Augusta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Augusta
Wydawca Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Data wyd. 1883
Druk Przegląd tygodniowy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


AUGUSTA.
POWIEŚĆ
przez
Waleryę Marrené (Morzkowską).
WARSZAWA
Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego.

1882


Дозволено Цензурою
Варшава 29 AпрѢла 1881 г.




Druk Przeglądu Tygodniowego, ulica Czysta № 2.



Rodzice odumarli mnie dzieckiem, tak, że nawet w pamięci nie pozostał mi ich obraz. W dwudziestym pierwszym roku życia byłem sam na świecie, bo opieka sądziła, że mi już w niczem dłużną nie jest, skoro przechowała mi majątek i nie szczędziła mi na wykwintne wychowanie. Byłem więc sam na świecie bez żadnego moralnego kierunku, bez serdecznego związku, nie miałem bowiem sióstr ni braci, bez istoty żadnej, coby miała wpływ jaki na umysł mój burzliwy.
Majątek miałem znaczny, swobodę najzupełniejszą, powierzchowność piękną. Kobiety oglądały się za mną z uśmiechem, wzbudzałem zazdrość towarzyszów, ale sam nie byłem szczęśliwy. Samotność serca od lat najmłodszych, odwyknienie od miększych uczuć, przekonanie, że nikogo nie obchodzę na świecie, wyrobiły mi charakter dziwny. Od dzieciństwa zamknięty byłem w sobie, chłodny i dumny na pozór, nosiłem w głowie chaos nierozwikłanych myśli, w piersi żar nienasyconych pragnień, nie umiałem odszukać w koło siebie bratniego serca, przyjaznej dłoni, nie umiałem posiąść ni zdobyć niczego, bo zawsze jakiś rodzaj dumy, wstydu, czy niewiary w siebie, zapierał mi słowa na ustach.
Z umysłem bystrym, z wyobraźnią bujną, z żądzą wiedzy kapryśną a niepochamowaną, miałem wszystko co może stać się szczęściem lub nieszczęściem życia, mogłem być człowiekiem, a zostałem niczem! Brakło mi jakiejś ożywczej siły, jakiegoś harmonizującego pierwiastku, którego sam wyrobić nie umiałem w sobie. Bogaty uczuciem i myślą, czułem rozstrój ciągły, duchem burzyłem wszystko a nic zbudować nie mogłem i cierpiałem tem więcej, że osamotnienie lat pierwszych zostawiło mi w duszy, jakąś żądzę szczęścia nieznanego nawet w najpierwszych wspomnieniach, jakąś niecierpliwość do życia która odejmowała mi zupełnie panowanie nad sobą i rzucała skrępowanego wszystkim falom losu.
Wzrosły i wychowany w wewnętrznej rozterce, nieodgadywanej przez żadnego z płatnych nauczycieli, nie miałem punktu oparcia dla serca i myśli, przerzucałem się na wszystkie strony, uniesiony każdą nową doktryną, nową myślą i nowem uczuciem.
Dziś czuję, iż należałem do rzędu ludzi będących nieszczęściem dla siebie i dla drugich, których należy omijać zdaleka i omijano mnie też instynktownie może. Wówczas, nie znalem jeszcze samego siebie, nie miałem żadnego moralnego kriterium; nie wiedziałem sam czegom pragnął, do czegom dążył. Nie wiedziałem, że mogłem popełniać zbrodnie, choć instynkta moje były szlachetne, bo instynktami rządzi przypadek tylko, a we mnie wszystko było instynktem, przeczuciem, namiętnością. Żaden obowiązek, żadne moralne prawo nie ujęło ich w karby, nie zamieniło w stałe i dobroczynne przymioty. Szedłem zawsze za wrażeniem chwili, nieraz popełniałem to, co świat zowie czynem szlachetnym, bez żadnej zasługi, bo w położeniu mojem nie potrzebowałem na to żadnej rzeczywistej uczynić ofiary. Nieraz niewinny zasłużyłem na potępienie świata, bo nie rządziłem się ani prawem obyczaju, ani moralnem prawem wyrobionem w głębi własnego sumienia. A jednak pomimo to, że przywykłem dogadzać każdej fantazyi mojej, nie czułem się nigdy szczęśliwym, zadowolnionym nawet; cierpienie było mi nieodstępnym towarzyszem życia, im więcej zżymałem się na nie, tem silniej wpijało mi się ono w mózg i serce, napróżno uśpić je chciałem, szukając ogłuszenia, zapomnienia siebie w szałach młodości. Zapomnienie było przeciwne naturze mojej poważnej i głębokiej. Zmysłowe rozkosze, czcze uciechy, wzbudzały we mnie tylko wstręt i nudę. Jakaś wyższa żądza czegoś nieujętego, trawiła mnie skrycie, jakieś mary, ideały niewcielone zaludniały mi serce przeczuciami innego szczęścia, po które daremnie sięgałem na około.
Przesycony próżną żądzą, znudzony bezczynnością, obojętny na wszystko co zwykle młodość nęci, zacząłem uchodzić za dziwaka i byłem nim w istocie. Czułem się nieszczęśliwym, mając wszystko co może dać szczęście, szukając go namiętnie, szalejąc prawie że go nie znajduję. Tak upłynęło mi kilka lat życia smutnych i bezowocnych, cierpienia moje nie były z rodzaju tych co dziecko pasują na męża, co hartują ducha i wyrabiają przekonania, cierpiałem jak rozbitek kołysany falą, która miotając nim do żadnego nie doniesie brzegu.
Rozmarzony, wrażliwy, tęskny i dumny, nie broniony żadną wiarą, żadnem przekonaniem, musiałem stać się pastwą pierwszej namiętności, jaką przypadek postawić mógł na drodze mojej, opatrzony byłem na drogę życia we wszystko co może sprowadzić nieszczęście: przymioty i wady moje przyciągały je, jak wysokie szczyty przyciągają gromy. Dziś pojmuję to dobrze, wówczas patrzyłem przed siebie z szaloną odwagą niewiadomości.
I nie dziw, że na pierwszą spotkaną kobietę, którą wyobraźnia ustroiła w najczystsze barwy ideału, przelałem wszystkie uczucia, marzenia i pragnienia moje. Było to coś więcej niż miłość sama: wcieliły się w nią wszystkie rozpacze nienasyconego ducha, wszystko co lepszego i szlachetniejszego dochowało się we mnie. Kochałem ją bezmyślnie i szalenie jak ideały młodości, jak serdeczne marzenia, złożyłem w nią całą istność moją. Czy ona odpowiadała temu com w niej widział? czy była zwyczajną kobietą ujrzaną w danej chwili, opromienioną fantazyą chorobliwego umysłu? nie umiem dzisiaj nawet odpowiedzieć na te pytania. Znałem ją tylko przez pryzmat szalonych uczuć, w chwilach boskich i w chwilach piekielnych, a serce moje stęsknione oddało jej się zupełnie bez wahania i rozmysłu.
Dzisiaj ta cała epoka życia mgli mi się w pamięci jak majaczenia maligny, kilka lat owych stanowi dziwną przerwę w mojem życiu; myśli, wyobrażenia, fakta zewnętrzne, wszystko przestawało istnieć dla mnie, pochłonięte huraganem namiętności. Straszna to była miłość! podniosła mnie na szczyt rozmarzonych nadziei by strącić potem w przepaść bezdenną, dała mi poznać chwile pełne czaru, bym tem srożej uczuł próżnię życia. Bądź jak bądź, był to odpoczynek w cierpieniach ducha, jedyna chwila, w której nie stawiałem pytań sobie, losom i światu, w której odetchnąłem pełną piersią, uwierzyłem we wszystko i spojrzałem ku niebu wdzięcznem okiem.
Tak żyłem czas jakiś, który teraz jeszcze wydaje mi się w pamięci snem czarodziejskim, aż przyszło przebudzenie straszne, spotkałem się z zawodem.
Czyja to była wina? nie wiem. Możem za wiele wymagał od ludzkiej istoty, możem ją postawił na piedestale, na którym żadna kobieta utrzymaćby się nie mogła, może trwożyła ją samą gorączkowa, bóstwiąca prawie miłość moja; może tylko mnie łuszczki opadły z powiek i poznałem, żem przyciskał do łona to, co jedynie fantazya moja przybierała w cudne barwy ideału. Czyja w tem była wina — nie wiem, dość że przyszedł dla mnie straszny dzień przebudzenia.
Nie umiałem nigdy łudzić samego siebie, prawda magnetycznie ciągnęła mnie ku sobie, choć była dla mnie zabójczą, miałem instynktowe pragnienie światła, i szukałem go stale, nieodmiennie wśród mąk życia; może w tem leży jedyna zasługa moja.
Poznałem, że ta miłość na złudzeniu opartą była, poznałem, żem nie miał co kochać i znowu w sercu mojem stała się pustka straszna, a życie, które przez chwilę jaśniało dla mnie tęczowemi blaski, ukazało mi się znowu bezbarwne i nieme. Ale natura moja silna i namiętna znieść go już nie umiała dzisiaj, ani powrócić mogła do pierwotnego stanu; wstrząśnienie to moralne wytrąciło mnie z kolei, i razem z tą miłością utraciłem wszystkie duchowe skarby, niepowrotnie zgubiłem wiarę i nadzieję, cierpienie moje dochodziło do paroksyzmów szału.
Pamiętam dotąd, kiedy stargawszy konwulsyjną ręką wszystkie więzy, które mnie z nią łączyły, siadłem naprzeciw boleści mojej tak samotny w sercu, myśli i życiu, że gdybym się był wówczas zabił, śmierci mojej nie spostrzegłby nikt, prócz spadkobierców. Czoło moje było blade i zmącone myśli. Jak ten, któremu spłonęło mienie, grzebałem w zgliszczach pamiątek, szukając, czy nie znajdę jakiego klejnotu uszanowanego przez płomień? I nie znalazłem nic, nic wcale; gmach życia mego był niepowrotnie zburzony, ale na tych gruzach pozostała jeszcze żądza szczęścia a żądza ta dzisiaj nie miała już nawet nazwy ni celu; pogardziłem tem co czciłem dawniej, urągałem biciom własnej piersi, a serce moje nie mogło już wymarzyć żadnego pragnienia, z któregoby razem nie szydziła myśl moja.
Były to chwile goryczy, ironii i męki, od których włos siwieje na młodej skroni, które doprowadzić muszą do szaleństwa lub samobójstwa. Przyszłość była dla mnie jakiemś piekłem, zawrotem, chaosem.
Wrodzona energia natury mojej, wyprężającej się pod tłocznią cierpienia, wybawiła mnie od śmierci, począłem buntować się przeciw boleści, która w końcu przechodziła miarę sił moich. Szukając ulgi zmuszałem się niejako do wyosobienia, spoglądałem baczniej w koło siebie i zacząłem stawiać sobie pytanie: dla czego cierpienia i zawody moje były właściwością wyłącznie tylko mego ducha, dlaczego nie znajdowały one echa bratniego w innych ludziach?
Długo tak zostawałem, szukając próżno dźwigni nie w sobie samym ale w drugich, nie pytając o pragnienia i potrzeby mojej moralnej istoty i chcąc ją gwałtem porównać z kamertonem ogólnym; dni i miesiące całe pasowałem się z samym sobą, ważąc myśli, aż w końcu wybuchnąłem bluźnierstwem.
Wyrzekłem, iż w kłótni wrzącego serca ze światem, świat ma słuszność, że powszedność pojęć i myśli jest jedyną prawdą, że szczęście znaleźć można wyłącznie tylko w negacyi wysokich polotów ducha, że siła namiętności jest fałszem, a siła myśli pokusą.
Mimo wszystkiego jednak nie mogłem zmienić natury mojej, pozostałem namiętnym i rzutnym, tylko siły te skierowane gdzieindziej, popchnęły mnie wstecznym prądem równie gwałtownie jak niosły mnie wprzódy. Należałem do ludzi, którzy ideę każdą muszą w życie wprowadzić, bo nie umieją rozłamać ducha pomiędzy myślą i czynem. Więc bluźnierstwa te w czyn zamieniłem. Byłem bez litości dla samego siebie, pracowałem niezmordowanie nad nieszczęściem życia, strzegłem serca i myśli, gasiłem każdą iskrę uczucia, aż zmordowany walką i bólem doszedłem do chwilowej nicości, do ubezwładnienia wszystkich szlachetnych sił ducha; chwilę upadku wziąłem za zwycięztwo, sen za śmierć zupełną i z gorączkowym pospiechem począłem budować nową przyszłość, którą za ideał postawiłem sobie.
Po cierpieniach, jakie przeszedłem, zbrakło mi odwagi do życia, z rodzajem tchórzostwa kryłem się przed walką, negacya, brak bólu był już u mnie szczęściem. Ideałom moim było codzienne życie, nie ozłocone żadnym promieniem wyższym, nie dążące do niczego; bierne uczucie dobrobytu, zadowolenia materyalnego; a nadewszystko spoczynek serca i myśli. Słowem wszystko czego nie potrzeba dokupywać się walką, co nie można narazić na cierpienie.
Osiadłem na wsi, miałem doskonałe konie, sławne psy, dom wykwintny, postanowiłem się ożenić, żeby na zawsze zamknąć przystęp złudnym marom młodości, lękając się, ażeby przypadkiem nie ocknęło się we mnie serce, postanowiłem skrępować je zawczasu.
Jednak nie chciałem łudzić ani siebie, ani drugich; ze współki małżeńskiej wycofywałem zawczasu kapitał serca, pragnąłem więc, by druga strona poprzestała na tem i nie była bogatszą odemnie. Z natury szczery i uczciwy, nie chciałem zawodzić ani być zawiedzionym. Szukałem żony tylko, lękając się nadewszystko, żeby nie zapragnęła odgrywać roli kochanki. Szukałem kobiety pięknej i łagodnej, z myślą poziomą, z uśpionym duchem, a jedyną troską moją było, ażebym nie znalazł przypadkiem bijącego serca w jej młodej piersi.
Dziwnym trafem nie zawiodłem się w wyborze moim, Melania była uosobieniem karłowatego ideału, którego szukałem. Piękna i młoda nie miała nawet tej odrobiny zdawkowej poezyi, jaką daje zwykle młodość i piękność; białe jej i gładkie czoło cechowała ciasnota pojęć, a jednak jaśniało ono pogodą pod koroną bogatych splotów czarnych. Czarne oczy ślicznego kształtu, osłonione długiemi rzęsami połyskiwały bezdusznem światłem; usta małe i wązkie uśmiechały się bez wdzięku, głos pozbawiony był sympatycznych dźwięków, rysy jej regularne i zimne miały spokój greckich posągów, kibić wysmukła i pełna razem była doskonale piękna. Melania mogła przemówić jedynie tylko do zmysłów; poznałem ją, obrachowałem i zapragnąłem; po kilku tygodniach byliśmy zaręczeni; a jednak serce moje buntowało się przeciw woli, ostrzegając tajemnem przeczuciem, iż wiążę sobie świat na zawsze, w chwili złej bólu i zrozpaczenia. Pozostałem głuchym na głos jego.
Były to ostatnie walki, ostatnie jęki uciśnionego ducha. Czasem odzywał się on we mnie niespodzianie i wówczas nie mogłem patrzeć na narzeczoną; gotów byłem zerwać to nieszczęsne małżeństwo, ale po chwilowej sprzeczce z samym sobą, pokonywałam te tajemne przestrogi jak ostatnie drgania przeszłości i nagliłem ślub z gorączkowym pospiechem, chcąc zamknąć sobie drogę powrotu.
Jednak spotykałem pokusę tam, gdziem się jej najmniej spodziewał, pokusa była widać we mnie samym; lękając się w żonie znaleźć kochankę, sam prowadziłem ją na tę drogę; szczęściem lub nieszczęściem, Melania zrozumieć mnie nie mogła.
Pamiętam wilią ślubu, byłem w domu rodziców żony; było to wśród lata, siedziałem obok niej w ogrodzie, byliśmy sami, słońce zachodziło za fioletowe chmury, korony drzew złociły się purpurowym blaskiem, woń jaśminów wisiała w powietrzu, gdzieś zdaleka dźwięczała pastuszków fujarka. Cisza i blask panowały światu, wymowna cisza piękna, szczęścia, harmonii. Wpływ na mnie zewnętrznego świata jest niewypowiedziany, umiem radować się promieniem słońca, smutnieć chmurą zalegającą horyzont. Wówczas pierś moja uderzyła gwałtowniej, wezbrała falą uczucia, spojrzałem na Melanię zwilżonem okiem; ona była tak piękną a ja tak stęskniony, iż nie wiedząc o tem, szukałem w jej wejrzeniu tej odrobiny miłości, coby i moje zapaliła serce.
Zdaje mi się, żem ją kochał w tej przelotnej chwili, że byłbym jak dziecko klęknął przy niej, oparł głowę na jej kolanach i zamarzył o życiu całem szczęścia, ciszy, miłości i rozkoszy.
Próżno przełamywałem naturę moją, skazywałem na milczenie szlachetne instynkta, próżno do urojonej miary chciałem przyprowadzić uderzenia serca, budziło się ono w chwili, kiedym najmniej myślał o tem; a jedna chwila, jeden promień zachodu burzył ten gmach zapomnienia tak pracowicie budowany. To uczucie była to może ostatnia przestroga losu, powinienem był zrozumieć dokładniej samego siebie i zatrzymać się, nie dokonawszy moralnego samobójstwa, jakiem było dla mnie to małżeństwo.
Spojrzałem na Melanię biorąc jej rękę, ona wysunęła ją lekko, dłoń jej nie zadrżała w mojej, wzrok był bezmyślnie utkwiony w daleki horyzont zachodu.
— Melanio, rzekłem mimowolnie prawie, patrz jak ten świat otaczający jest piękny i dźwięczny; w chwilach podobnych otwiera się serce, życie nęci czarem nieujętym, wszystko co wysokie zdaje się łatwem, prawdziwem: do zbolałej myśli powraca wiara, czy nie czujesz tego?
Melania wlepiła we mnie swe wielkie oczy spłoszonej gazelli, wyraźnie z mowy mojej nie zrozumiała ani słowa jednego. Jednakże poczuwała się do obowiązku odpowiedzi.
— Jutro będzie pogoda, odparła z uśmiechem; obiecuje nam ją ten zachód słońca.
Umilkłem i opuściłem głowę, w myśli mojej nastała chwila wahania. Gotów byłem odjechać i nie wrócić nigdy do tego domu, do tej kobiety, co tak fałszywym tonem płoszyła marzenia moje. Spojrzałem na nią znowu: była tak piękna w bezmyślności swojej, tak ponętna, żem nie miał odwagi jej się wyrzec.
Zresztą na cóż uskarżać się mogłem, znalazłem to, czegom szukał, szczęśliwszy w tem od wielu, nie zawiodłem się na Melanii, serce jej i umysł były nieuleczonej mierności. Żadne żywsze uczucie, żaden poryw myśli nie wzruszył nigdy spokoju jej łagodnej duszy, była to doskonale bierna istota, nieświadoma nawet potęgi piękności swojej.
Nazajutrz ze ściśniętem sercem stanąłem przy ołtarzu i gdym wymawiał słowa przysięgi, czułem jak mi coś jękło w piersiach, ale zimny i dumny zapanowałem nad sobą. Na bladej twarzy mojej pod zdawkowym uśmiechem nowożeńca, nikt nie odgadł ukrytego bólu. A zresztą któż go mógł odgadywać? Melania nie była wyjątkową istota, ale logicznym produktem pospolitych pojęć pewnego gatunku ludzi, do których napróżno wliczyć się usiłowałem, byłaby z jednakim rumieńcem, z jednaką łzą martwą oddała rękę każdemu innemu, byle tylko równie świetne przedstawiał materyalne warunki szczęścia. Dziś do rumieńca i łzy przyłączyła uśmiech, bo wartość moja przechodziła o wiele to, co przy skromnym posagu i licznem rodzeństwie zamarzyć mogła, bo wreszcie siostry i towarzyszki zazdrościły jej świetnego małżeństwa, a powóz, który nas wiózł z kościoła był tak wykwintny, a konie tak piękne!
Objąłem to jednym rzutem oka, na przekór miłości własnej, nie uśpionej nigdy w męzkiej piersi, która chwilami wmawiała we mnie, że byłem dla Melanii czemś więcej niż prostą cyfrą dodatnią lub ujemną w jej rachunku życia.
Odtąd nie troszczyłem się nigdy o jej uczucia, pewnym będąc, że obojętność jej dla mnie, równą była mojej. Melania nie próbowała nawet łudzić mnie komedyą miłości, komedya zresztą byłaby daremną: ta kobieta zbyt o wiele niżej stała odemnie, by czemśkolwiek złudzić mnie mogła.
Połączeni nierozerwalnym węzłem, młodzi oboje jechaliśmy obok siebie z kościoła milczący, a chwilę pierwszego pocałunku zmroził mi na ustach uśmiech szyderstwa.
Jednak to trwało krótko, upadek i dźwignia leży w nas samych, nikt bezkarnie nie zapragnął skarłowacenia, nikt bez moralnej korzyści nie odetchnął wyższą myślą, i ja po owym ostatnim stłumionym porywie serca, zacząłem żyć pół zwierzęcem życiem, jakie daje zadowolenie materyalne, horyzont pojęć moich ścieśniał się widocznie. Ale ten stan biernego spokoju nie trwał długo; napotkałem w sobie samym wroga, który uciskając coraz bardziej istotę moją, kazał mi niejako żałować dawnych cierpień. Zadowolenie materyalne zrodzić musi koniecznie przesyt w każdej wyższej naturze. Przesyt i nuda opanowały życie moje i powlekły czarnym kolorytem wszystko co mnie otaczało. Wkrótce Melania z wiecznym uśmiechem na ustach, z wieczną pogodą bezmyślności stała mi się tak nieznośną, że sama jej obecność drażniła mnie i niecierpliwiła. Szczęściem Bóg opatrzył ją zbyt ciasnem pojęciem, by ocenić i zrozumieć mogła ten nowy zwrot uczuć moich; Melania nie zaznała nigdy burz serca i myślą nie odczuła chwili, w której ukochać ją mogłem, ani też tej, w której stała mi się nienawistną prawie.
Uciekałem z domu w dalekie kraje, ale nie mogłem nigdy uciec przed samym sobą; podróże, nowe obrazy i nowi ludzie, przynosili mi zaledwie krótkie chwile roztargnienia, cierpienie innem tylko ochrzczone nazwiskiem trop w trop goniło mnie wszędzie. W końcu, zmordowany próżną walką, próżną włóczęgą po szerokim świecie, powróciłem do siebie.
W parę lat po ślubie urodziła mi się córka, jednak dziecię to nie zespoliło mnie z żoną. Naturalnem następstwem zwichniętego stosunku to, co powinno było być błogosławieństwem, stało się dla mnie nowem źródłem bólu. Z naiwnem uczuciem patrzyłem na to dziecię, w którego niekształtnych jeszcze rysach, szukałem podobieństwa mego z nieznanem dotąd rozrzewnieniem. Ono winić mnie mogło kiedyś o dar życia, jeźli cierpienia moje bez nazwy zbudzić się miały w jego piersi i także z życia tego uczynić męczarnie. Bo ja nie zdobyłem żadnej myśli, żadnej wiary, którą zbrojny odżegnałbym cierpienia i wlał w jego serce męztwo i wytrwałość. Sam, rozbitek życia spoglądałem na ten drobny kształt ludzki, odzywający się łzami z rzeźbionej kolebki, wyciągający rączęta instynktownym ruchem pragnienia; wreszcie odsuwany z ducha problemat bytu stanął w całej nagości przedemną w obec istoty, której powinienem był być przewodnikiem. Bez siły wiedzy, bez wiary, załamałem tylko ręce nad głową córki i to było błogosławieństwem mojem.
Dziecko to było mi żywym wyrzutem, wiecznym znakiem zapytania, groźbą przyszłości nieledwie, czułem, żem był względem niego dłużnikiem niewypłacalnym i ta myśl zatruła mi wszystkie rozkosze ojcostwa i gorzką uczyniła każdą pieszczotę.
Jednakże to nowe uczucie wiązało mnie do ogniska domowego; kochałem dziecię moje jakimś fałszywem może ale namiętnem uczuciem. Wówczas to z gorączkową energią rzuciłem się do nauki szukając w niej zapomnienia, pociechy, i winienem jej wiele chwil dobrych, a przynajmniej chwil, w których myśl moja odrywała się od dręczącej obecności. Nauka, jak matka utulić może na surowem łonie tych, co mają siłę oddać jej się zupełnie, odsłania im ona świat czarodziejskich rozkoszy, alem ja nie dotarł do tych tajników, brakło mi tu jak i w życiu myśli kierowniczej, ślepota leżała mi na oczach i sercu, wielka synteza świata była dla mnie niezrozumiałą, z harmonii natury chwytałem tylko oderwane dźwięki i nie umiałem powiązać je razem. Byłem podobny do człowieka co patrzy przez jakaś ciasną ramkę na obraz i po kolei widzi rękę, twarz, fałd draperyi, ale nie może objąć całości i powiedzieć co ona wyobraża?
Tak dnie za dniami składały się na lata, tak marnie przeszła młodość moja, wchodziłem w wiek dojrzały bez żadnego owocu z życia, nie zbudowawszy nic na przyszłość, nie zdobywszy nic, nie mogąc oprzeć się na żadnem sercu, nie widząc nawet jasnej drogi przed sobą. Zabłąkany wędrowiec życia oglądałem się smutny w około po pustym świecie i pustem sercu własnem.
Położenia moje stawało się gorszem z dniem każdym; a żal do życia opanowywał mnie coraz gorętszy. Katastrofa jakaś, moralna burza zbierała się w duszy mojej, jak gradowa chmura w skwarne dni lata. Człowiek jest sam sprawcą swego losu, za cierpienia moje nie mogłem winić nikogo prócz siebie, za to co stać się miało, byłem winny zawczasu.
Oddawna stosunek mój z żoną stał się nieznośnym, dałem za wygranę wszystkiemu, co było dla mnie przyjemnością lub osłodą życia, ale nie mogłem w jej nieudolnych rękach zostawić wychowania dziecka. Córka z winy mego szalonego małżeństwa była rodzajem moralnej sieroty, chciałem być dla niej ojcem i matką zarazem, ale tutaj spotkałem niedobory własnej natury i poczułem gorzko bezużyteczność moją. Ja sam, rozbity na tysiące wątpliwości, ja, który na żadne pytanie sfinksa życia nie znalazłem odpowiedzi, sam będąc pastwą zwątpienia i nudy, jakąż odpowiedź dać mogłem na pierwsze pytania dziecka, które potrzebuje przedewszystkiem wiary i zasad? A przez jakiś rodzaj wstydu nie chciałem posługiwać się utartemi formułami; tą zdawkową monetą prawd i zasad ogółu. Dla mnie nie miały one żadnego znaczenia i w uchu brzmiały mi fałszywo, nie odpowiadając żadnej myśli. Zanadto brzydziłem się kłamstwem, bym na tej podstawie mógł cośkolwiek budować, każda odpowiedź moja na ciągłe pytania córki była dla mnie samego kłamstwem i fałszem, a nie mogłem pokazywać jej świata i ludzi takiemi, jakiemi wydawali się zbrudzonym oczom moim.
