Wspomnienia z mego życia/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Werner Siemens,
Gabriel Tołwiński (przedmowa)
Tytuł Wspomnienia z mego życia
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1904
Druk Aleksander Tad. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. S.
Tytuł orygin. Lebenserinnerungen
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WSPOMNIENIA Z MEGO ŻYCIA.


AUTOBIOGRAFIA
WERNERA SIEMENS’A


SPOLSZCZONA
przez
M. S..


z przedmową prof.
G. Tołwińskiego.


Werner Siemens - Wspomnienia z mojego życia - ornament 007.png




WARSZAWA
DRUKARNIA
ALEKSANDRA TAD. JEZIERSKIEGO
47. Nowy - Świat 47.



Дозволено Цензурою.
Варшава, 26 Мая 1904 года.




PRZEDMOWA.

W dziejach najważniejszych wynalazków zeszłego stulecia nazwiska braci Siemensów zajmują pierwszorzędne miejsce. Chociaż wynalazki te miały głównie na celu względy czysto praktyczne, wszakże pociągały za sobą prace o charakterze naukowym i Siemensowie cieszyli się wśród najpoważniejszych uczonych wysokiem uznaniem, jako ludzie głębokiej wiedzy, którą potrafili przystosować do wzrastających wciąż wymagań życia codziennego, pracując nad wynalezieniem maszyn i przyrządów. Wynalazki te, ze względu na swą doniosłość, wywarły olbrzymi wpływ na przemysł i handel, przyczyniły się do ułatwienia komunikacyi, zarówno bezpośredniej, jak i w przesyłaniu wiadomości, dopomogły do lepszego wyzyskania sił mechanicznych do celów techniki i dały pracę tysiącom robotników, zatrudnionych w olbrzymich fabrykach Siemensa i Halskego.
Najstarszy z braci, Werner, którego pamiętniki podajemy, był duszą wszystkich przedsiębiorstw technicznych, podjętych na szeroką skalę, dokonał sam wielu wynalazków pierwszorzędnej wagi, zarówno dla techniki, jak i nauki; młodsi bracia byli przeważnie ścisłymi wykonawcami planów Wernera i najlepszymi kierownikami różnorodnych przedsiębiorstw.
Werner Siemens urodził się w Lenthe pod Hanowerem w r. 1816, umarł w r. 1892; pamiętnik swój ukończył nakrótko przed śmiercią, zanotowawszy w nim zarówno ważniejsze wydarzenia swego życia, jak i przedsiębiorstwa, wynalazki i prace naukowe.
Pamiętniki Siemensa nie wyróżniają się ani szczególną formą, ani też żywotnością opowiadania. Forma nader prosta, opowiadanie redukuje się niekiedy do wyliczania zwykłych wypadków życia codziennego; pomimo to Pamiętniki dla każdego człowieka poważnie myślącego przedstawiają bogaty materyał, nad którym warto głębiej zastanowić się. Zamiłowanie do pracy i wiedzy, którego nie osłabiły najtrudniejsze warunki życia, żelazna wytrwałość w doprowadzeniu do końca najtrudniejszych przedsięwzięć, skromność przy opisywaniu wynalazków, mających tak doniosłe znaczenie, jakie posiadać zawsze będzie maszyna dynamoelektryczna — oto powody, dla których Pamiętniki uważać należy za książkę niezmiernie pożyteczną z punktu dydaktycznego, jako też i naukowego, gdyż potrąca ona o ważniejsze zastosowania wiedzy z zakresu fizyki do celów użyteczności publicznej.
Werner Siemens w dziejach kultury zaznaczył się jako wynalazca, uczony i działacz społeczny. Natura obdarzyła go umysłem refleksyjnym, nader szybko oryentującym się, co w połączeniu z zamiłowaniem do badań ścisłych, każe przypuszczać, że gdyby losy nie pchnęły Siemensa na drogę prac technicznych, stałby się pierwszorzędnym uczonym. Brak czasu, spowodowany olbrzymiemi i odpowiedzialnemi przedsiębiorstwami technicznemi, sprawił, że Siemens pisał niewiele, wszakże i te prace zjednały mu tytuł honorowego doktora uniwersytetu berlińskiego i członka Akademii nauk.
Jako wynalazca, Siemens zasłynął w różnych gałęziach fizyki i mechaniki: wynalazł sposób galwanicznego złocenia i srebrzenia, przyrządy elektryczne do zapalania min podwodnych, elektryczne stery okrętowe, ulepszył telegrafy wojenne, wystudyował warunki, w jakich mogą być przeprowadzane kable morskie do celów telegrafowania, ulepszył aparaty telegraficzne i w. in. Z liczby przedsiębiorstw, podjętych na wielką skalę, wyliczyć należy zaprowadzenie połączeń telegraficznych w różnych państwach, połączenie Europy z Ameryką kablami podmorskiemi, zbudowanie pierwszej kolei elektrycznej w Berlinie (na wystawie przemysłowej r. 1879).
Przewrót w elektrotechnice wywołało wynalezienie maszyny dynamoelektrycznej.
Z życia Siemensa zanotować jeszcze należy parę faktów, charakteryzujących go jako działacza społecznego i człowieka. W fabrykach, znanych pod firmą Siemensa i Halskego, zaprojektował on udział robotników w zyskach, wpłynął na wprowadzenie na politechnikach katedry elektrotechniki, widząc w niej wielką przyszłość, a w celu ugruntowania wszelkich wynalazków na podstawach czysto naukowych zaprojektował założenie w Charlottenburgu Instytutu fizyczno-technicznego, na co sam przeznaczył pół miliona marek.
Nawet tak pobieżny przegląd prac i zasług Wernera Siemensa może przekonać, że przeczytanie jego Pamiętników nie minie bez korzyści.

Gabryel Tołwiński.





„Życie ludzkie trwa lat siedmdziesiąt, a najwyżej ośmdziesiąt.” Słowa te są poważnem ostrzeżeniem dla człowieka, który się zbliża do tej granicy, a jeszcze nie jedno zamierza zrobić. Wprawdzie może się i tem pocieszyć, że inni dokończą tego, czego on zrobić nie zdoła, że świat ostatecznie nic na tem nie straci; są jednak zadania, do których pociecha ta nie da się zastosować i w spełnieniu których nie można być zastąpionym. Do takich należy skreślenie wspomnień z własnego życia, a to właśnie obiecałem mojej rodzinie i przyjaciołom. Wyznaję, że uskutecznienie tego zamiaru niełatwo mi przyjdzie; nie czuję bowiem w sobie zdolności historyka, ani stylisty i nierównie więcej zajmowała mnie zawsze teraźniejszość i przyszłość, aniżeli przeszłość. Dodać jeszcze muszę, że nie mam pamięci do nazwisk i cyfr, że z biegiem lat wiele bardzo wypadków własnego mego, dosyć urozmaiconego życia zupełnie wyszło mi z pamięci. Z drugiej strony sam pragnę czyny i dążenia moje własnoręcznie skreślić, aby kiedyś nie zostały zapoznane i fałszywie tłomaczone i myślę, że mogą one stać się dla młodych ludzi nauką i zachętą; przekonają ich bowiem, że młody człowiek nawet bez odziedziczonego majątku i bez potężnych protektorów, co więcej, bez dostatecznego wykształcenia przygotowawczego, własną pracą może się wznieść i pożyteczne stworzyć rzeczy. Nie mam zamiaru bardzo się trudzić nad formalną stroną tego pamiętnika; wspomnienia moje będę opowiadał prosto, w miarę, jak się myśli mojej nasuwać będą — to jedno mając na względzie, żeby przedstawić życie moje jasno i prawdziwie, a uczucia i przekonania oddać jak najwierniej. Zarazem postaram się uwydatnić zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne siły, które naprzemian wśród powodzeń i trosk życiem mojem kierowały, do zamierzonych prowadziły mnie celów, zapewniając mi starość spokojną i przyjemną.
Najdawniejszem wspomnieniem z mego dzieciństwa jest drobny, a jednak bohaterski czyn, który może dlatego tak utkwił w mojej pamięci, że miał stanowczy wpływ na dalszy rozwój mego charakteru. Rodzice moi mieszkali aż do ósmego roku mego życia pod Hanowerem, w majątku który ojciec mój dzierżawił od niejakiego pana von Lenthe. Miałem wtedy pewno nie więcej jak pięć lat i właśnie bawiłem się w pokoju mego ojca, gdy matka wprowadziła tam głośno płaczącą siostrę moją, starszą odemnie o trzy lata. Matylda miała iść na lekcyę robót ręcznych na probostwo i narzekała, że ogromny gąsior zawsze zachodzi jej drogę i kilkakrotnie ją nawet ugryzł. Nic nie pomogły namowy matki, w żaden sposób sama nie chciała iść na lekcyę; nawet ojciec nie potrafił jej namówić. Zwrócił się tedy do mnie i podając mi swój kij, znacznie większy odemnie, rzekł: „Kiedy tak, niechże cię odprowadzi Werner, mam nadzieję, że będzie odważniejszy od ciebie.” Co prawda, wydało mi się to trochę niebezpiecznem, zwłaszcza że mi ojciec na drogę dał taką naukę: „Jak się gąsior zbliży, to tylko odważnie, idź prosto na niego i zwal go co sił tym kijem.” Tak się też stało. Zaledwieśmy otworzyli furtkę od podwórza, aż tu zbliża się gąsior z wyciągniętą szyją i syczy okrutnie... Siostra moja z krzykiem się zawróciła i ja wielką miałem ochotę pójść za nią — jednak poszedłem za radą ojca. Wprawdzie z zamkniętemi oczami, ale odważnie szedłem naprzód, wywijając kijem na wszystkie strony. I w samej rzeczy gąsior się przestraszył i gdacząc głośno, wpadł pomiędzy stado uciekających gęsi.
Dziwnie silne i trwałe wrażenie wywarło to pierwsze zwycięztwo na dziecinny mój umysł. Jeszcze dziś, niemal po 70 latach, wyraźnie stoją mi przed oczami wszystkie osoby i szczegóły, mające związek z tem pamiętnem zdarzeniem. Z niem także łączy się jedyne wspomnienie, jakie mam o rodzicach moich, gdy jeszcze byli młodzi. A jak że często w późniejszem mojem życiu owo zwycięztwo nad gąsiorem bezwiednie było mi bodźcem, aby przed grożącem niebezpieczeństwem nie ustępować, tylko odważnie stawić mu czoło.
Ojciec mój pochodził z rodziny, która za czasów wojny trzydziestoletniej osiedliła się na północnych stokach Harzu i przeważnie zajmowała się gospodarstwem rolnem i leśnem. Stare podanie, co prawda, odrzucone przez nowszych historyków rodzinnych, głosi, że praszczur nasz z bandami Tilly’ego przywędrował do Niemiec północnych, brał udział w oblężeniu Magdeburga i tam ocaliwszy z płomieni piękną córkę magdeburskiego obywatela, ożenił się z nią i osiedlił w górzystej okolicy Harzu.
Jak wszyscy Siemensowie, tak i mój ojciec szczycił się ze swego rodu i nam, dzieciom, często opowiadał o przodkach, którzy się czemś odznaczyli i doszli do wybitnych stanowisk.
Z tych zapamiętałem tylko dziadka mego, ojca piętnaściorga dzieci, z których ojciec mój był najmłodszem i jakiegoś radcę wojskowego Siemens’a, który zasiadał w radzie wolnego miasta Goslar’u. Dziadek mój dzierżawił majątki barona v. Grote u stóp Harzu i tam urodził się mój ojciec. Z jego wspomnień dziecinnych dwie następujące anekdoty zostały mi w żywej pamięci.
Będzie temu lat ze 120, gdy pewnego dnia na dworze barona von Grote niespodziewanie rozeszła się wieść, że król pruski Fryderyk II na drodze z Halberstadtu do Goslaru przejeżdżać będzie przez posiadłości barona. Stary baron, jak przystoi, wraz z synem swoim wyszedł na spotkanie potężnego sąsiada na czele całego kontyngensu wojskowego, składającego się z dwóch ludzi i w towarzystwie wasalów swoich, t. j. mego dziadka i jego synów, wszyscy konno, w odświętnych strojach. Gdy stary Fryc ze swoją świtą zbliżył się do granicy, baron ze swoim dworem podjechał na kilka kroków i według wszelkich form powitał go na „swojem terytoryum.” Król, który prawdopodobnie nie wiedział o istnieniu ościennego państwa, zdziwił się tem powitaniem, ale na ukłon odpowiedział ukłonem i zwracając się do swojej świty, rzekł: „Messieurs, voila deux souverains qui se rencontrent.” Nieraz z okazyi późniejszych wypadków politycznych stawał mi na pamięci ten obraz, a raczej karykatura średniowiecznych obyczajów.
Drugie zdarzenie nierównie bliżej dotknęło panującą rodzinę v. Grote’ów. Ojciec mój miał cztery siostry, z których jedna, Sabina, nadzwyczaj była piękna i ujmująca. Spostrzegł to wkrótce młody baron i ofiarował jej swoje serce i rękę. Nie wiem, jak się na to zapatrywał stary baron, ale u dziadka mego natrafił ten konkurent na stanowczy opór. Nie chciał, ażeby córka jego weszła w rodzinę, która nie będzie jej uważać za równą sobie; był bowiem najmocniej przekonany, że szczęście i błogosławieństwo boskie są wyłącznym udziałem związków na bezwzględnej opartych równości. Zabronił więc córce wszelkich stosunków z baronem i postanowił jej to ułatwić, oddalając ją z domu rodzicielskiego. Ale młodzi ludzie oczywiście ulegali już wpływowi nowych prądów i zrana, w dniu oznaczonym na wyjazd Sabiny, ojciec ze zgrozą dowiedział się, że baron tej samej nocy córkę jego uprowadził. Dziadek wraz z pięcioma dorosłymi synami w największem oburzeniu puścił się w pogoń za uciekającymi. Śladem ich pędząc, dotarli do Blankenburga — ale gdy gwałtem wdarli się do tamtejszego kościoła, ujrzeli młodą parę przed ołtarzem i pastora wymawiającego ostatnie słowa błogosławieństwa nad prawnie zawartem małżeństwem.
Nie wiem, jaki był dalszy przebieg tego rodzinnego dramatu. Niestety, zakochany małżonek, po kilku zaledwie latach najszczęśliwszego pożycia, umarł bezdzietnie. Ciotka Sabina zamieszkała w Kölleda w Turyngii, gdzie nieraz ją odwiedzałem jako młody oficer artyleryi. „Ciotka Grote” do późnej starości zachowała piękne rysy twarzy i niezrównaną uprzejmość w obejściu; dlatego dom jej był ulubionem środowiskiem całej naszej rodziny. Dla nas młodych zwłaszcza wielki miały urok jej opowiadania o ludziach i zdarzeniach, które dla nas były już zamierzchłą przeszłością.
Ojciec mój był to człowiek mądry i wysoce wykształcony. Skończył wyższe szkoły w Ilfeld, a następnie uniwersytet w Getyndze, ażeby się gruntownie przygotować do zawodu rolnika. Sercem i duszą należał do młodzieży niemieckiej, wychowanej w czasach wielkiej rewolucyi francuskiej, marzącej o wolności i zjednoczeniu Niemiec. W Kassel o mało co nie wpadł w ręce siepaczy Napoleona, gdy wraz z innymi, równie jak on zapalonymi młodzieńcami, zapragnął nawet po upadku Prus jeszcze stawić opór nieprzyjacielowi zwycięzkiemu. Po śmierci swego ojca udał się na praktykę gospodarską do radcy sądowego Deichmann’a w Hanowerskiem. Tam zakochał się w najstarszej córce radcy, Eleonorze, najukochańszej mojej matce, z którą się też wkrótce ożenił, mając zaledwie lat 25.
Rodzice moi osiedli na dzierżawie w majątku Lenthe w Hanowerskiem i tam szczęśliwie przeżyli ze sobą lat 12. Niestety, położenie polityczne całych Niemiec, a zwłaszcza pod angielskiem panowaniem zostającego Hanoweru, działało przygnębiająco wogóle, a tembardziej na człowieka z charakterem mego ojca. Książęta angielscy, rezydujący w Hanowerze, nie troszczyli się o dobro kraju, który dla nich był tylko rewirem do polowania. Ztąd niezwykła surowość praw o polowaniu, tak, iż ogólnie przyjęte było mniemanie, iż mniej sroga kara czeka winowajcę za zabójstwo człowieka, niż za upolowanie jelenia. Dla błahego takiego powodu i ojciec mój zmuszony był opuścić Hanowerskie i przenieść się do Meklemburgii, gdzie znalazł swobodniejsze warunki życia, do których wzdychał.
Otrzymawszy długoletnią dzierżawę dóbr wielkoksiążęcych „Menzendorf”, oddał się całkowicie ulubionym swoim zajęciom. W tym błogosławionym kraju, oprócz majątków rządowych i folwarków chłopskich, był tylko jeden jedyny majątek szlachecki. Chłopi wówczas byli jeszcze, co prawda, obowiązani do odrabiania pańszczyzny na dobrach rządowych, ale wkrótce po naszem sprowadzeniu się zostali od niej uwolnieni, a jednocześnie i własność chłopska została zwolnioną od wszelkich ciężarów i danin.
Tu spędziłem szczęśliwe lata mojej młodości, wraz z rodzeństwem używając swobody i swawoli na równi z wiejską młodzieżą. My, starsze dzieci, t. j. Matylda, ja i dwóch młodszych odemnie braci, Hans i Ferdynand, bujaliśmy całemi dniami po polach i lasach. Jedyną naszą nauczycielką była babka nasza, która od śmierci męża zamieszkała z nami. Uczyła nas pisać i czytać, a pamięć naszą ćwiczyła, wyuczając nas nieskończonej ilości rozmaitych wierszy. Rodzice, oddani zajęciom gospodarskim, zwłaszcza matka, zajęta ciągle powiększającą się gromadką młodszego rodzeństwa, nie wiele mogli się wychowaniem naszem zajmować. Ojciec, człowiek najlepszego serca, ale niezmiernie gwałtowny, karał nas z nieubłaganą surowością za każde niewypełnienie obowiązku, za najmniejsze nawet kłamstwo, lub nieuczciwy postępek. Bojaźń ojca, a miłość do matki, której za nic w świecie nie chcieliśmy zmartwić, trzymała też w rygorze naszą swywolną gromadę. Najpierwszym obowiązkiem było opiekowanie się młodszymi i to w tak szerokiem znaczeniu, że starsi byli karani wraz z młodszymi, ile razy ci ostatni coś karygodnego zrobili. Tyczyło się to przedewszystkiem mnie, jako najstarszego z braci i to właśnie obudziło i na całe życie głęboko wpoiło we mnie poczucie obowiązku czuwania i opiekowania się młodszem mojem rodzeństwem. Dlatego też wówczas uważałem, że mam prawo je karać, co doprowadzało nieraz do spisków przeciwko mnie i do walk, które jednak zazwyczaj staczane bywały bez interwencyi rodziców. Przypominam sobie jedno zdarzenie z owych czasów, które tu opowiem, bo znajduję je charakterystycznem dla naszego młodocianego życia.
Mój brat Hans i ja oddawaliśmy się namiętnie i często z pomyślnym skutkiem polowaniu na wrony i ptaki drapieżne; używaliśmy do tego łuków i strzał własnej roboty i wkrótce doszliśmy do znakomitej wprawy. Pewnego razu przyszło między nami z tej okazyi do gwałtownej sprzeczki, w której ja dałem uczuć memu bratu prawo mocniejszego. Ten nazwał postępowanie moje niegodnem i zażądał, aby spór nasz rozstrzygnięty został pojedynkiem, w którym przeważająca moja siła fizyczna nie odegra żadnej roli. Uznałem żądanie to za słuszne i stanęliśmy do pojedynku według reguł, któreśmy znali z opowiadań ojca o jego studenckich czasach. Odmierzyliśmy 10 kroków i na moją komendę „już” wypuściliśmy jednocześnie strzały własnej roboty, zakończone ostrym drutem. Hans dobrze celował. Jego strzała trafiła w sam koniec mego nosa i głęboko utkwiła aż przy samej nasadzie. Obaj krzyknęliśmy przeraźliwie. Wpada ojciec i wyciągnąwszy mi przedewszystkiem strzałę z nosa, zabierał się już do ukarania winowajcy, podnosząc do góry potężny swój cybuch. To się sprzeciwiało memu poczuciu sprawiedliwości. Stanąłem między ojcem a bratem i rzekłem: „Ojcze, Hans nie jest winien, myśmy się pojedynkowali.” Jeszcze dziś widzę zmieszaną twarz ojca, który przecież po sprawiedliwości nie mógł karać naszego postępku, bo sam nieraz go się dopuścił i uważał go za honorowy. To też spokojnie wstawił cybuch do fajczarni i powiedział tylko: „Na przyszłość nie róbcie takich głupstw.”
Gdy siostra moja i ja przestaliśmy już brać lekcye od babki Deichmann (z domu von Scheiter, czego nigdy podpisując się nie omieszkała dodać), przez pół roku uczył nas ojciec sam. Zarys historyi powszechnej i etnografii, który nam dyktował, był mądry i oryginalny i stał się podstawą moich późniejszych zapatrywań. Skończyłem nareszcie lat 11. Wtedy siostrę moją oddano na pensyę, a ja zacząłem uczęszczać do szkoły miejskiej w najbliższem miasteczku Schönberg, a mieszkałem dalej w domu. Jeżeli była pogoda, to musiałem długą, bo całą godzinę trwającą drogę iść pieszo. W słotę droga była niemożliwa, jeździłem więc do szkoły na kucyku. Ta okoliczność, zarówno jak przyzwyczajenie moje odpierania odrazu czynnie wszelkich sprzeciwiań i drwin, doprowadziła do pewnego rodzaju stanu wojennego pomiędzy mną a uczniami z miasta: cała ich gromada przecinała mi powrót do domu, tak, że ja z podniesioną lancą — inaczej tyką grochową — musiałem torować sobie drogę. Ta walka, w której czasami chłopskie dzieci przychodziły mi na pomoc, trwała cały rok. Bezwątpienia ogromnie się to przyczyniło do wyrobienia mojej dzielności i energii, ale zato naukowe rezultaty były marne.
Na Wielkanoc roku 1828 nastąpił stanowczy zwrot w mojem życiu młodocianem: ojciec mój wziął do domu nauczyciela. Wybór jego był niesłychanie szczęśliwy. Kandydat teologii Sponholz był to człowiek jeszcze młody, wysoko wykształcony, ale źle notowany u swoich przełożonych duchownych, gdyż teologia jego była nadto racyonalna, mówiąc językiem dzisiejszym, zamało pozytywna. Już zaraz w pierwszych tygodniach potrafił sobie nadać nad nami, nawpół zdziczałymi chłopakami, niezrównaną powagę. Nigdy nas nie karał, zaledwie kilka słów nagany powiedział, ale zato często brał udział w naszych zabawach i potrafił rzeczywiście, bawiąc się, rozwijać nasze zalety, a wykorzeniać wady. Lekcye jego były w najwyższym stopniu interesujące i zachęcające do pracy. Umiał zawsze robocie naszej postawić cel możliwy do osiągnięcia, a ambicyę naszą i energię podniecał przez radość, którą nam sprawiało dojście do tego celu, a radość tę on szczerze z nami podzielał. W ten sposób, w przeciągu kilku tygodni z chłopców leniwych i rozpuszczonych zrobił pilnych i przykładnych uczniów, których do roboty nie trzeba było napędzać; przeciwnie, należało hamować ich zapał. We mnie zwłaszcza rozbudził uczucie, które nigdy potem nie wygasło: uczucie rozkoszy w pracy pożytecznej, ambicyę i pociąg do dobrego jej wykonania. Jednym z najskuteczniejszych środków, przez Sponholza używanych, były opowiadania. Gdy późno wieczorem oczy nam się kleiły nad lekcyami, wołał nas do siebie; siadaliśmy na staroświeckiej, skórą krytej kanapie i tuliliśmy się do niego; a on przed oczami naszemi roztaczał obrazy własnego naszego życia w przyszłości: jak to pracą i dzielnością ducha wzniesiemy się na wybitne stanowiska obywatelskie, jak będziemy w możności od rodziców naszych usuwać wszystkie troski, których wówczas właśnie nie brakowało przy gospodarstwie. To znów w jak smutne możemy popaść położenie, jeżeli ustaniemy w pracy i nie potrafimy się oprzeć pokusom, ciągnącym nas ku złemu. Niestety, ta szczęśliwa epoka mojej młodości trwała krótko, niespełna rok. Sponholz podlegał częstym napadom melancholii, które po części wypływały z jego zwichniętej karyery duchownej, a po części z przyczyn dla nas, dzieci, niezrozumiałych. W jednym z takich paroksyzmów, podczas ciemnej zimowej nocy, wyszedł z domu z fuzyą na ramieniu i po długich poszukiwaniach znaleziono go w oddalonem pustem miejscu z głową roztrzaskaną. Boleść nasza po stracie ukochanego nauczyciela i przyjaciela była bez granic. Miłość i wdzięczność dla niego zachowałem po dziś dzień.
Następcą Sponholz’a był człowiek starszy, który oddawna w różnych szlacheckich domach zajmował posadę nauczyciela. Na każdym niemal punkcie stanowił kontrast ze swoim poprzednikiem. Jego system wychowawczy był oparty na formalistyce. Przedewszystkiem wymagał od nas posłuszeństwa i przyzwoitego zachowania się. Na lekcyach musieliśmy uważać, zadania nasze pilnie odrabiać, na spacerze spokojnie mu towarzyszyć, a poza tem nie naprzykrzać mu się. Biedny człowiek był schorowany i po dwóch latach umarł u nas na suchoty. Nie potrafił ani nas kształcić, ani zachęcić do pracy; i gdyby nie trwały wpływ tego jednego roku, spędzonego pod kierunkiem Sponholz’a, cały ten czas byłby stracony zarówno dla mnie, jak i dla Hansa. Co do mnie, to Sponholz tak głęboko mi wraził chęć do nauki, do spełniania swego obowiązku i do osiągnięcia jak najwyższych rezultatów, że nie dałem się już z tej drogi sprowadzić; przeciwnie pociągnąłem za sobą nauczyciela. Potem nieraz żałowałem, że tego biednego, chorego człowieka nie zostawiałem w spokoju, czego tak bardzo potrzebował, że po za godzinami objętemi planem, nie ruszyłem się od stolika i nie zważałem na wszystkie fortele, których używał, żeby się odemnie oswobodzić.
Po śmierci drugiego nauczyciela postanowił ojciec mnie i Hansa odwieźć do Lubeki, do gimnazyum. Po konfirmacyi mojej, odbytej w naszym kościele wiejskim, zamiar ten został uskuteczniony. Zdaliśmy egzamin wstępny i ja zostałem przyjęty do klasy 3-ej wyższej, a brat mój do 3-ej niższej. Nie staliśmy na żadnej pensyi, tylko w prywatnem mieszkaniu jakiegoś obywatela i tam też jadaliśmy. Ojciec mój takie pokładał we mnie zaufanie, że mi nawet powierzył nadzór nad bratem, który był trochę letkiewicz, a dawna jego swywola znów się w nim odezwała do tego stopnia, że w szkole nie nazywano go inaczej, jak „szalony Hans.”
Szkoła Św. Katarzyny w Lubece składała się z właściwego gimnazyum i ze szkoły miejskiej, obie pod kierunkiem jednego dyrektora i aż do klasy trzeciej miały oddziały równoległe. Gimnazyum wówczas cieszyło się wielkiem uznaniem, jako szkoła uczona. Rzeczywiście wykładano tam wyłącznie języki starożytne. Wykład matematyki był nędzny i nie zadowalał mnie wcale; na lekcye tego przedmiotu zostałem przeniesiony do wyższej klasy, jakkolwiek dotąd uprawiałem go tylko na swoją rękę, bo obaj moi nauczyciele domowi o matematyce pojęcia nie mieli. Zato nauka języków starożytnych przychodziła mi bardzo trudno, gdyż zbywało mi na wiadomościach zasadniczych. O ile z zajęciem wczytywałem się w starożytnych autorów klasycznych, o tyle wstrętne mi było wyuczanie się na pamięć reguł gramatycznych. Mimo to przez dwa lata pracowałem tak sumiennie, że dostałem się do pierwszej i ostatniej klasy. Ale przekonawszy się, że nauka języków starożytnych nie daje mi żadnego zadowolenia, postanowiłem wybrać karyerę inżynierską, jako jedyną drogę techniczną, otwartą wówczas. Porzuciłem więc jeszcze w drugiej klasie greczyznę, a natomiast zacząłem brać prywatne lekcye matematyki i geometryi, ażeby się przygotować do wstąpienia do berlińskiej akademii dróg i mostów. Po zasiągnięciu bliższych wiadomości, okazało się, niestety, że studya te byłyby dla mnie za kosztowne, zwłaszcza wobec tak ciężkich czasów dla gospodarzy wiejskich, kiedy korzec pszenicy sprzedawano za guldena, a rodzice moi liczną obarczeni rodziną nie byli w stanie takich ofiar dla mnie ponosić.
Z tak przykrego położenia wyratował mnie radą swoją mój nauczyciel geometryi, baron v. Bülzingslowen, który niegdyś służył w artyleryi pruskiej. Poradził mi, ażebym wstąpił do pruskiego korpusu inżynierów, gdzie będę miał sposobność nauczyć się mniej więcej tego samego, czego uczą w akademii dróg i mostów. Ojciec mój, któremu plan ten przedstawiłem, zgodził się nań chętnie.
A więc na Wielkanoc r. 1834 w siedemnastym roku życia pożegnałem gimnazyum i z niewielką sumką w kieszeni powędrowałem do Berlina, ażeby tam wstąpić do wojska.





Wędrówka do Berlina.Starania o wstąpienie do wojska pruskiego.Egzamin wstępny.Czasy rekruckie.Awans.Pobyt w szkole artyleryjsko - inżynierskiej.Przyjaciel Meyer.Egzamina.Pobyt w domu.Brat Wilhelm.Śmierć matki.Śmierć ojca.Niebezpieczne doświadczenia.Wybuch.Przeniesienie do Wittenbergi.Skutki pojedynku.Wynalazki w cytadeli.Pobyt w Spandau.Pobyt w Berlinie.Brat Wilhelm.Złocenie i srebrzenie rozpowszechnia się w Berlinie.Pierwsze powodzenie Wilhelma w Berlinie.Dalsze wynalazki.Podróż do Anglii.Powrót na Paryż.Zmiana poglądów.Studya naukowe.Towarzystwo politechniczne.Nauka i technika w Prusach.Studya naukowe techniczne.Pierwsze prace literackie.Telegrafy automatyczne.Nowe plany.Fatalny spacer.Grożące wytransportowanie z BerlinaBawełna strzelnicza.Próby w fabryce prochu w Spandau.Czynność w komisyi telegraficznej.Przewodniki izolowane.Założenie firmy Siemiens & Halske.Oddanie telegrafów na użytek ogółu.Rok 1848.Niespodziany obrót rzeczy.Miny podmorskie.Straż obywatelska.Zdobycie Friedrichsortu.Zaciąg wiejski.Alarm.Założenie miny.Przedwczesny wybuch.Skutki wybuchu.W kwaterze głównej.Życie w fortecy.Powrót do Berlina.Linia Berlin—Frankfurt.Inne linie.Postanowienie porzucenia służby rządowej.Dymisya z wojska.


