak gdybyśmy o niczém nie wiedzieli... Totéż udawaliśmy że o niczém nie wiemy i oto jesteś schwytany.
— A o cóż to obwiniają mię?... zimno zapytał Marcin.
— O co cię obwiniają, niewiniątko? o zmowę z tym łotrem, co przed trzema dniami strzelił do pana hrabiego...
— Ja? wzruszając ramionami, rzekł Marcin, — kiedy mnie zranił,... chociaż wprawdzie tylko lekko.
— Właśnie, mój ptaszku... chcesz mię omamić, mój ty figlarzu... O! wiedziałeś ty dobrze że ta gadzina, ten Bête-Puante ukrywa się w krzakach, bo chciałeś oddalić od okna pana hrabiego, żeby go przypadkiem nie postrzegł. Byłeś z nim w porozumieniu, boś go opisał naumyślnie inaczéj, tak jakby naprzykład na mnie kto powiedział żem brzydki...
I po małéj przerwie, dodał:
— Ale otóż i pan hrabia z synem, bom ich kazał uprzedzić... Chcieli się sami przekonać o twojém łajdactwie, mój zuchu.
W rzeczy saméj hrabia Duriveau i syn jego wysiedli z lekkiego myśliwskiego pojazdu, Mimo poważnej sceny, która niedawno między niemi miała miejsce, najserdeczniejsze porozumienie istniało między ojcem a synem; słowem zdawało się że ją hrabia zupełnie zapomniał; znowu przybrał wobec Scypiona rolę młodego ojca.
Uwiadomieni o tym ważnym wypadku, mówiono im bowiem że wystrzał był skutkiem morderczego zamachu na życie hrabiego, i że jeden z jego służących miewał nocne schadzki z winowajcą; wreszcie uprzedzeni przez Beaucadeta o blizkiém ich aresztowaniu, pan Duriveau i Scypio zapragnęli sami należeć do téj wyprawy i naocznie przekonać się o prawdzie.
Na widok hrabiego, Beaucadet zawołał:
— Zwycięztwo... mamy rozbójników. Panie hrabio, sługa pański poddał się.... jak łagodny baranek... oddaję mu tę sprawiedliwość... ale Bête-Puante szarpał się jak zwierz wściekły.
Księżyc ciągle przyświecał. Hrabia i Scypio przybliżyli się do żołnierzy otaczających Marcina i wykradacza.
— A więc, niegodziwcze — nimeś służbę objął u mnie, miałeś zapewne styczność z tym włóczęgą, który niedość że moję zwierzynę kradnie, dybie jeszcze, jak się zdaje, no moje życie... a ja cię przecie w zaufaniu przyjąłem... Jakże tu wierzyć świadectwom i najlepszej rekomendacyi...
— Czyś ty młodzik jaki?... wzruszając ramionami odezwał się Scypio do hrabiego; czy ty wierzysz w przymioty koni zachwalonych przez handlarzy?... konie i lokai dopiero w użyciu poznać można...
Spokojny, zamyślony Marcin, łagodnie się uśmiechnął i nic nie odpowiedział.
— A ty... rzekł hrabia podchodząc do wykradacza — ty łotrze, dla czego chciałeś...
— Nazywam się Klaudyusz Gerard, przerywając hrabiemu, uroczystym głosem rzekł wykradacz.
— Klaudyusz Gerard! zawołał hrabia, cofając się blady i przerażony.
Ale wnet żywo przybliżył się do wykradacza aby lepiéj przypatrzyć się jego twarzy i przekonać o tożsamości, w którą wierzyć nie mógł; po kilkochwilowém przyglądaniu się rzekł wzruszony:
— Tak to on... to on sam...
— Któż to jest... ten Klaudyusz Gérard? — zapalając cygaro spytał Scypio, podczas gdy Beaucadet i jego ludzie, mocno tym wypadkiem zdziwieni po sobie poglądali.
— Klaudyusz Gerard!... — machinalnie powtórzył hrabia przywalony ciężarem wspomnień, jakie w nim obudzało nazwisko wykradacza.
— Duriveau... czy rozumiesz teraz? — rzekł wykradacz do hrabiego, który zrazu oniemiały, pognębiony, wnet znowu podniósł głowę i z dumną miną, z pogardliwym i szyderczym uśmiechem, zakładając ręce na piersiach, zawołał:
— Ah! to ty, wspaniały dobroczyńco... to ty, zacny moralisto! Więc pod przybraném nazwiskiem, od tak dawna włóczyłeś się po moich lasach, prześladując mię twojemi morałami? Doprawdy, sądziłem żeś ztąd daleko! Pytasz, czy rozumiem! Do licha... rozumiem, a zresztą... twoja wymowa nie trafiła do mojego serca... chciałeś spróbować czy kula twego karabina lepszy wywrze skutek... Ah! stary łotrze, to ty z bronią w ręku opowiadasz miłosierdzie!
— Nie prawda... jam nie strzelał do ciebie; ale dawno już powinienem to był uczynić, — rzekł wykradacz. Duriveau... przypomnij sobie twoją przysięgę...
— Ah!... ów liścik w la Châtre!... — szyderczym śmiechem wybuchając zawołał hrabia.
Wykradacz zwracając się do Marcina, rzekł mu po cichu:
— Słyszysz go... słyszysz?
— Ale, ale, i ja przecież chciałbym wiedziéć o co wam idzie, — powiedział Scypio do ojca. — Co to wszystko znaczy?
— Dowiesz się późniéj — odrzekł hrabia rzucając na wykradacza pełne nienawiści i pogardy spojrzenie.
A potem tonem młodego ojca i z najwyuzdańszém lekceważeniem, dodał:
— Czy widzisz tego człowieka? był to wiejski bakałarz... szalenie kochał się w ładnéj dziewczynie... która go tyle kochała o ile kochać można takiego kloca, który razi gburowatością a nudzi pedanteryą, to jest kochała go jak brata... Jam mu zdmuchnął tę ładną dziewczynę...
— To się wié, — zimno i nic wyjmując z ust cygara, powiedział Scypio.
— W kilka lat późniéj, w czasie polowania, traf zrządził żem spotkał żonę tego wielkiego pedagoga, który dla pociechy ożenił się... Do licha! pan bakałarz wcale niezły miał gust, była to bardzo miła kobiécina... Nie było go w domu. Uznałem za rzecz zabawną zdmuchnąć mu żonę... podobnie jak mu zdmuchnąłem narzeczoną.
— Czy słyszysz ich...tego ojca i tego syna? — głuchym i przerywanym głosem rzekł wykradacz do Marcina, bo go wściekłość dusiła.
— Słyszę, — odpowiedział mocno zasmucony Marcin.
— Ale djabli nadali, — mówił znowu hrabia, — że raz Klaudyusz Gérard niespodzianie przybył, i zastał mię u pani Klaudyuszowéj.
— Żona bakałarza! — rzekł Scypio tonem wyrzutu, — zawsześ się z tém taił przedemną. I śmiesz mi wyrzucać tę biedną Chalumeau!
— Bądź wspaniałomyślny, Scypionie... Tak więc, Klaudyusz Gérard schodzi mnie na najwystępniejszéj rozmowie z jego żoną. Miał przy sobie dubeltówkę. Wiedziałem że łotr dziki jak wilk... i zeznaję, miałem się za umarłego... zgadnij jednak co zrobił Klaudyusz?
— Słuchaj go... słuchaj... rzekł wykradacz do Marcina.
— Słucham... odpowiedział Marcin.
— Cóżby u djabła mógł uczynić ten Klaudyusz? — namyślając się powiedział Scypio... Żądał zapewne twojego worka lub życia?...
Wykradacz okropny wydał krzyk i tak gwałtownie się poruszył, ii tylko co nie zerwał krępujących go więzów.
— Klaudyuszu!... przyjacielu!... rzekł mu Marcin tonem słodkiego wyrzutu... uspokój się!...
— Zgadłeś, mój chłopcze, — odpowiedział hrabia synowi, — Klaudyusz żądał mojego worka.... ale nie dla siebie... bo to bardzo zacny człowiek... lecz dla tak zwanych swoich braci w ludzkości.
— Nie rozumiem... — rzekł Scypio.
— Jesteś bogaty, — mówił mi Klaudyusz.. przysięgnij mi więc że przyjdziesz w pomoc cierpiącym bliźnim... a daruję ci życie;... jeżeli nie przysięgniesz... umrzesz...
— Ej, bah! z zimném szyderstwem rzekł Scypio, — to jakaś nowa piosnka... pan bakałarz widzę filantrop, — a obracając się do wykradacza dodał:
— Powiedz mi, kochanku, gdyby wszyscy... oszukani mężowie podobnie tobie myślili... toby nic było ubogich na świecie...
— Słysząc te wyrazy syna, hrabia głośnym wybuchnął śmiechem...
Ale nowy wypadek przerwał tę jego wesołość.




15.
Wygnanie.

Dzierżawca i dzierżawczyni folwarku Grand-Génevrier, przebudzeni hałasem i tętentem koni, wstali i wkrótce dowiedzieli się o przybyciu hrabiego Duriveau.
Wystawieni na całą okropność wygnania z folwarku, postanowili chwycić się ostatecznego środka. Zalani łzami, błagalnie załamując ręce, oboje z pokorą zbliżyli się ku hrabiemu właśnie w chwili gdy Scypion wystąpił z zuchwałém swojém szyderstwem.
— Panie hrabio... drżącym głosem rzekła dzierżawczyni, na imię boskie! zlituj się nad nami...
— Co to? z wyniosłą niecierpliwością spytał hrabia. — Coście za jedni? i czego chcecie?...
— Jestto Chervin dzierżawca tutejszego folwarku, a ja jego żona, drogi panie. Wszystko nam zabrano... wypędzają nas stąd gdzieśmy czterdzieści lat mieszkali... Pracowaliśmy zawsze z całéj siły, i nigdy żadnéj krzywdy nie wyrządziliśmy nikomu;... jeżeliśmy się opóźnili z opłatą, to nie nasza w tém wina... i wypędzasz nas za to drogi panie, cóż nieszczęśliwi na starość poczniemy?...
— Niestety! prawda, — mówił dzierżawca, który bardziej niż jego żona pomieszany, dotąd mówić nie śmiał, — cóż się z nami stanie, panie hrabio?
Pan Duriveau zrazu pogardliwie słuchał tych pokornych błagań; lecz wspomniawszy nagle iż to zdarzenie nastręcza mu właśnie sposobność, że się tak wyrazimy, wprowadzenia w wykonanie całej swojéj pogardy dla obietnicy jaką niegdyś zaprzysiągł Klaudyuszowi Gérard, rzekł mu:
— Słyszysz, wspaniały dobroczyńco, słyszysz twoich, tak zwanych braci w ludzkości... cieszy mię prawdziwie, że mi to zdarzenie dozwala przekonać cię jak cenię obietnicę którą mi gwałtem wyrwałeś.... i na którą byłby przystał każdy bezbronny, byle tylko umknąć szponom tak dzikiego zwierza. Uważaj bacznie, mości Klaudyuszu Gérard, na wszystko co się stanie. Utrzymujesz, iż nie strzelałeś do mnie, co łatwo udowodnisz; skoro będziesz wolny... obaczymy czy będziesz śmiał spełnić groźbę, któréj dotąd w nadzwyczajnéj dobroci twojéj do skutku nic przywiodłeś.... Ja ci nawet sam dostarczę do tego powodów... wszakże to nie mała z mojéj strony delikatność?
A obróciwszy się do Beaucadeta, hrabia dodał:
— Wachmistrzu, ponieważ po dokonaném oszacowaniu, zajęto ruchomości folwarczne, proszę cię więc, biorąc zresztą na siebie całą odpowiedzialność, abyś natychmiast wygnał dzierżawcę z tego domu i abyś dla zachowania porządku i całości méj własności pozostawił tu jednego z twoich ludzi przynajmniéj do jutra rana, aż nadeślę osobę która obejmie zarząd folwarku.
— O wielki Boże!... niestety!... wypędzać nas.... o téj godzinie... zawołała przerażona dzierżawczyni; a mój mąż tak osłabiony, tak chory... ależ on chyba umrze ze zgryzoty, mój drogi panie.
— Panie hrabio!... przynajmniej przez litość.... racz nam zostawić dni kilka! — błagającym głosem rzekł dzierżawca.
— Ich łóżko... które prawo zostawia wywłaszczonym... wyrzucić natychmiast z folwarku, zimno powiedział hrabia do Beaucadeta.
Gdyby obecność wykradacza, tego żywego wyrzutu, tego mściciela, nie była do najwyższego stopnia rozdrażniła dumy hrabiego, nie byłby on jéj zwalczyć usiłował, nie byłby wystąpił z taką nielitościwą surowością (bo gdyby nawet wydał podobny rozkaz, nigdyby nietowarzyszył jego spełnieniu); ale obawa aby nie uległ przerażeniu, i nieubłagane przeświadczenie że za nim przemawia prawo, dla którego wszystko poświęcał, posunęły pana Duriveau do tego opłakania godnego czynu.
Co powiedział to spełniono.
Skutkiem rozdzierającéj sceny, jaką każdy łatwo Sobie wyobrazi, okrutnie wygnano z folwarku dzierżawcę i jego żonę, wpośród nocy i mimo ich błagań.
Wykradacz i Marcin, niemi i obojętni towarzyszyli téj exekucyi.
Skoro jéj dopełniono, hrabia wyzywającym i pogardliwym tonem rzekł do wykradacza:
— Teraz Klaudyuszu Gérard, jeżeli śmiesz, do widzenia... nie ode mnie zależéć będzie rychłe twoje uwolnienie... jednak... czekam cię nieustraszony.
I wziąwszy się z synem pod ręce odszedł do powozu.
— W chwili gdy wsiadać mieli, Beaucadet rzekł hrabiemu:
— Panie hrabio... przyszła mi myśl wyborna... może Marcin ma spólników w pańskim domu, nim więc dowiedzą się o ujęciu tego łotra, racz pan za powrotem, przejrzéć jego stancyę... i zachowaj u siebie klucz od niéj aż do jutra... Tym sposobem wszystko zastaniemy na miejscu skoro o świcie przybędziemy dla dokonania dalszego śledztwa.
— Masz słuszność, panie Beaucadet, powiedział hrabia; uczynię to jak tylko wrócę do zaniku.
Wsiadł z synem do powozu i szybko oddalił się.
— No, daléj w drogę bydło przeklęte, — wracając do więźni, zawołał Beaucadet.
— I cóż! Marcinie, zwolna rzekł wykradacz, masz jeszcze nadzieję?.. a twoje złudzenia?... biédna szlachetna duszo! biedny marzycielu!
Marcin nie odpowiedział... przytłoczony zwiesił głowę.
W kilka chwil późniéj, więźniowie i żandarmi wyruszyli z folwarku Grand-Génevier.
Chervin i jego żona, zalani łzami, przejęci zimném, siedzieli na słomie wyrzuconéj z ich łóżka, nad brzegiem stawu, o kilka kroków od folwarcznych zabudowań.
Biédna, poczciwa Robin, płakała u stóp swego państwa i jak mogła najlepiéj ich pocieszała.




16.
Stancya Marcina.

Skoro hrabia Duriveau wrócił do zamku, natychmiast udał się do swojéj sypialni, a wziąwszy świecę przeszedł obszerną gotowalnią i wązkiemi schodami spiesznie udał się do mieszkania Marcina, rodzaju ciemnego, powietrza pozbawionego poddasza, zaledwie pięć stóp wysokiego i prawie niemieszkalnego; lecz hrabia nie zważał na to, bo chodziło mu o to aby pierwszego pokojowca miał tuż pod ręką.
W stancyi téj były drugie drzwi tuż przy schodach, wiodących do mieszkań innéj służby; hrabin zamknął naprzód te drzwi i klucz schował do kieszeni, potém postawił świecę na stole i ciekawy wzrok powiódł wkoło siebie. Ale z powodu niskości sufitu, zmuszony zgiąć się nieco, naiwnie rzekł sam do siebie:
— Nie pojmuję jak tu żyć można!....
I zaczął swoje poszukiwania; te nie mogły być długie, bo cały sprzęt tej izdebki składał się z drewnianych sztalug na których wisiała odzież Marcina, małéj komódki z bielizną, stolika, dwóch krzeseł i łóżka.
W komodzie nie znalazł nic podejrzanego, nic coby mu mogło wyjaśnić naturę stosunków Marcina z Klaudyuszem Gérard, przezwanym Bête-Puante.
Po nadaremném usiłowaniu odkrycia téj tajemnicy, hrabia już chciał wyjść, kiedy w ciemnym kącie spostrzegł starą, zamykaną walizę. Czémprędzéj więc zbiegł do swojego gabinetu, wziął zprzed kominka obcęgi i używając ich zamiast lewaru, w kilku minutach podważył zamek.
Naprzód uderzyła go w oczy kwadratowa paczka, na dwa lub trzy cale gruba, starannie owiązana ceratą; znajdował się na niéj następny adres:

Do pana barona de Frugen.

Pan Duriveau, niemało zdziwiony, natychmiast tę paczkę otworzył i pod ceratą znalazł małą drewnianą skrzynkę na klucz zamkniętą; na wierzchu téj skrzynki była szeroka koperta zawierająca list zapieczętowany i plikę papiérów. List brzmiał następnie:

Panie!

„Dołączoną tu skrzynkę wręczy panu, zasługująca na zaufanie osoba.
„Stosownie do rozkazu jaki pan zapewne otrzymać musiałeś, racz panie Baronie tę skrzynkę wraz z listem w téj kopercie zawartym, jak można najprędzéj przedstawić Księciu Jegomości.

„Mam honor być najniższym sługą.
Marcin.“

Zapieczętowany list z napisem: Do własnych rąk Jaśnie Oświeconego Księcia, mieścił w sobie kluczyk, którym się zapewne otwierała skrzyneczka.
Hrabia osłupiał z zdumienia; nie wierzył własnym oczom; z wzrastającém zdziwieniem dwakroć odczytał list Marcina. Jakież stosunki jego pokojowiec mógł miéć z księciem?
Człowiek ten, który bez najmniejszego skrupułu śmiał otworzyć walizę swojego sługi, który się bez wahania dopuścił najwiekszéj bezwzględności, jednak namyślał się czy ma ten list otworzyć; ale przemogła zbyt silna pokusa: uległ jéj i drżącą ręką odpieczętował list i czytał co następuje:

„Mości Książe!

„Oto Pamiętniki które czytać pragnąłeś. Oddawna już, jak miałem zaszczyt oświadczyć Waszéj Książęcéj Mości, nawykłem prowadzić rodzaj dziennika mojego życia.
„Od chwili, kiedy skutkiem błędnego i kłopotliwego bytu, zostałem świadkiem lub aktorem szczególnych przygód, osądziłem za rzecz ciekawą, nauczającą, a nawet użyteczną dla mnie (w licznych zdarzeniach miałem dowody téj użyteczności) pisać i zachowywać to memento.
„Oprócz kilku uwag które tu i owdzie pozwoliłem sobie zastosować do Waszéj Książęcéj Mości, Pamiętniki te opowiadają moje życie, poczynając od dzieciństwa aż do obecnéj chwili, są takiémi jak je napisałem przed i po dniu, w którym traf przybliżył mię do Waszej Książącéj Mości.
„Pierwszym warunkiem tego rodzaju pracy, tak przynajmniéj ja ją pojmuję, jest bezwzględna, nieubłagana szczerość. Temu obowiązkowi nie uchybiłem nigdy.
„Sądzę że surowe zdania o mnie samym objawione z powodu szczególnych okoliczności życia mojego, nadają mi prawo do równéj dla drugich surowości.
„Długoletnie i nauczające wypadki życia, doprowadziły umysł mój do dojrzałości, rozwinęły mój rozsądek, ukształciły moje zdanie, utrwaliły moje zasady.
„Starałem się oddać w Pamiętnikach moich tę powolną przemianę pojęć, przekonań i uczuć, które wpośród tysiąca wypadków, wiodły mię od dobrego do złego.
„W dziecinnych latach, mało się zastanawiałem, ale żem w owéj epoce opowiadał wszystko co dotyczy mojego dzieciństwa i młodocianego wieku; stosownie zatém do rozmaitych zwrotów opowiadania, na początkowych kartach znajdzie się odbicie niedbałości i wesołości tego wieku... Później dopiéro zacząłem badać przyczyny rozmaitych faktów, jakie co dzień w oczach moich miały miejsce.
„Jeżeli w ciągu życia pełnego przygód, zboczyłem kiedy z prawéj drogi, aby późniéj wrócić na nią na zawsze, może te nieszczęsne zboczenia raczysz Wasza Książęca Mość przypisać towarzystwu, w jakie opuszczony sieroto byłem rzucony.
„Racz Wasza Książęca Mość zezwolić na wyznanie: że nie dla zadosyć uczynienia życzliwéj Jego i zaszczytnéj dla mnie ciekawości, zebrałem niniejsze karty od tak dawna spisane, lecz że uczyniłem to w nadziei, iż może zdołają mocniéj jeszcze utwierdzić Waszą Książęcą Mość w wspaniałomyślnych Jéj dążeniach.
„Zbyt pokorne i nieznane — a nawet dla tego że pokorne i nieznane — życie moje, zawiera w sobie niejaką naukę. Szczéra historya człowieka, który przeszedł rozmaite koleje, który widział to co ja widziałem, doświadczył tego co ja, nie może zostać bezowocna dla Waszéj Książącéj Mości; pod wielu bowiem względami jest ona historyą ogromnej większości biednych i samym sobie zostawionych ludzi... czyli raczéj historyą rozmaitych warunków życia ludu.
„Racz nakoniec Wasza Książęca Mość zachować przekonanie o rzetelnéj méj przychylności. Wielki i święty obowiązek który spełnić powinienem, nie dozwoli mi już może nigdy wyjechać z Francyi; lecz racz Wasza Książęca Mość być przekonanym, że na zawsze zachowam pamięć wysokiéj Jego dobroci, że co dzień dziękuję Bogu iż mi dozwolił ocalić życie które od Ciebie Panie zależy uczynić drogiém i szacowném dla ludzkości...

Mam zaszczyt być Waszéj Książęcéj Mości najpokorniejszym sługą.
Marcin
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niepodobna opisać nawału wrażeń jakim ulégł hrabia czytając list ten; niepodobna skreślić niecierpliwéj, że nie powiem żarliwéj ciekawości, z jaką otworzył małą skrzyneczkę zawierającą Pamiętniki Marcina.
Składała je wiązka rozmaitéj wielkości papiérów, widocznie w różnych epokach zapisywanych; część tych Pamiętników skutkiem czasu już była pożółkła.
Hrabia Duriveau schwycił rękopism, szybko wrócił do swojego pokoju, zamknął się i przy blasku lampy zaczął czytać Pamiętniki Marcina.
Piérwsza godzina po północy wybiła na wieży zamku Tremblay.

Koniec wstępu i tomu drugiego.