A potem wychowanie dziecka, to ustawne czuwanie, wymagające wyosobnienia, zapomnienia siebie i ciągłej miłości. Ja zatopiony w egoistycznem cierpieniu, rozkochany sam w sobie, rozmarzony, rozpieściłem ducha atmosferą materyalnego zbytku i moralnego wykwintu, pozując przed samym sobą, przestałem rozumieć jędrne prawdy, niezbyte a twarde konieczności życia i nie byłem już w stanie nic ukochać pożytecznie i prawdziwie. Uczucia moje powlekły się księżycowemi barwami, niezgodnemi z trzeźwą realnością bytu, poezya była dla mnie jakimś poglądem oderwanym od rzeczywistego świata, a zatem fałszywym i konwencyonalnym; nie wchodziły w nią warunki życia i ona też kryła dla mnie swe ożywcze siły. W stanie agonii, zdrętwienia serca i myśli, zajęcie każde, praca na seryo stawały mi się nieznośnemi, niepodobnemi prawie, bo nauki kapryśnie uprawiane i porzucane, były zabawką tylko, zabiciem czasu dla niespokojnego ducha.
Stawiając się w myśli własnej na piedestale męczeńskim, sądząc się o całe niebo wyższym od otaczającego świata, pyszniłem się niejako z ran ukrytych, jakby one były piętnem niepospolitości; duma zasłaniała mi oczy, a byłem rzeczywiście nieudolną i nędzną istotą, nieumiejącą nawet pokierować pierwszemi krokami mego dziecka.
Tymczasem córka moja zaczynała rok siódmy, potrzeba jej było koniecznie innej opieki, niż nierozsądnej i ubóstwiającej matki, ale zadanie wyszukania nauczycielki łatwem nie było. Ja, przyznaję, miałem rodzaj obawy i nieufności do tych biednych istot, tantalowych męczennic społeczeństwa, poświęconych nie z chęci i wyboru, ale z konieczności na twardy zawód nauczycielek. Świat otacza je i przyzwyczaja do zbytku, by lepiej mogły czuć niedostatek; umysł wykształcony, myśl wyrobiona, pozwalają im tylko głębiej czuć upokorzenia, któremi zawód ich jest zasiany. Zdobne nieraz wdziękiem i talentami na to tylko, by niemi błyszczały inne, trudno im znaleźć pośrednią drogę pomiędzy upadkiem a heroizmem.
Jednakże konieczność i zwyczaj ogólny, ten wielki zwycięzca miękkich i leniwych, zwyciężył niechęć moją, postanowiłem tylko baczną zwrócić uwagę na nauczycielkę mojej córki, a wybór jej zdałem na drugich a raczej na traf ślepy. Czy tylko traf ślepy dał mi poznać Augustę? Dlaczego właśnie ta kobieta powiększyła nasze domowe, szczupłe grono? Dlaczegom jej wprzódy nie napotkał w życiu? Czy istnieje jakaś tajemnicza potęga naigrawająca się z marzeń naszych i stawiająca je faktami za późno?
Pamiętam dzień jej przyjazdu: był to piękny wieczór lipcowy, po dniu skwarnym słońce schyliło się ku zachodowi, roztaczając złoty blask po niebie i ziemi. Atmosfera była bezwietrzna i niebo bez chmury. Stałem na balkonie, który wspierając się na filarach wchodowego ganku, panował nad dziedzińcem pełnym krzewów i kwiatów. Widok z ganku był piękny i harmonijny, pola oddzielone zieloną przestrzenią dziedzińca złociły się z daleka, jakby tło krajobrazu, gwar żniwiarzy ginął w oddaleniu; żaden dźwięk powszedniego życia nie dochodził tutaj, nie mieszał burzliwej ciszy myśli mojej. Ale ja sam nierad z siebie i drugich, rozcierpiały i rozpieszczony, nie umiałem czuć słodyczy tej godziny. Pierś moja podnosiła się wieczną skargą, wiecznem szemraniem, chmurny jak zwykle z zamglonym wzrokiem, patrzyłem na pogodę nieba, na uśmiechniony wdzięk ziemi, nie umiejąc odczuć go ani zrozumieć.
Z daleka wzniósł się tuman w lipowej alei, doleciał mnie turkot, powóz wjechał na dziedziniec i zatrzymał się przed gankiem. Wysiadła z niego Augusta.
Z razu powierzchowność jej uderzyła mnie tylko niewypowiedzianym a spokojnym wdziękiem rozlanym w rysach, ruchach, ubraniu nawet, uderzyła mnie dziwna młodość jej wejrzenia, plastyczność uśmiechu a nadewszystko jakaś atmosfera wykwintnej prostoty, która otaczała ją niejako. Na pierwsze wejrzenie nie mogłem dać jej więcej nad lat ośmnaście i to nawet zdawało się za wiele. Płeć jej przejrzysta jak płeć dziecka lilijnej białości, mimo braku rumieńca, była jednak czerstwą; pod bladością jej lica czuć było krew bijącą, usta jej malinowe okrążał jakiś pół uśmiech promienny. Szczupła i drobna, miała gibkość ruchów nie tracąc wrodzonej powagi. Rysów jej twarzy nie rozpoznałem w tej chwili, ginęły one w ogólnym wyrazie i dotąd nie wiem, czy można je było nazwać pięknemi. Ale oczy jej siwe, wielkie i jasne, zdawały się odbijać wszystkie myśli i uczucia, nie tracąc właściwej sobie, nieujętej pogody. Czoło jej było wysokie, a nad niem zwoje ciemno-złocistych włosów piętrzyły się niekarnie, miękkie i kręcone, wymykając się puklami z siatki, która ich bogactwa objąć nie mogła.
Taką na pierwsze wejrzenie ukazała mi się ta dziwna, zagadkowa istota, która, nie starając się o to, wywierała wpływ niepojęty na wszystkich i wszystko, która spokojną dobrocią kruszyła najtwardsze serca, pogodnym umysłem rozpraszała zwątpienia, budziła w koło szalone namiętności, nie domyślając się tego i mogła nigdy nie usłyszeć ich wyznania, taką czcią przejmowała zarazem. Samo jej imię Augusta, to imię żon rzymskich Cezarów przystawało dziwnie do potęgi tej duchowej władczyni o dziecięcej twarzy.
Gdym zeszedł na dół, by ją powitać, zastałem ją obok Melanii w salonie. Zosia moja, zwyczajem rozpieszczonych dzieci, czepiała się sukien matki i z po za jej kolan ukradkiem mierzyła nowo przybyłą ciekawem okiem; Melania łajała ją zcicha. Augusta przypatrywała się dziecku z jakiemś dziwnem rozrzewnieniem. Obejście jej było swobodne lecz poważne, ta kobieta miała rodzaj pewności siebie i razem zapomnienia o sobie, którego nigdy w życiu nie spotkałem w nikim, a które od razu stawiało granice odkreślające ją od ogółu. Znać było, że patrzyła nie na drugich ale w siebie samą, że każdy jej czyn, każde słowo, było owocem przekonania, rozlewało w koło tę niezmąconą harmonię, będącą jej własnym udziałem.
Patrzyłem na nią z daleka zdziwiony i zajęty, nie zdając sobie sam sprawy z zajęcia mego. Powoli Zosia zbliżyła się do niej, zawiązała się cicha rozmowa, głowa jej pochyliła się na czoło Zosi, i te dwie rozkwitłe twarze, uśmiechnione jedna bezmyślnym uśmiechem dziecka, druga pogodnym i cierpliwym uśmiechem niewieścim, przedstawiły się oczom moim jako cichy ideał szczęścia i wdzięku. Zamyśliłem się patrząc na nie, i zamyśliłem tak długo, że w końcu Melania zbliżyła się i dotknęła lekko ramienia mego. Obejrzałem się do koła, byliśmy sami.
— O czemże tak? zapytała moja żona.
Nie odpowiedziałem jej nic, bo i sam nie wiedziałem co odpowiedzieć, budziłem się jakby ze snu i marzeń moich, których nie mogłem sformułować od razu: ale nigdy bardziej jej widok nie wydał mi się fałszywym dźwiękiem w mojem życiu.
— Jak ci się podoba, pytała dalej, nauczycielka Zosi?
— Nie wiem jeszcze, odparłem niecierpliwie, chcąc jej się pozbyć jak najprędzej, tak krótko ją widziałem.
— A mnie ona podoba się bardzo, rzekła Melania ze stanowczością istot jednostronnych i odeszła jak zwykle, zostawiając mnie myślom moim.
Po chwili z ogrodu doleciały mnie głosy wesołe. Stanąłem we drzwiach szklannych wiodących do ogrodu i w pośród klombów kwiatowych ujrzałem Zosię z Augustą; dziewczynka przylgnęła do niej od razu, przyciągnięta może magnetycznie wdziękiem co ją obwiewał, lub przeczuwając instynktem nierozwiniętych istot, gorące szlachetne serce, z którego wdzięk ten pochodził.
Przypatrywałem im się z daleka, aż w końcu zmęczone siadły na schodach wiodących do ogrodu, prawie pod stopami memi, nie zważając na mnie lub nie widząc mnie wcale. Dziewczynka wieszała się na kolanach Augusty.
— Czy będziesz mnie kochać Zosiu? pytała swym dźwięcznym głosem rozpieszczonego dziecka.
— Będę, odparła maleńka bez wahania.
— A czy wiesz, mówiła dalej Augusta, jak to kochać potrzeba?
Dziewczynka wlepiła w nią oczy ciekawe, nie rozumiejąc pytania.
— Trzeba mi ufać i wierzyć, a zatem słuchać mnie we wszystkiem, jak mnie poznasz lepiej to się przekonasz, że ja nie zwiodę cię nigdy.
— To ja wtenczas pani wierzyć będę, odparta Zosia z namysłem.
— Masz słuszność, rzekła Augusta z uśmiechem, na wiarę i ufność koniecznie zasłużyć trzeba.
W tych krótkich słowach zawartą była myśl głęboka i cały program przyszłości niejako; odpowiadał on dziwnie myślom moim i dlatego spojrzałem na Augustę z czcią i wdzięcznością. Zosia siedziała na jej kolanach.
— Zosiu, rzekłem chcąc dać poznać obecność moją, pani jest strudzona podróżą, a ty ją tak męczysz.
— O nie, zawołała Augusta, podnosząc się bez zdziwienia i pośpiechu i zwracając się ku mnie z lekkkim odcieniem smutku w głosie, pozwól jej pan być swobodną ze mną, przypomina mi to moje własne dziecię, które straciłam przed laty.
I wsparłszy głowę na ręku, zamyśliła się chwilę.
— Jakto, zapytałem, więc pani miałaś męża i dziecię?
— Miałam męża, odparła zwolna, ale oddawna już jestem samą na świecie.
— Oddawna? powtórzyłem z uśmiechem, pani jesteś tak młodą.
— Mam lat dwadzieścia sześć, odparła, żyję już dawno.
I mówiąc to spojrzała na mnie jasnemi oczyma z taką słodyczą, powagą i spokojem, że umilkłem olśniony.
Chciałem coś więcej wybadać od niej, kobiety zwykle tak chętnie mówią o sobie, ale Augusta umiała inny zwrot nadać rozmowie i z dziwnym taktem, nie tracąc swobody obejścia, dała mi poznać niestosowność dalszych pytań, iż cofnąłem się zawstydzony nieledwie.
Od dnia tego życie moje się zmieniło, jakby oświecone niewidzialnym promieniem; spokój zstąpił na mnie, świat wydał mi się pięknym, stracił tę osmucającą barwę, jaką mu nadawało osamotnienie moje. Augusta jasną istotą swoją roztaczała blask tajemniczy, pogoda jej twarzy rozlała się do koła nieujętą harmonią i wdziękiem. Ja odżywałem zwolna wśród tej atmosfery nowej, nie wiedząc sam zkąd mi ulga przychodzi, dlaczego przestawałem cierpieć, odwykałem od tęsknoty. Myśl pokochania jej daleką była odemnie, serce moje i sumienie odrzuciłoby ją ze wstydem; sądziłem, że burze uczucia były dla mnie niepowrotnie minione, i bez trwogi i oględności poddawałem się jej niewidzialnemu jarzmu.
Augusta od pierwszej chwili nie zmieniła się wcale, pozostała zawsze taką, jaką ją ujrzałem w dniu pierwszym, tylko bliższe poznanie odkrywało mi coraz nowe skarby wiedzy, głębokiego uczucia; wysokie prawdy życia wychodziły z jej ust dziecięcych z jasnością prostoty.
Zosia pokochała ją namiętnie, w każdej chwili można było spotkać te dwie istoty, tak różne wiekiem, życiem i myślą, zespolone jednaką zabawą, jednakim uśmiechem, pochylone razem nad kielichem kwiatu, nad wodą strumienia, nad rojnem mrowiskiem; dziecię z zachwytem ciekawości, kobieta z zachwytem wiedzy. Augusta umiała macierzyńskim nieledwie instynktem zastosować wszystko do pojęcia dziecka, a ja nieraz z daleka słuchając jej nauk, połykałem ich mądrość spragnionym duchem, ona mogła być mistrzem moim.
Powoli świat, dawniej dla mnie tak czczy i posępny, nabrał życia i barwy; jak człowiek powstający z długiej niemocy spoglądałem do koła świeżem okiem, czując rozkosz życia i nie pytając zkąd ona pochodzi. Bytem w tym błogim stanie ciszy, ukojenia i wesela, jakie daje miłość niewiadoma siebie, ale cisza ta była zwodniczą; pierwsze wstrząśnienie ducha, lada spojrzenie, lada powiew trącając o serce moje, musiały odkryć mi stan jego i zbudzić z nową siłą hydrę boleści, którą Augusta jedna zakląć i odżegnać mogła.
Chwila ta nadeszła niespodzianie jak zwykle w życiu to wszystko, cośmy właśnie przewidzieć i uprzedzić mogli. Namiętność długo jeszcze drzemać mogła bezwiednie, traf zbudził ją nagle.
Oddawna już, wiedziony ślepym instynktem, szedłem za jej krokami nie zdając sobie o tem sprawy, jak ćma przyciągana światłem. Dnia jednego, nad wieczorem, wśród ostatnich ciepłych uśmiechów jesieni, skierowałem się ku najgęstszym krzewom parku, gdzie z pagórka stare dęby panowały nad łąką, którą przerzynał bystry strumień. Augusta lubiła to miejsce: nieraz widziałem ją tam z Zosią siedzące na brzozowej ławce pod dębami godziny całe, z robotą, lub książką w ręku, nieraz tutaj zasiadałem z niemi, na pozór zajęty czytaniem, łowiąc spragnionem uchem jej słowa lub srebrny dźwięk głosu.
Dnia tego szedłem machinalnie prawie znajomą, wązką ścieżką zamyślony, rojąc te zaczarowane kraje bez nazwy, które odkrywa nam tylko namiętne serca bicie. Nagle przypominałem sobie, że Zosia z matką pojechały na jakąś wizytę w sąsiedztwo, nie wiedziałem wcale gdzie jest Augusta, nie szukałem jej w ogrodzie, może nawet w tej chwili nie pragnąłem jej obecności, marząc spokojnie, gdy niespodzianie wśród rzedniejącej drzew zieleni mignęła mi w oczach jej jasna suknia. Zbliżyłem się cicho i powolnie; Augusta nie mogła mnie widzieć, siedziała pochylona na ławce z czołem opartem o omszony pień dębu tak, żem nie mógł dojrzeć jej twarzy, ale postać jej cała wyrażała taki smutek, żem stanął jak wryty przejęty nieopisanem uczuciem, bojąc się zdradzić, przyspieszonym oddechem lub tętnem krwi, która uderzyła mi do skroni i na chwilę wzrok zaćmiła.
Stałem tak długo na miejscu zapatrzony w nią, to com widział odejmowało mi zmysły. Augusta siedziała nieruchoma, ręce jej załamane, zaciśnięte, zarzucone były nad głową rozpacznym ruchem, a całą jej wątłą postać wstrząsało konwulsyjne łkanie bez głosu ani jęku, które rozrywało jej pierś. Ramiona jej pod lekką suknią poruszały się gwałtownie, cała postać zdawała się drżeć, przygnieciona siłą boleści wybuchającej pomimo wysileń woli.
Stanąłem jak skamieniały na ten widok, więc ta pogodna, ta plastyczna istota cierpiała tak gwałtownie, więc kryła tylko z nadludzką siłą rany serca pod uśmiechem twarzy, więc życie jej była to ciągła komedya odegrana tylko po mistrzowsku? Zrazu zdawało mi się, że mnie wzrok myli, że ta kobieta płaczącą tak rozpacznie, tak namiętnie, to nie może być Augusta. Potem przyszło mi na myśl, że jakieś niespodziane nieszczęście spadło na nią dnia tego, ale z nikąd wieść żadna nie doszła do nas. Chciałem zbliżyć się do niej, rozszalały jej bólem, którego widoku znieść nie mogłem dłużej: chciałem podać jej bratnią dłoń zbolałą, klęknąć przy niej i wyciągnąć ramiona po ten ciężar smutku, który wydałby mi się lekkim i rozkosznym; ale było coś hardego w jej bólu, co szanować się kazało nawet w chwili gdy ból ten zwyciężał jej wolę. Były w niej jakaś walka i niepoddanie się ducha, widne nawet w owej chwili upadku, które odtrącały spółczucie i nie dozwalały zbliżyć się zdawkowej ludzkiej pociesze.
Jakiem prawem, ja wątły i słaby, wspomódz mogłem tę wytrwałą istotę, która zwiodła nawet moje oko przez tyle miesięcy udaną pogodą.
I teraz chwila ta bezsilności długą nie była; wkrótce łkania jej stały się słabsze, powstała, wyprostowała drobną kibić jakimś hardym ruchem, odrzuciła z czoła pukle włosów przesuwając po nim ręką, jakby myśl natrętną odsunąć chciała, ułożyła białe ramiona na piersi wzdętej, falującej jeszcze łzami, jakby siłą uspokoić ją chciała, i tak stała chwilę, pasując się sama z sobą, blada pod różową zorzą zachodzącego słońca. Powoli wzrok jej łzawy zatonął w błękitnej, kryształowej przestrzeni nieba, po którem płynęły chmury purpurowe, i oko jej rozjaśniło się znów pogodą zwykłą, pół uśmiech roztworzył jej usta zaciśnięte. Szybkim krokiem zbiegła do strumienia, uklękła nad jego brzegiem i pochylona obmyła twarz i nabrzękłe od łez powieki; potem powstała, raz jeszcze obejrzała się po niebie i ziemi, odetchnęła pełną piersią wonią wieczora, i wszedłszy na górę, skierowała się ku dworowi nie widząc mnie, nie domyślając się, że prócz Boga, jedno oko ludzkie jej łzy widziało.
Jam pozostał na miejscu odurzony, nie pojmując jeszcze wrażeń namiętnych, jakie ta chwila obudziła w mojej piersi, nie rozumiejąc, ani jej ani siebie, z okiem martwo utkwionom w miejsce gdziem ją widział. Wewnętrzna błyskawica odrętwiła mnie na świat otaczający. Chwiejącym krokiem zbliżyłem się do ławki, usiadłem w miejscu, na którem siedziała, oparłem czoło pałające o ten sam pień dębowy; mech, którym porastał, był zwilżony łzami, oderwałem go drżącą dłonią i poniosłem do ust namiętnie.
W tej chwili dopiero pojąłem, żem kochał i jaką miłością. Jak pożar długo tłumiony, który wybucha, gdy już cały gmach rozgorzał, uczucie to wybuchało szalone, gdy już całą istność moją ogarnęło oddawna. Zrozumiałem to wszystko w jednej chwili, zrozumiałem czemu świat mi się mienił w oczach, czemu bezsilne skargi zamarły w myśli mojej; duchem, myślą, sercem i wolą należałem już do Augusty.
Czem ja byłem dla niej? Oto jedyne pytanie, jakiem stawiał sobie, zresztą nie pomyślałem nawet o tem co nas rozdzielało, o żonie, o obowiązkach; w tej chwili dla mnie na całym świecie były tylko dwie istoty, ona i ja!
Późnym zmrokiem powracałem do domu, nie spodziewając się już dnia tego zobaczyć Augusty; sądziłem że uda chorą, zatrudnioną i zamknie się w swoim pokoju. Nie znałem jej jeszcze. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem wchodząc do pokoju, była ona. Melania powróciła wcześnie, a Zosia z Augustą układały kosz owoców do herbaty, przeplatając je winnemi liśćmi.
Stanąłem w progu i słuchałem jak szczebiotały. Co mówiły? nie wiem. W oczach migały mi tylko białe, w pół obnażone ramiona Augusty, zajęte spokojną pracą, byłyż to te same ramiona tak rozpacznie zaciśnięte przed chwilą? Zosia opowiadała jej coś, a kobieta rozśmiała się głośno swym czystym, swobodnym śmiechem. Byłaż to ta sama istota, którą widziałem niedawno tak złamaną? Czy łzy te, czy śmiech były kłamstwem? Dlaczego i przed kim grała tę podwójną komedyę? Chwilę nawet zwątpiłem o sobie, zwątpiłem bym to ją rzeczywiście widział godzinę temu, samotną, łkającą.
— Czy dawnoście panie wróciły? zapytałem zbliżając się do stołu.
— Ja nie wyjeżdżałam wcale, odparła mi Augusta, podnosząc na mnie pełne prostoty śliczne wejrzenie.
Nie, wejrzenie to kłamać nie mogło. I razem uśmiechnęła się do Zosi, a usta podobnym ożywione uśmiechem równie szczere być muszą w mowie i pocałunku.
Jednak różowe przy oczach obwódki świadczyły o łzach przedchwilowych, sprzeczały się z wzrokiem i uśmiechem, a na ciemno złocistych puklach, pozostało jakby na świadectwo, niewidzialne dla innego oka źdźbło mchu, którego wiatr nie zwiał, a na nim jako brylant migotała łza.
— Musiałaś pani być w ogrodzie i wiatr zapewne rzucił ci mech na włosy, wyrzekłem głosem, nad którego drżeniem zapanować nie mogłem.
Przesunęła ręką po włosach spokojnie, zgarnęła je i przybliżając się do lustra rzuciła w nie niedbałe, przelotne spojrzenie. Ja patrzyłem na nią jak oczarowany, zapominając o ludziach i świecie, o ich prawach i sądach.
Całe życie moje było tylko jednem pasmem fantazyi, nie nauczyłem się obliczać wrażeń moich, ni panować nad sercem. Upojony dawno zapomnianą słodyczą, rozmarzony, z błędnym wzrokiem, drżący, namiętny, patrzyłem na nią zajętą domowem zatrudnieniem.
Nikt z obecnych nie zwrócił na mnie uwagi; Melania przyzwyczaiła się oddawna do dziwactw moich, Augusta nie wiem nawet czy spojrzała na mnie.
Dręczyła mnie obecność żony, dręczyło i ciążyło mi wszystko co nas otaczało. W końcu rozeszli się wszyscy, a ja wyszedłem na świat Boży, gdzieś daleko za ogród na pola, i tu po raz pierwszy spojrzałem w siebie.
Miałem rozwagę szaleństwa.
Kochałem ją z namiętnością nagromadzoną w piersi mojej latami tęsknoty i czczości serca. Kochałem ją, nie przyszło mi nawet na myśl sprzeczać się z tem uczuciem. Owszem z jakąś wdzięcznością nieokreśloną spojrzałem w niebo, dziękując mu za to nowe życie, którem rozkwitła mi dusza, dziękując za bicia serca, za łzy, nawet za cierpienia, słowem za wszystko co mi ta miłość przynieść mogła. Zapomniałem lat ubiegłych, siwiejących włosów na skroni, czułem się znów ubłogosławionym i młodym — kochałem. W tej chwili miłość ta starczyła jeszcze samej sobie, możliwość wzajemności, leżała po za granicami troski mojej; przewidywanie, trwoga, niepokój, nie psuły mi tej harmonijnej chwili, w której duch mój odzyskiwał swe prawa i mścił się w jednej chwili za lata zadawanego gwałtu. Dzień ten otworzył mi przepaść pod nogami, a jednak byłem szczęśliwy! Szczęście to dla mnie najwyraźniejsze, wspomnienie tych długich godzin przemarzonych samotnie.
Czułem, że ona jest niedaleko, wiedziałem, że spocznę pod jednym z nią dachem, że się znów spotkamy jutro rano, że cały szereg dni spędzonych razem leży przedemną. W tej chwili to mi wystarczało.
Jednak przyciągany magnetyczną siłą skierowałem się ku domowi. W jej oknie migało światło po za białą firanką. Może znowu w samotności boleść odzyskiwała swe prawa, może ona tam znowu pasowała się z cierpieniem. Nie mogłem znieść tej myśli, i z cicha, ostrożnie, przybliżyłem się do okna bez wahania, nie czując nawet, że rola, jaką przybierałem śledząc ją, gdy się sądziła samą, ubliżała mnie i jej zarazem. Za muszlinową firanką, jak za mgłą lekką, ujrzałem ją siedzącą przy stoliku z piórem w ręku, kreśliła coś z szybkością pewnej siebie myśli. Nie zmieniła nic w ubraniu, tylko włosy uwolnione z siatki spadały na jej szyję i ramiona, głowę trochę wzniesioną wspierała na ręku, a czysta linia jej profilu rysowała się światła na ciemnem tle wnętrznej ściany. Zresztą twarz jej była spokojna i nic w jej wyrazie nie zdradzało burzy, jaką przechodziła dnia tego. Czyż i w tej chwili grała komedyę?
Gdybym był mógł pochylić się na jej ramię i zajrzeć w te karty zapisane. Ta myśl opanowała mnie samowładnie jak każda pokusa, której dajemy władzę nad sobą chwilą poddaństwa.
Długo tak stałem pod jej oknem, zapominając o czasie. W końcu powstała, przebiegła okiem zapisane karty i zgasiła lampę, jednak w pokoju tym oświeconym księżycem pustać jej widną była memu oku. Zbliżyła się do okna, ja odsunąłem się szybko, Augusta otworzyła je i stanęła w niem w zwykłej postawie z głową trochę podniesioną. Niepodobieństwo było, żeby mnie nie spostrzegła, krzak ani drzewo żadne nie znajdowało się w bliskości, bym się mógł za nie ukryć. Przed domem z tej strony ogrodu rozścielała się szeroka murawa, w tej chwili srebrna od rosy i księżyca. Zbliżyłem się więc znowu pod okno.
— Czy pani nie słaba — spytałem — przechodząc się po ogrodzie widziałem tak późno światło w pani oknie.
To samo pytanie ona mogła zwrócić do mnie; w tej chwili nie zastanowiłem się nad tem i stałem pożerając wzrokiem jej łagodne rysy.
— Miałam list do napisania — odrzekła — i zapomniałam spojrzeć na zegarek.
— A Zosia? — spytałem chcąc przedłużyć rozmowę.
— Zosia śpi doskonale — odparła, wskazując mi jej łóżeczko ocienione spuszczoną kotarą i zabierając się do zamknięcia okna.
Zatrzymałem jej rękę machinalnym ruchem.
— Pani — spytałem z cicha — czy nie odebrałaś dzisiaj jakiej złej wieści, jakiego smutnego listu? zdajesz się blada, zmieniona.
— Nie — odpowiedziała ze zdziwieniem, cofając rękę — wszakże dziś nawet nie jest dzień pocztowy.
— Prawda, jednak sądziłem.. myślałem.
Nie wiedziałem co dalej powiedzieć, ale Augusta nie dosłuchała nawet stów moich.
— Dobranoc panu, już późno — wyrzekła tłumiąc lekkie ziewnięcie.