Po ciężkiem nad wyraz pożegnaniu z rodzinnemi stronami, z ukochaną matką, podupadłą już na zdrowiu skutkiem ciągłej pracy i trosk, z rodzeństwem, szczerze do mnie przywiązanem, — odwiózł mnie ojciec do Szwerynu i ztamtąd puściłem się w dalszą drogę. Przekroczywszy granicę pruską, idąc coraz dalej po prostej, zakurzonej szosie, doznałem uczucia wielkiego osamotnienia, spotęgowanego jeszcze kontrastem, jaki stanowiła okolica ta z rodzinnemi mojemi stronami. Przed moim odjazdem przyszła do ojca mego deputacya, wysłana przez najbardziej poważanych chłopów z okolicy z prośbą, aby mnie, „takiego dziarskiego i dobrego chłopca,” nie wysyłał do Prus, tej krainy głodu; wszak miałem co jeść w domu! Chłopi nie chcieli wierzyć memu ojcu, że po za tym piaszczystym pasem granicznym znajdują się też i w Prusach ziemie urodzajne. Miałem w prawdzie postanowienie na własną rękę dobijać się kawałka chleba — ale w tej chwili zdawało mi się, że chłopi może mają racyę, że mnie smutna czeka przyszłość. Nabrałem nieco otuchy, gdy w drodze spotkałem młodego człowieka wesołego i wcale wykształconego, który z tornistrem na plecach także do Berlina wędrował. Miasto nie było mu obce i zaproponował mi, żebym z nim razem stanął w jego zwykłym zajeździe, który mi bardzo zachwalał.
Był to zajazd guzikarzy, w którym pierwszą noc w Berlinie przespałem. Gospodarz zaraz spostrzegł, że nie należę do jego zwykłych klijentów i okazał się nader uprzejmym. Bronił mnie od żartów i zaczepek młodych guzikarzy i nazajutrz dopomógł mi do odszukania adresu dalekiego mego krewnego, porucznika von Huet, który służył w gwardyjskiej artyleryi konnej. Kuzyn v. Huet przyjął mnie gościnnie, ale przestraszył się rzetelnie, usłyszawszy, że mieszkam w zajeździe u guzikarzy. Natychmiast posłał swego służącego po mój tłomoczek i kazał mu nająć dla mnie pokoik w hotelu przy nowej wówczas ulicy Fryderyka. Po niezbędnem doprowadzeniu do porządku mojej toalety, zaproponował mi, że pójdzie ze mną do ówczesnego dowódcy korpusu inżynierów, generała v. Rauch, i że mu prośbę moją przedstawi.
Generał stanowczo mi odmówił; było bowiem tylu kandydatów, czekających na przyjęcie do szkoły inżynierów, że nie mogłem nawet marzyć o dostaniu się tam przed czterema lub pięcioma laty. Radził mi więc wstąpić do artyleryi, a to dlatego, że artylerzystom przysługuje prawo uczęszczania na wykłady do szkoły inżynierów, a nierównie lepsze mają widoki na przyszłość. Zdecydowałem się więc probować szczęścia w artyleryi, a ponieważ do gwardyi nie miałem dostępu, powędrowałem tedy z listem polecającym od ojca porucznika v. Huet, dymisyonowanego pułkownika v. Huet, do komenderującego 3-cią brygadą artyleryi, pułkowni­ka v. Scharnhorst do Magdeburga.
Pułkownik, syn wielkiego organizatora armii pruskiej, z początku robił wielkie trudności; tłomaczył się natłokiem kandydatów i że przyjętych może być tylko czterech, którzy najlepiej zdadzą egzamin. Nakoniec uległ usilnym moim prośbom i obiecał przypuścić mnie do egzaminu, o ile król pruski zgodzi się na wstąpienie cudzoziemca do wojska pruskiego.
Egzamin wstępny naznaczony był na koniec października. Mając przed sobą trzy miesiące czasu na przygotowanie, powędrowałem dalej. Na północnych stokach Harzu znajdował się majątek jednego z braci mego ojca. Udałem się do niego i spędziłem parę tygodni w niezmiernie przyjemnem kółku rodzinnem; szczególniej wrażenie na mnie zrobiły dwie piękne i ujmujące córki. Z lubością przyjmowałem rady i uwagi, które robiły młodemu, nieokrzesanemu jeszcze kuzynkowi. Następnie wraz z kuzynem moim, Ludwikiem, udałem się do Halberstadt’u i tam na dobre zabrałem się do roboty.
Program egzaminu niepokoił mnie mocno. Oprócz matematyki, żądano historyi, geografii i języka francuzkiego, a przedmioty te w gimnazyum lubeckiem wykładane były nader pobieżnie. Niezmiernie było trudno w parę miesięcy braki te uzupełnić. Nie miałem także uwolnienia z wojska meklemburskiego, ani pozwolenia na wstąpienie do pruskiego. Stroskany i niespokojny, wyruszyłem w połowie października do Magdeburga, gdzie nie zastałem nawet listu i papierów, które z domu miały nadejść. Dopiero w sam dzień egzaminu, ku wielkiej mojej radości, zjawił się z niem i mój ojciec.
Egzamin zaraz pierwszego dnia wypadł dla mnie nadspodziewanie pomyślnie. W matematyce stałem stanowczo wyżej od wszystkich moich współzawodników. Historyę udało mi się szczęśliwie przebrnąć. W językach nowożytnych byłem słabszy, ale uwzględniono moją znajomość języków starożytnych. Z geografią zato było źle: odrazu zmiarkowałem, że inni nierównie więcej umieją odemnie. Ocalił mnie wyjątkowo szczęśliwy przypadek. Egzaminował pułkownik Meinecke, człowiek uczony, ale trochę dziwak. Uchodził on za wielkiego znawcę wina węgierskiego i prawdopodobnie dlatego się spytał, gdzie leży Tokay. Nikt nie umiał odpowiedzieć, co go niezmiernie rozgniewało. Ja stałem ostatni w rzędzie i na szczęście przypomniałem sobie, że jest wino Tokay i że takowe, jako węgierskie, matce mojej w chorobie przepisał doktór. Gdy pułkownik usłyszał moją odpowiedź „w Węgrzech,” rozjaśniło mu się oblicze i dał mi najlepszy stopień z geografii.
Takim sposobem byłem jednym z czterech szczęśliwców, którzy najlepiej zdali egzamin. Ale całe cztery tygodnie musiałem czekać na pozwolenie wstąpienia do wojska pruskiego; a gdy nareszcie i to nadeszło, jeszcze nie zostałem przyjęty, gdyż dopiero 13 grudnia kończyłem prawem przepisane lat siedmnaście. Tymczasem dostałem specyalnego instruktora, który na rynku magdeburskim porządnie mnie mustrował, choć jeszcze byłem w cywilnem ubraniu. Postępy moje wkrótce zjednały mi życzliwość surowego mentora. Jedna tylko okoliczność przeprowadzała go do rozpaczy: włosy miałem tak kręte, że się w żaden sposób poddać nie chciały wojskowej dyscyplinie.
Pomimo uciążliwej służby, pomimo pozornie srogiego i gburowatego obejścia instruktorów z rekrutami, dziś jeszcze z przyjemnością wspominam te czasy. Gburowatość jest tylko manierą, bo niema intencyi obrażającej. Dlatego też nikt się nie czuje dotkniętym i z chwilą — gdy się kończy służba, zapomina się o grubijaństwie, a pozostaje tylko uczucie koleżeństwa, które począwszy od króla, a skończywszy na ostatnim rekrucie, całą ożywia armię.
Po sześciomiesięcznej nauce nastąpił nader ważny dla mnie awans na bombardyera. Dumą napełniało mnie poczucie mojej wyższości nad wieloma tysiącami, a salutowanie zwyczajnych żołnierzy także nie było mi obojętne. Następnie zostałem przeniesiony do artyleryi konnej, gdzie niezmiernie mnie interesowały ćwiczenia w strzelaniu. Po raz pierwszy przekonałem się wtedy o moich technicznych zdolnościach: naturalnem bowiem wydawało mi się niejedno, co drudzy z taką trudnością pojmowali. Nareszcie w jesieni 1835 r. zostałem odkomenderowany do szkoły inżyniersko-artyleryjskiej w Berlinie i spełniło się najgorętsze moje pragnienie: miałem nareszcie sposobność nauczenia się czegoś pożytecznego.
Trzy lata — od r. 1835 do 1838 — spędzone w berlińskiej szkole inżynierskiej, zaliczam do najszczęśliwszych w mojem życiu. Koleżeństwo z młodymi ludźmi jednego wieku i jednych ze mną przekonań i pragnień, praca wspólna pod kierunkiem znakomitych profesorów, jak matematyk Ohm, fizyk Magnus i chemik Eerdman, których wykłady nowe mi odsłaniały horyzonty — wszystko to sprawiało mi prawdziwą rozkosz. Oprócz tego znalazłem w Williamie Meyerze prawdziwego przyjaciela, z którym do ostatniej chwili jego życia łączyło mnie uczucie najserdeczniejsze i gotowe do wszelkich poświęceń. Meyer nie odznaczał się ani piękną postawą, ani wielkiemi zdolnościami; ceniłem w nim nadewszystko umysł jasny i prosty, a kochałem szczerość i nieposzlakowaną uczciwość charakteru. Żyliśmy jednem życiem, uczyliśmy się razem nawet później, ile razy okoliczności były potemu.
Trzy lata studyów upłynęły dla mnie bez żadnych nadzwyczajnych wypadków. Pomimo kilkakrotnej przerwy z powodu choroby, zdałem szczęśliwie wszystkie trzy egzaminy, jakkolwiek bez odznaczenia i zostałem oficerem artyleryi. Dzięki żelaznej pracy, wyuczyłem się wszystkich przedmiotów pamięciowych, żeby je czemprędzej po egzaminie zapomnieć; a każdą wolną chwilę poświęcałem trzem ukochanym moim przedmiotom: matematyce, fizyce i chemii. Zamiłowanie do tych nauk pozostało mi na całe życie i to było podstawą mego późniejszego powodzenia.
Ogromna była radość, gdy po ukończeniu szkoły, dostawszy czterotygodniowy urlop, wraz z przyjacielem moim Meyer’em pojechaliśmy na wieś do domu. Rodzeństwo (było już dziesięcioro) i rodzice zaledwie mnie poznać mogli. Cała wieś witała mnie z radością i z szacunkiem należnym pruskiemu oficerowi. Siostra moja, Matylda, wtedy właśnie poślubiła Karola Himly, profesora z Getyngi, z którym do śmierci jego zachowałem stosunki szczerej przyjaźni. Hans i Ferdynand byli już gospodarzami. Trzeci Wilhelm był w szkołach w Lubece i kierował się na kupca. Następni Fryderyk i Karol także chodzili do szkół w Lubece, a mieszkali u brata matki, Ferd. Deichmann’a
Nie byłem zadowolony z wybranej dla Wilhelma karyery. Przedewszystkiem podzielałem wówczas uprzedzenia pruskich oficerów do stanu kupieckiego, a potem interesował mnie Wilhelma nieco oryginalny, zamknięty w sobie charakter i umysł jego otwarty i jasny. Prosiłem zatem rodziców, żeby mi pozwolili zabrać go do Magdeburga, aby tam chodził do znakomitej na owe czasy szkoły przemysłowo-handlowej. Rodzice nie mieli nic przeciwko temu i zabraliśmy go ze sobą. Zrazu umieściłem go na pensyi, bo sam musiałem mieszkać w koszarach.
Po upływie tego pierwszego roku, poświęconego wyłącznie obowiązkom służby wojskowej, najęliśmy sobie z Meyer’em mieszkanie i Wilhelma, który wówczas liczył lat szesnaście, wzięliśmy do siebie. Prawdziwą radość sprawiały mi jego postępy; rozwijał się pomyślnie pod każdym względem, ja też z przyjemnością poświęcałem mu każdą wolną chwilę. Namówiłem go, żeby w szkole zaniechał lekcyi matematyki, które były słabe, a zato uczył się po angielsku, co w dalszem życiu ogromnie mu się przydało. Matematyki uczyłem go sam codzień od godziny 5 do 7 zrana, i ku wielkiemu memu zadowoleniu zdał egzamin z odznaczeniem. Dla mnie opieka ta nie była bez pożytku, a przedewszystkiem miała ten dobroczynny skutek, żem się zwycięzko oparł wszystkim pokusom życia oficerskiego i studya moje dalej z całą prowadziłem energią.
Niestety, zakłóciły to braterskie pożycie coraz smutniej brzmiące wiadomości o zdrowiu matki. 8 lipca 1839 r. zgasła po długich cierpieniach, osieracając nas wszystkich, najbardziej ojca, również schorowanego i złamanego troskami z całą gromadą niedochowanych jeszcze dzieci. Nie będę opisywał żalu naszego po stracie tak ukochanej matki. Miłość do niej była spójnią, łączącą całą rodzinę, a obawa przyczynienia jej trosk i zmartwień najskuteczniej nas wstrzymywała od wszelkich wykroczeń.
Otrzymałem krótki urlop dla odwiedzenia mojej rodziny i grobu matki. Niestety, niepokojem już mnie wtedy przejmował stan ojca i z obawą myślałem o dalszem wychowaniu rodzeństwa. Smutne moje przeczucia aż nazbyt prędko się ziściły. Zaledwie w pół roku potem, 16 stycznia 1840 r., straciliśmy ojca.
Po śmierci rodziców ustanowiono opiekę nad młodszemi dziećmi. Hans i Ferdynand mieli objąć dzierżawę po ojcu. Młodszą siostrę, Zofię zaadoptował wuj nasz, Deichmann, i zabrał ją do Lubeki, a najmłodsi, Walter i Otto, pozostali w domu pod opieką babki.
Ze zdwojonym zapałem oddałem się teraz studyom techniczno - naukowym, ale te o mało mi na złe nie wyszły. Słyszałem, że kuzyn mój, A. Siemens, także oficer artyleryi, ale w Hanowerze, z wielkiem powodzeniem robił próby nad zastąpieniem dotychczas używanych lontów armatnich innemi urządzeniami, lepiej działającemi. Uderzony doniosłością takiego wynalazku, postanowiłem na własną rękę robić doświadczenia w tym kierunku. Różne dotąd próbowane materyały palne, nie działały dosyć pewnie; wobec tego spróbowałem urządzić inne. Wziąłem w braku lepszego naczynia słoik od pomady z grubem dnem i przyrządziłem w nim mieszaninę złożoną z fosforu i chloranu potasu, a że mnie właśnie od tej roboty odwołano do mustry, przykryłem słoik starannie i postawiłem w chłodzie na oknie.
Powróciwszy, z pewnym niepokojem obejrzałem się za moim niebezpiecznym aparatem; na szczęście, stał nienaruszony na oknie. Ostrożnie się do niego zabrałem; ale zaledwie poruszyłem zanurzoną w masie zapałkę, przygotowaną do mieszania, w tej chwili nastąpił wybuch tak gwałtowny, że mi czapka z głowy zleciała, a co gorsza, zdruzgotane zostały wszystkie szyby i futryny do okien. Górna część porcelanowego słoika, roztarta na proch, rozprysnęła się po całym pokoju, a grube dno głęboko uwięzło w ławce od okna.
Pokazało się, że przyczyna tego niespodziewanego wybuchu była ta, że służący mój sprzątając pokój, wstawił słoik do pieca i dopiero po paru godzinach go wyjął i postawił napowrót na oknie. Dziwnym sposobem nie zostałem niebezpiecznie pokaleczony; dwa palce u lewej ręki miałem silnie pokaleczone i błonę bębenkową w prawem uchu rozdartą — lewe już od roku było uszkodzone przy strzelaniu. Na razie byłem więc zupełnie głuchy i nagle zobaczyłem drzwi otwarte i przedpokój pełen ludzi straszliwie przerażonych: Rozeszła się bowiem w mgnieniu oka wieść, że jeden z oficerów się zastrzelił.
Skutkiem tego wypadku długo bardzo źle słyszałem i cierpienie to dziś się jeszcze odnawia od czasu do czasu, gdy blizny na błonie bębenkowej otworzą się z jakiejbądź okazyi.
Na jesieni 1840 r. zostałem przeniesiony do Wittenbergi. W małem takiem miasteczku jeszcze więcej czasu mogłem poświęcać naukowym badaniom. W tym samym roku został w Niemczech ogłoszony wynalazek Jacobi’ego: osadzenie miedzi metalicznej za pomocą prądu elektrycznego z roztworu siarczanu miedzi. Ten wypadek zajął mnie niezmiernie; widziałem bowiem otwartą drogę do całego szeregu nieznanych dotąd zjawisk. Ponieważ doświadczenia z miedzią dobrze mi wypadły, zacząłem probować w ten sam sposób osadzania innych metali; nie udawało mi się to jednak z powodu małych bardzo środków i niedostatecznego urządzenia.
Studya moje przerwało zdarzenie, które w skutkach swoich zmieniło zupełnie bieg mego życia. Wiadomo, jak często zdarzają się sprzeczki i niesnaski pomiędzy wojskowymi różnej broni, mianowicie w małych miasteczkach. Właśnie zaszło nieporozumienie jakieś pomiędzy oficerem piechoty i oficerem artyleryi, zaprzyjaźnionym ze mną; przyszło do pojedynku, w którym zmuszony byłem sekundować memu przyjacielowi. Pojedynek zakończył się wprawdzie lekką raną naszego przeciwnika — jednak na skutek denuncyacyi oddano nas pod sąd wojenny. Kary prawem przepisane za pojedynki były bardzo surowe, ale właśnie dlatego zazwyczaj następowało wkrótce ułaskawienie i umorzenie kary. Bądź co bądź, sąd wojenny magdeburski skazał w tym wypadku przeciwników na dziesięć, a sekundantów na pięć lat więzienia w fortecy.
Mnie oznaczono cytadelę magdeburską do odsiadywania kary i tam miałem się sam stawić. Perspektywa tego bezczynnego życia co najmniej przez pół roku nie uśmiechała mi się bynajmniej; pocieszałem się tylko tem, że bez żadnej przeszkody oddam się nauce. Chcąc jak najkorzystniej czas ten wyzyskać, po drodze do cytadeli wstąpiłem do składu chemikaliów i tam zaopatrzyłem się w środki potrzebne do moich doświadczeń elektrolitycznych. Uprzejmy subiekt obiecał mi i nadal dostarczać cichaczem do cytadeli wszystko, czego będę potrzebował i przyrzeczenia swego sumiennie dotrzymał.
Urządziłem sobie więc w okratowanej, ale obszernej celi małe laboratoryum i byłem zupełnie zadowolony z mego położenia. Szczęście sprzyjało mi przy robocie. Poprzednio kiedyś próbowałem ze szwagrem moim Himly’m w Getyndze odbijać obrazy fotograficzne podług metody Daguerre’a, od niedawna znanej; ztąd pamiętałem, że podsiarkan sodu rozpuszcza sole złota i srebra. Postanowiłem tedy dalej postępować tym śladem i przekonać się, o ile rozczyny te dadzą się stosować do elektrolizy. Ku wielkiej mojej radości, doświadczenia udały się nad wyraz szczęśliwie. Zdaje mi się, że była to jedna z najprzyjemniejszych chwil w mojem życiu, gdy łyżeczka najzylbrowa, którą połączyłem z biegunem ujemnym elementu Daniell’a, zanurzona w naczyniu, napełnionem roztworem podsiarkanu złota, pokryła się w kilka minut lśniącą warstwą złota; biegun dodatni był połączony z monetą złotą.
Galwaniczne złocenie i srebrzenie było, mianowicie w Niemczech, czemś zupełnie nowem i niemałe zrobiło wrażenie w gronie moich przyjaciół i znajomych. Dlatego też zaraz porozumiałem się z pewnym jubilerem magdeburskim, który, dowiedziawszy się o tym cudzie, odwiedził mnie w cytadeli i kupił odemnie za 40 luidorów prawo stosowania mego wynalazku. Suma ta umożliwiała mi dalsze doświadczenia.
Na tem zeszedł miesiąc mego aresztu i przekonany byłem, że jeszcze mam przed sobą co najmniej kilka miesięcy spokojnej pracy. Ulepszyłem moją pracownię i zrobiłem podanie o patent, na które otrzymałem nadspodziewanie prędką odpowiedź w formie pruskiego patentu na lat pięć. Aż tu nagle zjawia się oficer dyżurny i ku wielkiemu memu niezadowoloniu wręcza mi królewskie ułaskawienie. Prawdziwie bolesnem mi było tak niespodziewanie zostać oderwanym od roboty, która tak świetne dawała wyniki. Według przepisów powinienem był tego samego dnia opuścić cytadelę, a ja nie miałem mieszkania, do któregobym mógł przenieść moje laboratoryum, ani wiedziałem, dokąd zostanę przeznaczony.
Napisałem więc podanie do komendanta twierdzy, w którem prosiłem, aby mi wolno było jeszcze kilka dni w celi mojej pozostać, dopóki nie uporządkuję moich rzeczy i nie pokończę rozpoczętych doświadczeń. Ale źle się wybrałem! Około północy obudził mnie ze snu oficer dyżurny i oświadczył, że ma rozkaz wyprowadzenia mnie natychmiast po za mury cytadeli. Komendant uważał prośbę moją jako dowód niewdzięczności za łaskę monarszą. I tak wśród nocy zostałem wydalony z fortecy i musiałem w mieście szukać mieszkania.
Na szczęście, nie odesłano mnie do Wittenbergi, tylko zostałem odkomenderowany do Spandau, do zakładów pirotechnicznych. Wynalazek mój stał się już głośnym i widocznie przekonał moich przełożonych, że mniej się nadaję do służby praktycznej. Powierzona mi czynność zainteresowała mnie bardzo i z przyjemnością zabrałem się do roboty. Wkrótce jakoś dostaliśmy obstalunek na nowe fajerwerki, które miały być spalone w dzień urodzin cesarzowej rosyjskiej, w parku ks. Karola w Glenicke pod Poczdamem. Najnowsze odkrycia w dziedzinie chemii umożliwiały wytwarzanie bardzo pięknych kolorowych płomieni — ale te odkrycia nieznane były starym pirotechnikom. Dlatego mój fajerwerk na jeziorze Hawelskiem ogromnie się podobał i sprowadził mi rozmaite odznaczenia i honory. Zostałem zaproszony do stołu książęcego i na regaty z młodym księciem Fryderykiem Karolem, ponieważ łódź, na której przybyłem ze Spandau, odznaczała się niezwykłą szybkością i co więcej, pokonałem nawet późniejszego sławnego zwycięzcę armii nieprzyjacielskich.
Ze spaleniem tych fajerwerków skończył się mój pobyt w Spandau i ku wielkiej mojej radości, zostałem odkomenderowany do Berlina, do warsztatów artyleryjskich.
Spełniło się teraz najgorętsze moje życzenie: miałem czas i sposobność do dalszych przyrodniczych studyów i do rozszerzania zakresu moich technicznych wiadomości.
Oprócz tego miałem i inne powody, dla których uważałem tę zmianę za korzystną. Po śmierci rodziców na mnie ciążył obowiązek opiekowania się młodszem rodzeństwem (najmłodszy, Otto, miał trzy lata, gdy matka umarła). W prawdzie dzierżawa owych majątków rządowych na długi szereg lat była pozostawiona naszej rodzinie, ale czasy były tak ciężkie dla gospodarzy, że dochody moich braci nie wystarczyły nawet na pokrycie kosztów wykształcenia najmłodszego rodzeństwa. Musiałem się więc starać o własne źródła dochodu, ażeby módz spełnić obowiązki głowy rodziny. A to wydawało mi się łatwiejszem do osiągnięcia w Berlinie, niż w jakiembądź innem mieście.
Brat mój, Wilhelm, tymczasem skończył szkołę magdeburską i za moją radą spędził rok cały w Getyndze na studyach przyrodniczych. Następnie wstąpił jako praktykant do fabryki maszyn w Magdeburgu. Tam zajął się bardzo pilnie budową maszyn, która wówczas szybko się rozwijała w Niemczech, z powodu zaprowadzenia kolei żelaznych. Wciąż pisywałem do niego i często przysyłał mi zadania, nad któremi miał pracować jako konstruktor; nie zawsze mnie zadowalały jego projekty, komunikowałem mu moje uwagi i z tej wymiany zdań powstawały nieraz rzeczy nowe i pożyteczne, między innemi regulatory przy maszynach parowych, do których w dalszym ciągu powrócę.
Starania moje, ażeby w Berlinie coś zrobić, wkrótce pomyślny odniosły skutek, jakkolwiek jako oficer niesłychanie byłem skrępowany w wyborze środków. Udało mi się zawrzeć umowę z fabryką neizylbru J. Henniger’a, na mocy której miałem dla niej założyć i urządzić zakład do złocenia i srebrzenia podług mego patentu; za to miałem mieć udział w zyskach. Był to pierwszy tego rodzaju zakład w Niemczech. Już przedtem w Anglii niejaki p. Elkington urządził był podobny zakład, opierając się na innej metodzie, a mianowicie na złoceniu i srebrzeniu za pomocą soli cyanowych; zakład ten wkrótce się rozwinął do znacznych rozmiarów.
Przy tych układach i przy samem urządzeniu bardzo mi dopomógł Wilhelm. Skorzystał też ze swego pobytu w Berlinie, żeby jedną z fabryk maszyn nakłonić do zaprowadzenia u siebie naszego regulatora. Przekonałem się więc, że do tego rodzaju interesów i układów bardzo był zdolny. A że przytem miał ochotę jechać do Anglii, zadecydowaliśmy tedy, że weźmie urlop ze swojej fabryki i uda się do Londynu w celu spieniężenia moich wynalazków. Wielkich sum nie mogłem mu dać do rozporządzenia, a jednak mimo to potrafił doskonale się wywiązać z powierzonej mu misyi. Z wielkim taktem postępując, udał się przedewszystkiem do naszego konkurenta Elkingtona i po niejakich trudnościach jemu właśnie sprzedał nasz patent za 1,500 funtów. Dla nas była to wówczas suma kolosalna, która nas na długo od wszelkich wybawiła kłopotów.
Po powrocie z Londynu Wilhelm nie mógł się przyzwyczaić do małomiasteczkowych stosunków w swojej magdeburskiej fabryce i postanowił przenieść się na stałe do Anglii. Zamiar ten i ja uważałem za pożyteczny i postanowiliśmy inne moje wynalazki tam opatentować i wyzyskać.
Właśnie w tym czasie zrobiłem dwa wynalazki. Pierwszy polegał na pokrywaniu drogą galwanoplastyczną płyt, używanych do miedziorytów, cienką warstwą niklu. Płyty takie były o wiele trwalsze i dawały znacznie większą liczbę odbitek, zachowujących całkowitą delikatność rysunku. Wynalazek ten nie dał jednak spodziewanych korzyści, gdyż wkrótce potem nauczono się pokrywać płyty warstwą żelaza; płyty takie były wprawdzie mniej trwałe, ale warstwa żelaza dawała się z łatwością usuwać i zastępować świeżą.
Drugi wynalazek polegał na przystosowaniu wynalezionej wówczas cynkotypii do drukarskich maszyn rotacyjnych. Przy pomocy zręcznego mechanika, zegarmistrza Leonhardt'a, udało mi się zbudować model takiej prasy drukarskiej, która zupełnie dokładnie wykonywała wszelkie operacye litograficzne za pomocą walcowato zgiętej płyty cynkowej. Jednakowoż późniejsza eksploatacya na wielką skalę tego wynalazku wykazała, że cynkotypia nie znosi tak szybkiego tempa.
Brat mój natrafił w Anglii na wielkie trudności; udałem się więc osobiście do Londynu, ale mimo usilnych starań, nie zdołaliśmy trudności tych przezwyciężyć. Przekonaliśmy się, że spekulacye, oparte na wynalazkach, są zawsze rzeczą niepewną, że rzadko bywają uwieńczone pomyślnym skutkiem, a przedewszystkiem wymagają, oprócz znajomości rzeczy, znacznych środków materyalnych.
Mnie osobiście podróż ta przyniosła wielką korzyść: wszystkim moim usiłowaniom nadała kierunek poważniejszy i więcej krytyczny. Nauczyłem się więcej przywiązywać wagi do pewności założenia, niż do bezpośrednio pożądanych wyników. Wielką zachętą do pracy była mi także dalsza moja podróż, wracałem bowiem na Paryż, gdzie mogłem zwiedzić pierwszą wielką przemysłową wystawę paryzką, urządzoną w najświetniejszej chwili panowania Ludwika Filipa.
Niestety, pobyt mój w Paryżu zakłócony został bardzo nieprzyjemnym wypadkiem. Nie zabrawszy z sobą wszystkich pieniędzy, potrzebnych na podróż, umówiłem się z bratem, że mi sukurs przyśle do Paryża. Skutkiem nieporozumienia, a może i z winy poczty, znalazłem się sam jeden, bez żywej duszy znajomej i bez grosza na bruku wielkiego miasta. Trudno było w takiem położeniu coś zwiedzać i oglądać; poznałem tylko ulice Paryża, po których spacerowałem, starając się zapomnieć o głodzie. Gdy nareszcie nadeszły pieniądze, musiałem wyjeżdżać, gdyż urlop mój już się skończył.
Wróciwszy do Berlina, zastanowiłem się poważnie nad dotychczasowem mojem życiem i działalnością i doszedłem do przekonania, że uganianie się za wynalazkami, do czego mnie skłoniło pierwsze, tak łatwe powodzenie, zarówno mnie, jak bratu memu może wyjść na zgubę. Wyrzekłem się tedy wszelkich wynalazków, sprzedałem nawet mój udział w fabryce berlińskiej i oddałem się poważnym naukowym studyom. Słuchałem wykładów w uniwersytecie, ale niestety, przekonałem się wkrótce z wykładów sławnego matematyka Jacobi’ego, że nie posiadam należytego wykształcenia przygotowawczego. Brak ten z wielkim moim żalem często stał mi na przeszkodzie i niejednę moją pracę zmarnował. Tem większą czuję wdzięczność dla moich dawnych profesorów, jako to dla fizyków Magnus’a, Dove’go i Riessa’a za uprzejme obcowanie ze mną. Równie wiele zawdzięczam młodszym berlińskim fizykom, którzy pozwolili mi należeć do założycieli Towarzystwa fizycznego. Było to ożywione grono młodych i utalentowanych przyrodników, z których niemal każdy z czasem wsławił się znakomitem jakiem dziełem. Niech mi wolno będzie wymienić tu nazwiska takie, jak: du Bois-Reymond, Brüke, Helmholtz, Clausius, Wiedemann, Ludwig, Beetz i Knoblauch. Obcowanie i wspólna praca z ludźmi tak genialnymi i tak poważnego sposobu myślenia, utwierdziło we mnie zamiłowanie do studyów naukowych i obudziło niezłomne postanowienie służenia nadal wyłącznie poważnej nauce.
Ale okoliczności silniejsze były od mojej woli i wrodzony pociąg do stosowania wiadomości nabytych drogą naukową do celów użytecznych i praktycznych, zwracał umysł mój wciąż ku technice. I to pozostało mi na całe życie. Kochałem nadewszystko wiedzę, a pracowałem w dziedzinie techniki.
Ów kierunek techniczny rozwinięty został we mnie przeważnie przez Towarzystwo Politechniczne, do którego wstąpiłem jako młody oficer. Brałem udział w posiedzeniach, odpowiadając na zapytania znajdujące się w skrzynce od listów. Te odpowiedzi i dyskusye uważałem za systematyczne, regularne moje zajęcie i doskonałą dla mnie szkołę. Dopomagały mi w tem studya przyrodnicze i przekonałem się, że postępy w technice osiągnięte być mogą tylko przez jak najszersze rozpowszechnianie wiadomości przyrodniczych wśród techników.
W owym czasie jeszcze przepaść dzieliła naukę od techników. Wielce zasłużony Beuth, którego można uważać za założyciela i twórcę techniki niemieckiej, przeistoczył Instytut przemysłowy berliński na zakład, który przedewszystkiem miał na celu kształcenie młodych techników w naukach przyrodniczych. Działalność i wpływ tego instytutu, zamienionego następnie na Akademię przemysłową, a wkońcu na politechnikę Charlotenburską, za krótko jeszcze trwały, aby należycie podnieść poziom wykształcenia ówczesnych przemysłowców.
Prusy były wówczas państwem czysto militarnem i urzędniczem. Tylko między urzędnikami znajdowali się ludzie wykształceni. Z dziedziny przemysłu jedno tylko gospodarstwo rolne cieszyło się poważaniem ogólnem. Kraj zubożały i zniszczony długoletniemi wojnami nie posiadał zamożnego stanu mieszczańskiego, który dorównywałby wykształceniem i majątkiem stanowi wojskowemu i urzędniczemu. Po części winę przypisać należy i temu, że luminarze nauki uważali za niezgodne z wysoką swoją godnością osobiście interesować się postępem techniki. To samo da się powiedzieć o sztukach pięknych, których adepci wówczas (jabym powiedział i dziś) uważali za niewłaściwe, poniżające, choćby małą cząstkę swej siły twórczej poświęcić na podniesienie sztuki w przemyśle.
Działalność moja w Towarzystwie politechnicznem wyrobiła we mnie to przekonanie, że wykształcenie przyrodnicze i naukowe metody badania podniesie technikę na niebywały stopień rozwoju. Mnie zaś przyniosła i tę korzyść, że wszedłem w osobiste stosunki z berlińskimi przemysłowcami i naocznie mogłem sobie zdać sprawę z dobrych i słabych stron ówczesnego przemysłu. Fabrykanci często zwracali się do mnie po radę, wskutek czego poznałem rozmaite urządzenia i metody. Nabyłem nadto przeświadczenia, że postępy techniki nie mogą się znaczyć nagłemi i wielkiemi skokami, jak się to dzieje w nauce dzięki twórczości znakomitych umysłów. Wynalazek techniczny dopiero wtedy nabiera znaczenia i wartości, gdy technika sama już jest tak posunięta, że wynalazek jest możliwy do wykonania i stał się niezbędnym do zaspokojenia pewnych potrzeb. Dlatego widzimy, że najważniejsze wynalazki nieraz całe dziesiątki lat spoczywają nietknięte, a potem nagle nabierają wielkiego znaczenia, gdy godzina ich wybije.
Z wielu kwestyj naukowo-technicznych, które mnie wówczas zajmowały, najpierwsza, a zarazem ta, która była treścią mojej pierwszej pracy literackiej, została wywołana listem mego brata Wilhelma, w którym ten donosił mi, że w Dundee, w Szkocyi, widział niezmiernie interesującą maszynę, pracującą nie za pomocą pary — lecz rozgrzanego powietrza.
Pomysł ten zajął mnie ogromnie, widziałem bowiem w nim początek radykalnego, a bardzo korzystnego przewrotu w technice maszyn. Teoryę takich maszyn opisałem w „Dzienniku Politechnicznym” Dingler’a z dodaniem szkicu, który mi się wydawał najodpowiedniejszym do wykonania. Teorya moja stała zupełnie na gruncie teoryi Mayer’a o rachowaniu energii, którą Helmholtz matematycznie rozwinął w znakomitem swem dziele. Bracia moi maszynami temi długi czas się zajmowali, ale po to tylko, żeby się przekonać, że technika nie stała jeszcze na wysokości tego odkrycia i nie mogła go zatem korzystnie wyzyskać.
Drugiem zagadnieniem, którem się już oddawna zajmowałem, było dokładne zmierzenie szybkości pocisku. Rozmaite roboty, wykonane w tym kierunku przez owego zegarmistrza i mechanika Leonhardt'a, naprowadziły mnie na myśl zużytkowania iskry elektrycznej do mierzenia szybkości. Pomysł ten i sposób stosowania go także ogłosiłem drukiem, zarówno jak drugi mój pomysł, wykonany w wiele lat później, mierzenia tą samą metodą szybkości prądu elektrycznego w przewodnikach.
Zamiłowanie moje do doświadczeń elektrycznych skłoniło mnie do wspólnej pracy z Leonhardt'em, który na zlecenie sztabu generalnego zajęty był próbami nad zastąpieniem telegrafu optycznego — elektrycznym. Po kilku nieudanych doświadczeniach wypracowałem projekt własnego mego pomysłu i wykonanie go poleciłem młodemu mechanikowi, którego poznałem w Towarzystwie fizycznem, nazwiskiem Halske, pracującemu w małym warsztacie technicznym pod firmą Böttcher et Halske. Ten z początku z niedowierzaniem spoglądał na moją pracę, ale gdy dla zachęcenia go zbudowałem z kilku pudełek od cygar, paru kawałków żelaza i drutu izolowanego kilka telegrafów automatycznych, które jak najdokładniej funkcyonowały, zabrał się z zapałem do wykonania pierwszych aparatów. Oświadczył mi nawet, że gotów jest porzucić swoją firmę, aby wraz ze mną zająć się wyłącznie telegrafią.
Pod wpływem tego powodzenia, a także coraz zwiększających się trosk i wydatków na wychowanie mego młodszego rodzeństwa, postanowiłem porzucić służbę wojskową, poświęcić się budowie telegrafów, których wielkiej przyszłości byłem pewien i tym sposobem otworzyć sobie nową karyerę. Wziąłem się więc z zapałem do mego nowego telegrafu, który miał być fundamentem przyszłego mego stanowiska. Ale niespodziewanie zaszedł wypadek, który mógł wniwecz obrócić wszystkie moje plany.
Były to czasy wielkiego ruchu politycznego i wyznaniowego w całej Europie. W Niemczech objawił on się najprzód wolnomyślnością religijną zarówno u katolików, jak i protestantów. W Berlinie zjawił się się Johanes Rouge; publiczne jego konferencye zwabiały niezliczone tłumy ludzi i budziły powszechny zapał. Mianowicie młodzi oficerowie i urzędnicy, bez wyjątku prawie myślący liberalnie, uwielbiali Rouge’go.
Pewnego dnia, a było to właśnie wtedy, gdy kult dla Rouge’go doszedł do zenitu, po skończonej robocie udałem się na przechadzkę do Thiergartenu wraz ze wszystkimi oficerami, pracującymi w warsztatach artyleryi. W kawiarni „Unter den Zellen” zastaliśmy tłum ludzi gorąco rozprawiających i wzywających wszystkich obecnych do otwartego oświadczenia się za Rouge’m, a przeciwko krzewicielom ciemności. Mówili dobrze, a może dlatego tak przekonywająco, że wogóle mowy publiczne były nowością w Prusach. Gdy więc przed rozejściem podano mi do podpisu arkusz, pokryty już nazwiskami, po większej części znajomemi, bez namysłu podpisałem i moje. Za przykładem moim poszli starsi i młodsi oficerowie, wszyscy bez wyjątku. Każdy z nas uważał za właściwe przekonania swe stwierdzić i nie widział w tem nic zdrożnego.
Jakież było moje przerażenie, gdy nazajutrz rano ujrzałem w gazecie artykuł wstępny za tytułowany: „Protest przeciwko reakcyi i obłudzie,” a w końcu moje nazwisko na czele wszystkich innych podpisów.
W warsztacie zastałem moich towarzyszów wielce zafrasowanych. Wszyscy byliśmy w obawie, że jako wojskowi, popełniliśmy ciężkie wykroczenie. Przypuszczenie nasze potwierdził komendant warsztatów, człowiek zacny i dobry, oświadczając nam, że wszyscyśmy się zgubili tym czynem i jego również.
Minęło kilka dni w przykrem oczekiwaniu. Nareszcie oznajmiono nam, że inspektor warsztatów, generał v. Jenichen, zakomunikuje nam decyzyę królewską. Była to surowa nagana, ale łaskawsza, niżeśmy się spodziewali. Generał miał do nas długą przemowę, w której wystawił nam nieprzyzwoitość i naganność naszego postępku. Ja ciekawy byłem końca. Nieraz bowiem słyszałem z ust generała, człowieka wysoko humanitarnie wykształconego, wygłaszane przekonania, które w niczem nie różniły się od moich. „Panowie wiedzą — rzekł w końcu — że jestem zdania, iż każdy człowiek, a szczególnie oficer, otwarcie swoje przekonania wypowiadać powinien. Nad tem tylko nie zastanowiliśmy się, że co innego znaczy otwarcie, a co innego publicznie.”
Wkrótce dowiedzieliśmy się, że wszyscy za karę powrócić mamy do naszych brygad. Dla mnie był to cios prawie nie do zniesienia; rozbijał bowiem wniwecz wszystkie moje plany i stawiał mnie w niemożności łożenia na dalsze wychowanie braci. Musiałem koniecznie wynaleźć jakiś środek, aby przeszkodzić tej tranzlokacyi. Środkiem tym mógł być tylko jakiś wynalazek wielkiej wagi dla wojskowości, który wymagałby bezwarunkowo obecności mojej w Berlinie. Telegrafy, któremi się tak żywo zajmowałem, nie mogły mi oddać tej usługi, bo mało kto wierzył w ich wielką przyszłość, a projekty moje były zaledwie w zawiązku. Na szczęście, przyszła mi na myśl bawełna strzelnicza, którą niedawno wynalazł w Bazylei profesor Schönbein, ale która dotąd nie była zdatną do użytku. Przekonany byłem, że można ją na tyle udoskonalić, żeby się stała użyteczną dla wojska. Udałem się niezwłocznie do dawnego mego nauczyciela, Erdmann’a, profesora chemii przy szkole weterynaryi, i uzyskawszy pozwolenie na robienie doświadczeń w jego laboratoryum, zabrałem się żwawo do dzieła.
Po kilku próbach udało mi się otrzymać bawełnę ścisłą i białą, jak bawełna zwyczajna, a przytem bardzo łatwo wybuchającą. Przyrządziłem więc znaczną ilość mojej bawełny strzelniczej i włożyłem ją na noc do pieca, żeby wyschła. Nazajutrz rano przychodzę do laboratoryum i zastaję profesora zmartwionego, stojącego wśród gruzów na środku pokoju. Podczas palenia bawełna się zapaliła i wysadziła piec. Jednym rzutem oka zrozumiałem, co zaszło, ale przekonałem się zarazem, że próby moje udały się doskonale. Uspokoiłem profesora i z trudnością wprawdzie, ale zdołałem go nakłonić do zezwolenia na dalsze moje próby. Po paru godzinach miałem już pokaźną ilość gotowej bawełny strzelniczej, zapakowałem ją i odesłałem razem z podaniem urzędowem wprost do ministra wojny.
Rezultat był świetny. Minister kazał we własnym ogrodzie urządzić próbę strzelania. Ta powiodła się wybornie i tego samego wieczora dostałem rozkaz udania się do Spandau, ażeby w tamtejszej fabryce prochu prowadzić dalej moje doświadczenia na wielką skalę. O karze, ani o tranzlokacyi mowy nie było. I tak ze wszystkich moich towarzyszów ja jeden pozostałem w Berlinie.
Owe próby na wielką skalę nie wydały spodziewanych rezultatów. Przekonałem się (i to zamieściłem w sprawozdaniu urzędowem), że wynaleziona przezemnie bawełna jest doskonałym materyałem wybuchowym, ale prochu w zupełności zastąpić nie może.
Sprawozdanie moje już było złożone w ministeryum, kiedy profesor Otto w Brunświku wynalazł i ogłosił moją metodę wytwarzania zdatnej do użytku bawełny strzelniczej. Wszystko, co w tym przedmiocie zrobiłem razem z mojem sprawozdaniem, pozostało w sekretnem archiwum ministeryum wojny, a profesor Otto słusznie uchodzi za wynalazcę bawełny strzelniczej zdatnej do użytku, skoro sposób i metodę wytwarzania jej pierwszy ogłosił. Nieraz mi się coś podobnego przytrafiło. Na razie wydaje się bolesnem i niesprawiedliwem, ażeby ktoś na mocy wcześniejszej publikacyi mógł przywłaszczyć sobie zaszczyt odkrycia lub wynalazku, nad którym ktoś drugi z zamiłowaniem i pomyślnym skutkiem pracował, a ogłosić go chciał dopiero po zupełnem wydoskonaleniu. Z drugiej strony przyznać należy, że pierwszeństwo musi podlegać pewnym przepisom i regułom, tembardziej, że dla nauki i dla ludzkości pierwszorzędną wagę ma rzecz sama, a nie osoba wynalazcy.
Uniknąwszy szczęśliwie grożącej mi tranzlokacyi, mogłem spokojnie powrócić do moich studyów nad telegrafem. Wręczyłem jenerałowi Etzel, naczelnikowi wojskowego telegrafu optycznego, uwagi moje o ówczesnym stanie telegrafów i o koniecznych zmianach. Skutkiem tego zostałem wydelegowany na służbę przy komisyi sztabu jeneralnego, która zaprowadzić miała telegraf elektryczny, zamiast optycznego. Potrafiłem pozyskać zaufanie jenerała i zięcia jego, profesora Dove, do tego stopnia, że komisya wszystkie moje plany przyjmowała i powierzała mi ich wykonanie.
Uważano wówczas za rzecz niepodobną, ażeby linia telegraficzna, przeprowadzona nad ziemią i przytwierdzona do zwyczajnych słupów, dla każdego dostępna, mogła prawidłowo funkcyonować; przypuszczano, że ludność sama ją niszczyć będzie. Gdziekolwiek tedy w Europie zakładano telegrafy elektryczne, wszędzie przeprowadzano przewodniki podziemne. Do izolowania drutów używano najrozmaitszych materyałów, ale żaden z nich nie dawał izolacyi dostatecznej i trwałej.
Przypadkiem przysłał mi brat mój z Londynu próbę materyału, który dopiero co się ukazał na rynku londyńskim — gutaperki. Nadzwyczajne zalety tej masy, użytej do izolowania, zwróciły moją uwagę. Jakoż po rozmaitych próbach i po zbudowaniu specyalnej przezemnie wymyślonej, a przez Halske’go wykonanej prasy, otrzymaliśmy druty dobrze i trwale izolowane.
W r. 1847 zostały przeprowadzone pierwsze dłuższe przewodniki podziemne od Berlina do Grossbeeren. Ponieważ okazały się zupełnie odpowiedniemi, więc tem samem i kwestya używania gutaperki, równie jak mojej prasy do izolowania, zdawała się rozwiązaną. W samej rzeczy odtąd nietylko linie przeprowadzane pod ziemią, ale i kable podmorskie były w ten sposób izolowane.
Postanowienie moje poświęcenia się wyłącznie budowie telegrafów teraz już było niewzruszone. Nakłoniłem więc mechanika J. G. Halske'go ażeby dotychczasowe swoje przedsiębiorstwo odstąpił swemu wspólnikowi, sam zaś, ażeby założył zakład budowy telegrafów, w którym i ja zarezerwowałem sobie miejsce po wystąpieniu mojem z wojska.
Ponieważ zarówno Halske, jak i ja nie posiadaliśmy dostatecznych środków, zwróciliśmy się do krewnego mojego, radcy G. Siemens’a, mieszkającego w Berlinie; ten pożyczył nam 6,000 talarów wzamian za sześcioletni udział w zyskach. Warsztat został otwarty 12 października r. 1847 w oficynie domu położonego przy ulicy Schöneberskiej, rozwinął się szybko i bez pomocy obcych kapitałów. Taki był początek firmy Siemens et Halske, znanej dziś w całym świecie i posiadającej filie we wszystkich prawie stolicach Europy.
Zajmowałem tak wybitne stanowisko w komisyi telegraficznej, że miałem pewne widoki i szanse objęcia posady głównego kierownika przyszłych telegrafów rządowych w Prusach. Wyrzekłem się jednak tego zaszczytu, ażeby nie być związanym żadną służbą; miałem to przekonanie, że zarówno społeczeństwu, jak i sobie samemu nierównie będę pożyteczniejszym, zachowując zupełną swobodę i niezależność. Jednakowoż wystąpić z wojska, a tem samem podać się do dymisyi z komisyi telegraficznej chciałem dopiero wtedy gdy komisya zadanie swoje całkowicie spełni, t. j. kiedy ukończy kompletnie swe prace nad urządzeniem przyszłych telegrafów.
Z całą komisyą staczałem wtedy walki, ażeby budujące się linie telegraficzne służyły również do użytku publicznego, czemu sfery wojskowe wielce były przeciwne. Ale szybkość i pewność, z jaką działały zbudowane przezemnie telegrafy, usposobiły przychylniej dla ogółu opinię sfer miarodajnych. Nadspodziewanie pomyślne wyniki naszych prób takiego nabrały rozgłosu, że zostałem wezwany przez księżnę pruską do Potsdamu, ażebym synowi jej, późniejszemu następcy tronu i cesarzowi Fryderykowi, pokrótce wyłożył teoryę telegrafu elektrycz­nego. Wykład ten z doświadczeniami i objaśnieniem piśmiennem, w którem główny kładłem nacisk na doniosłe znaczenie telegrafu, gdy ten służyć będzie do użytku ogółu — z pewnością wielce się przyczynił do zmiany poglądów w sferach wysokich.
Komisya, idąc za moją radą, ogłosiła konkurs na marzec r. 1848 na przewodniki i aparaty telegraficzne. Autorowi pracy odznaczonej, oprócz nagrody pieniężnej, dostać się miało i wykonanie odnośnych robót. Niepłonną żywiłem nadzieję, że moje projekty otrzymają pierwszeństwo na konkursie. Ale wypadki marcowe nagły położyły koniec zarówno konkursowi, jak samej komisyi. Nie dosyć na tem: cały przemysł i wszelki inny ruch, oprócz rewolucyjnego, zupełnie ustał. Zawdzięczam jedynie energii mojego wspólnika, Halske’go, że warsztaty nasze zdołały się utrzymać w porządku; fabrykowaliśmy wciąż aparaty elektryczne, jakkolwiek żadnych nie mieliśmy obstalunków.
Ja osobiście znajdowałem się w trudnem położeniu. Czynność moja z rozwiązaniem komisyi ustała; innego przeznaczenia nie otrzymałem. Jako wojskowy zaś do dymisyi podać się nie mogłem, bo wciąż krążyły pogłoski o niechybnej wojnie zewnętrznej.
Tymczasem, jak mi się to zresztą kilkakrotnie w życiu zdarzyło, zaszedł wypadek, który stanowczo wpłynął na moje losy i to bardzo szczęśliwie.
Korzystając z ogólnego ruchu w całej niemal Europie, postanowiło i księztwo Szlezwicko - Holsztyńskie wyswobodzić się z pod panowania Danii. Powstanie się powiodło i w całych Niemczech zaczęły się tworzyć pułki ochotników, ażeby iść na pomoc walczącym na północy braciom. Duńczycy ze swojej strony się zbroili i grozili zbombardowaniem Kilonii. Szwagier mój, Himly, na rok przedtem został powołany tam na profesora uniwersytetu i mieszkał nad samym portem. Odbierałem też wciąż listy zrozpaczone od siostry, która widziała już dom swój w gruzach; rzeczywiście najbardziej był wystawiony na bomby duńskie, gdyż maleńka forteczka portowa znajdowała się w ręku Duńczyków, a tem samem i port stał dla nich otworem.
To wszystko naprowadziło mnie na pomysł zupełnie wówczas jeszcze nowy obronienia portu za pomocą min podmorskich, zapalanych elektrycznie. Zakomunikowałem plan ten szwagrowi, a on przedstawił go natychmiast rządowi tymczasowemu, który uznał go za dobry i wysłał specyalnego posła do rządu pruskiego z prośbą o udzielenie mi pozwolenia na wykonanie mojego projektu. Rząd pruski na razie nie mógł tego uczynić, gdyż dotąd nie została wypowiedziana wojna Danii; jednak obiecywał się przychylić do tej prośby, skoro tylko okoliczności będą po temu.
Nie tracąc czasu, wziąłem się do przygotowań, tak, że z dniem wypowiedzenia wojny byłem gotów i udałem się do Kilonii.
Tymczasem szwagier mój wszystkie poczynił przygotowania, ażeby było można miny natychmiast podłożyć, lada dzień bowiem oczekiwane było ukazanie się floty duńskiej. Napełniliśmy prochem ogromne beczki, które tym czasem miały zastąpić obstalowane w Berlinie worki kauczukowe i zanurzono je w wodę mniej więcej na 20 stóp. Całe urządzenie elektryczne zostało wypróbowane na maleńkich minach i łódkach i przekonałem się, że doskonale będzie działało.
Wszyscy byli przekonani, że bombardowanie Kilonii zostało w Kopenhadze nieodwołalnie postanowione. Ja również obawiałem się o miasto; flota duńska mogła bowiem podpłynąć do fortecy Friedrichsort i ztamtąd najspokojniej bombardować. Dlatego uważałem za rzecz pierwszej wagi nie pozostawić fortecy w ręku Duńczyków. Przedstawiłem to komendantowi Kilonii, który na zapatrywania moje zupełnie się zgodził, ale nie mając dostatecznej załogi, nie mógł żadnych przedsięwziąć kroków. Napomknąłem więc o straży obywatelskiej i komendant natychmiast kazał ją zwołać.
Obywatele zgromadzili się licznie i gdy im rzecz całą przedstawiłem, dali mi do rozporządzenia około 200 ludzi pod warunkiem, żebym sam nad nimi objął dowództwo.
Około północy wyruszyliśmy i nie napotkawszy najmniejszego oporu, zajęliśmy fortecę, której bardzo nieliczną załogę nazajutrz odesłałem do Kilonii; byli to pierwsi jeńcy wojenni. Na forcie wywiesić kazałem chorągiew w kolorach czarnym, czerwonym i złotym, na znak, że przez wojsko niemieckie została zajętą, co też wkrótce wyczytaliśmy w duńskich gazetach.
Mimo to byłem przekonany, że na stałe nie dadzą się zatrzymać w fortecy obywatele i mieszczanie, których interesy i zajęcia wołały do miasta. Wiedziałem, że w bardzo krótkim czasie będę musiał ich rozpuścić i wyrzec się plonu mego zwycięztwa, jeżeli nie potrafię ich zastąpić innymi ochotnikami. Otóż na owo zastępstwo wydała mi się bardzo odpowiednia młodzież wiejska z okolicy i do niej się zwróciłem. Niełatwo, co prawda, było nakłonić starych, żeby mi swoich synów powierzyli; ale gdy im zagroziłem, że gotów jestem z kobiet utworzyć załogę, byle tylko kraj od Duńczyków obronić, zmiękli i do wieczora, obszedłszy wszystkie wioski, zebrałem 150 dziarskich chłopaków i miałem cały szereg łódek, napełnionych żywnością.
Rozpuściłem tedy straż obywatelską, za wyjątkiem kilku ochotników, którzy mi dopomagali w ćwiczeniu nowicyuszów, a otrzymawszy dla tych ostatnich od komendanta broń i amunicyę, ku wielkiej mojej radości w krótkim czasie zrobiłem z nich wcale dobrych żołnierzy.
Pewnego ranka zostaliśmy zaalarmowani wia­domością, że trzy wielkie duńskie okręty wojenne ukazały się w zatoce. Wyglądało to rzeczywiście na zaatakowanie fortecy, a to, wobec lichego uzbrojenia i zaopatrzenia tejże, miało wielkie widoki powodzenia. Najsłabszym punktem była brama wschodowa, prowadząca do portu wewnętrznego. Most zwodzony się rozpadł, woda w otaczającym rowie wyschła, a z wałów ochronnych zostały tylko szczątki. Ponieważ szwagier mój po niejakim czasie otrzymał był z Berlina obstalowane worki kauczukowe, kazałem do Friedrichsortu sprowadzić jednę z owych wielkich beczek; miała służyć za minę pływającą do obrony bramy fortecznej.
W przeddzień zaalarmowania kazałem w wale wykopać głęboki rów i wstawić w niego beczkę napełnioną prochem. Ponieważ noc nas zaskoczyła przy tej robocie, rów pozostał otwarty, tylko postawiłem przy nim straż. Nazajutrz po zaalarmowaniu poleciłem bratu memu Fryderykowi (Fryderyk, a potem Wilhelm i Karol byli ze mną razem w Kilonii i we Friedrichsort) przygotowanie przewodników zapalających, ażeby w razie szturmu minę od zewnątrz módz zapalić.
Okręty rzeczywiście zbliżyły się już na odległość strzału. Moje trzy armaty były obsadzone, a piec do rozgrzewania kul nieustannie był czynny. Ale strzelać zakazałem, dopóki okręty nie przedostaną się przez bramę. Pozostałą załogę zgromadziłem na podwórzu fortecznem, ażeby ją w różnych punktach rozstawić, a co najważniejsza, dodać jej odwagi. Aż tu nagle przed bramą strzelił ogromny płomień wysoko w górę. Uczułem w jednej chwili ogromny nacisk, a potem rozdęcie klatki piersiowej; jednocześnie potrzaskały szyby we wszystkich oknach, a dachówki, wyrzucone w górę, z łoskotem spadały na ziemię.
Zrozumiałem odrazu, co było powodem tej katastrofy: nic innego, jak wybuch miny. I wnet z przerażeniem pomyślałem o moim biednym Fryderyku. Pobiegłem ku bramie i tam odetchnąłem, spotkawszy go całego i zdrowego. Minę wyszykował, bateryę ustawił na wale, drut zapalający połączył z jednym z biegunów bateryi, a drugi drut przymocował do gałęzi, żeby go mieć pod ręką w razie potrzeby. Chciał mnie o tem wszystkiem zawiadomić, gdy nastąpił wybuch; ciśnienie powietrza zrzuciło go z wału do wnętrza fortecy. Widocznie wiatr zerwał drut z drzewa i rzucił go na drugi biegun bateryi, czem spowodował wybuch. Nierównie gorzej miał się pozostawiony na straży żołnierz — leżał jak nieżywy; po godzinie dopiero przyszedł do siebie, krew mu szła z ust, nosa i uszów, i cały posiniał, ale po kilku dniach miał się dobrze.
Najdziwniejsze było mechaniczne działanie, a raczej skutki tego wybuchu, który uważać można za strzał z rury otwartej, nabitej pięcioma centnarami prochu. W całej fortecy ani jedna izba nie pozostała zamkniętą; ciśnienie powietrza wysadziło wszystkie drzwi i okna; szyby popękały w całej okolicy. Różnica ciśnienia w obrębie fortecy musiała wynosić co najmniej 1 atmosferę; inaczej nie mogłoby to na takiej odległości wywołać takich skutków.
Gdy powróciłem na plac, nie zastałem nikogo i zląkłem się, czy moi ludzie ze strachu się nie rozbiegli i nie pochowali w kąty. Ale ku wielkiej mojej radości, przekonałem się wnet, że wszyscy byli na swoich stanowiskach. Byli przekonani, że Duńczycy rozpoczęli oblężenie od rzucenia bomby.
Tymczasem Duńczycy odstąpili od swego zamiaru: okręty cofnęły się, a w dziennikach kopenhaskich wyczytaliśmy nazajutrz, że jedna z min, podłożonych pod fort, przypadkowo wybuchła i zniszczyła fortecę. W samej rzeczy, patrzącym z okrętów osobliwszy przedstawił się widok. Czerwoną dachówką kryte dachy fortecy wznosiły się ponad wały; skutkiem wybuchu zaś wszystkie zgoła dachówki spadły i domy były zupełnie niewidoczne. Duńczycy z obawą spoglądali na miny; tego najlepiej dowodzi fakt, że mimo powszechnie wiadomych braków i słabości artyleryi broniącej portu, do końca wojny żaden okręt duński tam się nie pokazał. Chociaż owe podmorskie miny nigdy nie były użyte, jednak swoje zrobiły. Słuszny też mogę mieć żal do późniejszych historyków wojskowych, że o minach owych nawet nie uczynili wzmianki; co więcej, autorowie niemieccy wynalazek ten przypisali profesorowi Jacobi’emu w Petersburgu, jakkolwiek jego doświadczenia w Kronsztadzie o wiele lat były późniejsze od moich. Kiedy po zawarciu pokoju miny zostały wydobyte z wody, proch w workach kauczukowych okazał się zupełnie suchy. Nie ulega więc wątpliwości, że miny byłyby w zupełności odpowiedziały swemu przeznaczeniu.
Wkrótce potem wszedł główny korpus wojska pruskiego, pod dowództwem jenerała Wrangla, do księztwa Szlezwicko - Holsztyńskiego. Dostałem wprost z głównego sztabu pismo odręczne z wielkiemi pochwałami za obronę portu przez założenie min podmorskich i za wzięcie Friedrichsort’u, a jednocześnie zawiadomienie, że inna kompania stanie załogą w fortecy. Nie otrzymawszy żadnych dalszych rozkazów, przyłączyłem się do nowoutworzonego oddziału szlezwicko-holsztyńskiego, pod dowództwem pułkownika v. Zastrow, który mi powierzył jednę bateryę. Już byłem na drodze do Touderu, gdy mnie dogoniła sztafeta z rozkazem, abym się natychmiast stawił we Flensburgu, do głównodowodzącego jenerała. Przed północą byłem na miejscu. Zostałem wprowadzony do wielkiej sali, gdzie znajdowało się mnóstwo oficerów różnego stopnia i broni. Na kanapie siedzieli dwaj młodzi książęta, a obok nich jenerał Wrangel. Powitał mnie nadzwyczaj uprzejmie, poczęstował filiżanką kawy i wyraziwszy mi swoje uznanie za dotychczasowe moje usługi, oświadczył, że uważa za potrzebne port w Kilonii jeszcze wzmocnić, a port w Eckernförde także zaopatrzyć w miny podmorskie; miał bowiem zamiar z całem wojskiem wkroczyć do Jutlandyi. Wywiązała się następnie dyskusya nad sposobem ufortyfikowania tych portów i ostatecznym jej wynikiem było, że formalnie powierzoną mi została obrona portów Kilonii i Eckernförde. Kilonia zaopatrzona została w doskonałe armaty, a w Eckernförde zbudowałem dwie wielkie baterye z dział rozmaitego kalibru: jednę na północnym, drugą na wschodnim brzegu miasta. Na razie ani jeden, ani drugi port nie był polem ważnych starć; dopiero w drugim roku wojny wsławiły się moje baterye zwycięzkiem odparciem floty duńskiej.
Z chwilą mojej nominacyi na komendanta fortec Friedrichsort i Eckernförde stanowisko moje stało się zupełnie urzędowem i jakkolwiek niezmiernie zaszczytne, nie miało dla mnie żadnego uroku; nie mogłem bowiem spodziewać się żadnych osobliwych przygód i zmian. A dopiero gdy doprowadziłem do końca powierzone mi roboty, stało się wprost nużącem tak monotonnie płynące mi życie. To też coraz bardziej tęskniłem za memi zajęciami naukowo-technicznemi i za Berlinem.
Tam zaszły tymczasem wielkie zmiany. Komisya wojskowa do zaprowadzenia telegrafów elektrycznych została formalnie rozwiązaną, a telegrafy przeszły pod nowo utworzone ministeryum handlu. Dyrektorem kierującym tego wydziału został niejaki asesor Nottebohm, który w komisyi zajmował posadę administracyjną. Było postanowione postępować dalej wytkniętą przez komisyę drogą i jak najspieszniej zbudować linię podziemną od Berlina do Frankfurtu nad Menem, gdzie Zgromadzenie Narodowe niemieckie odbywało swe posiedzenia. Zwrócono się tedy do mnie, czy nie podej­mę się wykonania tych robót podług własnych moich projektów złożonych jeszcze komisyi. Chociaż niekoniecznie mi się uśmiechało stanowisko podległe owemu asesorowi, jednak przyjąłem propozycyę przedewszystkiem, żeby się wyswobodzić od nudnego życia w fortecy, a potem, żeby raz przecie na wielką skalę praktycznie wykonać moje plany.
W Berlinie zastałem Halske’go, już zajętego przygotowaniami do nowej linii. Postanowiono całkowicie przeprowadzić ją pod ziemią z obawy, aby w tak niespokojnych czasach nie uległa zniszczeniu, gdyby była widoczną. Druty izolowane za pomocą gutaperki miały być założone na półtory stopy pod ziemią bez żadnej innej armatury, dla uniknięcia znacznych kosztów. Zależało nam więc niezmiernie na jaknajlepszym gatunku gutaperki i w tem leżała cała trudność; tak bowiem wielkie było zapotrzebowanie, że dobrej gutaperki zupełnie na rynku nie było. Uciekano się do najrozmaitszych sposobów, żeby roboty z tego powodu nie cierpiały zwłoki, ale żaden nie okazał się dosyć praktycznym i druty, które w chwili zakładania były najdoskonalej izolowane, po kilku miesiącach traciły już część swojej izolacyi.
Próby odbywały się z niesłychaną starannością. W tym celu zbudował Halske galwanometr, który czułością o wiele przewyższał wszystkie dawniejsze. Wogóle niepodobna mi wyliczyć wszystkich trudności zarówno technicznej, jak praktycznej natury. Dziś, kiedy nie możemy sobie wyobrazić, jak cywilizowany człowiek mógł istnieć bez kolei żelaznych i telegrafów, trudno nawet uprzytomnić sobie ówczesne poglądy i niedowierzanie względem kwestyi, które dziś już żadnej nie ulegają wątpliwości. Pojęcia i środki, któremi obecnie każdy uczeń gimnazyalny rozporządza, trzeba było wówczas z niesłychanym zdobywać trudem.
Doczekałem się nareszcie tej pociechy, że owa pierwsza linia telegraficzna — największa nietylko w Niemczech, ale i w całej Europie w zimie 1849 r. została otwartą, tak, że obiór cesarza, dokonany we Frankfurcie, tej samej godziny wiadomy był w Berlinie. Pomyślne wyniki tych pierwszych robót skłoniły rząd pruski do przeprowadzenia nowej linii z Berlina do Kolonii i od granicy pruskiej do Verviers, a następnie i innych do Hamburga i Wrocławia.
Oświadczyłem się z gotowością budowania nowych linij, o ile otrzymam konieczny w takim razie urlop z wojska i pod warunkiem, że przyjaciel mój, Meyer, który w wolnych chwilach ciągle mi dopomagał i jak najlepiej z całą robotą był obznajmiony, na pomocnika mego z urzędu zostanie naznaczony. Otrzymałem jedno i drugie, i z wiosną 1849 r. przystąpiliśmy jednocześnie w kilku punktach do budowy linii telegraficznej do Kolonii i Verviers. Meyer posiadał wielkie zdolności administracyjne; okazywał je zwłaszcza, kierując takiemi robotami, przy których różnorodne siły zgodnie miały działać. Najpoważniejsze trudności przedstawiało przeprowadzenie linii przez Elbę i Ren; ale i te zdołaliśmy szczęśliwie pokonać. Do nowych sposobów trzeba się było też uciekać i w Belgii z powodu licznych tunelów i kamienistego gruntu, który w wielu miejscach trzeba było prochem rozsadzać.
Podczas budowy poznałem przedsiębiorcę poczty gołębiej pomiędzy Kolonią i Bruksellą; był to niejaki pan Reuter. Skutkiem zaprowadzenia telegrafu elektrycznego, przedsiębiorstwo jego, dotąd pożyteczne i zyskowne, straciło racyę bytu. Gdy pani Reuter żaliła się przedemną na grożącą jej i mężowi ruinę, poradziłem jej, ażeby w Londynie założyli biuro, czyli agencyę telegraficzną taką samą, jak istniejąca już w Berlinie pod kierownictwem p. Wolffa, której wspólnikiem był kuzyn mój, radca Siemens. Reuterowie usłuchali mojej rady i świetne osiągnęli rezultaty. Zarówno agencya telegraficzna w Londynie, jak i założyciel jej, bogaty baron Reuter, znani są w całym świecie.
Gdy linia telegraficzna belgijska została ukończona i połączona z pruską w Verviers, otrzymałem zaproszenie do Brukselli, ażeby królowi Leopoldowi pokrótce wyłożyć istotę i historyę telegrafu elektrycznego. Zastałem zgromadzoną całą rodzinę królewską i wygłosiłem przed nią obszerny referat, poparty doświadczeniami. Wszyscy wysłuchali go z natężoną uwagą i doskonale mnie zrozumieli, o czem się przekonałem z dyskusyi szczegółowej, która nastąpiła po odczycie.
Teraz nadeszła dla mnie chwila stanowcza. Należało się zdecydować i obrać dalszą karyerę. Władze wojskowe niechętnie patrzały na przedłużenie mojej służby przy ministeryum handlu i oświadczyły stanowczo, że nadal nie zezwolą już na to. Miałem więc do wyboru: albo powrót do czynnej służby wojskowej, albo przejście do służby telegrafów państwowych, gdzie miałem zapewnione miejsce kierującego technika, albo wreszcie mogłem się wyrzec wszelkiej służby rządowej i poświęcić wyłącznie działalności prywatnej naukowej i technicznej.
Zdecydowałem się na to ostatnie. Powrócić do życia wojskowego w garnizonie było niepodobieństwem dla mnie po życiu tak urozmaiconem i wobec świetnych wyników mojej pracy. Służba cywilna nie uśmiechała mi się wcale. Zbywało tam na duchu koleżeńskim, a on jeden zdoła łagodzić przygnębiające różnice władzy i stanowiska; nie było tam owej szczerości i prostoty, w imię której znieść można nawet gburowate obejście, przyjęte w wojsku. Krótkie moje doświadczenie z czasu służby cywilnej ugruntowało we mnie ten pogląd. Dopóki moi przełożeni nie mieli najmniejszego pojęcia o telegrafie, dopóty zostawiali mi zupełną swobodę ruchów i wglądali jedynie w kwestye natury finansowej. W miarę, jak bezpośredni mój zwierzchnik, asesor, a później radca Nottebohm, obznajmiał się z przedmiotem, stan rzeczy się zmieniał. Wyznaczał mi ludzi, których do niczego nie mogłem używać, dawał rozporządzenia techniczne, które uważałem za szkodliwe, zresztą zachodziły pomiędzy nami spory i starcia, które mi zatruwały całą przyjemność mego zajęcia.
Oprócz tego coraz groźniej występowały słabe strony urządzeń, na które z powodów ekonomicznych zmuszony byłem się zgodzić. Wymagało to częstych i zręcznych reparacyj; a że do tego wyznaczano po większej części ludzi nieuzdolnionych i niedoświadczonych, wynikały ztąd nowe szkody, za które odpowiedzialnym czyniono mnie i mój system. Rząd chciał budować pospiesznie i tanio; wszystkie zmiany i ulepszenia, które proponowałem, odrzucano jako zbyt kosztowne i wymagające długiego czasu i wciąż trzymano się systemu prowizorycznego.
Tymczasem fabryka aparatów telegraficznych, którą założyłem do współki z przyjacielem moim Halske’m i gdzie zawarowałem sobie miejsce, rozwinęła się znakomicie dzięki doskonałemu kierownictwu Halske’go i już powszechne zyskała uznanie. Ogólnie już poznano wielką doniosłość telegrafu w życiu praktycznem, a przedewszystkiem postanowiły zarządy kolei żelaznych rozszerzyć zakres swojej działalności i podnieść sprawność ruchu, przeprowadzając linie telegraficzne dla wydziałów sygnalizacyi i korespondencyi. Ztąd wyłaniało się mnóstwo kwestyj naukowych i technicznych, do rozwiązania których czułem się powołanym. Nie wahałem się zatem w wyborze. W czerwcu r. 1849 podałem się do dymisyi z wojska i wkrótce potem złożyłem mój urząd kierownika technicznego telegrafów rządowych. Na to ostatnie stanowisko przed stawiłem przyjaciela mego, W. Meyer’a, który nominacyę tę otrzymał i porzucił służbę wojskową.
Po 14 latach służby wojskowej, wobec bardzo niekorzystnych i powolnych awansów, doszedłem zaledwie do stanowiska „Secondelieutenanta.” Według zwyczaju dostałem żądaną dymisyę jako „Premierlieutenant” z prawem noszenia munduru. Emerytury przynależnej mi zrzekłem się; czułem się bowiem zupełnie zdrów i nie chciałem składać żadnego świadectwa orzekającego moją niezdolność do służby. Zresztą odpowiedź na moje podanie o dymisyę zawierała i naganę z powodu uchybienia jakiejś formalności. Pomimo tak mało pomyślnego rezultatu służbowego, zawsze z pewnem zadowoleniem powracam myślą do czasu mojej służby wojskowej. Z nim łączą się najprzyjemniejsze wspomnienia mojej młodości; zawód ten utorował mi drogę w życiu, a powodzenie w pracy natchnęło mnie zaufaniem we własne siły i było mi bodźcem w dążeniu do wyższych celów.