PAMIĘTNIKI MARCINA.
Część pierwsza.[20]

1.
Limousin i pies Jego.

Niepewne tylko i niedokładne zachowałem wspomnienie o wypadkach które poprzedziły ósmy lub dziesiąty rok życia mojego. Z téj jednak, już tak odległéj przeszłości, pozostała mi w pamięci piękna młoda kobiéta, któréj zgrabne palce prawie ciągle szeleściły wrzecionami narzędzia do robienia koronek, pełnego świetnych mosiężnych szpilek. Ten dźwięczny szmer wrzecion, jedyną sprawiał mi radość...sądzę że go jeszcze słyszę; lecz wieczorem radość ta przemieniała się w uwielbienie: spoczywając w maleńkiém mojém łóżeczku. Widziałem jak ta młoda kobiéta, niezmordowana robotnica (może matka moja) pracowała przy blasku świecy, któréj ogień podwajała szklanna kula napełniona wodą; widok tego promieniejącego ogniska wprawiał mię w jakieś oślepienie, w jakiś zachwyt któremu sen dopiéro zwykle kładł koniec.
Późniéj, jak mniemam, choroba na długo wspomnienia moje przerwała.
Atoli, od początku jedenastego roku życia wspomnienia moje są żywe, ciągłe, dokładne a mianowicie co do osób, nie do uwierzenia wierne.
W dziesiątym czy jedenastym roku służyłem za pomocnika i rozrabiacza wapna u mularza zwanego Limousin: ciągle uległy i pilny włóczyłem się za nim jak cień; to téż zwykle gdy nas widziano idących: oto Limousin i pies jego, mówiono.
Według miejscowego zwyczaju, dźwigałem na barkach szaflik z rozrobioném wapnem, które podawałem mojemu panu. Ciężar ten był tak wielkim dla mojego wieku, mianowicie gdy trzeba było dostawać się aż na szczyty budowli, że na długo nabrałem zwyczaju chodzenia pochyło i ze zwieszoną głową; postać moja nawet nieco się skrzywiła; lecz późniéj, dzięki szczególniejszym środkom, znowu się wyprostowała.
W każdéj porze roku chodziłem bez czapki, boso, odziany zaledwie kilku łachmanami, które poprzednio nosił Limousin. Pamiętam że miałem stare, żółtawe wełniane spodnie, posztukowane różnokolorowemi łatami; przypadły na mnie odbywszy dwie kampanie z Limousinem, który je sam otrzymał z piątéj czy szóstéj ręki. Dzięki szczupłości mojéj kibici, te spodnie, poszarpane na kolanach, przytrzymane za pomocą sznurka w pas wprowadzonego, marszczyły się wkoło mojéj szyi a przecięte ich kieszenie służyły mi zamiast rękawów. Ta osobliwsza odzież, powleczona stwardniałym gipsem, przesiąkła odwieczną tłustością, więcéj miała w sobie cząstek muru niż jakiejkolwiek materyi; nie darła się, ale rozpadała; lecz Limousin dowcipnie zaradzał temu zniszczeniu, zalepiając je odrobiną cienkiego gipsu w wodzie rozpuszczonego i gładząc potem naprawione miejsce swoją piękną mosiężną kielnią o rękojeści ze słoniowéj kości.
Codzienną żywność, którą dostawałem o dziewiątéj rano i o trzeciéj popołudniu, stanowił kawałek twardego i czarnego chleba, oraz ogon i głowa wędzonego śledzia, spojone za pomocą grzbietowéj kości; Limousin resztę ryby zachowywał dla siebie; ja zaś znajdowałem nieskończenie więcéj smaku w ogonie jak w głowie.
Wieczorem, wróciwszy z roboty, pan mój dwa razy na tydzień przyrządzał coś nakształt rosołu, który innych dni jedliśmy na zimno; poczém kładliśmy się spać na sienniku, przykrywając się, zwłaszcza w zimie, niby piernatem sianem wypchanym.
Wbrew powszechnemu zwyczajowi współziomków swoich, pan mój z końcem jesieni nie wracał do swojej siedziby. W pobliżu dosyć wielkiego miasta, którego nazwiska nie pamiętam, pozwolono Limousinowi zbudować sobie lichą lepiankę na krzemienistym i opustoszonym gruncie, i tam mieszkaliśmy.
Przez cały ciąg fabrycznéj pory, majster mularski w mieście ciągle używał Limousina. Jeżeli później trafiła się jeszcze jaka pilna mularska robota, Limousin podejmował się takowéj; jeżeli nie, to pracował jako grabarz, ja tymczasem zbierałem po drogach gnój koński, który Limousin układał w kupy i koszami sprzedawał jednemu miejskiemu ogrodnikowi.
Kładliśmy się spać o zachodzie słońca, a wstawaliśmy o wschodzie, niepotrzeba więc było nigdy palić świécy: podczas tęgich mrozów, kiedy zabrakło roboty, długie zimowe noce, a czasem i dni, przepędzaliśmy w jakiejś lodowatéj odrętwiałości, wielce zapewne podobnéj do letargicznego uśpienia jakiemu w ciągu zimy ulegają niektóre zwierzęta.
Niebyło to ani czuwanie ani sen, ale pewien rodzaj chwilowego zawieszenia życia i potrzeb jego; pamiętam że gdy nastały wielkie śniegi, nieraz dzień i dwa nic nie jadłem, a najmniejszego głodu nieczułem: stan ten jednak niebył zresztą zbyt dotkliwy. Zdawało mi się że czuję jak krew moja oziębia się stopniowo, jak krzepnie szpik w moich kościach; po tém wrażeniu prawdziwie bolesném, następowała znośna ociężałość, trwająca dopóki tylko leżałem nieruchomy, sam w sobie skupiony; atoli za najmniejszém poruszeniem okropnie cierpiałem.
Cztéry lub pięć razy na miesiąc, tojest każdéj niedzieli, to pracowite, trzeźwe i monotonne życie, zmienialiśmy w sposób najdziwniejszy.
Limousin byłto człowiek słuszny, chudy, kościsty, silny, miał blizko pięćdziesiąt lat; według zdania towarzyszy swoich wyglądał jakby zawsze o czémś marzył; charakteru łagodnego i jednostajnego, pilny, zręczny i niezmordowany robotnik, najmniejszą piosnką nie rozweselił nigdy swojéj roboty; ciągle milczący, zdawał się żałować nawet słów, a nieraz skorośmy wrócili do naszéj chatki, aż do rana i jednego wyrazu do mnie nie przemówił.
Lecz w niedzielę, Limousin zupełnie się zmieniał.
O świcie świątecznego dnia, służąca miejskiego oberżysty przybywała ze swoim osłem dźwigającym koszyk, w którym znajdowało się: kawałek solonéj słoniny, kilka twardych jajek, pół bochenka białego chleba i mała baryłka zawierająca w sobie około dziesięciu butelek krajowego wina. Po wejściu służącéj drzwi nasze zwykle zatarasowaliśmy. Limousin stawiał baryłkę tuż przy naszym sienniku, na nim umieszczał słoninę i jaja, poczém pił póty aż zupełnie zmysły postradał.
Nie zapomnę nigdy jak raz Limousin, wychyliwszy już parę butelek wina, ale zachowując jeszcze jakiś ład w myślach, wyłożył mi następną dziwną teoryę pijaństwa:
— „Widzisz Marcinie, mówił, niedziela do mnie należy; gdybym się upijał częściéj, byłbym cały tydzień pijany, a co większa leniwy, zazdrosny, kłótliwy i z czasem, kto wié, może i złodziéj, a nawet i co gorszego... Widzisz... życie byłoby dla mnie zbyt uciążliwe, zbyt nędzne, gdyby miało trwać bez końca, bez ustanku, jak te wielkie drogi, te ogoniaste wstęgi długie na cztéry lub pięć mil, po których idąc, ustają człowiekowi nogi od samego widoku ich nieścignionéj okiem równości.
„Ja zamiast nieskończonéj ogoniastéj wstęgi mojego głupiego istnienia (pełnego gorącego piasku i ostrych kamyków), widzę co niedziela kryształowe wodospady, kwieciste góry, zaczarowane pałace, słowem, mój chłopcze, mnóstwo przepysznych i rozkosznych rzeczy; to téż dla tego patrzę na piękne pałace jak na bydlęce chléwy, a na ich parki jak na kretowiska.
„W poniedziałek, kiedy wrócę z tych moich przechadzek, cóż mi to szkodzi, że przemęczyć muszę sześć nieznośnych dni? Alboż w końcu nie widzę znowu niedzieli?
„Nie piję nigdy w szynkowni; tam, pijaństwo prowadzi do kłótni, do gniewu, tam, wrzawa, obelgi, bijatyka, tam, psuje się fantazya, traci godność swoją; ja zaś nie piję dla kłótni, nie dla tego żebym miał lubić wino,... ten nędzny towar,.. (piłbym wódkę, gdyby była zdrową); ale piję, i mam prawo pić dla tego — abym cztéry lub pięć razy na miesiąc, wędrował sobie stąd..; sam niewiem dokąd. Nie lepiéj-że to jak żyć po wściekłemu?
„Prawdziwi pijacy podobnie czynią, tylko się nie zastanawiają.
„Jan Piotr pije, aby zapomniał iż przez cały tydzień nasłuchał się wrzasku dzieci płaczących z głodu i jęku żony narzekającéj na nędzę, pije jak ci powiadam, dla tego aby zapomniał że to samo słyszeć będzie i na przyszły tydzień.
„Szymon pije, aby zapomniał iż słyszał i znowu słyszy swoję starą i chorą matkę jęczącą od poniedziałku do soboty.
„Inni nakoniec piją, aby wypoczęli po zabijającéj pracy.
„Wiem ja że niepotrzebujący zapominać ani o nedzy ani o trudach, którzy za swoje pieniądze mogą dostarczyć sobie wszelkiego rodzaju rozrywek i uczciwych zabaw, upijają się jednakże przez miłość dobrego wina, a mówią gdy nas również widzą pijanymi:
„O! bestye, o prosięta, tożto dopiero muszą być nałogowe pijaki, kiedy tak szkaradny napój połykają siedząc w cuchnących szynkowniach!.
„Lecz po całotygodniowym niedostatku, pracy i troskach, gdzież biédacy znajdziemy uczciwe rozrywki lub delikatne uciechy, odpowiednie sile nas*zego worka i niewiadomości w jakiéj żyjemy? gdzież nadewszystko znajdziemy zapomnienie tego co nas o rozpacz przyprawia?“
Limousin trzymał się wiernie i stale swoich zasad o pijaństwie; ale skoro się zabrał do roboty, a zabierał się do niéj niezmiennie co poniedziałek, trudno było widzieć pracowitszego, rozsądniejszego, trzeźwiejszego i uczciwszego robotnika.
Raz spytałem go dlaczego nie upija się co wieczór, skoro w tém taką przyjemność znajduje? odpowiedział mi surowo:
„Albobym kraść musiał abym się miał za co upijać, a kraść nie chcę; albo tyle zarabiać abym się mógł co dzień upić; zarabiając zaś tyle, byłbym już dość szczęśliwy i nie potrzebowałbym upijać się dla zapomnienia.“
Teraz pojmuję prawdziwe znaczenie słów mojego pana, teraz uderza mię ich trafność.
Opuszczone dziécię, żyłem długo w ubóstwie i wszelkiego rodzaju boleściach, przekonałem się że w téj klassie ludu pijaństwo rodzi się z potrzeby zagłuszenia w sobie nieszczęść i okrutnego niedostatku; i dlatego też w ludziach pędzących byt najprzykrzejszy, najopłakańszy i najnieszczęśliwszy, pijaństwo rozwija się w przerażający sposób, a zmniejsza się i rzadszém staje w miarę jak stan ich polepsza się nieco, o ile jak nauka rozwija ich rozsadek; atoli i tu są wyjątki. W lat kilka po rozstaniu się z Limousinem, zostałem poufałym domownikiem wielkiego pana, o którym późniéj wspomnę. Chociaż miody, chociaż właściciel ogromnego majątku, choć miał żonę bogatą w cnoty i wdzięki... nieraz jednak potajemnie musiałem go szukać w najbrudniejszych szynkach Paryża, gdzie po całych nocach pił w najohydniejszém towarzystwie. Nieraz o świcie, na śmierć opiłego, wprowadzałem skrytemi drzwiami do starożytnego, okazałego pałacu, który od dwóch wieków stanowił własność jego szlachetnej rodziny, odziedziczoną po ojcu, a którą i on przekazał zapewne synowi, bo miał syna.
Prawie nieuniknione nadużycie bogactw bez pracy nabytych, wstręt do wzniosłych rozkoszy, przesycenie, sprowadziły tego zamożnego pana do jednego punktu z Limousinem, biednym, na wszelki niedostatek narażonym mularzem.
A tak, bogaty szukał zapomnienia zamożności w pijaństwie hałaśliwym i kalającém... ubogi zaś szukał zapomnienia swojego nieszczęścia w pijaństwie satnotném.
Co niedziela, zamknięty cały dzień z Limousinem w pustéj naszéj lepiance, głodny, zdziwiony i przerażony, byłem świadkiem niedorzeczności i dziwactw do jakich wino doprowadzało mojego pana.
Czasami Limousin prosił mię abym odgrywał podrzędne role w dziwnych scenach jakie tworzyła jego bezprzytomność; gdyż opilstwo jego, zresztą zawsze spokojne, jużto wybuchało prawie komiczną dziwacznością, już nabierało charakter smutku, aż do łez posuniętego.. nigdy jednak nie budziła w nim ani goryczy ani nienawiści. Niekiedy znowu Limousin nagłos, i dorywkami, opowiadał cudowne widzenia które go zachwycały, albo téż rozmawiał pocichu z urojonemi istotami.
Najczęściéj wyobrażał sobie w swych złudzeniach że sam jeden tylko jest posiadaczem wszystkich parasoli we Francyi (gdyż przy zdrowych zmysłach zawsze marzył o posiadaniu jednego z owych olbrzymich niebieskich lub czerwonych parasoli, jakich zwykle używają mularze; ale aby urzeczywistnić to marzenie, musiałby był odmówić sobie na długo świątecznego wina, a na taką ofiarę zdobyć się nie mógł). Wyznać winienem, że w tych chwilach daleki od chciwego nagromadzenia sprzętów, pan mój owszem wspaniałomyślnie rozdawał je komu ich brakowało, wyłączając wszakże od téj szczodrości ludzi, którzy jeździli powozami; nieubłagany w tym względzie, wyszukiwał jak najenergiczniejszych wyrazów na pognębienie chciwości tych samolubów, którzy bezpotrzeby, opakowywali się parasolami tego biédnego świata. W tych samotnych komedyach, ja przedstawiałem tłumy którym pan mój rozdawał miliony parasoli, zastępując je swoim wiechowatym kijem.
Potém, gdy ambieya Limousina przybrała wznioślejszy popęd, sądził, że jest ubrany jak tambour-major, z pióropuszejmna głowie, laską w ręku, że jedzie na wozie ciągnionym przez sześć białych koni, okrytych szkarłatnemi czaprakami. (Co do liczby, koloru i ubioru tego zaprzęgu, był nieprzekonany). Zapewne, w oczach Limousina, suknia tambour-majora musiała być ideałem przepychu; siedząc na kulawym stołku, pan mój lewą pięść oparł na biodrze, a w prawem ręku trzymał łokieć i chwiejąc się posyłał z niego, w jedną i drugą stronę pełne życzliwości ukłony; a ja tymczasem zastępując męzką część tłumów, z całéj piersi wrzeszczeć musiałem:
Niech żyje poczciwy Limousin!...
Wkrótce potem przedstawiałem znowu żeńską część motłochu, i piskliwym głosem wołałem:
Niech żyje piękny Limousin!
To podwójnie pochlebne wynurzenie uczuć, pan mój przyjmował pełnym uprzejmości i zalotności uśmiechem.
O ile zapamiętać mogę pozbawione związku słowa Limousina, w ciągu tego rodzaju nieprzytomności, mniemał on, że go jednogłośnie uznano, najpiękniejszym i najzacniejszym ze wszystkich mularzy na całym świecie; jakoż zaraz wychodził na spotkanie swych obiorców i przyjęcie ich po bratersku i z przepychem, w świątyni Salomona. Potém następował cudowny opis tego miejsca, które mię podziwieniem przejmowało. W ówczas zawsze prawie, zgłodniały, bom nie śmiał tknąć nawet okruszyn uczty pana mojego, wzdychając słuchałem wyliczania potwórnéj uczty jaką Limousin wyprawiał swoim kielniowym braciom, a posługiwało mu dwunastu apostołów poprzebieranych za dzikich ludzi (zapewne z tém wyliczaniem łączyło się wspomnienie jakiego wiejskiego obrzędu. Uczta zdawała mi się bardzo smaczną ale monotonną; bo składały ją tylko kiełbaski i korniszony.
Po tak komicznych marzeniach następowały częstokroć pełne melancholii widzenia, które pana mojego aż do łez rozczulały.
Pamiętam iż raz zdawało mu się, że widzi i słyszy matkę wszystkich małych dziatek, podobnie mnie od samego prawie urodzenia na ciężką pracę skazanych, a które niedostatek, wyczerpanie i choroby, nieraz zbyt wczesną śmiercią przypłacają.
Ta matka z niecierpliwością, radością i niepokojem oczekiwała na powrót licznych swoich dzieci; z radością: bo spodziewała się że je wkrótce ujrzy; z niepokojem; bo się opóźniały.
Dla rozpędzenia swych trosków, poczciwa matka, jak najspieszniéj przygotowywała niezliczoną ilość łóżeczek, ale dzieci nie przybywały.
Wówczas matka chodziła to tu, to tam, słuchała, poglądała w dal...i nic nie dostrzegła... prócz zapadającej nocy.
A skoro nadeszła noc... biedna matka!! — mówił Limousin, który zdawał się dzielić jéj macierzyńskie troski, a opowiadał je łkającym głosem.
Nakoniec ta wspólna matka usłyszała w oddaleniu lekki i zgiełkliwy szmer, który się coraz bardziej przybliżał....
— Oto moje dzieci! wołała zalana łzami radości; a że ją mocno raził blask księżyca, ręką więc zakrywała oczy, z obawy aby nie oślepła, a szczęśliwa usiłowała wdali rozpoznać dziecięcy orszak...
Lecz rzecz szczególna! szmer coraz się wzmagał, coraz się przybliżał... a matka nic nie widziała...
„Wierzę bardzo że nic nie widzisz... biedna poczciwa matko, wzruszonym i opiłym głosem mawiał Limousin. Widzenie to opowiadał on przerywając sobie od czasu do czasu długiemi przestankami, — „wierzę bardzo, że nic nie widzisz, bo nie słyszysz tupania orszaku drobnych dziatek, ale lot tysiąca ptasząt; szmer ten odzywa się nad naszemi głowy... Patrz... patrz... oto są... księżyc zaszedł za chmury... oto twoje dziatki... patrz... jak wszystkie blade i skrzydlate... Oto są... te małe kochaneczki... jest ich sto, tysiąc, milion... Czy słyszysz ich jak świegocą dotykając cię swojemi skrzydełkami... jak mówią swoim słodziutkim głosikiem: „Bądź zdrowa matko... my już nie cierpiemy... my już jesteśmy oswobodzone... O!... patrz, poczciwa matko... jak się górę wznoszą... i jeszcze... i jeszcze... oto już są w obłokach... tak wysoko, wysoko, że się wydają jak malutkie białe punkciki w pośrodku gwiazd. No, dobra matko... odwagi... one już nie cierpią... Ah! tam do licha!!... ona nie odpowiada... matko... ona się chwieje... pada... umarła!... Na honor ona do prawdy umarła!... Patrz, cóż to za białe światło wzlatuje i unosi się tam w górę gdzie wzleciały te małe skrzydlate dziatki?... dobrze... otóż i księżyc kryje się za wielką czarną chmurę... I ja to samo uczynię... Dobra noc...“
I Limousin padał na siennik, wyczerpany, ogłuszony podwójném upojeniem, w którém wyobraźnia równy miała udział jak wino. Kolejno to rozweselony, to rozczulony, to przerażony temi opowiadaniami lub dziwacznemi monologami, prawie każdą niedzielę przepędzałem w gorączkowym wzruszeniu, a w nocy dziwaczne sny przedłużały dla mnie bezprzytomność mojego pana.
W poniedziałek rano, Limousin budził mię jak za zwyczaj; jego twarz, ruchy, głos wczoraj tyle ożywione, dziś wróciły znowu do dawnéj spokojności i oziębłości; po wczorajszym nadmiarze słów następowała milcząca flegma.
Pan mój wtedy ze zwykłym zapałem wracał do codziennego zatrudnienia, najpierwszy stając do roboty a ostatni od niéj odchodząc; ale przez cały tydzień zaledwo kilka razy do mnie przemówił.
Nim daléj postępję w opowiadaniu, winieném wspomnieć o osobie grającéj znakomitą rolę w moich wspomnieniach.




2.
La Levrasse.

Osobą o któréj mam mówić, był handlarz koczujący, znany w okolicy pod nazwiskiem la Levrasse. Człowiek ten zdawał się oddawna zostawać w ścisłych stosunkach z Limousinem; bo wbrew zwyczajom samotnego życia naszego, nieraz, wieczorem, miewał długie i ciche rozmowy z moim panem; a z kilku poruszeń, z kilku wyrazów i spojrzeń jakie między sobą zamienili, wniosłem że mówią o mnie; alem nigdy nie poznał przedmiotu ich tajemniczéj gawędy. Pamiętam tylko że raz Limousin po takiéj rozmowie żądał abym mu pokazał to co nazywał moją relikwią. Był to stary, posrebrzany guzik z herbem, który nosiłem na szyi zawieszony na sznurku; nie dowiedziałem się nigdy jakim sposobem, lub kiedy ten przedmiot do mnie się dostał, zresztą małą przywiązywałem doń wagę i tylko z przyzwyczajenia go zachowywałem. Limousin napatrzywszy się przez kilka minut z zamyśloną miną mojéj relikwii, oddał mi ją i późniéj raz mi tylko o niéj wspomniał; powiem niżéj przy jakiéj okoliczności.
La Levrasse używał swéj handlarskiéj professyi jako płaszczyka do pokrycia wszelkiego rodzaju ryzykownych rzemiosł: na pozór przedawał po wsiach śpiewki, kalendarze, i pobożne obrazki; ale w rzeczy saméj praktykował czarnoksięztwo, rzucał lub zamawiał uroki u zwierząt, oznajmiał gdzie się znajdą stracone przedmioty, léczył choroby które, jak mówił, unosił z sobą w tajemniczym worku (a wszystko za pieniądze); nakoniec pokryjomu przedawał czarnoksięzkie książki, jak np. wielkiego i małego Wojciecha, a szczególniéj książki i ryciny sprośne.
Późniéj dopiéro dowiedziałem się o tych i innych szczegółach. Mimo że koczujący handlarz podróżował po różnych stronach Francyi, a nawet, jak mówiono, zachodził aż do Paryża, nigdy jednak podczas pięknéj pory roku nie pokazywał się w mieście lub jego okolicach, bo wtedy pełnił rzemiosło kuglarza. Zimą tylko i to długiemi przerwami wracał do naszego miasta; nikt nie znał jego mieszkania; bo posłuchania i rady udzielał w domach klientów którzy go przyzywali, a nigdy nikogo w własném mieszkaniu przyjąć nie chciał.
Twarz tego młodego jeszcze człowieka łatwo można było zapamiętać; zupełnie niezarosły, nawet i z brwi ogołocony, na głowie miał włosy czarne jak atrament i długie jak u kobiéty; zaczesywał je po chińsku, a gęsty warkocz spinał ołowianym grzebieniem ponad swą bladą i trupią twarzą, ciągle się prawie krzywiącą, albowiem la Levrasse znęcał do siebie tłumy widzów, jużto przez swoje koncepta, już przez grymasy i nadzwyczajność ubioru. Mimo tylu komicznych żywiołów, widok téj twarzy był raczéj złowrogi jak śmieszny; jego żółte, okrągłe, przenikliwe jak u drapieżnego ptaka oczy, wklęsłe i prawie niedostrzegalne usta, oznaczały chytrość i złośliwość.
Niezarosły podbródek, dziwaczny ubiór, złożony z okrągłej kamizelki futrem obszytéj i osobliwszego kroju kurtki różowéj, którą nosił na wierzchu spodni, zyskały mu żeński przydomek la Levrasse[21] bo jak mówiono, dzień i noc jak zając biegał po górach i bezdrożach.
Wielki, kary osioł zwany Lucyper, obładowany pakami książek i obrazków handlarza-czarownika-kuglarza, miał także wyłączną fizjonomią. U przebitych uszu jego kołysały się dwa olbrzymie kolczyki. Dzięki ciężarowi tych błyskotek, uszy Lucypera zamiast stać do góry, wyciągały się horyzontalnie, a szeroki, także mosiężny pierścień, pełen symbolicznych znaków, przeprowadzony przez nozdrza osła uzupełniał kabalistyczną ozdobę, i stosował jego powierzchowność do powierzchowności pana.
Roztropność Lucypera równie znano w okolicy jak jego złośliwość: jeżeli bijąc kopytem w ziemię umiał wskazać godzinę, jeżeli zatrzymywał się przed najromantyczniejszą z całego towarzystwa dziewczyną podczas gdy la Levrasse rozdawał kalendarze i śpiewki, to częstokroć także, jakby w napadzie szaleństwa rzucał się na widzów, usiłując poszarpać ich zębami. Osioł napawał mię równą trwogą jak i pan jego; to téż po tajemnych odwiedzinach jakie la Levrasse oddawał wieczorami Limousinowi, całe nocy w gorączkowéj bezsenności przepędzałem.
Podczas ostatniéj u nas bytności, handlarz-czarnoksiężnik, długo i pilnie mi się przypatrywał, potém przyciągnął mię do siebie i urągając z mojéj boleści, wyciągał mi stawy w ręku i nogach aż trzeszczały, poczém wielce zadowolony, coś po cichu powiedział Limousinowi, który porywczo i gniewnie odparł:
— On?... nigdy... nigdy.
Od téj pory panmójniewidywał już więcéj handlarza, który opuścił go rozgniewany mrucząc jakieś złorzeczenia.