I zamknęła okno, zapuściła storę, a ja oddalić się musiałem.
Któż odgadnie, zkąd pochodzą smutki nasze i wesela tajemne? Po tych kilku słowach, po ujrzeniu jej odszedłem ze zmienioną myślą, wśród zachwytów ducha mego, wcisnęło się cierpienie nieujęte. Czemu? Co zmieniło się między nami? Obejście jej było jak zwykle przyjacielskie z odcieniem chłodu, może za niewczesne pytania, które jej uczyniłem, może za niewczesną godzinę, w której uczynione były. Czy te jej łzy, to cierpienie, było mi bodźcem nadziei? i traciłem ją widząc tę spokojność? Kobieta, która cierpi, jest bezbronną na pokusy, boleść zmniejsza jej siłę oporu i każe jej szukać wsparcia lub zguby w drugiej istocie.
Dzień ten tak ważny dla mnie, stanowiący epokę w wewnętrznych fazach mego ducha, nie zmienił nic na pozór w stosunkach naszych i wiele dni podobnych ubiegło napiętnowanych dla mnie męczarnią lub rozkoszą, zanim wezbrane uczucie wybuchnęło wyznaniem. Nie wiem jak obecni: żona, dziecię nawet, mogli nie widzieć tego wewnętrznego pożaru, którego odbłyski płonęły mi na twarzy i w oczach. Nie wiem czy Augusta mogła nie domyślać się tego co wrzało w piersi mojej. Samotny błąkając się po ulicach parku, po pokojach domu, wynurzałem jej ukryte myśli, namiętne cierpienia, ale widok jej zatrzymywał mi słowa na ustach, nieledwie spojrzenia w oczach. Drżałem jak dziecko przed mistrzem, pod spokojnym blaskiem jej źrenicy, pod majestatem jej pogodnego czoła. Samotny, bóstwiłem ją i przeklinałem na przemian, widziałem w niej zimną kokietkę, wabiącą a niechcącą widzieć roznieconej żądzy, wyrachowaną egoistkę, mierzącą na szali rozwagi uderzenia serca, lub jakąś istotę ze mgły i śniegu, niedostępna ludzkim uczuciom i cierpieniom. Ale ciepły, serdeczny dźwięk jej głosu, ale jej twarz ruchliwa, promienna, ale słodycz uśmiechu, zadawały fałsz bluźnierstwom rozszalałej myśli.
Nadewszystko dręczyła mnie zagadkowość jej przeszłości, śledziłem ją krok za krokiem, niewidzialny kryłem się w gąszczach zarośli lub po za szybami jej okna. Życie jej całe było dla mnie przezroczyste jak kryształ, sam miotany bez steru falami życia, nie mogłem pojąć źródła jej pogody, ani źródła tych łez, które raz tylko, raz jeden, widziałem płynące po jej hardej twarzy.
Po roku, przeżytym pod jednym z nią dachem, wiedziałem tyle co i dnia pierwszego, od razu dała się poznać o ile dać chciała, reszta pozostać miała na zawsze tajemnicą.
Musiałem oddać sobie tę sprawiedliwość, iż przez ten rok cały nie postąpiłem ani trochę w jej zaufaniu, nie zdobyłem jej przyjaźni nawet, ani tej głębszej uwagi, jaką sądziłem, że potrafię wzbudzić w każdej wyższej istocie. Czem żyła ta kobieta? wspomnieniem czy nadzieją? bo nie rozumiałem, by to życie codziennej pracy i obowiązku, nie ozłocone żadnym promieniem uczucia, starczyć jej mogło.
Śledziłem rzadkie listy jakie odbierała, wszystkie pisane były z drugiej półkuli, te zaś, które pisywała, adresowane były do domu handlowego w Melbourne. Widocznie tutaj był węzeł jej losu. Nieraz próbowałem zapytać ją o to, ale odpowiedzi jej zwięzłe i suche, zamknęły mi usta. Ileż razy ważyłem te listy w ręku z piekielną pokusą, by rozerwać pieczątkę i dowiedzieć się raz tajemnicy tego zamkniętego ducha. Resztki uczucia wstydu, wstręt obudzony wyrazem szpiegostwa, zaledwie zdołały utrzymać mnie na tej drodze czas jakiś, ale pokusa była coraz silniejszą, a siły moje coraz bardziej znużone ciągłą walką.
Rok blisko dobiegał jak Augusta weszła do mojego domu, a jednak żadnem słowem jeszcze nie zdradziłem przed nią miłości mojej. Nie przypisuję w tem zasługi sobie, woli mojej, ani uczuciom obowiązku. Milczenie moje, było tylko wynikiem tego wewnętrznego przekonania, że słowa moje daremnemi będą i zniweczyć mogą to bierne szczęście, jakie zlewała na mnie sama jej obecność. Ale ja byłem jednym z tych ludzi, których zła chwila zawsze zwyciężyć musi, bo nie miałem w samym sobie żadnego punktu oparcia. Na drodze, na której stanąłem, nic mnie powstrzymać nie mogło i stało się w końcu to, czegom najbardziej pragnął i lękał się razem.
Melania wraz Zosią wyjechała do rodziny swojej na dni kilka, ja sam z Augustą pozostałem w domu. Wypadek ten zdarzał się często; Augusta nie lubiła towarzystw czczych, błyskotnych i nudnych, które uszczęśliwiały żonę moją i unikała ich o ile mogła.
Po długiej zimie, po chłodnej wiośnie, pierwsze spóźnione dni ciepła ożywiły obumarłą naturę, świat cały uśmiechnięty, wonny, rozkwitły, wlewał w piersi nieskończone pragnienie zachwytu. Byłem sam z Augustą, a jednak nie dość samotne zdawały mi się ściany domu, nie dość samotny ogród na to co wypowiedzieć obciąłem.
— Chodź się pani przejść ze mną, wyrzekłem po obiedzie, widząc że według zwyczaju skierowała się ku drzwiom swego pokoju, tam za nią iść nie śmiałem.
— Chętnie — odparła, biorąc lekkie okrycie.
Przechadzki podobne nieraz odbywaliśmy dawniej, słowa więc moje zadziwić ją nie mogły. Augusta postępowała jak kobiety pewne siebie, wiedziała, że zawsze i wszędzie obronić się potrafi od śmiałego słowa i spojrzenia; samotna w życiu liczyła na siebie samą tylko i zbrojna chłodem, dumą czy czystością myśli, miała to obejście harde i śmiałe kobiet usamowolnionych niejako cierpieniem, walką i świadomością siebie. Położyła więc rękę na mojem ramieniu i wyszliśmy przez ogród na pola i łąki. Pierwszy to raz od dnia, gdym sam siebie zrozumiał, byliśmy tak sami i razem. Wszystko złożyło się by mnie upoić, ziemia rozkipiała wiosenną siłą, wydawała jakieś wonie odurzające, słowiki odzywały się w krzakach namiętną nutą, miryady owadów wzbijały się brzęcząc ku słońcu, świat cały zdawał się żyć i kochać.
Ramię moje drżało pod dotknięciem jej drobnej dłoni, blady bez tchu prawie szedłem przy niej, nie śmiejąc spojrzeć w jej oczy. Szliśmy tak długo w milczeniu, nie mogłem przerwać je pierwszy, jakieś uczucie trwogi, nadziei, przepełniało mi piersi, ściskało serce i głos odbierało. W końcu Augusta zwrócić musiała uwagę na mnie, bo nie zdolny dalej panować nad sobą, odurzony, upojony, zachwiałem się i wsparłem o drzewo.
— Co panu jest? — zapytała, podnosząc na mnie oczy, przerażona bladością i wyrazem twarzy mojej.
— To nic, nic, — odparłem, przesuwając ręką po czole, oprzytomniony nagle tem pytaniem; — czyż pierwszy raz jestem takim dzisiaj? czyś zwróciła pani kiedy na to uwagę?
W głosie moim był wyrzut i skarga.
— Ale pan cierpisz — pochwyciła nie zważając na ten odcień głosu, powodowana kobiecem uczuciem litości. — Słabo panu, oprzej się na mnie, wróćmy.
— I cóż ztąd, — rzekłem, odpychając prawie jej rękę, — a pani czyś nie cierpiała nigdy?
Zamilkła zdziwiona temi słowy, odsunęła się o kroków kilka i milczała, topiąc we mnie badawcze, kryształowe spojrzenie.
Augusta nie była niewiniątkiem szesnastoletniem, ale kobietą, musiała mnie w końcu zrozumieć. Czułem to i nabierając odwagi, w samejże niepowrotnej stanowczości tej chwili, zbliżyłem się do niej i pochwyciłem jej rękę. Bądź, co bądź, wysłuchać mnie musiała.
Milczała, nie cofając ręki i ciągle patrząc mi w oczy, jakby chciała zapanować siłą wyższego ducha nad szaleństwem mojem. Ale napróżno, zbyt długo chwila owa wyznania wrzała w piersi mojej. Jednak nie mogłem wytrzymać jej spojrzenia i spuściłem oczy bezwiednie prawie.
— Chodźmy ztąd, — wyrzekła w końcu Augusta głosem, który drżał mimo jej woli, ale który silił się na spokojność.
— To napróżno, — odparłem, czując że mnie pojąć nie chciała — wszędzie chwila ta towarzyszyć nam będzie, nie unikniesz jej, skoroś ją zrozumiała.
— Ja nic nie rozumiem, nic rozumieć nie chcę, — odparła dumnie, podnosząc głowę i siląc się wydobyć rękę z mego uścisku, — a pan nie będziesz śmiał powiedzieć mi w oczy to, czego usłyszeć nie powinnam, nie chcę.
Głos jej dźwięczał jakiemś metalicznem brzmieniem, twarz ożywił rumieniec oburzenia, brwi lekko ściągnięte, oko płomienne, nadawały jej cechę dziwnej powagi, a jednak nigdy w życiu nie wydała mi się piękniejszą i gotów byłem uczynić dla niej wszystko, wszystko w świecie, prócz tego jednego czego żądała. Nie wypościłem z ręki jej dłoni, ale pokonany tym wzrokiem i głosem, ukląkłem zwolna przy jej stopach.
— Augusto! — wyrzekłem cicho lecz stanowczo, — stało się, wysłuchać mnie musisz, kocham cię od dnia, w którym ujrzałem cię po raz pierwszy, kocham cię, szaloną miłością nieszczęśliwych. Zrób ze mną co zechcesz, potępiaj mnie, nienawidź, ale wierzyć musisz w prawdę uczucia, które rzuca mnie dziś zwyciężonego pod stopy twoje.
Drżącem ramieniem obejmowałem jej kolana i wzrok podniosłem na jej oczy, jakby szukając w nich wyroku.
Stała nieruchoma, przykuta do miejsca moim uściskiem, usta jej drgały niewyraźnemi słowami, które próżno siliła się wymówić, łzy zalewały jej głos, łzy oburzenia i dumy — nie mogłem omylić się na ich znaczeniu, spływały po jej licach.
— Mów pan, mów dalej, — wyrzekła w końcu urywanym głosem, czyż nie jestem zmuszoną cię słuchać? czyż ramię twoje nie trzyma mnie tu gwałtem. Mów pan, jesteś silniejszym i nikczemnym.
To słowo ostatnie dotknęło mnie jak żelazem gorącem.
— Augusto, jesteś bez litości, — szepnąłem, nie mogąc znieść jej pogardy, nie mogąc ręki mojej oderwać od niej, ja cię kocham.
— Czy wiesz pan — odrzekła gwałtownie, pochylając się ku mnie i topiąc wzrok w moich oczach, czy wiesz co znaczy to słowo zwrócone do mnie? Czy dałam ci kiedykolwiek prawo je wymówić? Czy odpowiedzieć na nie mogę inaczej jak wyrazem pogardy?
Tego było zanadto, dwakroć powtórzona obelga oprzytomniła mnie nagle. Powstałem i nie puszczając jej ręki, wyrzekłem z goryczą:
— Masz pani słuszność, zapomniałem do kogo mówię, sądziłem, że głos serca, w sercu znajdzie jeźli nie współczucie, to zrozumienie i litość, omyliłem się, przebacz mi, obrazić cię nie mogłem, bo miłość taka jak moja obrazą nie jest, to tylko cierpienie nad siły.
Zamilkłem zwyciężony wzruszeniem, łzami nabrzmiewały mi powieki, nie chciałem im dozwolić spłynąć, czułem, że te łzy nawet będą dla niej dowodem słabości tylko, że ona ich zrozumieć nie zechce.
Augusta targnęła tylko niecierpliwie rękę, którą ciągle więziłem w moich. Nie mówiła nic, bo i cóż po tych ostatnich słowach powiedzieć mogła, ale ja jak spadający w przepaść, co chwyta się nici pajęczej, wyrzekłem znowu po chwili łagodniej.
— Dorzucasz pani ostatnią kroplę goryczy cierpiącemu, depczesz upadłego, a przecież ty, którą widziałem płaczącą, powinnaś przynajmniej ocenić wartość łzy.
— Rozumiem, — pochwyciła Augusta — wyśledziłeś pan jakąś chwilę słabości i zbroisz się nią przeciwko mnie, ale wiedz pan, że cierpienie jeszcze upadkiem nie jest. Nie dałam prawa nad sobą litości ani pociechy.
— Wiem, — odparłem — że pani pociechy nie potrzebujesz, ja sam zbolały wiem to jedno tylko, że cierpię także, że kocham.
I bezsilny, zwyciężony, opuściłem głowę ku ziemi, ręka jej wyśliznęła się z mojej. Kobieta korzystając z tego oddaliła się szybko, patrzyłem za nią bezmyślnie. Nie miałem już siły ją zatrzymać, wszystko nagle zczerniało mi w oczach, a ten świat wiośniany, tak kwitnący przed chwilą, przemawiał tylko do mnie dźwiękiem szyderstwa i rozpaczy.
Nie miałem wówczas siły rozważyć następstw minionej chwili, zmierzyć przepaść, jaką ona wykopała między nami. Nie czułem nic, prócz tej palącej rany serca, która nie dozwoliła mi nawet czuć goryczy obrażonej dumy; kochałem zbyt prawdziwie, zbyt głęboko, by jakiebądź inne uczucie pomieściło się w mojej piersi rozdartej i dało wytchnienie sercu chociażby zmianą cierpienia.
Chwila ta była niepowrotną może, czemuż pozwoliłem jej się przemknąć tak szybko? Czemu nie wyspowiadałem przed nią wezbranego ducha? Czemu głębi zbolałej myśli nie odkryłem? Wówczas byłaby przynajmniej odeszła z żalem i bez pogardy. Ale te zimne słowa na jej ustach padły na mnie lodem, byłem nadto szczerym, by działać rozważnie.
Teraz nie miałem nawet żalu do niej. Wyrzekłem prawdę przed chwilą, nie czułem już nic prócz boleści.
Nie wiem juk długa tak zostawałem, przygnieciony ciężarem bytu, ciężarem zmarnowanych nadziei, czując, że mi znikał ostatni promyk światła. Pogrążony w ciemnościach rozpaczy, nie byłem nawet w stanie zważać na to, co działo się w koło mnie.
A tymczasem wiosenna burza zbierała się na niebie, huk grzmotów rozlegał się zdala. Słyszałem nierozumiejąc, nie widząc, nie czując prawie ulewnych strumieni deszczu; aż w końcu fizyczne uczucie zimna, dreszcze i ból zgorączkowanej głowy powróciły mnie do przytomności. Powstałem machinalnie i zaledwie zdołałem dowlec się do domu. Czoło ciążyło mi ołowiem, skronie pulsowały gwałtownie, jakiś zamęt i zawrót w mózgu odbierał mi pamięć chwilami.
Augusta w jadalnym pokoju robiła herbatę, szedłem ku niej, nie wiedząc prawie, że suknie moje były przemoczone i zwalane błotem. Wszedłem i spojrzawszy na nią, jakby gromem uderzony, zachwiałem się i padłem na krzesło. Wróciła mi pamięć, ale nie miałem siły ruszyć się z miejsca.
Augusta nie raczyła nawet zmienić względem mnie zwykłego obejścia, nie unikała obecności mojej, byłoby to ustępstwem, uznaniem miłości mojej. Co zamyślała dalej? nie wiem; ale twarz jej była bladą bardzo, a brwi ściągnięte odbierały pogodę jej czoła, zdradzały niecierpliwie myśli. Nie powitała mnie nawet skinieniem głowy, zajęta dalej czynnością swoją, tylko nalała filiżankę herbaty i postawiła przed pustem miejscem, które zajmowałem zazwyczaj. Ja chciałem powstać, zbliżyć się do stołu i stanąć na równi jej zimnego spokoju, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa; cały pokój, sprzęty jego, zakręciły się, zawirowały w koło mnie, zęby moje zadzwoniły, głowa opadła mi na piersi i nie wiem co działo się ze mną przez chwilę.
Augusta zauważyła to widać, zadzwoniła i gdy służący ukazał się w progu, zbliżyła się do mnie z gorącą herbatą.
— Musiałeś pan się przeziębić podczas tej ulewy — mówiła — wypij to pan prędko, jesteś chory, zmieniony.
I biała jej ręka podawała mi napój do ust prawie, a choć twarz jej nie zmieniła surowego wyrazu, uczułem dziwną słodycz w jej głosie. Byłem tak szczęśliwy, że się mną zajmowała, że spojrzałem na nią z nieopisaną wdzięcznością i zamiast pić przycisnąłem usta do jej ręki.
— Pijże pan prędko póki gorące — mówiła, z lekka usuwając rękę i podając mi znowu herbatę.
Wypiłem machinalnie.
— Teraz idź się pan rozbierz z tych zmoczonych sukien i połóż się czemprędzej. Józefie — dodała, zwracając się do służącego, — rozpal u pana ogień na kominku.
Byłem jej posłuszny jak dziecko i wyszedłem chwiejącym krokiem, wspierając się na ramieniu Józefa.
Noc całą miałem straszną gorączkę, majaczyłem, i nie wiem czy przez sen, czy rzeczywiście widziałem jej postać migającą koło mnie. Nad ranem dopiero zasnąłem snem ciężkim i nie obudziłem się aż koło południa. Z początku zdało mi się, że wypadki dnia przeszłego były snem tylko, ale powoli przypomniałem sobie wszystko z jakimś strasznym bólem, nie dającym się z niczem porównać. Później dopiero zacząłem namyślać się nad tem, co mi czynić wypadało, bo czułem, że to, co zaszło, było niepowrotnem. Naprzód trzeba mi było koniecznie zobaczyć Augustę, wyczytać przebaczenie i litość w jej oczach. Dziwno, wówczas nie czułem obrazy żadnej, ani upokorzenia, mimo pogardy, z jaką odrzuciła miłość moją, nie mogłem wzbudzić w sercu żadnej nienawistnej myśli przeciwko niej.
Czekałem długo czy nie usłyszę jej głosu, lekkiego kroku koło drzwi, czy nie zapyta o mnie, ale napróżno, dom cały pogrążony był w milczeniu. Wreszcie nie mogąc powstrzymać niecierpliwości mojej, wstałem chociaż z trudnością i wyszedłem ze swego pokoju.
Wszystko w domu szło zwykłym trybem, nakrywano do obiadu, spytałem o Augustę, była w ogrodzie poszedłem jej szukać. Siedziała na ławce tuż pod domem z książką w ręku, ale oczy jej nie spoczywały na kartach, wlepiały się w przestrzenie, znać w nich było zamyślenie głębokie. Na mój widok wzdrygnęła się lekko, znać nie spodziewała się mnie zobaczyć i chwilę zdawała się namyślać jak powitać, ale wahanie to trwało krótko.
— Panu już lepiej jak widzę — wyrzekła zwykłym głosem — niepotrzebniem się zatrwożyła i posłałam po panią Melanię.
Te słowa dotknęły mię do żywego, w tej chwili żona była ostatnią z istot, które widzieć pragnąłem. Jednak zdobyłem się na spokojność.
— A więc dobrze, — pochwyciłem — zanim Melania powróci pozwól mi pani pomówić z sobą, wysłuchaj mnie, a jakabądż będzie odpowiedź twoja, więcej nie usłyszysz z ust moich słowa jednego.
— Czyż nic nie zdoła wstrzymać próżnych słów i czczych myśli? — zapytała poważnie — czy jesteś pan tak bardzo rozpieszczonem dzieckiem, że koniecznie każdej fantazyi myśli dogodzić musisz?
— Augusto, — odparłem smutnie — krzywdzisz mnie i siebie podobnem słowem. Bóg widzi, że cię kocham całą siłą zbolałego serca, że cię czczę duszą całą, słowem, że istność moja cała należy do ciebie jednej. Nie obrażaj się, pozwól mi skończyć.
— Tyle razy słyszę z ust pana słowa nieszczęścia i cierpienia — rzekła z lekkim pogardliwym uśmiechem, — ale ja tego zrozumieć nie mogę, bo świat cały uśmiechać ci się powinien. Bawisz się pan w boleść jak dziecko nieuważne, nie znając widma, które wywołujesz; strzeż się pan, by cię Bóg nie ukarał rzeczywistem nieszczęściem.
— Więc pani wierzysz tylko — zapytałem — w realne, materyalne cierpienie? więc nie sądzisz, by duch i serce miały swoje prawa i potrzeby.
— Duch i serce — powtórzyła Augusta — czyż świat cały nie stoi dla nich otworem; co krępować może ich działalność, przeinaczać ich prawa niewzruszone. Szczęście leży w nas samych, bo od nich zależy. Dla czego duch pana cierpi?
Słuchałem jej zdumiony, czy wyrazy miały dla nas wprost przeciwne znaczenie, żeśmy w te same odzywając się słowa porozumieć się nie mogli.
— Cierpię — odparłem — i cierpiałem zawsze, bo wszystko co mnie otacza, razi mnie dysharmonią, bo duch mój skrępowany rwie się w nieskończoność.
— Czyż nieskończoność nie leży otworem przed każdym co ma odwagę w nią spojrzeć? Czyż ona nie otacza nas zawsze i wszędzie? Doprawdy nie umiem pana zrozumieć.
I to mówiąc, patrzała na mnie ciekawym i uważnym wzrokiem. Widocznie staliśmy na dwóch krańcach duchowego świata. W milczeniu załamałem ręce, bo już nie wiedziałem w jakich wyrazach odezwać się do niej.
— Więc pani nie cierpiałaś nigdy? — zapytałem prawie z rozpaczą.
— Cierpienie — odparła zwolna i poważnie — jest konieczną przypadłością życia, spotykałam się z niem nieraz.
— Ale dla pani ono było zapewne wypadkiem i chwilą, nie zrosło się z myślą twoją, nie zespoliło z bytem.
— Nie — odrzekła, patrząc na mnie jasno i śmiele, bo wówczas nie byłoby to już cierpienie, ale jakaś chorobliwość wyobraźni.
— Więc masz pani wszystko, czegoś zapragnęła, życie ziściło ci marzenia młodzieńcze, więc jesteś szczęśliwą jednem słowem?
Milczała, tylko znów na jej ustach zarysował się lekko ten cichy, litośny uśmiech; czułem, że dla niej słowa moje były tylko słowami kapryśnego dziecka, choć dla mnie dźwięczały one treścią życia i ogarniał mnie jakiś wstyd niewyraźny, nie wiedziałem w czem błądziłem, ale wyraźnie myśli moje nie znajdowały w niem echa.
— Niech Bóg ustrzeże każdego — wyrzekła zwolna, po chwili namysłu — od życia podobnego memu. Wierz mi pan, że się skarżysz i kwilisz bez przyczyny, a cierpienie, którem zabawiasz znudzonego ducha, jest tylko owocem fantazyi, kaprysu.
— Augusto! — zawołałem — odpowiedz mi na to jedno pytanie, czy ty jesteś szczęśliwą?
— Szczęście — odparła lekko wzruszając ramionami — to wyraz rozległy jak świat cały, jeśli pan nazwiesz szczęściem spełnienie wszystkich marzeń, dogodzenie fantazyom, w takim razie nikt może na ziemi szczęśliwym nie jest, bo zachcenia nasze rosnąć mogą w nieskończoność. Ale jeśli Bóg uskąpił mi może darów życia, dał mi w zamian wiarę i pojęcie, nie tę bezcielesną wiarę, która gubi się w przyszłości, ale ożywczą wiarę obecnej chwili. Ja wierzę w posłannictwo każdej istoty na ziemi, w dobro, które sobie i drugim uczynić mogę, w możliwość wszystkiego co wielkie i piękne, w własnowolność mojego ducha, w mądrość i sprawiedliwość rządzącą światem. Wiara i pojęcie otwiera mi wszechświat piękna i harmonii, który ukochałam i nad którym króluję, a jakiebądź próby i cierpienia przyniesie mi życie, ufam, że nie upadnę pod jego ciężarem, bo dźwignię znajdę w myśli mojej.
— A serce twoje Augusto, serce czyż i ono zadowolni się pojęciem?
— Ja nie umiem oddzielać uczucia od myśli, — odparła, ożywiając się coraz bardziej — nie umiałabym pojąć tego, czegobym nie ukochała zarazem. Ja kocham wszystko co piękne i wielkie, serce moje raduje się na widok chmury purpurowej co otacza blaski zachodu, jak i na widok drzewa, które zima odarła z liścia. Patrzę z zachwytem na świat otaczający i na świat ducha, w którego wniknąć mogę.
— I nie potrzebujesz pani — pytałem — by inne oko i inne serce podzielało uczucia twoje i biciem serca odpowiedziało, i ta czcza ogólna miłość wystarczyć ci może?
Spojrzała na mnie; chciała spojrzeć surowem okiem, ale zwolna wzrok jej się zamglił, łza zadrżała na jej długich rzęsach i spadła zwolna na usta, które składały się do uśmiechu.
Pochyliłem się ku niej, byłbym dał życie, by módz tę łzę wypić na jej ustach, ale ona otrząsnęła się szybko z tej chwili wzruszenia.
— Jestem samą na świecie, — wyrzekła — sama dźwigam ciężar bytu, sama sobie wystarczyć powinnam, nie puszczam wodzy próżnym marzeniom, nie zatruwam tego co mi Bóg daje daremnem pragnieniem tego co nie jest. Być może, iż inni, więcej zasobów szczęścia mają odemnie, być może, iż tego cenić nie umieją, mnie wystarcza to co posiadam i jeszcze Bogu dziękuję za dar życia.
Mówiła prawdę, nie mogłem omylić się na wyrazie jej twarzy, na dźwięku głosu, a jednak przed chwilą rozumiała słowa moje, pierś jej wezbrała westchnieniem, oko zabłysło łzami. To nie była zimna, bezduszna istota, ona mogła kochać, ona kochała już może.
Słuchałem jej upojony dźwiękiem tego głosu, zaufaniem, z jakiem odzywała się do mnie po raz pierwszy i jakaś niewyraźna nadzieja zaświtała mi w sercu zbolałem.
— Czy dziękowałabyś pani za dar życia — zapytałem zaledwie dosłyszalnym głosem, gdybyś kochała sama nie będąc kochaną?
Kobieta uśmiechnęła się dumnie.
— Gdybym kochała — wyrzekła z jakimś namiętnym odcieniem w głosie — kochałabym godną siebie istotę i musiałabym ją szanować.
— Więc cóż mam uczynić, powiedz, rozkaż, by być godnym ciebie?
— Milczeć i zapomnieć — odparła bez namysłu — stłumić tę fantazyę próżnego serca; ja ztąd jutro wyjeżdżam, czas zwieje mój obraz z myśli pana lub zastąpi go innym obrazem.