Jakkolwiek działalność i dążenia moje z wystąpieniem ze służby tak dalece się nie zmieniły, to jednak stanowisko było pewniejsze i zależne jedynie od własnej pracy i zdolności. Przedewszystkiem zależało mi na tem, ażeby przedsiębiorstwo, które nosiło moją firmę, możliwie wysoko postawić, a samemu sobie, jako człowiekowi nauki i technikowi zdobyć uznanie w świecie. Jakkolwiek największe miałem upodobanie do studyów przyrodniczych, jednakże wiedziałem, że przedewszystkiem poświęcić się muszę robocie technicznej, bo tylko ztąd osiągnięte korzyści obiecywały i dały mi rzeczywiście możność dalszego uprawiania pracy naukowej.
Cała moja praca naukowa i wynalazcza znajdowała się wówczas pod wyłącznym niemal wpływem wymagań techniki. Należało np. zbadać szczegółowo zjawiska nagromadzania się ładunków elektrycznych w przewodnikach podziemnych. Dalej należało wynaleźć sposób określania, gdzie w przewodnikach podziemnych następowało uszkodzenie bądź w izolacyi, bądź w przewodnictwie. Zbytnim wahaniom ulegające pomiary natężenia prądów należało zastąpić mierzeniem oporu, a do tego potrzebne były skale i miary ścisłe. To znów wymagało ulepszeń w budowie przyrządów do mierzenia natężenia prądu i oporu; słowem, zrodził się cały szereg zagadnień naukowych, od rozwiązania których zależały postępy techniki.
Oddawałem się z zapałem tym zagadnieniom, o ile na to pozwalały zajęcia techniczne mego przedsiębiorstwa i dzielną znajdowałem pomoc w mechanicznym talencie mego wspólnika, Halskego. Tyczy się to mianowicie licznych ulepszeń w urządzeniach telegraficznych i środkach pomocniczych, które dzięki sumiennemu i dokładnemu wykonaniu w naszych warsztatach pod kierunkiem Halske’go, wkrótce w całym świecie znalazły uznanie i zastosowanie. Wielki wpływ, jaki miała firma Siemens et Halske na rozwój i rozpowszechnienie telegrafów, przeważnie przypisać można tej okoliczności, że wykonawcą tych robót był wytrawny mechanik, a nie zegarmistrz, jak dawniej.
W owym czasie nic nie drukowałem ani w gazetach, ani w pismach technicznych; czas mi na to nic pozwalał. Nie starałem się również o żadne patenty. Niemcy nie posiadały prawodawstwa patentowego, a w Prusach przyznawano dość samowolnie prawa eksploatacyi wynalazku na trzy, czasem na pięć lat; ale w praktyce patenty nie miały żadnego znaczenia. Dlatego większa część naszych wynalazków i ulepszeń z owej epoki nie posiada stwierdzonego drukiem i patentem dowodu swego pochodzenia.
Od czasu budowy linii telegraficznej do Frankfurtu i Kolonii, wszedł w modę system drutów podziemnych. Nietylko linie rządowe z Berlina do Hamburga, Wrocławia, Królewca i Drezna były podziemne, ale i koleje żelazne dawały im pierwszeństwo, jakkolwiek można już było przewidywać rychły ich koniec, a to dlatego, że coraz częściej znajdowano ślady uszkodzeń przez szczury i myszy, mianowicie przy drutach niezbyt głęboko przeprowadzonych.
Przypuszczałem wówczas, że powłoka z ołowiu zapobiegnie złemu. Jakoż z trudem wprawdzie, ale udało mi się to ulepszenie wykonać i odtąd często używaliśmy drutów pociąganych ołowiem i te okazały się trwałemi na długi przeciąg lat. Dziś, po latach czterdziestu, niektóre z nich są jeszcze doskonale zachowane.
Między innemi zaprowadziliśmy telegraf dla policyi i straży ogniowej w Berlinie. Miał on połączyć 50 stacyj rozrzuconych po mieście z biurem policyi i ze stacyą centralną straży ogniowej w ten sposób, żeby wiadomość o pożarze dochodziła jednocześnie do wszystkich stacyj, gdy tymczasem raporty policyjne miały być słyszane i rozumiane tylko w biurze centralnem. Nasze urządzenie rozwiązało to zawiłe i interesujące zadanie i funkcyonowało przeszło 20 lat dokładnie i sprawnie, poczem ustąpić musiało prostszemu systemowi Mors’a.
Telegraf pisany Mors’a po raz pierwszy ukazał się w Niemczech w r. 1850. Niejaki Robinson w Hamburgu publicznie go demonstrował. Prostota aparatu, stosunkowa łatwość wyuczenia się alfabetu i obchodzenia się z aparatem, wkrótce zjednała mu mnóstwo zwolenników i ostatecznie wyrugowała wszystkie inne z użycia. Zarówno Halske, jak i ja, przekonani o wyższości telegrafu Mors’a, postanowiliśmy go jeszcze ulepszyć i wydoskonalić pod względem mechanicznym. Pierwsze takie telegrafy zaprowadzone zostały na linii Berlin — Wiedeń z pośredniemi stacyami we Wrocławiu i Boguminie.
Zarządy kolei żelaznych najdłużej pozostały wierne telegrafom wskazówkowym. Przy tym systemie sami wychowaliśmy sobie konkurenta, który nam później bardzo wchodził w drogę. Dr. Kramer, nauczyciel z Nordhausen, swego czasu przedstawił komisyi telegraficznej mały telegraf wskazówkowy, według jego instrukcyi przez zegarmistrza jakiegoś wykonany. Aparat jego nie wytrzymywał porównania z moim, został więc przez komisyę odrzucony. Poczciwemu generałowi Etzel’owi i mnie samemu żal było biedaka, który ostatni swój grosz poświęcił na zbudowanie aparatu. A że komisya uczuciem litości kierować się nie mogła, odkupiłem więc od Kramera jego aparat za 500 talarów. Po pół roku występuje mój dr. Kramer z nowym aparatem podług mego własnego systemu, z tą tylko odmianą, że dodał mechanizm zegarowy, który wskazówkę poruszał mechanicznie. Ówczesna komisya patentowa uznała za stosowne udzielić mu patent tak samo, jak poprzednio udzieliła go mnie. Owe telegrafy Kramera działały równie dobrze jak nasze i przyczyniły nam wiele szkody.
Od czasu mego wstąpienia do fabryki wyłącznie zajęty byłem robotami dla niej, zwłaszcza zakładaniem rozmaitych linij telegraficznych. W zimie r. 1849 i 1850 znalazłem jednak trochę wolnego czasu i użyłem go na zebranie i przygotowanie do druku wszystkich moich doświadczeń nad przewodnikami i aparatami telegraficznemi. W kwie­tniu r. 1850 przedstawiłem pracę moją zatytułowaną: „Mémoire sur la telegraphie électrique” paryzkiej akademii nauk. Dopomógł mi do tego szczęśliwy zbieg okoliczności. W Paryżu spotkałem przyjaciela mego du Bois-Reymond’a, który własną pracę miał przedstawić akademii, mnie zaś ofiarował się z pomocą przy tłomaczeniu mojej na język francuski. Zawsze z przyjemnością wspominam ten mój czterotygodniowy pobyt w Paryżu, tak zajmujący i pouczający dla mnie. Mieszkałem z du Bois Reymond’em i obcowałem z najznakomitszymi przyrodnikami francuskimi. Do komisyi, wyznaczonej do ocenienia mojej pracy, należeli: Pouillet i Régnault. Sprawozdanie o niej wygłosił Regnault na posiedzeniu akademii, na które du Bois i ja otrzymaliśmy formalne zaproszenie. Oponentem był Leverrier, który popierał elektrotechniczny telegraf Bein’a, również przedstawiony akademii. Prezydujący sekretarz stały, Arago, krótkiemi słowy położył koniec opozycyi Leverrier’a, mnie zaś podziękował w imieniu akademii za przedstawienie jej mojej pracy i oznajmił o zaliczeniu tejże do prac „des Savants étrangers.”
To publiczne ocenienie pierwszej mojej pracy z dziedziny telegrafu przez sławnych członków najznakomitszego w świecie ciała naukowego zrobiło na mnie wrażenie głębokie i niezmiernie do dalszej pracy zachęciło. Wiele względów, co prawda, przemawia przeciwko takiej urzędowej ocenie prac naukowych i technicznych, która jest do pewnego stopnia urzędowem ich ostemplowaniem i łatwo stać się może zgubną dla swobodnego rozwoju nauki; to też dozwolona jest tylko pod kontrolą ogółu, a wtedy może być pożyteczną.






Ponieważ w zagranicznych przedsiębiorstwach mojej firmy, o których teraz będzie mowa, młodzi moi bracia znaczny brali udział, nie od rzeczy będzie o każdym z nich kilka słów powiedzieć.
Wilhelm, pierwszy po mnie z kolei, przez całe życie utrzymywał ze mną korespondencyę i ścisłe bardzo stosunki. Komunikowaliśmy sobie nietylko ważne w życiu naszem zdarzenia, ale i wszelkie plany i zamiary. Nawet przekonania nasze były przedmiotem ożywionej dyskusyi; ostatecznie zawsze dochodziliśmy do porozumienia. Ponieważ ja wyżej byłem wykształcony w naukach przyrodniczych, Wilhelm zaś — jako praktyczny inżynier, jeden drugiemu przyznawał pewien autorytet we właściwej mu specyalności i to nam niezmiernie ułatwiało wspólną pracę. Nigdyśmy o siebie nie byli zazdrośni, przeciwnie, cieszyło nas, gdy jeden mógł się przyczynić drugiemu do powodzenia, lub wyrobienia mu uznania.
Gdy współka, zawarta przez nas do eksploatowania naszych wynalazków, rozwiązała się w 1846 r. Wilhelm, jako inżynier, zajmował wybitne stanowiska kolejno w rozmaitych fabrykach maszyn w Anglii. Ale natura ciągnie wilka do lasu, mówi przysłowie; wkrótce bardzo, tak samo jak ja, zatopił się we własnych wynalazkach. Ta tylko między nami była różnica, że ja poprzestawałem na rozwiązywaniu licznych zagadnień z dziedziny telegrafów, albo stosowanej do potrzeb życia praktycznego elektryczności, a Wilhelm z całem zamiłowaniem starał się rozwiązać najtrudniejsze zagadnienia termodynamiki.
Powodzenie, jakiem się cieszyły wyroby naszej fabryki berlińskiej, skłoniły Wilhelma do zawiązania stosunków z naszą firmą. Początkowo był naszym agentem w Anglii, dostarczał nam obstalunków i nader zręcznie potrafił zwrócić uwagę techników angielskich na wyroby i prace naszej firmy. Szczególniej dopomogła do tego pierwsza wszechświatowa wystawa londyńska w r. 1851. Przedmioty, wystawione przez firmę Siemens & Halske, — uzyskały najwyższe odznaczenie „Counucil medal.”
Bracia moi, Hans i Ferdynand, pozostali zawsze wierni gospodarstwu rolnemu; opuściwszy strony rodzinne, zajęli odpowiednie stanowiska w Prusach Wschodnich.
Fryderyk był marynarzem. Po kilku długich podróżach ostygł jego zapał do tego zawodu. A że wielką okazywał chęć do nauki, sprowadziłem go do Berlina, gdzie z czasem tak go zainteresowały moje prace i przedsiębiorstwa, że odtąd dzielnie mi dopomagał, starając się obok tego zawsze uzupełniać braki w swojem wykształceniu technicznem. Tak samo i Karol, spędziwszy po śmierci rodziców kilka lat w Lubece u wuja, przeniósł się do Berlina, gdzie skończył szkoły. Potem był moim asystentem w pierwszych przedsiębiorstwach technicznych, szczególniej dopomagał mi przy zakładaniu podziemnych telegrafów.
Pozostali jeszcze dwaj najmłodsi: Walter razem z Karolem przybył do Berlina i tu chodził do szkół. Ottona zaś oddałem do Halli do szkoły pedagogicznej; nie miałem bowiem czasu osobiście jego nauką kierować.
Z sióstr moich jedna była za profesorem Himly’m w Kilonii, druga, Zofia, za uczonym prawnikiem, dr. prawa Crome w Lubece.
Nie wdając się w bliższe rozpatrywanie szczegółów charakteru moich braci, powiem tylko, że wszyscy odznaczali się niezwykłą inteligencyą i nieposzlakowaną uczciwością. Nie zawsze i nie we wszystkiem zgadzaliśmy się, ale silniejszą nad to okazała się miłość braterska, która nas łączyła i do wspólnej zachęcała pracy.
Co się tyczy mnie osobiście, to jakiekolwiek były zalety i wady mego charakteru, to te mało się uwydatniły na zewnątrz w mojem życiu; i wobec szczególniejszych okoliczności i losów moich zawsze schodziły na plan drugi. Zawsze starałem się obowiązek mój spełnić jak najlepiej, według sił. Uznanie ludzkie było mi wprawdzie miłe, ale wstręt miałem do wszelkich przechwałek i nie pragnąłem nigdy żadnych honorów. Być może, że i to było w swoim rodzaju próżnością, że zawsze pragnąłem być czemś więcej, niż tem, za co mnie ludzie mieli. Ujawnianie zaś moich zasług wolałem pozostawić innym.