W skutku téj rozmowy, pan mój kazał mi, abym strzegł mojéj relikwii jakby nieoszacowanego skarbu, ale bliżéj się w tym przedmiocie nie tłómaczył.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Takieto prawie zwierzęce życie zagłuszało Wprawdzie, lecz nie zdołało przygasić wrodzonej we mie czułości.
Nieraz owładnęło mię jakieś mimowolne rozrzewnienie; serce moje wzdymało się i żywiéj biło; oczy kąpały się we łzach, a niepokonana potrzeba przywiązania się do kogokolwiek, czyniąc mnie posłuszniejszym i pilniejszym w pracy, obudzała we tonie uczucie przychylności; ale zawsze obojętnie lub szyderczo odpychali mię ci wszyscy którzy byli jéj przedmiotem.
I tak, nieraz wróciwszy do naszéj lepianki, szczęśliwy żem wiernie dokonał trudnych prac moich, sadziłem, nie wiem dla czego, że na zimnéj twarzy mojego pana dostrzegam wyraz zachęcającéj dobroci: chwytałem go za rękę, i zalany łzami, całowałem ją z całém wylaniem mojéj duszy.
Limousin, zapewne zgoła tego uczucia niepojmując, patrzył na ranie zdziwiony i wzruszywszy ramionami, cofał swą rękę mówiąc:
— Dobrze Marcinie, dobrze; leżeć, mój chłopcze.
Zupełnie jakby chodziło o psa nudzącego swojemi pieszczotami.
Wówczas serce mi z bólu pękało, kładłem się na sienniku, tłumiłem westchnienia, kryłem łzy z obawy abym nie stał się natrętnym, abym pana nie pobudził do śmiéchu... i we łzach zasypiałem.
Po nadaremnych usiłowaniach wzbudzenia jakiejkolwiek przychylności w moim panu, widząc że oznaki mojego przywiązania dziecinnego przyjmuje z głęboką obojętnością, a może nawet z niecierpliwością, wpadłem w zupełne zniechęcenie.
Teraz daleko doświadczeńszy, pojmuję i przebaczam Limousinowi tę jego oziębłość; jego tryb życia odłączył go, że tak powiem, od realnego świata... cały zapas czułości i sympatyi, wyczerpał on w złudzeniach którym się oddawał w stanie opilstwa; zimny zwykle i smutny, wtedy wylewał łzy rozrzewnienia, najtkliwsze objawiał uczucia, lub wpadał w najszaleńszą wesołość; ofiara więc mojego przywiązania musiała być dla niego zupełnie obojętną.
Odrzucony przez niego, starałem się znaleźć inną przyjaźń.
Tego roku, w jesieni, pracowaliśmy nad naprawą wiejskiego domu którego właściciele nie byli obecni; zdawało mi się żem wzbudził jakieś zajęcie w ogrodniczce, tłustéj i silnéj dwudziestoletniéj dziewce, która jużto przechodząc koło naszéj fabryki, pomagała mi dźwignąć ciężki szaflik; już znowu w obiadowéj godzinie poczęstowala owocem, lub wprowadzała do swojego mieszkania abym się ogrzał po kilkogodzinnéj pracy na deszcze i zimnie.
Zachowałem głęboka w sercu wdzięczność za tyle dobroci Katarzyny; sądząc zaś że tej wdzięczności dowiodę najlepiéj, skoro jéj wynurzę uczucie, jakiem mię natchnęła; ulegając wreszcie nieprzezwyciężonéj potrzebie przywiązania i wylania się, potrzebie podwojoneéj jeszcze oziębłością pana mojego, bojaźliwie, ze łzami w oczach, z sercem przepełnioném nadzieją i czułością rzekłem téj dziewce:
— Panno Katarzyno,... chciéj mi pozwolić abym cię kochał! jesteś panna tak dobra dla mnie!
Barczysta dziewka spojrzała na mnie wielkiemi, okrągłemi oczami, w których zrazu malowało się zdziwienie; potem głośnym wybuchła śmiechem tak że aż się cała zatrzęsła, i zawołała:
— Kiedyś ty taki mały!
I znowu patrząc na mnie i jeszcze bardziéj zanosząc się od śmiechu dodała:
— Patrzajcie... taka żaba?... w tym wieku?... a już.
I dodawszy jeszcze kilka słów grubiańskich i dla mnie wtedy niezrozumiałych, niby żartem, niby dla nauki, porządnie ugodziła mię drewnianym trzewikiem.
Jeżelim nie powiedział téj dziewce, której zwierzęce zepsucie posądzało mię o cyniczną przedwczesność:
Pozwól abym cię kochał jakbym kochał moje matkę, ja który nigdy matki nie miałem; to dlatego, że zbrakło mi słów na wyrażenie czystych i niepewnych westchnień ku macierzyńskiemu przywiązaniu, którego nigdy nie znałem, którego jednak nieopisaną słodycz niepewnie przeczuwałem.
To téż widząc jak Katarzyna przyjmuje ofiarę mojego przywiązania, mimo wrodzonéj łagodności poczułem w sobie jakąś instynktową odrazę.
Ten nowy zawód nie zgasił w méj duszy pragnienia przywiązania, ale napoił nowém i gorzkiém zniechęceniem; szukałem wtedy pociechy w błędném wspomnieniu owéj pięknéj kobiéty, którą widziałem pracującą przy mojéj kolebce, w zgrabnych palcach obracającą szeleszczące wrzeciona, przy świetle owéj promieniejącéj kuli, któréj blask w dzieciństwie mojém wzbudzał radość i podziwienie. Ta miła istota wówczas objawiała mi się jako opiekuńcza wieszczka moich lat niemowlęcych; atoli te tak dalekie, tak powikłane wspomnienia, nie mogły uczynić zadosyć dręczącéj mię żądzy czułości.
Wkrótce po okropnym zawodzie ze strony Katarzyny, znowu nabrałem odwagi, znowu zapragnąłem przyjaźni. Zwróciłem był uwagę na młodego cieślę, z którym pracowaliśmy nad naprawą wspomnionego domu wiejskiego; młodzieniec ten obdarzony łagodnym i czułym charakterem, nieraz uprzejmie do mnie przemawiał... Pewnego dnia w obiadowéj godzinie siedziałem na kamieniu, smutny, zakłopotany, niespokojny, myśląc jakby go zaczepić; Wtem widzę Beaucerona (tak się nazywał ów rzemieślnik), przechodzącego wraz z Katarzyną; mój kąsek chleba i śledzia wypadł mi z ręki.
— Cóżto! nie jesz mój chłopcze? mile spytał Beauceron uderzając mię po ramieniu.
— Nie je, zanosząc się od śmiechu przerwała Katarzyna, bo ma zmartwienie.
— Jakie zmartwienie? spytał Beauceron.
— Bo przed kilku dniami ten smarkacz, i Katarzyna znowu wybuchła śmiechem, chciał... ale bo, widzisz... chciał być moim kochankiem, (sposób wymienia Katarzyny był bardzo dobitny.
— On! zawołał Beauceron, podzielając wesołość Katarzyny; w jego wieku... no, widzę to szczenię... nie źle już wyuczone.
Zarumieniłem się ze wstydu i boleści; chciałem odpowiedzieć, ale drżący głos zastygł mi w gardle.
— Ah! ah! ab! zaczął znowu Beauceron jeszcze głośniejszym wybuchając śmiechem... to mi psiak... nawet jeszcze dobrze nie wyleniał.
Słysząc te grubijańskie szyderstwa już nie wstyd, nie boleść, ale gniew uczułem.
— Nie nazywaj mię psem... śmiało rzekłem Beaucoronowi, ja nie jestem pies.
— Ty, przerwał Beauceron, ty nie masz ani ojca ani matki... tyś jeszcze mniéj jak pies, tyś syn...
Nie mogłem zrozumieć obelżywego znaczenia ostatniego wyrazu; jednak bicie sercu, wrzenie krwi mojéj przekonało mię o wielkości zniewagi. Chociaż dziécię, po raz piérwszy poznałem uczucie nienawiści i ślepéj wściekłości i już miałem się rzucić na Beauccrona niepomny na jego siłę; wtem ocuciło mię wspomnienie słów: nie masz ani ojca, ani matki, które sprowadziły tak dotkliwą dla mnie zniewagę; gniew ustąpił, serce mi się gwałtownie ścisnęło, sił mi zabrakło i zakrywszy twarz rękami, łkając padłem na kamień na którym siedziałem.
— No, nie płacz Marcinie: cóż u diabła? czyż się trochę pośmiać nie wolno? powiedział mi poczciwy Beauccron, tknięty mojemi łzami. Ach! on tylko żartował wraz z Katarzyną, jak umieją żartować owe biédne istoty którym obce wszelkie wykształcenie.
— No, mój kochanku, biorąc mię pod brodę rzekła Katarzyna, pójdź do mnie, dam ci kilka łyżek grochowej zupy, to osuszy łzy twoje.
Lubo wdzięczny byłem Katarzynie za jéj dobre serce, nie przyjąłem jednak téj ofiary; dziesiąta wybiła, stanąłem znowu do roboty i tym razem jeszcze zawiedziony w nadziei znalezienia przyjaciela.
Wówczas, skołatany, stroskany i zniechęcony... zacząłem rozmyślać... że każdéj niedzieli pan mój, dzięki pijaństwu, usuwał się od smutnéj rzeczywistości... że się pocieszał cudowném złudzeniem...
Limousin i jego uczty niedzielne, ciągle mi stały przed oczami, tém bardziéj że częstokroć bierną grałem rolę w tkliwych lub komicznych scenach, jakie wtedy wywoływała jego rozogniona wyobraźnia.
Kiedym słuchał dziwnych monologów, cudownego opisu zaczarowanych krojów, po których pan mój przebiegał, nieraz obudzała się we mnie pełna trwogi ciekawość.
Dziwi to może czytelnika że idąc za przykładem Limousina, nie nabrałem chęci upicia się, zaraz tego samego dnia kiedym go widział w stanie odurzenia; kiedy mi wyłożył swoją teoryę pijaństwa, w którém znajdował zapomnienie przeszłości, teraźniejszości i równie nędznéj przyszłości. Nadzieja zjednania sobie przychylności pana mojego, oddalała odemnie każdą złą myśl; lecz po bolesnych i nadaremnych usiłowaniach, widząc najczystsze wylanie mego serca grubiańsko odrzuconém, osądziłem, że również mam prawo szukania w pijaństwie zapomnienia przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Obawa zasmucenia Limousina wstrzymywać mię już niemogła; bo łatwo pojąć, żem nie czuł ku niemu ani przywiązania ni wstrętu; bo téż ani się ze mną surowo obchodził, ani kiedykolwiek przychylném słowem pocieszył. Nawet podczas roboty wtedy tylko do mnie przemawiał, kiedy chrypliwym głosem swoim koniecznie zawołać musiał: dawaj!!
a ja podawałem napełniony szaflik, i wkrótce znowu go napełniałem. Wieczorem, wróciwszy do lepianki, wieczerzaliśmy, nigdy z sobą nie rozmawiając, wreszcie pracą zyskiwałem chlub który mi dawał.
Nie krępowały mię zatem żadne węzły przywiązania, wdzięczności lub uszanowania; jednak mimo tylu powodów do upadku, jeszcze czas jakiś odpierałem pokusę, wczęści przez jakieś uczucie cnoty, wczęści przez samą trudność przysporzenia sobie jakiéj miarki pańskiego wina, a nadewszystko wstrzymała mię niepewna obawa, jakiej doznawałem mimo najgorętszą ciekawość, ilekroć rozważyłem że podobnie jak mój pan rzucę się w sferę nadzwyczajnych przywidzeń i tajemniczych czarów.
Nakoniec ustały namysły, przezwyciężyłem skrupuły.
Wypadało naprzód zaopatrzyć się w wino, co było bardzo trudno, bo pan mój ani na chwilę nie spuszczał z oka czarownej swojéj beczułki a tak dalece nawykł był do mierzenia jéj objętości że nigdy nie usnął pierwéj aż ją zupełnie wysuszył. Długo więc rozmyślałem nad sposobami natarcia. Nakoniec pewny prawie pomyślnego skutku, czekałem sposobności, a ta wkrótce się nastręczyła: ułożyłem mój plan we czwartek, a w następną niedzielę mogłem go już wykonać.
Nigdy tego nie zapomnę. Było to w ostatnią niedzielę listopada; zimno niezmiernie nam dokuczało; obfity śniég pokrywał ziemię; niespokojny przepędziłem noc bezsenną. Rano, według zwyczaju, służąca z miejskiéj oberży przywiozła na swoim osiołku baryłkę wina i żywność. Skoro się oddaliła, pan zaparł drzwi i opatrzoną smoczkiem baryłkę umieścił u wezgłowia naszego posłania.
Wziąwszy potem blaszany kubek, Limousin, ciągle milczący, usiadł na sienniku i zaczął pić raz po razie nie mówiąc ani słowa; zwykle póty milczał aż wapory wina na mózg jego działać zaczęły...
Ja tymczasem, skurczony naumyślnie w najciemniejszym kącie lepianki, z ukosa patrzyłem na Limousina.
Czy to skutkiem mocnego mrozu, czy téż skutkiem przypadkowego usposobienia, wino nie tak, prędko działać zaczęło, a pan mój przeciw zwyczajowi swojemu, tym razem dosyć długo nie okazał zwyczajnych oznak pijaństwa. Nakoniec postrzegłem że powoli topnieje lodowa maska która przez cały tydzień niby kamieniła jego rysy; zarumieniła się blada twarz, zaiskrzyły martwe oczy; gwałtownie poprawił się na swojém siedzeniu i dźwięcznym głosem zanucił pijacką śpiewkę; następnie, w miarę postępu opilstwa, zaczął na głos mówić, a w tym dniu zwłaszcza, przywidzenia i wrażenia mojego pana były bardzo wesołe; od czasu do czasu wybuchał śmiechem i radośnie klaskał w dłonie, jakby był widzem jakiéj wesołéj sceny. Ciekawie przysłuchiwałem się jego przywidzeniom; lecz zbyt roztargniony słuchałem ich niesłysząc; ukryty w ciemności, napozór nieruchomy, uśpiony, skrzyżowawszy ręce na kolanach, z czołem na ręku opartém, zwolna, w długich przestankach, czołgając się wzdłuż muru, zbliżałem się niepostrzeżony ku beczułce: wciągu dwóch godzin przebyłem najwięcéj trzy cale odległości.
Coraz bardziéj ciemniało, śnieg padał wielkiemi płachtami; prawie zupełny zmrok panował wnoszeni mieszkaniu, oświetloném jedynie przez dwie małe brudne szybki w arkadzie drzwi oprawne; dzięki więc temu półcieniowi prędzéj i nie tak już ostrożnie przysunąłem się ku baryłce.
Nagle pan mój śmiejąc się na całe gardło, zawołał mię.
Nie ruszyłem się, ale przyspieszyłem oddech udając że śpię.
— Śpi, powiedział Limousin, bah!... to sam pójdę na wesele.
I coraz żywiéj, coraz weseléj, zaczął mówić i wywijać rękami.
Piérwsze powodzenie ośmieliło mię: w dwie godziny póżniéj dostałem się był do baryłki, umieszczonéj między ścianą a wezgłowiem naszego posłania i korzystając z chwili gdy pan mój odwrócił się, szybko wsunąłem się w przedział pozostały między ścianą a beczułką; stawiłem wszystko za wszystko, bo w tejże samej chwili Limousin coraz bardziej drgającym i opilszym głosem zawołał na mnie.
Znowu milczałem, nie ruszałem się. Pan mój ciężko padł na posłanie, potem podparł się łokciem, baryłkę użył zamiast poduszki, brodę położył na lewéj stronie, a tymczasem w prawéj ręce trzymał kubek, gotów znowu go napełnić, gdyż baryłka jeszcze nie była próżna.
Patrzyłem na niego z boku; miał na sobie koszulę i w kawałki poszarpane spodnie; wątpliwe światło przebijające się przez szyby, padło na jego twarz promieniejącą, wypogodzoną.
Limousin nucił wesołą śpiewkę; jego postać nacechowana pogodą i błogością, rysowała się na ciemnych ścianach naszéj lepianki... tymczasem na dworzu wicher gwizdał i kręcił śniegiem jakby w jakiéj pustyni...
Już miałem mu wydrzéć jego wino, jeszcze się wahałem: lecz widok urojonego szczęścia jakiem się cieszyć zdawał, wspomnienie smutnéj nędzy naszéj, usunęły ostatnie moje skrupuły.
Wielki zaostrzony ćwiek i pipka od fajki, którą niby przypadkiem złamałem jednemu z naszych współpracowników, były to narzędzia, z któremi dopełnić miałem mojéj kradzieży. Wydrążywszy dziurkę w baryłce, włożyłem do otworu pipkę od fajki... i długiemi pociągami zacząłem pompować wino, z trwogą i okropném biciem serca.
Z razu przykry smak tego gęstego i tęgiego wina, wielką wzbudził we mnie odrazę, przemogłem ją, i wkrótce jakieś nieznane ciepło krążyć zaczęło po moich żyłach; sądziłem że mi arterye w skroniach popękają, w oczach mi się zaćmiło... Po tém nagłém oślepieniu nastąpił tak gwałtowny zawrót głowy, żem się oburącz chwycił baryłki, bom sądził że ziemia porwana jakimś gwałtownym ruchem, usunęła się z pod stóp moich, a w pomieszaniu zawołałem:
— Panie.... ratuj!....
Od tej chwili, nie pamiętam już co się zemną działo.
Sądzę jednak żem widział, jak Limousin podniósł się po drugiéj stronie baryłki, ale wnet tracąc równowagę, padł znowu na posłanie głośnym wybuchając śmiechem.....
Kiedym przyszedł do przytomności, czułem że moje ciało zesztywniało, przejęte dotkliwém zimnem otworzyłem oczy, i postrzegłem że leżę wśród lasu, na śniegu; słońce już prawie zachodziło.
Czułem okrutny ból głowy; i jeszcze niezupełnie trzeźwy, trwożliwie, ciekawie, spojrzałem w koło siebie....
Jakim sposobem dostałem się do lasu którego nie znałem? co zaszło między mną a Limousinem?
byłżem daleko od naszéj chatki? czy mię wypędził? czym zostawał pod władzą przywidzeń? Te myśli bez związku tłoczyły mi się do głowy, gdy wtém usłyszałem daleki i znany mi szmer; zadrżałem. Był to donośny brzęk dzwonków, kiedy niekiedy przygłuszony czystym, przenikliwym dźwiękiem głosu nucącego tę starą kuglarską śpiewkę:

La belle Bourbonaise
A ne vous en deplaise,
Le coeur chaud comme braise etc.

Był to głos handlarza la Levrasse, podróżującego w towarzystwie swojego osła, który brzęczał dzwonkami.




3.
Spotkanie.

Na widok la Levrassa chciałem uciekać, zabrano mi sił; ociężałe nogi ugięły się podemną, padłem pod drzewem.
Wkrótce, przez niezarosłą puszczę postrzegłem zbliżającego się handlarza i jego osła. — Mimo ostréj pory roku, la Levrasse, według zwyczaju nie miał zadnéj czapki na głowie, ale był po chińsku ufryzowany; brunatna sukienna kamizelka odbijała się wyraziście od staréj ciemno-czerwonéj kurtki jego. Osioł równie dziwnie jak i pan wystrojony, prawie zupełnie znikał pod ogromną płachtą czarnéj, bujającéj się ceraty, która nakształt pogrzebowego całunu pokrywała paki handlarza. Przy takim czapraku, wielki kosmaty jego łeb, długie i kubalistycznemi ozdobami strojne uszy, jeszcze bardziéj mię przerażały.
W miarę przybliżania się handlarza, trwoga moja wzrastała; znowu uciekać chciałem; ale jakby skamieniały ze strachu, ani kroku postąpić nie mogłem. Pozostała mi ostatnia nadzieja: przy zapadającym zmroku dzień stawał się coraz wątpliwszym, kilka płatków śniegu powoli spadało z siwawego niebo; może też dzięki ogromnemu pniowi drzewa, po za które się ukryłem, zdołam ujść oka handlarza.
La Levrasse już tylko o kilka kroków był odemnie, i jak się zdaje dla rozrywki w podróży, coraz głośniéj wyśpiewywał te same wyrazy, których nigdy w życiu nie zapomnę:

La belle Bourbonaise
A ne vous en deplaise,
Le coeur chaud comme braise;

a potém zamiast przegrywki, ostrym wybuchał śmiéchem powtarzając:

Ha, ha, ha, ha, ha;

śmiał się, zapewne dla wprawy, w sposób jak można najkomiczniejszy i najobrzydliwszy, i tak się wykrzywiał, iż każdym muskułem twarzy poruszał.
jużto tak gwałtownie wznosił oczy w niebo, że jego źrenica niknęła zupełnie pod powieką; już znowu kurczył powieki tak, że aż wkoło nich występowały krwawe obwódki; już nakoniec otwiérał usta tak szeroko jakby mu gęba rozdzierała się od ucha do ucha.
Tak szalona, a raczéj konwulsyjna wesołość samotnego człowieka, jego śmiéch przeraźliwy, zamiast zmniejszyć moję trwogę, powiększyły ją owszem. Nagle la Levrasse zaniechał swoich wykrzywień i śpiéwów: postrzegł mię; zatrzymał się przedemną, a osioł naśladował go.
Mimo wielkiego przestrachu, tyle miałem siły żem się porwał na równe nogi; złożyłem ręce i nie wiedząc prawie co mówię, zawołałem:
— Łaski!
Potém znowu skurczony i w kłębek zwinięty, padłem drżąc na wszystkich członkach.
Handlarz spojrzał na mnie zdziwiony i przystąpił bliżéj do mnie; kory osioł zatrzymał się także, wyciągał ku mnie swój wielki łeb i wietrzył mię niespokojnie.
— Co ty tu robisz? tak daleko od twojego pana? — spytał mię la Levrasse.
Nie śmiałem odpowiedziéć.
— Czy i Limousin jest tu gdzie?
Znowu milczałem.
— Odpowiesz ty! czy nie? — gniewnym głosem zawołał handlarz, zniżając się ku mnie i wstrząsając za ramię.
Przelękły, uciekłem się do kłamstwa.
— Pan wypędził mię, — rzekłem drżącym głosem.
— Dla czego?
— Bo.... bo.... byłem leniwy.
Handlarz nie spuszczał mię z oka; domyślił się zapewne że kłamię, gdyż z powątpiewaniem mówił daléj:
— Limousin wypędził cię boś leniwy? to szczególna, on się przedemną nigdy na twoje lenistwo nie użalał zresztą, już go od pięciu czy sześciu miesięcy nie widziałem, dodał z namysłem; potem mówił znowu:
— To z ciebie teraz łajdak, leniuch?
— O nie! — zawołałem.
— No, to dla czegóż cię twój pan wypędził?
Nie umiałem odpowiedzieć.
Po dosyć długiem milczeniu w ciągu którego handlarz bacznie mi się przypatrywał, rzekł on znowu:
— Cóż się z tobą stanie?
— Nie wiem.
— Czy masz rodziców?
— Nie mam ani ojca, ani matki....
— Gdzieżeś był nim się dostałeś do Limousina?
— Nie wiem.
— Któż cię u niego umieścił?
— Nie wiem.
— Nikt więc w świecie nic zajmuje się tobą?
— Nikt.
La Levrasse znowu zamilkł, jeszcze bliżéj się do mnie przysunął jakby chciał lepiéj mi się przypatrzeć, bo już właśnie zmrok zapadał, a znajdując zapewne że jego rozpoznania są niedokładne, zawołał:
— Wstań!
Przejęty trwogą nie mogłem usłuchać go, la Levrasse więc, nad moje spodziewanie silny, wziął mię za kołnierz kapoty, podniósł swą żelazną ręką i na równe nogi postawił. Poczém dotykając mię po calem ciele twardemi i kościstemi palcami, w miarę jak swe badania dalej posuwał, mówił półgłosem:
— Dobra pierś... dobre członki... dobry szkielet... jeszcze nie zniszczał, pożywienie dokaże reszty przyjdzie i siła i zwinność... o dwa lata miodny byłby lepszy; ale i tak jeszcze nic za stary...
Skończywszy te uwagi trwogę moję powiększane, la Levrasse rzekł mi:
— I ty nie chcesz powrócić do twojego pana?
— O nie! ja się go bardzo boję.
— Masz słuszność... on by cię za uszy przybił do drzwi, a możeby ci jeszcze co gorszego uczynił.
Drżałem cały.
Gdzie spać będziesz dzisiaj?
— Nie wiem...
— Albo później?
— Nie wiem.
— Zmarzniesz w tym lesie, albo cię wilcy zjedzą.
Zacząłem gorzko płakać.
— No, no, nie płacz... wszak nazywasz się Marcin?
— Tak, panie.
— No! mój Marcinku, ja cię dziś przenocuję... potém obaczymy... teraz wsiądziesz na mojego osła...
Mimo rozpaczliwe moje położenie, daleki od przyjęcia gościnnéj propozycyi pana la Levrasse, owszem krzyknąłem przerażony i nagle porwawszy się uciekać zacząłem, ale handlarz w dwóch dziwnie zręcznych poskokach dopędził mię, schwytał i zawołał:
— Ah!.. ty się mnie boisz...
— Tak jest...
— Odmawiasz mi?...
— Wolę raczej umrzeć w tym lesie, wolę niech mię wilcy pożrą, ale z panem nie pójdę! — załamując ręce i padając na kolana zawołałem.
— I dla czegóż to ja cię tak przestraszam? mój Marcinku, — rzekł mi la Lavrasse słodziutkim tonem, który zamiast zmniejszyć mój przestrach, powiększał go owszem, — nie bój się... ja będę twoim opiekunem...
— Wolę raczej powrócić do mojego pana...
— Już za późno... już go więcéj nie zobaczysz, rzekł handlarz.
I objął mię sękatemi ramionami, łatwo pokonał słaby mój opór, wyjął rzemyk z kieszeni, silnie związał mi w tył ręce i unosząc mię jak piórko, przystąpił do osła, odkrył czaprak, rozciągnął mię na pakach z towarami i nakrywszy ceratą, rzekł szyderczo:
— Dobra noc, Marcinku, dobra noc.
A zwracając mowę do swojego osła dodał:
— Ruszaj, Lucyper, ruszaj!
Lucyper iść zaczął.
W ciągu dnia spadła znaczna ilość śniegu; odgłosu kroków osła i la Lcvrassa wcale słychać nie było, a ja przejęty trwogą kołysząc się na ośle stosownie do jego ruchów, wkrótce wśród głębokiéj nocnej ciszy, słyszałem tylko czysty i przenikliwy głos la Levrassa, nucącego swą monotonną śpiewkę.

La belle Bourbonnaise
A ne vous en deplaise,
Un cocur chaud comme braise,
Ha, ba, ha, hi, hi.