Te słowa spadły na mnie jak grom niespodzianie, z początku nie mogłem nawet dokładnie pojąć ich znaczenia.
— Wyjeżdżasz!.. ty wyjeżdżasz — powtarzałem machinalnie, topiąc w niej wzrok przerażony. W tej chwili nie mogłem zrozumieć, co to jest ją utracić.
— Czyż inaczej — mówiła dalej Augusta — byłabym tutaj, słuchałabym pana? Za parę godzin żona pana powróci, powiem jej moje postanowienie, za powód posłużą mi listy odebrane dzisiaj, a jutro rano opuszczę ten dom na zawsze.
— To być nie może! — wybuchnąłem gwałtownie — ty tego nie uczynisz! Augusto, karzesz mnie zbyt srogo; nigdy już, przysięgam ci, słowo, spojrzenie nawet nie zdradzi uczuć moich — ale zostań, zostań przez litość!
I mówiąc to, obejmowałem jej kolana, przyciskałem do ust jej ręce.
— Tak być musi — odparła powstając — od wczoraj postanowienie moje jest nieodwołalne, inaczej pogardzałabym sama sobą, nie śmiałabym spojrzeć w oczy Melanii.
— Melanii — powtórzyłem boleśnie — więc to dla niej odpychasz serce moje, dla niej, która nie posiadała go nigdy, która nie rozumie nawet co ten wyraz znaczy!
— Ani słowa więcej — przerwała mi Augusta poważnie — zapominasz się pan: Melania jest żoną twoją, winieneś jej szacunek.
— Nie, nie winienem jej nic prócz goryczy, którą zaprawiła mi życie, prócz osamotnienia, które czułem przy niej zawsze; przysięgam ci, nie wiąże nas żadne wspomnienie nawet przelotnej chwili miłości, onaby i tego zrozumieć nie mogła.
— Tem gorzej, wybrałeś ją pan i poślubiłeś, słowami własnemi wydałeś sąd na siebie samego; człowiek odpowiadać musi za czyny swoje, obecność jest owocem przeszłości, życie nasze jest tem, czemeśmy je sami zrobili. Mówię to panu z uczucia sprawiedliwości, choć oparłam je na gorżkiem doświadczeniu.
— Ty, Augusto! — wyrzekłem, składając ręce przed nią jak przed świętą — ty doświadczyłaś goryczy życia, a przecież czoło twoje jest jasne i bez zmarszczki, uśmiech i głos ma oddźwięk dziecinny, oko patrzy przed siebie prosto niezmącone, powiedz mi, zkąd zaczerpnęłaś tę pogodę?
Uśmiechnęła się smutnie.
— Zaczerpnęłam ją może właśnie w boleści — odparła stłumionym głosem, w rzeczywistych i twardych koniecznościach życia, w opuszczeniu i sieroctwie.
Słuchałem jej zdumiony, jakby istoty innej natury. Jakim sposobem to właśnie, co mnie łamało i gubiło, dla niej stało się dźwignią? Jakim cudem jady i trucizny moralne zmieniały się dla niej w pokarm odżywczy?
— Powiedz mi co o sobie — mówiłem błagalnie.
— Powieść życia mojego, jest zwyczajną powieścią — wyrzekła po chwili namysłu, w której zdawała się mocować sama z sobą, zbierając myśli i wspomnienia. — Straciłam rodziców w chwili właśnie, gdym najwięcej ich opieki potrzebowała; rozpieszczona, bogata jedynaczka, przywykłam od dzieciństwa mieć wszystko, czego zapragnęłam, przywykłam by odgadywano zachcenia moje zanim je wymówię, by każda chmurka przelatująca po mojem niebie, znalazła echo w sercu matczynem, usuniętą została przez ojca. Zostałam nagle samą na świecie, niezdolna pokierować sobą, niezdolna zdrowo myśleć, porównywać i wybierać.
— Ja także byłem sierotą — wyrzekłem, uderzony podobieństwem losów naszych.
— Opiekunem moim — mówiła dalej Augusta, nie zważając na przerwę moją, został daleki krewny, zaledwie znany mi z widzenia, dostałam się do jego domu. Serce moje rozdarte poniesioną stratą, skrwawione i miękkie, rwało się do współczucia, do serca, nie spotkałam go tam; pierwszy powiew życia zmroził moje uczucia. Opiekun mój był młody, wytworny, żona jego piękna i zazdrosna, nie mogła znieść obok siebie młodszej i jak mówiono, piękniejszej. Oboje pozbawieni byli zupełnie tego moralnego zmysłu, który daje nam klucz do serc ludzkich; wszystko co szlachetne i wysokie, leżało po za granicami ich pojęć, atmosfera tego domu jak rdza padała na myśli, brudziła serca, mąciła pojęcia. W mojej szesnastoletniej głowie, rozkołysanej czułą a nieprzewidującą miłością matki, rozwiniętej pod szlachetnym kierunkiem ojca, wszystko było dopiero przeczuciem nieujętem w przekonanie, cierpiałam więc nie wiedząc dla czego, nie mogąc zharmonizować się z otaczającym światem.
Dotąd ta powieść odpowiadała zupełnie przeszłości mojej, jakim sposobem, gdzie i kiedy rozbiegły się duchowe drogi nasze? Słuchałem jej chciwie.
— Wszystko dla mnie — ciągnęła dalej Augusta — było nowością straszną, niepojętą zagadką, o której znaczenie nie miałam kogo zapytać. W tym stanie rozstroju serca i umysłu, spotkałam człowieka, który został moim mężem i pokochałam go, uwiedziona zręcznem słowem, kłamanem westchnieniem, nie pytając komu oddaję przyszłość i życie całe. Posiadał on wszystkie powierzchowne i złudne przymioty, które dziecko olśnić mogły. Żona opiekuna koniecznie chciała mnie się pozbyć z domu, mąż jej miał inne może wyrachowania, dość że w kilka miesięcy zaledwie po poznaniu naszem wyszłam za mąż i wyjechałam z mężem do Warszawy.
Tutaj zaczyna się smutna powieść, stara jak świat a zawsze nowa, a niemniej bolesna dla tych, co ją odcierpieć muszą, historya omylonego serca. Większa część kobiet, które się spotyka idące ze łzami czy śmiechem krwawą drogą życia, przeszły podobną próbę, a miarą ich męki była miara siły i wytrwania uczucia. Ja byłam osamotniona, bez wsparcia i opieki, rzucona w wir brudnego świata jak istota spadła z księżyca, obca dla wszystkich i dla samej siebie. Mąż nie zajmował się mną wcale, raz posiadłszy mój majątek na cóż potrzebną mu byłam? Powoli stał się gościem we własnym domu; opiekun, którego widywałam czasami, ostrzegał mnie, że traci majątek i że dnie i noce spędza na grze. Cóż miałam odpowiedzieć mu na to, co poradzić, wychowana w zbytkach i dostatku, nie pojmowałam jasno warunków życia; ruina, nędza, były to dla mnie słowa bez wyraźnego znaczenia, znałam je tylko z nazwiska. Mąż mój robił co chciał, oprzeć mu się nie umiałam, podpisywałam weksle jego, nie czytając ich nawet. Obok serdecznego zawodu nie starczyło mi myśli ani bólu na pojęcie innych cierpień.
Tak przeminęło lat kilka, których opisywać nie będę, gdy zajaśniała mi przecie w życiu pierwsza pociecha, Bóg zesłał mi dziecię. Ukochałam je całą siłą zbolałego serca, ale ten promień szczęścia trwał krótko bardzo.
Wówczas to spadł na mnie niespodziewany grom prawdziwego cierpienia; dnia jednego mąż mój, ścigany przez wierzycieli, wyjechał bez pożegnania, dokąd — nie wiem. Nie widziałam go więcej. Dłużnicy zabrali mi wszystko i zostałam się sama, wobec nędzy i sieroctwa, sama z dzieckiem u piersi.
I tu zatrzymała się chwilę pogrążona we wspomnieniach, w obrazach przeminionych już a łzawych jeszcze.
— Przebacz mi pani — szepnąłem, biorąc jej rękę zimną i drżącą — czyż mogłem odgadnąć jak bolesną była przeszłość twoja.
— Nie mam panu co przebaczyć — odparła wstrząsając głową zwyczajnym sobie ruchem, pełnym energii i wdzięku, — nie powinniśmy się cofać przed goryczą wspomnienia tak samo, jak i przed przewidywaniem boleści; na dnie goryczy każdej leży przestroga, wiedza i hart ducha.
Wówczas poznałam najstraszniejsze męki, widziałam chorobę i nędzę istoty bezsilnej, którą kochałam. Brak pracy i fizycznych sił do pracy, płacz nieustanny dziecka, któremu zbrakło zdrowego pokarmu, wreszcie zimno i głód, kazały mi zapomnieć o ranach serca, o próżni życia. Łamać się musiałam z nieubłaganemi koniecznościami bytu. Nie miałam czasu rozpieszczać się cierpieniem, rany jego były zbyt rzeczywiste, zbyt nagie i brudne. Byłabym pewno upadła pod ciężarem moim, ale miałam dziecko, musiałam żyć, walczyć i cierpieć jego cierpieniem. Walka była daremną, straciłam je po kilku miesiącach.
Tu głos jej zamarł, odwaga odbiegła i dwa strumienie łez popłynęły z jej oczów.
— I pani przeszłaś to wszystko — mówiłem z przerażeniem i zachwytem razem — i nie straciłaś pogody czoła; zawiedziona i zdradzona, przecierpiawszy tyle, patrzysz na świat łagodnie, znalazłaś spokój wewnętrzny, zachowałaś wiarę w życie. Boleść nie wmieszała ci kropli jadu swego do myśli, goryczą nie zaprawiła serca. I tak sama dźwignąć się potrafiłaś?
— Wówczas — odrzekła — nie rozumiałam nic prócz rozpaczy, nie miałam nawet siły ani woli podźwignąć samej siebie, znieść ciężar swego losu, ale Ten, co strzeże w burzy małą ptaszynę, zestal mi wsparcie wtedy właśnie, gdy złamana chorobą i bólem nie mogłam obejść się bez niego.
Słuchałem jej przejęty czcią nieledwie, a w myśli mojej zbudził się żal nieujęty, czemu wówczas nie było mi danem poznać ją, pokochać i stworzyć jej raj miłości, szczęścia i dostatku, o którym marzyłem. Wszystko razem, słowa jej i wypadki obecne mieszały się w mojej głowie, osłabłej jeszcze nocną gorączką. Czekałem końca jej powieści z niecierpliwością i trwogą, nie śmiejąc już o nic zapytywać.
Nagle turkot powozu dał się słyszeć, żona moja powróciła, a rozmowa nasza przerwała się nagle.
Augusta pobiegła szybko, by ją powitać i uspokoić, a ja szedłem za nią machinalnie ze spuszczoną głową. Ale zanim dojść zdołała do domu, we drzwiach szklanych salonu ukazała się Melania. Szła ku nam szybkim krokiem i gdybym był w tej chwili mógł zwrócić na nią uwagę, byłbym dojrzał, że twarz jej pokrywał niezwykły rumieniec, a oko zmierzyło nas nieufnie. Byłbym zrozumiał, że coś nadzwyczajnego wytrąciło z kolei tę bierną istotę.
Melania zaledwie skinąwszy głową Auguście, zbliżyła się do mnie, nie zdolny byłem powitać ją w tej chwili.
— Cóż tu zaszło? — pytała urywanym, ostrym głosem — posłaniec Augusty zatrwożył mnie bardzo, ale widzę że złe minęło, lub też był to tylko jakiś egzaltowany wymysł rozmarzonej głowy.
Jak każda ograniczona a tem samem zarozumiała istota, Melania nazywała rozmarzeniem i egzaltacyą wszystko to, co przechodziło jej ciasne pojęcia, słowa te nieustannie były w jej ustach, nie zwróciły więc mojej uwagi. Wzruszyłem tylko ramionami.
— Byłem chory wczoraj i noc całą — odparłem tylko.
— Tak, słyszałam, że chodziliście wczoraj na spacer, a deszcz i burza nie chciały was ominąć dla tego, żeście nie mieli czasu uważać na nich.
W jej głosie było szyderstwo, gdy wymawiała ten niby dowcip.
— W istocie przeziębiłem się wczoraj — odparłem zdziwiony tym niezwykłym tonem.
— I spodziewam się, że ci nie brakło starania — dodała spoglądając niechętnie na Augustę.
Ja z kolei spojrzałem na żonę, nie pojmując co miał znaczyć ten rodzaj sceny.
— Szkoda żem powróciła tak prędko, nieprawdaż? — pytała mnie dalej — bądź szczerym, czy nie taka jest myśl twoja?
— Zapewne — odpowiedziałem obojętnie, — jeżeli ci to przykrość sprawiło.
— Przykrość — powtórzyła Melania — przykrość i gotowa się była rozpłakać.
Byłem niespokojny, zdenerwowany i nieszczęśliwy; ta kobieta miała dar niecierpliwienia mnie każdym ruchem i słowem; nie zważając na nią, oddaliłem się w milczeniu.
Wkrótce zgromadziła nas koło stołu godzina obiadowa. W chwilach moralnych wstrząśnień nic bardziej nie razi nad codzienne zwyczaje życia niezmieniające trybu; nic boleśniej nie przypomina minionych chwil spokoju i obecnych burz ukrytych. Melania milczała upornie, lub odzywała się słówkiem uszczypliwem; obiad ożywiało tylko szczebiotanie Zosi. Ja byłem zmęczony fizycznie i moralnie, nie miałem siły znieść już nic więcej, a słowa Augusty i to postanowienie wyjazdu, na którem myśli mojej zatrzymywać nie śmiałem, przejmowało mnie zimnym dreszczem trwogi.
Ale zrazu nic nie zdawało się zapowiadać, by ziściła groźbę swoją, jam nie pojmował by ją ziścić mogła. Nad wieczorem, niemogąc miejsca znaleźć sobie, rzuciłem się na sofę, stojącą w rogu salonu. Okna na ogród były pootwierane, przed domem, żona moja rozmawiała żywo ze swoją panną służącą Pauliną. Nie lubiłem tej dziewczyny; ciekawa i natrętna, nieraz nudziła mnie i niecierpliwiła, ale była to faworyta Melanii. Zrazu nie przyszło mi do myśli uważać na tę rozmowę, gdy wymówione imie Augusty uderzyło mnie nagle. Służąca opowiadała coś, ale wątku opowiadania pochwycić nie mogłem, domyślałem go się zaledwie. Po chwili Melania weszła do salonu i nie widząc mnie, bo zmrok zapadał i zakrywały mnie wysokie fotele, poczęła szybkim i nierównym krokiem przechadzać się po pokoju jakby oczekując kogoś. Drzwi skrzypnęły lekko i na progu ukazała się Augusta.
— Wezwałaś mnie pani? — spytała.
— Tak jest — odparła sucho żona moja.
Ale nie dodała nic więcej, jakby namyślając się nad tem co powiedzieć chciała i nie znajdując słów właściwych, lub pomieszana wejrzeniem i obejściem Augusty.
— Właśnie i ja — wyrzekła ta ostatnia po chwili oczekiwania — chciałam panią prosić o chwilkę rozmowy.
— Pani, pani — powtórzyła Melania z niezwykłem sobie szyderstwem — dziwię się czemuś w tym względzie nie udała się do męża mego.
— Mówiłam już o tem z mężem pani — odparła Augusta chłodno, ale tonem tak poważnym, że Melania straciła wyraz sarkazmu. — Odebrałam dzisiaj niespodziewane wieści o chorobie jednej z moich krewnych, które zmuszają mnie natychmiast do opuszczenia domu państwa.
— Co pani mówisz — zawołała żona moja ze zdziwieniem — chcesz nas tak nagle opuścić?
— Tak pani — mówiła dalej Augusta z jednakim chłodnym spokojem. — Choroba jest to rzecz niecierpiąca zwłoki, chciałabym jutro rano wyjechać.
— To być nie może — szepnęła Melania, jakby sama do siebie — to być nie może, więc to nieprawda. Głos jej był zwilżony łzami.
— Wybacz pani — pochwyciła Augusta miększym głosem — mnie samej ta konieczność jest bolesną, ale tak być musi.
Nie wiem co mówiły dalej, serce znękane pękało mi w piersi i zapłakałem jak dziecko. Uczułem, że nic nie przemoże jej woli, a jednak nie mogłem pozwolić by wyjechała, bo życia bez niej nie rozumiałem wcale.
Czekałem aż Melania oddaliła się z salonu i powstawszy poszedłem do pokoju Augusty. Wmawiałem w siebie, że próbować będę raz jeszcze ją zatrzymać. Drzwi jej pokoju były otwarte na oścież, nie potrzebowałem zapukać; Augusta odwrócona odemnie klęczała przed wielkim kufrem i ze zwykłym sobie spokojem pakowała rzeczy. Zosia, siedząc na małym przy niej stołeczku, zanosiła się od płaczu.
— Nie płacz tak, Zosiu — mówiła Augusta, przerywając zatrudnienie swoje i tuląc maleńką do piersi — nie płacz tak, bo i ja gotowam rozpłakać się także.
— Ty nie potrzebujesz płakać — mówiło dziecię ze zwyczajną temu wiekowi logiką, zarzucając jej ręce na szyję — ty mnie nie kochasz, gdybyś mnie kochała zostałabyś z nami.
— Kocham cię Zosiu jak własne dziecko — odparła — a jednak odjechać cię muszę, naucz się zawczasu najdroższa, że nie zawsze wolno nam robić to, cobyśmy chcieli.
— Dla czego? — pytała dziewczynka — gdzież ty pojedziesz? czy ci tam lepiej będzie niż tutaj? czy cię tam tak kochać będą? Ja byłam taka grzeczna, nie zasłużyłam byś mnie porzucała. Czyż nie posłuchałam cię kiedy?
— Prawda — odpowiedziała Augusta z uśmiechem łzawym — prawda, byłaś dobrem i posłusznem dzieckiem, a jeśli mnie kochasz to pamiętać będziesz na zawsze nauki moje i słuchać jak gdybym tu była.
— O nie — przerwała Zosia ze łkaniem — ja niechcę tu zostać bez ciebie, weź mnie z sobą, weź z sobą.
— Jakto Zosiu, a ojciec i matka, czy chciałabyś ich zostawić?
— Ja kocham mamę i tatę, ale ciebie więcej daleko.
I cisnęła się do niej rozżalona, obejmując jej szyję drobnemi rączkami. Augusta milczała przez chwilę wzruszona szukając odpowiedzi.
— Tak ci się teraz zdaje Zosiu — wyrzekła w końcu drżącym głosem, — bo czujesz, że mnie masz utracić, ale to być nie może, byś mnie obcą kochała więcej niż rodziców.
— Tyś nie obca — zawołała Zosia — gdym chorowała przeszłej zimy na odrę, tyś nie spała przez tydzień i godziny jednej, ile razy otworzyłam oczy widziałam cię pochyloną nad mojem łóżeczkiem, a mama i tata przychodzili tu tylko czasami. Pamiętam jakeś wtenczas zmizerniała i pobladła, doktór bał się byś sama nie zachorowała. Nikt tak jak ty na pytania moje odpowiadać nie umie; mama nie lubi rozmawiać ze mną, a tata odpowiada mi zawsze, że tego zrozumieć nie potrafię, ty jedna wytłomaczysz mi zawsze wszystko, a umiesz tak rozkazywać, że cię zawsze posłucham z rozkoszą. Ja nie tęsknię za mamą i tatą, a czuję, że umrę za tobą.
I tu łzy jej się wzmogły, wieszała się na ramionach Augusty z niepohamowaną dziecinną rozpaczą. Patrzyłem na to ze łzami w oczach.
— Czyż nawet żal tego biednego dziecka — odezwałem się w końcu — czyż nawet miłość jego zatrzymać cię pani nie zdoła? Zosia ma słuszność, że cię kocha więcej niż ojca i matkę, byłaś dla niej więcej niż oni.
Augusta obróciła się nagle na dźwięk mego głosu i spojrzała na mnie oczyma łez pełnemi, z wyrazem serdecznego wyrzutu. Ale Zosia usłyszała mnie także i zrozumiała od razu, że we mnie znajdzie poparcie.
— Tato — zawołała, rzucając się ku mnie — tato, ty nie pozwolisz by ona pojechała.
— Prośmy ją oboje Zosiu — wyrzekłem, podnosząc ją w górę i tuląc namiętnie do serca, prośmy ją by chciała zostać.
— Ty nic nie wiesz — szepnęło dziecię, nachylając się do mego ucha — ty nie wiesz, mama nie lubi Augusty. Mama łaje mnie za to, że ja ją kocham; Paulina zawsze Auguście dokucza i mamie różne rzeczy na nią mówi. Powiedz mamie, by odprawiła tę brzydką Paulinę.
— Czyż być może pani — zawołałem rozpłomieniony — czy kto w domu moim poważył ci się ubliżyć?
Augusta wzruszyła ramionami.
— Tak jest, ubliżono mi, pan wiesz o tem jak najlepiej — wyrzekła cicho lecz dobitnie.
Spuściłem głowę z rozpaczą.
— I gdzież pojedziesz pani? — szepnąłem machinalnie prawie.
— Gdzie — powtórzyła — w świat szeroki, przywykłam być wszędzie jak ptak na gałęzi, gotowa każdej chwili do odlotu; ale widać nie mam ptasiej natury — dodała smutnie — bo chwila ta jest mi zawsze bolesną, przywiązuję się nawet do miejsc, gdzie cierpiałam; żal mi myśli moich rozpierzchłych, które już nie powrócą do mnie odbite od martwych przedmiotów, żal mi tej cząstki życia, która staje się już wyłączną własnością przeszłości, a nadewszystko żal mi tej ufności i miłości dziecka, której nie odnajdę już nigdy może, tej inteligencyi, która rozwijała się tak jasna a tak serdeczna. Powinieneś pan zastąpić miejsce moje przy Zosi — dodała zwracając się do mnie z błagalnym prawie wyrazem. — Nie idź pan za ogólnym przesądem, nie chowaj jej pan jako kwiat w cieplarni, ale przygotuj myślącą istotę do trudnej walki życia. Wierzaj mi, kobiecie więcej jeszcze niż mężczyźnie niezbędny jest ster rozumu, on jeden strzedz ją może od omyłek serca, od omamień nerwów. Niechaj wie zawczasu, iż sama za siebie odpowiadać musi i powinna, niechaj nie czeka aż nauczy ją tej prawdy gorżkie doświadczenie życia. Na sumieniu pana ciążyć będzie ten obowiązek.
— Nie — odparłem gwałtownie — ja tego uczynić nie potrafię, ja nie chcę dalej dźwigać ten nieznośny ciężar życia. Jedź pani, skoroś tak postanowiła, ale pamiętaj, że popełniasz zły uczynek, cofasz się przed obowiązkiem, bo miałaś tutaj ster dwóch dusz które bez ciebie zmarnieją.
— To łatwo — wyrzekła z oburzeniem Augusta, zwalić na drugich ciężar własnego bytu, obarczać drugich własnym obowiązkiem, doprawdy sądziłam, iż odzywam się do człowieka, a znajduję dziecko kapryśne i nierozsądne.
— Ja dzieckiem byłem tylko w twojem ręku — odparłem ponuro — i gotów jestem przysiądz ci posłuszeństwo dziecka, ale nie opuszczaj nas, nie jedź — dodałem namiętnie.
Kobieta wzruszyła tylko ramionami i wskazała mi Zosię, słuchającą uważnie słów, których znaczenia pojąć nie mogła.
— Dobrze — odparłem, niezdolny dalej się pohamować — niech odpowiedzialność za to co się stanie spadnie na ciebie jedną, ale przysięgam, że wyjeżdżając z tego domu nie zachowasz na twarzy tego martwego spokoju.
— Jakiem prawem, zapytała dumnie, zrzucić chcesz pan na mnie odpowiedzialność za twoje własne czyny i szaleństwa?
— Prawem serca, któreś doprowadziła do rozpaczy, odrzekłem, nie zważając już na nic, dowiedz się, że z rozpaczą i szaleństwem igrać nie można bezkarnie.
I nie czekając odpowiedzi wyszedłem szybko. Szedłem sam nie wiedząc dokąd, aż trafiłem przed domem na tę samą ławkę, gdzie dziś rano jeszcze rozmawialiśmy z sobą. Siadem na niej, oparłem głowę na ręku i nie czułem nic prócz piekielnego bólu. Stało się, musiałem ją utracić. Zrazu nie mogłem uchwycić wątku myśli, duch mój szalał i majaczył. Czułem tylko niepodobieństwo dalszego życia, niepodobieństwo obudzenia się jutro i patrzenia na jej odjazd. I myśl samobójstwa, to nieodstępne widmo pokusy mego marnego życia, opanowało mnie samowładnie, a ja poddałem mu się bez walki.
I wówczas padł mi dziwny spokój na myśli i serce, postanowiwszy skończyć raz bez zwłoki to pasmo zawodów i cierpień, które dla mnie zwało się życiem, począłem z zimną krwią rozważać obecną chwilę i przeszłość moją całą.
Przypomniałem sobie tę szaloną gonitwę za szczęściem, które zawsze zmieniając kształt i barwy wymykało się zmordowanej dłoni, później tę apatyę ducha, to życie bez celu, jakie wiodłem przed poznaniem Augusty; jak szukałem napróżno lekarstwa w pracy i nauce, a nie zdołałem nigdy uśpić serca ani ukołysać myśli. Dziś już i do tego nawet zdolny nie byłem. Znękany i pokonany składałem broń, nie troszcząc się nawet czyli to nazwą odwagą lub tchórzostwem, nie dbając o sądy ludzkie, pragnąc jedynie zapomnienia bez końca i snu wiecznego bez marzenia. Ja nie wiem nawet, czym kochał w tej chwili kogobądż, nawet Augustę, myśl o niej było to coś jak gorące żelazo dotykające świeżej rany.
Długo tak zostawałem zatopiony w ciszy cierpienia, gdy podniosłem machinalnie oczy słysząc zbliżające się kroki, i ujrzałem przód sobą Józefa z dużą kopertą w ręku.
— Co to za list, spytałem tknięty jakiemś przeczuciem.
— To pani Augusta oddała na pocztę.
— Daj mi go, zawołałem, wyrywając mu prawie pismo z ręki, ja sam jutro będę na poczcie.
List był pod zwykłym adresem, schowałem go do kieszeni wstydząc się własnych myśli, lękając się zdradzić tej haniebnej pokusy, co mnie w ostatniej zwyciężała chwili. Kłamałem jeszcze przez czas jakiś walką przed samym sobą, bom z góry już wiedział że ulegnę. Po raz ostatni może miałem jej tajemnicę w ręku, mógłżem tak pozostać? Kto wie co tam miałem znaleźć? może uleczenie. Gdyby to słowo że mnie kocha; może sama Opatrzność dawała mi w rękę pociechę w chwili, gdy brzemię boleści stawało się nad siły. Czy powinienem był ją odrzucać?
Porwałem się z miejsca jak szalony, pobiegłem do swego pokoju i zamknąłem drzwi na klucz. Noc była zupełną, nie można już było nic rozeznać; korzystałem z ciemności by rozerwać pieczątkę, bo czułem że rumieniec wstydu występował mi aż na czoło, a lękałem się, by jakie zwierciadło nie odbiło obrazu hańby mojej w chwili kiedym ją spełniał.