Rok 1852 był przełomową chwilą zarówno w prywatnem, jak w publicznem mojem życiu.
roku udałem się po raz pierwszy do Rosyi. Firma moja już w r. 1849 zawiązała stosunki z Rosyą za pośrednictwem kapitana Lüdersa, który z polecenia rządu rosyjskiego podróżował po Europie, ażeby się przekonać, jaki jest najlepszy system telegrafu elektrycznego, i w tedy zaproponował nasz dla budującej się linii z Petersburga do Moskwy. U firmy Siemens i Halske obstalowane zostały tylko aparaty, przeprowadzenia zaś przewodników podziemnych miał dokonać sam rząd. Rokowania o dalsze obstalunki wymagały mojej obecności w Petersburgu.
Pojechałem na Królewiec, dokąd już oddawna ciągnęło mnie serce. Mieszkał tam znany badacz, historyk Drumann, ożeniony z kuzynką moją, panną Mehlis, a więc spowinowacony ze mną. W r. 1844 przejeżdżała pani Drumann z córką Matyldą przez Berlin i kilka dni tam zabawiła. Służyłem tym paniom za cicerone i niezmiernie przyjemnie zeszedł mi czas spędzony w ich towarzystwie. Z powrotem miały również być w Berlinie i z góry cieszyłem się na ten przyjazd kuzynki, a bardziej jesz­cze pięknej i rozumnej jej córki. Niestety przyjemność ta zatrutą została nader bolesnym wypadkiem. Profesorowa Drumann przyjechała chora do Berlina i po kilku dniach umarła na zapalenie płuc. Byłem nietylko jedynym krewnym, ale jedynym znajomym tej rodziny w Berlinie, musiałem też wziąć na siebie wszystkie obowiązki głowy rodziny. Bezbrzeżny smutek i osamotnienie biednego dziewczęcia przejęło mnie współczuciem. Wkrótce przybył wuj jej, radca Mehlis z Hanoweru z żoną, i ulżył mi w trudnem i niezwykłem położeniu; ale nie mogłem zapomnieć strapionej i z takiem zaufaniem garnącej się do mnie biednej panienki. Od tego czasu minęło ośm lat i korespondencya nasza, z początku bardzo ożywiona, powoli ustała. W trakcie tego brat mój, Ferdynand, zaręczył się z siostrą Matyldy i z pomocą profesora Drumond’a kupił majątek ziemski w Prusach Wschodnich. Ale zanim jeszcze się ożenił, narzeczona jego zachorowała i po kilku latach, mimo najczulszych starań siostry, umarła. Teraz na mnie przyszła kolej: mogłem spełnić najgorętsze moje życzenie, dotrzymując nawet danego sobie słowa, że ożenię się dopiero wtedy, gdy własne moje środki na to pozwolą. Halske dobrze gospodarował: kupiliśmy w Berlinie dom przy Markgrafenstrasse, od tyłu wybudowaliśmy piękny i obszerny warsztat, a w domu frontowym mieszkaliśmy. W usłanem gniazdku brakowało tylko żony. Dlatego też wkrótce po przyjeździe moim do Królewca, w dzień urodzin mojej matki, 11 stycznia, zwróciłem się do Matyldy z prośbą o rękę, o czem tak dawno marzyłem. Odpowiedź jej zrobiła ze mnie najszczęśliwszego z ludzi.
Długo nie mogłem bawić w Królewcu, gdyż 20-go stycznia czekano mnie w Rydze, zkąd mieliśmy przeprowadzać telegraf do Boldera. Wówczas jeszcze jedynym środkiem komunikacyi w Rosyi była poczta, i ta na głównych traktach była stosunkowo dobrze zorganizowana. Co 20 albo 30 wiorst były zbudowane domy i stajnie; można tam było przenocować i dostać koni, o ile były wolne, a podróżny, zaopatrzony w rozkaz urzędowy do pocztmistrzów, którzy w takim razie obowiązani byli dostarczyć koni za opłatą podług taksy. Posiadacz tego rozkazu, czyli t. zw. podorożnej, jeżeli nie miał własnego powozu, dostawał mały chłopski wózek na 4 kołach bez resorów i fordekla, zaprzężony w 3 zazwyczaj niezgorsze konie, z których jeden, środkowy, był w dyszlu w kształcie wideł, a dwa boczne zwrócone na bok. Przy prawdziwej „trójce” musi koń środkowy iść kłusem, a boczne galopem. Za siedzenie służy podróżnemu zazwyczaj własny jego kufer, albo wiązka słomy i tak pędzi co tchu z jednej stacyi do drugiej, jeżeli nb. wyprzedza go fama o hojnych napiwkach.
Jazdy takiej trzeba się dopiero uczyć. Trzeba, siedząc na kufrze, dobrze się pochylić naprzód, żeby własny kręgosłup zastąpił resory i chronił mózg od gwałtownych podskakiwań kół na drogach najczęściej nieosobliwych. Inaczej niechybnie się dostaje silnego bólu głowy. Jednakowoż można się bardzo prędko przyzwyczaić do tego rodzaju podróży tak dalece, że się doskonale śpi w pozycyi siedzącej, kołysząc się w jednę i drugą stronę. Jeżeli dwóch ludzi podróżuje na jednej teledze, to się zwykle przywiązują do siebie pasami i regulują tym sposobem swoje ruchy, tak, żeby się głowami wzajemnie nie uderzali. Zresztą przekonałem się, że jazda na teledze bardzo jest zdrowa, jeżeli się zachowa miarę. Naturalnie, kuryer, jadący kilka tygodni dniem i nocą bez przerwy, nieraz taką podróż życiem przypłaca.
Aż do Rygi była droga przyjemna i zajmująca. Ale tu już panowała zima i sanna w całej pełni. Rosyjskie kibitki są to nizkie, dość krótkie sanki, ze wszystkich stron zasłonięte rogożą w razie dłuższej podróży. Siedzenie stangreta oddzielone jest od wnętrza ścianą w rogoży, w której wycięte są dwa otwory, niby okna, przepuszczające nieco światła. Z każdej strony sanek przymocowane są klapy z rogoży, umożliwiające wsiadanie i wysiadanie.
Po raz pierwszy, jadąc do Rosyi i nie rozumiejąc słowa po rosyjsku, musiałem sobie w Rydze poszukać towarzysza podróży. W gazecie wyczytałem ogłoszenie o kimś, co posiadał własną kibitkę i płynnie mówił po niemiecku i po rosyjsku. Jak się to w ciągu podróży dopiero wykryło, była to niemłoda żona kupca ryskiego, która w ten sposób taniej chciała odbyć coroczną swoją podróż po zakupy do Petersburga. Tak napakowała sanki słomą i poduszkami, że tylko leżeć w nich było można i rogożę miało się tuż przy twarzy. Strasznie było zimno, i im bardziej zbliżaliśmy się do celu naszej podróży, tem dotkliwiej czuć się dawał suchy, ostry wiatr północny, od którego przy 18° mrozu niczem nie było można się ochronić.
Na trzeci dzień rano dojechaliśmy do stacyi Narwy i tu padliśmy ofiarą chytrości pocztmistrza, co się tu zresztą często w rozmaitej praktykuje formie. Poczthalter stanowczo oświadczył, że nie może w żaden sposób dalej nas wyekspedyować, gdyż konie ze wszystkich stacyi do samego Petersburga zostały zabrane i użyte do wielkiego polowania Cesarskiego na niedźwiedzie. Niby to wzruszony płaczem mojej kupcowej, ofiarował nam nakoniec parę doskonałych koni, które tego samego dnia jeszcze miały nas dowieźć do Petersburga. Dobiliśmy targu i przebiegły rosyanin przekonany był, że na swojem kłamstwie zarobił sporą sumkę. Dalsze nasze przygody przekonały go, że się przerachował.
Naszą kibitką powoził młody chłop; nie miał futra, ani ciepłego obuwia. Nic dziwnego, że się często zatrzymywał; potrzebował się czegoś gorącego napić, żeby nie zmarznąć. Ostatecznie zginął nam. Musiałem wysiąść z kibitki, co niełatwo mi przyszło; miałem bowiem dwa futra na sobie, a mimo to byłem skostniały. Zastałem naszego „izwoszczyka” w poblizkiej budzie z kieliszkiem w ręku, a mocno podejrzany żyd, właściciel szynku, wciąż mu wódki dolewał. Powiedziałem łotrowi parę słów i zagnałem go z powrotem do kibitki, ale po drodze uderzyły mnie dziwne jakieś znaki, któremi widocznie się porozumiewał z towarzyszącym nam szynkarzem. Nie zdziwiłem się też bynajmniej, gdy moja towarzyszka krzyknęła przeraźliwie, że kufer jej spadł z sanek. Spostrzegła to natychmiast, bo kufer jej przymocowany był do kozła tak, że zasłaniał okienko. Z trudnością zdołaliśmy przymusić izwoszczyka do zatrzymania się. Musiałem ostatecznie wybić drugie okienko, wysunąć rękę i zrzucić chłopa na ziemię. Na szczęście, znaleźliśmy kufer niedaleko; sznur, którym był przywiązany, oczywiście był przecięty.
Teraz okazało się, że izwoszczyk zupełnie był pijany i co moment pakował nas do rowu. Nie pozostawało mi nic innego do zrobienia, jak siąść na kozioł i odebrać mu cugle z ręki. On zasnął i nie dał się obudzić ani wymyślaniem, ani szturchańcami. Ja sam czułem, że mi nogi kostnieją i gdy cugle chciałem przełożyć, spostrzegłem, że mam ręce zmarznięte i martwe. Zdołałem jeszcze z saniami podjechać do rowu i zębami ściągnąć rękawiczki z rąk. Furman spadł z kozła i leżał jak nieżywy na ziemi. Mogłem więc odrazu załatwić dwie pożyteczne czynności: jego głowę zmywałem śniegiem, przez co i ręce moje odmarzły. Ale nie prędko poczułem w nich życie. Wkrótce i furman przyszedł do siebie: wykrzywiał się, narzekał i przepraszał. I tak po ciemku mogliśmy dalej jechać, a raczej iść piechotą obok sanek; dotarliśmy do Krasnegosioła i zanocowaliśmy na poczcie. Tamtejszy poczthalter nazajutrz krótko i węzłowato odpowiedział na naszą skargę na pocztmistrza z Narwy i na izwoszczyka: pieniądze umówione za drogę do Petersburga kazał sobie wypłacić, izwoszczykowi wsypał własnoręcznie porcyę kijów i odesłał go do jego pana. Nas własnemi końmi wyprawił do Petersburga.
W Petersburgu nadzwyczaj uprzejmym okazał się dla mnie kupiec Heyse, stryj romansopisarza, Pawła Heyse’go. Bardzo przyjemne było towarzystwo jego i całej rodziny, którą znałem jeszcze w Magdeburgu; byli to ludzie gościnni i wykształceni; na obczyźnie bynajmniej się nie wyzbyli cech swego niemieckiego pochodzenia; to też ku wielkiemu memu zadowoleniu, wynaleźli mi mieszkanie w najbliższem swojem sąsiedztwie.
Petersburg, położony wspaniale, jego ulice ogromne i kolosalne place, a nadewszystko szeroko płynąca Newa - wszystko to potężne na mnie zrobiło wrażenie. Wrażenie to jeszcze podnosiło życie ludu rosyjskiego, takie obce dla cudzoziemca i dziwna mieszanina wielkich wspaniałych pałaców z małemi drewnianemi domkami na szerokich i długich bez końca ulicach. Ciągły i ożywiony ruch sanek i zupełny brak powozów w zimie dziwnie uderza cudzoziemca, po raz pierwszy bawiącego w Petersburgu. A to, że się nie rozumie języka i że się nie jest wstanie przeczytać żadnego szyldu, ani nazwy ulic na rogach, napełnia człowieka poczuciem osamotnienia i bezradności, któremu się nikt oprzeć nie zdoła. Tem więc milszą jest solidarność, łącząca rodaków i wogóle całą i bardzo liczną kolonię cudzoziemską, a zwłaszcza niemiecką; ta ostatnia znaczne ztąd odnosi korzyści, że Nadbałtyckie prowincye rosyjskie, a mianowicie klasy inteligentne, zachowały swoją niemiecką narodowość. Wyższe stanowiska administracyjne wówczas prawie bez wyjątku zajmowane były przez Niemców z prowincyj Nadbałtyckich. To ułatwiało niezmiernie położenie przybywających do Petersburga Niemców zarówno pod względem towarzyskim, jak i w interesach. Mnie się to specyalnie przydało, gdyż listy polecające z Berlina dały mi wstęp do sfer naukowo-przyrodniczych. Zostałem gościnnie przyjęty przez najsławniejszych przedstawicieli niemiecko-rosyjskiej wiedzy przyrodniczej, jak np. Kupfer, Lenz, Jacobi i v. Baer.
Niestety, stosunki te równie przyjemne, jak korzystne dla moich interesów, zostały nagle przerwane.
Pewnego dnia obudziłem się niezdrów. Napróżno próbowałem się leczyć łaźnią parową i innemi, przezemnie samego przepisanemi środkami. Nazajutrz, na szczęście, odwiedził mnie mój przyjaciel, Heyse, poznał, że jestem ciężko chory i przysłał mi lekarza. Dostałem odry, która wówczas w Petersburgu panowała, a potem zapalenia nerek. Musiałem kilka miesięcy przeleżeć w łóżku i długo jeszcze czuć mi się dawały skutki tej ciężkiej choroby.
Pominąwszy to przejście, osobiście dla mnie przykre, przyznać muszę, że rezultat mojej podróży dla naszych interesów był świetny. Dostaliśmy obstalunek na przeprowadzenie podziemnej linii telegraficznej z Petersburga do Oranienbaumu i na połączenie tejże za pomocą kabli z Kronsztadem.
Budowa linii kronsztadzkiej i konieczność zorganizowania przedstawicielstwa naszej firmy w Rosyi, sprowadziła mnie powtórnie do Petersburga w lecie r. 1852. Na reprezentanta wybrałem kupca I-ej gildy, Kaphera, który doświadczeniem swojem i obrotnością niemało się przyczynił do powodzenia naszych rosyjskich przedsiębiorstw i zawiązał bardzo pożyteczne stosunki z ministeryum dróg i komunikacyi, zarządzającem budową i eksploatacyą linij telegraficznych.
Ślub mój z Matyldą Drumann odbył się dnia 1-go października r. 1852 w Królewcu. Po krótkim pobycie w Berlinie udaliśmy się nad Ren, a potem do Paryża, gdzie bawili właśnie moi bracia, Wilhelm i Karol. Po tylu latach trosk i ciężkiej pracy używałem niczem niezamąconego szczęścia miodowych miesięcy. Żona moja również potrzebowała tego wytchnienia po latach całych. Obojgu nam z dniem każdym wracały młodość i siły, zacierały się w nas ślady ciężkich chwil.
Niestety, krótko mi przyświecał ten promień słońca. Po drugiem dziecku zaczęła już Matylda niedomagać. Rozwijały się w niej zarodki choroby, którą prawdopodobnie zaraziła się, nie odstępując chorej siostry ani na chwilę. Blizko dwuletni pobyt w Reichenhall, Meran i innych miejscowościach leczniczych pokrzepił nieco jej siły, ale na krótko. Po 13 latach pożycia zgasła, zostawiając mi dwóch synów i dwie córki.
Na wiosnę roku 1853 powierzono nam budowę telegrafu dla kolei żelaznej z Warszawy do granicy pruskiej. My zaś zaproponowaliśmy bratu, Karolowi, objęcie kierownictwa nad tą budową i innemi robotami, projektowanemi w Rosyi. Karol zgodził się na to i wywiązał się w okolicznościach poniekąd bardzo ciężkich z zadania swego tak doskonale, żeśmy nigdy nie pożałowali zaufania, położonego w tak młodym człowieku. Jego energii i znajomości rzeczy głównie zawdzięczamy szybki i pomyślny rozwój rosyjskiego przedsiębiorstwa.
W Rosyi panował wówczas cesarz Mikołaj, a po nim najpotężniejszy był minister dróg i komunikacyi hr. Kleinmichel. Dotąd nie miałem żadnych osobistych stosunków z tym dygnitarzem, przed którym Rosya cała drżała. Wszystkie obstalunki i układy ze mną toczyły się za pośrednictwem ba­rona Lüdersa. Ale gdy ten zachorował i wyjechał na kuracyę do Niemiec, zostałem wezwany wprost przez hr. Kleinmichela do Petersburga. Jak zwykle, udałem się do ambasady rosyjskiej w Berlinie po wizę paszportu. Ku wielkiemu mojemu zdziwieniu, wizy mi odmówiono. Gdy przed samym ambasadorem żaliłem się na to, odpowiedział mi, że wizy nie dostanę z powodu wyraźnego rozporządzenia tajnej policyi petersburskiej. Ponieważ nie wyjawiono mi przyczyny tej odmowy, nie pozostało mi nic innego, jak zatelegrafować do hr. Kleinmichela, że nie mogę się stawić na jego wezwanie, gdyż odmówiono mi zawizowania paszportu. Odwrotną pocztą przyszedł rozkaz i zjawił się u mnie urzędnik z ambasady z przeproszeniem za zaszłe nieporozumienie i wręczył mi zawizowany paszport.
Jednakowoż, gdy w kilka dni później, jadąc do Warszawy, stanąłem na granicy rosyjskiej, przekonałem się, że mimo wyjaśnionego niby nieporozumienia, uważany byłem za człowieka podejrzanego. Rzeczy moje zostały, mimo wszelkich z mojej strony przedstawień, z niezwykłą surowością zrewidowane. Zabrano mi najmniejszy nawet świstek zapisanego papieru i oświadczono, że uwolniony będę od najsurowszej rewizyi osobistej tylko w takim razie, jeżeli całą moją korespondencyę oddam i słowem honoru zaręczę, że nie posiadam już nic drukowanego, ani pisanego. Odpowiedziałem na to, że wracam do siebie, bo nie podoba mi się znosić takiego traktowania. Na to oświadczono mi, że „muszę” jechać do Warszawy i tam czekać na dalszą decyzyę. Byłem więc rosyjskim więźniem politycznym.
Przybywszy do Warszawy, skarżyłem się na takie obejście się ze mną przed jenerałem Aureggio, dyrektorem kolei żelaznej W.-W., który podpisał nasz kontrakt na budowę linii telegraficznej. Jenerał przyrzekł, że przedstawi moją sprawę księciu Paskiewiczowi, ówczesnemu namiestnikowi Królestwa Polskiego.
Na zapytanie jenerała, czym czego nie zrobił, nie napisał, lub nie powiedział, coby na mnie podejrzenie ściągnąć mogło, odpowiedziałem, że pewien radca stanu ofiarował się wyrobić mi order u rządu rosyjskiego za położone przezemnie zasługi — a ja na to oświadczyłem, że mi na tem nierównie mniej zależy, niż na dalszych obstalunkach na budowę linij telegraficznych w Rosyi. Namiestnik śmiał się serdecznie, gdy mu jenerał Aureggio powtórzył moje wyznanie i kazał mi powiedzieć, że na mojem miejscu byłby tego samego zdania. Natychmiast mi zwrócono wszystkie papiery moje razem z paszportem. Po krótkim pobycie w Warszawie, gdzie widziałem się z bratem moim, Karolem, puściłem się w dalszą drogę.
Po sześciu dniach arcy-niewygodnej podróży karetką pocztową zajechałem do Petersburga. Udałem się natychmiast do hr. Kleinmichel'a, który (słyszałem to już w Warszawie) sam na swoją odpowiedzialność kazał mi wydać paszport. Hrabia wysłuchał mnie uprzejmie i przejrzał świadectwa nasze o wykonanych już robotach. Przygoda moja na granicy oburzyła go widocznie. Gdy przeczytał nader pochlebne świadectwo prezesa policyi berlińskiej o założeniu przez nas telegrafu policyjnego, a w niem wzmianki, że pod względem politycznym bynajmniej nie jestem podejrzany, hrabia odesłał mnie z tem świadectwem do jenerała Dubbelt'a, szefa policyi tajnej.
— Powiedz pan jenerałowi — (to były własne jego słowa) — że rozkazuję mu świadectwo to przeczytać; potem natychmiast mi je pan przynieś; chcę bowiem pokazać je Cesarzowi.
Rozkaz ten postawił mnie w bardzo trudnem położeniu. Na szczęście, miałem list polecający od jednego z naszych przyjaciół warszawskich do wyż­szego urzędnika policyi tajnej. Udałem się do niego i prosiłem o radę, jak mam postąpić, aby rozkaz wykonać, a nikogo nie obrazić? Od niego się dowiedziałem, że to z Kopenhagi przyszła denuncyacya, przedstawiająca mnie jako człowieka niebezpiecznego, zaprzyjaźnionego ze wszystkimi demokratami i profesorami w Kilonii. Skutkiem tego odmówiono mi paszportu. Oczywiście w ten sposób odwdzięczyć mi się chcieli Duńczycy za podłożenie min w Kilonii i za zbudowanie bateryi w Eckernförde. Wyjaśnienie to uspokoiło zarówno naczelnika tajnej policyi, który mnie przyjął jak najuprzejmiej, jak i samego hr. Kleinmichel’a.
Rozpisałem się tak obszernie o tym epizodzie z pobytu mojego w Rosyi dlatego, że jest doskonałą ilustracyą ówczesnych stosunków w Cesarstwie, a oprócz tego niezmiernie korzystnie wpłynął na nasze interesy i przedsiębiorstwa.
Władza hr. Kleinmichel’a była wówczas tak wielka, że za życia Cesarza Mikołaja nic i nikt się jej oprzeć nie zdołał. Hrabia nabrał zaufania do mnie i w zupełności przelał je potem na mego brata Karola. Tylko dzięki potężnej jego opiece mogliśmy dokonać szczęśliwie wielkich robót, które nam powierzył. Hrabia nie taił się przedemną, że najchętniej zatrzymałby mnie na stałe w Petersburgu dla przeprowadzenia dalszych swoich planów. Ponieważ na to zgodzić się nie mogłem, zatem odjeżdżając w końcu lipca, zapowiedziałem przybycie mojego brata Karola, który w budowie linii telegraficznych wielce jest doświadczony i rozkazy jego nierównie lepiej odemnie potrafi wykonać.
Po upływie kilku dni Karol przedstawił się hrabiemu. Z początku zadziwił hrabiego jego wiek młodzieńczy i wygląd; był niezadowolony i z niedowierzaniem wydał mu niektóre polecenia. Ale wkrótce przekonał się o jego wyjątkowem uzdolnieniu i narówni ze mną obdarzał go najzupełniejszem swojem zaufaniem.
W jesieni r. 1853 ukończył Karol linię kronsztadzką. Była to pierwsza linia telegraficzna podmorska w świecie; była czynną aż do ostatnich czasów, jest przeto doskonałym dowodem trwałości dobrze urządzonych kabli podmorskich.
Na wiosnę r. 1854 wybuchnęła wojna Krymska. Skutkiem tego otrzymaliśmy polecenie zbudowania jak można najprędzej linii telegraficznej zewnętrznej wzdłuż szosy prowadzącej z Warszawy do Petersburga, a raczej do Gatczyny (ta już była połączona z Petersburgiem linią podziemną). Pojechałem tedy w kwietniu do Warszawy i zorganizowałem tam oddział robotników, który pod rozkazami pułkownika Beelitz'a, dawnego mojego towarzysza broni, a teraz wspólnika naszej firmy, miał zacząć budowę linii od Warszawy. Następnie udałem się do Petersburga i tam zorganizowałem razem z Karolem drugi oddział; ten miał pod komendą Karola rozpocząć roboty w Gatczynie i prowadzić linię ku Warszawie. Takim sposobem linia ta długa 1,100 wiorst została przeprowadzona w kilka miesięcy ku wielkiemu zdziwieniu Rosyan, nieprzyzwyczajonych do szybkiej i dobrze zorganizowanej roboty.
Gdy oba oddziały na pół drogi, t. j. w Dynaburgu się spotkały i cała linia jak najlepiej funkcyonowała, mógł Karol donieść hrabiemu Kleinmichel’owi, że roboty na oznaczony termin zostały ukończone. Hrabia nie chciał wierzyć. Dopiero gdy w jego obecności na depeszę wysłaną z Pałacu Zimowego nadeszła momentalna odpowiedź z Warszawy, przestał wątpić i natychmiast doniósł Cesarzowi o tym szczęśliwym fakcie.
Rząd rosyjski pod wpływem pomyślnych wyników naszej pracy postanowił całe państwo pokryć siecią telegrafów elektrycznych. Polecono nam jak najśpieszniej przeprowadzić linię z Moskwy do Kijowa (Moskwa z Petersburgiem już była połączona), z Kijowa do Odesy, z Petersburga do Rewla, z Kowna do granicy pruskiej, z Petersburga do Helsingforsu. Wszystkie te linie, mimo niezliczonych trudności, zostały ukończone w ciągu r. 1854 i 1855 i w czasie srożącej się jeszcze wojny krymskiej Rosyi ogromne oddawały usługi.
Ażeby sobie wyobrazić trudności, z jakiemi musieliśmy walczyć w ciągu budowy tych linij, dosyć wspomnieć, że wszystkie zgoła materyały (za wyjątkiem jednych tylko drewnianych słupów telegraficznych) sprowadzaliśmy z Berlina i Niemiec zachodnich, że w całej Rosyi były wówczas tylko dwie linie kolei żelaznych: od granicy pruskiej do Warszawy i z Petersburga do Moskwy; i że wszystkie drogi i wszystkie środki komunikacyi z powodu wojny zajęte były przez transporty wojskowe. Dodać jeszcze należy, że transport ciężkich materyałów morzem z portów niemieckich do rosyjskich był uniemożliwiony z powodu blokady tych ostatnich.
Z wiosną r. 1855 udałem się na dłuższy nieco pobyt do Petersburga, ażeby tam odpowiednio zorganizować nasze biuro konstrukcyjne.
Uważałem już zadanie moje prawie za ukończone i myślałem o powrocie, gdy nagle o północy zostałem wezwany do jenerała Guerhardt’a, pomocnika hr. Kleinmichel’a. Ten oznajmił mi, że Cesarz postanowił jak najśpieszniejsze przeprowadzenie linii telegraficznej na Krym aż do Sewastopola. Hrabia zatem życzy sobie, ażeby kosztorys razem z terminem ukończenia robót wręczony mu został nazajutrz o godzinie 7-ej zrana. Stanęły mi na myśli wszystkie trudności i przeszkody, o których powyżej wspominałem. Ale wszystko ustąpić musiało przed wszechpotężnem w Rosyi słowem: Cesarz tak chce. I w rzeczy samej linia została zbudowaną.
Kiedy o 7-ej punkt stawiłem się u jenerała, dowiedziałem się, że ten przed dwoma godzinami został wezwany do hrabiego i dotąd nie wrócił.
Po 8-ej zjawił się i oznajmił mi, że hr. Kleinmichel o 6-ej rano już był u Cesarza i zapewnił go, że linię z Mikołajewa do Perekopu zbudują w ciągu 6 tygodni, a z Perekopu do Sewastopola w ciągu 10 i po tych samych cenach, co linię z Kijowa do Odesy. Oświadczyłem, że to jest niepodobieństwem. Sam transport drutów i aparatów z Berlina potrwa co najmniej 2 miesiące. Koszty będą nierównie większe, a prowadzenie robót niemal na samem polu bitwy jest niemożliwe dla pracowników cywilnych. Wszystko nic nie pomogło. Nie słuchano mnie wcale. Wszak Cesarz już wyrzekł słowo.
W ciągu dnia otrzymałem pismo urzędowe z doniesieniem, że Cesarz dziękuje nam za usługi oddane Rosyi w tak ciężkich okolicznościach i również za propozycyę szybkiego zbudowania niezbędnej linii telegraficznej do teatru wojny i zarazem spodziewa się, że wobec trudnego bardzo położenia, linia ta mniej kosztować będzie, niż inne poprzednio zbudowane.
Znaleźliśmy się tedy w położeniu bez wyjścia. Lato miało się już ku końcowi, o sprowadzeniu nowych materyałów ani myśleć, zarówno jak i o przedostaniu się przez tak szeroką i bagnistą rzekę, jak Dniepr. A jednak rozkaz cesarski musiał być wykonany. Jedyny sposób przeprowadzenia linii telegraficznej przynajmniej do Perekopu polegał na tem, ażeby pozbierać wszystkie materyały pozostałe z budowy ukończonych już linij, przesłać je do Mikołajowa i linię przeprowadzić dłuższą drogą wprawdzie, na Bracław, gdzie się znajdował most na Bohu. Jeszcze tej samej nocy skomunikowaliśmy się telegraficznie ze wszystkiemi stacyami rosyjskiemi i kapitan Beelitz otrzymał polecenie, ażeby się starał o niezbędną ilość słupów telegraficznych. Beelitz odpowiedział, że musi porozumieć się z kupcami żydowskimi i że już rozesłał po nich posłańców na wszystkie strony. Tu rozpoczęła się między nami oryginalna rozmowa: Beelitz donosi, że znalazł się Żyd, który żąda 15 rubli od słupa. Odpowiedź: „Wyrzuć go za drzwi.” Beelitz telegrafuje: „Już go niema; drugi żąda 10 rubli.” Ja: „Wyrzuć go!” Beelitz: „Już. Współka żydowska żąda po 6 rubli.” Z nią weszliśmy w układy i dobiliśmy targu.
Dosyć, że po niesłychanych wysiłkach zdołaliśmy wolę cesarską spełnić przynajmniej w zasadniczych punktach. Linia telegraficzna do Perekopu była gotowa na czas oznaczony, a linia do Sewastopola dosyć wcześnie, aby o wzięciu fortecy można było telegraficznie donieść do Petersburga. Przeprowadzenie telegrafu na przestrzeni 200 kilometrów, w czasie wojny, przez drogi, zajęte transportami wojennemi, do oblężonej fortecy, było ciężkiem zadaniem, z którego brat mój Karol i jego pomocnicy wywiązali się zaszczytnie. Finansowo był to interes nieświetny; pochłonął większą część zysków, osiągniętych z poprzednich naszych robót w Rosyi.
Po wydaniu wszystkich rozporządzeń miałem zamiar w lipcu powrócić do kraju. Żona moja spodziewała się bowiem powtórnego rozwiązania. Ku wielkiemu memu zdziwieniu, mimo kilkakrotnych moich nalegań, policya odmówiła mi wydania paszportu. Zwróciłem się do hr. Kleinmichel’a z zażaleniem, ale ten mi oświadczył, że nie mogę wyjechać, dopóki rozpoczęta linia do Sewastopola nie będzie zupełnie skończoną. Wszystkie moje prośby i protesty na nic się nie przydały. Hrabia nie cofnął rozkazu danego policyi, byłem więc „internowany” (jak tu mówią) w Petersburgu na nieograniczony czas.
Na szczęście, zjawił się w tym czasie w Petersburgu ks. pruski z misyą dyplomatyczną. Postanowiłem z okoliczności tej skorzystać, ażeby się wydostać z mojej półniewoli. Wyrobiłem sobie audyencyę u księcia przez jego pierwszego adjutanta, hr. Goltz’a, któremu przedstawiłem przykre moje położenie. Książę przyjął mnie niezmiernie łaskawie i oświadczył, że z przyjemnością spoglądał po drodze na słupy telegraficzne, które dzięki mojej pracy utrzymują go w połączeniu z ojczyzną nawet w tak wielkiem oddaleniu. Rezultat tej audyencyi i widocznej łaski księcia dla mnie był świetny. Jeszcze tego samego dnia był u mnie urzędnik policyjny z paszportem i przepraszał za nieporozumienie.
Rząd rosyjski wraz z budową oddał nam i t. z. remont linii telegraficznych na lat 12, co pociągało za sobą konieczność urządzenia w Petersburgu stałego biura technicznego. Kierownictwo nad niem oddałem memu bratu, Karolowi, który się ożenił z piękną i mądrą córką naszego reprezentanta, p. Kapher’a, i przyjął poddaństwo rosyjskie jako Finlandczyk, ażeby mieć prawo prowadzenia w Rosyi wszelkich robót i przedsiębiorstw.
Muszę tu wspomnieć jeszcze o jednej, bardzo ważnej dla nas okoliczności. Hr. Kleinmichel oddał był początkowo nadzór nad liniami telegraficznemi zarządowi dróg bitych, czyli szos, za wynagrodzeniem 100 rs. od wiorsty. W rezultacie okazało się, że nadzór ten nie istnieje; o przypadkowem lub umyślnem uszkodzeniu linii, czy aparatu nie bywaliśmy nawet zawiadamiani, ztąd ciągłe i długie przerwy w komunikacyi. Wobec tego zażądał hrabia, aby nadzór objęty został przez naszą administracyę na tych samych warunkach. Wykonanie takiego osobistego nadzoru było niemożliwe, musielibyśmy do tego używać ludzi miejscowych, a ci nie lepiej służyliby nam, jak rządowi. Chcąc jednak uczynić zadość żądaniu hrabiego, urządziliśmy kontrolę mechaniczną, o której, z pominięciem szczegółów, powiem tyle, że była tanią i wybornie odpowiadała swemu celowi. Przerwy nie trwały nigdy dłużej, jak jeden dzień, mimo kolosalnej długości linii, po większej części wśród pustych stepów przechodzącej. Formalny kontrakt, zawarty w tej mierze, okazał się dla nas niezmiernie korzystnym i powetował nam sowicie zkądinąd poniesione straty.
Zarówno powierzony nam remont, jak i budowa coraz nowych linii zapewniła firmie naszej zupełnie wyjątkowe stanowisko w Rosyi. Otrzymaliśmy urzędowy tytuł „kontrahentów do budowy i remontu cesarskich linii telegraficznych w Rosyi,” a dla urzędników naszych prawo noszenia munduru z oznakami ich rangi. To ostatnie rozporządzenie było koniecznym warunkiem powodzenia dla naszego przedsiębiorstwa i zapewnienia poszanowania dla naszych pracowników.






Druty miedziane izolowane gutaperką okazały się tak praktycznemi przewodnikami przy telegrafach podziemnych, że nawet zastosowanie ich do telegrafów podmorskich zdawało się możliwe. Że woda morska nie wywiera szkodliwego wpływu na gutaperkę, o tem przekonały nas izolowane przewodniki, użyte przy zakładaniu min w Kilonii, które po dwóch latach jeszcze były nietknięte.
Pierwszą próbę połączenia z sobą dwóch morskich wybrzeży za pomocą gutaperkowych przewodników zrobił M-r Brett już w 1850 r. pomiędzy Douvrem i Calais. Ale połączenie to trwało zaledwie przez czas zakładania go, jeżeli wogóle mogło być kiedykolwiek zdatne do użytku. Następnego roku zastąpili je panowie Newall i Gordon połączeniem z drutów z armaturą żelazną i to dłuższy czas było czynne. Taki był początek telegrafów podmorskich, które wkrótce stały się jednym z głównych środków komunikacyi.
Z wytrwałością cechującą Anglików, po tej pierwszej, stosunkowo szczęśliwej próbie, zamierzono i rozpoczynano cały szereg robót podmorskich, zanim jeszcze ustaloną została naukowa i techniczna ich podstawa. Naturalnie, wszystkie te próby spełzły na niczem. A jednak posiadali Anglicy najlepszą gutaperkę, mogliby więc produkować przewodniki jak najdoskonalej izolowane, gdyby badanie izolacyi i kontrola nad fabrykacyą była równie staranna, jak u nas. Ale znajomość nauk przyrodzonych i metody naukowe równie mało były stosowane w przemyśle angielskim, jak i w naszym. Kontentowano się stwierdzeniem, że prąd przechodzi przez przewodnik i że instrumenty telegraficzne należycie działają. O wiele później jeszcze nazywali angielscy praktycy moje systematyczne próbowanie przewodników „naukowym humbugiem”. A jednak u naszej firmy musieli obstalować aparaty do telegrafu przez nich przeprowadzonego na Krymie w czasie wojny.
Tymczasem w r. 1855 na zlecenie „Mediterraneau Extension Telegraph Company” próbował M-r Brett przeprowadzić telegraf podmorski pomiędzy wyspą Sardynią a miastem Bona w Algierze. Zarówno ta próba, jak i druga w 1856 r. przedsiębrana, spełzła na niczem. Podjęli się tedy tych robót pp. Newell et Comp. Zawarli z firmą moją układ o dostarczenie urządzeń elektrycznych, przyczem ja osobiście kierować miałem stroną doświadczalną.
To pierwsze zakładanie kabli podmorskich było dla mnie równie interesujące, jak pouczające. Na początku września 1857 r. wsiadłem na okręt sardyński w Genui wraz z pomocnikiem moim, zabrawszy niezbędne przyrządy elektryczne. Towarzystwo na okręcie było nader zajmujące. Oprócz angielskich przedsiębiorców pp. Newall i Liddell, było kilku uczonych włoskich, paru urzędników od telegrafów i oficerów floty włoskiej, wreszcie kilku francuskich urzędników i znany bardzo inżynier Delamarche.
Już w czasie podróży do Sardynii w gronie tem ożywione toczyły się dyskusye o metodach, których należy się trzymać przy zakładaniu kabli, aby uniknąć niepowodzeń, jakie spotkały próby poprzednie. Początkowo nie miałem zamiaru brać udziału w mechanicznej części robót. Ale zarówno sposoby proponowane przez pp. Newall i Liddell, jak i zbytnie obawy i ostrożności inżyniera Delamarche wydały mi się tak nieodpowiednie do osiągnięcia celu, że oponowałem i tamtym i temu. W zamian przedstawiłem im mój sposób zakładania kabli, oparty na stosowaniu hamulców, który potem ogólnie został przyjęty.
Sposób ten, dzięki swej prostocie, zyskał uznanie całego towarzystwa, wskutek czego p. Newall prosił mnie, abym osobiście objął kierownictwo nad zakładaniem kabli, podług własnych moich planów.
Nie było to łatwe przedsięwzięcie, zwłaszcza wobec braku rozmaitych aparatów i przygotowań, ale ku wielkiej radości wszystkich uczestników wyprawy, doprowadziłem je szczęśliwie do końca. Bezustanne natężenie umysłu, a bardziej jeszcze poczucie mojej odpowiedzialności i przeświadczenie, że najmniejszy błąd pociąga za sobą ogromne straty i naraża całe przedsięwzięcie na zmarnowanie, to wszystko tak wyczerpało moje siły, że skończywszy roboty, potrzebowałem dłuższego czasu, aby odzyskać równowagę.
Wtedy po raz pierwszy znajdowałem się na południu. Najpiękniejsza pogoda sprzyjała nam ciągle i rozkoszowałem się widokiem morza Śródziemnego, jego fal ciemno-szafirowych, piętrzących się spienionych bałwanów; pełną piersią chłonąłem to cudne powietrze na całej drodze od Genui do Cagliari i ztamtąd do Algieru. Niezrównany przedstawia widok obronny zamek Cagliari, położony wysoko i opasany wieńcem kwitnących drzew aloesowych. Idąc za radą uprzejmego kapitana, nie nocowaliśmy w porcie z powodu panującej tam febry, tylko pod gołem niebem, wśród ruin zamkowych. Ta wspaniała noc pod gwiazdzistem niebem włoskiem, na skalistem wybrzeżu, nad cudnem morzem oblanem światłem księżyca, nigdy z pamięci mojej nie wyjdzie.