Nie wiém jak długo dążyliśmy przez las, dwa razy jednak po pluskaniu wody poznałem, że osioł przebywa bagna, podczas gdy la Levrasse przechodził zapewne p kładkach, bo głos jego zdawał się oddalać.
Po dwu lub trzygodzinnej podróży, osioł nagle zatrzymał się.
Usłyszałem brzęk gwałtownie poruszonego dzwonka, i po upływie kilku chwil jakiś gruby i zakatarzony głos opryskliwym tonem zapytał:
— Kto tam? kto się dobija o tak późnéj godzinie?
— Ja... Matko major, — odrzekł la Levrasse, bo donośny i silny głos na który odpowiadał, był głosem kobiéty.
— Tak, to ja, moja starucho, — powtórzył la Levrasse.
— Co za ja?
— Ależ ja, ja, twój mąż, — zawołał rozgniewany la Levrasse, — czy nie poznajesz mnie?
— Do pioruna! to ty? któż u djabła mógł się ciebie spodziewać w taką słotę;... oba z twoim Lucyperem wyglądacie jak dwie kupy śniegu. Zaraz, zaraz schodzę, mój chłopcze...
Wkrótce usłyszałem przeciągły łoskot otwierających się ciężkich wrót; osioł szedł ostrożnie, bośmy zstępowali po spadzistéj pochyłości, nakoniec zatrzymał się.
Znowu dał się słyszéć głos handlarza.
— Przynieśno mi światła do izby włosów.
— A to na co? wszak i twoja izba gotowa, — odrzekł gruby głos.
— Przynieś, nie pytaj....
— Dobrze, dobrze, zaraz...powtórzył gruby głos.
— A jest tam na czém spać w téj izbie? — dodał la Levrasse.
— Tak sądzę: jest tam kołdra i pościółka z kukuruzowych świeżych liści.
— Przynieś także chleba, piwa i kawałek słoniny dodał Levrasse.
— Do izby włosów? — spytał gruby głos coraz bardziéj zdziwiony.
— Tak jest, — powiedział la Levrasse.
W kilka minut po téj rozmowie, uczułem że się podnosi pokrywająca mię cerata; świeże i zimne powietrze twarz mą owionęło.
— Czy sam pójdziesz, czy chcesz żebym cię zaniósł Marcinku? — zawsze słodziutkim głosem rzekł la ecvrasse.
I pomagając mi zleźć z pak, rozwiązał rzemyk krępujący ręce moje.
— Mogę iść sam, — rzekłem przejęty niewypowiedzianą trwogą.
— No, podaj mi rękę i uważaj żebyś nie upadł: bo tu gołoledź.
Potknąwszy się kilka razy schodząc po śliskich stopniach, wszedłem za la Levrassem do małego sklepionego pokoiku. Na kominie gorzał dobry topolowy ogień, i rozwidniał to schronienie ciepłem i rozweselającém światłem.
— Oto twoje mieszkanie, twoja wieczerza i łóżko, — rzekł la Levrasse, wskazując palcem skrzynię pełną słomy i stołek na którym leżał kawałek chleba, nieco słoniny i dzbanek piwa.
— Teraz, — po ojcowsku biorąc mię za ucho, dodał: dobrego apetytu i dobrej nocy, mój Marcinku.
Wyszedł i drzwi zamknął na dwa spusty.
Kiedym sam pozostał i kiedy się ogrzałem, zacząłem przychodzić do zmysłów, dotąd bowiem sądziłem że marznę.
Pełen trwogi i ciekawości spojrzałem wkoło siebie; topolowe gałęzie i wici winnéj latorości, tliły się na ognisku i wybuchały białawo-niebieskawym płomykiem, rozsiewając zdrowy, aromatyczny zapach. To wesołe światło dostatecznie rozwidniało nagie i białe ściany mojéj izdebki.
Przypadkiem wzniosłem błędne oczy ku sufitowi, i wówczas postrzegłem że u wystających belek wisiało mnóstwo rozczesanych, wygładzonych i opatrzonych w etykiety, długich włosów różnokolorowych, jasnych, ciemnych i jeszcze ciemniejszych a nawet rudych; niektóre zaś były tak gęste tak lśkniące, iż rzekłbyś że to są ogromne zwoje jedwabiu.
To dziwne widowisko nową mię nabawiło trwogą, sądziłem że widzę włosy trupów; a nawet tak dalece uległem złudzeniu iż zdało mi się że niektóre z nich krwią były zbroczone. Coraz bardziéj przerażony pobiegłem do drzwi, ale mocno były zamknięte; nie mogąc więc uciec uczyłem się nie podnosić oczu ku straszliwemu sufitowi.
Atoli widok innych przedmiotów obok mnie znajdujących się, szczęśliwy wpływ wywarł na bojaźń moję: wielka drewniana skrzynia, zastępująca miejsce łóżka, napełniona była bardzo suchém liściem kukuruzy, a na niem leżała gruba wełniana kołdra, słonina którą mi przyniesiono bardzo była apetyczna, chléb bielutki, piwo, zapewne świeżo utoczone pianą pokryło brzegi kamiennego dzbanka: nigdy w życiu jeszcze nie miałem tak wygodnego schronienia, tak dobrego łóżka i tak sutéj wieczerzy; jednak żadną miarą nic mogłem jéj skosztować; mimo utrudzenia nie śmiałem spocząć na kukuruzowém posłaniu; drżący siadłem na podłodze, przy ognisku którego ciepło rozgrzewało zesztywniałe moje członki.
Kiedym się ujrzał pod władzą handlarza, w nieznaném miejscu, sądziłem żem już oddawna opuścił mojego pana, że jestem niezmiernie daleko od naszéj lepianki, z któréj jednak dopiero przed kilku godzinami wyszedłem; niekiedy mniemałem żem jeszcze pijany; wówczas przygody których byłem sprawcą i świadkiem wydały mi się złudzeniem, snem, którego prędzej lub póżniéj obudzę się pod dachem lichéj naszéj chatki.
Szczególna rzecz, że kiedym czynił takie przypuszczenia, zamiast uczuć wstręt do pijaństwa po pierwszéj mojéj wycieczce w tajemnicze jego dziedziny, owszem znajdowałem jakiś urok w jego wstrząśnieniach i myślałem o radości jaką uczuję, skoro wytrzeźwiony, znajdę się znowu w smutném a spokojném naszém mieszkaniu.
Lecz skoro znowu wspomiałem że w istocie zostaję pod władzą handlarza, i że już nigdy nie ujrzę mojego pana, który zimny, milczący, obojętny zawsze, dla mnie był łagodny i dobry, uczułem gorzką zgryzotę, okropną bojażń i złorzeczyłem nieszczęsnéj ciekawości mojéj.
Znękanie, przestrach, utrudzenie, wprawiły mię w odrętwienie, które wkrótce zastąpił sen ciężki i niespokojny.
Nie wiem jak długo spałem, kiedy mię nagle przebudziły rozdzierające krzyki i błagania dziecka.
Zaledwie dnieć poczynało; słabe światełko zmroku i odblask śniegu przebijały się przez małe okienko, umieszczone naprzeciw zagasłego ogniska przy którém usnąłem.
Krzyk dziecka który mię przebudził, ustał na chwilę; wtedy usłyszałem i poznałem gruby głos kobiéty która przyjęła przybywającego handlarza, a którą on nazwał matką Major.
— Nie chcesz więc wygiąć się w obręcz? gniewnym głosem mówiła la kobiéta.
— Nie mogę... już nie mam siły; odrzekł głos bolejący.
— Raz, dwa, chcesz czy nie chcesz?
— Ale kiedy wam powiadam, że skoro długo głową do nóg dotykam, to się duszę! — odpowiedziało dziecię.
— Ja cię tu zaraz nauczę dusić się, — znowu grzmiącym głosem zawrzasła kobieta.
I zaraz usłyszałem, za przepierzeniem potężne i szybkie razy, którym towarzyszyły jeszcze głośnjejsze klęło i lżyło.
— A teraz czy będziesz mi się ginął?
— Bijecie mię tak mocno... spróbuję; odpowiedziało dziécię, dzwoniąc zębami.
— No, dosyć tej gadaniny, wyginaj się... groźnie zawołała kobieta.
Nastało chwilowe milczenie.
Wkrótce kobieta rzekła tryumfująco:
— Widzisz Bamboche! niegodziwcze! że cię tylko lenistwo dusiło.
W chwili gdy to powiedziała, dziecię dostało gwałtownego kaszlu, konwulsyjnego, ciężkiego, który przerywało jakieś duszące gwizdanie; rzekłbyś że to dziécię zadławi się.
— Ah! udajesz że się dusisz, zawołał gruby głos; czekaj, czekaj, zaraz ty mi zaśpiewasz tak głośno aż ci się gardło wyczyści!
I znowu rozległy się silne i szybkie uderzenia.
Tym razem dziécię nie krzyczało, tylko kobiéta klnąc i bluźniąc wrzeszczała:
— Rozbójnik Bamboche... ugryzł mię aż do krwi. Ten łotr zdradliwszy i złośliwszy jak dziki kot... Ach! kąsasz mię szelmo... Czekaj... czekaj, zaraz ja ci zdam resztę z twojego pieniądza; ale w piwnicy... bo tutaj obudziłbyś twym krzykiem tego nowego.
A po słabéj walce i coraz to bardziéj przytłumionych i oddalonych krzykach, wszystko ucichło.
Drżałem na wszystkich członkach; tym nowym byłem ja zapewne.
Cóż to kazano robić temu dziecięciu, kiedy chciano aby się wyginało to obręcz? Co znaczyły te dziwne wyrazy? Musiała to być rzecz bardzo bolesna, kiedy nieszczęśliwe dziecko prawie się dusiło? Czyliż i mnie czekał los podobny?
Wtedy przypomniałem sobie, że wczoraj la Lerasse szczególnie i pilnie macał mię po wszystkich członkach, że badał pierś moję wymawiając jakieś niezrozumiałe wyrazy. Coraz bardziéj przeto truchlałem, bo tu chodziło o jakieś rzeczy nieznane, tajemnicze. Nakoniec ten samotny dom, te różnokolorowe włosy wiszące u sufitu, to dziecię które zapewne męczono w piwnicy aby krzyki jego do mnie niedoszły, słowem wszystko to razem taką mnię napawało trwogą, że niepomny na nadaremne wczorajsze usiłowanie rzuciłem się ku drzwiom; znalazłszy je zamknięte, pobiegłem do okna, przez które dzienne światło przebijać się zaczynało; okno zewnątrz było zakratowane...
Wówczas ulegając niewypowiedzianéj rozpaczy, padłem na kukurudzowe posłanie, łzami przerywanym głosem wołając:
— Któż się nade mną zlituje!... Nikt... nikt... nie mam ani ojca ani matki!
Nagle drzwi się otworzyły i wszedł la Levrasse.




4.
Matka Major.

— Dzień dobry, Marcinku, — słodziutkim głosem rzekł la Levrasse podchodząc ku mnie i sądząc zapewne że śpię, bom leżał na brzuchu, a twarz w obu dłoniach ukryłem, dodał:
Śpi widzę jak myszka.
I lekko mną wstrząsnął; podniosłem się zalany łzami, i błagalnie załamawszy ręce zawołałem:
— Pozwólcie mi odejść stąd i wrócić do mojego pana.
— Jakto? Marcinku? ty chcesz wrócić? — kwaśno-słodkim głosem rzekł la Lerrasse.
— Nie chcę tu zostać!
La Levrasse głośnym wybuchnął śmiechem.
— Ah! ah! ah! chcesz wrócić do Limousina, aby cię za uszy przybił do drzwi, nieprawdaż?
— Wolę raczéj umrzéć u mojego pana, aniżeli tutaj.
I wyskoczywszy z łóżka gdziem klęczał i błagał, rzuciłem się ku otwartym drzwiom; ale la Levrasse schwytał mię na progu i odprowadził do łóżka, mówiąc:
— Bądźże grzeczny, Marcinku... Chcesz uciec... i wrócić do twojego pana? szalonyś...któż ci wskaże drogę? nikt; w lasach które przebyliśmy nikt nie mieszka; jeszcze więc tego wieczora marzłbyś podobnie jak wczoraj, alboby cię wilcy pożarli. A wreszcie... groźnie dodał la Levrasse, — ja nie chcę abyś się ztąd oddalał. Bądź spokojny, drzwi tu dobre, a mury dość wysokie; kiedy opuszczę ten dom i ty pójdziesz ze mną — i znowu słodziutkim głosem dokończył, — sam obaczysz że będziesz kontent, mój Marcinku.
Widząc się zupełnie pod władzą la Levrassa, nie usiłowałem ani rozczulić go moim losem, ani zmienić jego postanowienia; ale padłem znowu na posłanie i powtórzyłem bolesne wyrazy, które zawsze malowały najwyższą rozpacz moję:
— Nie mam ani ojca ani matki; któż się nade mną zlituje!
— Co ty znowu mówisz Marcinku? że nie masz ani ojca ani matki? ależ ja będę twoim ojcem, ja ci dam matkę, — z szyderczym uśmiechem dodał la Levrasse, o! matkę, jakiéj pewno nigdy nie miałeś.
I czystym, piskliwym głosem zawołał, postępując nieco ku drzwiom:
— Héj! matko Major...
— Kończę kołysać Bambocha, odrzekł grzmiący głos który zdawał się wychodzić z podziemi, a wychodził istotnie z piwnicy, do któréj ta kobiéta zawlokła dziecko.
Zrozumiałem znaczenie wyrazów: kołyszę Bambocha. La Levrassc dodał:
— Hę... jaka to poczciwa matka? Czy słyszysz? jakto ona kołysze swoje ukochane dzieciątka; takto i ciebie kołysać będzie, Marcinku.
— O! tak... tak, bardzo wierzę, — drżąc szepnąłem.
— Pójdżno tu stara; tylko prędzéj, — powtórzył la Levrasse.
— Zaraz przecię! do pioruna! zaraz idę, odpowiedziała matka Major, tak, że się aż szyby zatrzęsły.
W kilka chwil późniéj, matka Major weszła do izby.
Byłato kobieta trzydziesto-sześcio letnia, blizko sześć stóp wzrostu mająca: jéj ogromna tusza, górne usta ocienione czarnym wąsem, męzkie kształty, głos gruby i chrypliwy, fizyonomia odrażająca i zuchwała, nakoniec postać olbrzymia, najdziwaczniejszą stanowiły sprzeczność z postacią la Levrassa.
Późniéj widziałem jak, podczas swych komicznych popisów, ta para korzystać umiała z kaprysu przyrody, która tego mężczyznę obdarzyła niezarosłą twarzą i czystym kobiécym głosem, tę zaś kobiétę, wąsem i silnym głosem mężczyzny. La Levrasse do rzędu rozmaitych a mniéj lub więcéj ryzykownych rzemiosł swoich, liczył także koczujące kuglarstwo; był to jego ulubiony zawód; jeżeli zaś go zaprzestawał, a mianowicie w zimie, i zamieniał na zawód handlarza lub wędrującego czarownika, czynił to naprzód z przyczyny że widowiska pod gołém niebem jedynie podczas pięknéj pory roku są możliwe i korzystne, a powtóre z powodu że skład jego trupy często się rozprzęgał.
Mówiąc o rozmaitych rzemiosłach la Levrassa, wspomniéć winienem o rzemiośle nabywcy włosów z piérwszej ręki, co zresztą wyjaśniało zapasy wiszące u sufitu mojéj izby.
Tak jest, la Levrasse należał także do rzędu przemysłowców, którzy w czasie najzimniejszéj pory roku, kiedy zarobek rzadki i szczupły, a nędza najtrudniejsza do zniesienia, przebiegają najuboższe prowincye Francyi, i za piętnaście lub dwadzieścia su, kupują od ubogich dziewcząt ich piękne jedwabiste warkocze, jedyną ozdobę tych nieszczęśliwych.
Towarzyszka la Levrassa, kolosalna matka Major, tak zwana z powodu postawy i powierzchowności, podobną była do tambor-mażora; podczas publicznych przedstawień odgrywała rolę kobiéty olbrzyma; jak istny Alcyd żeński, wygięta w łuk, oparta na rękach i nogach, z głową w tył odwróconą. wybierała w szanowném zgromadzeniu trzech najsilniejszych ludzi, prosząc aby uczynili jéj tę przyjemność i podeptali nieco jéj żołądek, co ona znosiła nieugiąwszy się nawet ani na chwilę. Następnie przechodząc do innych ćwiczeń, wyzywała do walki na pałasze najpierwszych fechtmistrzów wojskowych; zębami podnosiła ogromne ciężary, i t. p.
Kiedy matka Major weszła do mojéj izby, miała na sobie ubiór do pracy, rozkazując bowiem Bambochowi aby się wygiął w obręcz (tojest aby stojąc cały korpus w tył odrzucił i głową prawie pięt dotykał) powtarzała z nim ćwiczenia.
Ubiór olbrzymki składał się z podartych, w wielu miejscach posztukowanych trykotów niegdyś pomarańczowego koloru, herkulesowe jéj uda i kolana sękate nakształt narośli na dębie, doskonale się w tym ubiorze rysowały; rodzaj krótkiéj tuniki, zrobiona z czarnawéj i zatłuszczonéj spódnicy ściskał jéj biodra, a zaś stary różowy szal, zamiast szarfy na potwornéj piersi przewieszony, na grzbiecie był związany. Nakoniec dla uzupełnienia męzkiej postaci, jéj czarne, gęste i ostre jak trzcina włosy, krótko à la Titus obcięte były.
Tak wyglądała matka Major gdym ją po raz piérwszy ujrzał, trzymającą w ręku straszną o kilku rzemykach dyscyplinę.
— Pójdź-że matko Major; powiedział la Levrasse do olbrzymki: — oto mały Marcinek który nie ma matki a miéć ją pragnie... Wszak będziesz jego matką?
— Tak, trochę... grubym głosem odparła matka Major.
I zbliżywszy się do mnie wzięła mię na rękę jakby jakie niemowlę w pieluchach, postawiła przy oknie, i zaczęła odbywać rewizyę.
— Muszę przecież przypatrzyć się temu nowemu malcowi, — rzekła. — No, synku, nos do góry, niechże cię obejrzę.
— Ładniutki! jak się ułoży, to będzie zwinny jak wiewiórka. A te ramiona... te uda? Obaczmy... czy giętkie... Dobrze, dobrze, to skruszeje... to się rozejdzie.
To mówiąc, matka Major we wszystkich kierunkach wyciągała mi ręce i nogi, tak że w stawach trzeszczały; to mi sprawiało ból okropny, wrzeszczałem też przeraźliwie i wyrwać się usiłowałem.
— Stój-że i milcz, powiedziałby kto że cię tu zarzynają, — mówiła okrutna kobiéta.
I macając mi biodra, dodała w dalszym ciągu swój rewizyi:
— A te małe łopatki... No, no, to takie delikatne, to się łatwo rozwiedzie, Ależ, do pioruna! milcz albo cię wykropię.
I machnęła dyscypliną.
Mimo téj groźby i tak energicznego rozkazu matki Major, która w téj chwili klękła mi na plecach swojém ogromném kolanem i chwytając mię za ramiona tak gwałtownie w tył pociągnęła, żem myślał iż mi kości pękają, znowu krzyknąłem z bólu.
— Marcinku, Marcinku, jeżeli nie będziesz grzeczny to się pogniewamy, rzekł la Levrasse patrząc na mnie zukosa.
— Łaski... litości... płacząc mówiłem do matki Major.
— Łaski!... łaski... taka to zwykle wasza śpiewka na wszelkie tony; uczymy ich zawczasu pracować, gratis dajemy im sposób do życia, a rzekłby kto że im kiszki prójemy, — z pogardą i gniewem zawołała matka Major; a potem zwracając się do mnie dodała:
— Cóż to, czy myślisz że cię trzymać, żywić i ubierać będziemy dla twoich pięknych oczu? Musisz przecie zarabiać na życie... i zarobisz do pioruna! zarobisz... jesteś dobrze zbudowany, młody, szczupły; będziesz się wyginał jak tamten, a może lepiéj; za dwa miesiące ręczę, że jak lalka potrafisz wykonać turecką przechadzkę i skok królika, nie mówiąc już o tém że będziesz chodził na rękach, głowa na dół a nogi do góry, jakbyś się przechadzał z laską w ręku,..
— Tym sposobem oszczędzisz sobie obówia, a rękawiczek i tak nie nosisz Marcinku, — sentencjonalnie dodał la Levrasse.
Nie pojmowałem co ze mną zrobić zamierzali. Sądziłem jednak że mię nie zabiją kiedy mi mówią o jakichś ćwiczeniach do których mam się sposobić wciągu dwóch miesięcy. Uspokoiłem się nieco; wreszcie matka Major, mimo swego grubego głosu, wąsa, ogromnéj postaci i dyscypliny, mniéj daleko przerażała mię jak sam kuglarz, a szczęściem onato zająć się miała mojém wykształceniem.
— No, synku, — rzekła matka Major, pocałujże twoję mamę, bądź grzeczny, a jutro odbędziemy pierwszą lekcyę; dzisiaj uwalniam cię abyś miał czas zabrać znajomość z Bambochem. Za kilka dni będziecie mieli płeć piękną... tak łotry, małą dziewczynkę w waszym wieku: wtenczas to figle płatać będziecie... rozbójniki.
Potém matka Major skinęła na mnie abym szedł za nią: zatrzymała się przed sklepionemi schodami które zapewne prowadziły do piwnicy, i krzyknęła:
— Bamboche, chodź tu... przebaczam ci z przyczyny tego nowego malca... możecie się dziś bawić na dziedzińcu... bo jutro znowu wyginać się będziemy... No, i cóż? czy ty pójdziész, Bamboche?
Dziécko nie słuchało.
— Zostańże sobie, jeżeli ci dobrze... A ty Marcinku sam się będziesz bawił... ale strzeż się Bambocha... bo djabelnie złośliwy i chytry... Ale, ale zapomniałam... dla zachęty muszę ci pokazać piękne sukienki, w które się ubierzesz jeżeli dobrze pracować będziesz; chodźno tu.
I matka Major zaprowadziła mię do izby; otworzyła ogromny tłómok i wydobyła starą turecką kamizelkę z czerwonego, wytartego aksamitu, zasianego wypełzłemi blaszkami.
— Wdziej-no to na siebie Marcinku; dobrze; a widzisz jakiś ładny! Kamizelka dwa razy dłuższa odemnie, wyglądała jak surdut; lecz wyznam iż ten ubiór wydał mi się przepysznym, zaślepiającym, i że mimo mojéj trwogi, nadzieja noszenia za dni kilka tak wspaniałéj odzieży uradowała mię cokolwiek.
— Kiedy to włożysz na siebie, kiedy wdziejesz cieliste trykoty, pelerynkę z blaszkami, i włożysz bóciki obszyte kociém futerkiem, będziesz wyglądał jak prawdziwy cherubinek, dodała matka Major. Teraz jeżeli chcesz, idź do piwnicy do Bambocha, jeżeli nie, to baw się na dziedzińcu... zawołam cię kiedy będzie czas dziobać gałki.
Matka Major poszła do la Levrassa; ja zaś sam zostałem na dosyć obszernym dziedzińcu, otoczonym wysokim wprawdzie i zniszczonym murem, ale szczelnie na ciężkie drzwi zamkniętym. Na ten dziedziniec wychodziły okna domu, z pozoru dosyć nędznego; pod szopą stał wielki i długi pojazd, którym zapewne podróżował la Levrasse ze swoją trupą, kiedy była w komplecie.
Wysokość murów nic dozwoliła mi rozpoznać czy ten dom do jakiego miasta, do wsi lub innych mieszkań należy, czy nie.
Jak tylko sam zostałem i zdołałem zebrać myśli, przypomniałem sobie dziecko, o którém mi mówiła matka Major, i którego krzyki w nocy słyszałem. Jakkolwiek dotkliwém być mogło przyszłe moje istnienie, trudno aby było przykrzejsze, nędzniejsze jak poprzednie, a wreszcie czyliż nie podzielę go z towarzyszem mojego wieku? myśl że nakoniec znajdę może przyjaciela... najcięższy los znośnym mi czyniła.
W zabiegach moich o przyjaźń dotąd tak byłem nieszczęśliwy, że spotkanie Bambocha w obecném mojém położeniu podwójnéj nabierało ceny; serce dotąd boleśnie ściśnione, już swobodniej biło; po troskach wstąpiła we mnie jakaś niepewna nadzieja. Zapomniałem o zastraszających mnie ćwiczeniach na które byłem skazany; zapomniałem o rozdzierających krzykach Bambocha, lubo tylko o nim myślałem. Cierpiał, skarano go; mniemałem więc że postąpię jak na dobrego towarzysza przystoi, i zjednam sobie jego przywiązanie skoro pójdę do niego.
Matka Major wskazała mi drzwi od piwnicy gdzie był zamknięty, pobiegłem tam natychmiast.
Sklepione schody wychodziły na dziedziniec; zszedłem po kilku stopniach jeszcze śniegiem pokrytych i trafiłem na sień w któréj były drzwi do piwnicy. Mając wzrok nawykły do ciemności, którą wreszcie przebijał promień żywego światła, przeciskający się przez wązki otwór, zaraz dostrzegłem Bambocha; skurczony siedział w kącie piwnicy, łokcie oparł na kolanach, a brodę ukrył w obu dłoniach.
Uderzył mię naprzód dziki blask wielkich siwych jego oczu, które wydawały się ogromne przybladéj i chudéj twarzy; miał blizko lat dwanaście, daleko był wyższy ode mnie; policzki jego były wklęsłe, i tém samém jagody bardzo wydatne; prawie niedostrzeżone wargi a usta w katach ściśnione, nadawały mu wyraz szyderczy i złośliwy; czarne, twarde jak szczotka, krótkie włosy, rosły tak nizko, że otoczywszy wyższą część twarzy, kończato zbiegały się przy skroniach całkiem je odkrywając; czarność ich tak dziwacznie rysowała się na bladym blasku czoła, iż w cieniu zdawał się być ozdobiony dwoma białemi rogami.
Bamboche miał na sobie starą dziurawą bluzę, bose nogi jego spoczywały na wilgotnéj ziemi; skoro mię postrzegł zamilkł i rzucił na mnie spojrzenie pełne zdziwienia i dzikości.
— Musi ci być bardzo zimno i nudno w téj piwnicy, — uprzejmie rzekłem zbliżając się ku niemu, — czy chcesz pójść na górę?
— Idź do licha! ja cię nie znam, — opryskliwie odpowiedział Bamboche.
— I ja także nie znam cię, ale mam tu wraz z tobą pozostać u Levrassa. Dzisiejszéj nocy kiedy cię bili, słyszałem jak krzyczałeś... i to mię mocno bolało.
Bamboche roześmiał się i odrzekł:
— Jaki mi czuły ten s... boli go kiedy innych biją...
Tak mówił ten dwunasto-letni chłopak... i nie inaczéj wyrażał się w ciągu dalszej naszéj rozmowy, któréj przekleństwa i lżenia zamilczę.
Równie zasmucony jak zdziwiony odpowiedzią Bambocha, łagodnie rzekłem znowu:
— Smutno mi było że cię biją; a gdyby też mnie obito... czybyś na to był obojętnym?
— Owszem cieszyłbym się... bo jużby to nie tylko mnie jednego spotykało.
— Dla czegóż rmi tak ile życzysz?... wszakżem ci jeszcze nic złego nie wyrządził.
— To mi tam wszystko jedno.
— Jesteś więc bardzo złośliwy?
— Idź precz?...
— Posłuchaj mię... proszę...
— Ha! kiedy chcesz... to skosztuj!
I Bamboche niespodzianie wpadł na mnie zwinny, jak kot; obalił mię na ziemię, schwycił jedną ręką za gardło, zapewne dla przytłumienia mojego krzyku, drugą zaś bił mię w twarz, w piersi i gdzie tylko mógł.
Zrazu ogłuszony tak naglą napaścią, nawet się nie broniłem; lecz podbudzony bólem i gniewem, wyrwałem się z rąk Bambocha, walczyłem z nim, oddałem cios za cios, na koniec obaliłem go; a potém, mimo wszelkich jego wysileń, przycisnąłem kolanem tak mocno że się ani ruszyć nie mógł; ale nie chciałem nadużywać mojego zwycięztwa, i bardziéj zasmucony niż rozgniewany tak dzikiém przyjęciem moich przyjacielskich uprzedzeń, powiedziałem mu:
— Dla czego bić się mamy? bądźmy lepiéj przyjaciółmi...
I zaniedbując otrzymamy przewagi puściłem go nieco; Bamboche korzystał z tego, natychmiast rzucił się na mnie z wzrastającą wściekłością i tak okropnie ugryzł mię w policzek, żem się krwią zalał.
Widok krwi w szaleństwo zmienił gniew Bambocha; oczy jego zabłysły dzikością, bił mię coraz mocniéj, i rzuciwszy się na mnie rozdarł mi koszulę pragnąc mię ugryźć w piersi...
Mniemałem że mię zabije... nie opierałem się dłuéj, siły moje były sparaliżowane — a to nie przez bojaźń lub podłość, ale raczéj uczuciem głębokiéj rozpaczy, wywołanéj złośliwością mego rówiennika do którego nagły pociąg uczułem.
Nie stawiłem, mówię, dalszego oporu; moralna boleść moja tak była silna, żem zaledwie czuł ostre ukąszenia Bambocha; nie narzekałem, ale milcząc płakałem...
Porywcze i mściwe charaktery rozjątrzają się w walce, to wzburzenie upaja je; ale kiedy opór ustaje uspakajają się, a to właśnie dla braku oporu; tak się działo z moim przeciwnikiem: wstał, usta miał krwią moją zbroczone, sądził że omdlałem.
Okno w piwnicy przepuszczało dosyć światła i Bamboche dostatecznie mógł mi się przypatrzeć; kiedy mię wziął pod siebie, spojrzałem nań śmiało i bez gniewu... Mówił mi późniéj, że go najbardziéj uderzył wyraz słodkiéj i smutnéj rezygnacji malujący się na mojéj twarzy; nie znalazł na niéj ani nienawiści, ani gniewu, ani przestrachu... lecz sam tylko głęboki smutek.
— Masz otwarte oczy... a nie bronisz się! i nie płaczesz... zawołał — masz tchórzu!
I bił mię znowu.
— Zabij mię, jeżeli chcesz... ja się gniewać na ciebie nie będę...
— Nie będziesz się na mnie gniewał?
— Nie; jednak, gdybyś był chciał... żylibyśmy jak dwaj bracia.
— To mi dopiero zapamiętały malec — wrzasnął Bamboche rozbrojony moją rezygnacją, któréj uległ mimo woli; im bardziéj mu dokuczać, tém łagodniéj przemawia.
— Łagodnie do ciebie mówię, bo cię żałuję.
— Żałujesz mię... ty, którego tak zbiłem, którego pokąsałem... owszem ciebie żałować należy.
— I ciebie również, bo odrzucasz moję przyjaźń.
— No, idź precz, opryskliwie rzekł mi Bamboche coraz bardziéj zdziwiony, idź precz, jesteś jak moja suka Mika.
— I cóż ta suka?
— Znalazłem ją, dzieliłem się z nią moim chlewem... abym miał kogo bić kiedy mnie obito; ciągle jéj dokuczałem i dokuczałem... a nigdy się nie mściła — kiedym ją mordował... nie śmiała nawet pisnąć, z bólu szczękała zębami... ale potem, przyszła lizać moję rękę i położyła się przy moich nogach.
— I nakoniec — rzekłem wzruszony temi słowy — nakoniec... polubiłeś to biedne stworzenie.
— Nakoniec, widząc że nic nie poradzę, uwiązałem jéj kamień u szyi i wrzuciłem w wodę...
— Tem lepiéj, boś jéj już więcéj nie dręczył...
— A może i téj suki nie tyle co mnie żałować należy? — szyderczo spytał Bamboche.
— Tak jest, bardziéj ciebie jak ją żałować należy... boś ją zabił... a teraz jesteś sam, nie masz przy sobie tego biédnego, wiernego zwierzęcia, któreby wszędzie za tobą było poszło, któreby cię może było broniło.
— A które byłbym bił bez litości.
— Byłbyś je bił, ale ono zawszeby potém lizało twoję rękę, zawszeby spoczęło u nóg twoich.
— Nikczemne... postąpiłoby jak ty.
— Patrz, jakeś mię ukąsił,.. patrz jak mi krew płynie! alboż krzyczałem? alboż narzekałem? Nikczemny jest ten kto krzyczy i narzeka.
Odpowiedź ta wzruszyła Bambocha, ukrywał on jednak to wzruszenie.
— Czemużeś nie bronił się drugi raz tak jak pierwszy? — rzekł mi — chociażeś mniejszy, ale równą mnie masz siłę... czułem to dobrze.
— Bo zrazu wpadłem w gniew... a potem zasmuciło mię to żeś ciągle miał niechęć do mnie.
Zmieniły się rysy Bambocha: po zaślepionym gniewie uległ on jeżeli nie sympatyi to przynajmniej silnéj ciekawości, i niby usiłując walczyć przeciw obudzającym się w nim lepszym uczuciom, rzekł mi niecierpliwie:
— Kiedy mię nie znałeś... dla czegożeś chciał się ze mną zaprzyjaźnić?
— Powiedziałem ci już że dla tego iż słyszałem w nocy twój krzyk, dla tego iż jesteś moim rówiennikiem, żeś podobnie jak ja nieszczęśliwy... że może podobnie jak ja... nie masz ani ojca ani matki.
Na te słowa zachmurzyła się twarz mojego towarzysza, posmutniał, zwiesił głowę i głęboko westchnął.