Rozerwawszy pieczątkę zatrzymałem się chwilę, w pół przerażony czynem, w pół szczęśliwy, że mi się już cofnąć niepodobna, ręce moje drżały tak mocno, iż zapałką nie mogłem dotknąć świecy, i długa chwila upłynęła zanim potrafiłem do tyla zapanować nad sobą, żem usiadł przed biórkiem i roztworzyłem jej list. We środku był drugi adres do Adryana R. Uderzyło umie imię i nazwisko, znałem tego człowieka oddawna i straciłem z oczów. Byliśmy kiedyś towarzyszami szkolnymi, w młodych latach on był najbliższym sercu memu, później rozeszły się drogi nasze, on poświęcił się pracy, nauce, wsławił się jako lekarz, ja zakopałam się w egoistycznem cierpieniu. Ale wówczas nie zastanowiłem się nad tym dziwnym trafem, jedyną myślą moją było, jaki węzeł łączył go z Augustą, i spojrzałem chciwie na jej pismo. List był długi, pisany zbitym lecz wyraźnym charakterem, znać było, że go skreślono jednym rzutem od razu, bez namysłu, jak każdy list serdeczny.
„Znowu zmiana w moim losie”, pisała Augusta, „znowu z innej strony, z pośród innych ludzi posyłać ci będę niezmienne myśli moje. Bo myśli moje przynajmniej są niezmienne, dzięki tobie, który otworzyłeś mi oczy, ukoiłeś zbolałe serce a umysłowi wytknąłeś kierunek. Nie sądź, bym kiedykolwiek o tem zapomnieć miała; w każdem trudnem przejściu, w każdej chwili kiedy duch mój słabnie, puszczam ku tobie myśl moją, powraca mi do pamięci owa chwila, gdym po raz pierwszy, otwierając oczy po długiej chorobie, znalazła ciebie i matkę twoją pochylonych oboje nad mojem łożem, nad pustą kolebką. Pamiętam białe włosy twojej matki gładko zaczesane nad szlachetnem czołem, i ten wzrok pełen łagodnej miłości, który padł pierwszy na zbolałe serce moje, i od razu lepiej niż najwymowniejsze słowa powrócił mi odwagę i wolę do życia. Pamiętam jak zwolna oboje leczyliście ciało i ducha mego, pamiętam gdy zaczęłam już siły nabierać, gdym wyspowiadać chciała przed wami palące rany zawiedzionego serca, gdy tyś chciał powstrzymać słowa moje, które mi łzy wyciskały z oczów; a matka twoja, powodowana kobiecym instynktem, wyrzekła stanowczo, opierając głowę moją na swojej piersi. — Pozwól jej mówić Adryanie, te łzy spłakane raz być muszą, te bóle wyznane, zanim z niemi walkę rozpocznie. I miała słuszność. Do dziś dnia nieraz serce wzbiera mi łzami które spłakać muszę; do dziś dnia pamiętam, że, chcąc boleść zwyciężyć, trzeba się z nią mierzyć oko w oko, bez trwogi, i wypić do dna jej gorycz.
„Zapytasz mnie może, czemu dzisiaj piszę ci to po raz pierwszy, czemu powracam myślą do ciężkich chwil przeszłości, kiedy nauczyłeś mnie czuć słodycz życia i nić szczęścia wysnuwać z własnej duszy. Ja na to dokładnie odpowiedzieć nie umiem, choć wiesz, że bez miłosierdzia badam samą siebie.
„Wielkie, chociaż minione cierpienia są może tem dla ducha, co owe mistyczne stygmata, które, według legendy, otwierały się same w dniach pewnych i ciekły krwią świeżą: cierpienie to nie jest przemijające usposobienie chwili, ale raczej jakaś tajemnicza a niezwalczona potęga, która zatruwa nam zarówno wspomnienia przeszłości jak i nadzieje jutra. Powinniśmy strzedz się istot, które cierpiały za wiele, bo w głębi nich tkwi jad nieuleczony. Oto może tajemnica tych chwil zwątpienia i upadku, które przychodzą na mnie niespodzianie jak burza, i wśród których spłakać muszę łzy przeszłości. Może też leży ona w osamotnieniu mojem, w tem położeniu odrębnem, przeciw któremu buntuje się serce. Od czasu śmierci matki twojej zdaje mi się, że jestem podwójnie sierotą, bo każda nowa strata odnawia dawniej poniesione straty, a twoje bratnie ramię tak daleko odemnie. Jednak opieka twoja trwa nademną niewidzialna, nie ta zdawkowa opieka, którą przywykłam być sama dla siebie, ale ta wyższa opieka ducha, którą czuję nad sobą i przed sobą jak gwiazdę przewodnią, jak wskazodróg życia. Myśli nasze muszą spotykać się nieraz w krainie nieskończoności, we wszystkiem co wysokie, jasne i szlachetne, w dniach pogody i zachwytu, bo one we mnie są odbiciem twojem, i częściej panują mi niż dnie bólu.
„Dla ciebie wszystko to jedno, z jakiego miejsca, z jakiego domu piszę do ciebie, wiesz, że wieść muszę tułacze choć jednotonne życie, dla mnie każda zmiana jest przykrą. Układam się szybko do równowagi z mojem położeniem, zmiana każda udręcza zbolałego ducha, odnawia mi źle zabliźnione rany, nie cierpię tych zmian pozornych, gdy węgielny kamień losu mego zmienić się nie może.
„Ale są konieczności nieubłagane, nie będę wchodzić w drobne okoliczności, które zmuszają mię do zmiany, tak być musiało. Nie potrzebowałam zasięgać rady twojej w tej mierze, bo zdaje mi się, że ludzie dobrej woli widzą zawsze jasną i nieomylną drogę przed sobą. Tylko słabe i niedołężne umysły, tylko ci co chcieliby cudzą odpowiedzialnością zasłonić się przed własnem przekonaniem, pytają wiecznie co czynić mają? Nie sądzę się lepszą od drugich, ale zawsze bez namysłu wiem jak powinnam postąpić, gdybym zbłądziła, byłabym winną podwójnie, bo nie mogłabym złożyć się niewiadomością.
„Ostatni list piszę do ciebie z miejsca, które tak ukochałam, pisałam ci nieraz o dziecku powierzonem opiece mojej. Dzisiaj serce mi pęka, żegnając się z niem na zawsze. Zosia jest w wieku, który dziś miałaby moja córka, i kocha mnie więcej niż własnych rodziców. Ileż razy gdy zwieszała główkę na mojej piersi, szczebiocząc mi swe dziecinne myśli, zamykałam oczy mimowolnie i wywoływałam w duchu obraz mojej utraconej maleńkiej. Wierzyć chciałam, że to ona jest przy mnie, że czuję bicie jej serca przy mojem, że nie rozdzielimy się już nigdy i stęskniona dusza moja odżyje.
„Dziś za te złudzenia ukaraną jestem srogą boleścią rozdziału, trzeba mi było kochać ją realniejszem uczuciem a nie wcielać w nią marzenia i tęsknoty moje, trzeba mi było mieć odwagę rzeczywistości. Biedna Zosia! i ona niewinnie pokutuje za mnie, gorączkowa miłość moja wywoływała w niej żywsze uczucie. Źle kochana przez rodziców, całem sercem przylgnęła do mnie. Matka bezrozumna i kapryśna, nie mogła mieć jej poszanowania; ojciec, rodzaj chorobliwie rozpieszczonego dziwaka, nie mógł mieć jej miłości. Jak tyle innych dzieci w naszem rozstrojonem społeczeństwie będzie sierotą przy rodzicach, bez domowego ogniska, i pójdzie zwykłym torem istot bezcelnych i nieświadomych. Czemuż nie mogę być jej matką, ogrzać ją w cieple mego serca, wlać w jej umysł myśli i wiarę, rozwikłać wolę, zahartować ducha?
„I znowu wpadam w marzenia, za które łajać mnie powinieneś ty, co tak trzeźwem okiem umiesz zapatrywać się na wszystko, zamiast poprzestawać na wydzielonej mi cząstce; ależ wolno nam jest spoglądać w nieskończoność, wolno nam cierpieć byle to cierpienie nie wiodło nas do upadku. Nie lękaj się o mnie, przed ludźmi i sobą jestem silną, przed tobą jednym otwieram głębie ducha, bo mi to jak spowiedź doroczna potrzebne, a dziś opanowała mnie straszna nieukojona tęsknota, serce moje rwie się do ciebie.
„Wkrótce opiszę ci co dalej czynić zamierzam, gdzie żyć będę, dziś przebacz mi, że ci mówię tylko o nieuśpionym bólu sierocego serca, który znosić umiem, ale na który cierpieć nie przestaję. Ty w zamian przyślij mi bratnie słowo, bo widzisz jak go potrzebuję. Powiedz mi raz, jakie prace, jakie zadania trzymają cię tam wśród obcych na drugiej półkuli, bo mimo wszystko nie mogę zrozumieć, co cię skazało na to dobrowolne wygnanie. Myślą stęsknioną gonić cię muszę wśród tego twardego społeczeństwa zdobywców materyalnej potęgi, wśród kłócących się z sobą różnorodnych żywiołów. Pomimo wszystko ja czuję, że twoje miejsce tam nie jest. Ty, którego mienie aż nadto wystarcza skromnym potrzebom, którego jedyną żądzą jest żądza wiedzy i światła, co robisz tam w ojczyźnie handlarzy i awanturników? Mimowolny dreszcz mnie przechodzi, ile razy doleci mnie wieść od ciebie, bo miesiące przedzielają dzień, w którym piszesz do mnie, od dnia, w którym ja list twój odbieram. Co stać się mogło przez ten czas cały? myśl moja niepokoi się tem napróżno. Kiedyż powracasz? Pod tym względem listy twoje są ciemne. Cel podróży i jej koniec są dla mnie nieodgadnione. Dręczyłby mnie ten rodzaj tajemnicy, gdybym ciebie mniej znała. Ale wiem, że wszystko co czynisz musi być dobrem, konsekwentnem; milczenie twoje nawet musi mieć przyczyny. Jednak, jeżeli możesz, bądź szczerym ze mną; pamiętaj o tej, która chować ci wiecznie będzie najserdeczniejszą przyjaźń, najwdzięczniejsze wspomnienie”.
List ten obudził we mnie najsprzeczniejsze uczucia, najprzód i nadewszystko poczułem cierpienie upokorzenia. Augusta tak mało ważyła mnie, że nawet tu namiętna miłość, wzbudzona przez nią, nie znalazła miejscu w jej piśmie. „Nie będę wchodzić, pisała, w drobne okoliczności, które zmuszały mnie do opuszczenia tego domu. Ojciec Zosi jest chorobliwe rozpieszczonem dziwakiem". Uczucie draśniętej miłości własnej, obrażonej dumy, wyryło mi te dwa frazesa w mózgu ognistemi zgłoskami. Próżno usiłowałem się łudzić, ja dla niej byłem niczem, niczem zupełnie. Pobieżnie, jednem pociągnięciem pióra załatwiała się z tak nieznaczącą indywidualnością, podnosząc się sama w jakieś chłodne, nadpowietrzne sfery. Wsparłszy głowę na załamanych dłoniach, długo zostawałem pod brzemieniem gorzkiego uczucia, któremu nic się nie równa na świecie.
Zrazu za tę pogardę znienawidzieć ją chciałem, nie mogłem. Pogardzić nią nawzajem, potępić ją w imię praw serca, nie mogłem także. Całą wyższością pogodnego ducha panowała nademną. Mógłżem ją kochać mniej dlatego tylko, że była czystą i w myśli nawet nieskalaną?
Nie, po tem co zaszło, po tem com przeczytał, po tem com uczynił, widziałem tylko jedną drogę przed sobą, a tą drogą była śmierć. Próżno chwytałem się jak nici zbawczej ostatniej nadziei, śledziłem tajemnicę jej serca. Teraz mogłem umrzeć spokojny, byłem dla niej niczem, niczem zupełnie. Może nawet śmierć moją, śmierć, której była sprawczynią, przyjmie obojętnem wzruszeniem ramion, jako ostatnie szaleństwo dziwaka.
Ale nie, to być nie mogło, obojętność ma swoje granice — zresztą mniejsza. Czułem to tylko, że bez niej i przy niej zarówno żyć mi niepodobna. Może też potem, po śmierci mojej zostałaby się przy Zosi, nie zostawiłbym dziecka mego sierotą przy domowem ognisku wygasłem.
Pamiętałem każde słowo tego listu, bo każde było dla mnie boleścią, raniło mnie prawdą.
Z kolei nasunęło mi się pytanie, kto był ten człowiek, do którego ona pisała w ten sposób, przed którym nie miała tajemnic, odzywając się z tak smutną a wysoką prostotą. Jakie prawa miał do tajników jej hardego serca? Kto był ten człowiek, którego ona uważała za wyższego od siebie, nazywała bratem myśli, twórcą swej duchowej istoty?
Ja znałem go kiedyś, po za mgłą wydarzeń w dalekiej przeszłości, postać jego rysowała mi się wyraźna w pamięci. Była to jedna z tych cichych a niezmordowanych indywidualności, które idą drogą raz wytkniętą niezachwianie, nie troszcząc się o sądy świata. Nazwisko jego nie miało rozgłosu, widać nie zmienił się w niczem. Wystarczało mu w życiu świadectwo własnego sumienia, świadectwo szczupłego grona bratnich inteligencyj, świadectwo Augusty. Świadectwo Augusty! nie rozumiałem, by człowiek mógł więcej żądać na świecie?
A jednak on, on mając jej ufność, jej przyjaźń, może i więcej jeszcze, potrafił ją opuścić i uganiał się za mamoną: wiedzy, sławy czy złota, gdzieś po za krańcami cywilizowanego świata.
Ja za list taki byłbym dał życie, zbawienie, a on odbierał go obojętnie może. Nie zmieniał dla niego swych planów przyszłości. List ten, kobieta, która go pisała, były dla niego może jedną ze zwykłych powszedności życia. Czy było to sprawiedliwem? Czemuż nie ja byłem panem jej serca, ja, com ją kochał?
Doprawdy położenie moje było nazbyt zwyczajne, by się nad niem rozwodzić. Jest to stara historya, powiada jeden z niemieckich wieszczów; mimo to zawsze jest nową a serce pęka temu do kogo się ona stosuje. Nie miałem nawet tej zdawkowej pociechy jakiegoś wyjątkowego nieszczęścia. Znudzony czczem życiem, pokochałem niekochany, umierałem dobrowolnie, bo pewny byłem wówczas, że nie zobaczę dnia jutrzejszego. Powieść życia mojego zamykała się w trzech słowach, wszakże dość jednego by zabić człowieka!
Czy potępiać, czy żałować mnie będą? nie dbałem. Nie chodziło mi nawet o to, co powie ona, nie miałem siły zapragnąć niczego, nawet jej współczucia. Śmierć była dla mnie spoczynkiem, snem nieprzespanym. Nie pragnąłem zmartwychwstania, ani pamięci, pragnąłem tylko nie istnieć. Czy to było możliwem?
Czy to wszystko co cierpiało i czuło we mnie, a co przecież ciałem nie było, mogło zostać zniszczone jednym wystrzałem, jednem pchnięciem noża? Czy to ja, obejmujące świat cały kołem myśli niewidzialnem, niedotkniętem, mogło przestać być w jednej chwili dla tego, że narzędzie myśli zgruchotanem zostanie, lub stracić pamięć togo, com zdobył pracą i cierpieniem myśli na nienaruszalną własność mego ducha? Czyż niewidomy tracąc oczy traci zarazem i pojęcia nabyte za pomocą wzroku, który mu służyć przestaje?
Za chwilę miałem wiedzieć rozwiązanie tych Hamletowskich zapytań, a jednak ku temu rozwiązaniu nie parła mnie nawet ciekawość. Dla czegóż się na tych ostatnich myślach zatrzymałem, niby na progu wieczności? Czy nerwowa istota moja, lękając się chwili zniszczenia, chciała przedłużyć mękę życia o cały rozbiór tej ostatniej godziny? Czy czując, że nikt mnie żałować nie będzie, sam przedwcześnie opłakiwałem siebie? Nie wiem. Dość, iż właśnie dlatego, że postanowienie moje było niezachwiane, nie spieszyłem się do końca, ale z zimną krwią i rozwagą zacząłem przygotowywania moje i załatwiłem ostatnie sprawy na ziemi.
Popaliłem wszystko com po sobie zostawić nie chciał; z dziwnie chłodną uwagą obejrzałem pistolety, nabiłem je starannie i położyłem przy sobie obok zegarka, godzina dobiegała dwunasta. Postanowiłem, że gdy wskazówka stanie na pierwszej, nieodwołalnie żyć przestanę; nie wiem, czemu dałem sobie jeszcze tę godzinę czasu.




Noc była przecudowna; księżycowa, wonna, samotność nieprzerwana niczem. Okno Augusty położone wprost mojego, było ciemne, firanki zapuszczone; ona spała nie zważając na groźby moje, na wszystko co zaszło, co zajść mogło. Otworzyłem drzwi szklanne na ogród i siadłem przy nich na fotelu, obok na stoliku położyłem pistolety, lampa paliła się na biórku, i zegar monotonnem wahaniem jedynie przerywał ciszę tej godziny.
Ostatnich chwil życia chciałem użyć po swojemu, czułem się jeszcze blizkim Augusty, pod jednym z nią dachem. Zmęczony myślami, cierpieniem i walką wpadłem w stan dziwnego odrętwienia. Wyrwało mnie z niego uderzenie zegaru, było już trzy kwadranse na pierwszą. Jeszcze kwadrans, pomyślałem, machinalnie kładąc rękę na pistoletach i bawiąc się ich zamkiem. Głowę miałem odwróconą od okna a wzrok sztywno utkwiony w skazówkach zegaru, które posuwały się szybko, a mnie zdawało się, że coraz szybciej zbliżają się do oznaczonej godziny. Promień księżyca wpadał do pokoju i stał się srebrnem światłem na kobiercu, lampa gorzała czerwonawo, kłócąc się z tym czystym blaskiem. Obraz ten z najdrobniejszemi szczegółami wyrył mi się w pamięci, widzę go dotąd.
W tem cień jakiś narysował się na tle światłem okna; czułem, że postać jakaś stanęła przy mnie i zerwałem się z miejsca, pocierając czoło jakby ze snu ciężkiego zbudzony.
Augusta stała przy mnie. Jednym rzutem oka objęła cały pokój, papiery dymiące jeszcze w głębi kominka, świeże ładunki na stole, pistolety w mojem ręku. Może zresztą myśl samobójstwa wyczytała z mojego czoła, bo blada i przerażona stała na progu. Ja w pierwszej chwili nie wiedziałem co począć, wstyd ogarniał mnie pod jej wzrokiem i razem zachwyt jej obecności, niemarzona nawet słodycz podobnej chwili. Stałem naprzeciw niej pokonany, i broń wypadła mi z drżącej dłoni.
Augusta schyliła się szybko by ją podnieść, i postępując kroków kilka stanęła pomiędzy mną a drugim pistoletem.
— Więc aż do tego przyszło, rzekła stłumionym głosem, patrząc na mnie z nieopisanym wyrzutem i litością razem.
Ja zhardziałem w owej chwili, przyznaję się do tego nikczemnego uczucia, zrozumiałem, żem stał się panem położenia. Ona litowała się nademną, ona nie mogła przyjąć odpowiedzialności za śmierć moją, ulękła się groźby mojej. Czułem, że za życie moje coś uzyskać mogę. Dzisiaj z daleka sądzę sprawiedliwie siebie i ową chwilę, był to prosty targ, dawniej uspokoić mnie mogła jedną nadzieją pozostania, teraz czułem, że mogę żądać wiele. Dlatego odezwałem się z goryczą i szyderstwem:
— I cóż panią obchodzić może koniec tej smutnej powieści. Wiedz przynajmniej, że w słowach moich była prawda tylko. Kochałem cię i kocham całą istotą moją, odepchnęłaś mnie z pogardą jak szaleńca, jak nikczemnika. Przysiągłem ci, że nie opuścisz tego domu z niezmąconym spokojem na czole, ty musisz mi uwierzyć na końcu.
I sięgnąłem po broń za nią będącą.
Augusta stała prosta i sztywna choć drżąca, litość nikła z jej twarzy pod ogniem oburzenia. Nadużywałem trafu czy litości, która ją tu sprowadziła.
— Dobrze, wyrzekła zwolna, nie cofając się z miejsca, coraz lepiej, chcesz pan z bronią w ręku zmusić do pozostania w twoim domu, do odgrywania tu haniebnej roli. Chcesz litość obrócić przeciwko mnie samej. Czy tą drogą w braku miłości chcesz pan zdobyć mój szacunek?
— Strzeż się Augusto, zawołałem chwytając jej ręce i zapominając się zupełnie, nie doprowadzaj mnie do ostateczności, teraz ty jesteś w mocy mojej. Pamiętaj, że nie mam już nic do stracenia. Patrz, jesteśmy sami, chwilę jeszcze, a przestanę być panem siebie, gorzej już pogardzić mną nie możesz. Twoje i moje życie wisi na włosku, na tchnieniu ust twoich. Bądź przeklętą, jeżeli przyszłaś tutaj na to jedynie, by do zbrodni mojej dorzucić ciężar zabójstwa.
Mówiłem to wszystko ogarnięty szałem, paliła mnie gorączka, ogień krążył mi w żyłach i rozsadzał czaszkę, a mówiłem stanowczo. Są chwile, w których na drodze zbrodni zatrzymuje nas wypadek tylko, nie sumienie.
Augusta zrozumiała to widać, zrozumiała, że w stanie, w jakim byłem, traciła władzę nademną i zwyciężona, przerażona padła na krzesło, zalewając się łzami. Słaba kobieca natura ukazała się w niej po raz pierwszy i zapanowała nademną. Szyderstwo, rozwaga byłyby posunęły mnie dalej tylko na drodze szaleństwa, jej łzy rozbroiły mnie. Ja com nie mógł znieść jej spokoju, teraz nienawidziłem siebie prawie za te łzy, które wycisnąłem.
— Augusto, zawołałem, rzucając broń daleko, bom lękał się jeszcze samego siebie, Augusto nie płacz tak, przebacz mi, przebacz.
Kobieta próżno siliła się wymówić słowa, łkania długo wstrzymywane rozdzierały jej piersi. Ukląkłem przy niej, opasałem jej kibić rękoma, nie była w stanie mi się obronić, i czułem w moich ramionach jej wątłą kibić wstrząsaną serdecznem łkaniem.
— Przebacz mi, przebacz, mówiłem, bo na to jedno słowo zdobyć się mogłem, cisnąc ją coraz gwałtowniej do siebie, zapominając o świecie całym w słodyczy tego uścisku, tuląc ją jak dziecko rozpłakane.
Ale Augusta szybko powróciła do siebie i odpychając mnie lekko podniosła się chwiejąca, tak że wesprzeć się musiała o poręcz fotelu; jam pozostał na kolanach nieruchomy przy niej. Chwilę trwało pomiędzy nami milczenie, jakbyśmy oboje szukali słów daremnie, tylko wzrok Augusty ciążył na mnie.
W końcu ona zbliżyła się da mnie, i podając mi rękę wyrzekła łagodnie, patrząc mi w oczy błagalnym wzrokiem.
— Daj mi pan słowo, że szaleństwo to już minęło, już nie wróci więcej.
Wstrząsnąłem głową ze zwątpieniem, a ona złożone ręce podniosła ku mnie.
Jakieś uczucie zadowolonej dumy odezwało się w mojej piersi; ona upokorzyła się przedemną, i ja też chciałem stanąć na wysokości tej roli.
— Daruj mi pani, rzekłem, tę smutną scenę, wywołaną twoją obecnością; daruj mi, żem się zapomniał, żem nie mógł znieść myśli rozstania. Powinienem był oszczędzić ci przykrego widoku, przeczekać dni kilka z odwagą. Przyznaję, żem był samolubnym i niecierpliwym. Czego chcesz pani więcej?
Starałem się wymawiać te słowa z chłodną grzecznością.
— Chcę, odparła stanowczo, odzyskując niejako samą siebie — chcę, by pamięć po mnie w tym domu nie została obciążoną przekleństwem, chcę, by czyste chęci moje dobry owoc wydały, byś mi pan był przyjacielem nie wrogiem, dodała serdecznym głosem, wyciągając do mnie rękę.
— Przyjacielem twoim Augusto, zawołałem porwany słodyczą tego słowa, czy nie wiesz, że w miłości mojej łączą się wszystkie ludzkie uczucia.
— O nie tak, nie tak mów pan do mnie, zawołała gorąco, jeżeli do smutków mego życia nie chcesz dodawać gryzącego wyrzutu; bo powiedz czem wywołać mogłam to nieszczęsne uczucie, ja zajęta jedynie obowiązkiem moim, pracą. Powiedz mi pan w czem zbłądziłam, bo musiałam zbłądzić, kiedy tak strasznie ukaraną jestem. Bóg widzi, żem nigdy nie pomyślała o sobie, nieprzypuściłam nawet tego co się stało, czy nie tak?
Z dziwną naiwnością zwracało się do mnie, pytając o świadectwo niewinności swojej.
— Masz pani słuszność, wyrzekłem, nie ośmieliłaś mnie w niczem, nie zwróciłaś nawet na mnie uwagi. Bądź spokojną, jeżeli tu jest wina jaka, ja sam winnym jestem.
— Ja nie mogę być spokojną, odparła, jeżeli kto cierpi przezemnie, byłam dla pana twardą i nielitościwą, nie rozumiałam cię dokładnie, sądziłam, że ten wybuch chwili przejdzie pod chłodem obojętności i szyderstwa. Ja znieść nie mogę, by kto cierpiał, by cierpiał przezemnie.
— Dokończ Augusto, zawołałem drżący tajemną nadzieją, więc to było udanie tylko, głos obowiązku ale nie głos twego serca. Więc ty mogłabyś?
— Nie rozumiemy się znowu, przerwała mi smutno, jakby zniechęcona szukała słowa, któremby trafić do mnie mogła.
— Ty nie wiesz, mówiłem dalej, nie zważając na przerwę, ty nie wiesz czem ta miłość jest dla mnie; byłem w chaosie, w ciemności, ty stałaś mi się gwiazdą zbawienia, ty pogodziłaś mnie z losem, ty mogłaś ze mnie zrobić człowieka. Źle mnie zrozumiałaś, nie chciałaś wysłuchać. Ja chciałbym tylko patrzeć na ciebie z daleka, słyszeć głos twój i wiedzieć, że los mój obchodzi cię trochę. Powiedz mi tylko, że w innych okolicznościach ty mogłabyś odpowiedzieć na miłość moją. Bóg widzi, nie żądam więcej.
— Panie Zygmuncie, odparła łagodnie i poważnie razem, choćbym chciała, nie potrafię kłamać, szanuję w tobie prawdę obłąkanego uczucia, nawzajem uszanuj szczerość moją. Nie miałam nigdy czasu ani woli zastanawiać się nad tem co być mogło. Teraz rozmowa ta trwała już za długo. Ja wierzę, iż chwila gorączki i szału minęła, ja wierzę, iż nie powróci więcej. Oto podaję ci rękę bratnią, przyjazną, ta nie zawiedzie cię nigdy.