Doświadczenie, nabyte przy zakładaniu kabli pomiędzy Cagliari i Bona, przekonało mnie, że kable podmorskie przy właściwej konstrukcyi i starannej fabrykacyi, pod każdą głębokością morską przeprowadzić się dadzą i w takim razie długie i niezawodne oddawać będą usługi. Dlatego usilnych dokładałem starań, aby usunąć wszystkie nastręczające się jeszcze trudności.
Od r. 1850 wyłącznie prawie byłem oddany studyowaniu tych kwestyj. Prace moje przypadły na tę samą epokę, w której wielki badacz, Faraday, wiekopomnemi swemi odkryciami w zdumienie wprowadzał cały świat uczony. Ale niektóre poglądy Faraday’a, niezgodne z ogólnie przyjętemi teoryami, w Niemczech nie znalazły uznania. To skłoniło mnie do bliższego zajęcia się sprawą indukcyi elektrostatycznej, według mnie niezmiernie ważnej dla nauki o telegrafie. Ostatecznie doszedłem do najzupełniejszego potwierdzenia poglądów Faraday’a, których słuszność udało mi się stwierdzić nowemi dowodami. Niestety, techniczne moje zajęcia często mi przerywały pracę naukową i dopiero z wiosną 1857 r. doprowadziłem do końca moje doświadczenia, a wyniki ich ogłosiłem w Rocznikach Poggendorfa p. t. Ueber die elektrostatische Induction und die Verzögerung des Stromes in Flaschendrähten.
Doświadczenia te wykazały jasno, że tylko stosowanie krótkich prądów zmiennych dawało możność szybkiego porozumiewania się telegrafem podmorskim na dłuższych przestrzeniach. W pracy, ogłoszonej w r. 1857 p. t. Der Inductionschreibtelegraph von Siemens et Halske, opisałem mechanizm, służący do przeprowadzenia tego zadania.
Gdy pp. Newall et Comp. w tym samym jeszcze roku przeprowadzali linię telegraficzną od Cagliari do Malty i na wyspę Korfu, zaopatrzyłem stacye tej linii w takie piszące telegrafy indukcyjne. Wykonałem i inne roboty na morzu Śródziemnem dla tej samej firmy. Asystentem moim był F. Jenkin, młody człowiek, niepospolicie utalentowany, który z czasem zajął zaszczytne miejsce w elektrotechnice.
Wiele interesujących zagadnień i kwestyi nastręczyło mi zakładanie linii telegraficznej przez morze Czerwone i Indyjskie od Suezu do Kurrachee w Indyach, wykonanie której oddane było firmie Newall et Comp. Moja firma zaś podjęła się nadzoru przy samem zakładaniu kabli, równie jak dostarczenia i ustawienia niezbędnych przyrządów. Najdłuższa linia podmorska ze wszystkich dotychczas przeprowadzonych, linia pomiędzy Sardynią a Korfu, miała około 700 mil morskich długości. Nie mogła więc w żaden sposób służyć za wzór przy budowie i eksploatacyi linii mającej 3,500 mil morskich długości, jak linia indyjska, Zbudowałem tedy nowy system przyrządów, który potem nazwany został „Systemem Czerwonego morza.”
Rezultat tych robót był nadspodziewanie świetny, sama zaś podróż obfitowała w zdarzenia interesujące.
W początku kwietnia wsiadłem na okręt w Tryeście i zaraz pierwszego dnia miałem sposobność podziwiać wspaniałe światło zodyakalne na wieczornem niebie. Uczeni spierali się wówczas i spierają się dziś jeszcze o przyczynę tego zjawiska. Przypuszczam, że racyę mają ci, podług których światło zodyakalne jest dowodem, że ponad strefą równikową znajduje się pierścieniowata warstwa powietrza nasyconego parą wodną, unosząca się w górę ze wzrastającą szybkością; pierścień ten unosi się jeszcze wyżej pod wpływem siły odśrodkowej. Zjawisko to zgadzało się w zupełności z rysunkami, podawanemi w podręcznikach fizyki i trwało blizko godzinę.
Po przyjemnej i spokojnej przeprawie, przy wspaniałej pogodzie wylądowaliśmy w Korfu; tu zatrzymaliśmy się kilka godzin, podczas których zdążyliśmy zwiedzić miasto i piękne jego okolice. Wyspy Jońskie należały wówczas do Anglii. Gdy po dłuższym przeciągu czasu powtórnie zwiedziłem Korfu, było już oddawna w ręku Greków; miasto wydało mi się zubożałe i podupadłe.
Pogoda sprzyjała nam wciąż; przepłynęliśmy tak bogate we wspomnienia morza Adryatyckie i Śródziemne; wylądowaliśmy w Aleksandryi i tylko co otwartą koleją żelazną pojechaliśmy do Kairu; tu zatrzymaliśmy się kilka dni, żeby okręt „Agamemnon,” wiozący kable, opłynąwszy przylądek Dobrej Nadziei, miał czas przybyć do Suezu. Skorzystałem ze sposobności dla obejrzenia miasta bogatego w historyczne wspomnienia; i mnie i moich inżynierów interesowało ono w najwyższym stopniu, jako punkt zetknięcia się dwóch cywilizacyj: europejskiej i azyatyckiej. 14 kwietnia zwiedziliśmy pi­ramidę Cheopsa i tak szczęśliwie się złożyło, że na jej szczycie mogliśmy zaobserwować interesujące zjawisko fizyczne, które opisałem później w Rocznikach Poggendorff'a (Beschreibung ungewöhnlich starker elektrischer Erscheinungen auf der Cheops-Pyramide bei Kairo, während des Wehens des Chamsin).
Już w czasie przeprawy naszej na osłach z Kairu do piramidy zerwał się nadzwyczaj zimny wiatr, a niebo na horyzoncie pokryło się dziwnym czerwonawym blaskiem. Arabowie, stale obozujący u stóp piramidy Gizeh, narzucają podróżnym swoje usługi: podnoszą ich, a raczej podrzucają na stopnie wysokie przeszło na metr. I my tym sposobem wspinaliśmy się na górę; tymczasem wicher srożył się coraz gwałtowniej, tak, że nie mogliśmy się na nogach utrzymać na ślizgim wierzchołku piramidy. Kurzawa, podnosząca się z pustyni, też się wzmogła do tego stopnia, że niby chmura biała zasłoniła nam zupełnie ziemię. Wznosiła się coraz wyżej, aż nareszcie i wierzchołek na którym stałem z moimi dziesięcioma inżynierami, znikł nam z przed oczu. Jednocześnie słychać było dziwny, świszczący szelest, który nie mógł być skutkiem wiatru. Jeden z Arabów zwrócił moją uwagę, że skoro podniesie palec nad głowę, słyszeć się daje ostry, ale śpiewny ton; za opuszczeniem palca ten ton milknie. Sam to stwierdziłem, podnosząc palec nad głowę, a zarazem uczułem w palcu rodzaj przelotnego ukłócia. Niewątpliwie mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem elektrycznem, gdyż pijąc wino z butelki, doznawaliśmy za każdym razem lekkiego uderzenia. Butelkę zakorkowaną z niezdjętym kapslem owinąłem wilgotnym papierem i tym sposobem zamieniłem na butelkę lejdejską i ta trzymana wysoko ponad głową, okazywała się mocno naładowaną. Można było wydobyć z niej głośno trzaskające iskry, długie na 1 ctm. Doświadczenie to stwierdzało stanowczo elektryczne własności wiatru w pustyni, spostrzegane jeszcze przez dawniejszych podróżników.
W dalszym ciągu naszych doświadczeń miałem sposobność wykazać, że elektryczność może również być użyta jako skuteczny środek obrony. Arabowie podejrzliwie spoglądali na błyskawice, wydobywające się z naszych butelek. Złożyli krótką naradę i na dany znak we trzech porywali każdego z moich towarzyszów i gwałtownie znosili na dół. Stałem właśnie na najwyższym punkcie piramidy, na wielkim kamieniu, leżącym w samym środku płaszczyzny, gdy szeik owego pokolenia Arabów zbliżył się do mnie i przez tłomacza oświadczył, że plemię postanowiło, abyśmy niezwłocznie opuścili piramidę. Zapytany o przyczynę, odrzekł, że widzą oni, iż trudnimy się czarami i boją się, byśmy nie zburzyli piramidy, jedynego źródła ich zarobku. Gdym odmówił posłuszeństwa, złapał mnie za lewą rękę; ja zaś prawą, w której trzymałem mocno naładowaną butelkę, podniosłem wysoko nad głowę. Przeczekawszy chwilę, zwolna przytknąłem szyjkę od butelki do jego nosa. Dotknąwszy go, sam doznałem lekkiego wstrząśnienia i ztąd mogę wnosić, że szeik poczuł gwałtowne i silne uderzenie. Nie wydawszy głosu, upadł na ziemię i minęło kilka sekund, podczas których mocno byłem niespokojny, zanim się podniósł: z krzykiem i rykiem w olbrzymich susach zbiegł z piramidy na sam dół. Arabowie, widząc to i słysząc jego okrzyk: „czary! czary!” porzucili swoje ofiary i cwałem popędzili za nim. Po kilku minutach tedy bitwa była stanowczo wygrana, a my byliśmy panami piramidy. W każdym razie zwycięztwo u stóp piramidy nie tak łatwo przyszło Napoleonowi, jak nam na jej szczycie.
Chamsin tymczasem się uspokoił, a słońce światłem swem oblało zagrożoną piramidę. Arabowie widząc to, ochłonęli ze strachu i wdrapali się z powrotem do nas na szczyt, ażeby nie stracić spodziewanej zapłaty. Mimo to widocznie posądzali nas o czary, nawet po zawarciu pokoju.
Nie zbywało nam i na morskich przygodach w czasie tej podróży.
Pogoda była prawie ciągle piękna, bez żadnego wiatru, jak zwykle zresztą na morzu Czerwonem, gdzie deszcze należą do rzadkości. Tylko upał był nużący. Mój termometr podróżny wskazywał prawie zawsze w dzień 30°R., a w nocy 31°; jest to temperatura, którą mieszkaniec północy, silny i zupełnie zdrów z łatwością znosi nawet przez dłuższy przeciąg czasu, ale w końcu jednak staje się męczącą. Dzień schodzi na ciągłej walce ze słońcem, od promieni którego trzeba chronić głowę i plecy. W nocy też nie można się ochłodzić. Wprawdzie wspaniałość gwiazd na południowem niebie, wśród iście egipskich ciemności nocy, jest zachwycająca, nie zastąpi jednak upragnionego chłodu.
Pewnego razu w nocy, gdy zajęty byłem sprawdzaniem izolowania kabli pomiędzy Kosseivą i Suakimem, nagle usłyszałem krzyki i gwałtowny ruch na pokładzie. Człowiek, któremu poruczone było bezustanne sondowanie głębin, przechylił się zanadto i wpadł w wodę. Ponieważ cały pokład doskonale był oświetlony gazem, zatem ludzie pracujący tam mogli dojrzeć nieszczęśliwego w wodzie i zaraz rzucić mu pierścienie ratunkowe, których było poddostatkiem na pogotowiu. Okręt został zatrzymany i spuszczono łodzie, które na długą i nieprzyjemną chwilę znikły w ciemnościach nocy. Nakoniec powróciły z tryumfem. Człowiek, pływając, utrzymał się na wodzie i na szczęście, nie został pochwycony przez rekina; a jest ich tu mnóstwo i ze szczególnym apetytem zjadają białych ludzi, rzadko bardzo naprzykrzając się czarnym. Drżał cały, gdy go wyciągnięto na okręt i nóż otwarty miał jeszcze w ręku. Zapytany o szczegóły swej przygody, opowiadał, że ujrzał się zewsząd otoczonym przez rekiny, ale zdołał wyciągnąć nóż z kieszeni i bronił się nim, dopóki się nie zjawiły łodzie ratunkowe. Wszystkich nas dreszcz przejmował na wspomnienie tych niebezpieczeństw i walk. Wśród tego opowiadania zbliżył się do nas majtek i oznajmił kapitanowi, że niektóre pierścienie, wrzucone za tonącym do wody, zostały wyłowione i całe są pokłute nożem. Cóż się okazało? Oto tonący w śmiertelnym strachu wziął owe białe kauczukowe pierścienie za brzuchy rekinów. Rekin bowiem, gdy chce coś pochłonąć, kładzie się na grzbiecie.
Rekin odgrywa ważną rolę w życiu majtka w strefach gorących tem, że go pozbawia orzeźwiającej kąpieli morskiej. Majtek nienawidzi go też serdecznie i z rozkoszą pastwi się nad nim, ile razy dostanie go w swoje ręce. Sam byłem świadkiem, jak złowiono i wciągnięto na okręt dwa rekiny, z których każdy miał 12 stóp długości. Dokonano tego za pomocą kotwicy, na której zębach przymocowano kawałki mięsa. Niebezpiecznie było się do nich zbliżyć; siłę miały ogromną, a życie tak twarde, że nawet kiedy im wszystkie wnętrzności wyjęto, długo jeszcze biły ogonem naokoło siebie.
Za przybyciem naszem do Suakimu złożyły nam wizytę najwyższe władze tej miejscowości, pasza turecki i gubernator. Były to dwie osobistości nadzwyczaj poważne, poruszające się z prawdziwą wschodnią wyniosłością i unikające starannie podejrzenia, jakoby się czemukolwiek mogły dziwić. Rozłożono dla nich dywan i podano kawę i fajki. Palili i pili z dumą, nie patrząc wcale na otaczających. Przyjaciel mój, główny inżynier Meyer, towarzysz naszej wyprawy, zwrócił się do mnie i rzekł: „Patrz, Wernerze, jaki to pyszny chłop ten długi z białą brodą, możnaby go w Berlinie za pieniądze pokazywać.” Ku wielkiemu naszemu zdziwieniu, ten, o którym była mowa, odwrócił się i w najczystszym berlińskim dyalekcie się odezwał: „Panowie mówią po niemiecku?” Odpowiedzieliśmy, że jesteśmy Niemcami i że bardzo nas to dziwi, iż on mówi po niemiecku. A on na to: „Wszak jestem rodem z Berlina; proszę, niech mnie panowie odwiedzą.” Poczem odwrócił głowę i dalej na nas nie zważał. Meyer na drugi dzień odwiedził go i poznał bardzo przyjemnego człowieka, o ile nie znajdował się w obecności Turków. Przed 50 laty jako czeladnik krawiecki wywędrował z Berlina w świat; chciał zwiedzić Indye, ale okręt, na którym jechał, rozbił się na brzegach Suakimu; pozostał więc tam, przyjął wiarę mahometańską i z czasem został prezydentem miasta. Teraz był bogatym człowiekiem; oprowadzał mego przyjaciela po wszystkich swoich posiadłościach — tylko haremu, pomimo wielkich próśb, nie chciał mu pokazać, nawet seryo bardzo prosił, aby o żonach jego mowy nie było.
Gdyśmy roboty i interesy nasze w Adenie ukończyli, chciałem wraz z Meyerem na statku „Alma,” należącym do „Peninsular et Oriental Company” jak najprędzej powracać do Europy. Ten sam zamiar mieli pp. Newall et Gordon. Gdy statek przybił do portu, okazało się, że był pełen i nie chciano nas przyjąć. Dopiero na wyraźny rozkaz gubernatora przyjęto nas na pokład, bo ani jednej wolnej kajuty nie było. Zgodziliśmy się chętnie na to, tembardziej, że podczas całej kilkomiesięcznej podróży na morzu Czerwonem sypialiśmy zawsze w ubraniu na pokładzie: gorąco bowiem w kajutach było nie do zniesienia.
Statek urządzony był wspaniale, życie na nim zbytkowne i towarzystwo wykwintne; wszystko to stanowiło kontrast z dotychczasowem naszem życiem. Panowie i panie po kilka razy dziennie zmieniały eleganckie toalety, a dwie kapele i chóry naprzemian starały się urozmaicić monotonną podróż morzem. Uważaliśmy, że nasze zniszczone ubrania nie pasują do tak dystyngowanego grona, a zdziwione spojrzenia dam utwierdzały nas w tem mniemaniu. Jednakowoż kapitan przedstawił nas najpierwszej figurze z całego tego towarzystwa, ambasadorowi angielskiemu w Chinach, który wojnę francusko-angielską tylko co szczęśliwie zakończył. Ten udzielił nam łaskawie audyencyi i z każdym z nas w ojczystym jego języku rozmawiał; był bowiem niezmiernie dumny ze swojej znajomości obcych języków i chętnie się nią popisywał.
Zaledwie po paru godzinach snu obudzeni zostaliśmy w brutalny sposób. Gwałtowne uderzenie wstrząsnęło całym statkiem, potem nastąpiło drugie i trzecie, a gdyśmy się zerwali na równe nogi, uczuliśmy, że statek przechyla się na bok. Na szczęście, buty miałem na nogach, zdjąłem był tylko kapelusz i okulary. Gdym się za kapeluszem obejrzał, zobaczyłem, że się stacza na pochylony już brzeg okrętu i ja sam zsunąłem się za nim. Ze wszystkich stron dał się słyszeć okrzyk dziki, przeraźliwy, pełen trwogi, potem ogólny hałas i trzask, bo wszystko, co żyło na pokładzie, zaczęło się staczać na bok. Odruchowo piął się każdy w górę na pokład i wielu się to udało. Mnie się gorzej działo, bo straciłem dużo czasu na szukanie kapelusza i okularów. Woda już się wlewała przez wierzch i musiałem o własnym myśleć ratunku. Po kilku minutach statek już się tak pochylił, że nie można było wcale się dostać na pokład. Ale trwoga dodaje sił. W świetle księżyca ujrzałem kawałek liny, zwieszającej się z pokładu; wziąłem stoliki i krzesła, poustawiałem jedne na drugie tak, że mogłem chwycić za linę i wciągnąć się na pokład.
Tam zastałem całe prawie towarzystwo oczekujące z podziwu godną spokojnością na rozwiązanie dramatu. Nagle wśród ciszy nocnej dały się słyszyć słabe kobiece głosy, wołające o pomoc i ktoś się odezwał, że w kajutach nawpół zalanych wodą znajduje się jeszcze znaczna ilość dam. Wszystko było wnet gotowe, aby im spieszyć z pomocą, ale niełatwo było to uskutecznić, gdyż niepodobna było utrzymać się na gładkim pokładzie, pochylonym już pod kątem przeszło 30°. Teraz dopiero moja lina okrętowa oddała prawdziwe usługi. Jeden z majtków, dobrze obeznany z miejscowością, po linie tej spuścił się do kajuty, tam przywiązał jednę z pań, a my wciągnęliśmy ją w górę. Ale ratunek taki byłby za powolny, bo czekało tam jeszcze sporo kobiet. Utworzyliśmy więc za pomocą innych lin żywy łańcuch i takim sposobem z ręki do ręki przechodząc, uratowane zostały biedne kobiety, które po większej części ze snu zbudziła woda, wlewająca się z szumem przez okna do kajut. Ile razy coś stanęło na przeszkodzie, odzywała się komenda: „halt” i każdy z nas musiał tak długo ciężar swój trzymać na ręku, dopóki nie można było dalej prowadzić akcyi ratunkowej. W czasie takiej przerwy, przy świetle księżyca, poznałem w zmoczonej i trwożliwie tulącej się do mnie damie, przecudną i dumną Kreolkę, którą przed paroma godzinami z daleka tylko podziwiać mogłem, otoczoną gronem wielbicieli.
Raptowne przechylenie się okrętu po uderzeniu o ukryte skały koralowe dało się tłomaczyć tem, że okna wszystkich bez wyjątku kajut były otwarte i woda bez żadnej przeszkody mogła się wedrzeć do wnętrza okrętu. Wkrótce przechylił się okręt zupełnie na bok i teraz dla wszystkich było kwestyą życia i śmierci, czy okręt spocznie spokojnie, czy też dalej się będzie pochylał i ostatecznie wszystkich do głębi morskich strąci. Urządziłem sobie małe obserwatoryum; ztamtąd, kierując się położeniem mocno świecących gwiazd, mogłem śledzić dalsze pochylanie się statku i co minuta ogłaszałem wyniki moich spostrzeżeń. Wszyscy słuchali mnie z natężeniem. Okrzyk „spokój” witany był cichym, radosnym szmerem; gdy mówiłem: „pochyla się niżej,” odpowiadały pojedyńcze jęki i westchnienia. Nareszcie nie dostrzegłem dalszego pochylania się i obezwładniająca obawa śmierci ustąpiła energicznym wysiłkom dla wyratowania się.
Przy blasku księżyca i gwiazd wyraźnie mogliśmy rozpoznać, żeśmy uderzyli o wielką skałę, w jednem miejscu wystającą dosyć wysoko ponad wodę, teraz jeszcze o paręset metrów oddaloną od nas. Łodzie ratunkowe przymocowane z boku można było teraz, acz nie bez trudności, spuścić i według starego angielskiego zwyczaju, zaczęto przedewszystkiem przewozić na ląd dzieci i kobiety. Co prawda, było to wielce niepraktyczne, bo bezradne te istoty, dostawszy się na ląd, nie wiedziały, co począć; jednak zasadę przeprowadzono konsekwentnie do końca.
Gdy nad ranem kolej przyszła na Meyer’a i na mnie, zastaliśmy wszystkie damy prawie bez wyjątku w opłakanem położeniu, zaledwie odziane i bez obuwia. Skała, na której dotąd nigdy może nie postała ludzka noga, była caluteńka najeżona koralowemi szpicami, o które raniły się bose nóżki. Należało przedewszystkiem temu zaradzić. Należałem do szczęśliwców, posiadających buty; miałem także nóż kieszonkowy. Najbliższą łodzią powróciłem na rozbity okręt i wyłowiłem kawał linoleum i drugi kawał jakiegoś cieńszego materyału i z tem otworzyłem na wybrzeżu fabrykę sandałów. Przyjaciel mój, mniej szczęśliwy odemnie, nie posiadał butów; najpierwszy tedy dostał parę sandałów i przejęty wdzięcznością, zabrał się do roboty, aby w jakie takie obuwie zaopatrzyć biedne panie, siedzące bez ruchu na ziemi. Po wielu latach wspominał z przyjemnością spojrzenia pięknych oczu, przejętych wdzięcznością za ten miłosierny uczynek.
Ale cóż teraz? Blizko 500 osób siedziało w pierwszy dzień Zielonych Świątek na gołej, koralowej skale, może hektar przestrzeni mającej, co najmniej o 8 mil morskich oddalonej od zwykłej drogi okrętowej. W pogodną i spokojną noc, podczas której sternik prawdopodobnie zasnął słodkim snem, dostaliśmy się na południe wysp Harnisch, które okręty jak najstaranniej omijają. Przypadkowego ratunku tem mniej można było się spodziewać, że zupełny brak wody do picia nie pozwalał na długie wyczekiwanie. Okręt nie poszedł wprawdzie całkiem na dno, mogliśmy więc różnego rodzaju prowianty w dostatecznej ilości ztamtąd czerpać, ale rezerwoar napełnił się wodą morską, a filtr, w którym można było dystylować wodę słodką, nie dał się podnieść. Takim sposobem pozostała nam jedynie woda, znajdująca się w kajutach i od oszczędnego spożywania jej zależało, jak długo będziemy mogli toczyć tę walkę o życie.
Nadto groziło nam jeszcze jedno wielkie niebezpieczeństwo. Na pięknych i wielkich statkach Peninsular et Oriental Company, kursujących pomiędzy Suezem i Indyami, załoga składała się niemal wyłącznie z krajowców. Europejczycy bowiem na dłuższą metę nie znosili klimatu morza Czerwonego. Otóż na 150 osób, stanowiących załogę „Almy,” oprócz oficerów, było może 4 Europejczyków. Kapitan był chory — podobno, że wkrótce po rozbiciu umarł wskutek doznanego wstrząśnienia. Oficerowie, którzy tak źle pokierowali okrętem, stracili wszelką powagę i nie byli w stanie utrzymać karności wśród załogi. Ta zaczęła się też buntować, wypowiedziała im posłuszeństwo, rozbijała kufry pasażerów i z paniami obchodziła się po grubijańsku. W tak rozpaczliwem położeniu nastąpiło samowolne utworzenie się rządu. Najenergiczniejsi młodzi ludzie, pomiędzy którymi znajdowało się kilku oficerów angielskich, powracających z Indyi do ojczyzny, zabrali stare karabiny z bagnetami (prawdopodobnie miały one służyć do dekoracyi okrętu, nie do rzeczywistej obrony) i ogłosili stan oblężenia. Pijany majtek, stawiający opór, został wrzucony w morze, a na szczycie skalistego pagórka ustawiono szubienicę, na znak naszej władzy. Tam przeniesiono także wszystkie prowianty i rozbito namiot dla patrolującej straży. Środki te uspokoiły załogę i zmusiły ją do posłuszeństwa.
Przedewszystkiem należało się zasłonić przed słońcem, którego promienie w tej porze roku prostopadle padają na wyspę. Zaczęła się więc żwawa robota, ażeby co prędzej zbudować namioty z żagli i belek. Następnie urządzono kuchnię i zapasy żywności, zwłaszcza wodę, piwo i wino schowano w bezpiecznem miejscu. Tu odznaczył się swoją energią inżynier Gisborne, obejmując pewnego rodzaju dyktaturę nad wyspą. Mr Newall zaraz nazajutrz, na jednej z trzech pozostałych nam łodzi, udał się po pomoc do Mokki, jako do najbliższego miasta na wybrzeżu arabskiem. Ale pomocy nie znalazł — być może dlatego, że skutkiem zbombardowania Dżeddy przez Anglików, ludność bardzo źle była usposobiona dla Europejczyków — a potem popłynął dalej ku cieśninie Bab-el-Mandeb w nadziei, że może tam okręt jaki spotka. Ta przeprawa na lichej, otwartej łodzi była przedsięwzięciem odważnem, nawet zuchwałem, ale też jedyną naszą nadzieją. I w samej rzeczy udała się, dzięki doskonałej lunecie, którą umyślnie na tę podróż nabyłem u Steinheil’a w Monachium.
Angielski statek wojenny, który w kilka dni po nas opuścił Aden, ażeby zwiedzić stacye pośrednie i zabrać ztamtąd naszych inżynierów, nad ranem przepłynął cieśninę Bab-el-Mandeb. Inżynier nasz, dr. Esselbach, stał właśnie na pokładzie z moją lunetą w ręku i przyglądał się niezmierzonej płaszczyźnie morza. Wtem spostrzegł biały punkt, który wziął za żagiel europejskiej łodzi, krajowcy bowiem używają żagli ciemnych. Zwrócił na to uwagę oficerów i kapitana, który również za pomocą mojej lunety przekonał się, że inżynier miał słuszność i natychmiast kazał skierować okręt ku białemu punktowi. Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, z punktu tego wyłoniła się dobrze wszystkim marynarzom znana łódź pasażerskiego statku i zdaleka poznano p. Newall’a po jego charakterystycznej, długiej, siwej brodzie.
Tymczasem na skale koralowej płynęło życie systematycznie, według regulaminu. Od 9 rano do 4 po południu mieliśmy leżeć spokojnie pod namiotami, aby łatwiej znieść skwar od palących promieni słońca i nie podsycać pragnienia. Następnie gotowano obiad, który spożywaliśmy z bardzo różnym apetytem; każdy z nas dostawał butelkę paleale’u, bo wodę zostawialiśmy kobietom i dzieciom. Wina nikt nie mógł znosić — rozgrzewało bowiem krew do tego stopnia, że ktokolwiek się go napił, zaraz chorował. Pierwsze dwa dni zeszło jako tako; ale potem nastąpiło osłabienie i straszniejsze jeszcze zwątpienie. Starzy i doskonali służący odmawiali najmniejszych usług, nawet gdy im złotem płacić chciano. Nawet psy i barany, przeniesione na ląd, straciły humor i chęć do życia. Tłoczyły się gwałtem pod namioty i wolały się dać zabić, niż wystawiać na palące promienie słońca. Jedne tylko świnie pokazały się wytrwalszemi od ludzi; krążyły bezustannie po wyspie, czegoś szukając, dopóki w tej walce o swój byt nie padły nieżywe na ziemię.
Na trzeci dzień mała garstka ludzi, posiadających dosyć siły i woli, aby po zachodzie słońca pracować, zdołała wyłamać zewnętrzną ścianę okrętu i tym sposobem otworzyć sobie wejście do lodowni. Naturalnie lodu tam nie znaleźli, ale zato choć niewielką ilość zimnej wody. Wodę tę również zachowano dla kobiet i dzieci, ale każdy z pracujących dostał w nagrodę szklankę świeżej, zimnej wody. Po wielu latach przypominałem sobie ten napój, orzeźwiający spieczone usta wśród dokuczliwego pragnienia.
Gdy upłynął czwarty dzień bez żadnych widoków ocalenia, najodważniejsi nawet oddali się zwątpieniu. Statek parowy, którego dym ujrzeliśmy w oddaleniu, przepłynął, nie spostrzegłszy nas. Następnego ranka znowu wołano: „Okręt widać.” Ale tym razem okrzyk małe budził nadzieje. Jednak dym się coraz przybliżał i ożywiał w nas zamierającego już ducha. Okręt raz się zbliżał, to znów oddalał — zaczęła się budzić nadzieja, że nas szuka. Nareszcie zdawało się, że spostrzegł nasze sygnały i prosto skierował się ku wyspie. Nie można było wątpić — ratunek się zbliżał, a pewność ta nawet nawpół umarłych przywracała do życia. Poznaliśmy nasz okręt pomocniczy do zakładania kabli i Newall’a, naszego zbawcę, na pokładzie.
Rozgrywały się wtedy sceny, których nigdy nie zapomnę. Okręt przybijał do brzegu, a na nim wszystko wrzało życiem i pracą. Zdawało się, że nikt tam nie zważa na setki głosów radosnych, witających załogę. Kotwica spadła z łoskotem i łodzie zsunęły się na morze. Na nich znajdowały się beczki napełnione wodą i płytkie naczynia drewniane; majtkowie stawiali je na ziemi i napełniali wodą. Od p. Newall’a dowiedzieli się, że nie mamy wody i przedewszystkiem chcieli ugasić nasze pragnienie. To też kto żył, rzucał się na te naczynia i starał się ręką bodaj wody zaczerpnąć. Ale to trwało długo i coraz inni się tłoczyli. Nachylano więc poprostu głowę i chciwie wciągano doskonały napój. Nawet zwierzęta poczuły wodę i siłą przepychały się, jakkolwiek od kilku dni już leżały jak martwe pod namiotami.
Pasażerów wraz z załogą okrętową było około 500. A że mały okręt wojenny nie mógł wszystkich zabrać, więc kapitan postanowił, że załoga okrętowa pod strażą majtków z okrętu wojennego pozostanie na wyspie i to w surowym areszcie, jako kara za ich bunt; pasażerów zaś wszystkich za­brał na swój okręt, żeby ich odwieźć do Adenu. I tak natłoczeni na pokładzie małego okrętu dostaliśmy się do Adenu, gdzie z niespokojnością oczekiwano już wiadomości o naszem przebyciu do Suezu. Pierwszy odpływający okręt indyjski musiał na wyraźny rozkaz gubernatora zabrać wszystkich niemal rozbitków, pomimo, że był już prawie pełen. Ale chętnie znosiliśmy niewygody tej podróży, również jak i dalszej drogi z Aleksandryi do Marsylii i dziękowaliśmy Bogu, że uniknęliśmy tragicznej śmierci na bezludnej koralowej wyspie.
Ani w Kairze, ani w Aleksandryi nie mogliśmy uzupełnić rażących braków w naszej toalecie. Z rozbiciem okrętu wszystkie nasze kufry poszły na dno, a prawie wszystkim brakowało też i pieniędzy. Dopiero w Paryżu (prosto tam zdążaliśmy) mogliśmy się ekwipować. Musieliśmy wszyscy jechać na Marsylię, ponieważ w Tryeście port był blokowany, a droga na Włochy również była niemożliwa z powodu wojny, toczącej się w Lombardyi. Wiadomości o wypowiedzeniu wojny przez Francyę i o śmierci Aleksandra Humboldta doszły mnie w czasie zakładania kabli w morzu Czerwonem. A wieści o późniejszych, tak ważnych wypadkach politycznych, przychodziły już drogą telegraficzną, tak, żeśmy o wszystkiem byli powiadomieni, co się działo w Europie.
Linia indyjska została po roku przedłużona z Adenu do Kurrachee, przyczem W. Meyer objął kierownictwo nad robotami elektrycznemi. Niestety, linia ta niedługo była zdatna do użytku. Kable w morzu Czerwonem już w czasie przedłużania linii do Indyi wykazały wady izolacyi, które utrudniały korespondencyę. Nasi elektrotechnicy usunęli wprawdzie grubsze braki, ale występowały na jaw coraz to nowe, dość, że po roku cała linia była niezdatna do użytku, a to dlatego, że kable zaczepiały się o rafy koralowe na dnie morza i niepodobna było ich oderwać, a co za tem idzie i reparować. Wina tego smutnego rezultatu ciąży na przedsiębiorcach: nie zakładali bowiem kabli w głębokiej wodzie, na środku morza, ale przy samem wybrzeżu nubijskiem, gdzie się znajdowały stacye pośrednie, a tam właśnie najszybciej rozwijają się twory koralowe. Wówczas nie było jeszcze rozpowszechnione przekonanie, że gdy chodzi o kable podmorskie, na pierwszym planie stać musi doskonałość wyrobu, a nie taniość. Nie brano pod uwagę, że każdy błąd, o ile nie można go naprawić, naraża całość na szwank i że mała niedokładność w izolacyi z czasem staje się wielką. Wszystkie kable, zakładane w pierwszych czasach przez Anglików, poszły na marne dlatego tylko, że zarówno przy konstrukcyi, jak przy fabrykacyi i przy zakładaniu samem nie kierowano się właściwemi metodami.
Rząd angielski, przekonawszy się o tem, powierzył naszej firmie kontrolę nad fabrykacyą kabli, które w dalszym ciągu miały być zakładane. I wtedy po raz pierwszy użyliśmy racyonalnego i konsekwentnego systemu próbowania, który dawał najzupełniejszą pewność, że wykończone kable nie mają żadnej bezwarunkowo wady.
W r. 1863 dostaliśmy od rządu francuskiego obstalunek na założenie kabli podmorskich od Kartageny do Oranu. Kilkakrotnie próbowano już połączyć Francyę z Algierem — ale próby te okazały się za kosztowne, a przytem nie wydały rezultatów, zapewniających trwałą komunikacyę telegraficzną. Teraz zdecydowano się na krótszą i tańszą linię, która przechodzić miała przez Hiszpanię. Nam powierzono zakładanie kabli od Kartageny do Oranu.
Robót tych podjąłem się wspólnie z bratem moim Wilhelmem i w grudniu 1863 r. zjechaliśmy się w Madrycie. Powietrze było tak zimne, że w klimacie nie znalazłem żadnej różnicy, choć przyjechałem prosto z Moskwy. Zima w Hiszpanii tego roku była wyjątkowo ostra i na całej drodze, aż do Kartageny widzieliśmy drzewa pomarańczowe i palmy daktylowe, pokryte śniegiem. Dopiero w Oranie odmarzliśmy. Przedwstępne przygotowania ukończyliśmy bardzo szybko i żywiliśmy nadzieję, że w kilka dni roboty będą skończone. Ale nadzieje nasze się nie ziściły. Po czterech tygodniach ciężkiej pracy i walki z groźnemi nieraz niebezpieczeństwami, okazało się, że kable zatonęły, a my uważaliśmy się za szczęśliwych, żeśmy życia i zdrowia w tem przedsięwzięciu nie stracili.
Dziś, kiedy z zimną krwią i w podeszłym wieku wspominam o tem, przyznaję, że wyprawa ta bardzo lekkomyślnie została podjętą; a to dlatego, że zarówno okręt, jak kable i metoda zakładania ich były zupełnie nieodpowiednie. Na usprawiedliwienie nasze to jedno mogę powiedzieć: chcieliśmy koniecznie założyć własne kable, przekonaliśmy się bowiem, że angielscy przedsiębiorcy wyzyskują nasze wynalazki i doświadczenia, zupełnie nie uwzględniając naszej firmy, nie wspominając nawet o zasługach, jakie położyliśmy około rozwoju telegrafii podmorskiej; a co głównie nas do tego skłoniło, to wynalazki i ulepszenia mego brata, tak interesujące i głęboko obmyślane, że nie mogliśmy się oprzeć pokusie zastosowania ich. Najważniejszy z tych wynalazków polegał na tem, że kable nawinięte były na wielki wał z osią pionową; ta oś, poruszana przez specyalną niewielką maszynę parową, służyć miała do nawijania i odwijania kabli. Urządzenie to, jakkolwiek genialnie przez mego brata pomyślane i wykonane, nie wydawało mi się zupełnie bezpiecznem, a to dlatego, że równomierne obracanie tak wielkiego wału, zwłaszcza na wzburzonem morzu było połączone z trudnościami, które zgóry nawet przewidzieć się nie dały. Ponieważ jednak pogoda była piękna, bez najmniejszego wiatru, postanowiliśmy próbować szczęścia i zabrać się do dzieła.
Niestety, obawy moje nie były płonne. Zaledwie godzinę trwała robota, gdy nagle lina się zerwała i wpadła w morze, w tem miejscu już dosyć głębokie. Niepodobna było ją wydostać, gdyż olbrzymie głazy przysypały ją na dnie morskiem. Takim sposobem nie posiadaliśmy już dostatecznej ilości kabli, aby prowadzić zakładanie ich od Kartageny; obraliśmy zatem krótszą drogę na Almeryę i tam też prosto udaliśmy się, aby poszukać odpowiedniego miejsca do wylądowania.
Podróż do Almeryi przy wspaniałej pogodzie, morzem gładkiem jak lustro, była czarująca. Wysiedliśmy na ląd, aby się zaopatrzyć w prowiant i zostaliśmy przez mieszkańców tak gościnnie przyjęci, że nawet bal wydali w teatrze na nasze uczczenie. Na zebraniu tem uderzyła nas klasyczna piękność kobiet, niewątpliwie typu maurytańskiego, a pomiędzy niemi wyróżniała się młoda panna, którą wszyscy na okręcie znajdujący się Europejczycy jednogłośnie uznali za ideał niewieściej urody. Wśród tak przyjemnej zabawy nie przypuszczaliśmy, że nazajutrz czekają nas niebezpieczeństwa, z których cudem tylko zostaliśmy wyratowani.
Ażeby dobrze zrozumieć, co nastąpiło, trzeba pamiętać, że okręt nasz nie był zbudowany specyalnie do zakładania kabli; rząd francuski nabył go na rynku angielskim, a dawniejszem jego przeznaczeniem było holowanie do Londynu statków naładowanych węglem. Okręty takie trzymają się zwykle wybrzeży, unikając pełnego morza. Otóż wnętrze naszego statku, tak mało odpowiadającego celowi, prawie całe zajęte było owym wałem drewnianym, ogromnej wielkości, a więc i balast jego, zwłaszcza przy wzburzonem morzu, bardzo nierównomiernie był rozdzielony. Ale dotąd sprzyjała nam pogoda jak najpiękniejsza i morze było spokojne. Zaczęło się to dopiero zmieniać cokolwiek, gdyśmy opuścili Almeryę i opłynąwszy przylądek, dostaliśmy się na otwarte morze. Wionął dość umiarkowany wietrzyk południowo-zachodni, ale kłęby czarnych chmur leżały za przylądkiem, wzdłuż wybrzeża. Uderzyło nas i to, że najbliższa z tych ciemnych, głęboko sięgających chmur spuściła długi swój dziób w morze, w tem miejscu straszliwie wzburzone, tak, że w blasku słońca podobne było do błyszczącego i potrzaskanego pola lodowego. Według naszych obliczeń, przepłynęliśmy może dwie mile morskie wzdłuż tego spienionego pola, którego szerokość wynosiła może ½ mili morskiej, a głębokość nie dała się określić. Co najdziwniejsza, że ów dziób, u góry szeroko zrośnięty z chmurą, potem raptownie się zwężał i nie stykał się zupełnie ze wzburzoną powierzchnią morza, przeciwnie, oddzielony był od niej doskonale widoczną przerwą. Spienione fale nie podnosiły się też wyraźnie w tem miejscu, tylko cały ten kawał morza, wysoki jak dom, sterczał ponad resztą powierzchni. Nadto dziób ten niewątpliwie wykonywał ruch kołowy ponad morzem i co 10 lub 20 minut powracał do tego samego punktu.
Niestety, nie mogliśmy się oddawać dłużej obserwowaniu tego interesującego zjawiska, które się nazywa trąbą morską; posuwało się ono bowiem dosyć szybko ku wschodowi, wzdłuż samego wybrzeża; nas zaś odciągało w przeciwnym kierunku inne, równie oryginalne zjawisko. Okręt nagle zaczął się kołysać, ale tak gwałtownie, że z wielkim wysiłkiem mogliśmy zaledwie utrzymać się na nogach. Widocznie płynęliśmy śladami trąby morskiej. Kapitanowi wydało się kołysanie wprawdzie bardzo niebezpiecznem, zwłaszcza ze względu na budowę statku; nie zmienił jednak kierunku w nadziei, że wkrótce wydostaniemy się na spokojne morze. Wtem usłyszałem głuche, krótkie uderzenia, które przy każdem zakołysaniu wstrząsały całym okrętem. W mgnieniu oka zrozumiałem, co się dzieje: wał się oberwał i uderzeniami swemi groził zdruzgotaniem okrętu. Wpadłem do kajuty do mego brata, strasznie cierpiącego na morską chorobę. On jeden znał doskonale budowę wału i sposób w jaki był przytwierdzony do okrętu, on jeden zatem mógł nas jeszcze uratować. Znalazłem go już na nogach, był śmiertelnie blady, ale spokojny. On także zrozumiał odrazu, co było powodem tych groźnych uderzeń. To wystarczyło, żeby choroba morska znikła bez śladu. Udał się czemprędzej do wnętrza okrętu i przekonał się, że oś u góry się obluzowała i że brakuje tam rozmaitych części, przeznaczonych do ochrony osi i wału samego i wyrobionych ze szczególnie twardego drzewa. Robotnicy francuscy z początku utrzymywali, że nie wiedzą zupełnie, gdzie się te kawały drzewa podziały; ale gdy uderzenia stawały się coraz mocniejsze, a brat mój wołał, że wszyscy zginiemy, jeżeli się te kloce nie znajdą, wróciła im pamięć i przynieśli je natychmiast. Robotnikom podobało się to dziwnie twarde, nieznane im drzewo i uważając je za zbyteczne przy wale, zabrali je.
Ale okręt tak się chwiał, że niepodobna było na właściwem miejscu obsadzić tych kloców; tym czasem uderzenia ciągle się wzmagały tak, że wszyscy umierali ze strachu, że okręt długo im się już nie ostoi. Wtedy brat mój zawołał: „Okręt się za mocno chwieje, sterujcie pod wiatr.” Kapitan wydał odpowiedni rozkaz i okręt zwrócił się ku bałwanom. Po chwili, ku wielkiemu memu zdziwieniu, ujrzałem, że dziób okrętu zanurzył się pod wodę, a bałwany spłukiwały już przednią część pokładu. Odrazu odgadłem przyczynę zjawiska. Okręt w pełnym biegu zanadto gwałtownie został zwrócony pod wiatr i skoro pierwszy bałwan przeleciał przez jego dziób i zgiął go do dołu, okręt pozostał w tem pochyłem położeniu i po pochyłej powierzchni staczał się wgłąb. W tak krytycznej chwili bezwiednie objąłem komendę i odwróciwszy się do maszynistów, zawołałem: „stopp”, jak to zwykł był czynić kapitan. Na szczęście, usłuchali mnie natychmiast. Ale szybkość okrętu mogła się tylko powoli zmniejszać. Wszyscy staliśmy z tyłu na pokładzie i widzieliśmy, jak przednia część coraz dalej zanurza się w morze, a to z każdą chwilą zbliża się do nas. Nagle przybiły fale do wzniesionej tylnej części pokładu, utworzył się tam straszny wir i woda przez otwór pokładu wdarła się do wnętrza okrętu. Zdawało się, że koniec nasz jest blizki. Ale wbrew oczekiwaniu, wir zaczął słabnąć i po kilku bardzo jeszcze przykrych chwilach, ukazał się dziób okrętu nad wodą. Nadzieja w nas wstąpiła — złowrogie uderzenia bowiem też ucichły.
Brat mój, zajęty wewnątrz okrętu, nie widział zbliżającego się niebezpieczeństwa i zupełnie niespodzianie zaskoczyła go wdzierająca się tam woda. Tem większa była jego radość, gdy zalew ten ustał, a on mógł kloce na właściwem miejscu przymocować i przerwać tak niebezpieczne dla okrętu uderzenie osi. Kapitan ostrożnie skierować kazał okręt w kierunku Oranu. Okręt wprawdzie i teraz mocno się kołysał, ale do tego przyzwyczailiśmy się i byliśmy zadowoleni, że wał się nie chwieje. Skutkiem wielkiego wzburzenia najsłabsi nawet nie doznawali już morskiej choroby i z nastaniem nocy wszyscy udaliśmy się na spoczynek, a na statku zapanowała cisza.
Zaledwie usnąłem, gdy raptem zbudziły mnie głośno wydawane rozkazy i przeraźliwe krzyki. W jednej chwili pochylił się okręt na bok i to w taki sposób, jak dotąd nigdy nie widziałem i dziś jeszcze nie umiem sobie tego wytłomaczyć. Ludzie pospadali z łóżek w kajutach i toczyli się po pochyłej podłodze. Jednocześnie spadło wszystko, co tylko nie było przymocowane, i pogasły wszystkie światła, bo wiszące lampy uderzyły o sufit i potłukły się w drobne kawałki. Po krótkiej chwili strasznej trwogi okręt zakołysał się wstecz raz bardzo mocno, a potem parę razy słabiej. Zaraz po pierwszych uderzeniach udało mi się wdrapać na pokład. Mimo ciemności, poznałem kapitana, który na moje wołanie odpowiedział wskazując na tylną część pokładu: Voilá la terre! W samej rzeczy zdawało się, że stoi za okrętem wielka skała, słabem oblana światłem. Kapitan, ujrzawszy ją, nagle obrócił statek i ztąd owo gwałtowne zakołysanie. Przypuszczał, że zostaliśmy zapędzeni i że znajdujemy się tuż przy skale Cap des lions. Wtem wśród ciemności odezwał się jakiś głos: La terre avance, i rzeczywiście skalista, świecąca ściana stała teraz tuż za okrętem i coraz się jeszcze zbliżała z jakimś dziwnym syczącym szumem. Teraz nastąpiła chwila tak straszna, tak przerażająca, że słowami niepodobna jej opisać. Okręt zalewały fale kolosalne, które ze wszystkich stron z taką uderzały siłą, że tylko kurczowo trzymając się żelaznej balustrady przy górnym pokładzie, mogłem się utrzymać na nogach. Jednocześnie czułem, jak gwałtowne i krótkie bałwany rzucają okrętem to w jednę, to w drugą stronę. Nie można było rozróżnić, czy się jest pod wodą, czy ponad nią. Zdawało się, że z największą trudnością wdycha się jakąś pianę morską. Jak długo trwał ten stan rzeczy, tego później nikt nie umiał określić. Pasażerowie pozostali w kajutach też musieli walczyć z temi strasznemi uderzeniami, które nimi rzucały na wszystkie strony i śmiertelnie byli wystraszeni szumem wody spadającej na pokład. W jednej chwili wszystko się skończyło, równie nagle, jak się zaczęło. Tylko skała świecąca stała teraz przed okrętem i powoli oddalała się od niego.
Później dowiedzieliśmy się, że trąba morska, którą spostrzegliśmy przy Almeryi, spuszczała się wzdłuż wybrzeży hiszpańskich ku Afryce i na tej drodze właśnie spotkała nas. Nie umiem sobie wytłomaczyć, jakim sposobem okręt tak słaby i tak nieodpowiednio obciążony, mógł wyjść zwycięzko z tak groźnego niebezpieczeństwa. Gdy nas trąba morska już opuściła, morze przez jakiś czas jeszcze było szalenie wzburzone i jak daleko okiem sięgnąć, pokryte spienionemi bałwanami. Wtem ukazało nam się zjawisko przyrody tak wspaniałe i zdumiewające, że najbujniejsza fantazya nie mogłaby sobie czegoś podobnego wyobrazić. Morze na całej przestrzeni pałało ciemno-czerwonem światłem. Zdawało się, że to nie woda, lecz roztopiony ognisty jakiś metal — zwłaszcza spienione, łańcuchem ciągnące się bałwany, roztaczały taką jasność, że można było nietylko każdy przedmiot rozeznać, ale najdrobniejsze nawet pismo przeczytać. Był to widok piękny i pełen grozy; dziś, kiedy minęło ćwierć wieku, gdy o nim myślę, stoi mi jak najwyraźniej przed oczami.
W tem miejscu, gdzieśmy się znajdowali, morze było przepełnione małemi świecącemi zwierzątkami. Szklanka z wodą morską w ciemnościach jasno świeciła, ile razy poruszyło się wodę. Morze silnie było wzburzone przejściem trąby morskiej, i skutkiem tego świecące żyjątka, które za dnia nieuzbrojonem nawet okiem można było oglądać, zaniepokoiły się i ogromnemi masami wypłynęły na wierzch; wszystkie razem świeciły się i tej ich szczególnej własności zawdzięczaliśmy cudowny widok płonącego morza.
W parę godzin później, bez żadnych przeszkód stanęliśmy w Oranie. Teraz należało się zastanowić, co robić dalej. Po dokładnem obliczeniu przekonaliśmy się, że mamy dostateczną ilość kabli, ażeby doprowadzić je do Kartageny, o ile nie zajdą żadne niespodziewane przeszkody. Brat mój, pełen otuchy po tak szczęśliwie przebytych niebezpieczeństwach, chciał natychmiast rozpocząć zakładanie kabli, nie zmieniając nic w urządzeniach. Oparłem się temu stanowczo; straciłem bowiem wszelkie zaufanie zarówno do wału, jak i do naszego okrętu. Zdecydowaliśmy się więc, że kable zakładać będziemy zwykłą metodą, dawniej stosowaną.
Gdy nareszcie po długiej i ciężkiej pracy odwinęliśmy kable i usunęliśmy ów fatalny wał, rozpoczęliśmy powtórne zakładanie. Pogoda znowu nam sprzyjała i nie napotkawszy żadnej trudności, przebyliśmy tak znaczną część drogi, że już zdaleka widać było brzegi Kartageny. Aż tu nagle spostrzegliśmy, że kabel nagle się rozrywa. Koło hamulcowe natychmiast stanęło i urwany koniec kabla zniknął w głębiach morskich, a z nim i ogromna dla nas wówczas suma pieniędzy; roboty bowiem prowadziliśmy naszym kosztem i na własne ryzyko. W tej chwili jednak nierównie więcej bolało nas fiasko techniczne, niż strata materyalna, którą ponieśliśmy. Praca tylu miesięcy, trudy i niebezpieczeństwa przebyte nietylko przez nas, ale i przez wszystkich naszych towarzyszów, w jednej chwili bezpowrotnie zostały stracone. Do tego przyłączało się nieprzyjemne i upokarzające uczucie, że się było przedmiotem politowania dla całego towarzystwa, znajdującego się na okręcie. Była to ciężka kara za nasze zuchwalstwo!
Linia między Kartageną a Oranem stanowczo była dla nas nieszczęśliwa. Brat mój jeszcze w tym samym roku udał się do Oranu. Wszystkie urządzenia zostały ulepszone na mocy tak drogo nabytego doświadczenia: kable były nowe i mocne, niższy personel dobrany jak najstaranniej i pogoda sprzyjała. Jednem słowem, katastrofa wydawała się niemożliwą. Jakoż w oznaczonym terminie dostałem z Kartageny depeszę, że kable szczęśliwie zostały założone i depesze między Oranem i Paryżem zamienione. Niestety! w kilka godzin po pierwszej, otrzymałem drugą depeszę z wiadomością, że kable z niewiadomej przyczyny zerwały się w blizkości wybrzeża hiszpańskiego. Dokładne poszukiwania wykazały, że przyczyną było skaliste dno morskie i znaczna głębokość morza. Dość, że i ta wyprawa się nie udała i również przyniosła nam straty. Na szczęście zostały zamienione urzędowe depesze między Oranem i Paryżem. Nie mogli więc Francuzi żądać, abyśmy jeszcze raz do zakładania kabli powracali.
Wielkie straty poniesione przez nas spowodowały kryzys w naszych stosunkach handlowych. Wspólnik mój, Halske, nie chciał brać udziału w przedsiębiorstwie zakładania kabli podmorskich, połączonem zawsze z niebezpieczeństwem i ciężkiemi stratami. Wogóle bał się, że brat mój, Wilhelm, zanadto, co prawda, przedsiębiorczy i odważny, przyzwyczajony w dodatku do stosunków angielskich, zapląta nas w interesa na wielką skalę, przechodzące nasze środki. W. Meyer, jako kierownik firmy, stanął po stronie Halske’go. Jakikolwiek uznawałem słuszność ich rozumowania, nie mogłem się jednak zdecydować na opuszczenie mego brata w tak krytycznej chwili. Postanowiliśmy zatem, że filia londyńska stanowić będzie zupełnie oddzielne przedsiębiorstwo, należące wyłącznie do mnie i do Wilhelma pod firmą „Siemens brothers!”. Drugi mój brat, Karol, przystąpił też do niej jako wspólnik. Pomiędzy trzema samodzielnemi firmami, berlińską, londyńską i petersburską, zawarte zostały umowy, określające bliżej ich stosunek.
Nadmienię tu, że założone w morzu Czerwonem (1869 r.) kable z armaturą miedzianą i tej samej konstrukcyi, co kable między Kartageną a Oranem, również okazały się nietrwałemi. Telegraf ten, przeprowadzony jak najpomyślniej przez Wilhelma od Kerczu do Poti, uważany był za część linii indo-europejskiej, ale w niespełna rok, skutkiem trzęsienia ziemi, został w kilku miejscach jednocześnie zniszczony. Wszelkie próby, przedsiębrane w celu naprawy, nie wydały żadnych rezultatów.
Wogóle cały ten czas, poświęcony zakładaniu telegrafów podmorskich i powyżej przezemnie opisany, uważać można za czas nauki i doświadczenia w tego rodzaju przedsięwzięciach. Zamiast spodziewanych zysków, przyniósł nam troski, osobiste niebezpieczeństwa i wielkie straty; ale utorował nam drogę do powodzenia, którem uwieńczone zostały późniejsze zakładania kabli podmorskich, dokonane przez naszą firmę londyńską. W dalszym ciągu powrócę do tych robót, ale w krótkości, gdyż osobisty mój udział w nich był daleko mniejszy.