5.
Wędrowny drwal.

Widząc że Bamboche milczy, powtórzyłem moje pytanie.
— Może i ty, — rzekłem, — nie masz ni ojca, ni matki?
— Matki nie znałem, — porywczo, ale mniej już opryskliwie odpowiedział.
— A ojca?
— Ojciec mój był wędrownym drwalem.
— Wędrownym drwalem?
— Tak jest, ciągle podróżował, i zatrzymywał się gdzie wyrąbywano lasy; wtedy budowaliśmy sobie wśród boru szałas z gałęzi i ziemi, w którym mieszkaliśmy przez cały czas wyrębu.
— A ty pomagałeś już twojemu ojcu w pracy?
— Pomagałem o ile mogłem; układałem drzewo, które on zrąbał.
— I gdzież teraz twój ojciec?
— W lesie, z gorzkim uśmiechem odpowiedział Bamboche.
— W lesie?
— Tak jest, jednego razu prawie zupełnie odciął sobie nogę toporem, padł... krew lała się strumieniem z jego nogi, tryskała o dziesięć kroków.
— Ah! wielki Boże!
— Ja, zląkłem się, płakałem, wrzeszczałem, — wzruszonym głosem rzekł Bamboche, — z całéj siły wołałem o pomoc.
— Mój Boże! bardzo ci wierzę.
— Ojciec mój, oburącz ścisnął nogę usiłując wstrzymać upływ krwi, ale ta sączyła mu się przez palce; rzekł zatém do mnie: „Mały, narwij mchu... i przynieś mi go... tylko żywo;* narwałem więc i podałem ojcu, który zgniótł go mocno i nakładł w ranę... ale mech prawie natychmiast poczerwieniał...
— I krew nie zatrzymywała się?
— Nie... wtedy ojciec powiedział znowu: „Mały przynieś mi wilgotnej ziemi... może nią prędzéj niż mchem krew zatamuję.“
— I cóż?
— Ziemia podobnie jak mech natychmiast poczerwieniała, a głos ojca mojego słabnąć poczynał.
Znikąd więc nie mogliście miéć pomocy?
— Pomocy!... i Bamboche wzruszył ramionami. Ojciec rzekł: „Mały, biegaj na wielki ugór, jest tam człowiek, który pługiem karczuje, widziałem go dzisiaj rano; poprosisz go o pomoc... „Pobiegłem. Ojciec mój odciął sobie do połowy nogę, i prosi o ratunek, rzekłem do rolnika, czy do wsi daleko? — Niestety! wielki Boże! mój kochany chłopczyku, alboż to na wsi znajdziesz gdzie chirurga?... tam wszyscy za nadto ubodzy... chirurg dobry tylko dla wielkiego miasta, a najbliższe leży ztąd o cztery mile. Ja się wcale nic znam na ranach, nie jestem pasterzem... odpowiedział mi rolnik — a wreszcie, nie mogę odejść od moich koni, boby się pogryzły, połamały wszystko, a pan mój odpędziłby mię za to. — Nakoniec, tyle błagałem rolnika że już szedł za mną; lecz zaledwie oddalił się o dziesięć kroków, a zaraz konie jego kąsać się i deptać poczęły. Widzisz sam, rzekł mi, — że nie mogę iść z tobą. I pobiegł do koni, ja zaś sam wróciłem do ojca...
— Co za nieszczęście!
— Wróciwszy, zastałem go ciągle na tém samém miejscu; we dwoje skurczony, oburącz trzymał nogę, leżał w kałuży krwi. Skoro mię ujrzał, wyprostował się nieco; pot mu wystąpił na czoło, twarz zbladła, usta posiniały. — Tylko z miasta pomoc mieć możemy, — rzekłem, — a do miasta ztąd cztery mile; rolnik szedł za mną; lecz konie jego kąsać się zaczęły i musiał do nich wracać. Co począć, ojcze? co począć? — Stało się mój synu, utracam wszystką krew, — tak cichym odpowiedział mi głosem, żem go zaledwie dosłyszał; — chirurdzy... ratunek... to tylko dla mieszkańców miast. Dla nas zaś... patrz... synu: oto są ci, którzy nam w godzinie śmierci pomoc niosą. — I pokazał na stado kruków ponad lasem przeciągających; poczém z ostatniém wysileniem usiadł, odjął ręce od nogi; były one całkiem we krwi zbroczone; wyciągnął je do mnie i rzekł: uściskaj mię, nieszczęśliwy synu... Pracowałeś już nad twoje siły... O mój Boże, cóż się z tobą teraz stanie?... Potém chciał jeszcze coś mówić, ale i go czkawka napadła... przewrócił się na wznak... i skonał.
To mówiąc Bamboche zakrył twarz rękami i zapłakał.
Ja także płakałem, bo wzbudził we mnie głęboką łlitość, bo był nieszczęśliwszy ode mnie... patrzył na zgon ojca, a nie mógł go ratować.
— A potém co się z tobą stało? — po chwili spytałem znowu Bambocha.
— Zostałem przy ciele ojca i płakałem, a gdy nadeszła noc, utrudzony, usnąłem... Nade dniem, mocno zziąbłem, ciało ojca mojego już skrzepło cl w swojéj białéj, krwią zbroczonej bluzie. Wróciłem znowu na ugór, pragnąc wynaleźć wczorajszego rolnika, powiedzieć mu że ojciec mój umarł, i prosić aby go pogrzebano. Rolnika już nie było, znalazłem tylko płóg jego...widząc iż nie przychodzi wróciłem do naszego szałasu, bardzo odległego od ugoru. Zjadłem kawałek chleba, bo byłem głodny, i wróciłem do ciała mojego ojca. Już je kruki poobsiadały i dziobami twarz kaleczyły.
— Ah! wielki Boże! drżący zawołałem.
— Odpędziłem je żerdzią, ale nieulękłe, krakając ponad ciałem krążyły, i wkrótce na sąsiednich gałązkach posiadały; to widząc, wziąłem siekierę ojca, którą zaledwie udźwignąć mogłem; usiłowałem wyrąbać nią dół dla pochowania ciała; lecz nadaremnie, wszędzie napotykałem kamień i korzenie. Poszedłem daléj, tam grunt był miększy, ale zbrakło mi siły, i zaniechałem tego, gdyż widziałem że podczas mojéj roboty, kruki znowu zaczęły siadać na ciele ojca i dziobać je. Ściemniało się. Przyciągnąłem dwie gałęzie, położyłem je wzdłuż ciała, potém dwie drugie wpoprzek, z wierzchu przykryłem chrustem, na który znowu nakładłem kamieni, a potém.... wziąłem czapkę i sakwę mojego ojca, oraz nóż jego; siekierę dla mnie za ciężką i sandały zbyt wielkie, zostawiłem. Tak znowu wróciłem do naszego szałasu, zabrałem resztę chleba i szedłem, szedłem, aż znalazłem drogę.
— A skoroś kogo spotkał, czy nie mówiłeś że ojciec umarł, i że go trzeba pogrzebać, bo inaczéj to go kruki zjedzą?
Bamboche wybuchnął dzikim śmiechem, i zawołał — Cóż to kogo miało obchodzić że kruki zjedzą mojego ojca, który bez ratunku zmarł w lesie!... właśnie też jedni o drugich dbają, a jak mi powiedział kaleka bez nóg, stary zbój z którym żebrałem, tylko wilków nie jedzą; trzeba być wilczkiem mój chłopcze... nim zostaniesz wilkiem...
— I ojciec twój... bardzo cię kochał? — spytałem Bambocha w nadziei że go naprowadzę na łagodniejsze myśli.
— O tak! — odpowiedział smutnie — tak... onby mię nigdy nie bił... tyle mi tylko kazał pracować o ile moje siły pozwalały, a nie mogłem być zbyt silny, bom miał dopiero lat ośm. Jeżeli dészcz padał, ojciec odziewał mię swoim skurzanym fartuchem, albo mię ukrył pomiędzy gałęźmi; jeżeli w sobotę mieliśmy mało chleba, on powiedział że nie jest głodny... W niedzielę, podczas pięknej pory roku, wybierał mi ptaszę gniazda, albo leż polowaliśmy na wiewiórki; jeżeli zaś była słota, pozostawaliśmy w szałasie, a ojciec dla zabawki nożem wyrzynał mi wózeczki, albo śpiewał gorzkie żale. Ach kiedy o tem pomyślę... tak mi smutno...
— Bo żałujesz chwil w których miałeś kogoś co cię kochał, — zawołałem rozczulony — widzisz sam jak to dobrze być kochanym.... kiedy więc nic masz ojca... ani brata... pozwól niech ja będę twoim bratem...
Bamboche milczał; ośmieliłem się wziąć jego rękę; zrazu nie cofnął jéj, lecz nagle poruszył się chcąc ode mnie odejść i rzekł:
— Bah!... głupstwa mi prawisz... wilcy nie mają przyjaciół, a ja będę wilkiem, jak powiadał kaleka bez nóg.
Tym razem nie śmiałem dłużéj nalegać, bom się lękał abym nie rozgniewał Bambocha, ale spytałem znowu:
— A kiedy po śmierci ojca znalazłeś się na wielkiej drodze... cóż się z tobą stało?
— Kiedym zjadł wszystek chléb, który miałem w sakwie, wstąpiłem do pięknego domu nad drogą, prosząc o inny, mówiłem że ojciec mój umarł w lesie. Jakiś słuszny jegomość który fularem owiązawszy głowę, śniadał w altance różami strojnéj, odpowiedział mi przykrym głosem: — Ja włóczęgom jałmużny nie daję; idź próżniaku do roboty. — Ojciec mój umarł, panie, nigdzie nie mogę dostać roboty. — Alboż ja mam obowiązek dostarczać ci jéj... idź precz, twoje łachmany cuchną, aż się na mdłości zbiera. — Mój panie łaskawy... — Kastor tu,... — rzekł gruby jegomość przywołując spa, który nadbiegł z głębi ogrodu, — huzia... ukąś go... — Zrazu umknąłem, ale potem znowu wróciłem, i ukryty pod płotem ciągnącym się wzdłuż tego pięknego domu, nazbierałem kamieni i wybiłem dwie szyby... O! raczéj jego głowę powinienem był roztrzaskać... głowę tego niegodziwca, który zamiast dać kawałek chleba, psem mię poszczuł, — rzekł Bamboche, jeszcze uczuwając nienawistną zemstę; o! ja tego nigdy nie zapomnę... dobrze... — z przytłumionym gniewem dodał.
— Cóżby to było szkodziło temu jegomości, dać ci kawałek chleba; musiał to być bardzo niegodziwy człowiek?
— Wszyscy oni tacy... ci bogacze, dają tylko temu kto sam bierze, — mawiał kaleka bez nóg, i dobrze mówił — rzekł znowu Bamboche.
— I jakżeś sobie poradził kiedy ci chleba zbrakło, i kiedy ci go odmówiono?
— Była to jesień, na drzewach wisiało pełno jabłek, odbijałem je i jadłem ile mogłem.
— A stary żebrak o którym wspomniałeś?
— Raz spałem w rowie pod płotem, nieopodal od drogi; słyszę szmer, przebudzam się, patrzę przez płot; jakiś kaleka bez nóg zbliża się idąc na rękach, na których zamiast rękawiczek miał sandały; siada popuszcza pasy któremi przywiązywał nogi do pleców, wyprostowuje te nogi, staje na nich i zaczyna tupać, skakać, tańcować, bo mu strasznie pocierpły... taki on był kaleka jak i ja.
— Dla czegóż więc udawał kalekę?
— Aby oszukiwać świat i wyłudzać jałmużnę... Idąc wzdłuż płotu dostrzegł mię... rozgniewany żem go złapał na uczynku, wziął sandał w rękę, przelazł przez płot i rzekł mi: — Jeżelibyś, nieszczęśliwy, powiedział komu że nie jestem kaleką, złapie cię mojemi sandałami głowę ci roztrzaskam. — Zląkłem się, płakałem; w owym czasie byłem taki mazgaj jak ty...
— Komuż chcecie abym powiedział że nie jesteście kaleką? odrzekłem temu człowiekowi. — Twoim rodzicom, jeżeliś tutejszy. — Jam nietutejszy i nie mam rodziców. — Z czegóż żyjesz?
— Patrz, przerywając Bambochowi, zawołałem; takie samo prawio było moje spotkanie z la Levrassem.
— Piękne spotkanie! powiedział Bamboche — i tak daléj mówił: — Z czegóż żyjesz? — zapytał mię żebrak. — Śpię na polu, a jadam jabłka i winogrona jeżeli gdzie znajdę. — Czy chcesz żebrać ze mną? Już mi się sprzykrzyło być kaleką, to mi wykręca nogi i kurczy ręce; dla odmiany, spróbuję teraz być ślepym, ty będziesz moim synem, będziesz mnie prowadził, a co zarobimy, tém się podzielemy. — Przystałem na projekt mniemanego kaleki; czekaliśmy nocy, a potém szliśmy i szliśmy aby jak najprędzéj opuścić okolicę w któréj udawał kalekę; nazajutrz zaczęliśmy żebrać, on jako ślepy, ja jako jego syn.
— A byłże przynajmniej dobry dla ciebie?
— Kiedyśmy nic nie wyżebrali, mnie przypisywał winę i bił mię.
— I tyś nie porzucił tak złego pana?
— Nienawidziłem go, alem go nie porzucał; bo i dokądże byłbym się udał? Przy nim przynajmniej byłem pewny, że się najem; a potém uczył on mnie różnych... różnych rzeczy...
— Czegóż przecież?
— Oto uczył mnie jak żyć, aby nie znać biedy!
Spojrzałem na Bambocha, bom go nie rozumiał.
— Jaki on głupi, ten malec, — rzekł pogardliwie. A potém pobłażając mojéj naiwności dodał: — Kaleka bez nóg uczył mię, że tylko wilków nie jedzą, i że wilkiem być należy... mówił, że jeżeli mię silniejszy skrzywdzi, to na słabszym zemścić się powinienem; — że nikt nie dba o mnie, o nikogo téż nawzajem dbać nie powinienem... że wszystko robić można byleby się nie dać schwytać... że wszyscy poczciwi, głupcy, a bogaci niegodziwi... że tylko niedołęgi pracują, a później w nagrodę pracy mrą z głodu.
— Twój ojciec... nie tak sądził, nie to ci mówił? wszak prawda?
— Mój ojciec pracował jak koń, i umarł bez ratunku, a po śmierci kruki go zjadły; ja prosiłem tylko o kawałek chleba i o robotę... a wygnano mię i psem poszczuto — z wybuchem gorzkiego śmiechu odparł Bamboche; — kaleka bez nóg nic nie robił, tylko się przechadzał, oszukiwał świat, a na niczém mu nie zbywało... Często za jałmużnę przez dzień uzbieraną miewaliśmy sute wieczerze... Widzisz więc, że kaleka miał słuszność?
Z kolei, mocno zakłopotany niewiedząc co Bambochowi odpowiedziéć, zamilkłem.
On skupiając swoje wspomnienia, mówił daléj:
— Potém prawił mi o kobiétach! rzekł Barnboche, a oczy jego przedwczesnym ogniem zabłysły.
— O kobiétach? — naiwnie zdziwiony powtórzyłem.
— A tak! o swoich kochankach, które bił a one mu jeszcze za to płaciły.
Nie rozumiałem, ale obawiając się nowych szyderstw mojego towarzysza, rzekłem mu:
— Nakoniec... porzuciłeś... tego żebraka?
— Obu nas aresztowano.
— Kto taki?
— Żandarmi.
— A za co?
— Kalece powiedzieli za co... ale mnie nie; zamknięto nas w stodole i nazajutrz odprowadzić miano do miasta. W nocy obudziłem się, postrzegłem że kaleka przebija ścianę i chce uciec beze mnie. Powiedziałem mu że skoro mię z sobą nie weźmie, narobię krzyku. Zląkł się; ja dopomogłem mu i oba uciekliśmy... Kiedyśmy już byli daleko, rzekł: Słuchaj-no. ty mi zawadzasz; przez ciebie poznają mię — i tak silnie ugodził mię kijem w głowę, żem padł bez zmysłów. Sądziłem że mię zabił, ale twardy mam czerep, przyszedłem do siebie. Kiedym sam pozostał, znowu żebrałem po drogach i u drzwi stacyj pocztowych; wywracałem koziołki przed powozami, dostawałem niekiedy po kilka su i ostatecznie nigdy dłużéj nad dzień jeden nie byłem bez jadła. Rok temu, spotkałem la Levrassa z jego trupą i furgonem; fiknąłem mu koziołka aby mi dał parę groszy; poznał żem zwinny, i zapytał czy mam rodziców?
— Tak jak i mnie.
— Powiedziałem że nie mam i że się trudnię żebraniną. Oświadczył więc, że jeżeli chcę, da mi dobry sposób do życia, piękne suknie, dobrze jeść, kilka su na miesiąc, i że zamiast chodzić piechotą, mogę jeździć powozem... Przystałem... kazał mi wsiąść do furgonu, powiedział że się nazywać będę Bamboche, nie zaś Piotr. Od téj chwili jestem u niego... i pozostanę poty, aż...
Tu Bamboche przerwał sobie.
— Dopóki pozostaniesz u niego?
— To moja rzecz, — ponuro odpowiedział zamyślony Bamboche.
— Ale ten sposób do życia, który ci miał dać la Levrasse?
— Uczę się go już od roku... I ty się go także nauczysz... obaczysz sam co to jest.
— Cóż tu przecie należy robić?
— Rozmaite łamane sztuki dla zabawy publiczności.
— Dla zabawy publiczności?
— Tak jest, na jarmarkach.
Zdziwiony spojrzałem na Bambocha.
— Tak, tak... ja już popisywałem, się przed publicznością, matka Major trzymała mię za nogi, głowę miałem przy ziemi, ręce na krzyż założone, a zębami musiałem podnosić pieniądze; albo téż przywiązywała mi jednę nogę do szyi, a na drugiéj skakać musiałem... albo téż jeszcze co innego...
— I tego to uczyć mię mają? — zawołałem przerażony.
— Tak jest, i to przy towarzyszeniu silnych razów dyscypliny, przy wyciąganiu kości; oj! pewny jestem że twoje krzyki obudzą mię nieraz, tak jak moje ciebie obudziły, — z okropnym uśmiechem rzekł Bamboche.
— Ah, mój Boże! jakże ty cierpiéć musiałeś!
— Z początku nie wiele, bo matka Major uczyła mię bardzo powoli i wcale nie biła; dobrze mię ubierała i skrycie, tak aby la Levrasse nie widział, dawała mi łakotki... A kiedyśmy publicznie występowali, pomagała mi i ułatwiała mi moje sztuki; ale teraz, ta gruba maciora ubiera mię w łachmany, częściéj jak koléj przypada karmi mię samym tylko chlebem i wodą, i bez przyczyny dyscypliną okłada; w ciągu tygodnia muszę wyuczać się najtrudniejszych sztuk... co mię zabija, bo kiedy zbyt długo chodzę do góry nogami... to mię krew dusi.
— I dla czegóż to matka Major, dawniéj tyle dobra dla ciebie, teraz tak jest niegodziwą?
— Ha, bo dawniéj byłem jej kochankiem, a teraz już nim być nie chcę, z pogardliwą chełpliwością odrzekł Bamboche.
Po raz trzeci nie zrozumiałem go, i pełen niewinnego zdziwienia, spytałem:
— Jak to? jéj kochankiem? Co to znaczy?
Nowy mój przyjaciel głośnym wybuchnął śmiechem i odpowiedział:
— Ty nie wiesz co to jest być kochankiem kobiéty... Jakiś ty głupi... w twoim wieku! (Miałem około lat jedenastu. Bamboche mógł mieć rok albo dwa więcéj.)
— Nie, — zawstydzony moją niewiadomością odpowiedziałem.
Wtedy, z trudną do uwierzenia pewnością i tonem szyderczéj wyższości, Bamboche bez żadnego skrupułu lub względu, objaśnił dziecinną niewinność moje, i opowiedział mi w jaki sposób matka Major uwiodła go.
W owym czasie, nie miałem prawie wyobrażenia o dobrem lub złem, nie dziw więc że opis niecności, zgrozy, okropności, potworności, i niegodziwości téj Megery, na mnie żadnego wrażenia nie czynił; cyniczne wyjaśnianie Bambocha tylko mnie dosyć mocno zdziwiło i nabawiło wstydu, jaki wypływa z obawy narażenia się na pośmiewisko; rumieniłem się bowiem mocno żem w tak długiéj zostawał niewiadomości.
— I dla czegóż teraz nie chcesz być kochankiem matki Major? — rzekłem zdziwiony tak niespodzianém odkryciem.
Bamboche nie zaraz mi odpowiedział...
Milczał przez chwil kilka, ale potém ulegając potrzebie wylania się wrodzonego kochankom wszelkiego wieku, i po raz piérwszy sądząc (jak mi to później wyznał) że przyjaciel winien być koniecznie powiernikiem, niemniéj ulegając równie niepojętemu jak mimowolnemu uczuciu sympatyi, jakiém go nagle natchnąłem, z równém wzruszeniem jak szczerością rzekł mi:
— Słuchaj... kiedyś przyszedł do mnie, miło mi było żem ci dokuczał, bo i mnie oddawna dokuczają... dzielnie się broniłeś... przygniotłeś mie twojemi kolanami i tém bardziéj rozdrażniłeś... w téj chwili, byłbym cię zadusił; ale późniéj, kiedy postrzegłem że wcale bronić się nie myślisz, że płaczesz, nie dlatego iż cię biłem... ale dlatego żem wzgardził twoją przyjaźnią, do licha... to jakieś dziwaczne, czułe na mnie wywarło wrażenie;... serce mi nabrzękło jak wówczas kiedy umarł mój ojciec... i nie wiem zkąd przyszła mi zaraz chęć mówienia ci o nim, opowiedzenia ci mojéj historyi... któréj nie opowiadałem nikomu... jeżeli więc teraz, chcesz być moim przyjacielem...
A gdy w chwili niewypowiedzianéj radości, rzucić się miałem na szyję Bambocha, wstrzymał on moje uniesienie i rzekł:
— Czekaj, jeżeli będziemy przyjaciółmi,... ja pragnę być panem.
— Będziesz panem...
— A ty czy uczynisz wszystko czego zażądam?
— Uczynię...
— Jeżeli mi dokuczać będą... czy zemścisz się?..
— Bądź spokojny, niebrak mi odwagi.
— Powiesz mi wszystko co mówić będzie la Levrasse lub matka Major?
— Wszystko!
— Nie ukryjesz przede mną żadnej twojéj myśli?
— Nie ukryję... a ty nawzajem?
— Co chcę abyś uczynił dla mnie, to samo uczynię dla ciebie, — żywo zawołał Bamboche, — wyjąwszy że chcę być panem, bo już to mój rodzaj; ja nic przed tobą nie utaję, ani ty przede mną, ja mścić się będę za ciebie a ty nawzajem za mnie... ale zawsze wspólnie spiski knuć będziemy, czy zgoda?
— Zgoda... z całego serca... zawołałem uszczęśliwiony i dumny, że po tylu trudach trafiłem przecież do celu, żem zyskał przyjaciela.
Teraz, mówił Bamboche z pośpiechem, który mi dowiódł ile go radowało, że znalazł powiernika, — teraz muszę ci powiedzieć, w kim się kocham.
— To więc już nie w matce Major? spytałem na nowo zdziwiony.
Bamboche wzruszył ramionami.
— Czy nigdy nie przestaniesz być głupcem? rzekł mi, ale potém dodał tonem czułego politowania.
— Wiesz, że boleśnoby mi było oświecać cię... będę jednak dla ciebie tum, czém kaleka bez nóg był dla mnie.
— Dziękuję ci Bamboche, rzekłem przejęty wdzięcznością — ale w kimże się kochasz, skoro już nie kochasz matki Major?
— Zaraz ci powiem kogo kocham odrzekł Bamboche.
Z żywą ciekawością oczekiwałem tego opowiadania.