Znękany i zwyciężony niepojętym czarem jej woli, stałem obok niej ściskając w moich namiętnych rękach jej dłoń drobną, nie mogąc oderwać się od niej. Scena ta mogła przeciągnąć się do nieskończoności; słuchałem ją ze czcią i pokorą póki była przy mnie, gdy przeczuwałem że się oddala, szaleństwo znów brało górę i byłem zdolny do wszystkiego, byle ją zatrzymać. Ona czuła dobrze, iż to nie było igraszką, haniebną komedyą. Życie moje było w jej rękach. Położenie to nie miało wyjścia i nie wiem jak długo by trwało, gdyby nie przerwało go gwałtowne pukanie do drzwi moich. Poznałem głos Melanii. Augusta poznała go także; żona moja musiała wiedzieć, że ona jest u mnie, słyszała pewnie głosy nasze, może i moje szalone wyznania.
Na razie nie wiedziałem co mam czynić. Augusta mogła przez ogród powrócić do siebie, ale nie uczyniła tego, chociaż pojmowała całą ważność chwili. Jej bohaterska natura nie cofnęła się nigdy przed światłem, i silna uczuciem niewinności swojej nie chciała zniżyć się do ucieczki, do udania. Znając Melanię wiedziała jednak, że bezpowrotnie potępioną będzie.
— Otwórz pan te drzwi, szepnęła do mnie.
Stałem osłupiały i niemy nie ruszając się z miejsca.
— Otwórz-że pan! powtórzyła głośniej nakazującym głosem. I widząc, że nie byłem w stanie ją usłuchać, przejęty fatalnością tego spotkania, zbliżyła się do drzwi pewnym krokiem, odsunęła rygle i otworzyła je na oścież. Ja machinalnie stanąłem przy niej.
Melania wbiegła jak burza; była w stanie trudnym do opisania, pierwszy raz wytrącona nagle z kolei biernego życia siłą namiętności, której wówczas ja sam rozpoznać i nazwać nie umiałem, traciła zupełnie panowanie nad sobą, było w niej coś przypominającego zwierzę ranione. Oczy jej wielkie, bezmyślne, pałały teraz jakimś czerwonym blaskiem, ćmiły się łzami wiszącemi na długich rzęsach, które wyciskało cierpienie a gniew osuszał. Żywe zwykle rumieńce znikły pod siłą wzruszenia, bogate włosy w tył odrzucone i związane niedbale kolorową wstążką, odsłaniały jej nizkie czoło i spadały w pół rozplecione na ramiona, zaledwo okryte nocną szatą.
W dziwnym stanie rozstroju, w jakim się znajdowałem, żona wydała mi się jakąś obcą istotą, łączącą w sobie Nemesis starożytną i Niobe bolejącą; bo obok gniewu, boleść wyraźną była na tej klasycznej twarzy, ściągała jej usta w pół otwarte, jej brwi podniesione, nadawała życie i jakiś tragiczny wdzięk jej rysom.
Chwilę stała niewiedząc co miała uczynić; wzrok jej zwracał się na przemian na mnie i na Augustę, która z podniesionym czołem drżąca, blada śmiertelnie, ale niezachwiana patrzyła na nią z dziwnem współczuciem, niezmąconemi, łagodnemi oczyma. Melania tak pozostała czas jakiś, ważąc się pomiędzy gniewem i żalem. Musiałem być strasznie zmieniony w tej chwili, bo żal przeważył; rzuciła się ku mnie, zawiesiła mi ręce na szyi, ściskając namiętnie konwulsyjnym ruchem i tuląc się do mnie z rozpaczą.
Niepokój, zazdrość, boleść, odrodziły ją niejako, przetworzyły w jednej, krótkiej nocy, i uczułem, że na mojem łonie biło serce kochać zdolne, kochające.
Długo Melania cisnęła się do mnie w milczeniu, jakby odnajdując dobro, które już miała za stracone, a ja, nie wiem, za sprawą nerwów czy krwi rozszalałej, spojrzałem na nią dawno zapomnianym wzrokiem i przycisnąłem do piersi nawzajem z namiętnością i pragnieniem, gorejącemi mi w sercu dla innej.
Ale to trwało przelotną chwilę. Spotkałem jej oczy, opamiętałem się nagle i odepchnąłem ją ze wstrętem, a ona z rodzajem wściekłości obejrzała się do koła, jakby szukając tej, której przypisywała nieszczęście swoje.
— A gdzież ona, gdzieś ona? wykrzyknęła w końcu syczącym, urywanym głosem.
— Nie ma jej, zawołałem powodowany bezmyślnym żalem, idąc oczyma za jej wzrokiem, ty wypędziłaś ją ztąd na zawsze, nie ma jej, nie ma!
I załamałem ręce z rozpaczą. Te słowa były szalone, sypały iskry na proch, wywołały wybuch. Do dziś dnia noc owa cała rysuje się w myśli mojej z dziwną dokładnością, choć działałem wówczas jakby w malignie; w postępowaniu mojem była tylko ślepa logika namiętności, odarta ze wszystkich względów. Choroba, która rzuciła mnie wkrótce na łóżko bez nadziei życia, panowała już w moim mózgu. Inaczej teraz samego siebie zrozumieć nie mogę.
— Nie ma jej! nie ma! powtarzałem ciągle na w pół szalony.
Melania nie była w stanie zrozumieć tych subtelnych odcieni uczuć moich, ona pojmowała to tylko, że była pokrzywdzoną, i oburzenie obudziło się w niej z nową siłą.
— Gdzież jest? zawołała gwałtownie, ta nikczemna obłudnica, gdzie ta, co mi wydarła serce twoje, nie mogła znieść mego wzroku. Ja nie chcę, by chwilę dłużej zostawała w tym domu. Zygmuncie! ja mam prawo wypędzić ją haniebnie.
Nie wiem, jakim sposobem pozwoliłem jej tyle powiedzieć, gniew wzbierał we mnie tak silny, że mi oddech zamarł w piersiach.
— Milcz! zawołałem tylko głosem, którego brzmienia sam poznać nie mogłem, tak był ochrzypły i zmieniony, chwytając jej ręce i tłocząc je tak gwałtownie, że kobieta usunęła się na kolana z przerażeniem.
— Zygmuncie, powtórzyła jednak z uporem ciasnego umysłu, nie pojmując co działo się ze mną, nie pojmując, żem był w stanie ją zabić, w proch zetrzeć. Zygmuncie, ona...
— Patrz! zawołałem, piorunując ją wzrokiem i wskazując na broń leżącą na ziemi. Zazdrość czy niepokój przywiodła cię tu o godzinę za późno. Gdyby nie ona, byłabyś tu zastała trupa tylko.
Melania jęknęła i, jakby uderzona strasznem zjawiskiem, zakryła sobie oczy rękoma.
— Podziękuj jej, mówiłem dalej, niezważając na tę boleść, jeżeli córka nasza nie jest sierotą, ona, jak anioł opiekuńczy, czuwała nademną, umiała wytrącić mi broń z ręki, zgubne zamiary z myśli. Upokórz się przed nią jak przed świętą, przebłagaj za cień złej myśli, jeżeli chcesz, bym mógł ci przebaczyć.
— Mamże jej podziękować? zawołała Melania, podnosząc się z błyskawicą w oku, ze zwierzęcem prawie uczuciem nienawiści. Mamże jej podziękować za łzy moje, tłumione tak długo, za męczarnie, jakich doznałam, za to, że zajęła miejsce moje w twojem sercu i w twojem życiu.
— Twoje miejsce? powtórzyłem z ironią pogardy.
— Za to, mówiła dalej, nie zważając na przerwę moją, że ja jestem nikczemną, pogardzoną żoną, a ona aniołem i świętą. Zygmuncie, nie jest ona tutaj aniołem pokoju!
Ja nie wiem sam co byłbym odpowiedział, ta kobieta, z uporem dziecka bezrozumnego, drażniła szaleństwo moje, ale w tej chwili w progu ukazała się Augusta, a cały gniew mój stopił się w zachwycie. Osrebrzona promieniami zachodzącego księżyca, spokojna, w skromnej sukni, której od wczoraj nie zdjęła, stanowiła zupełną sprzeczność z gwałtownym nieładem Melanii.
— Masz pani słuszność, wyrzekła łagodnie z dziwną pokorą, nie byłam tutaj aniołem pokoju. Bóg widzi, nie wiedziałam o tem i poświęciłabym życie, żeby naprawić złe, uczynione mimowolnie, wówczas mogłabyś mi pani przebaczyć; dziś czuję, że to niepodobna.
Ale widok Augusty rozdrażnił tylko Melanię.
— Nie zwiedziesz mnie, zawołała, tym udanym wzrokiem niewinności.
Augusta, nie zważając na jej słowa, zbliżyła się do niej tak smutno, tak posępnie, żem odgadł w jej wzroku nieszczęście.
— Nie o mnie chodzi teraz, wyrzekła po cichu z niepokojem, patrząc na nas po kolei, Zosia wydaje mi się słabą, na mocną gorączkę i lękam się...
Nie dokończyła, ale ja odgadłem słowo, które jej zamarło na ustach. Tyfus panował we wsi straszliwie.
Oboje z żoną, przerażeni, poszliśmy za nią do dziecka w milczeniu, zjednoczeni choć na chwilę jednakim niepokojem.
Zosia była rozpaloną, oddech miała ciężki, w śnie gorączkowym, rzucała się po łóżeczku, wymawiając szybko i niezrozumiale jakieś wyrazy, pomiędzy któremi imię Augusty powracało co chwila; wyrażenia dzienne mięszały się do snów jej, łkania, z któremi zasnęła, odzywały się od czasu do czasu w jej piersi. Wejście nasze, zapalone światło, zbudziło ją, ale wzrok jej mętny, słowa bezładne, powiększyły tylko trwogę naszą. Dziecię niezdawało się nas poznawać, uczepiło się tylko szyi Augusty tak, że oderwać jej było niepodobna, i zasnęła znowu z główką opartą na jej piersiach.
Melania zupełnie upadła na duchu, i zalewając się łzami padła na krzesło przy łóżku, nie zdolna dać jej jakąbądź pomoc.
Augusta starała się rozpleść ręce dziewczynki zarzucone na jej szyję, ale to było niepodobna. Zosia tuliła się do niej konwulsyjnie, miotana trwogą instynktowną, zwykłą w gwałtownych, zapalnych chorobach. Łzy toczyły się zwolna po licach Augusty, zmęczenie, boleść, widne były w jej rysach, w jej oczach, ale cierpienie przytomności jej nie odbierało.
— Poszlij pan po doktora, rzekła do mnie półgłosem, a tymczasem każ mi pan podać lodu i przygotować synopisma, lękam się tej gorączki.
Ale ja także nie byłem w stanie jej posłuchać, zaród choroby od dwóch dni tkwił we mnie, ta noc wyczerpała resztki sił moich, widok Zosi mnie dobił. Chciałem iść, spełnić jej rozkazy, ale napróżno; zanim zdołałem dojść do drzwi, padłem na ziemię bez zmysłów. Usłyszałem tylko, jak we śnie, rozdzierający krzyk Melanii, uczułem jej uścisk namiętny, i wszystko razem zmięszało się dla mnie w chaotyczne obrazy maligny.




Jak długo zostawałem bezświadomy siebie, pomiędzy życiem a śmiercią — nie wiem. Gdy po raz pierwszy otworzyłem oczy, i przytomnym wzrokiem powiódłem w około, ujrzałem Melanię, siedzącą przy mojem łóżku. Zrazu nie mogłem pojąć, co działo się ze mną, czułem tylko osłabienie tak wielkie, że na próżno usiłowałem podnieść rękę i spędzić muchę chodzącą mi po czole, ale razem, ogarnęło mnie nieokreślone uczucie spokoju, błogości, jakby po śnie pokrzepiającym. Spoglądałem do koła ze zdziwieniem człowieka powstającego z letargu, dla którego wszystko wydaje się nowem, zanim zwiąże nić obecnej chwili z przeszłością, zanim z pamięcią razem powrócą mu wszystkie dawne bóle i zapulsują gwałtownie.
Było to wśród nocy: firanki były zapuszczone, tylko lampa alabastrowa rzucała blade światło, starannie przyćmione, by mego wzroku nie raziło; przy łóżku mojem siedziała Melania, ale jakże różna od tej, którą znałem dawniej. Rysy jej wydelikatniały, twarz uderzyła mnie nieujętym wyrazem cierpienia, kibić zeszczuplała i nabrała wdzięku, którego brakło jej dotąd. Musiała nie jedną noc czuwać przy mnie, bo ślady zmęczenia widne były na jej całej postaci; głowa jej wspartą była na moich poduszkach, oczy przymknięte. Zwyciężona ciszą i trudem, zasnęła przy mnie, w jakiejś dziwnie wdzięcznej, zaniedbanej postawie. Światło lampy padało prosto na jej twarz bielszą od poduszek, na których leżała, i po których rozsypywały się jej czarne włosy; długi cień rzęsów padał na policzki wychudłe.
Ta kobieta, pod ręką nieszczęścia, wyszlachetniała, uduchowniła tak, że zaledwie mogłem w niej poznać ową wspaniale piękną istotę kwitnącą niegdyś, ów ideał bezmyślnego ciała.
Patrzyłem na nią, przejęty dziwnem rozrzewnieniem, czułem, że tę zmianę spowodowały niepokój, czuwanie, a nadewszystko miłość ku mnie, i przyciągany magnetyczną siłą chciałem złożyć pocałunek na jej czole, ale nie miałem siły. Jednakże ten lekki szelest, jaki uczyniłem, przebudził ją; zwolna, ostrożnie podniosła głowę, i spotkała mój wzrok utkwiony w niej.
— Melanio, szepnąłem tylko.
Ona uśmiechnęła się do mnie łzawo i położyła palec na ustach, dając mi znak milczenia.
— Melanio, powtórzyłem, i chciałem ująć jej rękę, ale znowu siły odmówiły mi posłuszeństwa.
Melania zrozumiała, pochyliła się ku mnie, rozgarnęła mi włosy na czole lekką dłonią i podała mi napój przygotowany. Byłem bezsilny i posłuszny jak dziecko, wypiłem, spoglądając na nią z jakąś nieznaną dotąd słodyczą. Żadna myśl nie zamąciła mi błogości tego wrażenia, aż znowu sen skleił mi powieki.
Obudziłem się nazajutrz znacznie pokrzepiony i silniejszy, a otwierając oczy znowu Melanię ujrzałem przy sobie; powoli pamięć powracała mi także.
— A Zosia? spytałem.
— Zosia jest zdrowszą trochę, odparła żona moja z westchnieniem, ale chorowała bardzo.
Wahałem się uczynić drugiego pytania, choć nie wiem, czy dla samego siebie, czy dla Melanii.
— Augusta? wyrzekłem w końcu półgłosem.
Widziałem, jak na to imię dreszcz przebiegł jej ciało.
— Jest przy Zosi, szepnęła, dotąd nie mogła jej odstąpić.
Dziwny jest wpływ gwałtownych wstrząśnięć fizycznych na moralny ustrój człowieka, dziwna harmonia, nie ujęta pomiędzy ciałem a duchem; zwolna powracałem do siebie, ale po kilkotygodniowej walce ze śmiercią powstawałem innym człowiekiem. Bądź jak bądź, życie ma nieskończone uroki dla tych szczególniej, co od brzegu grobu wracają. W około mnie nie zmieniło się nic, a przecież ja, który tak zbrzydziłem sobie położenie moje i samego siebie, że przypadek jedynie uratował mnie od samobójstwa, ja, który na zimno obrachowałem sobie niemożliwość życia, powracałem do niego z rozkoszą. Codzienne zatrudnienia, codzienne warunki bytu, przeciwko którym buntowałem się dawniej, nazywając je cierpieniem, dziś były mi szczęściem nieledwie miały dla mnie powab nieznany. Spokój, niepojęty dawniej, padł mi na zmysły i na ducha, może był to tylko skutek fizycznego usłabienia, reakcya zwykła po gwałtownych burzach, które przechodziłem, niemniej jednak używałem go i oddychałem pełną piersią, czując po raz pierwszy rozkosz życia.
Gorączkowa, namiętna miłość do Augusty, zamieniła się w jakieś nieokreślone uczucie, które oddalałem instynktownie. Może, z wracającem zdrowiem i siłą, byłbym powrócił do dawnych szałów, ale teraz w myśli mojej obok niej jawiła się postać Melanii, która, jakby za dotknięciem różczki czarno-księzkiej, przemieniona, otaczała mnie staraniem, miłością niewypowiedzianą? Czyż lat tyle byłem niewdzięcznym dla niej? Czym jej nie znał? Czy się tak zmieniła? Widziałem w tem cud jakiś niepojęty, ale którego nie siliłem się odgadywać; osłabienie ciała podziałało na umysł, każde utrudzenie moralne, skupienie myśli, wytężenie uczucia, było mi niepodobnem. Czułem tylko, że mi dobrze, i błogo, używałem obecnej chwili.
Te dnie rekonwalescencyi pozostały mi w pamięci, spokojne i łagodne jak zachód dnia letniego; codzień budziłem się z nową rzeźwością, zasypiałem uspokojony, jak człowiek, który zbył się udręczającego ciężaru. Melania była mi nieodstępną, i ja też nie mogłem, prawie chwili jednej, obejść się bez niej; nie mogąc stracić od razu natury zepsutego dziecka, tyranizowałem ją nieledwie, nie pozwalając, oddalić się na chwilkę. Przywykłem do jej troskliwości, do lekkich ruchów; nikt nie umiał mi tak ułożyć poduszek, bez szelestu je zmienić, nikt nie potrafił tak dogodzić chorobliwym fantazyom moim, z tak niezmęczoną troskliwością uprzedzać zachcenia. Ona jedna zapełniła mi te dnie, w których choroba walczyła jeszcze z wracającem zdrowiem; codzienne odwiedziny doktora przerywały jedne te długie godziny, w których sami z sobą, po długim rozdziale serca i myśli, poznawaliśmy znów w sobie nawzajem nową istotę, stworzoną kilkoletniem życiem i cierpieniem życia.
Najtrudniej jest patrzeć na to, co nas najbliżej otacza; trzeba było rzeczywiście zbiegu tylu na raz okoliczności, potem tej choroby gwałtownej, przykuwającej ruchliwe ciało do posłania, bezsilnością fizyczną, bym spojrzał baczniej na żonę i zrozumiał, że i ona nie była już taką, jaką znałem ją dawniej.
Jednakże miłość moja do Augusty nie wygasła w tej strasznej nocy, w której chciałem umrzeć dla niej, ale pamięć jej pogardy, jej zimnego spokoju w obec szalonej namiętności, jaka mną miotała, zrządziła, że myśl o niej, że wspomnienie tych chwil ostatnich stały mi się bolesne. Obelgę czułem dopiero gdy minęła, może dlatego, że teraz uznawałem, żem na nią zasłużył. Ona nazwała mnie nikczemnym, sumienie własne jej sąd potwierdziło; ostatni postępek mój rozważny, było otworzenie jej listu, zdradzenie zaufania, nadużycie mego położenia. List ten otwarty pozostać musiał w moim pokoju, jako świadectwo moralnej zbrodni, spełnionej w chwili upadku. Czy ona wiedziała o tem? pytanie to było mi widmem dręczącem.
Pamięć przeszłości stała mi się upokorzeniem. Wszystko razem sprawiało, żem lękał się zarówno jak pragnął chwili spotkania z nią, i z cierpliwością, nie mającą żadnej zasługi, znosiłem przepisy lekarza, który nie pozwalał mi ruszać się z łóżka i kazał strzedz się każdej zmiany, każdego wzruszenia. Zosi nie widywałem, ona także była chorą i nie wychodziła ze swego pokoju.
Od owego pierwszego dnia powrotu do przytomności, imię Augusty nie zostało wymówione pomiędzy mną a żoną, oboje czuliśmy instynktownie, że nam to imię jest przykre. Nieraz tylko zastanawiałem się, jakie być mogły stosunki pomiędzy dwiema kobietami, postawionemi zbiegiem okoliczności w tak fałszywych i trudnych warunkach, gdy raz niespodziewane odkrycie wytłumaczyło mi wiele sprzeczności, wiele niepojętych zmian w Melanii.
Usnąłem raz w południe jak zwykle pod okiem żony, której wzrok prawie nieustannie spoczywał na mnie zamglony serdecznym wyrazem, gdy lekkie skrzypnięcie drzwi w przyległym pokoju obudziło mnie, i razem usłyszałem dźwięk dwóch głosów: Melanii i Augusty.
— Cóż Zosia? pytała żona.
— Usnęła trochę, a ja przyszłam dowiedzieć się o panią, odparł stłumiony lecz dźwięczny, srebrny, wyraźny głos Augusty.
Wszystkie tętna zapulsowały we mnie gwałtownie, ona była tak blizko mnie, oddzielona tylko aksamitną oponą, żem rozróżniał szelest jej sukni; przez minutę nie byłem w stanie słyszeć nic innego, prócz uderzeń serca, i straciłem wątek rozmowy. Musiałem także poruszyć się gwałtownie, bo głowa Melanii ukazała się pomiędzy firankami, patrząc na mnie niespokojna.
Leżałem z zamkniętemi oczyma i udałem śpiącego.
— Śpi, wyrzekła żona, cofając się do towarzyszki.
I znowu w przyległym pokoju dwa głosy zmieszały się w cichym szepcie, nie każde słowo doleciało moich uszów, ale usłyszałem zamienione słowa przyjazne i pocałunki, i zrozumiałem, że nie sam instynkt sprowadził Melanię na drogę, po której szła teraz, zrozumiałem, że niewidzialnym, łączącym nas opiekuńczym duchem był pomiędzy nami duch Augusty.
Jakim sposobem ona, nienawistna prawie, posiadła serce i zaufanie mojej żony i potrafiła kierować nią, przetworzyć niejako, należało to do czarodziejskich tajemnic tej niepospolitej istoty, która prostotą jasnego i świadomego siebie ducha umiała zdobyć każde przekonanie, i zapanować nad każdem sercem. Odtąd do myśli o niej przyłączył się rodzaj czci wdzięcznej, więc i owe chwile spokoju, ów wdzięk odbity, który tak uderzył mnie w Melanii, jej byłem winien. Ona posiadała urok tak potężny, iż nie tylko miała władzę być kochaną, ale i mogła kazać kochać kogo zechciała.
Powoli więc wracałem do zdrowia, odzyskując razem czerstwość ciała i spokój ducha, jednakże uleczenie moje zupełnem nie było; sam dokładnie nie umiałem rozwikłać coraz szybszych uderzeń serca. Kto wie co byłbym uczynił przy zupełnym powrocie sił? czy naturalny zbieg okoliczności nie popchnąłby mnie znowu do zgubnych marzeń przeszłości, gdyby nowe nieszczęście, spadając na mnie, nie było dokonało moralnego przetworzenia mojej istoty.
W miarę, jak ja powracałem do zdrowia, Zosia słabła, gwałtowna choroba, jaką przeszła, zniszczyła niepowrotnie jej słaby organizm, wpadła w rodzaj trawiącej gorączki i, pomimo starań Augusty, gasła powoli w jej rękach. Smutne było pierwsze moje z nią widzenie, osłabły jeszcze i wsparty na ramieniu żony wszedłem do jej pokoju. Dziewczynka siedziała na łóżku obłożona poduszkami, w jej wychudłej twarzyczce, napiętnowanej nieledwie starością, błyszczały tylko gorączkowym blaskiem podkrążone wielkie oczy; zrzedniałe włosy rozczesane były gładko nad bladem czołem. Augusta zmieniona do niepoznania bezsennością, niepokojem, może i jaką wewnętrzną troską, klęczała przy niej, pokazując jakieś obrazki, a jednak, rzecz dziwna, wydała mi się ona piękniejszą jeszcze niż dawniej; ubrana skromnie, zaczesana z pośpiechem, zapominająca o sobie zupełnie a uważna tylko na każde skinienie biednego dziecka. W tej chwili tak wyłącznie myślą i sercem zajęta była Zosią, iż nie wiem czy przeszłość stanęła jej nawet w pamięci, gdy smutnie lecz swobodnie witała się ze mną.
— Patrz, tata, tata idzie, zawołała Zosia, wyciągając ku mnie ręce.
I zaraz, jakby zmęczona temi słowy, zakaszlała się gwałtownie, wieszając mi się na szyi.
— Tato, ja bardzo biedna, szeptała mi na w pół z płaczem, myślałam, że już taty nie zobaczę, tak ciągle tylko kaszlę i kaszlę. Mój tato ja chcę być zdrowa, mój tato ratuj mnie!
Zapłakałem patrząc na nią, słuchając jej szczebiotania przerywanego kaszlem i skargą. Nie miałem czasu pomyśleć o Auguście. Wspólna troska zjednoczyła nas, znowu we troje zgromadzeni obok Zosi śledziliśmy z trwogą wolny postęp choroby, nie spodziewając się już prawie ludzkiej pomocy, bo wszyscy lekarze sprowadzeni nie śmieli nam żadnej czynić nadziei.
Kto widział konające powoli ukochane dziecko, kto patrzeć musiał na jego cierpienia, nie mogąc przynieść im ulgi, ten tylko pojmie co przecierpiałem. Ta ciężka boleść nie pozostawiała czasu na czcze marzenia, na próżne myśli, i doprawdy, w obec poświęcenia Augusty, w obec jej zaparcia się siebie, grzeszna myśl miłości znikała, przemieniała się w jakieś uwielbienie, wdzięczność bez granic.
Tak dnia jednego byliśmy wszyscy przy Zosi, gdy trąbka pocztowa zdala słyszeć się dała i powóz podróżny zajechał przed ganek.
Okno pokoju, w którym leżała Zosia, wychudziło na dziedziniec, Augusta siedziała przy niem; na turkot powozu machinalnie zwróciła głowę, spojrzała w okno i podniosła się nagle jakby biedz chciała, ale pozostała na miejscu blada, drżąca, bez tchu prawie, mocując się z wrażeniem, napróżno siląc się odzyskać panowanie nad sobą, które pierwszy raz utraciła. Melania poskoczyła ku niej, a ja wyszedłem niespokojny na spotkanie gościa, którego widok sam tak nadzwyczajne wrażenie uczynił. Zaledwie przeszedłszy przyległy pokój, znalazłem się w objęciach Adryana. Z początku byłem tak odurzony tem niespodzianem spotkaniem, że nie umiałem zdać sobie sprawy, jakim sposobem widzę go u siebie, jaki związek istnieje jeszcze między nami.
Adryan pierwszy powrócił mnie do przytomności tem jednem słowem: Augusta.
Na to imię wyrwałem się z ramion jego, i szatan zazdrości opętał mnie z taką mocą, iż poczułem, że namiętność moja, zaledwie uśpiona, zbudzić się może co chwila z nową siłą, i uląkłem się samego ciebie.
Lat blizko siedm nie widziałem Adryana, jednak ten przeciąg czasu nie zmienił nic w jego pięknej twarzy, dodał jej tylko powagi i męzkiego wdzięku. Średniego wzrostu, szczupły, wydawał się większym niżeli był w istocie przez doskonałą proporcyę i harmonię ciała; twarz jego nie miała regularnych rysów, ale natomiast wybitnym charakterem wyróżniała się tak od ogółu, że raz ujrzawszy ją zapomnieć było niepodobna. Ogorzałe czoło nosiło ślady długich podróży, nieustannych prac i szlachetnych myśli; oczy czarne głęboko osadzone; przyćmione długiemi powiekami, miały ten wyraz ześrodkowania, jaki cechuje badaczy, tylko czasami odkrywały, jak błyskawica, jakieś głębie niezmąconych uczuć. Linie ust wyrażały siłę, panowanie nad sobą i hart niezachwianej woli, łącząc ją z nieokreślonym wdziękiem dobroci, dobroci nie będącej wynikiem słabości, ale czynnej i świadomej siebie, harmonizującej się z całą łagodną powagą postawy. Jednak patrząc na ruchliwe oblicze, na grę źrenic, łatwo było zgadnąć, że namiętny duch ujęty tu był w karby woli, że ta powaga nie wypływała z obojętności, ale była ostatnim wyrazem poddanych uczuć. Długa, czarna broda miękka i lśniąca spadała mu na piersi, włosy gęste, jak zwykle u ludzi silnej inteligencyi, przystrzyżone krótko, rysowały szlachetne, rozwinięte kształty czaszki.