W krótkich słowach wspomnę o pracach moich naukowych i technicznych po r. 1850.
Pomiędzy r. 1850 a 1860 razem z Halske’m pracowaliśmy pilnie nad ulepszeniem przyrządów telegraficznych i elektrycznych instrumentów mierniczych, przeznaczonych do celów naukowych i technicznych. Nasze wynalazki, rozpowszechnione przeważnie przez wystawy wszechświatowe w Paryżu i Londynie, prawie wszędzie posłużyły za podstawę do późniejszych urządzeń. Jak już wyżej wspominałem, bardzo nieznaczna ich część została opatentowaną. Wprawdzie okoliczność ta niezmiernie ułatwiła ich rozpowszechnienie i przyczyniła nam mnóstwo obstalunków, ale zato wielokrotnie byliśmy pozbawieni przyznania nam przez ogół pierwszeństwa w danym wynalazku.
Wydział sygnalizacyi na kolejach, z którym firma nasza od początku swego istnienia zostawała w stosunkach, nastręczył nam inne zadania. Na wszystkich niemieckich kolejach żelaznych wzdłuż linii ustawione być miały dzwony, które z odejściem pociągu ze stacyi miały wydawać odgłos słyszany na całej linii. Zbudowanie, a potem ulepszenie ich doprowadziło do urządzeń dziś jeszcze przeważnie używanych.
Pomijając rozliczne prace, ulepszenia i wynalazki, wspomnę tylko o pracy większych rozmiarów p. t. Ueber die elektro-statische Induction und die Verzögerung des Stromes in Flaschendrähten, która miała być ostatecznym wynikiem kilkoletnich badań nad własnościami fizykalnemi przewodników podziemnych. Na zakończenie opisałem tam przyrząd, znany pod nazwą „Siemens’sche Ozonröhre” i rozwinąłem teoryę jego działania. Za pomocą tego aparatu można było zamienić tlen na ozon na drodze elektrolizy. Przyrząd ten ma wielką przyszłość przed sobą, ponieważ umożliwia poddawanie gazów elektrolizie. Przechodzą one w t. zw. stan czynny, co na innej drodze z wielkiemi połączone jest trudnościami.
Wspominałem o tem już dawniej, że jedną z największych przeszkód na drodze rozwoju nauk przyrodniczych wogóle, a techniki fizykalnej w szczególności, był brak ustalonych miar. W pismach naukowych przyrodniczych używano wprawdzie przeważnie metra i grama, jako miary długości i wagi; jednakowoż brak pewności i zgody pod tym względem dotkliwie czuć się dawał w technice. Bądź co bądź, metr i gram były przynajmniej stałemi punktami porównania, do których sprowadzać się dały wszystkie pomiary. Ale miary elektryczności zupełnie były pozbawione takiego stałego punktu porównania. Wilhelm Weber, Gans i Jacobi różne robili próby i propozycye w tej mierze, te jednak nie zostały przyjęte przez ogół i mnie też nie zadowalały w zupełności.
Wynik moich badań daje się mniej więcej streścić w następujący sposób:
Przedewszystkiem chodziło o jednostkę oporu elektrycznego. Po rozmaitych próbach postanowiłem użyć w tym celu rtęci, której opór mało się zmienia pod wpływem temperatury. W r. 1860 wystąpiłem z propozycyą uznania za jednostkę opór, jaki przy 0 Celcyusza stawia słup rtęci, którego długość wynosi 1 metr, a przecięcie 1 mm. kwadr. W sprawie tej ogłosiłem pracę w Rocznikach Poggendorff’a p. t. Vorschlag zu einem reproductiobaren Widerstandsmaasse.
Rząd angielski powierzył memu bratu Wilhelmowi i mnie kontrolę nad subwencyonowanemi przez rząd fabrykami kabli. To skłoniło nas do bardzo szczegółowych badań nad własnościami przewodników podmorskich i do wypracowania racyonalnej metody próbowania ich na drodze elektrycznej. Kable, założone pomiędzy w. Maltą i Aleksandryą, pierwsze poddane zostały systematycznym próbom i kontroli podczas całej fabrykacyi, wskutek czego i po założeniu okazały się bez żadnej wady i długo pozostały w jak najlepszym stanie.
W r. 1860 przedstawiliśmy na zebraniu Towarzystwa Brytańskiego pracę p. t. Umriss der Principien und des praktischen Verfahrens bei der Prüfung submariner Telegraphenlinien auf ihren Leitungszustand. Zawiera ona główne wyniki naszych badań i jest podstawą późniejszego, ogólnie przyjętego systemu próbowania kabli i wykrywania ich braków.






Na powyższy okres mego życia, którego naukową działalność właśnie skreśliłem, przypadają jeszcze dwa zdarzenia, bardzo dla mnie ważne.
W r. 1859 zostałem wybrany na członka najstarszego kolegium kupców berlińskich, które jest zarazem sądem handlowym dla całej Marchii Brandeburskiej. Wybór odbywa się przez głosowanie wszystkich firm handlowych i przemysłowych; jest zatem uważany za wielkie odznaczenie. Wynikła ztąd dla mnie ta jeszcze korzyść, że zawiązałem osobiste stosunki z całym berlińskim światem przemysłowym.
W r. 1860 z okazyi pięćdziesięcioletniego jubileuszu uniwersytetu berlińskiego zdobyłem godność „doktora honoris causa” fakultetu filozoficznego. Zaszczyt ten ucieszył mnie przedewszystkiem dlatego, że w nim widziałem uznanie mojej naukowej działalności i stawiał mnie niejako na koleżeńskiej stopie z moimi naukowymi przyjaciołmi.






Po roku 1860 brałem czynny udział w politycznem życiu mojej ojczyzny, ale obok tego usilnie się starałem o dalszy rozwój przedsiębiorstwa przezemnie powołanego do życia.
W ciągu tego czasu zaszły zmiany w kierownictwie pruskich telegrafów rządowych. Miejsce asesora Notebohm’a, który mi nigdy darować nie mógł, że w rozmaitych pismach i broszurach wytykałem wadliwe urządzenia technicznej administracyi telegrafów, zajął niezmiernie inteligentny i wykształcony oficer artyleryi, pułkownik von Chaovin był teraz dyrektorem pruskich telegrafów rządowych. Ten zawiązał nanowo stosunki z naszą firmą, chcąc spożytkować bogate jej doświadczenia na polu telegrafii i podnieść zacofane nieco urządzenia telegrafów rządowych.
Ponieważ jednocześnie dawny mój przyjaciel i protektor, v. Lüders w Petersburgu, powrócił do władzy, powziąłem więc śmiały zamiar zbudowania specyalnej linii telegraficznej pomiędzy Anglią i Indyami t. zw. linii Indo-Europejskiej, przechodzącej przez Prusy, Rosyę i Persyę.
Rząd angielski próbował już w r. 1862 przeprowadzić linię telegraficzną przez morze Śródziemne, Azyę Mniejszą i Persyę do Indyi. Ale ta nigdy należycie nie funkcyonowała i ostatecznie przekonano się, że szybka i pewna korespondencya telegraficzna pomiędzy Anglią i Indyami osiągnięta być może tylko za pomocą linii specyalnej, zbudowanej i administrowanej samodzielnie, i przechodzącej przez Prusy, Rosyę i Persyę.
Dobrze projekt ten przestudyowawszy, przekonałem się o możliwości wykonania go; postaraliśmy się więc — Wilhelm i ja — o zezwolenie rządów angielskiego i pruskiego, i zabraliśmy się do dzieła. Największa trudność leżała w tem, aby rząd rosyjski pozyskać dla naszej sprawy, to znaczy uzyskać jego pozwolenie na zbudowanie i eksploatowanie w obrębie cesarstwa oddzielnej linii telegraficznej i to przez towarzystwo złożone z cudzoziemców.
Uzyskaliśmy to pozwolenie dopiero po długich układach, przy których głównie dopomogła nam ta okoliczność, że poprzednio wykonane roboty zdobyły nam już w Rosyi niepospolite uznanie i jako technikom i jako odpowiedzialnym przedsiębiorcom. Otrzymana koncesya przyznawała nam prawo przeprowadzenia i eksploatowania podwójnej linii: od granicy pruskiej na Kijów, Odessę, Kercz, ztamtąd wybrzeżem Kaukazu linii podmorskiej do Suchum-Kale i dalej na Tyflis do granicy perskiej. Prusy zobowiązały się, że przeprowadzą same podwójną linię od granicy polskiej na Berlin do Emden i oddadzą ją pod zarząd towarzystwa przez nas utworzonego. Persya dała nam koncesyę podobną jak Rosya do zbudowania linii telegraficznej od granicy rosyjskiej do Teheranu. Ukończenie rozpoczętej już linii od Teheranu do Indyi wzięła na siebie Anglia.
Nadto otrzymaliśmy pozwolenie na przekazanie koncesyi naszej towarzystwu, mającemu siedzibę w Anglii, z warunkiem, że budowa i utrzymanie linii powierzone zostaną naszej firmie, której udział w kapitale zakładowym zawsze miał wynosić 1/5. Utworzyliśmy więc towarzystwo anglo-niemieckie z siedzibą w Londynie. Za dowód zaufania, jakiem się firmy nasze cieszyły, niech posłuży ten fakt, że bardzo znaczny, potrzebny nam kapitał, został pokryty w Berlinie i Londynie jedynie na proste nasze żądanie bez pośrednictwa banków. Nadmienię, że linia Indo-Europejska dziś jeszcze istnieje bez zmiany i mimo niebezpiecznego dla niej współzawodnictwa linii podmorskiej, przeprowadzonej później przez przedsiębiorców angielskich przez morza Śródziemne i Czerwone, dziś jeszcze znaczną dywidendę przynosi akcyonaryuszom.






Po ukończeniu robót przy linii Indo-Europejskiej brat mój Walter, nie mając na razie stosownego zajęcia, namówił nas na kupno bogatej kopalni w Kedabeg na Kaukazie. A że przedsiębiorstwo tego rodzaju nie wchodziło w zakres działalności naszej firmy, więc kapitału, jak się początkowo zdawało niezbyt wielkiego, dostarczyliśmy prywatnie, ja i brat mój Karol.
Wkrótce okazało się, że urządzenie i eksploatacya kopalni tak znaczne pochłania sumy, że zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy przedsiębiorstwo nasze prowadzić dalej, czy też go zaniechać. Zanim powzięliśmy stanowczą decyzyę, postanowiłem odbyć podróż na Kaukaz i przekonać się naocznie o stanie rzeczy. Podróż tę zaliczam do najprzyjemniejszych wspomnień mego życia. Od dawna marzyłem o podróży na wschód, o zwiedzeniu tej kolebki cywilizacyi i wszelkiej kultury.
A że wówczas właśnie, po śmierci ukochanej mojej żony, zarówno fizycznie, jak moralnie byłem przygnębiony, uważałem podróż tę za doskonały środek do odzyskania sił i równowagi.
Na początku października 1865 r. puściłem się w drogę; pojechałem na Peszt do Basiaczu, tam wsiadłem na statek i popłynąłem Dunajem, a następnie morzem na Kustendże do Konstantynopola. Na okręcie zrobiłem interesującą znajomość: poznałem sławnego Omara baszę. Powracał właśnie z Wiednia i Paryża. Cóż, kiedy w żaden sposób nie mogłem rozmowy naprowadzić na jego czyny wojenne. Widocznie tryumfy nad wiedeńskiemi i paryzkiemi damami z baletu, do których ciągle powracał, nierównie milsze pozostawiły mu wspomnienia.
Bosfor, morze Marmora, słodkie wody, nieporównane położenie Konstantynopola, wszystko to było już tak pięknie opisywane i z takiem namaszczeniem czytane, że mógłbym to pominąć milczeniem. Konstantynopol, mimo wspaniałego położenia, które odrazu wskazuje, że to jest miejsce przeznaczone na stolicę świata, nie robi ani przyjemnego, ani podniosłego wrażenia. Nikt nie powie: „Widziałem Konstantynopol, teraz mogę umrzeć." Mnie te cyprysy, któremi Turcy zdobią groby, rozsiane pomiędzy domami, dają miastu wygląd ponury, może to odblask ponurych dziejów tego miasta, może przeczucie, że walka o Konstantynopol kiedyś Europę ogniem i krwią zaleje, dosyć, że widok jego wprawia nas w podziw, ale nie zachwyca, jak np. Neapol, albo inne pięknie położone miasto. Nawet wspaniałe gmachy, jak stary seraj u Złotego Rogu i Hagia Zofia, imponują ogromem, ale widokiem swym nie sprawiają przyjemności. Ś-ta Zofia obliczona jest na efekt wnętrza, a nie widoku zewnętrznego. Ale zato wnętrze owo jest nad wszelki wyraz piękne i imponujące. Nigdy żaden gmach, żadne dzieło sztuki, nawet cuda przyrody nie zrobiły na mnie tak wstrząsającego wrażenia, jak kopuła ś-tej Zofii. Ogromna kopuła św. Piotra nie wytrzymuje z nią żadnego porównania. Tam, przyjrzawszy się bliżej, człowiek jest zdumiony tym kolosem, którego się zupełnie nie spodziewał ujrzeć. Tu zaś przeciwnie: ś. Zofia wydaje się o wiele większą, niż jest w rzeczywistości, dzięki rozmiarom proporcyonalnym, wspaniałym, a zarazem lekkim.
Po kilkodniowym pobycie w Konstantynopolu udałem się do Trebizondy. Tam odwiedziłem pruskiego konsula, v. Herford’a, którego znałem z Berlina. Konsul uważał za stosowne, abym złożył wizytę tamtejszemu baszy, któremu powierzono budowę drogi bitej, inaczej szosy, do Persyi. Na zapytanie, czy nas basza może przyjąć, odpowiedziano nam, że w tej chwili zajęty jest w haremie: ogląda niewolnice, które zamierza kupić, ale za godzinę przyjmie nas w ujeżdżalni. Gdy mnie nareszcie konsul przedstawił, zdawało mi się, że ten wysoki blondyn w sile wieku, jakoś mi jest znajomy. Basza widocznie miał to samo wrażenie; przypatrywał mi się długo, nareszcie się spytał, czy dawniej nie byłem oficerem pruskim i czy nie stałem w Magdeburgu? Gdym odpowiedział twierdząco, spytał się, czy nie pamiętam, że przed 20 laty naznaczony byłem do zrewidowania piorunochronów w fortecy? On jest bowiem sierżantem, który mnie wówczas oprowadzał. Konsul wspomniał coś o wielkich robotach powierzonych baszy; ten zaś zaproponował spacer po owej szosie na wspaniałych arabskich rumakach. Po godzinie tego spaceru basza z oznakami widocznej niecierpliwości chciał koniecznie wracać do domu. Mnie zaś zdjęła ciekawość, żeby się trochę dalej zapuścić w dolinę. Ujechałem paręset kroków i ku wielkiemu memu zdziwieniu, przekonałem się, że tuż za lasem szosa się kończy. Konsul mnie potem objaśnił, że dalszy ciąg szosy schował basza do swojej kieszeni.
Nazajutrz opuściliśmy Trebizondę i popłynęliśmy do Batumu, a ztamtąd na małym statku przybiliśmy do Poti. Tam przyjął mnie brat mój, Walter, który razem ze mną odbył niezmiernie wówczas uciążliwą podróż do Tyflisu. Z początku jechało się statkiem w górę po rzece Rionie aż do Orpiri, miejscowości, zamieszkanej wyłącznie przez sekciarzy rosyjskich, którzy z całego cesarstw a tu przywędrowali.
Z Opiri pojechaliśmy powozem do Kutaisu, czyli starożytnej Kolchidy. Na wysokiej górze wznosi się tu klasztor, jak mówią, jeden z najstarszych zabytków chrześcijaństwa, zbudowany na miejscu, które już w zamierzchłej przeszłości uchodziło za święte.
Klasztor leży w gruzach, za wyjątkiem małej świątyni, opartej na czterech kolumnach granitowych, z których każda jest w stylu odmiennym. Starożytność jej, jak zresztą wielu gmachów na Kaukazie, nie liczy się na setki, ale na tysiące lat; jakkolwiek musi w tem być dużo przesady, to jednak wiele bardzo dowodów przemawia za tem, że Kaukaz jest jedną z kolebek kultury wszechświatowej.
Dziś jest Kutais stacyą kolei żelaznej i w jednym dniu wygodnie się tu dojeżdża z Poti, albo z Batumu, ale wówczas uważaliśmy się za szczęśliwych, że mogliśmy jechać nowozbudowaną szosą przez wzgórza Suramu i ułatwić sobie podróż, dawniej o wiele uciążliwszą. Zato trudno sobie wyobrazić widoków bardziej romantycznych i piękniejszych miejscowości. Krajobraz zmienia się dopiero na płaskowzgórzu Gruzińskiem, przez które prowadzi droga do Tyflisu. Jedzie się wciąż brzegiem Kury, drogą monotonną, kamienistą i ubogą w roślinność. Jedno, co wynagradza to jałowe otoczenie, to ukazujący się wciąż w dali łańcuch śnieżnych wierzchołków wielkiego Kaukazu.
Tyflis północną stroną oparty jest o górzystą ścianę i to prawdopodobnie jest powodem strasznego upału, panującego tu w lecie. To też każdy ma na lato drugie mieszkanie, położone o kilka tysięcy stóp wyżej od miasta, do którego przyjeżdża tylko dla załatwienia najpilniejszych interesów. Właściwie składa się Tyflis z dwóch oddzielnych miast: jedno wyższe, europejskie, drugie niższe, azyatyckie, oddzielone między sobą zupełnie wyraźną granicą.
Tyflis europejski z dumą nazywa się „Paryżem azyatyckim,” — oczywiście ma wygląd zupełnie europejski i zamieszkały jest przez Rosyan i przedstawicieli zachodnich krajów Europy; tu znajduje się pałac cesarski, teatr i inne gmachy rządowe. Drugie, graniczące z nim miasto, ma istotnie pozór i ludność czysto azyatycką.
Z Tyflisu pojechaliśmy do Axtapha, zkąd droga prowadzi do Baku przez owe nieprzejrzane stepy, ciągnące się do samego morza Kaspijskiego. Z powodu bardzo silnego upału chcieliśmy wyruszyć już o 3-ej zrana. Ale poczthalter energicznie się temu oparł, gdyż, jak twierdził, bandy zbójców grasowały w stepach. Ale przestrogi jego na nic się nie zdały i nocą chłodną i gwiaździstą puściliśmy się w drogę, zaopatrzeni w dobre rewolwery, które dla bezpieczeństwa trzymaliśmy w ręce na pogotowiu.
Walter nie zaciekawiony, jak ja, pięknością nowych dla mnie widoków, nie mógł się oprzeć znużeniu i wkrótce zasnął snem sprawiedliwego.
Wtem z kozła rozległ się okrzyk: „Zbójcy!" i w tej samej chwili ujrzałem postać w bieli galopem zbliżającą się do nas. Brat mój, zbudzony krzykiem, nie namyślając się długo, strzelił do owej postaci, znajdującej się już tuż przy naszych koniach i także krzyczącej na całe gardło. Szczęściem, nie trafił. Jak się wkrótce okazało, nie był to żaden zbójca, tylko Ormianin, który przed zbójcami uciekał i u nas szukał opieki. I to się też wyjaśniło, że owi zbójcy istnieli tylko w wyobraźni Ormianina. Nieostrożność jego mogła go przyprawić o śmierć i to z własnej tylko winy — jest to bowiem zwyczajem, ogólnie na Kaukazie przyjętym, ażeby do napotykanych podróżnych nie zbliżać się nigdy inaczej, jak tylko w wolnem tempie.
Wkrótce po tem zdarzeniu byliśmy świadkami niezwykle pięknego zjawiska natury. Nagle na widnokręgu tego kolosalnego stepu zajaśniało wielkie, wspaniałe, różnobarwne światło; od meteoru różniło się tem, że nieruchomo pozostawało na jednym punkcie nieba. Łamaliśmy sobie głowy nad przyczyną tego zjawiska. Wkrótce zbladło i zmalało do rozmiarów zwyczajnej gwiazdy. Była to Wenus wschodząca: chmury stepowe i ciemności, zalegające ziemię w stronach południowych, nawet przed samym wschodem słońca, sprawiły, że nam się wydała tak wielką i świetną.
Zanocowaliśmy w kolonii szwabskiej, zwanej Annenfeld, położonej na stromym stoku góry, która prowadzi do kopalni Kedabeg. Takich kolonij niemieckich jest na Kaukazie bardzo wiele; właściwie i Tyflis jest niczem innem. Początek swój zawdzięczają pobożnym lutrom szwabskim, którzy na początku XIX wieku całemi gromadami przez Austryę i Rosyę ciągnęli na wschód do owej ziemi obiecanej, gdzie się spodziewali wszelkich rozkoszy ziemskich i niebieskich. Rząd rosyjski bardzo chętnem okiem patrzył wówczas na dobrych rolników niemieckich, osiedlających się na Kaukazie. Namówił więc Szwabów, aby wysłali komisyę na zwiady do Jerozolimy, czy rzeczywiście znajdą tam grunty zdatne pod uprawę. Członkowie komisyi za powrotem najmocniej odradzali dalszą podróż na wschód. A że rząd rosyjski bezpłatnie ofiarował kolonistom znaczne przestrzenie urodzajnej ziemi, pozostali więc na miejscu i do dziś dnia zachowali obyczaje i cały swój charakter niemiecki.
Z Annenfeldu prowadzi droga stroma i kamienista w górę do kopalni Kedabeg. Przekroczywszy ostatnią przełęcz górską, podróżny widzi przed sobą małe, ale zupełnie po europejsku zbudowane miasto fabryczne z wysokiemi kominami i rozległemi zabudowaniami, a pomiędzy niemi kościół, szkołę i po europejsku urządzoną restauracyę. Ale, co więcej, po wysokim wiadukcie pędzi pociąg kolei żelaznej, która łączy rozmaite miejscowości fabryczne, rozrzucone na przestrzeni 30-tu kilometrów. Tak oryginalny obraz nowożytnej kultury wśród dzikiej pustyni przyciągał tu podróżnych i ciekawych z najodleglejszych stron, nawet z Persyi. Naturalnie, że nie odrazu tak wyglądał Kedabeg.
Początkowo, oprócz drewnianego domu dyrektora, zaledwie było kilka chat i zabudowań fabrycznych; robotnicy wszyscy bez wyjątku mieszkali w grotach i jaskiniach górskich. Z wielką nawet trudnością zdołała dyrekcja przyzwyczaić robotników azyatyckich do mieszkania w domach zbudowanych z kamienia. Gdy jednak przy pomocy kobiet dało się to nareszcie przeprowadzić, rozwiązaną została tem samem i kwestya robotnicza.
Ludzie tamtejsi mają tak małe potrzeby, że nic ich nie zmusza do przeciągłej pracy. Skoro tylko zarobią cośkolwiek, co im starczy na kilkotygodniowe utrzymanie, wnet przestają pracować i wypoczywają. Na to był tylko jeden sposób: przyzwyczaić ich do sposobu życia i do potrzeb, których zaspokojenie wymaga ciągłej pracy. Bodźcem zaś okazało się wrodzone kobietom upodobanie do przyjemnego życia rodzinnego i łatwo obudzić się dająca próżność i chęć do strojów. Gdy zostały wybudowane domy dla robotników i udało się namówić kilka stadeł do zamieszkania ich, odrazu podobały się kobietom te mieszkania wygodne i przyjemne.
Z czasem zagustowały i w wykwintniejszem urządzeniu; pojawiły się lustra i dywany; zaszły zmiany w strojach, słowem, miały potrzeby, na zaspokojenie których mężowie musieli pracować, czując też zadowolenie ze zmienionego trybu życia. Po krótkim czasie cisnęli się wszyscy do murowanych domów i dyrekcya zmuszona była wystawić dostateczną ilość tychże dla pomieszczenia wszystkich stale przy kopalni pracujących robotników.
Mogę tylko zalecić ten sam sposób postępowania wszystkim pionierom cywilizacyi na kolo­niach.
Człowiek, który nie ma potrzeb, jest wrogiem wszelkiego kulturalnego postępu. Dopiero gdy się w nim obudzą potrzeby, a on w skutek tego przyzwyczai się do pracy, wtedy staje się wdzięcznem polem dla usiłowań kulturalnych tak społecznej, jak religijnej natury. Od tych ostatnich zaczynając, osiągniemy zawsze tylko pozorne wyniki.
Łatwo można zrozumieć, że pomyślne rezultaty, otrzymane przez nas w Kedabeg zjednały nam pewien rozgłos i ze wszystkich stron zaczęły napływać propozycye kupna nowych kopalni. Zarówno ja, jak i mój brat, byliśmy temu najmocniej przeciwni, gdyż sam Kedabeg przyczyniał nam dosyć kłopotów i kosztów. Ale mimo to nieraz nie mogliśmy się uchylić od zwiedzania rozmaitych pokładów kruszcowych, mianowicie jeżeli te były własnością osób wpływowych.
Kiedy po śmierci mojego brata, Waltera, udałem się w r. 1868 po raz drugi do Kadebegu, musiałem odbyć dwie wycieczki w góry Kaukazkie. Jedna z nich zwłaszcza, z Suchum-Kale do Eibeldy, była niezmiernie interesującą.
Góra Elborus (18,000 st. wysokości), najwyższa w Europie, z bardzo niewielu punktów jest widoczna w całej wysokości, a to dlatego, że otoczona jest, niby pierścieniem, wysokiem pasmem gór.
Przestrzeń pomiędzy Elborusem i owym pierścieniem jest też prawie niedostępna; przerzynają ją bowiem mniejsze poprzeczne łańcuchy, dzieląc ją tym sposobem na rozmaite części. Jedną z tych części jest Eibelda, naturalna, niezdobyta forteca, którą kilku ludzi przed niezliczonem wojskiem obronić może. To też gdy cały Kaukaz już był w ręku Rosyi, niezwyciężona Eibelda pozostawała, jeszcze długo w ręku nielicznej, ale osobne plemię stanowiącej ludności.
Dopiero z jednej strony głód, a z drugiej korzystne obietnice, poczynione tym mieszkańcom przez Rosyę, skłoniły ich do opuszczenia fortecy.
Może w rok po tych wypadkach zwrócił się jenerał Heyman, gubernator Suchum-Kale, do brata mojego Ottona (po śmierci Waltera on objął jego miejsce przy kopalniach i został także konsulem niemieckim) z prośbą o zwiedzenie bogatych pokładów miedzi i srebra w Eibelda. Właśnie znajdowałem się wtedy na Kaukazie dla zainstalowania nowego dyrektora, którego przywiozłem z Europy. Jenerał Heyman ponowił więc swoją prośbę i obiecywał uczynić podróż naszą, o ile możności, wygodną i bezpieczną. Nie mogłem się oprzeć tej pokusie: chciałem dotrzeć do samego serca gór Kaukazkich, tembardziej, że dotąd żadnego Europejczyka noga tam nie postała. Utworzono tedy mały oddział wojskowy pod dowództwem pułkownika rosyjskiego i ten miał nas doprowadzić do Eibeldy.
Droga, zacząwszy od samego miasta, szła doliną małego potoku górskiego o nadzwyczajnie bujnej roślinności. Jechaliśmy konno wciąż pod górę krainą zupełnie dziewiczą, niedostępną przynajmniej dotąd wszelkiej kulturze. Zdala widniały śnieżne szczyty gór Kaukazkicb, a u stóp ich lśniło się morze, jak wielka tafla lustrzana. Przenocowawszy w małej rosyjskiej kwaterze wojskowej, puściliśmy się w drogę nazajutrz o wschodzie słońca i zbliżyliśmy się wkrótce do właściwego łańcucha gór. Bez wielkiego utrudzenia dotarliśmy do miejscowości zwanej Eibelda, która jest dopiero wstępem do właściwej fortecy. Do tej ostatniej prowadzi tylko jedno wejście, szeroka dosyć szczelina górska, w głębi której szumi i bałwani się potok. Na brzegu tej szczeliny wznosiła się po jednej stronie ogromna, może na 1,000 stóp wysoka ściana, niemal prostopadła i długa przeszło na wiorstę. Może w połowie jej wysokości utworzył się poziomo biegnący występ tak szeroki, że od biedy można było konno po nim przejechać. To była jedyna droga do Eibeldy — musieliśmy ją tedy przebyć. Oficer jechał przodem, poradziwszy nam poprzednio, ażebyśmy nie patrzyli w przepaść, tylko prosto na łeb konia i posunęli go zupełnie swobodnie. W milczeniu przejechaliśmy szczęśliwie może pół drogi. Tu już pokazywało się nieco roślinności i ta zakrywała nam straszną przepaść. Wtem spostrzeżono, że koń oficera jadącego przedemną powoli się zniżył i oficer po stronie ściany spokojnie zeskoczył z siodła. Koń się podniósł i szedł dalej obok swojego pana. Bezwiednie prawie poszedłem za przykładem oficera i zsunąłem się z konia. Gdym przebył szczęśliwie to niebezpieczne miejsce, w którem koń oficera, zwiedziony roślinnością, potknął się, obejrzałem się na mego brata. Ku wielkiej mojej radości spostrzegłem, że cała kawalkata poszła za moim przykładem. Tak więc bez szwanku dotarliśmy do końca przesmyku i odpoczęliśmy przy doskonałem śniadaniu, w czarującej grocie z widokiem na głęboką i szeroką dolinę rzeki; ściany i sklepienie groty wyłożone były delikatnym mchem.
Ztąd już nie było żadnej drogi i do dziś dnia nie mogę zrozumieć, jakim sposobem przewodnik nasz mógł się oryentować w tym wspaniałym lesie dziewiczym. Od wschodu do zachodu ciągnęły się faliste wzgórza, co najmniej na 700 stóp wysokie, które wciąż musieliśmy przebywać. Południowe stoki tych gór zarośnięte były pysznemi drzewami: dęby, kasztany i orzechy włoskie w górze tworzyły sklepienia tak gęste, że ani liany, ani żadne inne pnącze nie mogły się tu rozwijać. Z pewnością nigdy ręka ludzka nie dotknęła żadnego z tych drzew i dlatego obok młodego, zielonego pokolenia sterczały stare i zeschłe olbrzymy.
Zupełnie inny widok przedstawiały północne stoki. Słońce nie zdołało wysuszyć tu ziemi. Mimo spadzistości grunt był tak wilgotny i bagnisty, że z trudnością posuwaliśmy się naprzód. Wszędzie rozrastały się pnącze, a nawet sitowia, i to tak bujnie, że jeździec z koniem mógł się w nich ukryć.
O zachodzie słońca stanęliśmy nareszcie u wrót skalistych, tworzących wejście do tej fortecy, zbudowanej przez samą naturę. Po za temi wrotami przedstawił się oczom naszym widok tak piękny i wspaniały, że w pierwszej chwili osłupieliśmy z podziwu. Przed nami stał potężny Elborus, pokryty śniegiem i oblany blaskiem zachodzącego słońca. Na prawo i na lewo ciągnęły się łańcuchy śnieżnych gór. A na dole skalista dolina dotykała stóp Elborusa.
Przebycie tej doliny utrudniała ogromnie roślinność kolczasta tak bujna, żeśmy się zaledwie przedostać mogli. Przezwyciężywszy i tę przeszkodę, wkwaterowaliśmy się do chat opuszczonych przez dawnych mieszkańców i tam przebyliśmy noc, zażywając spoczynku, który nam się należał po tak uciążliwej drodze.
Nazajutrz zwiedziliśmy starą kopalnię miedzi; górnik, który nam towarzyszył, orzekł, że nie warta jest eksploatowania, a gdyby nawet jak najobfitszy obiecywała plon, to i tak położenie jej uniemożliwiłoby wszelką eksploatacyę. Mój brat i ja tymczasem lubowaliśmy się cudnej piękności prawdziwie wspaniałym widokiem. Przy świetle słońca daleko lepiej, niż wieczorem, można było podziwiać dziki i romantyczny krajobraz. Elborus, jego lodowce i pola śniegowe, strumienie spływające z gór, wszystko lśniło się i błyszczało, jak roztopione srebro. Staliśmy na płaskowzgórzu, które się ostro spuszcza ku dolinie, oddzielającej je od Elborusa; za nami i dokoła wznosiły się wysokie góry, zasłane zielenią, prawdziwie kaukazką roślinnością. Obeszliśmy płaskowzgórze dookoła, odkrywając coraz nowe i coraz piękniejsze widoki.
Drogę powrotną do Suchum-Kale odbyliśmy w ten sam sposób, jak drogę do Eibeldy, tylko nieco mniej uciążliwie dzięki nabytemu doświadczeniu. Niestety, musiałem teraz zapłacić daninę niebezpiecznemu klimatowi tej uroczej krainy. Podczas noclegu czułem się już niezdrów. Młody lekarz wojskowy, towarzyszący nam, poznał odrazu symptomaty panującej w tych stronach febry i zastosował zwykłe środki. Zażyłem dużą dawkę chininy, tak, że mogłem jechać dalej; na drugi dzień drugą i nareszcie po trzech dniach trzecią, znacznie słabszą. Febra narazie występowała łagodniej, ale skutki długo jeszcze dawały mi się we znaki.
Drugą wycieczkę w góry Kaukazkie przedsięwzięliśmy dla zwiedzenia pokładów rudy, położonych w równie niedostępnej okolicy i należących do książęcej rodziny gruzińskiej. Droga z Tyflisu szła na Kachetyę, ową kolebkę hodowli szczepu winnego, gdzie po dziś dzień obchodzą uroczystości i święta, przypominając rzymskie Saturnalia. Przewodnikami naszymi byli dwaj synowie książęcy, a u podnóża gór przyłączył się do nas sam książę z pozostałymi synami. Oryginalna była ich rezydencya, gdzieśmy spędzili jednę noc. Na płaszczyźnie, przylegającej do samych gór, wznosił się dom drewniany, zbudowany na słupach co najmniej czterometrowej wysokości. Nie było innego sposobu dostać się do wnętrza, jak po drabinie. Całą szerokość domu zajmowała jedna wielka sala o wielu bardzo oknach, pod któremi stał stół szeroki na dwa metry. Ten stół był jedynym meblem i służył do rozmaitego użytku. W południe nakrywano go w jednym końcu dywanem i ustawiano na nim potrawy i chleby rozmaitych rozmiarów. Wielkie plastry chleba, a raczej ciasta cienko rozwałkowanego, nietylko były przeznaczone do jedzenia, ale zastępowały obrus i serwety i niemi także wycierano naczynia. Dla nas, cudzoziemców, przyniesiono krzesła; gdyśmy już usiedli, wtedy stary książę i jego synowie wskoczyli na stół i zasiedli naprzeciwko nas, obok swoich nakryć. Tylko my używaliśmy widelcy i noży; książę i jego rodzina jedli palcami, według zwyczaju czysto wschodniego. Jedzenie było nadzwyczaj smaczne, a wino kachetyńskie, podawane w rogach bawolich, wyborne; ale Europejczycy, jakkolwiek jedli i pili dużo, nie mogli w żaden sposób dotrzymać placu krajowcom. Pod noc dowiedzieliśmy się, jakie było drugie przeznaczenie tego stołu: wszystkie posłania, zarówno dla nas, jak i dla książąt, rozłożono na nim.
Nazajutrz bardzo rano puściliśmy się w dalszą w drogę; pięliśmy się pod górę na naszych rączych i zwinnych konikach. O zmierzchu byliśmy już blizcy celu naszej podróży, jednak wypadało zanocować w drodze. Rozłożyliśmy się obozem na wspaniałej przełęczy, między dwoma strumieniami górskiemi. Nad głowami mieliśmy sklepienie z olbrzymich drzew i gałęzi, a przed nami otwarty widok na Kachetyę i po za nią ciągnące się góry. Nadzwyczaj zręczni drabanci książęcy ułożyli i urządzili wszystko w mgnieniu oka tak wygodnie, że przyjemniejszego noclegu nie można sobie wyobrazić. Przygotowano wieczerzę i całą noc krążyły kielichy z doskonałem winem. Książę ani jednego słowa nie mówił i nie rozumiał w innym języku, jak po gruzińsku, cokolwiek powiedział, tłomaczono nam na rosyjski. A że po niemiecku nie rozumiał żaden z naszych towarzyszów, więc brat mój pozwalał sobie na żarty, za które pewnoby nas zasztyletowano, gdyby były zrozumiane i gdybyśmy ich nie pokrywali gestami i minami, wyrażającemi najgłębsze uszanowanie.
Na drugi dzień obejrzeliśmy pokłady kruszcowe, wprawdzie bardzo bogate, ale zamknięte w miejscowości zupełnie niedostępnej, o czem przekonawszy się, zabraliśmy się do odwrotu. Nad wieczorem byliśmy znowu w rezydencyi książęcej; tam przenocowaliśmy i pożegnawszy księcia i jego rodzinę, przez dolinę kachetyńską i stepy puściliśmy się ku Kedabegowi. Trudne było niezmiernie przejście przez rzekę Kurę. Znaleźliśmy na brzegu jednę jedyną łódkę i to bez wioseł, które zresztą wobec silnego prądu nie na wieleby się zdały. Sposób przeprawiania się, używany przez naszych towarzyszów, był oryginalny i mogę go polecić wszystkim autorom opisującym pierwotne środki komunikacyi. Dwa najlepsze konie wprowadzono do wody tak daleko, że straciły grunt pod nogami. Wtedy dwóch Tatarów, znajdujących się w łódce, chwyciło się za ogony końskie; takim sposobem konie, płynąc, ciągnęły za sobą łódkę i znajdujących się w niej podróżnych. Wysadziwszy na ląd pierwszą partyę, wracała łódka po drugą i tak wciąż, dopóki nie zostali sami Tatarzy. Nareszcie i ci, chwyciwszy się ogonów końskich, przepłynęli na drugą stronę.
Na wszystkich naszych wycieczkach w góry mieliśmy sposobność podziwiać zręczność i wytrwałość małych kaukazkich koni. Niezmordowanie i bez szwanku wspinają się z jeźdźcem po najtrudniejszych ścieżkach górskich. I wogóle wszyscy są tu tego przekonania, że nierównie jest bezpieczniej odbywać wycieczki konno niż pieszo.
Oba razy wracałem z Kaukazu na Konstantynopol; pierwszy powrót zwłaszcza obfitował w szczególniejsze przygody. Stała pogoda trzymała się do połowy grudnia; dopiero po wyjeździe naszym z Kedabegu zmieniła się i na Rionie zaczęły się już flagi. Z trudnością dotarliśmy do Poti i tam dowiedzieliśmy się, że okręt, który nas miał zabrać, nie zatrzymał się w porcie, gdyż w taką niepogodę nie mógł żadną miarą przybić do brzegu. Całe nasze towarzystwo, przybyłe na statku, zmuszone było na tydzień wprowadzić się do jedynego, bardzo nędznego hotelu. Był to z pewnością najnieprzyjemniejszy tydzień w mojem życiu. Straszliwe wichry szalały całemi nocami nietylko na dworze, ale i w moim pokoju. Kilka razy wstawałem, oglądałem okna i drzwi, ale wszystko było zamknięte. Dopiero zrana spostrzegłem, że pokój mój zasypany był śniegiem i przekonałem się, że napadał przez szpary w podłodze. Grunt w Poti jest tak bagnisty, że domy budują na palach i to jest powód, dlaczego tam śnieg pada w zamkniętym pokoju. Burza i flaga trwała kilka dni bez przerwy, a co mi do reszty obrzydziło ten pobyt, to zapalenie oka, na które mocno cierpiałem. Ta choroba bolesna i brak lekarza, któryby mi ulgę przynajmniej przyniósł, ciasnota, nagromadzenie najrozmaitszej publiczności, ohydne jedzenie i jeszcze gorsza usługa — czyniły życie nieznośnem w całem znaczeniu tego wyrazu.
Nareszcie zjawił się tak upragniony okręt i mimo wielkich trudności, ja i trzech innych pasażerów odpłynęliśmy nareszcie. Przeprawa była burzliwa aż do samego Bosforu i wytrzymałość nasza wystawiona na ciężką próbę, aleśmy wszyscy czterej wyszli z niej zwycięzko, ku wielkiemu zdziwieniu kapitana. A że towarzystwo na okręcie znaleźliśmy liczne i interesujące, więc mimo wichrów i burzy czas nam schodził prędko i przyjemnie.
W Trebizondzie, gdzieśmy na parę godzin wylądowali, przytrafiła mi się znów niemiła przygoda. Za miastem znajduje się mała płaszczyzna, udałem się tam spacerem, żeby się raz jeszcze nacieszyć pięknym widokiem i wracałem do miasta doskonałą szosą, tylko co zbudowaną, która od strony morza nie miała żadnej poręczy. Naraz spotykam całą trzodę osłów objuczonych workami ze zbożem. Byłem tyle nieostrożny, że usunąłem się na bok ku stromej ścianie, nie mającej poręczy. Z początku jakoś było nieźle, ale osły coraz gęściej się cisnęły tak, że nakoniec zajęły całą szerokość szosy. Broniłem się, uderzając kijem na wszystkie strony, ale nic nie pomogło. Chciałem wskoczyć na którego osła i to się nie udało; musiałem się wciąż usuwać, aż nareszcie spadłem w błoto między krzaki — i to mnie uratowało, spadłem bowiem ze znacznej wysokości. Przekonawszy się, że nie poniosłem żadnych poważnych obrażeń, wydrapałem się z trudem z cierni i pokrzyw i po wielu daremnych usiłowaniach wydostałem się na szosę. Na szczęście, znalazłem jakąś sadzawkę, w której oczyściłem jako tako i siebie i ubranie tak, że mogłem przejść przez miasto i dostać się na okręt. Szczęściem, czekali tam na mój powrót.
W dalszej podróży wiatr przemienił się w wicher straszliwy, tak, że kapitan bojąc się o swój stary statek, schronił się do portu Synopu. Po dwakroć próbował wypłynąć na morze, ale za każdym razem wpędzał go wiatr z powrotem do portu. Wtedy to naocznie się przekonałem, jak słusznie Grecy nazywali morze Czarne „niegościnnem morzem.” W porcie Pera natrafiłem na okręt austryacki, który właśnie miał odpłynąć do Tryestu. Wylądowaliśmy szczęśliwie w ostatni dzień roku. Po drodze, w Syra i na wyspie Korfu, obeszli się z nami jak z podejrzanymi o zarazę i musieliśmy wywiesić osławioną żółtą flagę, ponieważ cholera panowała w Egipcie.