6.
Miłość Bambocha.

Kiedy Bamboche wymawiał te słowa: „powiém ci kogo kocham,“ jego wielkie siwe oczy ognistym blaskiem zajaśniały; blada cera lekko się zarumieniła, a twarz dotąd surowa i szydercza, przybrała wyraz namiętnéj łagodności, tak, że był prawie piękny.
— W czasie mojego tutaj przybycia — rzekł mi, trupa nasza składała się z pajaca i Albinosa, który połykał klingi pałaszów, oraz małéj dziesięcioletniéj dziewczynki, bardzo brzydkiéj, chudéj jak gwóźdź a czarnéj jak żaba, która tańczyła, grała na gitarze i nieźle już pokazywała sztuki wraz z matką Major; ale że ta mała podczas ćwiczeń zawsze miała obnażoną szyję, ramiona i nogi, a słabego była zdrowia, ciągle więc dzwoniła zębami i sucho kasłała. Bez względu na jéj wiek i słabość za nadto często kazano jéj śpiewać, wyginać się, i to ją powoli zabijało. Zresztą łagodna była jak baranek i ile możności usłużna. Zawsze po skończonych ćwiczeniach siadała w kącie i prawie do nikogo nie mówiła, prawie nigdy się nie śmiała; miała małe niebieskie oczki, miłe i smutne, a mimo jéj brzydoty, przyjemnie było spojrzeć na nią. Matka Major, która, jak sądzę, zazdrościła jéj z obawy o mnie, od czasu jak wszedłem do trupy, jeszcze się gorzéj z nią obchodziła, tak że mała na prawdę zachorowała i umarła w ciągu jednéj naszej podróży. Niewiém skąd pochodziła i jakim sposobem dostała się do trupy la Levrasa.
— Biédna dziewczynka! — rzekłem do Bambocha, sądziłem że jéj kochankiem byłeś.
— Nie, nie, zaraz się dowiesz. La Levrasse nadał jéj imię Baskina, podobnie jak mnie nazwał Bamboche. Kiedy umarła powiedział do matki Major: — „Musimy wyszukać inną Baskinę, ale ładniejszą; dziewczynka w tym wieku zawsze wielce korzystna dla trupy, osobliwie kiedy ładna i kiedy śpiewa drażniące śpiewki. — Masz słuszność — odparła matka Major — musimy znaleźć inną Baskinę.“ Dwa miesiące temu, przy końcu pory naszych ćwiczeń, trupa nasza zupełnie się rozwiązała. Albinos niezgrabnie połknął szablę, i poszedł do szpitala, a nasz pajaco opuścił nas i wstąpił do seminaryum.
— Do seminaryum?
— Tak jest, tam uczą się młodzi księża, szkoda bo nikt lepiéj paplać nie umiał jak Giroflée[22].
— Co to za jeden, ten Giroflée?
— Nasz pajaco, przecież. W trupie pozostała tylko matka Major, ja i la Leyrasse. Nadchodziły słoty, kończyły się zatem na ten rok nasze przedstawienia, wracaliśmy tutaj, gdzie la Levrasse zwykle zimą przebywa. Wtem jednego wieczora, po całodziennéj podróży, zatrzymaliśmy się na noc w pewném mieście; potrzeba było coś naprawić około powozu; la Levrasse zaprowadził go do stelmacha i wnet uradowany wrócił do oberży. — Mam już nasz interes, rzekł do matki Major; znalazłem nową Baskinę. — Bah? i gdzież to? — U stelmacha, który ma jedenaścioro dzieci, a między niemi sześć dziewcząt; najstarszy z tych bębnów jestto czternastoletni chłopak; wszyscy mrą z głodu, z prawdziwego głodu, nie licząc choréj matki; ale czy wiesz com widział wśród tego mnóstwa dzieci? — małą dziesięcioletnią dziewczynkę, istnego aniołka!... prawdziwy skarb!... Wystaw sobie piękne, jasne i wijące się włoski, oczy czarne, długie jak palec, usta jak wiśnie, figurka mała, szczupła i prosta jak trzcina, a przytém minka przebiegła i tak milutka... że aż zazdrość bierze. Prawda, że trochę blada, bo ginie z głodu podobnie jak reszta jéj rodziny; ale dawszy jéj kawałek mięsa i trochę mléka, to wybieleje i dostanie rumieńców. Widzę ją już jak w pąsowéj spódniczce srebrem wyszywanéj, wdzięczy się z wysokości ludzkiéj piramidy, albo swoim ładnym dziecinnym głosikiem śpiewa: Mój przyjaciel Wincenty albo Matka Arsouille[23]; obaczysz że ta dziewczyna zasypie nas tylą sztukami białéj monety, ile piérwsza nasza Baskina zarabiała szelągów swojém maurytańskiém i suchotniczém mruczeniem. — Ale jak ją dostać, tę małą? — spytało matka Major. — Czekajże. Powiedziałem stelmachowi: mój poczciwcze, widzę że ty i twoja rodzina cierpicie głód, pragnienie i zimno. — Prawda — smutnie odpowiedział mi biédak, — mam jedenaścioro drobnych dziatek i chorą żonę, to więcéj niż człowiek znieść może; mam tylko dwie ręce a te dwanaście ust żywić muszą. — Czy chcesz mój poczciwcze, żebyś miał tylko jedenaście ust do żywienia? — Biédak spojrzał na mnie osłupiały. — Tak jest, wezmę na opiekę twoję starszą córkę, tę blondynkę, która patrzy na nas swojemi wielkiemi oczami; niech jedzie ze mną, niech u mnie będzie do lat ośmnastu, a dam jéj dobry sposób do życia. — Ja, miałbym oddać moję Joasię! ze łzami w oczach zawołał stelmach; miałbym rozstać się z moim skarbem, z całą moją pociechą, o! nie! nigdy! — No, mój poczciwcze, miéjże rozum, wszak tym sposobem ubędą ci jedne usta, które żywić musisz. — Niewiém czybym dał panu nawet które inne z moich dzieci, bo to zbyt byłoby bolesne dla mnie. Jednak jesteśmy tak biedni... możeby mu to na lepsze wyszło; ale Joasię! Joasię!! o! nigdy! — Drugiego dziecka w miejscu blondynki wziąć nie chciałem, mówił la Levrasse do matki Major — dziękuję za taki prezent; wystaw sobie plemię małych puszczyków; niewiém jak u djabła tak ładna ptaszyna mogła się Wylęgnąć w tak brzydkiém gnieździe. To téż, Joasię albo żadne, rzekłem do stelmacha, albo wiesz co, mój kochany, dam ci gotówką sto franków bitych, ale mi Joasię odstąpisz aż do jéj dwudziestego roku. — Sto franków! powtórzył biédny stelmach. — Sto franków dla niego, był to skarb... Sądząc pojęto zgłupiałéj twarzy, spodziewałem się, że mi wyda Joasię, bo przywołał ją, wziął na ręce, wycałował na wszystkie strony jéj jasną główkę, pożerał swojemi pieszczotami, ryczał jak wół... ale, bah! wiész co to bydlę mi powiedziało łkając: — Idź pan sobie z Bogiem, mój panie, idź pan, Joasia przy mnie zostanie... jeżeli pomrzemy z głodu, no! to pomrzemy, ale ona mię nie opuści. — A więc nie masz téj małéj Baskiny? spytała matka Major la Levrassa; — przez zazdrość niebardzo tém rozgniewana, — nawiasowo dodał Bamboche. — Czekajże końca, odpowiedział la Levrasse; powiedziałem stelmachowi: Mój kochany ja nie chcę nadużywać twojego położenia; namyśl się, zostawiam ci czas do jutrzejszego południa; już nie sto ale trzysta franków ofiaruję ci za twoję Joasię; znajdziesz mię jutro do południa w oberży pod Wielkim Jeleniem, a późniéj jeżeli się namyślisz, możesz pisać do mnie według adressu który ci pozostawiam. — To powiedziawszy pożegnałem stelmacha i pewny jestem że przyszłe mi swą blondynkę jutro rano skoro tylko kogut zapieje.“
— I jakże! przysłał? spytałem Bambocha.
— Nie, ale ja, który udając że śpię, wysłuchałem jak la Levrasse wszystko to opowiadał matce Major, zdjęty ciekawością widzenia nowej Baskiny, wstałem raniuteńko, wyszedłem z oberży, wypytałem się o mieszkanie stelmacha, pobiegłem tam, i...
Opowiadanie Bambocha przerwał gruby głos matki Major, stojącéj na wysokości schodów do piwnicy, która wołała:
— Hej! Marcin... Bamboche... chodźcie jeść!!
— Wołają nas, szybko powiedział nowy mój przyjaciel; innym razem opowiem ci resztę; ale skoro przybyłem do stelmacha, to, co tam widziałem, com słyszał o Joasi, taką obudziło we mnie miłość dla niéj... taką miłość, że od téj pory, nie wiem co mam myśléć. Wtenczas ojciec nie chciał jéj oddać... ale tydzień temu słyszałem jak la Levrasse mówił matce Major, że stelmach pisał do niego... i że skoro tu przybędzie człowiek-ryba na którego oczekujemy, wyjedziemy zaraz i udamy się do stelmacha, aby zabrać Joasię, tę nową Baskinę.
— Hej, do pioruna!... czyście pogłuchli? wołała znowu matka Major. — Czy mam zejść do was?... żaby..
— Idziemy! idziemy moja pani! — zawołałem, i rzuciwszy się na szyję Bambocha, rzekłem mu z wylaniem:
— Jesteśmy więc dozgonnymi przyjaciółmi... wszak prawda?
— Tak, jesteśmy przyjaciółmi... rzekł Bamboche serdecznie na mój uścisk odpowiadając, — przyjaciółmi... aż do zgonu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Od téj to pory poczyna się przyjaźń moja z Bambochem. W kilka tygodni późniéj poznałem i Baskinę; osoby dziwne, prawie niepojęte, którym jednak zawsze miłością za ich miłość odpłacałem, i które w rozmaitych kolejach ich życia pełnego przygód, nieraz napotykałem.


7.
Marcin do księcia.

W tém miejscu, na maryginesie rękopismu, Marcin umieścił następującą notę, i zaadresował ją do księcia, o którym wspomnieliśmy.

„Wrzesień 1845.

Jakkolwiek dziecinną może znajdziesz, Mości Książę, historyą piérwszych tak biédnéj opuszczonéj sieroty, racz jednak zastanowić się nad nią, a opowiadanie to przekona cię zapewne, że dotyczy najważniejszych kwestyj.
Mularz, którego ja, mała dziecina, byłem narzędziem, upijał się.
Dla czego?
Aby kiedy niekiedy, za pomocą pijaństwa, zapomniał o obecności dotkliwéj i przyszłości bez nadziei.
Dziwnym wyjątkiem, ten człowiek upoetyzował nałóg haniebny haniebny bez zaprzeczenia, lecz niemniéj haniebne są przyczyny, które go wywołują, które go częstokroć nieuniknionym czynią.
Pomiędzy licznemi przyczynami tego występnego nałogu, dwie są główniejsze:
Chwilowe zapomnienie o nędzném i zbyt ciągle mozolném życiu.
Zapomnienie o nieustannych cierpieniach i potrzebach wycieńczonéj rodziny, któréj niedostateczny zarobek prolelaryusza wyżywić nie może.
Zaiste znajdzie się między proletaryuszami nie jeden człowiek tak silny, odważny i zrezygnowany, iż patrzy nie zamykając oczu, na widok ponuréj a nieskończonéj perspektywy dni, miesięcy, lat bez nadziei spoczynku, i lepszego bytu w wieku podeszłym; bo dla niego tylko praca, nieprzerwanie praca i śmierć w nędzy, jako koniec nędznego życia!
Zaiste, znajdą się między proletaryuszami ludzie, którzy stoiczność jeszcze daléj posunęli.
Jeden, podwunasto-godzinnéj, zabijacącéj pracy, w wieczór wraca do ciemnego dusznego i niezdrowego mieszkania; za lichy swój zarobek, kupił niedostateczny kawałek chleba dla wygłodniałéj córki; sam po całodziennym trudzie głód czuje, i jego żona głód czuje, biedną wycieńcza jeszcze bolesne karmienie niemowlęcia, które żywi swojém wyschłém łonem; a niedostateczna żywność prawie cała idzie dla znędzniałych, wychudłych dzieci.
A przecież, w ciągu bezsennéj nocy, ojciec i matka usłyszą jeszcze płacz, bo głód dzieci nie zaspokojony.
A jednak człowiek ten codziennie wstaje o świcie, spieszy do roboty i pracuje usilnie... mimo gnębiącéj go rozpaczliwéj myśli:
Jakkolwiek przykrą jest praca moja, jakkolwiek niezmordowaną gorliwość moja,... dzisiejszego dnia... i dni następnych, nie zarobię tyle, iżbym mógł zaspokoić głód mojéj rodziny... dzisiejszéj nocy i następnych... ich narzekanie nie da mi spać, i boleśnie czuwać będę aż do poranku... a jak wybije godzina pracy... znowu wyczerpywać będę siły moje, życie moje, i tak ciągle, bez nadziei obracać muszę to nieszczęsne koło.
Taki człowiek, jest silny nad pojęcie, cześć mu się należy; bo za kilka su odjętych od zarobku swojego, mógłby jak tylu innych, przez cały dzień!... czy pojmujesz Mości Książę? przez cały dzień znaleźć w szynku zapomnienie ciągle odradzających się i pożerających go trosków.
A kiedy tacy ludzie na cześć zasługują, kiedy opierąją się pociągowi do występku nieuniknionego prawie w okropnem ich położeniu, kiedy cierpią pokorni, pełni rezygnacyi — czyż sprawiedliwie, czy rozsądnie jest pozostawiać ich ciągle w takiém konaniu? Czyliż dlatego, że niewinny wytrzymał tortury, wypada przedłużać męczarnie jego?
Ale niestety! nie wszyscy proletaryusze ani są, ani mogą być uposażeni tak stoicką energią...
Jest między nimi wielu których niewiadomość zbydlęca, których nędza poniża, których brak nadziei zagłusza i błędów nabawia; ci ulegają nieszczęsnemu urokowi pijaństwa, bo w niém znajdują zapomnienie swych nieszczęść. Inni znowu, bardziej jeszcze upadli, ale tych niewielu, lubią pijaństwo dla pijaństwa.
Są oni godni nagany.... Ale na większą naganę zasługują ci, którzy tych nieszczęśliwych bez litości skazują na taką niewiadomość, na taki niedostatek, na taki brak nadziei, te piérwsze i nieszczęsne przyczyny opłakanego nałogu, w którym znajdują zbestwiałość, chorobę i śmierć...
Inne mniéj smutne, ale w skutkach równie zgubne przyczyny, także do pijaństwa posuwają ofiary ubóstwa.
Rzecz naturalna, że po całotygodniowej, ciężkiéj pracy, człowiek uczuwa potrzebę spoczynku, zabawy, uciechy.
Są proletaryusze, którzy złamani nieskończoną, najsurowszą rezygnacyą, osłabieni niedostatkiem, w odrętwiałym spoczynku ciała i myśli, na jakim przepędzają niedzielę, znajdują dostateczny odwet za przykrą w tygodniu pracę!
Inni posiadają jakikolwiek zapas nauki, delikatności myśli, lub zdolności, których nie skruszyło tłoczące brzemię ręcznéj pracy.
Z tych, jedni w niedziele szukają rozrywki w czytaniu poetów albo myślicieli, innych ożywia i raduje widok publicznie wystawionych arcydzieł sztuki; inni znowu mają upodobanie w wdzięczném uwielbianiu piękności przyrody, umiejąc znaleźć podziw, przepych i w jéj całym ogromie i w jéj najdrobniejszych utworach; zarówno ich czaruje i religijnie wzrusza wspaniałość promienistego zachodu słońca, jak widok iskrzących się ciał niebieskich podczas pięknej letniéj nocy, lub zajmuje ciekawe badanie małéj kępki polnych kwiatów, albo téż owadu ze złotym i szmaragdowym grzbietem a gazowemi skrzydły.
Atoli, nader mała jest (i inaczéj być nie może) liczba tych, którzy mimo trosk, mimo trudu ciągle pracowitego, przykrego, niemal od cudzéj łaski zależącego, nieraz opłakanego i zwierzęcego stanu, zdolni są nabyć i utrzymywać w sobie te delikatność pojęcia, te świeżość wrażeń, te szlachetność myśli, niezależnie towarzyszące rozsądnym uciechom.
Wielu z pomiędzy proletaryuszy, jakkolwiek pracowici i uczciwi, wzrosło w niewiadomości, w nieobrobieniu, pozbawieni swobodnego wykształcenia, które jedynie wznosi, uszlachetnia natchnienia i wzbudza smak do wyborowych uciech, do delikatnych rozrywek.
Cóż się tedy dzieje? oto po całym tygodniu przymusu, niedostatku, pracy, ulegają naturalnéj i nieodpartéj potrzebie rozkoszy.
Porwani zapałem młodości, jakiemś gorączkowém wylaniem się, z wściekłą niecierpliwością pędzą do miejsc zabawy, jedynie dla ich ubóstwa otwartych.
Wtedy obrzydłe szynkownie, w których przedają zatrute wina, cuchnące potrawy i plugawe nierządnice, napełniają się namiętnym tłumem; wokoło tych knajp hałaśliwych tłoczą się kuglarze, komedyanci, którzy targowym językiem, wśród niecnych i poniżających scen, wyszydzają, znieważają wszystko cokolwiek człowiek ma w sobie zacnego i poszanowania godnego. Daléj znajdziesz śpiewaków, a między nimi starców, kobiety i dzieci, idąc w zawody o bezwstyd, i usłyszysz sprośne śpiewki, któremi budzą zwierzęcą wesołość siedzących za stołem pijaków.
Wszystkie namiętności są rozdrażnione: wyuzdana tłuszcza ryczy niby burza, zaledwie przytłumiona odgłosem trąbki skoczka, hukiem jego bębna lub brzękiem dzwonka przywołującego widzów.... A kurzawa dusząca, cuchnąca, wznosząc się mgłą obleka tę wielką orgią ubóstwa.
Za nadejściem nocy, czerwone światło rozwidnia te opite, rozognione twarze; wtedy wrzawa się podwaja, rozlegają się cyniczne śpiewy, huczy radość zwierzęca... oddawna głucho wrzące opilstwo straszliwie wybucha.
Po odgłosach grubiańskiéj wesołości, następują obelgi, groźby, wreszcie gwałty, a nieraz przelew krwi. Te twarze, pierwéj wesołe, trunkiem zarumienione teraz blednieją, tu pokaleczone, tam zakrwawione, lub w błocie znurzane; nie są to już ludzie ani nawet dzikie zwierzęta, ale raczéj są to wściekli szaleńcy. Okropne działanie zatrutego wina do waryacyi ich doprowadza... Niekiedy własne ich żony i dzieci truchlejące, zapłakane, są świadkami tych scen okropnych; te żony, te córki, napatrzywszy się sprośnych giestów, nasłuchawszy się kalających duszę śpiewów kuglarzy, widzą nieraz męża, ojca, lub brata, jak padając ofiarą zajadłéj kłótni, zbroczony krwią tarza się u ich stóp; skromny niedzielny ubiór jego podarty w kawałki, znurzany w błocie; wstaje on chwiejąc się, ale wpośród opilstwa, nie poznaje drogich sobie istot i obsypuje je obelgami lub groźbą.
Ale noc następuje, światła gasną, uśmierza się zgiełk; te głosy, przedtém tak grzmiące, teraz jąkają się, bełkocą lub jęczą; ci ludzie, niedawno tak energiczni, porywczy, słabną, truchleją.
Po tym przerażającym zgiełku nastała ponura cisza, kiedy niekiedy przerywana dalekiemi wrzaski: wielu odzyskało zmysły, i zawstydzeni, żałujący, wracają do domów, gdzie smutni padają na posłanie, myśląc już o jutrzejszej pracy.
Tak, jest to szkaradnie, to okropnie; myśl się oburza, serce krwią zachodzi na widok tych stworzeń boskich, uposażonych nieśmiertelną duszą, mających w sobie wszelkie zarody pięknego i dobrego, a pogrążających się, poniżających i upadlających w podobnych rozkoszach.
Lecz, iżby je ganić, gdzie są rozrywki szlachetne, niewinne, wzniosie, a nieprzechodzące możności tych nieszczęśliwych, gdzie są rozkosze, którebyśmy im ofiarować mogli w zamian za ich zwierzęce uciechy?
Jakież dowody życzliwości dajemy tym wydziedziczonym tłumom? Nie zapominano o nich jako o narzędziach do pracy, żeby korzystać z ich siły, pojęcia, życia; lecz czyliż kiedykolwiek troszczono się o ich zabawy?
Nie, i dla czego? Czyliż kiedykolwiek pomyślano że oni, mianowicie w przykrym stanie swoim, po długich dniach utrudzającej pracy, koniecznie potrzebują rozrywki, zabawy? Czyliż pamiętano o poprawieniu, o uszlachetnieniu tych rozrywek? Czy się tym, którzy w czasie pokoju wzbogacają kraj, którzy go bronią w czasie wojny, otworzono w imieniu tego kraju, co tydzień obszerne miejsca zabawie poświęcone, gdzieby mogli znaleźć miłą, czystą, pocieszającą i nauczającą rozrywkę?
Nie i nie. Jakiémże tedy prawem ganimy tych nieszczęśliwych, że się nurzają w grubiaskich uciechach, nieprzechodzących możności ani ich nędzy, ani rozumu, którego nikt nie rozwinął?
Jeszcze słów kilka Mości Książę.
W tym szczerym opisie rozmaitych przygód życia mojego, nieraz dostrzeżesz wprowadzonych na scenę dwóch towarzyszy dzieciństwa mojego...
Bamboche, syn drwala, to opuszczone dziécię, które straciwszy ojca, bez ratunku zmarłego w głębi lasu, z tak okrutną pogardą odepchnięte zostało, kiedy po raz piérwszy prosiło bogatego człowieka o pracę i chleb.
To dziécię co naprzód wpadło w ręce obrzydłego włóczęgi, który go nauczył chytrości i oszustwa, a które potem niedostatek rzucił w ręce skoczków, których nieprawość i zwierzęcość nauczyły go nienawiści i występku.
Baskinę... córkę nieszczęśliwego rzemieślnika, który okropną nędzą do ostateczności przywiedziony, gotów jest to dziecię sprzedać kuglarzom, chciwym w niegodziwy sposób korzystać z tego skarbu niewinności, piękności i wdzięku.
Jakakolwiek będzie przyszłość obu tych istot, Mości Książę, nim wydasz o nich sąd nieubłagany... racz wspomnieć na ich dziecinne lata... a nagana może ustąpi miejsca litości... litości najgłębszéj, najboleśniejszéj...
Nie są to jednak wyjątki, Mości Książę; pomiędzy tymi, których nieszczęście pogrąża w niezgłębioną przepaść przewrotności i niegodziwości, bardzo mało... bardzo mało mówię, znajdzie się takich którzyby nie byli uczciwi, dobrzy, gdyby tycie ich nie rozpoczęło się w opuszczeniu, w nędzy, lub zepsutém i psującém towarzystwie.