Takim był człowiek, który stał przedemną, towarzysz moich lat młodych, z którym rozszedłem się przed ślubem moim, kiedym zrywał z przeszłością i z wiarą przeszłości, takim był przyjaciel Augusty.
Z dziwnem uczuciem zazdrości i mimowolnego uwielbienia, patrzyłem na tego człowieka gdy mnie witał ze współczuciem bratniem; bo zapewne dość było jednego spojrzenia, by ten przenikliwy badacz odgadł z mojej twarzy smutne losy, których byłem sam twórcą i ofiarą, wszystkie walki i obłędy zmąconego ducha, bo zdawało mi się, że czuję w jego uścisku współczucie litości. Ale nie miałem czasu długo zastanawiać się nad tem, bo z pośpiechem utęsknienia, z prostotą i pewnością człowieka nie mającego nic do ukrywania, wymówił drugi raz imię Augusty.
Obejrzałem się w około, ona stała we drzwiach i, szybko zbliżając się do niego, wyciągnęła obie ręce z wyrazem oczów, z uśmiechem na ustach, którymi wymowniej od słów witała go z głębi serca. Z kolei spojrzałam na Adryana; twarz jego ogorzała pobladła, ręce, w których ściskał jej dłonie, drżały, słowa, któremi chciał przemówić, drżały mu na ustach, a wzrok spoczywał na niej tak pełen zachwytu, czci i blasku, żem zrozumiał dopiero teraz, czem mogłem być dla niej ja w porównaniu z Adryanem. Czem moje rozpieszczone, zdenerwowane uczucie przy tej potędze wzruszenia silnego ducha. Zrozumiałem to i spuściłem głowę, jam jej wart nie był, ona nie mogła nawet przelotnej myśli zatrzymać na mnie.
Przejęty upokarzającem uczuciem niższości, dotknięty zapomnieniem tych ludzi, na świecie całym widzących tylko siebie w tej chwili, wysunąłem się niespostrzeżony z pokoju, oddalając się od tej sceny powitania.
Samotny, w głębi ogrodu, rzuciłem się na ławkę, spoglądając osłupiałym prawie wzrokiem do koła na drzewa, przyobleczone już złotą barwą jesieni. Świat w około mnie przejęty był smętną ciszą konającego lata. Ciepłe ale bezwonne, bezwietrzne powietrze, nasycone perłowemi mgłami, ćmiło słońce; to słońce jesienne było blade bez promieni, tak jak i moje serce. Pochyliłem zniechęcony głowę na piersi i uczułem się smutny, złamany. W duchu moim była cisza, spokój i zniszczenie, jak po przetrwanej burzy. Z życia nie pozostało mi nic, nawet rozpaczy, nawet pragnienia, ale serce topniało mi w piersi cichym, łzawym, niewieścim smutkiem.
W tej chwili dwoje ramion opasało szyję moją zwolna, ostrożnie, a jednak namiętnie, gorące usta dotknęły mego zimnego czoła. Melania pochylona nademną, przyciskała głowę moją zmęczoną do piersi bijącej. Uczułem, że nie byłem sam jeden na świecie, i objąłem ją po raz pierwszy pojednawczym uściskiem.




Są chwile tak strasznej próżni serca, takiego zamętu i sieroctwa ducha, że każda ręka bratnia wyciągnięta ku nam, zdaje nam się zbawczą ręką, w których niepodobna nam się oprzeć najułudniejszej z pokus, pokusie współczucia. W takich chwilach rozgrywają się losy nasze, krępują serca, w takich chwilach duch łaknący jak ów Ezaw biblijny, przedaje prawa starszeństwa swego za garść soczewicy, nie czując sam wartości tego co oddaje.
Tak ja w tej chwili garnąłem się do Melanii, tuląc się do niej jak dziecię rozżalone, nie pytając czy ona pojąć mnie, zrozumieć może; czując to jedno, że ukazała mi się w danej chwili, że bez niej byłoby mi gorzej daleko, żem się mógł przecie o coś zahaczyć w życiu. Nie mówiliśmy słowa do siebie, bo i cóż mogliśmy powiedzieć nie zharmonizowani dotąd w niczem, prócz w boleści; pierwszy wyraz musiałby rozwiać czar i słodycz tej chwili, lękaliśmy się go instynktownie, oboje może chcieliśmy zapomnieć, potrzebowali wierzyć i smutnie a ostrożnie cisnęliśmy się do siebie jak dwa ptaki, jednakim ranione postrzałem.
Bałem się chwili, w której wrócić mi przyjdzie do rzeczywistego życia, boleść była za mną i przedemną, w domu czekał mnie widok konającego dziecka i widok tych dwojga ludzi, kochających się i godnych wzajem siebie. Bóg widzi, nie było we mnie nikczemnej zazdrości, nie pożądałem ich szczęścia, ale w obec ich doli czułem bardziej jeszcze, że los mój był gorzki, że należałem do wydziedziczonych tego świata.
Zwolna i posępnie wracaliśmy do domu, poszedłem prosto do pokoju Zosi, jakby wstydząc się, że myśl obca oderwała mnie od niej godzin kilka. Zastałem tam Augustę i Adryana. On siedział przy jej łóżeczku trzymając jej rękę, na stoliku rozrzucone były recepty używanych lekarstw, Augusta tuż obok, według jego wskazówek, przyrządzała napój dla chorej. Nie byli tu już owi ludzie zachwyceni rozkoszą chwili powitania, zastałem tylko przy łóżku mego dziecka: lekarza i siostrę miłosierdzia. On siedział obok Zosi rachując uderzenia pulsu, z wzrokiem utkwionym w nią pozornie tylko, bo źrenice jego zdawały się zwrócone w głąb własnego ducha, widać było że wszystkie siły i zmysły jego skupione były w władzy myślenia, którą roztrząsał problemata nauki, ważąc na szali rozumu życie lub śmierć człowieka. Augusta rozumiała to widać, bo spojrzawszy pozostała nieruchoma z podniesioną łyżką w ręku, spoglądając na niego z niewymownym niepokojem i nadzieją. Chwila była tak stanowczą, że nie zwrócono na mnie uwagi. Zosia nawet zdawała się jej ważność pojmować, bo smutne jej zapadłe oczy wyrażały razem ździwienie i ufność.
— I mówisz pani, wyrzekł w końcu Adryan powolnie jakby sam do siebie, nie poruszając się, nie podnosząc oczów, i mówisz pani, że dotąd dawane lekarstwa nie przynosiły żadnej zmiany.
— Żadnej, odparła Augusta, od trzech tygodni choroba nieprzerwanie idzie swoim biegiem.
Adryan spojrzał bystro na datę niektórych recept, zadał jeszcze kilka szczegółowych zapytań, na które Augusta odpowiadała zwięźle i dobitnie. Po długiej chwili podniósł czoło rozjaśnione, jakby wewnętrzną błyskawicą geniuszu.
— Ja sądzę, wyrzekł, iż dotąd mylono się w przyczynach a zatem i w środkach, ja sądzę, że siedlisko choroby nie tam jest gdzie się być zdaje, a jeźli tak jest, mam nadzieję, że ją uratuję.
I szybko postępując do stolika nakreślił kilka słów, nie siadając nawet.
— Każ to przywieźć natychmiast, rzekł zwracając się do mnie, jeżeli to lekarstwo wywrze pożądany skutek, ostatnia wątpliwość moja się usunie, będę mógł ręczyć za jej życie.
Nazajutrz wiedziałem już, że mogę mieć nadzieję; Adryan, jak zbawca zesłany przez Opatrzność, powrócił ufność sercom naszym, i po raz pierwszy wolny od tej strasznej troski, odetchnąłem swobodniej i zrozumiałem, że teraz jeszcze przyszłość i życie możliwem było dla mnie.
Przybycie Adryana ożywiło dom nasz grobowy od tak dawna; był to jeden z tych jasnych, polotnych a pogodnych duchów, którym wiedza przyrzuca tylko szczęścia i pokoju. Może przechodził on kiedyś fazy zwątpień i upadków, dziś doszedł już do tych wyżyn, gdzie nic nie stoi pomiędzy okiem a nieskończonością, i szedł dalej pewną stopą bez wahania ale i bez dumy. Wiedział, że mylić się może, ale dlatego nie zwątpił o prawdzie, wiedział, że złe istnieje, a pomimo to wierzył, że ono coraz bardziej samo siebie niszczyć musi i ustępować przed płomiennym mieczem archanioła wiedzy. Doszedł do tej pokory ducha, że w obec nieskończoności, w obec wszechwiedzy wszystko jest małem na świecie, i dlatego nie wzgardził żadną małością.
Natura jego nachylała się do światła, jak igła magnesowa zwraca się do północy. Człowiek ten miał łagodną prostotę dziecka, i duch jego zachował świeżość wrażeń, swobodę myśli i wiarę serca istot wchodzących w życie, może dlatego, że bystrość sądu, dojrzałość rozumu, sumienność względem drugich i samego siebie zachowały go od omyłek i zwątpień, które są tylko w ogóle udziałem mierności. Umysł jego posiadał dziwną, rozjaśniającą władzę, wyrażone jego słowy najzawilsze problemata nauki stawały się dostępnemi dla każdego. Nieraz, gdy w potocznej rozmowie nasunęła mu się na usta jaka paląca kwestya obecna, umiał ją streścić w ten sposób, że nawet Melania rozumiała go i lubiła słuchać.
Spoglądałem na niego z rodzajem zachwytu, w którym coraz bardziej topniała instynktowa zawiść; ja który męki niepłodnego ducha, cierpienia olbrzymiej dumy, osamotnienia obłąkania, brałem za godła wyższości, ja bezużyteczny, bezczynny i nieszczęśliwy, począłem wstydzić się przeszłości mojej, cierpień moich i wszystkiego prócz tej miłości, która, jak promień zbawienia, rozświeciła mi noc własnego ducha i otworzyła zachwyconemu oku widnokręgi bez granic.
Dnia jednego na tej samej ławce w ogrodzie, gdziem upadł przygnębiony życiem w dzień jego przyjazdu, gdzie pierwszy uścisk współczucia złączył mnie z Melanią, zeszedłem się z Adryanem. Od dni kilku Zosia miała się tak dobrze, iż dalsze starania jego były zbyteczne, od dni kilku i myśl jego uwolniona od niepokojów chwili, które podzielał z nami, widocznie zwracała się w przyszłość, widocznie szukał zbliżenia ze mną; rozumiałem to i rozumiałem razem, że stanowcza chwila się zbliża, że przesilenie losów naszych nastąpić musi, a brakło mi odwagi i unikałem go, jak gdybym mógł przemienić to co istniało, jakby przyszłość moja nie była rozstrzygniętą z góry, jakby zostawała mi nadzieja jaka. Jednakże w końcu zeszedłem się sam na sam z Adryanem, on chciał tego, a jego spokojna i wytrwała wola musiała w drobnej rzeczy nawet odnieść zwycięstwo nad moim wahającym duchem; próżno chciałem zmyślić słabość, zajęcie, cośkolwiek coby mnie uwolniło od tej stanowczej rozmowy, tembardziej, żem lękał się czy Adryan nie wie wszystkiego, ale on wyciągnął do mnie rękę prosząco prawie.
— Zostań Zygmuncie, rzekł zwolna swym dźwięcznym głosem, muszę dziś z tobą pomówić otwarcie, potrzebuję ciebie.
Cóż odpowiedzieć mu mogłem, usiadłem obok niego z rezygnacyą człowieka, który wie, że każde słowo dalej wymówione będzie wypruwać mu żyły z serca, a on jednak musi zachować twarz spokojną pod karą hańby; usiadłem przy nim posępny, zbierając siły.
— Nie zapytałeś mnie nawet Zygmuncie, mówił dalej Adryan, jakim cudem przybyłem tak niespodzianie do domu twego. Czy wiedziałeś, żem znał Augustę? Czy sądziłeś, że ona wezwała mnie do córki twojej?
Milczałem, wlepiając w niego wzrok osłupiały prawie, ja nie mogłem mu odpowiedzieć nie zdradzając siebie.
— Potrzebuję to wiedzieć, mówił dalej z pewnem wahaniem Adryan, zdziwiony milczeniem mojem, czy ona wspominała ci kiedy o mnie.
— Nigdy, odparłem ze źle ukrytą goryczą, Augusta nigdy nie mówiła mi nic o sobie, o stosunkach swoich.
— I nie zdziwiłeś się widząc mnie u siebie?
— Nie, odrzekłem jakby pchnięty mimowolną siłą, zdobywając się na w pół zwierzające słowa, na w pół szyderczo a na wpół z przekonaniem. Przybyłeś do nas w złej chwili jak anioł zbawienia, zesłała cię tu Opatrzność.
— Tak, odparł, nie zważając na ten odcień mego głosu, wyraźnie ciągnąc dalej własne myśli, Opatrznościowe było to zrządzenie losu, Opatrzność nieraz bezwiednie kieruje ludźmi. Ja nie wiedziałem, że dziecię twoje potrzebuje pomocy, lękałem się czy nie będę tutaj zwiastunem złej wieści.
— Złej wieści? powtórzyłem przerażony, nie rozumiejąc go, sądząc, że już przejrzał do głębi mego chorego duchu. Mów śmiało, twoje złe wieści nie znajdą mnie nieprzygotowanym, wiem oddawna, że wszystkiego lękać się powinienem a niczego spodziewać.
Adryan z kolei spojrzał na mnie zdziwiony.
— Nie rozumiem cię, wyrzekł, biorąc rękę moją z współczuciem, złe wieści, które niosę, które nie mogę odważyć się wypowiedzieć, nie tyczą się ciebie. Ale co tobie? zdajesz się cierpieć Zygmuncie. Zosia powróciła do życia, a twoje chmurne czoło nie wypogodziło się dotąd. Jakaż inna troska ci cięży?
Spojrzałem na niego z szyderstwem rozpaczy.
— Czy pamiętasz, spytałem, ostatnie rozstanie nasze przed laty?
— Pamiętam, odparł, topiąc wzrok przejrzysty w moje zmącone źrenice, drogi nasze rozchodziły się wówczas w przeciwnych kierunkach. Ty złamany pierwszy boleścią zrzekałeś się wiary młodych snów naszych, i poszedłeś w życie drogą łatwych uciech światowego wiru, powszednich pojęć. Ja pozostałem samotny. Nie miałem jeszcze wówczas tej silnej, wyrobionej wiary, jaką przyniosło mi życie: nie mogłem walczyć skutecznie z absolutną negacyą, która owładnęła ciebie, ale i za twoim przykładem pójść nie mogłem także, jakaś siła wyższa parła mnie naprzód, pokazując po za mgłą wydarzeń ideał myśli niezachwiany. Pozostałem samotny z cierpieniem. Com przebolał potem, mniejsza o to, nie skarżę się na przyszłość, bo teraźniejszość jest jej owocem. Powoli duch mój rozjaśniał ciążącą mi mgłę łez na oczach, rozświetlał mi świat otaczający i ciemne zakąty serca. Strząsnąłem z myśli pył dawnych wspomnień niegodnych mnie, i z podniesionem czołem przyjąłem życie, jakie Bóg dał, z nieodzownemi warunkami cierpienia i rozkoszy, walki, pracy i słodyczy, tem pełniejszych, im szerzej otwieramy serce, im wyżej wzrok i myśl dosięga. Oto jest treść mego życia, powiedz mi nawzajem jakiem było twoje? Czy przesyt nie przyniósł ci uleczenia? Czy ciche, domowe szczęście nie ukoiło niepokojów twego ducha? Zygmuncie, ty powinieneś być szczęśliwym, a widzę, że nim nie jesteś.
— I cóż ztąd, szepnąłem, nie odmieniłem się od dnia naszego rozstania. Daremnie rzucałem się na wszystkie strony, daremnie walczyłem, życie miało dla mnie jedną tylko strunę, a tą struną była boleść, cierpiałem zawsze i cierpię jak potępiony.
Sądziłem się silniejszym, niż byłem w istocie, ta skarga wyrwała mi się bezświadomie prawie, pomimo wszystkiego co stało między nami, Adryan był towarzyszem moich lat młodych, przemawiał do mnie w sposób od którego odwykłem od tak dawna, słowa jego budziły wspomnienia i myśli przebrzmiałe, i zdobywały ufność moją. Spojrzenie jego spoczywało na mnie pełne smutku i litości, ale tej litości serca, która obrażać nie może.
— Zygmuncie, wyrzekł po długiej chwili powolnie i miękko, ja lękam się, czy ciebie nie uwiodła ta czarodziejka mglista, Cyrcea naszego wieku która czyha tylko na wysokie duchy i tyle zwichnęła umysłów, ja lękam się, czyś ty nie rozkochał się w cierpieniu.
— Ja nie wiem, odparłem bez chwili namysłu, cierpienie wydaje mi się czasem jedynym objawem bytu ducha mego, a jednak czasem dochodziło we mnie do takiej siły, że za chwilę wytchnienia gotów byłem ducha się zaprzeć.
— I tą drogą poszedłeś w życie, mówił smutnie Adryau, przeniewierzyłeś się samemu sobie, to duchowa zbrodnia, której kara jest konieczna następstwem, nie bierz kary za warunek bytu.
— Wszakże i ty cierpiałeś nieraz? pytałem go, wszak mówisz, że cierpieniem dobiłeś się dzisiejszej chwili.
— Cierpiałem nieraz, przerwał mi poważnie, i zapewne nieraz jeszcze cierpieć będę, ale nigdy nie pochełpię się z cierpienia, ale się nigdy w niem nie zamknę. Szukam przyczyny jego i szukam uleczenia jak szukam przyczyny choroby i leków co ją zwalczą. Cierpienie dla cierpienia zamknięte samo w sobie, jest niepłodne i skrzywia promienie ducha, ukazując świat i ludzi w fałszywem świetle. Zamiast ludzi czynu jędrnych i silnych, wyrobią drażliwych bohaterów romansu, księżycowych kochanków niepodobieństwa, zdenerwowane i bezużyteczne istoty.
Słuchałem go zdumiony, te słowa burzyły całą moją przeszłość, odejmując mi to jedno co było mi balsamem pociechy, rodzajem dumy w której zamykałem się jak w skorupie. Adryan miał słuszność, i z dziwną trafnością dotknął mej ukrytej rany, w głębi ducha pyszniłem się cierpieniem jak piętnem wyższości.
— Próżno bluźnisz przeciwko cierpieniu, wyrzekłem w końcu, próbując walczyć z jego jasną, nieubłaganą logiką, a jednak ono jest twórcą heroizmu i poświęcenia, twórcą poezyi, twórcą wszystkiego co wysokie i jasne.
— To fałsz, zawołał Adryan, zapalając się stopniowo, cierpienie jest wynikiem grzechu lub nieświadomości, i jako takie posiada moc uleczającą, ale nie jest ono środkiem i warunkiem wyższości; o jakiej poezyi chcesz mówić? O jakim heroizmie? Ja nie nadam tej nazwy chorobliwym fantazyom rozkiełznanych wyobraźni, gorączkowym czynom chwili zapału. Heroizm dla mnie to wielkie słowo bez znaczenia, i jeśli chcesz zachować je koniecznie, to heroizmem nazwę codzienne podołanie warunkom powszedniego bytu, spełnienie bez wahania cichych obowiązków życia, o których świat by nie wiedział, nie uwielbiali ludzie, bo koniecznym warunkiem jego jest bezświadomość siebie, a owocem spokój i wesele ducha.
— A gdzież byłoby poświęcenie? pytałem, nie mogąc odrazu objęć tych nowych pojęć, burzących powszechnie przyjęte teorye.
— Poświęcenie, powtórzył, to także czczy wyraz dumy, ja nie rozumiem poświęcenia tylko obowiązek, komu on nie wystarcza, najczęściej zostaje po za nim, i podołać mu nie chce lub nie może. Inaczej sądząc, przeczylibyśmy tej wszechwładnej sprawiedliwości, z jaką Bóg utworzył prawa duchowne rządzące społeczeństwem.
— A jeźli obowiązek jest nad siły?
— Nie ma obowiązku nad siły, o ile z dobrą wolą spełnić go chcemy, bo siły wzrastają w walce i pod gorżką powłoką znajdujemy słodycze nieznane.
— Mówisz jak książka, odparłem z goryczą, jak człowiek, któremu życie jest i było łatwem, przyszłość uśmiecha ci się barwą miłości i nadziei, a teraz ze szczytu, na jakim stanąłeś, ciskasz kamieniem na upadających, chcesz mi odbierać tę ostatnią pociechę, że to, com przebolał, odróżnia mię od tłumu i stawia po za powszedniem prawem.
— A kto wie, zapytał Adryan patrząc mi bystro w oczy, czy w tem pojęciu nie leży właśnie zaród nieszczęścia twego? Miej odwagę nazwać cierpienie bez powodu słabością, a już je na w pół zwyciężyłeś, miej odwagę spojrzeć w samego siebie i przyczyny złego szukać w sobie, a nie w otaczającym świecie. Chwila ta może być gorzką; ale tam tylko leży uleczenie. Inaczej ja ci powtórzę, żeś się rozkochał w cierpieniu, a to ostatni stopień duchowego samolubstwa.
Nie wiedziałem sam co odpowiedzieć, ta rozmowa zbyt gwałtownie wywracała gmach przekonań całego życia, prawda zbyt ostrą, zbyt gryzącą była dla mnie, a jednak głos jego, gdy mówił do umie, drgał współczuciem, wzrok zwilżony zadawał kłamstwo surowości słów, pomimowolnie musiałem czuć ich prawdę, oczy moje otwierały się światłu, tysiące nowych myśli i jak strumienie, którym zajęto zapory, tłoczyło się do mojej głowy i kłóciło z przeszłością; ale nie mogłem tak od razu uznać się pokonanym.
Adryan rozumiał snać co działo się we mnie, bo ujął rękę moją i rzekł zwolna.
— Nie sądź mój drogi, bym cię potępiał, pojmuję tę straszną walkę dwóch potęg rozrywających życie nasze, przechodziłem je i przechodziłem samotny.
— Nie, zawołałem, ty nie możesz znać miary boleści swojej, jak nie znasz miary mego ducha, siły serca i siły uczucia. Co wspólnego być może pomiędzy szczęściem twojem a moją niedolą.
— Mojem szczęściem? zapytał poważnie Adryan, zkąd wiesz o szczęściu mojem? Czy mówisz o faktach, czy o myślach?
— Zanadto trzymamy się, odparłem z wybuchem, niedostępnych sfer marzenia, wróćmy do rzeczywistości, która co chwila zadaje fałsz lodowatym teoryom twoim. Niech jutro usunie się od ciebie dłoń, na którą liczyłeś[1], niech cię zawiedzie uczucie na którem oparłeś przyszłość, a harde doktryny twoje ulecą pod strasznem tchnieniem nieszczęścia.
— Mylisz się, po za granicami przypadków i faktów, leży świat idei niezależnych od nich. Serce moje, ciało moje cierpieć może, ale duch pozostanie niezmącony, dopóki będzie w zgodzie z samym sobą.
— Ale cobyś uczynił? pytałem dalej, popychany jakąś dziwną żądzą, chcąc koniecznie w nim poruszyć, jaką strunę boleści, zwątpienia, harmonizującą ze mną. Cobyś uczynił, gdyby ona cię nie kochała?
Adryan poruszył się na te słowa, jakby żelazem gorącem dotknięty, wargi jego zbladły i zadrgały, ale po chwili wyrzekł znowu spokojnym choć cichym głosem.
— Czy chcesz mówić o Auguście?
Skinąłem tylko głową.
— Czyż sądzisz, że kochanym być mogę? Że kochanym jestem?
Zamilkł, wzrok jego się przyćmił i załzawił, w milczeniu skrzyżował ręce na piersiach, jakby hamując gwałtowne serca bicie i pozostał chwilę nieruchomy, zatopiony w myślach.
— Czyż ty, wątpisz o tem, mówiłem z rodzajem okrucieństwa, dla siebie samego i dla niego zarazem.
— Wątpię i zapytać nie śmiem, odrzekł cicho, jakby sam do siebie, i powiedzieć jej nie śmiem, co mię tu przywiodło.
— Ale gdyby ona cię nie kochała, pytałem dalej, wówczas zrozumiałbyś co to jest cierpienie, gdyby cię odepchnęła, pogardziła tobą, cóżbyś uczynił?
— Pogardzić mną nie może, póki na to nie zasłużę, odparł podnosząc jasne, szlachetne czoło, obarczone jakąś bolesną pogodą, gdyby mnie nie kochała, żyłbym tak jak żyję dotąd; ona ma prawo rozrządzać sercem swojem.
— I zniósłbyś to, gdyby pokochała innego?
— Zniósłbym tak, jak znosiłem dotąd.
— Jak to? zawołałem z kolei tknięty temi słowy, więc... i nie mogłem powiedzieć więcej bez zdradzenia siebie, ale wzrok mój pytający zawisł na Adryanie.
— Co chcesz powiedzieć, zakończ na Boga, zawołał powstając, nie mogąc utrzymać panowania nad sobą? Co ty wiesz o niej?
— Nic, wyrzekłem, ja nic nie wiem, nic wiedzieć nie mogę. Ale powiedz mi, czemże ty żyłeś dotąd, wszak nadzieją?
— Nie, wyrzekł po chwili, i tej nie miałem nawet, żyłem tą myślą tylko, że jej użytecznym być mogę.
— A ja nazywałem cię szczęśliwym, zawołałem.
Uśmiechnął się smutnie.
— Czy uważasz mój los za godny zazdrości teraz, zapytał łagodnie, Bóg jeden dotąd widział miłość moją i mógł ocenić jej siłę.
— Jakto, więc Augusta jej nie zna?
— Nie, do dziś dnia, powinienem był milczeć.... milczałem, nie chciałem do jej smutnego życia dorzucać tego ciężaru.
— A dzisiaj?
— Dzisiaj ona jest wolną, warunki jej życia zmieniły się, jest wolną i niepodległą, mąż jej nie żyje. Przed kilku miesiącami zginął marnie w okolicach Melbourne, w zatargach pomiędzy kopaczami złota, w domu gry. Przeciwnik zranił go śmiertelnie wystrzałem z rewolweru, wszystkie starania moje pozostały daremne, nie mogłem uratować go od śmierci, tak jak nie mogłem Auguście wpływem moim powrócić człowieka jej godnego.
— Więc to była przyczyna tej naukowej wyprawy do Australii.
— To jedno, odparł. Odszukałem go pod obcem nazwiskiem wśród zbiegowiska awanturników całego świata. Zostawił u bankiera w Melbourne kilkadziesiąt tysięcy dolarów, które zapewne byłby przegrał w dni kilka, gdyby nie ta śmierć gwałtowna. Przynajmniej Augusta, w braku szczęścia mieć będzie niezależność i dostatek.