Od dwóch lat w końcu czerwca przyjeżdżam tu na parę tygodni, żeby nad pamiętnikiem tym popracować, a tym razem nie wyjadę ztąd, dopóki go nie skończę. Kilka razy probowałem w Charlotenburgu zabrać się do tej pracy, ale tam, gdzie wszystko pędzi naprzód, nie umiem myśli mojej zwracać ku przeszłości i nad nią jej zatrzymać. Przyzwyczajenie staje się drugą naturą. Nigdy, co prawda, nie mogłem myśli mojej oderwać zupełnie od zamiarów moich i planów i dlatego nigdy nie mogłem całą duszą cieszyć się obecną chwilą, tylko przelotnie odczuwałem jej szczęście. Z drugiej strony znowu życie, które jest w połowie rozmyślaniem i projektem, a czasem marzeniem, w połowie zaś wypełnione energiczną, świadomą swego celu działalnością, także wielki ma urok. Przynosi ono radości najczystsze i najpodnioślejsze, do jakich człowiek jest zdolny. Gdy jakieś prawo natury, dotąd tylko za mgłą duchowi naszemu ukazujące się, nagle jasno staje nam przed oczami, gdy znajdujemy klucz do kombinacyi mechanicznej, dotąd napróżno szukanej, gdy brakujące ogniwo łańcucha myślowego szczęśliwie się dopasuje, wtedy wynalazca doznaje uczucia radości z odniesionego zwycięztwa; samo to uczucie sowicie mu wynagradza poniesione trudy i stawia go na wyższym szczeblu życia duchowego. Upojenie to, co prawda, trwa zazwyczaj krótko. Samokrytyka wykrywa wkrótce ciemne plamy na odkryciu, prawdziwość jego podaje w wątpliwość, a przynajmniej w ciasnych zamyka je granicach; a co najczęściej niestety się zdarza, następuje poznanie, że odkrycie jest rzeczą bardzo starą, w nową szatę ubraną. Dopiero, gdy najsurowsza samokrytyka pozostawi ziarno zupełnie zdrowe, wtedy zaczyna się systematyczna ciężka praca nad wydoskonaleniem samego odkrycia, a potem walka o powołanie go do życia bądź w nauce, bądź w technice — i tu przepada większa część odkryć i wynalazków. Dlatego też praca wynalazcy daje wprawdzie chwile majestatycznej radości, ale i dłuższe nierównie chwile rozczarowania, nawet zwątpienia. Ogół w zasadzie zwraca uwagę tylko na tych wynalazców, którzy bez trudu wpadli na jakiś szczęśliwy i pożyteczny pomysł, wyzyskali go bez wielkiej pracy i doszli do sławy i majątku; albo na owych specyalistów polujących na wynalazki, których zadaniem życia jest stosowanie techniczne rzeczy znanych i zapewnianie sobie patentów. Ale nie tacy ludzie prowadzą ludzkość na nowe tory, nie oni pracują nad jej udoskonaleniem i zdobywaniem szczęśliwszych warunków bytu. To mogą osiągnąć tylko tacy, którzy bądź w cichej pracy naukowej, bądź w wirze działalności technicznej poświęcają całe swoje istnienie i każdą myśl postępowi samemu, jako najwyższemu celowi. Czy dany wynalazek znajdzie uznanie i zastosowanie praktyczne i czy stanie się źródłem majątku dla autora, to jest rzeczą czystego przypadku. Niestety przykłady, uwieńczone pomyślnym rezultatem, wpływają niezmiernie zachęcająco i ztąd ta armia wynalazców bez niezbędnego wykształcenia, bez samokrytyki rzucających się na pracę wynalazczą, która zwykle prowadzi ich do zguby. Zawsze miałem sobie za obowiązek zwracać tak zaślepionych ludzi z tej niebezpiecznej drogi, a kosztowało mnie to zawsze niemało czasu i trudu. Niestety, usiłowania moje rzadko kiedy odniosły pożądany skutek; tylko wyraźna przegrana i nędza doprowadza niekiedy tych wynalazców do uznania swego błędu.
Dwa zwłaszcza pomysły wynalazcze nieskończoną ilość razy już poprowadziły na manowce, nawet zgubiły ludzi o wybitnych zdolnościach i odznaczających się w zakresie właściwej im działalności, to jest wynalazek t. zw. perpetuum mobile, czyli maszyny samodziałającej i samowytwarzającej energię; i drugi; kierowanie balonami. Zdawałoby się, że prawo zachowania energii tak się już ugruntowało w świadomości ogółu, że wytwarzanie siły pracującej z niczego powinno uchodzić za równie niemożebne, przeciwne naturze, jak wytwarzanie materyi; a jednak pokolenia całe przeminą, zanim taka podstawowa prawda, jako taka, ogólnie przyjętą zostanie. Jeżeli kto raz ulegnie temu nieszczęsnemu obłędowi, jakoby znalazł drogę do konstruowania maszyn pracujących wyłącznie na podstawie mechanicznej konstrukcyi, bez udziału żadnej energii z zewnątrz doprowadzonej, ten popadł już w nieuleczalną chorobę umysłową, której nie pokona żadne nauczanie, ani nawet najboleśniejsze doświadczenie. To samo można powiedzieć o usiłowaniach, tyczących się kierowania balonami. Dla każdego umysłu mechanicznie wyszkolonego zagadnienie to przedstawia się bardzo prosto. Niewątpliwie możemy zbudować maszynę do latania, wzorując się na zwierzętach latających, o ile potrafimy zadosyć uczynić najgłówniejszemu warunkowi, a warunek ten jest: żebyśmy mieli maszyny równie lekkie i mocne jak mięśnie i kości zwierząt latających i żebyśmy nie zużywali więcej paliwa, jak one. Niech tylko mechanizm taki zostanie wynaleziony, a wtedy każdy zręczny mechanik zbuduje maszynę do latania w powietrzu. Ale wynalazcy zaczynają zawsze od końca: wynajdują maszyny do latania, nie posiadając siły potrzebnej do poruszania ich. Jeszcze gorzej dzieje się z kierowaniem balonów. W zasadzie zagadnienie to jest rozwiązane: każdy bowiem balon posiada w łódce mechanizm czyli urządzenie, za pomocą którego można balon w tę, czy w ową stronę powoli skierować, o ile powietrze jest spokojne, tj. bez wiatru. Ale odbywać się to może tylko powoli, gdyż nie posiadamy dosyć lekkich motorów, ażeby znacznej objętości balon szybko pędzić w powietrzu, a dopiero pod wiatr, a powtóre dlatego, że materyał balonu nie zniósłby oporu powietrza, gdyby nawet takie maszyny istniały. Kształt podłużny, nadawany przez owych wynalazców balonowi, ażeby ten lepiej pruł fale powietrza, podnosi jego ciężar przy tej samej objętości — niema więc znaczenia. To samo tyczy się pochyłych powierzchni, które mają wpływać na ulżenie ciężaru.
Oprócz tych dwóch zagadnień, jest jeszcze wiele innych, na które wynalazcy tracą czas i pieniądze, nie rozumieją bowiem, że dotąd technika nie posiada środków na ich przeprowadzenie.






Po tem krótkiem zboczeniu powracam do wspomnień i wypadków mego życia.
Po wojnie 1866 r. panował w całych Niemczech nastrój niezmiernie podniosły, czego dowodem spotęgowana działalność na wszystkich polach życia umysłowego i praktycznego. Nastrój ten odbił się i na pracach i robotach naszej firmy. Magneto-elektryczne przyrządy do zapalania min, elektryczne odległościomierze, elektryczne stery okrętowe, zarówno jak rozmaite ulepszenia telegrafów wojskowych — wszystko to były płody tej ruchliwej epoki.
Poświęcę tu kilka słów pewnemu wynalazkowi nie wojskowemu z tej epoki, a to dlatego, że dał początek wielkiej i zupełnie nowej gałęzi przemysłu i wywarł wpływ stanowczy na wszystkie dziedziny techniki. Mam tu na myśli maszynę dynamo-elektryczną.
Już na jesieni 1866 r., gdy zajęty byłem ulepszaniem ogniwa elektrycznego, zajmowało mnie zagadnienie: czy nie dałoby się znacznie wzmocnić prądu indukcyjnego przez zręczne wyzyskanie t. zw. ekstraprądów. Przekonałem się, że maszyna elektromagnetyczna, której wydajność pracy tak zna­cznie się zmniejsza skutkiem powstających w jej skrętach prądów zmiennych, musiałaby naodwrót wywołać wzmożenie się siły tych bateryj, gdyby zewnętrzna jaka siła obracała nią w przeciwnym kierunku. Musiało to nastąpić koniecznie, ponieważ ten ruch odwrotny zmieniał jednocześnie kierunek prądów indukcyjnych. W samej rzeczy, doświadczenia potwierdziły tę teoryę i okazało się, że w elektromagnesach stałych stosownie urządzonej maszyny elektro-magnetycznej pozostaje zawsze dostateczna ilość magnetyzmu, ażeby wywołać przez powolne wzmacnianie prądu rezultaty zupełnie nie dające się przewidzieć.
To było odkrycie i pierwsze zastosowanie zasady dynamo-elektrycznej, na której opartą została konstrukcya wszystkich maszyn dynamo-elektrycznych. Pierwsze zagadnienie, które tem samem zostało praktycznie rozwiązane, było zbudowanie przyrządu elektrycznego, działającego bez udziału magnesu; dziś jeszcze przyrządy takie ogólnie są używane. Berlińscy fizycy, jak Magnus, Dove, Riess, du Bois Reymond, niemało byli zdziwieni, kiedy w grudniu 1865 r. przedstawiłem im taki przyrząd i wykazałem na nim, że mała maszynka elektromagnetyczna bez bateryi i bez stałych magnesów, którą można w danym kierunku obracać z wszelką łatwością i w najrozmaitszem tempie, stawiała opór prawie nie do pokonania, gdy probowano ją obracać w przeciwną stronę; obok tego wytwarzał się potężny prąd elektryczny, szybko rozgrzewający druty maszynki. Profesor Magnus ofiarował się natychmiast przedstawić mój wynalazek berlińskiej akademii umiejętności, co też uskutecznił następnie w styczniu 1867 roku.
Później zaprzeczano mi wielokrotnie pierwszeństwa co do wygłoszenia zasady dynamo-elektrycznej, zwłaszcza gdy w dalszym swoim rozwoju okazała się tak doniosłą. Przedewszystkiem uchodził profesor Wheatstone w Anglii za wynalazcę współczesnego ze mną, ponieważ na posiedzeniu Royal Society z d. 15 lutego 1867 r., na którem brat mój Wilhelm aparat mój demonstrował, on przedstawił podobny, i ten różnił się tylko od mego przyrządu innym stosunkiem pomiędzy drutami elektromagnesu stałego a ruchomego. Zaraz wkrótce wystąpił p. Varley: utrzymywał, że już w jesieni 1866 r. obstalował był u jakiegoś mechanika zupełnie taki sam przyrząd. Ostatecznie jednak mnie przyznane zostało całkowite teoretyczne ustalenie zasady w drukowanych sprawozdaniach berlińskiej akademii, równie jak uprzednie praktyczne jej zastosowanie. Tak samo przezemnie nadana nazwa „maszyny dynamo-elektrycznej” ogólnie została przyjętą.
W sprawozdaniu, złożonem przezemnie berlińskiej akademii, wspomniałem z pewnym naciskiem, że technika posiada teraz środki wytwarzania prądów elektrycznych rozmaitego napięcia i siły na drodze wykonania pewnej pracy mechanicznej, co dla wielu bardzo gałęzi przemysłu wielkie mieć będzie znaczenie. Firma moja zaczęła też budować wielkie maszyny tego rodzaju, z których jedna wystawiona była w Paryżu w 1867, a druga użyta została w Berlinie przez inżynieryę wojskową przy zaprowadzaniu oświetlenia elektrycznego. Próby te wypadły wprawdzie pomyślnie, z tem tylko zastrzeżeniem, że światło elektryczne, tą drogą wytwarzane, świeciło bez przerwy tylko krótki przeciąg czasu. Maszyna, wystawiona w Paryżu, nigdy nie była próbowana, a to dlatego, że w oddziale, wyznaczonym dla mojej firmy, nie było transmisyi; powtóre, sąd wystawowy, do którego i ja należałem, postanowił, że wyroby jego członków, znajdujące się poza konkursem, nie podlegają żadnym próbom. To też więcej daleko zwracała uwagę maszyna jakiegoś angielskiego mechanika, która była tylko naśladowaniem mojej; ta bowiem od czasu do czasu wytwarzała małe elektryczne światełko. Po zamknięciu wystawy Francuzi obdarzyli mnie orderem legii honorowej i zdawało im się, że mnie tem do­statecznie wynagrodzili.
Na tę samą epokę mego życia przypada też wynalezienie przezemnie przyrządu do mierzenia alkoholu, który szczęśliwie rozwiązał niezmiernie trudne zadanie i dlatego swego czasu wielki miał rozgłos. Szło o zbudowanie przyrządu, któryby nieprzerwanie i automatycznie zapisywał ilość absolutnego alkoholu w przepływającym spirytusie. Przyrząd mój spełniał to zadanie tak dokładnie, jak dotąd uczynić to było można tylko za pomocą ściśle naukowych metod. Rząd rosyjski od ćwierć wieku przeszło używa mego przyrządu i ten służy za podstawę do ustanowienia wysokich bardzo podatków, nałożonych w Rosyi na wyrób spirytusu. Za jego przykładem poszły i inne państwa europejskie. Za wyjątkiem niektórych ulepszeń, dokonanych przez krewnego mego, L. Simens’a, przyrząd ten w pierwotnej swej konstrukcyi jest przedmiotem oddzielnej fabrykacyi w specyalnych zakładach w Charlottenburgu. Naśladowanie go dotąd jeszcze nikomu się nie powiodło, jakkolwiek prawa moje żadnym patentem nie są obwarowane.






Firma Siemens et Halske z czasem tak się rozwinęła, że wymagała odpowiednio zorganizowanej administracyi, a więc współudziału wykwalifikowanych urzędników administracyjnych, zarówno jak techników. Przyjaciel mój, W. Meyer, który od r. 1855 zajmował stanowisko głównego inżyniera i prokurenta naszej firmy, dzięki wybitnym zdolnościom administracyjnym znakomite oddawał usługi nietylko przedsiębiorstwu berlińskiemu, ale i filiom naszym w Londynie, Petersburgu i Wiedniu. Niestety, po jedenastu latach pracy ciężko zachorował i umarł po długoletnich cierpieniach — straciłem w nim najlepszego przyjaciela i dzielnego współpracownika.
W r. 1869 wystąpił z firmy drugi mój przyjaciel i wspólnik, Halske. Może się to na pierwszy rzut oka wyda niejednemu nieprawdopodobnem, że do kroku tego skłoniło go niezwykłe powodzenie i rozwój firmy. A jednak tak było. Przyczyny zaś szukać należy w nieco oryginalnym jego charakterze. Halske lubował się w doskonałych wyrobach swojej zręcznej ręki, wogóle we wszystkiem, co w chodziło w zakres osobistej jego działalności. Wspólna nasza praca dawała nam obydwom pełne zadowolenie. Halske z radością przyjmował wszystkie moje plany konstrukcyjne i projekty; z bystrością utalentowanego mechanika chwytał je w lot, a bardzo często dopiero jego wykonanie nadawało im prawdziwą wartość. Był to człowiek jasno myślący, a przytem ostrożny administrator, tak, że bezspornie jemu zawdzięczam pomyślne wyniki materyalne, osiągnięte w pierwszych latach istnienia naszej firmy. Ale wszystko się zmieniło w miarę, jak się przedsiębiorstwo rozszerzało i nie mogliśmy we dwóch niem kierować. Halske uważał to za sprofanowanie przedsiębiorstwa, że obcy ludzie w niem rządzili i gospodarowali. Przyjęcie buchaltera było dla niego przykrością. I tego znieść nie mógł, że dobrze zorganizowany interes bez niego mógł żyć i rozwijać się. Gdy nareszcie roboty nasze do takich doszły rozmiarów, że nie mógł wszystkiemi kierować, nie doznawał już żadnego zadowolenia i postanowił usunąć się z firmy. Cały swój czas poświęcił sprawom miasta Berlina, co wielką sprawiło mu przyjemność. Halske do samej śmierci pozostał wiernym moim przyjacielem i zawsze żywo się interesował losami firmy, której był współzałożycielem.
Następcą Meyer’a został dawniejszy dyrektor telegrafów hanowerskich, p. K. Frischen; był on wybitną siłą techniczną i odznaczał się wieloma wynalazkami. Firma i na tem dużo skorzystała, że niektórzy młodsi pracownicy wyrobili się na znakomitych urzędników administracyjnych i konstruktorów. Pomiędzy nimi wymienię p. Hefner-Altenek, szefa naszego biura technicznego, który dziś europejską posiada sławę.
Mając tak dzielnych współpracowników, mogłem działalność moją w firmie ograniczyć do ogólnego kierownictwa, szczegóły zaś z całem zaufaniem powierzyć odnośnym urzędnikom. Miałem też więcej wolnego czasu, aby pracować nad kwestyami naukowemi i społecznemi, które mi szczególnie leżały na sercu.
W prywatnem mojem życiu zaszła ważna zmiana. 13 lipca 1869 r. ożeniłem się powtórnie z Antoniną Siemens, daleką moją krewną, córką profesora szkoły rolniczej w Hohenheim pod Studtgardem. 30 lipca 1870 r., w sam dzień rozpoczęcia wojny francusko-pruskiej, urodziła mi się córka, a we dwa lata później — syn.