8.
Wykształcenie.

La Levrasse i matka Major w obawie zapewne abym się nie pokusił o ucieczkę, bardzo zblizka, lecz bez potrzeby nade mną czuwali.
— Tak jest, będziemy szczerymi, dozgonnymi przyjaciółmi, — powiedział mi Bamboche, w ciągu piérwszéj naszej rozmowy, rozpoczętéj kłótnią, a skończonéj serdecznym uściskiem.
Bamboche i ja wiernie dotrzymywaliśmy obietnicy wzajemnego przywiązania. Skutkiem dziwnéj sprzeczności, to dziécię, z tak nieposkromionym charakterem, przedwcześnie przewrotne, chytre, złośliwe, a niekiedy nawet dzikie i okrutne, odtąd okazywało mi najczulsze, najrzetelniejsze przywiązanie. Wyznaję, że gdyby nie urzeczywistnienie owej braterskiéj i tak dawno marzonéj przyjaźni, gdyby nie przywiązanie które mię bardzo prędko i ściśle złączyło z towarzyszem niedoli, byłbym w ucieczce szukał ochrony przed terminowaniem w nowém mojém rzemiośle.
Wszelki czas wolny od lekcyj, przepędzałem z Bambochem; słuchałem jak opowiadał o Baskinie, z zapałem i szczerą namiętnością, która teraz, ilekroć nad nią rozmyślam, zdaje mi się niepodobną w dziecku jego wieku; już to zalewał się łzami na myśl o okropnym losie, który oczekiwał tę biédną dziewczynę, pamiętał bowiem o smutném życiu i zgonie piérwszej Baskiny; już to wyskakiwał z radości myśląc, że za dni kilka córka stelmacha zostanie naszą towarzyszką; już nakoniec wściekłą wybuchał groźbą przeciw la Levrassowi i matce Major, wspomniawszy że i Baskinę równie jak nas bić będą.
W miarę jak przysłuchiwałem się mojemu koledze, z tak namiętném uwielbieniem mówiącemu o przyszłej towarzyszce naszéj, zarówno przez przychylność dla Bambocha jak i przez uczucie żywo pobudzonej ciekawości, zacząłem także niecierpliwie pragnąć przybycia Baskiny.
Bądź, że matka Major nie sądziła mię godnym dostąpienia po niewiernym Bambochu zaszczytu jéj affektów, bądź też iż pokrywała swoje zamiary, z obawy aby mię nie przeraziła (i nie omyliła się), ani słowa nie wspomniała mi o miłości, ale owszem nadzwyczaj była dla mnie srogą.
Mimo tak sprzyjających prognostyków, które mi wróżyły iż prędzéj jak za miesiąc skok królika i inne ćwiczenia wykonam w sposób dosyć zadowalający, budowa moja silniéj nawet jak własna wola buntowała się zrazu przeciw naukom mojéj instruktorki.
Moje pierwsze powołanie jako mularz, przyzwyczaiło mię do zgarbionego chodu pod ciężarem przewyższającego siły moje szaflika, kiedy przeciwnie matka Major żądała abym nietylko schował barki, ale nawet abym nieraz cały korpus wtył wygiął. Najpierwej zatem uczyłem się chodzić prosto, zamiast jak zwykle, skrzywiono; postawa moja która inaczéj byłaby zapewne zgięta, tym sposobem wyprostowała się; ale na tém tylko jedynie ograniczam wdzięczność dla matki Mąjor.
Codziennie zadawała mi ona istną torturę przystępując jak to w żargonie rzemiosła swojego nazywała do skruszenia moich kości. Tych zasadniczych i nieodzownych elementów sztuki, uczyła mię w sposób następujący:
Każdego poranku, przywięzywała mi kolejno do obu pięści, trzy lub cztero-funtowy ciężar; potém, pod zagrożeniem ostréj kary poprawy, zmuszała mię do opisania ręką równolegle od mojego korpusu kolistego ruchu, zrazu dosyć wolnego, potém coraz to szybszego, któremu, że tak powiém za oś służyło moje ramię.
Porwany ciężarem przywiązanym do mojéj pięści, co stokroć powiększało szybkość tego ruchu, czułem jak z okropnym trzaskiem rozciągają się moje stawy, potém (jakiżto był osobliwszy i dotkliwy ból) zdało mi się, że ręka moja przedłuża się... rośnie bez końca i miary, równie jak wzrastała szybkość ruchu téj procy.
Skutkiem niepojętego dziwactwa, nieraz mimo mocnych cierpień zamykałem oczy, pragnąc zupełnego złudzenia; i w rzeczy saméj byłbym wówczas przysiągł, że ręka w miarę zakreślania kół, dochodziła ośmiu do dziesięciu stóp długości.
W rozmowach naszych z Bambochem nazywaliśmy to ćwiczeniem wielkiej ręki.
Następnie nogi moje ulegały podobnym ewolucyom, zawsze jednak za pomocą ciężarów kolejno do każdéj kostki przywiązanych. Tu już nie chodziło o ruch kolisty, ale o ruch wahadła, którego podstawą było biodro, a równowagą dosyć znacznym ciężarem obładowana stopa; podobne boleści, lecz żywiéj może objawiały się w stawach uda, kolana i stopy; następowało równie dziwne złudzenie każące mi wnosić, że członki moje nadzwyczaj przedłużają się w miarę jak ćwiczenie, które wykonywam, nabiéra szybkości.
Koniec lekcyi stanowiło to co matka Major nazywała łamigłówką.
Bamboche opowiadał mi że w początkach téj nowéj męczarni, tylko co nie oszalał. Zrazu mniemałem że przesadza, ale nauczony doświadczeniem, uznałem całą prawdę słów mojego towarzysza.
Matka Major brała mię za głowę w wysokości uszu, które przytrzymywała wielkim i wskazującym palcem, i za najmniejszym z mojéj strony oporem, aż do krwi szczypała; potém ścisnąwszy mi czaszkę grubemi rękami swojemi, silnemi jak kleszcze, nagle szarpała mą głowę to naprzód, to w tył, to w prawo, to w lewo, odbywając te nieustanne i kolejne ruchy z taką szybkością, że sądziłem iż mi kark kręci. Wkrótce dostawałem zawrotu i przykrego strzykania, mniemałem że mi oczy wyjdą z głowy, że mózg mój tu i owdzie przewraca się w swojéj kościstéj skrzynce. Każde takie wstrząśnienie zadawało mi niepodobne do wiary cierpienia.
Po każdém tego rodzaju ćwiczeniu, kończącém lekcyą, byłem na chwilę jak zgłupiały.
Zresztą wyznaję że skruszenie kości wydało swoje owoce; powoli ceną okropnych boleści nabyłem zadziwiającéj zwinności; niektóre pozycye, niektóre wykręcanie członków, dawniéj fizycznie niepodobne, teraz niczém być dla mnie zaczynały; ale okrutna nauczycielka moja nie poprzestawała na tém; a znajdując zapewne że kości moje już dostatecznie skruszały, chciała abym się doskonale wyuczył tureckiéj przechadzki. Dla czego tureckiéj? nie wiém. Rzecz się miała następnie:
Matka Major kazała mi usiąść na ziemi, na słomianém posłaniu, przywiązywała prawą moje rękę do prawéj nogi, i nawzajem lewą do lewéj, potém popchnęła mię wprost, tak że musiałem wywrócić nieskończony szereg koziołków. Najmniejszą niedogodnością w tém ćwiczeniu było, żem mógł połamać krzyże, żem się narażał na uderzenie krwi do głowy, któremu instruktorka moja zaradzała polewając mię studzienną wodą. Ta improwizowana katarakta przywracała mi zmysły, i przystępowaliśmy do innego ćwiczenia.
Wobec publiczności turecką przechadzkę swobodnie wykonywać należało, wtedy wiązanie rąk, i nóg oraz cudzy popęd nie miały już miejsca, ale trzeba było wziąć się za wielkie palce u nóg i własną siłą wykonywać koziołki.
Tak przeminęło kilka tygodni, w ciągu których la Levrasse często wyjeżdżał; kilka razy przywiózł znaczne zapasy włosów, nie przestawał bowiem tego handlu, frymarcząc warkoczami ubogich dziewcząt.
Przychylność moja dla Bambocha ciągle wzrastała, przez to samo że zuchwały i złośliwy dla wszystkich, mnie okazywał... w swoim rodzaju... dobroć i przywiązanie. Był on świadkiem cierpień jakie mi zadawała turecka przechadzka, ale z wielkiém mojém podziwieniem ani mię pocieszał, ani żałował; od kilku dni dostrzegałem w nim roztargnienie, zakłopotanie; widziałem że często chodził do pustego szpichlerza i długo tam przesiadywał; taił coś przede mną, ale przez dumę nie pytałem się o to.
Raz, wychodziłem z lekcyi skołatany, odurzony, gdyż turecka przechadzka zbyt długo trwała; okrutnie cierpiałem, pięść mi nabrzmiała, bom źle upadł a matka Major obiła mię za tę niezręczność. Spotkałem promieniejącego radością Bambocha; lecz skoro się dowiedział o przygodzie mojéj, zachmurzył twarz; uniósł się gniewem przeciw matce Major i lżył ją, z braterską przychylnością obejrzał mi rękę, a potém smutnie na mnie poglądając, rzekł wzruszonym głosem:
— Szczęściem, jutro już cię po raz ostatni bić będą!
— Ostatni raz? — powtórzyłem zdziwiony.
— Jutro, już ciebie tu nie będzie, odpowiedział mi po chwili.
— Nie będę tutaj? zawołałem.
— Słuchaj: wczoraj słyszałem jak la Levrasse mówił matce Major, że jutro przybywa człowiek Ryba; znam furmana, który go tu przywiezie: jest to poczciwy człowiek; w spichlerzu znalazłem wielką linę, nawiązałem na niéj węzłów i dobrze ją schowałem: bo widzisz od strony pola, jest małe okienko, będziesz mógł przez nie wydostać się; ja, choć jestem od ciebie słuszniejszy, przecisnąłem się także...
— Ja mam przeleźć tamtędy? a to na co?
— Czekajże... naprzód przywiążę tam linę, umyślnie na to kół przygotowałem; skoro powóz, którym przybędzie człowiek-ryba, ztąd wyruszy, ty spuścisz się przez okienko, poprosisz furmana, aby cię z sobą zabrał, i ukrył póki nie ujedziecie trzech lub czterech mil. Skoro się raz wymkniesz ze szponów la Levrassa, znajdziesz zapewne służbę u jakiego mularza, tymczasem możesz żebrać.
Serce mi się ściskało na tę propozycyę... łkając przerwałem Bambochowi.
— Co ci jest? — spytał mię porywczo.
— Widzę że mię nie kochasz, — smutnie odrzekłem.
— Ja! zawołał tonem gniewnego wyrzutu... ja!... który ci pragnę dopomódz w ucieczce... Wszak już od dwóch tygodni nad tém rozmyślam. Nie wspominałem ci o niczém, abym cię nie nabawił zawczesnéj radości! a ty tak źle o mnie sądzisz!
— Tak jest — z goryczą odrzekłem, nic cię to nie obchodzi, że się ztąd oddalę... nie dbasz o mnie...
To słysząc Bamboche rzucił się na mnie i zasypał gradem kułaków.
Jakkolwiek przywykły do szczególnych postępków mojego przyjaciela, mocno jednak oburzyłem się na tak nagłą napaść, któréj znaczenia wówczas nie pojmowałem; uniesiony gniewem oddałem mojemu towarzyszowi cios za cios.
— A ja się dla ciebie narażałem!... ja tylko com nie skręcił karku, próbując czy lina będzie dosyć długa! — niewdzięcznością moją do wściekłości przywiedziony zawołał Bamboche, — masz... masz... i ten czuły wyrzut poparł silnym kuksem.
— Wszak mówiłeś mi, że się nigdy nie rozłączymy! niemniéj rozjątrzony, odpowiedziałem, — masz... masz... — i kopnąłem go nogą.
— Ale ja wiém ile ty tutaj cierpiéć musisz... niegodziwcze! — mówił znowu Bamboche nieprzerywając téj tkliwéj sceny. — Oto dla ciebie.
— Ale i ty wiesz dobrze, że bylebym był ciągle z tobą, mniejsza o to, iż mię tłuką na miazgę! odpowiedziałem i wzajem go biłem.
— Dobrze, — powoli uspokajając się rzekł Bamboche — ale ja zostaję, bo muszę czekać na Baskinę... inaczéj jużbym dawno był podłożył ogień pod to domczysko; upiekłbym w niem la Levrassa wraz z matką Major, abyśmy łatwiéj uciec mogli. Ale kiedy ja tu zostać muszę, to sam uciekaj.
— Nigdy, bo skoro tu przybędzie Baskina, jeżeli zechcesz razem z nią uciekać, może się wam na co przydam,...
Nastąpiło chwilowe zawieszenie walki.
Bamboche, równie porywczy w przyjaźni jak i w nienawiści, chciał znowu rzucić się na mnie. Ja niepewny jego zamiarów, na wszelki przypadek przybrałem odporne stanowisko, atoli napróżno. Szczególniejszy ten chłopak z czułém wylaniem przycisnął mię do piersi, mówiąc wzruszonym głosem:
— Marcinie, ja ci tego nigdy nie zapomnę....
— Ani ja także, Bambochu.
I równie z szczerego serca oddałem mu przyjacielski uścisk, jak pierwéj oddawałem kułaki.
— Do pioruna!...cóżto ja dla ciebie czuję? — po chwili milczenia powiedział Bamboche. Daremnie pytam siebie, bo pojąć tego nie mogę.
— I ja także nie pojmuję Bambochu: ty jesteś dla wszystkich prawdziwym szatanem, dla mnie zaś.... bynajmniéj...to też dziwi mię mocno.
Po krótkim namyśle Bamboche tak dalej mówił tonom nieco szyderczym, nieco smutnym, ale nienaturalnym:
— Nie wiém jak się to stało, żem ci wspomniał o moim ojcu...bo pierwéj...nikomu o nim nie mówiłem... ale raptem rozczulił się zakątek mojego serca... tyś się wcisnął w to serce i osiadłeś tam jak ta skamieniała jaszczurka, którą la Levrasse pokazuje podczas swoich podróży... Bardziéj nawet zagnieździłeś się tam, niż owa jaszczurka w kamieniu, bo nie wygnałem cię z mojego serca, mimo, iż szalenie kocham moję Baskinę... A potem, widzisz?...zdaje mi się że od czasu jak zostałem twoim przyjacielem, jeszcze bardziej nienawidzę ludzi... sądzę że mam do tego prawo.
— No, zgoda, Bambochu, ja będę twoją jaszczurką, zostanę na zawsze w małym zakątku twojego serca; ale ty nie wspomnisz mi już nigdy, abym uciekał bez ciebie?
— Nie, lecz skoro tylko Baskina do nas przybędzie, po upływie kilku dni, jak tylko okoliczność się zdarzy, wymkniemy się wszystko troje.
— I gdzież pójdziemy?
— Wprost przed siebie.
— Az czegóż żyć będziemy?
— Z żebraniny, powiemy żeśmy bracia, że Baskina nasza siostra, że nam pomarli rodzice, głupi przechodnie ulitują się nad nami, i jak powiadał kaleka bez nóg, będziemy u nich wyłudzać pieniądze, będziemy się bawić nie zadając sobie innego trudu prócz żebraniny...
— A jeżeli nikt nam nic nie da?...
— Dzieci nikt się nie wystrzega... będziemy kradli.
— Co!.... będziemy kradli!... powtórzyłem myśląc o Limoussinie moim dawnym panu, który się tak brzydził kradzieżą; dodałem:
— Lepiéj byłoby nie kraść.
— Dla czego?
— Bo to źle.
— Źle? dla czego?
— Ja nie wiém; ale Limousin mawiał że to źle.
— Ja zaś mówię że to wcale nieźle; czy wolisz wierzyć Limousinowi aniżeli mnie?
— On powiadał że pracą zarabiać trzeba na życie.
— Mój ojciec pracował... a cóż zarobił? śmierć, ponuro odrzekł Bamboche, — kaleka bez nóg, żebrał i kradł skoro mógł... a jednak ani mój ojciec ani ja nigdyśmy nawet tak dobrej uczty nie wyprawiali sobie jak jego najlichsza wieczerza... Ja także wprzód nim żebrać zacząłem, kiedy mi umarł ojciec, prosiłem przechodniów o robotę. Chciałem pracować, ale... czy mi dano robotę? Nie. Któż się o mnie troszczył? Nikt... Alboż to wilki pracują? kiedy wilk głodny, to jé... Pracować, właśnie téż!... la Levrasse i matka Major nie pracują, ale kradną dzieci, wykręcają im członki, okładają razami i każą publicznie tańczyć niby psom wyuczonym; a jednak przy takiém rzemiośle co dzień jedzą, z mięsem i napełniają worek... O! jeżeli go kiedy znajdę ten ich worek, nie turbuj się, to się naśmiejemy; bądź więc spokojny. Poczém dodał:
— Gdybym nie czekał na Baskinę — tu zaiskrzyły się oczy Bambocha: silna i szeroka pierś jego wzdęła się gdy wymawiał to imię, — jużbyśmy byli daleko, ale cierpliwości... a obaczysz jakie życie razem z nią prowadzić będziemy! swobodni weseli jak ptaszęta i dziobiący jak one.
— Alboż to one proszą o pozwolenie wzięcia gdzie mogą tego co im potrzeba do życia, do życia dobrego, hę? Cóżby mi na to był odpowiedział twój stary głupiec Limousin?
— Bah... ale słuchajno Bamboche, my nie jesteśmy ptakami.
— Jesteśmyż czém więcéj lub mniéj?
— Maszże się za coś więcéj jak za ptaka? — tonem pysznéj godności zapytał mię Bamboche.
— Ja się uważam za coś więcéj jak za ptaka — odpowiedziałem z przekonaniem, przyjaciel nauczył mię cenić osobistą wartość moję.
— Właśnie téż — mówił Bamboche tryumfując z góry z zagadnienia które miał mi podać do rozwiązania: skoro więc jesteśmy czémciś lepszém niż ptaki, czyliż nie powinniśmy miéć prawa dziobania, aby utrzymać nasze życie?
Wyznaję że to zagadnienie mocno mię zakłopotało, żem nie mógł rozwiązać go.
Zresztą na wzór tylu innych opuszczonych dzieci, nie miałem żadnego wyobrażenia ani o dobrém ani o złém; ani o tém co słuszne lub niesłuszne. Mylę się jednak, pamiętałem przynajmniéj kilka surowych słów, które dawny mój pan, Limoussin, wyrzekł przeciw kradzieży: ale słowa te, nie mogły zapuścić głębokich korzeni w umyśle moim, a nadewszystko nie mogły walczyć przeciw łudzącym paradoksom towarzysza mojego; wyznaję bowiem że to przelotne, bujające życie z Bambochem i Baskiną, to życie swobodne i pełne przygód, zasilane jałmużną poczciwych ludzi, a w najgorszym razie ryzykownemi środkami, — że takie życie, powtarzam, wziąłem za ideał szczęścia.




9.
Człowiek-Ryba

Wieczorem dnia w którym odrzuciłem środki ucieczki, jakie mi nastręczał Bamboche, la Levrasse kiwnął na mnie palcem abym szedł za nim do pokoju włosów.
Człowiek ten, swemi konwulsyjnemi wykrzywianiami, zimną krwią, fałszywymi przebiegłem uśmiechem, ostrym głosem, ustami szyderczemi, uszczypliwemi, bardziéj jeszcze przerażał mię jak matka Major, która mimo wielkich pięści swoich i grubego głosu, widząc mię niekiedy skołatanego trudem, zlanego potem, ulegającego zawrotowi głowy, z oczami krwią zaszłemi, przecie kilko chwilowym spoczynkiem przerywała moje akrobatyczne lekcye; lecz skoro tylko ćwiczeniom towarzyszył la Levrasse zawsze był nielitościwy.
— Daléj, dalej, Marcinku — mawiał on słodko ironicznym tonem, — zgrzałeś się, ostrożnie, żebyś się nie zaziębił... bo to niezdrowo... Jeżeli ustaniesz, będę musiał wziąć ci dyscypliną miarę na flanelową kamizelkę zdrowia... — I to mówiąc komicznie się skrzywił.
Mocno się więc przestraszyłem skorom postrzegł że sam jeden tylko z la Levrassem jestem w izbie włosów; zamknął on drzwi i rzekł do mnie:
— Marcinku, bardzom z ciebie kontent, i dla tego dam ci dowód zaufania.
Patrzyłem na niego zdziwiony.
— Leonidas Rekin jutro przybywa.
— Leonidas Rekin, mówi jegomość? (Według urzędowej formuły nazywaliśmy la Levrassa jegomością).
— Tak jest powtórzył la Levrasse, — jest to człowiek-ryba; a ponieważ ty tu jesteś najnowszy Marcinku, do ciebie więc należą posługi.
— Jakie posługi jegomość?
— Rozumié się że poufne, bo ten łotr Bamboche gotówby go jeszcze zadławić albo zostawić bez wody.
— I jakież to ja będę musiał wykonywać posługi, proszę jegomości?
— Będziesz karmił człowieka-rybę, bo on ma tylko płetwy.., ten biedny kotek, i dla tego niebardzo mu wygodnie wywijać nożem albo widelcem.
— Będę musiał karmić czlłowieka-rybę, proszę jegomości?
— I co dzień zmieniać mu wodę, Marcinku; bo jako rzeczna ryba żyje on ciągle w wielkim słoju.
— Zmieniać mu wodę! — zawołałem coraz bardziéj przerażony nowemi obowiązkami.
— Prócz tego będziesz go dwa razy na dzień poił Nilową wodą, w którą on się zaopatrzył, bo tylko taką pije: widzisz, jest to woda z jego rodzinnéj rzeki; ale pilnuj dobrze palców, bo on kąsa, ponieważ w prostej linii od swego dziada jest to potomek królewskiéj rodziny egipskich krokodylów, a przez swoich naddziadów wywodzi się od kaimanów, które ten znikczemniały naród szanuje i czci, jakby jaką świętość...
Te słowa wymówione tonem kuglarza, który z pałeczką w ręku przedstawia jakie dziwowisko, przerwało nagłe przybycie matki Major, niby powietrzna trąba wpadającéj do izby włosów.
Ten żeński Alcyd, wściekły, groźny, trzymał w ręku wielką linę od studni starannie wymytą i w pewnych odległościach węzłami opatrzoną.
Jakieś przeczucie powiedziało mi że to właśnie jest lina o klóréj mi wspomniał Bamboche, a która mi ucieczkę ułatwić miała.
— Ten łotr Bamboche, chciał umknąć, zawołała matka Major, — miałam go w podejrzeniu, widziałam że jak wilk skradał się do szpichlerza obok gołębnika, szłam za nim niepostrzeżona, i schwytałam go z tą liną w ręku...
— Ah! ha! — zawołał la Levrasse i tak komicznie skrzywił się żem aż zadrżał.
— Co większa, w oknie na dachu zrobił haczyk do przymocowania liny, po któréj chciał się spuścić...
— Oh! oh! — znowu zawołał la Levrasse, krzywiąc się jeszcze szkaradniéj.
— Związałam zbrodniarza w piwnicy. Wychowujże, ucz tych łotrów, aby ci potém uciekli, kiedy już sami na chléb zarabiać potrafią! — zawołała matka Major. — Ale idę...
La Levrasse zatrzymał ją.
— Czekaj-no! matko. Popsułaś go swoją łagodnością; bo ty więcéj hałasujesz niż mu dokuczasz... Ja zaś nie hałasuję nawet tyle co kret w swojéj jamie... nikt mię nie słyszy... a moje uczciwa rady mocniéj zajdą za skórę aniżeli cała twoja wściekłą drzączka... Mówisz więc że mały Bamboche jest w piwnicy?
— Tak, mocno go przywiązałam... choć mi chciał pożreć ręce.
— Pójdźmy więc go od wiedziéć, słodziutkim głosem rzekł la Levrasse; — i cicho i ostrożnie zmierzył ku drzwiom, niby kot dziki na swą zdobycz czyhający.
Od czasu mojego przybycia do domu la Levrassa, nigdy on jeszcze osobiście nie karał Bambocha, dla tego też groźby i odejście naszego jegomości, przejęły mię okropną trwogą o mojego towarzysza.
Matka Major do ostateczności doprowadziła moje przerażenie, bo ująwszy la Levrassa za ramię, rzekła mu półgłosem:
— Jednakże nie posuwaj się za daleko...
— Bądź spokojna, dopiero za dwa tygodnie będziemy go potrzebować, — odrzekł la Levrasse, — niech się zatem nie burzy krew twoja... nic nie będziesz słyszała... bo ja nie hałasuję... wcale... wcale..
I powtórzywszy te słowa z towarzyszeniem dziwacznego wykrzywienia, wyszedł.
— Nic nie szkodzi, — mimo swojéj surowości widocznie niespokojna rzekła matka Major, zapewne nie pomnąc na obecność moję, — nic nie szkodzi, i ja tam pójdę także... będzie to rozsądniéj... dziś coś źle patrzy z oczu la Levrassa.
I rzuciwszy linę którą trzymała pod ręką, poszła ku drzwiom, zostawiając mię w rozpaczy. Dla mnie to bowiem Bamboche, za to że chciał mi ułatwić ucieczkę, teraz miał ponieść karę, która wydawała mi się tém straszniejszą że była tajemniczą.
Chwyciłem więc matkę Major za rękę, wołając:
— Mnie to on chciał ułatwić ucieczkę, dla mnie Bamboche przyrządził tę linę... ja to prosiłem go o to... mnie więc potrzeba ukarać.
— Ah! ty chciałeś uciekać... ty! Dobrze że wiém o tém, — bacznie mi się przypatrując rzekła matka Major — i ten rozbójnik Bamboche pomagał ci... warciście, widzę, jeden drugiego. Chcecie przyswoić sobie sposób do życia, któregośmy was nauczyli... poczekajcieno trochę... jeszcze ja żyję!
To powiedziawszy, matka Major zamknęła mię w izbie włosów i odeszła.
W rozpaczy padłem na podłogę, zalałem się łzami, bom wyrzucał sobie że byłem mimowolną przyczyną katuszy Bambocha.
Kiedy piérwsza boleść przeminęła, słuchałem; ale nie słyszałem krzyków mojego towarzysza.
Wszystko zaległo w najgłębszéj ciszy.
Wspiąłem się na okno, z tyłu na krzyż zakratowane, ale nic nie widziałem.
Nadeszła noc. W chwili wieczerzy, usłyszałem kołatanie do drzwi, i wkrótce potem głos la Levrassa wołającego:
— Marcinku... położysz się spać bez kolacyi, to cię trochę uspokoi; jutro pocieszy cię człowiek-ryba, twój nowy znajomy.
Przepędziłem noc okropną, stokroć okropniejszą aniżeli ta, którą spędziłem w tym samym pokoju, zaraz po mojém przybyciu do la Levrassa.
Około północy, skołatany trudem, troską, usnąłem snem przerywanym złowrogiemi marzeniami: widziałem Bambocha znoszącego srogie katusze, słyszałem jak wołał na mnie: „Marcinie, Marcinie, twoja to wina...” Wśród tych straszliwych marzeń widziałem potworną twarz człowieka-ryby; zdało mi się że mię ściga a ujść nie mogę okropnym jego zębom.
Nagle marzenie to przerwały dwa mocne stuknięcia do drzwi — obudziłem się; już dniało. Słucham: byłto głos la Levrassa.
— Marcinku, prędko, prędko... człowiek-ryba przyjechał; czeka na swojego służącego.
I otworzył drzwi.
Gdy rzeczywistość, że tak powiem, przedłużała mój sen, przerażony, błędny, patrzyłem na la Levrassa, a przypominając sobie rozmaite wczorajsze wypadki, spytałem:
— A Bamboche?
— Bamboche? szczęśliwszy od ciebie... buja sobie na świeżém powietrzu... dostał urlop... na kilka dni.
A po chwili milczenia la Lerrasse dodał:
— Ah! chciałeś uciekać Marcinku! któż to w ten sposób opuszcza papę i mamę?!... to niegrzecznie.
— Gdzie jest Bamboche? ja go chcę widzieć, — wołałem... — cożecie mu wczoraj zrobili?
A że la Levrasse odpowiedział mi szyderczym grymasem, i drzwi pokazał, zamilkłem, rozmyślając nad daremnością pytań moich, ale gotów korzystać z udzielonéj mi swoboby, i zbliżyć się do mojego towarzysza.
Skoro wraz z la Levrassem wszedłem na dziedziniec, zastałem tam matkę Major, która rozwijając swą herkulesową siłę, pomagała jakiemuś woźnicy spuścić po dwóch długich drągach dosyć ciężką, szczególnego kształtu skrzynię, w któréj zamknięty był człowiek-ryba, jak przekonywał o tém ogromny napis, czerwonemi literami na białém tle w następnych wyrazach ułożony:

CZŁOWIEK-RYBA
pensyonarz pana la Levrasse artysty akrobaty.