— Czy Augusta znała cel twej podróży.
— Nigdy, odrzekł z mocą, nie mówiłem jej i mówić o tem nie będę, nie chciałem budzić w niej fałszywych nadziei, ani kłaść na nią obowiązków wdzięczności, dość było dla mnie, żem pracował dla niej.
— Ale dziś, dziś ona jest wolną Adryanie.
I krew uderzyła mi do serca, na myśl, że teraz nic już nie stało między niemi.
— Tak dzisiaj ona jest wolną, powtórzył, dotąd nie odważyłem się powiedzieć jej tego.
I ukrył twarz w dłoniach, jak człowiek, który widzi przed sobą nieuchronną przepaść.
— I czegóż się lękasz? pytałem zdziwiony.
— Czego, powtórzył, patrząc mi w oczy, jakby nie pojmując zapytania, lękam się sprawić jej cierpienie, odnowić rany dawne, i zostać w jej pamięci zwiastunem złej wieści, a jednak chęci moje były czyste, jabym był jej szczęście własnem szczęściem okupił. Ileż razy zmięszany z wyrzutkami społeczeństwa, oddalony od wszystkiego co mi drogiem było, śledziłem życie człowieka, który był jej mężem, który zwichnął jej życie, złamał przyszłość, a pomimo to może na zawsze pozostał drogim jej sercu; ileż razy zaglądałem do głębi tej upadłej zbrudzonej istoty, chcąc dopytać się iskry jakiej ożywczej i choćby jednego czystego wspomnienia. Dnie i miesiące całe, żyłem jego życiem, dzieliłem jego trudy, patrzeć musiałem na haniebne rozrywki, widziałem powstające brudne namiętności. Nieraz cała istność moja podnosiła się wstrętem i oburzeniem, a ja nakazywałem jej milczenie, próbując dalej niepodobnego dzieła odkupienia, nie dowierzając samemu sobie, badając się, czy ukryta zazdrość lub nienawiść nie tkwiła w moim duchu i nie zwiększała zawad i niepodobieństw. Bo przyznaję to, drżałem, by usiłowania moje nie uwieńczył skutek pomyślny, to była jedyna nikczemność miłości mojej; alem na nią nie zważał.
Słuchałem zdumiony tych dziwnych zwierzeń, człowiek któregom o brak uczucia posądzić nie mógł, uczynił to wszystko, i nie zachwiał się, nie upadł pod ciężarem nad siły, nie sądził się wyższym od reszty świata i przeszedłszy przez wszystkie piekła życia, śmiał potępiać cierpienie i zachować umiał niezmąconą pogodę i mówił mi to spokojnie, oskarżając się nieledwie o niepowodzenie, nie zdając się domyślać własnej wielkości. Ze wstydem spuściłem głowę, czułem się tak małym, tak samolubnym, tak nikczemnym przy nim.
— Więc ona go kochała, zawołałem po chwili; tknięty jakąś nową zazdrością, ty wiedziałeś o tem, nie, to niepodobna!
— Nigdy ze mną ani z matką moją, odparł Adryan, Augusta nie mówiła o tem. Widziałem tylko że cierpiała i lękam się; bo istoty jak ona, oddają się raz na zawsze, omyłka serca jest dla nich niepowrotną.
— I ty mógłbyś żyć bez niej, wyrzekłem oddychając swobodniej, jakby mi spadł z piersi ciężar tłoczący.
— Żyłbym, odparł smutnie, i jeszcze nie nazwałbym się nieszczęśliwym, żyłbym tak jak żyję dotąd pracą, nauką i miłością, dodał ciszej, miłością niedzieloną.
Mimo wszystkiego co mówił, nie mogłem uwierzyć, by on kochanym nie był, instynkt serca ostrzegał umie, iż pomiędzy mną a nim wszystko było różne, że nawet jednaka niedola jednoczyć nas nie mogła.
— I nie zapragnąłeś nigdy zapomnieć? pytałem.
Uśmiechnął się wstrząsając głowę.
— Nigdy, wyrzekł, zapomnienie, to broń słabych kobiet i rozpieszczonych dzieci, którym jedno cacko, drugie z myśli wybija. W wysokich sferach ducha zapomnienie istnieć przestaje, to moralne kalectwo.
— Moralne kalectwo, pochwyciłem, a jednak są chwile, są położenia w życiu, w których obowiązkiem jest zapomnieć.
— Nigdy zapomnieć! przerwał mi Adryan. Czy rozważyłeś kiedy samo znaczenie tego słowa? Zapomnieć, to wymazać coś ze swego życia, a tem samem stracić moralną korzyść, jaką nam każda chwila przynieść winna. Potrzeba zarówno pamiętać błąd każdy jak i dobrą chwilę; błąd, by go drugi raz nie popełnić; dobrą chwilę, by z niej jak ze szczebla wyżej zasięgnąć.
— A jeźli pamięć staje się pokusą?
— To trzeba walczyć z pokusą a nie ze wspomnieniem; zresztą są uparte pamięci i pamięci podstępne, w których wspomnienia uśpione budzą się znienacka i zwyciężają bezbronnych. Zapomnimy, ogłuszymy się dzisiaj, ale kto nam za jutro zaręczy?
— A jednakże, przerwałem, są rzeczy, które powinność nakazuje nam zapomnieć.
— Jakie? zapytał, wlepiając we mnie jasne spojrzenie.
— Są uczucia wzbronione, wyrzekłem mimowolnie, spuszczając oczy przed jego wzrokiem.
— Są, odparł, ale przeciwko nim złą tarczą jest zapomnienie.
— A jednak, dodałem, party dziwną żądzą wyspowiadania wezbranego ducha, gdybym ja dziś pokochał, czy miałbym inną drogę przed sobą?
— Gdybyś pokochał, powtórzył Adryan badawczo i litośnie razem, nie i wówczas nie powinienbyś zapomnieć, i znów zostawiać serce twoje bez straży.
— Więc sądzisz że mnie kochać wolno? Mnie.
— Nie! Zygmuncie, wyrzekł stanowczo, biorąc rękę moją, sumienie twoje odpowiada za mnie. Cudze życie i cudze serce oparte są na tobie, zawodzić ci ich nie wolno, ani łamać dobrowolnie przyjętego obowiązku. Dlaczegóż poślubiłeś Melanię? Jeżeliś szedł za kaprysem powabu lub serca, którego nie potwierdził rozum, jeżeli kaprys ten przeminął a ty poczułeś próżnię, przesyt, krzyż twój jest ciężkim, ale pamiętaj żeś go własnemi wyciosał rękoma, i że odpowiedzialność za czyny nasze ciężyć na nas musi.
— I cóż ztąd, czy dla tego ciężar mój staje się lżejszym.
— Nie, ale strzeż się, by błąd jeden nie wyradzał dalszych błędów, bo wówczas odpowiedzialność będzie większa i cierpienie cięższe.
Nie odpowiedziałem nic, czułem nieubłaganą prawdę słów jego.
— Powiedz mi, dodał miękko Adryan po chwili, czemu poślubiłeś Melanię.
— Poślubiłem ją w złej chwili smutku i zniechęcenia.
— Czy nie wówczas, pytał mnie dalej, gdy rozeszły się duchowe drogi nasze? Czy nie wówczas, gdyś chciał zapomnieć o wszystkiem w co wierzyłeś? Już raz Zygmuncie, oceniłeś wartość zapomnienia, zakosztowałeś gorzkich jego owoców, powinienbyś pogardzić tą bronią niedołężnych.
— Więc cóż mam czynić? pytałem na wpół jego, na wpół siebie samego, pogrążony w myślach i wspomnieniach.
— Nie mam prawa, rzekł po chwili Adryan z serdecznym dźwiękiem w głosie, zaglądać do tajników twego serca: życia. Oderwane słowa, które ci boleść wyciska, nie dają mi prawa niczego się domyślać, nic odgadywać. Ja nic nie chcę wiedzieć więcej nad to co widzę. Zygmuncie, dla ciebie jest jeszcze druga ratunku, bo ty kochanym jesteś.
— Ja kochanym! zawołałem z gorzką ironią, bo w tej chwili myślałem tylko o Auguście.
— Tak jest, Melania cię kocha, mówił dalej nie zważając na przerwę moją, a miłość jest niepojętym mistrzem.
— I cóż ztąd, wyrzekłem, miłość ta będzie dla nas wzajemną męczarnią tylko, czyż Melania potrafi iść ze mną równym krokiem, i stać się w myśli jak w życiu towarzyszką moją.
— Ona ma prawo zapytać cię dla czegoś ją zaślubił, bo kocha cię i cierpi przez ciebie.
— Po co mi to mówisz, są to rzeczy nieuleczalne i niepowrotne.
— Ona ma prawo cię zapytać, mówił dalej Adryan, czemu nie przypuściłeś jej do duchowej cząstki, czemuś nie próbował otworzyć jej krainy myśli; wśród których błąkałeś się bez celu i straży, szukając nieledwie pokusy.
— Ona nie rozumiała mnie nigdy.
— Czy próbowałeś przynajmniej być zrozumianym, czyś nie potępił jej bez wysłuchania, nie odrzucił z góry, czy masz prawo oskarżać ją za własne winy. Czy byłeś jej mężem, przewodnikiem i towarzyszem? Tu leży druga wina twoja. Samotny, znudzony, przejęty duchową pychą i moralnem lenistwem byłeś zgubiony od dawna, zanim wkradła się grzeszna miłość w twoje serce; dotąd strzegł cię przypadek tylko. Uderz się w piersi czy tak nie jest?
— Tak jest, odparłem smutnie, doskonale skreśliłeś mój stan moralny. Ale cóż ztąd czy los mój, dla tego żem go sam zgotował, jest przez to mniej gorzkim?
— Tyś nie powinien cofać się przed goryczą, ale szukać uleczenia, powtarzam ci, Melania cię kocha i cierpi, cierpieniem budzi się w niej życie nowe, rozszerza widnokrąg myśli i dojrzewa serce. Są chwile, w najbardziej zrozpaczonych położeniach, w których los daje nam nić zbawczą, jak tonącemu deskę ratunku, ale chwile te są niepowrotne i biada tym, co jej schwycić nie mogą! Zamiast poddawać się rozpaczy, zamiast szukać zapomnienia, spojrzyj na tę kobietę, której winieneś szczęście. Jeżeli możesz, choć czas jakiś, odwróć myśl od samego siebie, a skieruj ją na nią tylko, poznasz wówczas najwyższą rozkosz na świecie: być sprawcą cudzego szczęścia.
I oparł czoło na ręku, i zamyślił się głęboko o tem może, czego pragnął a spełnić nie mógł.
Podniosłem się tknięty jakimś dziwnym zapałem i wdzięcznością. Wszystkie nizkie struny ducha mego zamilkły i uczułem się zdolnym dźwigać życie i krzyże życia, bez upadku, i słabości. Słowa Adryana nie były daremne, płynąc z serca i przekonania, obudziły przekonanie, wszczepiły się we mnie. Obowiązki położenia mego przedstawiły mi się jasno, dobitnie i zmierzyłem je z wolą podołania im. Dla tego odsuwając dawne błędy i słabości, rzekłem do Adryana ściskając jego rękę.
— Życie da ci więcej daleko niż żądasz i marzysz! mam przekonanie, że Augusta cię kocha, że nigdy szlachetniejsze serce, gorętszem nie uderzyło uczuciem.
Miałem na myśli ten list tak serdeczny, tak wylany, który z winy mojej rąk jego nie doszedł, ale nie miałem czasu powiedzieć więcej, bo Augusta ukazała nam się w poblizkiej alei.
Oddaliłem się szybko, i niedając samemu sobie czasu do namysłu, skierowałem się ku dworowi. Po raz pierwszy od ostatniej pamiętnej nocy przed chorobą, wszedłem do mego pokoju. Wszystko tam stało jeszcze jak wówczas nietykalne, w nieładzie, jak w tym dniu nieszczęsnym, broń nawet leżała na stoliku, papiery na biurku. Pochwyciłem list Augusty otwarty, leżący na samym wierzchu, i powróciłem do miejsca w którym zostawiłem Adryana. Zrozumiałem, że dalej zatrzymując go powiększałem winę moją, żem powinien ją był odpokutować i wyznać wszystko.
Adryan był z Augustą. Stali obok siebie probując zawiązać jakąś rozmowę, której dźwięki niezgodne z uczuciem gorejącem w sercach, zamierały im na ustach. Jemu po raz pierwszy może w życiu brakowało odwagi, ona odgadnąć go nie mogła, i na jej jasnem czole przechodziły nawalne chmury myśli, jako burze po lipcowem niebie; cała twarz promieniała tą nieujętą pięknością, jaką kobiecie każdej daje miłość, zdawała się objętą aureolą uczucia, które ją podnosiło nad powszednie warunki życia, a jednak uśmiech jej był przymuszony, bolesny, spojrzenie wilgotne.
Adryan był bledszym niż kiedykolwiek, spoglądał na nią z tkliwością i trwogą niewypowiedzianą. Ona miała w ręku swoim jego szlachetne serce i sama nie wiedziała o tem. Niepokój był w nim i w niej zarówno, oboje kochali się całą potęgą namiętności nieskalanych serc, oboje postawili się wzajemnie tak wysoko, iż z niepojętą pokorą ducha nie sądzili się godnemi wzajemności i zbroili serca odwagą nie na zdobycie szczęścia, ale na zniesienie niedoli.
Spoglądałem na nich z za opony krzewów, zatrzymany na miejscu tym widokiem, czekając pierwszego słowa, nie śmiejąc przerwać ciszy panującej między nimi, wśród której może w końcu rozumiały się te serca uderzające jednozgodnie.
— Pani! wymówił w końcu Adryan, z niezręcznością prawdziwego uczucia głosem, który drżał tak, że trudno było rozpoznać jego brzmienia, przebacz mi to pytanie, ale powiedz mi, czy nigdy nie miałaś żadnej wieści o mężu?
Augusta zadrżała i pochyliła się, przyciskając rękę do piersi, jakby nagłym bólem przeszyta, może spodziewała się innego słowa.
— Nigdy, odparła po długiej chwili, nie wiem nawet gdzie był dotąd i czy żyje jeszcze.
— Był w Australii w ostatnich czasach, rzeki Adryan powoli, jakby chcąc oddalić ostatnie słowo.
— W Australii, powtórzyła Augusta zdziwiona, uderzona tym wyrazem, wpatrując się w niego badawczo, a dzisiaj?
— Dzisiaj on już nie żyje, wyrzekł Adryan nie podnosząc na nią oczów, przed kilku miesiącami zginął koło Melbourne, w przypadkowej walce, zostawiając znaczny majątek.
— Nie żyje, zawołała kobieta, zakrywając twarz rękoma, i przejęta wspomnieniem dawnych dni, żalem, czy też uczuciem wyzwolenia, padła na ławkę i pozostała tak długą chwilę nieruchoma.
Adryan stał przy niej przerażony wrażeniem, jakie sprawiły słowa jego, i nie umiejąc wytłumaczyć je sobie, powiódł do koła rozpacznym wzrokiem, gotów uciec z przed jej oblicza, zanim oczy podniesie, gotów uklęknąć przy niej i błagać przebaczenia za słowa, które jej boleść sprawiły.
Wówczas zbliżyłem się do niego.
Adryanie, rzekłem tak cicho, że Augusta usłyszeć mię nie mogła, odprowadzając go na bok o kroków kilka, o to list pisany do ciebie przed kilku tygodniami. Otworzyłem go w chwili szaleństwa i upadku, przebacz mi, zrozumiej go, zrozumiej to co było w sercu Augusty, a czego ona napisać nie mogła. Bądź szczęśliwym jak nim być powinieneś, jakeś nim być godny.
I oddaliłem się nie czekając odpowiedzi, zostawiając zakochanych, bo mimo postanowienia i słowa moje, widok ich dwojga był mi za ciężki.




Nie dokonywa się tak w jednej chwili przeistoczenia moralnego, trzeba mi było nieraz jeszcze podjąć ciężką pracę duchową, nieustannie czuwać nad sobą, by z krain mglistych marzeń, rozpieszczonych bólów, namiętności kapryśnych, powrócić do codziennych warunków bytu i podołać im.
Gnany niepokojem wewnętrznym, długo błąkałem się po ulicach parku, aż w końcu powróciłem do domu i wszedłem do pokoju Zosi. Melania była przy niej. Zosia jeszcze trochę mizerna, ale już z żywem okiem ze swobodnemi ruchami, bawiła się u jej kolan, wesoła jak ptaszek. Ten widok wrócił mi odwagę. Melania patrzyła na nią z wyrazem słodyczy, rezygnacyi, pogodnego cierpienia, który teraz napiętnował jej rysy duchową pięknością.
— Mamo, mówiła Zosia, czy mogę wyjść dzisiaj do ogrodu?
— Nie wiem kochana, trzeba się zapytać Augusty lub doktora, rzekła żona moja.
— Mamo, a gdzie jest Augusta? Powiedz jej by przyszła do mnie? prosiła Zosia.
Melania podniosła się, uścisnęła ją i wyszła w milczeniu. Zatrzymałem ją w progu.
— Czy nie wiesz gdzie jest Augusta? spytała mnie.
— Widziałem ją przed chwilą w ogrodzie z Adryanem, odparłem.
Melania stanęła, zawahała się chwilę i chciała powrócić do Zosi, śledziłem bacznie wyraz jej twarzy.
— Czemuż nie spełniasz polecenia Zosi? pytałem, czy nie chcesz przerywać im rozmowy, czy się domyślasz jej treści? Co sądzisz o Adryanie?
Melania utopiła we mnie swe piękne oczy gazelli.
— Ja sądzę, odparła głosem, który drżał mimo jej woli, jakby lękała się słów swoich, ja sądzę, że on kocha Augustę.
— Zkąd to wiesz, zapytałem, czy on lub ona mówili ci o tem.
Uśmiechnęła się smutnym uśmiechem, który dziwnie wyszlachetnił jej rysy?
— Czy sądzisz Zygmuncie, spytała nawzajem, że jestem tą co dawniej byłam, w tych czasach ostatnich cierpiałam wiele.
Ścisnąłem jej rękę w milczeniu, i rękę tę do ust podniosłem.
— Ja ci nic nie wymawiam, pochwyciła z żywością, a spojrzenie jej wymowniejszem było od słów. Cierpienie to zdarło mi jakby bielmo z oczów, zrozumiałam wiele rzeczy, niepojętych dla mnie dawniej, sporzałam na świat innym wzrokiem. Cierpienie nauczyło mnie przeczuwać cierpienie, miłość odgadywać miłość.
Umilkła, jakby w obawie, żeby mi nie sprawić bólu, i patrzyła na mnie trwożna z bijącem sercem. Spojrzałem na nią nawzajem, i słowa Adryana stanęły mi w pamięci. „Poznasz najwyższą rozkosz tego świata, gdy będziesz sprawcą cudzego szczęścia“. Melania zrozumiała, że myśl moja zwróciła się ku niej i uchwyciła tę chwilę.
— Zygmuncie, wyrzekła, wstrzymując łzy drgające jej na rzęsach; Zygmuncie, dotąd ja nie byłam ci żoną, długo bardzo nie rozumiałam ciebie, nie próbowałem nawet zrozumieć, ale też i ja samej siebie nie pojmowałam także. Wszystko we mnie było instynktowe, bezświadome i bezrozumne. Ja nie wiedziałam jeszcze sama że kochałam ciebie, bom nie pojmowała że serce twoje stracić mogę.
— Melanio, szepnąłem, nie mówmy o przeszłości.
— Owszem, odparła, pomówmy o niej raz i na zawsze. Jeżeli Bóg wróci mi ciebie, jeźli potrafię odzyskać miłość twoją, błogosławić będę te straszne chwile, które mnie zbudziły do życia, błogosławić będę cierpienie. Zygmuncie, ja ci nie mówię kochaj, bo wiem że to próżne słowo, ja ci nie mówię zapomnij, bo są istoty, dodała ze drżeniem w głosie, których zapomnieć niepodobna; ale ile razy będzie ci źle na świecie, ile razy uczujesz się samotnym, pomyśl że jest na świecie kobieta, która cię kocha całą siłą słabej istoty swojej, która chciałaby żyć tylko dla ciebie, a lęka się być ci zawadą i jarzmem.
— Melanio, zawołałem zdumiony, kto ci włożył w usta słowa podobne?
— Nieszczęście, odparła zwolna, nieszczęście nauczyło mnie czuć i myśleć. Z początku buntowałam się przeciw niemu, nie mogłam zgodzić się z rzeczywistością, tracąc to, co zdawało mi się dotąd koniecznem dobrem mojem, bluźniłam przeciwko niej i przeciwko tobie. Boleść, to była gorzka, oschła i bezpłodna jak boleść potępieńców. Ale potem, gdy naraz dotkniętą zostałam we wszystkiem com kochała, ja co jeszcze przed kilku dniami sądziłam się najszczęśliwszą z żon i matek, a stałam się najnędzniejszą, gdy dziecię nasze leżało bez nadziei życia, a ty bezwładny i bezprzytomny pasowałeś się ze śmiercią której sam szukałeś, wówczas serce moje pękające otworzyło się, zmiękło. W około mnie stała się straszna jasność, poznałam winy przeszłości — za późno może. W czasie tych strasznych nieskończonych godzin nachylona nad twem łóżkiem, słuchając słów wymawianych w malignie, dowiedziałam się, żeś był nieszczęśliwy, dowiedziałam się że powodem twego nieszczęścia byłam ja, ja com cię kochała zawsze, cobym była życie oddała za ciebie. Wówczas szalałam prawie z rozpaczy, nie mogłam rozwikłać chaosu własnego ducha i wydarzeń, w które byłam wplątana, nie mogłam już dowierzać sobie, Augusta przyszła mi w pomoc.
— Augusta! cóż powiedziała ci Augusta? przerwałem gwałtownie, zanim opamiętać się zdołałem, że słowa moje zranić ją mogły. Położenie moje obecne z żoną tak było nowem dla mnie, żem nie mógł przywyknąć do tej zmiany.
Ale Melania zniosła ten wybuch łagodnie.
— Ona rozjaśniła mi serce, wyrzekła zcicha, ona rozwinęła mi myśli, nauczyła jak kochać trzeba.
— Jakżeż to kochać trzeba Melanio? zapytałem smutnie. Rumieniec wybiegł na blade lica mojej żony.
— Trzeba kochać, odparła głosem, który tłumiło wzruszenie, pokornem sercem a hardym duchem, wytrwale, z zapomnieniem siebie podzielać myśli i troski; marzenia, czyny i zakres życia całego zamknąć w jednem uczuciu, w jednem sercu; pracować wiecznie, by je posiadać, pracować by mu dorównać; sama słaba, dźwigać ukochanego, gdyby upadał, rozweselać gdy jest smutny, cierpieć z nim kiedy cierpi, wspomagać gdy walczy. Być mu wiarą, szczęściem, siłą.
Mówiła to z dziwnym zapałem w głosie, a jam słuchał jak nowej nieznanej mi istoty.
— Być wszystkiem, dodała smutnie po chwili, kryjąc w dłoniach twarz rozpłomienioną, czem ja nigdy nie byłam dla ciebie.
— Melanio, zawołałem wzruszony do głębi serca, wina była tutaj wspólną, jam niepoznał serca twego, a niegodny byłem go posiadać; zamiast rozwijać twój umysł, zamknąłem się w samolubnem cierpieniu, marzenia rozpuściłem po świecie goniąc ideały nieznane, wyłamując się z rzeczywistych warunków życia, nie umiałem patrzeć na to, co mi najbliższem było, nie umiałem jak dziecko szalone cenić tego com posiadał. Dzisiaj dopiero czuję winę moją, a czuję tem silniej, że mi jej nie wymawiasz.
Melania milczała, tylko wzrok jej płonął słodkim blaskiem miłości i przebaczenia.
— Więc możesz mi przebaczyć, pytałem, choć wiedziałem dobrze, iż wszystko przebaczonem było, przyciskając do ust jej dłonie. Ja dziś na nowo ślubuję ci serce, wiarę i życie, ślubuję dobrowolnie i rozmyślnie, wspieraj mnie w upadku, wspomagaj w walce, broń od pokusy, jak ja ciebie strzedz, bronić i kochać będę.
I opasałem jej kibić rękoma i przycisnąłem ją do serca, gdy blada, drżąca, szczęśliwa wsparła swą głowę na mojem ramieniu, płacząc łzami radości.
Ja byłem szczęśliwy także, pierś moja podnosiła się nieokreślonem uczuciem, było mi smutno, błogo i rozkosznie zarazem, a pamięć Augusty panowała w myśli mojej otoczona aureolą czci i wolna od tej szalonej żądzy, która postawiła mnie na progu hańby i śmierci. Od dnia tego nie zapomniałem jej nigdy, nie chciałem, nie mogłem zapomnieć, ale to wspomnienie, zamiast stawać mi na drodze obowiązku, podniosło mnie moralnie i wiodło odtąd zawsze nieomylnie, jak gwiazda zbawcza, po stromej ścieżce życia.




Kilka lat upłynęło od dnia owego, a odtąd życie moje poszło odmiennym torem; dotrzymałem uczynionej przysięgi, dotrzymałem postanowień moich, nie na próżno walczyłem i pracowałem, zdobyłem spokój i to względne szczęście, jakie mogło być jeszcze po tylu burzach i upadkach udziałem moim. Pogodziłem się z życiem, z warunkami jego, z samym sobą, zrozumiałem słodycz spełnionego obowiązku, starałem się o szczęście tych co mnie otaczali, osiągnąłem spokój wewnętrzny i wesele ducha.

I teraz gdy kończę zapisywać te kartki wspomnień bliskich a tak już odległych, znowu, cichy letni zachód ożywia złotym blaskiem otaczający krajobraz, znowu z ogrodu dolatują mnie głosy wesołe, gromadzi się tam domowe towarzystwo nasze powiększone od dni kilku, bo Adryan z żoną przybyli na doroczne odwiedziny.
Melania z Augustą usiadły na ławce naprzeciw okna mojego. Melania na twarzy zachowała na zawsze powagę cierpienia, jakby cień smutków minionych; na kolanach Augusty, promieniejącej szczęściem, młodością bawi się kilkomiesięczny chłopczyk z czarnemi puklami włosów nad białem czołem a w oczach jego pełnych blasku i myśli nieledwie, w drobnej twarzy widne jest podobieństwo szlachetnych rysów Adryana. On oparty o drzewo, o kroków kilka, spogląda na ten obraz z wyrazem, którego żadne nie opisze słowo, a wzrok jego spoczywa na żonie z tą samą czcią, miłością i zachwytem, jak w chwili, gdy po raz pierwszy witał ją w domu moim, po powrocie z długiej podróży.
A tymczasem Zosia czerstwa, wesoła, prowadzi po trawnikach roczną siostrzyczkę i dumna starszeństwem swojem, podchodząc pod okno, woła mnie bym przyszedł do nich, a maleńka wyciąga ku mnie drobne rączęta swoje.
Rzucam pióro, którem skreśliłem smutne dzieje przeszłości i razem z wszystkimi, których kocham, idę pełną piersią odetchnąć wonią wieczoru i słodszą od niej atmosferą szczęścia.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; winno być Niech jutro usunie się od ciebie, dłoń, na którą liczyłeś lub Niech jutro usunie od ciebie dłoń, na którą liczyłeś.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.