Ta podługowata skrzynia, dosyć podobna do wielkiéj czworobocznéj wanny, miała u wierzchu blaszaną pokrywę. Dwa okrągłe okna z malowanemi szybami przepuszczały światło do wnętrza skrzyni, zaś na przodzie pokrywy widać było kilka otworów dla przewiewu powietrza, przez które jednak oko ciekawych nic dostrzedz nie mogło.
Pod pokrywą, w dolnéj stronie skrzyni, umieszczony był szeroki lejek, przeznaczany zapewne do przyjmowania wody, którą napełniano skrzynię; gdy zaś wodę zmienić chciano, wypuszczano ją za odkręceniem kurka. Skoro skrzynię po drągach stoczono na ziemię, woźnica, człowiek uczciwego i naiwnego oblicza, patrząc na swój ładunek z niejaką obawą i ciekawością, rzekł do la Levrassa:
— Spodziewam się że jegomość kontent ze mnie? Wyjechałem wczoraj, a dziś już jestem na miejscu; noc było tak przyjemna żem się tylko dla popasu zatrzymał; i jak pan widzisz dwadzieścia dwie mile przebyłem w piętnastu godzinach, i...
La Levrasse przerwał woźnicy.
— Zapewne wczoraj wieczór zmieniałeś wodę mojemu człowiekowi-rybie... jak ci to zalecono?
— Ja, panie la Levrasse... nikt mi o tem nie wspomniał.
— Ah! nieszczęśliwy! — zawołał la Levrasse niby okropnie strwożony, — jak można się tak dalece zapomnieć!!!
— Ależ pan Boulingrin, u którego wziąłem rybę... nie,... człowieka-rybę, nic mi o tém nie mówił...
— Nic ci nie mówił?
— Nic, panie la Levrasse; powiedział mi tylko: Ojcze Lefèvre, oto skrzynia w któréj znajduje się człowiek-ryba, on nic nie potrzebuje; włożyłem mu tam dwóch karpi i węgorza, to nie będzie głodny, i...
La Lerasse niesjuchając dłużéj uniewinnień woźnicy, rzucił się ku skrzyni i przyłożywszy usta do jednego z otworów przewiewnych, rzekł:
— Leonidasie... jakże się masz mój kochanku?
Bolejący głos odpowiedział naprzód kilka słów w nieznanym języku, tak, że ja i woźnica pootwieraliśmy gęby (późniéj dowiedziałem się że to była łacińska cytacya z Seneki); ale wnet tenże sam głos dodał po francuzku:
— Zmienić wodę... zmienić wodę....
— Czy słyszałeś, ojcze Lefèvre, — rzekł la Levrasse do woźnicy — on tak gwałtownie potrzebuje świéżéj wody, że aż po egipsku gada.
— Więc to po egipsku?
— Najczyściejszym egipskim językiem z okolic Nilu... Byłem pewny że chce świéżéj wody, — niespokojnie powtórzył la Levrasse, bo on na to równie czuły jak pijawka. Ah! ojcze Lefèvre, tonem szczerego wyrzutu dodał la Levrasse, może będziesz przyczyną wielkiego nieszczęścia.
A obróciwszy się do matki Major, zawołał:
— Żywo!... żywo!... dawaj tu kilka wiader swiéżéj wody!... bo mi gotów zamrzéć.
A kiedyśmy wraz z matką Major poszli pompować świéżą wodę, la Lerrasse odkręcił kurek, i wypuścił dość znaczną ilość wody dawnéj.
Potém wziął ode mnie wiadro i trzema przerwami nalał świéżéj w szeroki lejek.
— Ab! jak to miło... rzekł głos tonem nadzwyczajnego szczęścia, i już wcale nic cudzoziemskim dyalektem. — Jak to miło...
I po tym wykrzykniku nastąpiło znowu kilka łacińskich wyrazów.
Woźnica zdawał się być mocno zmartwiony że mimowolnie naraził na niebezpieczeństwo kosztowne życic egipskiego człowieka-ryby, który tak dobrze mówił po francuzku.
— A ja tak długo jechałem ponad rzeką! — z bolesnym żalem zawołał; — no proszę, wiedząc że wiozę człowieka-rybę, nie przyszło mi na myśl spuścić skrzynię do wody aż po samą pokrywę... żeby przynajmniéj z godzinę tam pobyła, toby się dobrze ochłodził ten poczciwy człowiek, nie, ta poczciwa ryba, eh, cóż znowu, ten poczciwy człowick ryba!... O! jakiż ze mnie niedołęga!...
Zaledwie woźnica późny swój żal objawił, mieszkaniec skrzyni gwałtownie poruszać się zaczął, jakby go przerażała mowa woźnicy. — Nierozsądny! zawołał la Levrasse tobyś się był pięknie sprawił.
I znowu pochyliwszy się ku otworom skrzyni dodał:
— Leonidasie... koteczku... czy ci teraz lepiéj?
— Lepiéj... lepiej... — rzekł głos — ale do rzeki... nigdy,... o! nigdy! powiedz to woźnicy.
— Widzisz jak się próżniak Nilem zbałamucił, — przebiegle rzekł la Levrasse; już innéj rzeki znieść nie może... Patrzcieno! jaki mi pan, — dodał obracając się ku skrzyni.
— Ah! panie la Levrasse, — kiwając głową rzekł woźnica, — to dopiéro sute dochody będziesz miał jak go obwieziesz! W każdéj wiosce, w każdém miasteczku, w każdém mieście, garnął się za moim wozem tłum ludu. — Ah! człowiek-ryba!... musi to być nadzwyczajne, a bardzo ciekawe! — mówił każdy czytając pański napis. — Tak moi przyjaciele odpowiadałem — wiozę go do pana la Levrasse jego właściciela, jak będzie przejeżdżał tędy ze swoją trupą, to zobaczycie tego człowieka-rybę...
La Levrasse przerwał woźnicy pytając:
— Czy przejeżdżałeś przez Saint-Genêt?
— Tak, mój jegomość, przejeżdżałem.
— A dopełniłeś mojego zlecenia?
— Oddałem list pański. Ah! drogi jegomość, to aż serce pęka; stelmach już prawie kona.
To słysząc, podwoiłem uwagę; Bamboche bowiem uzupełniając swoje zwierzenie, powiedział mi nazwisko wsi w któréj mieszkał biédny stelmach, ojciec Joasi, przyszłéj Baskiny naszéj trupy.
— A więc stelmach mocno chory! — niezdolny ukryć radości zawołał la Levrasse. — Zatém jego żona nie oszukiwała mię w swoim liście: a czy widziałeś ją?
— Tak jest i ona także ciągle chora, ciągle w łóżku leży. Na Boga! serce się kraje patrząc na tych chorych rodziców, otoczonych trzodą obdartych i mrących z głodu dzieci.
— Słyszysz! stelmach umiera — powtórzył la Lerrasse zamyślony, patrząc na matkę Major.
— Dla tego też, odrzekła, trzeba się nam prędzéj wybierać w drogę.
— Prawda, prawda, im prędzéj tém lepiéj; odpowiedział la Levrasse.
To postanowienie la Levrassa wielce mię uradowało. Jakże Bamboche by się ucieszył gdyby wiedział że wkrótce ujrzy Baskinę. Odtąd jedyna myśl moja była żeby jakim sposobem dostać się do mojego towarzysza, i donieść mu o tak szczęśliwéj wiadomości.
La Levrasse, obrócił się do woźnicy, dał mu kilka sztuk pieniędzy i rzekł:
— Masz! oto twoja należytość; konie już wypoczęły... możesz sobie jechać.
— Oh! oh! tak niepojadę proszę jegomości; pierwéj muszę dwie rzeczy załatwić — odpowiedział woźnico.
— Co takiego?
— Naprzód, proszę jegomości, chciałbym widzieć małego Bambocha, toć to istna małpa, prawda, przebiegły, złośliwy, zły jak djabeł, ale ja lubię patrzeć na niego...
— Bamboche śpi — porywczo odparł la Levrasse.
— To źle, proszę jegomości, to źle; druga rzecz: przecież zdałoby się na piwo.
— Przysiągłem mojéj konającéj babce że nigdy i nikomu niedam na piwo — z komiczną uroczystością rzekł la Levrasse.
— No, proszę jegomości, to pozwólcie mi przynajmniéj niech tylko cokolwiek spojrzę na człowieka-rybę; w drodze chciałem obaczyć co przez otwory, ale nic nie dostrzegłem.
— Jak przybędziemy do miasta d’Aprement, dam ci bilet gratis nazajutrz po ostatniéj reprezentacyi.
— Ależ proszę jegomości...
— Cóż to! czyś ty oszalał? wracając będziesz opowiadał po całéj drodze jak wygląda człowiek-ryba, a że są głupcy którym dosyć na tém że widzieli oczami drugich, to mi obetniesz dochody...
— Ależ przysięgam jegomości....
— Dosyć tego — przerwał mu la Levrasse; czy w miejscach gdzieś się zatrzymywał, uprzedziłeś iż przejeżdżając będę zakupywał włosy?
— Uprzedziłem, uprzedziłem, odrzekł woźnica westchnieniem tłumiąc zawiedzioną ciekawość. — Zapowiedziałem że jegomość odbędziesz swoje żniwo, i kupno uda się dobrze jegomości, bo tego roku chlcéb drogi.
— No, ruszaj!... szczęśliwej podróży, mówił la Levrasse do woźnicy drzwi mu wskazując.
— A więc jegomość niechcesz?...
— Czy pojedziesz, czy nie? niecierpliwie tupnąwszy nogą zawołał la Levrasse.
W kilka minut późniéj ciężkie drzwi od podwórka zamykały się za woźnicą i jego wozem, a ja, la Levrasse i matka Major pozostaliśmy sami przy skrzyni w któréj zamknięty był człowiek-ryba.
Wyznaję, że mimo żywéj niespokojności o los Bambocha; mimo chęci dostania się czém prędzéj do niego i oznajmienia mu o rychłém już przybyciu Baskiny, ulegałem mocnéj ciekawości pomieszanéj z obawą widząc się obok dziwnéj osoby, któréj według rozkazów la Levrassa najpilniej usługiwać miałem.




10.
Honorowa nagroda drugiego rzędu.

Człowiek-ryba usłyszawszy zapewne że zamknięto bramę od dziedzińca, zapytał z wnętrza swojéj skrzyni:
— Czy mogę wyjść teraz?
— Czekaj — powiedział la Levrasse; — ten łotr co cię przywiózł jest tak ciekawy, gotów wyleść na wóz i patrzéć przez bramę, albo przytknąć oko do zamka. Matko Major wejdź-no na górę i spojrzyj czy już odjechał.
Żeński Alcyd usłuchał, znikł we drzwiach szpichlerza i wnet znowu pokazał się na jego poddaszu, a wiodąc okiem za oddalającym się wozem, rzekł:
— Nie masz się czego obawiać... ojciec Lefèvre już daleko... zawraca właśnie na rogu uliczki...
— No, Leonidas... możesz wyjść na powietrze, rzekł la Levrasse do człowieka-ryby otwierając skrzynię.
W téj chwili, serce moje uderzyło trwogą i ciekawością, miałem zobaczyć nakoniec tę tajemniczą istotę.
Podniosła się pokrywa skrzyni.
Malutki człowieczek wylazł z niéj powoli, z trudnością, jakby mu długie otrętwienie pokurczyło członki. Naprzód uderzyło mię to, że jego długa suknia bez rękawów, a raczéj worek otaczający całą jego osobę, był zupełnie suchy, kiedy przeciwnie, spodziewałem się że woda niby jaka rzeka spływać z niego będzie, bom widział że la Levrasse wlał parę wiader wody w lejek łączący się ze skrzynką.
Leonidas Rekin (było to jego prawdziwe, z przeznaczenia wynikłe nazwisko) zdawał się miéć około lat dwudziestu pięciu; jego nieregularne i komiczne rysy, wiernie oddane, miały podobieństwo do szkicu niewprawną ręką nakreślonego; prawe oko, skutkiem wrodzonego kalectwa ciągle górną powieką przykryte, daleko wyżéj umieszczone było jak oko lewe mocno otwarte; koniec długiego nosa zamiast prostopadle wznosić się nad swą osadą, znacznie wdzierał się na lewy policzek, co nadawało śmieszny wyraz ustom, jakkolwiek prawie na swojém miejscu będącym i szeroko zarysowanym, z pod których nagle uciekała broda. Szeroką czaszkę Leonidasa pokrywał rzadki, płowy i bez połysku włos; kilka małych kępek brody tego samego odcienia, od niewielu dni dopiero porosłéj, przebijały się przez bladawą skórę okropnie od ospy pokaleczoną.
Tę twarz, nadzwyczaj śmieszną, brzydką, cechowała taka dobroduszność i tchórzostwo, że zamiast śmiać się na widok nowego towarzysza naszego, owszem patrzyłem nań z pewném zajęciem.
Ego et animal sum et homo; non tamen duos esse noś dices[24]. (Jam człowiek i zarazem zwierzę, a jednak rzec nie można żem jest obojgiem).
Taką to łacińską cytacją powitał nas człowiek-ryba, Leonidas Rekin, wychodząc z mniemanéj sadzawki swojéj.
Nie potrzebuję wspominać że w owéj epoce życia, nie rozumiałem słów Leonidasa; słyszałem jedynie niepojęte jakieś dźwięki; lecz późniéj, w ciągu pełnego przygód powołania, spotykając tu i owdzie Leonidasa Rekina, tak często przypominałem mu nasze piérwsze widzenie się u la Levrassa, iż nareszcie dowiedziałem się co znaczyła ta cytacya z Seneki, ulubionego autora człowieka-ryby, który bardziéj niż ktokolwiek praktykować musiał stoicką filozofię swojego mistrza.
W papierach moich znajduję urywek listu który Leonidas Rekin pisał do mnie w piętnaście lat późniéj. Mimo nizkiego stanowiska jakie podówczas zajmowałem, miałem nadzieję że zapewnię mojemu dawnemu towarzyszowi szczęśliwszy i przyzwoitszy stopień na świecie.
W liście tym który miał być udzielony trzeeiéj osobie, Leonidas z największą szczerością dotykał przyczyn jakie go zmusiły do odgrywania roli człowieka-ryby.
Oto jest ten urywek; z niego poznamy i może pokochamy tę nową osobę, którą nieraz napotkamy w ciągu niniejszego opowiadania.




11.
Urywek z listu Leonidasa Rekina.

„......Urodziłem się na krawca; sądzę że byłbym był dobrym krawcem; ale ambitny ojciec mój nie pozwalał na to; szanujmy jednak pamięć jego, kochany Marcinie, byłto bowiem człowiek najlepszego serca, szkoda tylko że fałszywie rzeczy pojmował. Służył on jako odźwierny u p. Raymond, utrzymującego pensyą na bulwarku Mont-Parnasse (można się tam o tém wywiedziéć). Stryj mój, ubogi krawiec, mieszkał tuż przy pensyi, naprawiał uczniom starą odzież. Ilekroć zanosiłem mu jaką starzyznę do naprawy, ilekroć widziałem go biegle wywijającego igłą, siedzącego po turecku na warsztacie, w pokoiku, który w zimie dobrze ogrzewał piec gliniany, a w lecie napełniało świeże bulwarowe powietrze, nie wyobrażałem sobie lepszego stanu. Łoskot wielkich jego nożyców któremi krajał lśkniące się sukna, widok różnokolorowych motków nici, w zachwycenie mię wprawiał; ale cześć moja dla mojego stryja zamieniała się w uwielbienie i prawie w zabobonność, skoro mi oddawał... spodnie uczniów żadną dziurą nieposzlakowane, a które mu przyniosłem, Bóg wić w jakim stanie.
„Winienem wyznać również, że nieruchomość do jakiéj zniewala ta piękna professya, tak cudownie przekształcająca stare rupiecie, wielce mi się podobała; wątły bowiem i bojaźliwy czułem wstręt do wszelkiego ruchu; tajemne przeczucie szeptało mi także, że mimo wielkiéj bojaźliwości, mimo moralnéj i fizycznéj a zarazem śmiesznéj i głupowatéj, brzydoty mojéj, mimo że mam jedno oko wyżéj a drugie niżéj, krzywy nos, słowem mimo tych wszystkich niedogodności będę mógł być najlepszym krawcem... że zasłużę na zaufanie moich klientów.
„Atoli nierozsądna próżność ojca mojego, niezważająca na tak szczęśliwe usposobienia, zniszczyła całą moją przyszłość. Et fient et facia ista sunt! (tak się działo i lak się zawsze dziać będzie), jak twierdzi boski Seneka.
„Było to wieczorem po rozdaniu nagród; ojciec mój widział przechodzących obok swojéj budki uczniów uwieńczonych dębowém liściem, którzy nieśli pod pachami pięknie oprawne książki. Trąby i kotły wybuchające hucznemi odgłosy przy każdém wymienieniu laureata w takie go wprawiły uniesienie, a słowa pana Ministra oświecenia publicznego, który ten obrzęd obecnością swoją zaszczycić raczył, i młodych uczniów nazwał przyszłą sławą Francyi, tak dalece mu w pamięci utkwiły, że tego samego wieczora jeszcze błagał pana Raymond aby przez litość wziął mię do siebie i wyuczył czego potrzeba, iżbym na rok przyszły mógł wejść do septymy, nie zważając wcale na mój żal i ciągłe spojrzenia w stronę warsztaciku biédnego stryja mojego, krawca. Pan Raymond, który zresztą wielce lubił mojego ojca, oddał mię w opiekę jednego nauczyciela, i tak zaczęło się moje uniwersyteckie wykształcenie.
„Nieszczęściem, właśnie z powodu mojéj śmiesznéj figury, lękliwości, tchórzostwa, i socyalnego stanowiska jako syn odźwiernego, niestety! po kilku latach, zostałem wybornym, zadziwiającym uczniem...
„Nie bierz tego, kochany Marcinie, za żaden paradox: wyszydzany, wyśmiéwany, ścigany przez wszystkich kolegów moich których byłem igraszką, poczułem konieczność zjednania sobie przez wielkie postępy, protckcyi nauczycieli i dla tego usiłowałem być prymusem, abym się o ile możności oddalił od niższych ławek które zwykle zajmowali mali bogacze, z tytułu hebesów[25] i swawolników, najzajadliwsi prześladowcy moi.
„Jednym z najnieszczęśliwszych dni życia mojego, był ów dzień, kiedy imię moje, jako ucznia sextymy, po raz piérwszy zabrzmiało pod namiotem rozbitym na dziedzińcu kollegium Ludwika Wielkiego w chwili rozdawania nagród.
— „Leonidas Rekin! — głosem Stentora zawołał jeden z nauczycieli przywołujący laureatów.
„Gdy wymówiono tak dziwaczne nazwisko, powstał śmiech powszechny, muzyka grała na zabój.
„Siedziałem w ławkach wraz z innymi współuczniami, lecz skoro usłyszałem że mię wołają, opanowała mię trwoga na samą myśl że trzeba będzie przebić się przez ten tłum świetny, że przy odgłosie trąb wypadnie wejść na wzniesienie, i... O! prędzéj dałbym się porąbać na sztuki, aniżeli oderwać od mojéj ławki.
Leonidas Rekin!! jeszcze głośniéj zawołał nauczyciel.
„Nowe śmiechy z towarzyszeniem muzyki grającéj crescendo.
„Wówczas zupełnie postradawszy głowę, jak długi rzuciłem się pod ławkę, ale w chwili gdy muzyka nagle przerwała, zawołano:
— Rekin jest tu... ukrył się pod ławką!
„Na te słowa wymówione wśród ogólnéj ciszy, widzowie zwrócili się w moję stronę; słyszałem wkoło siebie wielki ruch; śmiano się, krzyczano, najweselszemi tonami wołano Leonidas Rekin, sypiąc na mnie najuszczypliwsze epitety... dwaj towarzysze moi wyciągnęli mię za nogi, a ja wrzeszcząc okropnie broniłem się jak lew: śmiechy podwajały się, wypadek zaczynał być gorszącym — aby mu zatem koniec położyć, rozgniewany nauczyciel ogłosił mię nieobecnym. Rozdawanie nagród szło swoim porządkiem, atoli nowe śmiechy wybuchły skoro mię znowu, a to po dwakroć wymieniono, gdyż otrzymałem dwie piérwsze i jednę drugą nagrodę.
„Dotąd była to tylko śmieszność, kochany Marcinie, ale teraz czekało mię co gorszego.
„Wróciwszy z obrzędu, pan Raymond, naczelnik zakładu, przywołał mię do swojego gabinetu i pełen dobroci udzieliwszy mi napomnienie za niepokonaną bojażliwość moję, rzekł:
„Rekin, powinieneś być i będziesz zaszczytem mojego domu; odtąd już cię nie uważam za ucznia, lecz za syna mojego; sam będę twoim korrepetytorem i jadać będziesz u mojego stołu.
„Mój drugi ojciec... najukochańszy, najdroższy ojciec Rekin — który pewny jestem byłby mię tęgo obił dla przestrogi abym drugi raz nie zawodził w ten sposób jego ojcowskiéj dumy — o mało co nie umarł z radości, dowiedziawszy się o dobroci pana Raymond. Wspomniałem już, kochany Marcinie, że dobroć ta była dla mnie okropną; osądź czy prawdę mówię.
„Od czasu jak zostałem ulubionym wychowańcem pana Raymond, stałem się raczéj jego ponętą, szyldem, żywém ogłoszeniem, zwiększającém wreszcie jego zakład, bo wszędzie odbijał się rozgłos nadzwyczajnych moich postępów, które koniecznie przypisywano wybornemu wykształceniu jakiego udzielają w zakładzie pana Raymond, etc. etc.
„Zawsze unikałem rekreacyj, które mimo opiekuńczego nadzoru nauczycieli, były dla mnie porą wszelkiego rodzaju utrapień. Przepędzałem więc czas rekreacji w ojcowskiéj budce, tém niezgwałconém schronieniu, gdzie nie wiedząc co począć, uczyłem się. Lecz, skorom tylko wszedł do rzędu wychowańców pana Raymond, nie dosyć że ciągle pracowałem w chwilach rekreacji, ale nadto uczyłem się w niedzielę i święta, kładąc się o północy, wstając o piątéj; nie znałem nawet wakacyj; słowem pracowałem beż ustanku, bez wypoczynku. Skutkiem ciągłego natężenia umysłu, prawie zawsze cierpiałem okropny ból głowy, alem się do cierpień moich przyznać nie chciał, pokonywając je owszem, bez końca i miary ślęczałem nad książkami.
„Słowem, zacny pan Raymond, że tak powiem, trzymał mię niby w cieplarni, pragnąc zbytkiem pracy wydobyć ze mnie wszelkie przedwczesne owoce, na jakie się tylko zdobyć mogło moje pojęcie. Nie można przypuścić żeby nie przewidział że po roku a najwięcéj po dwóch latach, zwiędnie roślina zbyt wczesną produkcją wyczerpana; atoli mało to obchodziło pana Raymond, pragnął on tylko wywierać wrażenia na publiczności. Słaby z natury, nie wiem jak podołałem tak przesadzonéj pracy, tym prawie ciągłym cierpieniom fizycznym; lecz kwitłem każdego szkolnego lata i co roku uginałem się pod ciężarem uniwersyteckich wawrzynów.
„Pan Raymond tryumfował; c oroku można było czytać w dziennikach następne szumne ogłoszenie:
„Uczeń Leonidas Rekin, który znowu otrzymał trzy najwyższe konkursowe nagrody i pięć nagród w kollegium Ludwika Wielkiego, należy do sławnego zakładu Raymond, przy bulwarach Mont Parnasse. Nie widzimy potrzeby zalecać troskliwości rodziców ten doskonały dom wychowania.”
„Pojmujesz łatwo, kochany Marcinie, że rzadko miałem czas do zastanowienia się nad tém co zemnie zrobią; atoli ilekroć mi się to zdarzyło, z gorzkim żalem przychodził mi na pamięć warsztat mojego stryja, biednego krawca; to bowiem co nazywano mojém powodzeniem wcale mi nie zawracało głowy: nie sądź aby udana skromność podyktowała mi te słowa. Przyrzekłem sobie (i do tej pory uporczywie dotrzymywałem słowa) nigdy więcéj nieubiegać się o zaszczyt publicznego uwieńczenia; w czasie rozdawania nagród, głoszono zawsze żem nieobecny, i tym sposobem zrzekałem się jedynej nagrody która mię mogła wprawić w obłęd dumy. A tak powodzenie moje, pozbawione wszelkiego uroku i sprowadzone do najprościejszego znaczenia swojego, ograniczało się dla mnie na kułakach, obelgach, szyderstwach i innych oznakach zazdrości ze strony towarzyszy, którzy mimo iż nademną czuwano, zawsze znajdowali sposób dokuczania mi; co większa ponieważ przez lękliwość, niezgrabność i tchórzostwo, oraz przekonanie o śmiesznej brzydocie mojéj, dziko stroniłem od wszystkich, współuczniowie moi mniemali żem dumny z moich tryumfów i przy każdéj zręczności częstowali mię gradem kułaków.
„A jednak, kochany Marcinie (dzięki za to mojemu zdrowemu rozumowi) mimo tuzina zyskanych wieńców, mimo żem się uznawał doskonałym humanistą... szczerze mówiąc miałem się za wielkiego głupca... Ostatni hebes okazywał w rozmowie stokroć więcéj dowcipu, incyatywy i nauki aniżeli ja.
„Skończywszy moje tłómaczenia z łacińskiego na francuzkie, lub z francuzkiego na łacińskie albo greckie, monotonne i bezowocne ćwiczenia, wielce podobne do próżniackich i bolesnych ewolucyj wiewiórki w klatce; skończywszy te nieużyteczne i uciążliwe prace, które przez ciąg siedmiu lub ośmiu lat, usypiają, otrętwiają a częstokroć zabijają całe życie, całą przenikliwość, ciekawość i bystrość dziecięcego lub młodocianego pojęcia; skończywszy to wszystko czułem żem prawdziwie głupi.
Dwa czy trzy razy przyszła panu Raymond nieszczęść wa myśl wprowadzenia mię, swojego dziwoląga, w małe przyjacielskie towarzystwo. Przytępiony, niezdolny byłem do żadnéj rozmowy, chyba że szło o łacińskich albo greckich autorów, i o mniéj więcéj szczęśliwe użycie języka francuzkiego, na wierne oddanie textu... a i w takim razie nawet lękałem się, nie zdołałem nigdy jasno oddać mojéj myśli. Po czém znowu przemieniałem się w tak doskonałego głupca, że pan Raymond rychło sprzykrzył sobie popisywanie, się z moją klassyczną osobą.
To wyłączenie cieszyło mię, a gdybym się nawet niem zmartwił, byłyby mię w mojém głupiém tchórzostwie pocieszyły słowa boskiego Seneki: Sed semel hune vidimus in bello fortem, in foro timidum, (Widziano nieraz człowieka walecznego w boju, lękliwym w sporach publicznych).