Powracam teraz do kolei, jakie przechodziły nasze przedsiębiorstwa od czasu nieszczęśliwego zakładania kabli pomiędzy Hiszpanią i Algierem w r. 1864. Firma „Siemens Brothers,” oddzielona od firmy berlińskiej, rozwinęła się szybko i prawidłowo pod kierunkiem mego brata Wilhelma. Po za tem dochodził też Wilhelm do świetnych rezultatów w prywatnem swojem przedsiębiorstwie inżynierskiem; ale ponieważ to ostatnie dużo pracy i czasu mu zabierało, zaproponował więc Karolowi, żeby objął kierunek nad londyńskiem biurem budowy telegrafów. Karol zgodził się na to, gdyż wszystkie jego rosyjskie kontrakty, dotyczące remontu linii telegraficznych, nie przedstawiały dla niego dosyć szerokiego pola do działania.
W tym samym prawie czasie Halske opuścił naszą firmę. We trzech postanowiliśmy tedy przeprowadzić zupełne zreformowanie administracyjnych stosunków we wszystkich naszych interesach. Utwo­rzyliśmy jednę ogólną firmę, obejmującą wszystkie interesy. Każda z dawniejszych firm zatrzymała samodzielną administracyę i rachunkowość, swoje własne zyski i straty; przelewała jednak wszystko do firmy głównej, której jedynymi właścicielami i wspólnikami byliśmy trzej bracia: ja, Wilhelm i Karol. Petersburskie zakłady powierzone zostały wytrawnemu urzędnikowi, a Karol udał się do Anglii, aby objąć specyalne kierownictwo nad firmą londyńską.
Jak świetnie się rozwinęła firma „Siemens Brothers et Comp”, to opisuje szczegółowo p. Pole w książce, poświęconej wyłącznie działalności brata mego Wilhelma. Zamierzam też zrobić tu tylko krótką wzmiankę o osobistym moim i Karola współudziale w tych pracach.
Gdy Karol w r. 1869 do Berlina się przeniósł, wtedy fabryka w Charlton była już w pełnym ruchu jako warsztat mechaniczny do fabrykacyi wszelkiego rodzaju przyrządów elektrycznych i kabli. Ustalona przezemnie zasada, że kable tylko wtedy dają rękojmię trwałości, gdy wciągu całej fabrykacyi prowadzone są próby według metod ściśle naukowych, dobre wydała owoce, gdyż system ten należycie opracowany i stosowany okazał się słusznym i pożytecznym.
Świetnie zbudowana linia od Malty do Aleksandryi, którą przeprowadziliśmy według tej metody dla rządu angielskiego, ogromnie podniosła naszą sławę techniczną w Anglii. Może i temu przypisać należy niezliczone trudności, jakie nam robiła jedyna wówczas w Anglii istniejąca fabryka gutaperki przy dostarczaniu nam swego wyrobu. Postanowiliśmy więc sami założyć fabrykę gutaperki, co nam się też doskonale powiodło. W ten sposób mogliśmy samodzielnie podejmować się wielkich robót podmorskich i udaremnić usiłowania naszych konkurentów do zawładnięcia całą telegrafią podmorską. Jakoż bracia moi utworzyli Towarzystwo, które nam powierzyło fabrykacyę i założenie kabli oddzielnych, samoistnych pomiędzy Irlandyą i Stanami Zjednoczonemi. Kapitał potrzebny został złożony na kontynencie, ponieważ rynek angielski był dla nas zamknięty z powodu nadto potężnej konkurencyi.
Wilhelm złożył dowody wybitnego talentu konstrukcyjnego przez wypracowanie projektu własnego statku parowego do zakładania kabli; daliśmy mu imię „Faraday.” Karol objął nad nim komendę przy zakładaniu kabli. Uważałem go za szczególnie uzdolnionego w tym kierunku, był bowiem spokojny, rozważny, doskonały obserwator i stanowczy w postanowieniach. Ja sam na „Faraday’u” przybywałem do Ballinskellig Bai na zachodniem wybrzeżu Irlandyi i objąłem kierunek operacyi na stacyi lądowej podczas zakładania kabli.
Pogoda dosyć sprzyjała i z początku szło wszystko dobrze. Ciężki i stromy spadek wybrzeża irlandzkiego do morza znacznej głębokości szczęśliwie został pokonany i kable po odbytej próbie okazały się bez zarzutu. Wtem wykryto maleńki brak w izolacyi, tak mały, że tylko nadzwyczajnie czułe instrumenty, jak nasze, mogły go wykazać. Dawniej nie byłoby się zwracało uwagi na taki błąd, który prawdopodobnie nie miałby żadnego wpływu na komunikacyę telegraficzną. Ale my chcieliśmy stworzyć połączenie doskonałe; postanowiliśmy zatem podnieść do góry linę, aż do miejsca wadliwego. Z początku, pomimo znacznej głębokości, bo 18,000 stóp wynoszącej, podnoszenie szło pomyślnie, jak mi ciągle z okrętu telegrafowano. Nagle straciliśmy z oczu skalę naszego galwanometru. Lina się zerwała i to w miejscu tak głębokiem, że o wyłowieniu jej mowy być nie mogło.
Straszny to był cios, zagrażający zarówno naszej sławie, jak i kredytowi. Wiadomość ta lotem błyskawicy rozeszła się po całej Anglii i bardzo różne zrobiła wrażenie. Nikt nie wierzył w możliwość wydostania kabla z takiej głębokości; nawet Wilhelm radził telegraficznie zaniechać wszelkiej akcyi ratunkowej i rozpocząć zakładanie nanowo. Ja jednak byłem aż nadto pewien, że Karol nie powróci, nie spróbowawszy wpierw wydostać nieszczęsnej liny z głębi morskiej i spokojnie przypatrywałem się wahaniom na skali galwanometru, który najdokładniejsze podawał mi wieści o tem, co się działo na morzu. Nadzieja moja to się wzmacniała, to słabła. Nareszcie po dwóch dniach strasznej niepewności przekonałem się, że stał się fakt zupełnie nieprawdopodobny: od jednego razu, bez żadnych prób nieudanych wydobyto linę z głębokości większej niż Montblanc! Musiało się na to złożyć wiele bardzo okoliczności sprzyjających: dobre, piaszczyste dno morskie, pogoda, doskonale celowi swemu odpowiadające urządzenia do szukania i podnoszenia kabli i wyborny, łatwy do kierowania statek pod komendą doświadczonego kapitana. Wszystko to się zeszło i obok wielkiej dozy szczęścia i energii sprawiło, że nieprawdopodobne stało się prawdziwem.
Po szczęśliwie dokonanej naprawie i po przywróceniu połączenia z lądem, przez kilka dni prowadzono dalej zakładanie kabli bez żadnej przeszkody. Ale wkrótce zmieniła się pogoda i pokazała się znów niewielka wadliwość w kablu. Postanowiono nie zajmować się teraz jej usunięciem, aż później gdy się okręt zbliży do brzegów Neufoundland’u. Ale wtedy okazała się operacya ta zbyt trudną z powodu skalistego dna morskiego. Na niefortunne próby zmarnowano dużo kabli i „Faraday” zmuszony był wracać do Anglii po kable i po węgiel, nie spełniwszy swego zadania. Następna wyprawa również nie usunęła całkowicie wadliwości, które stały na przeszkodzie do zakładania kabli; dopiero trzecia dokonała tego trudnego dzieła.
To pierwsze zakładanie kabli przez Atlantyk nietylko dla nas było pouczającem, wogóle wyjaśniło i ustaliło metodę zakładania kabli podmorskich. Złożyliśmy dowody, że nawet przy niepogodzie i w porze roku najmniej sprzyjającej można kable zakładać i naprawiać; co więcej, jest to możliwe na wodach niezmiernie głębokich i z jednym, byle tylko dobrze urządzonym i dosyć długim statkiem. Straty, któreśmy ponieśli wskutek naprawiania kabli, przypisywał Karol wadliwej ich konstrukcyi. Idąc za jego radą, używaliśmy później wyłącznie kabli z armaturą z drutów stalowych i uniknęliśmy tym sposobem wszystkich trudności, z tego powodu napotykanych.
Nie wchodząc w szczegóły różnych innych zmian i ulepszeń, zaprowadzanych przy telegrafach podmorskich, nadmienię tylko, że pierwsza moja teorya z r. 1857 w zupełności się utrzymała. Teoryę tę opracowałem w rozprawie, przedstawionej berlińskiej akademii umiejętności i Towarzystwu angielskiemu: Society of Telegraph Engineers and Electricians.
Przeprowadzenie pierwszego telegrafu trans atlantyckiego zarówno dla mnie, jak i dla moich braci było powodem wielu bardzo przykrych przejść. Jedno z nich chcę tu opisać dlatego, że przypadło na bardzo stanowczą chwilę mego życia.
W r. 1874 zostałem wybrany na zwyczajnego członka królewskiej akademii umiejętności w Berlinie. Był to zaszczyt, który dotąd spotykał wyłącznie fachowych uczonych. Postanowiłem więc na uroczystem posiedzeniu akademii wygłosić mowę wstępną, według przyjętego zwyczaju. Wychodząc z domu, odebrałem z Londynu depeszę następującej treści: „Faraday dostał się między lodowce i tam zginął, zmiażdżony wraz z całą załogą.” Potrzebowałem niemałej siły woli, aby w stanie przygnębienia, w jakiem się znajdowałem po odebraniu hiobowej wieści, udać się na zebranie i wygłosić odczyt, który w żaden sposób nie mógł być odłożony. Tylko niewielu bardzo blizkich moich przyjaciół poznało po mnie, jak strasznie byłem wzburzony. Co prawda, od pierwszej chwili miałem nadzieję, że wiadomość tę w dowód życzliwości ukuli nasi przeciwnicy w Ameryce, zkąd pochodziła depesza. Tak się też okazało w istocie. Nie można było w żaden sposób dotrzeć do źródła tej wieści, a po upływie kilku dni zameldował „Faraday” szczęśliwe swoje przybycie do Halifaxu; gęsta mgła zatrzymała go dłuższy czas na pełnem morzu.
Szczęśliwie dokonane połączenie telegraficzne Europy z Ameryką odrazu podniosło sławę naszej londyńskiej firmy i zapewniło jej zaszczytne miejsce w przemyśle angielskim. Badanie własności elektrycznych naszych kabli, dokonane przez najwyższą w tej materyi powagę, Wil. Thomson’a, wykazało, że są wolne od wszelkich wad i błędów i pod każdym względem bez zarzutu. Ale jeszcze większe znaczenie miało dla nas to, że rozbity został tem samem syndykat telegrafów podmorskich, na czele którego stał Sir W. Penders. Naturalnie próbowano go nanowo zawiązać, włączając doń telegraf świeżo przez nas zbudowany. Jednakowoż i to wyszło nam na dobre, zawiązało się bowiem wkrótce drugie, francuskie towarzystwo, które poleciło naszej firmie przeprowadzenie linii telegraficznej do Ameryki, linii nie należącej do syndykatu. Nowy telegraf został wprawdzie odkupiony przez pierwsze towarzystwo, ale tym sposobem napłynęły kapitały amerykańskie do przedsiębiorstwa telegrafów podmorskich. W r. 1881 otrzymał brat mój Wilhelm od znanego króla kolei żelaznych, Gould’a, depeszę z zamówieniem podwójnej linii telegraficznej do Ameryki, identycznej z założoną przez nas linią francuską. Za dowód, jak wielkiem zaufaniem cieszyła się nasza firma z tamtej strony oceanu, może posłużyć fakt, że Gould nie chciał przysłać pełnomocnika swego do zawarcia umowy, „ponieważ nieograniczone w firmie naszej pokłada zaufanie” i potwierdził to jeszcze, przysyłając nam znaczną sumę, jako zaliczkę. Fakt ten tem większe ma znaczenie, że Gould uchodził w Ameryce za człowieka niezmiernie przezornego w interesach i że chodziło tu o kilkanaście milionów. W każdym razie dobrze rachował: zaufanie to bowiem skłoniło braci moich do ułożenia jak najłagodniejszych warunków i do wykonania jak najstaranniejszego. W r. 1884 obstalowali amerykanie Mackay i Benneth u firmy „Siemens Brothers” dwa kable pomiędzy wybrzeżem angielskiem a New-York’iem, które w ciągu roku jak najpomyślniej zostały ukończone.
Te sześć linij telegraficznych przeprowadziliśmy na statku „Faraday”, który okazał się doskonałym do tego użytku i służył za wzór wszystkim firmom konkurencyjnym.
Brat mój Karol w r. 1880 powrócił do Petersburga, a pierwej jeszcze za jego namową zamieniliśmy przedsiębiorstwo londyńskie na familijne towarzystwo akcyjne.
W r. 1883 nagła i zupełnie nieprzewidziana śmierć wyrwała z pośród nas Wilhelma, przecinając pasmo tak pożytecznego i bogatego w świetne rezultaty żywota.






Powołanie moje na członka Akademii Berlińskiej nietylko było dla mnie wielkim zaszczytem, ale wywarło też wpływ stanowczy na dalsze moje losy. Jak słusznie powiedział przyjaciel mój, du Bois Reymond, odpowiadając jako sekretarz prezydyum na moją mowę wstępną, zdolności moje i zamiłowanie ciągnęły mnie nierównie więcej ku nauce, aniżeli ku technice. Badania przyrodnicze były przedmiotem pierwszej młodzieńczej mojej miłości i dochowałem jej wiary aż do późnej starości, to jest do chwili obecnej. A obok tego czułem się zawsze powołanym do stosowania zdobyczy naukowych do praktycznych potrzeb życia. Wyraziłem to i w owej mowie wstępnej, rozwijając to zdanie, że nauka nie po to wyłącznie istnieje, by sprawiać rozkosz małej liczbie powołanych, ale że zadaniem jej jest rozszerzać zakres wiedzy i działalności rodzaju ludzkiego i tem samem podnosić go na wyższy stopień kultury. Charakterystyczna była odpowiedź du Bois Reymond’a, który mnie witał jako członek akademii, ciała uprawiającego naukę dla niej samej. I w rzeczy samej, nauka nie powinna być środkiem do celu. Niemieccy uczeni od niepamiętnych czasów odznaczali się tem, że naukę uprawiali dla nauki i dla zaspokojenia własnych pragnień; dlatego też i ją byłem zawsze więcej uczonym, niż technikiem; spodziewany bowiem pożytek rzadko kiedy kierował wyborem tematów do moich prac naukowych i dlatego wstąpienie do grona najwybitniejszych uczonych napełniało mnie słuszną dumą i zachęcało do dalszej pracy. Oprócz tego i statuty akademii nakładały na mnie zbawienny bardzo przymus. Każdy z członków w pewnym przeciągu czasu obowiązany jest do wygłoszenia odczytu, który w sprawozdaniach akademii jest drukowany. Ponieważ od obowiązku tego nie wypada się uchylać, więc i ja zmuszony niejako byłem do ukończenia i ogłoszenia kilku prac, które w innym razie byłbym na drugi plan usunął, albo nawet pozostawił niedokończone. Nadmienię tu, że moje odczyty akademickie treścią daleko częściej należały do dziedziny nauk przyrodniczych, niż do mojej właściwej specyalności. t. j. do techniki elektrycznej. Były to po większej części myśli i spostrzeżenia, które mi się w ciągu życia nasunęły, albo nowe szczególniej interesujące zjawiska, skłaniające mnie do badań i poszukiwań.
Obok prac naukowych nigdy nie przestały mnie żywo obchodzić kwestye techniczne, tyczące się specyalnie naszego przedsiębiorstwa. Naczelne kierownictwo naszej firmy i związane z niem prace techniczne zajmowały mi zwykle cały dzień. Wszechstronność i wielkie rozmiary, do jakich doszło nasze przedsiębiorstwo, utrudniały ogromnie moje zadanie i jakkolwiek uzdolnieni współpracownicy w znacznej części ciężaru tego mi ujmowali, jednak była to działalność pochłaniająca niemal cały mój czas.
Dawno już doszedłem do przekonania, że dalszy pomyślny rozwój wciąż rozrastającej się firmy da się osiągnąć tylko w takim razie, jeżeli wszyscy współpracownicy interesem i korzyścią własną zachęceni będą do pilnej i samodzielnej pracy. W tym celu uważałem za stosowne, ażeby każdy do firmy należący pracownik w miarę zdolności i zasługi miał udział w ogólnych zyskach. Ponieważ bracia moi podzielali moje zapatrywanie, więc przyjęliśmy jednę i tę samą zasadę we wszystkich naszych fabrykach i przedsiębiorstwach. Urządzenia stosowne zostały zaprowadzone z powodu 25-cioletniego jubileuszu głównej firmy berlińskiej. Postanowiliśmy wtedy, że znaczna część zysków będzie odkładaną na tantyemy dla urzędników, premia dla robotników i wsparcia w razie nieszczęśliwych wypadków. Oprócz tego darowaliśmy wszystkim współpracownikom firmy kapitał wynoszący 60,000 talarów, jako kapitał zakładowy kasy ubezpieczeń od starości i niezdolności do pracy z tem zobowiązaniem, że firma składać będzie rocznie do kasy 5 talarów za każdego robotnika, a 10 za urzędnika, o ile ci rok cały bez przerwy w firmie pracowali.
Urządzenia te istnieją już blizko od 20 lat i okazały się zupełnie odpowiedniemi. Urzędnicy i robotnicy uważają się za stałych pracowników i utożsamiają swój interes z interesami firmy. Urzędnicy rzadko stanowiska swe porzucają, bo wiedzą, że w firmie naszej przyszłość ich jest zabezpieczona. Robotnicy także są nam wierni, bo płaca ich wzrasta w miarę nieprzerwanych lat służby. Po trzydziestoletniej ciągłej pracy otrzymują całą emeryturę, t. j. ⅔ swojej płacy, a że ustawa ta jest praktyczna, to najlepszy dowód, że znaczna liczba robotników pobiera emeryturę, a mimo to, o ile są silni i zdrowi, pracują dalej za zwykłem, niezmniejszonem wynagrodzeniem. Ale co jeszcze bardziej niż emerytura przywiązuje robotników do firmy, to kasa wsparcia dla wdów i sierot po robotnikach firmy. Okazało się, że wsparcia te są jeszcze naglejszą potrzebą niż zabezpieczenia na wypadek niezdolności do pracy, albowiem los pozostałej po śmierci robotnika rodziny nierównie więcej go dręczy niż własny. Robotnik, choć stary, przywiązany jest zwykle do swego zajęcia i nie wyrzeka się go, chyba w razie istotnej potrzeby wypoczynku. Dlatego też kasa za wspólną zgodą robotników stosunkowo niewielką część swoich dochodów obraca na emerytury, najznaczniejszą zaś na wsparcia dla wdów i sierot; część także obraca na kapitał, ażeby w razie rozwiązania firmy, emerytury robotników były zabezpieczone.
Urządzeniom tym robiono zarzut, że zanadto przywiązują robotnika do jednego i tego samego miejsca, zwłaszcza, że w razie opuszczenia go, traci nabyte prawa. Jest w tem racya, ale surowość tego przepisu jest złagodzona następującem postanowieniem: jeżeli robotnik zostaje oddalony dla braku roboty, to otrzymuje dowód, że w razie przyjmowania robotników przez fabrykę, jemu służy pierwszeństwo przed każdym nowowstępującym. Naturalnie, że prawo emerytalne w znacznej części odejmuje robotnikom swobodę urządzenia strejków, bo w razie samowolnego wystąpienia z fabryki, traci prawo do ubezpieczenia od starości. Ale w interesie obydwóch stron leży utworzenie stałego ciała robotniczego przy fabryce, to jedno bowiem daje możność utrzymania robotników nawet w złych czasach i wypłacania im pensyi, wystarczającej na ich utrzymanie. Każda większa fabryka powinna utworzyć taką kasę, do której robotnicy nie wnoszą nic, a którą mimo to sami zawiadują pod kontrolą firmy. To byłby najlepszy sposób wykorzenienia manii strejków, na której cierpi cały przemysł, a przedewszystkiem robotnicy.
Urządzenia te obudziły we wszystkich współpracownikach firmy Siemens et Halske uczucie łączności i dbałości o powodzenie firmy, z którem własny ich interes jest związany. Ja zaś mogę dodać, że tej właśnie okoliczności przypisuję w znacznej części świetne nasze powodzenie.
To mnie naprowadza na pytanie, czy też leży w interesie ogółu tworzenie się wielkich firm handlowych i przemysłowych, które stale pozostają w rękach rodziny założyciela. Możnaby powiedzieć, że te wielkie domy przeszkadzają wznoszeniu się wielkiej liczby małych przedsiębiorstw, a zatem są szkodliwe. Z pewnością w wielu wypadkach tak jest. Wszędzie, gdzie przemysł rękodzielniczy wystarcza do wytwarzania wyrobów, mogących być przedmiotem wywozu, tam wielkie fabryki konkurencyjne działają szkodliwie. Przeciwnie, tam, gdzie chodzi o rozwój nowych gałęzi przemysłu, albo o otworzenie zbytu na rynkach wszechświatowych dla gałęzi już istniejących, tam konieczne jest nagromadzenie wielkich kapitałów i ześrodkowanie organów administracyjnych. W dzisiejszych czasach zapewne najłatwiejsze jest nagromadzenie owych kapitałów w formie towarzystw akcyjnych, ale te będą zawsze towarzystwami czysto zarobkowemi; same statuty zmuszają je do tego, aby jak największe zyski były wyłącznym celem ich działalności, a więc posługują się jedynie metodami już znanemi i wyprobowanemi urządzeniami. Tymczasem otwieranie nowych dróg połączone jest z trudami i wielkiem ryzykiem, wymaga też nierównie więcej wiadomości specyalnych i doświadczenia, aniżeli go posiadają zazwyczaj krótko istniejące towarzystwa akcyjne. Takie nagromadzenie kapitałów, wiadomości i doświadczenia może się utworzyć i utrzymać tylko w przedsiębiorstwach istniejących oddawna i drogą spadku pozostających w ręku jednej i tej samej rodziny. Tak jak wielkie domy handlowe w średnich wiekach nietylko były instytucyami do zarabiania pieniędzy, ale uważały się za powołane i obowiązane do służenia swoim współobywatelom i państwu, wynajdując coraz nowe przedmioty i drogi handlowe i tak jak wówczas owo poczucie obowiązku z pokolenia na pokolenie przechodziło, tak dzisiaj w wieku nauk przyrodniczych powołane są wielkie firmy techniczne do wytężenia wszystkich swoich sił, aby w wielkiej wszechświatowej walce przemysłowi własnego swego kraju pierwsze zapewnić miejsce, albo przynajmniej to, które mu się należy skutkiem warunków etnograficznych i historycznych.
Nasze urządzenia państwowe wszędzie niemal dotąd oparte są na średniowiecznym systemie obrony, podług którego ziemiaństwo jest uważane za jedynego przedstawiciela potęgi i kultury kraju, za jedyną klasę szanowaną i poważaną. Nasz wiek nie uznaje już tego ograniczenia; dziś siły nie stanowi sam fakt posiadania; teraźniejszość i przyszłość należy do tych, co mają w sobie ducha ożywczego i płodnego w czyny. Jakkolwiek możliwem jest, że tradycya i wychowanie ściślej łączy z państwem posiadaczy odziedziczonych włości, aniżeli właścicieli ruchliwych kapitałów, to jednak tamci nie zdołają już obronić swego kraju od zubożenia i upadku. Tego dokazać może tylko świadoma swoich celów wspólna praca wszystkich duchowych sił narodu, których zachowanie i rozwój stanowi jedno z najważniejszych zadań państwa nowożytnego.






Jakkolwiek naukowe moje prace i działalność fachowa dużo mi zajmowały czasu, jednak nigdy nie przestałem się interesować sprawami społecznemi. Byłem czynnym członkiem wielu towarzystw naukowych i technicznych, brałem udział w wielkich wystawach, i osobiście i jako przedstawiciel naszej firmy; często też byłem powoływany do specyalnych komisyj w kwestyach naukowych i technicznych. Z tak wielostronnej działalności poruszę tu tylko niektóre ważniejsze chwile, które według mnie zasługują na wzmiankę.
Gdy prawo patentowe w głównych zarysach według moich wskazówek zostało uchwalone, dostałem zaproszenie na członka urzędu patentowego. Zaproszenie to chętnie przyjąłem; chciałem bowiem przyczynić się do wykazania, że zasady przyjęte z praktyką w doskonałym zostają związku i zgodzie. W ten sposób zostałem urzędnikiem państwowym i jako taki, otrzymałem od księcia Bismarcka tytuł „tajnego radcy.” Przyjąłem go z wdzięcznością, raz, że w Prusach tytuły są rzeczą ogólnie przyjętą, a powtóre, że wszyscy prawie koledzy moi w akademii umiejętności byli utytułowani.
Byłem także czynnym członkiem, a przez długie lata prezesem stowarzyszenia popierania przemysłu, stowarzyszenia założonego przez Benth’a, ojca i twórcę przemysłu pruskiego, które na tem polu znakomite oddało usługi.
Czynny również brałem udział w utworzeniu towarzystwa elektrotechnicznego wraz z sekretarzem stanu, dr. v. Stephan. Byłem pierwszym jego czynnym prezesem i wiele moich prac technicznych opublikowałem w formie odczytów, wygłoszonych na posiedzeniach towarzystwa. Utworzenie towarzystwa berlińskiego stanowi epokę dla elektrotechniki, która dopiero od tego czasu uważana była jako specyalna gałęź techniki ogólnej. Nawet nazwa „elektrotechniczne” wtedy po raz pierwszy użytą została. Po niejakim czasie wystąpiłem z propozycyą, ażeby zażądać od rządów ustanowienia oddzielnych katedr elektrotechniki na wszystkich politechnikach, ażeby młodzi technicy mieli sposobność zapoznać się ze szczególnym pożytkiem, który elektrotechnika ich fachowi przynosi. Projekt ten prawie wszędzie został przyjęty, co niemało się przyczyniło do ogólnego rozwoju wiedzy technicznej.
Towarzystwo elektrotechniczne wielkie też położyło zasługi, biorąc udział w pracach nad ustanowieniem międzynarodowego systemu miar elektrycznych. Pierwsza myśl wyszła od kongresu w czasie międzynarodowej wystawy elektrycznej w Paryżu w r. 1881. Kongres wystąpił z propozycyą do rządu francuskiego, aby ten na drodze dyplomatycznej zwołał konferencyę, której zadaniem będzie ustanowienie jednostek elektrotechnicznych na podstawach naukowych.
Konferencya ta zebrała się następnego roku w Paryżu. Jako deputaci niemieccy wysłani zostali: Helmholtz, Wiedemann, Clauzius, Kirchhof i ja. Przyjęty został absolutny system miar Wilhelma Weber’a z pewnemi zmianami. Bolesnem było dla mnie, że moja jednostka oporu, z takim trudem wypracowana i przez dziesięć lat w całym uczonym świecie przyjęta, teraz za moją własną przyczyną zupełnie została pominiętą. Ale wielkie korzyści, płynące z systemu miar teoretycznie uzasadnionego, konsekwentnie przeprowadzonego i ogólnie przyjętego, czyniły koniecznem poniesienie tej ofiary w imię nauki i interesów ogółu.






Działalność moja autorska wogóle nie jest niczem więcej, jak przedstawieniem moich naukowych i technicznych robót, albo opisaniem konstruowanych przezemnie przyrządów. Często też musiałem odpowiadać na napaści i zarzuty, czynione wprost lub ubocznie mojej firmie, albo też i mnie samemu. Było to koniecznem, tembardziej, że jedyną reklamą, używaną przez moją firmę, były jej roboty. Nieuzasadnione napaści nie mogły pozostać bez odpowiedzi; te zaś dawałem najczęściej w formie odwoływania się do prawa prasowego, ponieważ pisma i gazety zwykle sympatyzują z tymi, którzy systematycznie przysyłają im intratne anonse.
Nieraz już miałem sposobność wytykać i piętnować wprost samobójczy, niepatryotyczny i niedogodny zwyczaj moich rodaków, polegający na tem, żeby najlepsze wytwory przemysłu niemieckiego puszczać w obieg jako francuskie, angielskie i amerykańskie. Trudno rozstrzygnąć, czy wina ciąży na niemieckiej publiczności, czy na przemysłowcach; w każdym razie jest to skutek przesądów pierwszej i krótkowzroczności drugich, którzy tylko bezpośredni, chwilowy swój zysk mają na oku. Jakże silnie rozwinięte jest np. u Anglików przekonanie o wyższości własnych wyrobów nad wszystkiemi obcemi. Przekonałem się o tem, gdy pewnego razu przypatrywałem się razem z moim bratem Wilhelmem jak wyładowywali okręt, który po raz pierwszy przywiózł do Londynu lód z portów norweskich. Lód wspaniały, wyrąbany w równych sześcianach układano na brzegu i mnóstwo nabywców przyglądało mu się z zajęciem. Brat mój wdał się w rozmowę z jednym z nich i zaczął lód wychwalać. Interlokutor jego, majster rzeźniczy herkulesowej postawy, odrzekł: „O yes, it looks very well, but it has not the englisch nature.” A więc nawet lód angielski musi być zimniejszy od innych! To uprzedzenie do wyrobów angielskich, które ma każdy Anglik i które ma zawsze stanowczy wpływ na jego wybór, podnieca dumę i ambicyę każdego angielskiego rzemieślnika i każdego fabrykanta, gdy chodzi o jego wyrób i sprawia, że uprzedzenie najczęściej bywa słuszne.
Z popularnych moich publikacyi wymienię tu jeszcze dwa odczyty: pierwszy z r. 1879 „Die Elektricität im Dienste des Lebens” i drugi z r. 1886 „Das naturwissenschaftliche Zeitalter.
W pierwszym przedstawiłem ówczesne stanowisko elektrotechniki, dołączając uwagi o słusznie spodziewanych jej postępach, które głównie ztąd wynikają, że elektryczność przy pomocy maszyn dynamo-elektrycznych nawet dużą pracę wykonywać będzie, gdy tymczasem dotąd stawała się użyteczną przez szybkość ruchu: przenosiła wiadomości i sygnały, wydawała rozkazy, a wykonanie ciężkiej pracy pozostawiała innym siłom przyrody.
Odczyt „O wieku nauk przyrodniczych”, wygłoszony na pierwszem posiedzeniu „Stowarzyszenia przyrodników i lekarzy” w r. 1886 w Berlinie, poruszał kwestyę zmiany stosunków społecznych wskutek coraz większego opanowania sił przyrody przez człowieka. Dowodziłem, że technika, oparta na naukowych podstawach, przyczynia się do ulżenia człowiekowi w ciężkiej pracy, nałożonej na niego przez naturę w celu utrzymania jego życia; że zarówno potrzeby, jak i przyjemności życia mogą być zaspakajane z coraz mniejszym nakładem pracy, że stają się tańsze, a zatem i przystępniejsze dla ogółu, że podział pracy i nieuniknione obniżenie stopy procentowej zniesie przewagę wielkich fabryk nad pracą jednostki; że tem samem praktyczne cele społecznej demokracyi mogą być osiągnięte bez gwałtownych przewrotów, li tylko przez nieprzerwany postęp nauk przyrodniczych. Starałem się także dowieść, że uprawianie i uprzystępnienie nauk przyrodniczych nie odwiedzie ludzkości od dążeń i celów idealnych, przeciwnie, doprowadzi ludzi do pokornego uwielbienia ducha mądrości, napełniającej wszechświat, a tem samem uszlachetni ich i udoskonali. Uważałem za pożyteczne właśnie na tem miejscu zrobić publiczne wyznanie moich przekonań, albowiem jedna tylko wiara niezachwiana w błogie skutki rozwoju nauk przyrodniczych zwalczyć może fanatyczne napaści, ze wszystkich stron zagrażające wszechświatowej kulturze.
Ale spokojne przypatrywanie się postępom techniki przyrodniczej nie jest jeszcze wystarczającem; niezbędnem jest popieranie tego postępu. Niemcy w każdym razie dużo zrobiły w tym kierunku, podnosząc tak wysoko nauczanie przyrodnicze i techniczne; dowodem tego doskonałe urządzenia i środki pomocnicze przy uniwersytetach i politechnikach. Mimo to dawał się czuć brak organizacyi specyalnej dla popierania badań naukowych, mających na celu rozszerzenie zakresu naszej wiedzy przyrodniczej, od której i postęp techniczny zależy.
W Prusach już przed laty poznano konieczność stworzenia instytutu dla popierania techniki naukowej, a mianowicie mechaniki ścisłej. Wysadzono komisyę, do której i ja należałem, i ta wypracowała plan takiego instytutu, który miał być przyłączony do budującej się właśnie politechniki w Charlottenburgu. Ale to nie rozwiązywało zadania i nie przecinało kwestyi popierania badań czysto naukowych.
Już w czasie konferencyj paryzkich, obradujących nad ustanowieniem międzynarodowych miar elektrycznych, okazała się stanowcza potrzeba instytutu, poświęconego nie nauczaniu, lecz wyłącznie badaniom naukowo-przyrodniczym. W całych Niemczech nie było zakładu, gdzieby można wykonać trudne bardzo prace nad absolutną jednostką oporu Weber’a. Laboratorya uniwersyteckie są i być powinny urządzone w celach nauczania. Uczeni niemieccy posługiwali się niemi wprawdzie do badań naukowych w chwilach wolnych od pracy profesorskiej i w ten sposób niejedną znakomitą pracę wykonali. Ale do pracy i doświadczeń na wielką skalę nie mieli ani dosyć czasu, ani miejsca, ani urządzeń stosownych. Moja propozycya, ażeby, oprócz projektowanego instytutu dla naukowego popierania techniki, utworzyć drugi, mający wyłącznie służyć do badań przyrodniczych, została wprawdzie bardzo sympatycznie przyjętą, ale w obecnych okolicznościach uznano ją za niemożliwą do wykonania. Nie było stosownego i dosyć rozległego pomieszczenia, ani też można się było spodziewać, ażeby rząd wyasygnował poważną sumę na urządzenie i dalsze utrzymanie instytutu.
W testamencie moim przeznaczyłem znaczną sumę, która miała być użytą na popieranie badań przyrodniczych; ale gdyby mi przeznaczone było jeszcze dłuższe życie, straciłoby się dużo drogiego czasu, a co więcej, nie możnaby już w przyszłości połączyć instytutu dla badań naukowych z zatwierdzonym i budującym się już instytutem dla badań naukowo technicznych.
Dlatego też postanowiłem nie czekać mojej śmierci i wystąpiłem do rządu z następującą propozycyą: Ofiarowałem wielki, zastosowany do celu plac, albo potrzebny kapitał na wzniesienie instytutu państwowego, poświęconego badaniom przyrodniczym, jeżeli rząd poniesie koszta budowy i dalszego utrzymania. Rząd przyjął moją propozycyę, a parlament potwierdził postanowienie rządu. Taki był początek instytutu fizykalno-technicznego w Charlottenburgu, który pod kierunkiem najznakomitszego fizyka naszych czasów, Helmholtz’a, stał się jednym z pierwszych przybytków wiedzy przyrodniczej w Niemczech.






Spodziewałem się, że wspomnienia te przeszłego roku już zakończę; ale słabość mojej żony i różne inne okoliczności pracę moją przerwały. Na jesieni sam cierpiałem na silną influenzę, wskutek czego doktorzy poradzili mi zimę przebyć na południu. W grudniu razem z żoną i najmłodszą córką udałem się na wyspę Korfu. Nie jest to wprawdzie stacya klimatyczna dla chorych — klimat bowiem w styczniu i w lutym przypomina nasze dżdżyste lato; ale wynagradza to wspaniałe położenie i piękna okolica miasta. Wyspa Korfu dziś jeszcze korzysta z dobrodziejstw dawnej administracyi angielskiej. Doskonałe drogi, zbudowane przez Anglików, jakkolwiek miejscami już zrujnowane, dziś jeszcze stanowią jedyne połączenie pomiędzy najgłówniejszemi punktami wyspy, a wodociągi angielskie, które z miasta Korfu zrobiły przynajmniej miejscowość zdrową, na szczęście, do dziś dnia są czynne. Do niedawna utrzymywali się krajowcy z niezliczonych drzew oliwnych, pokrywających wyspę; nie zadawali sobie nawet trudu zrywania owoców, czekali aż pospadają i wtedy wybierali te, które były zdrowe. Ale w ostatnich czasach spadła ogromnie cena oliwy z powodu oświetlania naftą i troska o chleb powszedni i tu zaczyna być dotkliwą. Zwrócono się więc ku uprawie wina, nierównie wprawdzie pracowitszej, ale też daleko intratniejszej. Z żalem przychodzi patrzeć, jak w wielu miejscowościach padają pod siekierą stare, a tak malownicze drzewa oliwne, ustępując miejsca korzystniejszym daleko winnicom. Jedyni cudzoziemcy, których można spotkać na wyspie Korfu, są Francuzi, zakupujący całą produkcyę wina. Ogromna ilość czerwonego barwnika, znajdująca się w winie korfijskiem, z pewnością czyni je bardzo użytecznem do fabrykacyi prawdziwego Bordeaux. Dawniej nie wolno było wina ztąd wywozić, bo mieszkańcy w Korfu sami chcieli swoje wino spożywać. Tak to zmieniają się prastare obyczaje w wieku postępu, nie uznającym nic niezmiennego.
W końcu lutego, gdy drzewa, owocowe już zakwitły, udaliśmy się do Neapolu. Spodziewaliśmy się tam piękniejszej pogody i więcej rozrywek.
Ale Apeniny leżały pod śniegiem, nawet Wezuwiusz pokryty był lekkim płaszczem śniegowym, a w Neapolu deszcz lał bez przerwy, gorzej, niż na wyspie Korfu. Zato nie mogliśmy się nacieszyć miłem towarzystwem naszych przyjaciół, pp. Dohrn i całej ich rodziny. Po czterech tygodniach pojechaliśmy do Amalfi, ale dopiero w Sorrento uśmiechnęło się do nas piękne, błękitne niebo włoskie. Tam też zaczęły mi powracać siły i razem z żoną robiliśmy wycieczki do miejscowości najwyżej położonych, jak np. klasztor Deserto. Niepogoda nie pozwoliła mi, niestety, spełnić jednego z najgorętszych moich życzeń: odwiedzić raz jeszcze Wezuwiusz i zblizka przypatrzeć się burzliwej i zmiennej jego pracy. Patrzyłem na niego z daleka, a zawsze z przyjemnością, jak na starego przyjaciela, któremu winien byłem wdzięczność. W roku 1878 odbyłem wycieczkę na sam szczyt; wtedy to regularnie powtarzające się wybuchy Wezuwiusza dały mi tak pewne wskazówki co do przyczyn jego działalności, że w ten sposób rozszerzył się znacznie zakres moich wiadomości o składzie skorupy ziemskiej i o siłach, działających w jej wnętrzu.
Na początku maja powróciliśmy do ojczyzny. Niestety, febra moja powracała dwukrotnie. Dziś, kiedy wyszedłem z niej szczęśliwie, mam nadzieję, że na tem zakończył się okres moich chorób starczych i że czeka mnie jeszcze spokojna i przyjemna starość w otoczeniu drogich mi osób.






Kiedy nakoniec całe moje życie myślą przebiegam i zastanawiam się zarówno nad przyczynami, jak i nad siłą, która, mimo wszystkich przeszkód i niebezpieczeństw doprowadziła mnie do stanowiska, zapewniającego mi szacunek u ludzi i zadowolenie własne, zamożność, a nawet bogactwo, to przedewszystkiem muszę przyznać, że wiele się do tego przyczynił zbieg rozmaitych, niezmiernie szczęśliwych okoliczności i że ślepemu trafowi wiele bardzo zawdzięczam. Jedną z tych szczęśliwych okoliczności było to, że żyłem w epoce tak szybkiego postępu nauk przyrodniczych i że poświęciłem się specyalnie elektrotechnice wtedy, gdy ta jeszcze była w kolebce, a ja tem samem miałem przed sobą żyzne pole do wynalazków i ulepszeń. Zkądinąd nieraz w mojem życiu musiałem walczyć z niespodzianemi trudnościami i nieszczęśliwemi przypadkami; zazwyczaj spotykały mnie one na początku każdej roboty, ale po większej części udawało mi się wychodzić z nich zwycięzko.
Jednakowoż nie mogę powiedzieć, ażeby sam tylko ślepy traf doprowadzał mnie tak często do upragnionego celu falistą i zmienną drogą, przeplataną szczęściem i nieszczęściem.
Powodzenie i niepowodzenie, zwycięztwo i porażka w życiu ludzkiem prawie zawsze zależą od właściwego i wczesnego skorzystania z nastręczających się okoliczności. Miałem jednę właściwość charakteru, którą zachowałem przez całe życie: w chwili krytycznej decydowałem się szybko i wtedy bez namysłu robiłem to, co uważałem za stosowne, jakkolwiek z drugiej strony skłonny byłem do marzeń i często, mogę powiedzieć zawsze, pogrążony byłem w myślach.
W niezliczonych wypadkach mojego życia właściwość ta uchroniła mnie od strat i w najtrudniejszych chwilach poprowadziła właściwą drogą. Naturalnie, nie obeszło się wtedy bez wzruszenia, bywałem nawet bardzo wzburzony, zanim zdołałem zapanować nad władzami mojej duszy. To panowanie nad sobą było konieczne, nietylko, żebym się oderwał od świata moich myśli, ale więcej jeszcze, ażebym się mógł obronić od słabostek własnego charakteru. Do takich zaliczam nadmierną moją uprzejmość, a ztąd przykrość, jakiej doznałem, gdy byłem zmuszony odmówić czyjej prośbie, nie spełnić czyjego życzenia, wogóle słowem lub uczynkiem zrobić komuś przykrość. Na szczęście, obok tej zalety, tak nieraz szkodliwej dla człowieka, kierującego wielkiemi interesami, miałem tę wadę, że łatwo się irytowałem i wpadałem w gniew. Ten gniew, którym tak łatwo wybuchałem, ile razy zapoznane były moje dobre zamiary, albo gdy nadużywano mojej dobroci, był dla mnie zawsze deską ocalenia i nieraz powtarzałem, że ten, z którym zmuszony jestem nieprzyjemne jakieś rozpatrywać sprawy, nie może mi oddać większej przysługi jak kiedy mnie rozgniewa. Zresztą gniew ten był tylko skutkiem wewnętrznego wzruszenia, które nigdy nie wyszło po za pewne granice. Do kierowania wielkiemi przedsiębiorstwami brakowało mi zresztą wielu przymiotów. Nie miałem dobrej pamięci, ani zmysłu porządku, a najmniej nieubłaganej i konsekwentnej surowości. Jeżeli mimo to wszystko stworzyłem wielkie przedsiębiorstwa i kierowałem niemi z niezwykłem powodzeniem, to może tylko posłużyć za dowód, że energia i praca niejedną przezwycięży słabość, a przynajmniej uczyni ją mniej szkodliwą. Przytem mogę sam sobie oddać sprawiedliwość, że nie chęć zysku skłoniła mnie do poświęcenia wszystkich moich sił tak rozległym przedsiębiorstwom technicznym. Przedewszystkiem doprowadziło mnie do tego zajęcie się jakąś kwestyą naukową lub techniczną. Jeden z moich przyjaciół wytykał mi kiedyś, że w przedsiębiorstwach moich mam wprawdzie na oku pożytek publiczny, ale i sam zawsze na nich zarabiam. Do pewnego stopnia przyznaję mu słuszność. Albowiem przedsiębiorstwa, które dobro ogółu mają na celu, budzą też ogólne zainteresowanie się niem i mają przez to lepsze widoki powodzenia, niż inne. Tymczasem i o tem trzeba pamiętać, jak potężny wpływ wywiera na człowieka powodzenie i wynikające ztąd przeświadczenie, że stwarza rzeczy pożyteczne, że tysiącom pracowników zapewnia byt.
Jedną z głównych przyczyn szybkiego rozkwitu naszych fabryk upatruję w tem, że przedmioty naszej fabrykacyi po większej części były owocem własnych naszych wynalazków.
Jakkolwiek nie były prawie nigdy zabezpieczone patentami, to jednak dawały nam zawsze pierwszeństwo nad naszymi konkurentami dlatego, żeśmy ich wyprzedzali; pierwszeństwo to zwykle trwało, dopókiśmy znów ich nie wyprzedzili nowem jakiem ulepszeniem. Pierwszeństwo to zaś było trwałem tylko wskutek sławy, którą zjednaliśmy sobie w całym świecie doskonałością i trwałością naszych wyrobów.
To, czego dokonałem na polu techniki, zjednało mi nietylko uznanie ogółu; otrzymałem tak wiele odznaczeń honorowych nietylko od panujących, ale i od uniwersytetów, akademij, instytutów i towarzystw naukowych i technicznych, że mi już nic nie pozostaje do życzenia.
Rozpocząłem ten pamiętnik od słów Pisma Ś. „Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt, a co najdłużej osiemdziesiąt.” Czytelnik zgodzi się zapewne, że i dalszy ciąg tych słów do mnie zastosować się daje: „Życiem szczęśliwem jest życie trudu i pracy.” Moje życie można nazwać i szczęśliwem i pięknem dlatego, że pożyteczna praca i trudy uwieńczone zostały pomyślnym skutkiem i jeżeli mi żal jest, że koniec jego się zbliża, to tylko dlatego, że mnie boli rozłąka z drogiemi sercu mojemu istotami i że nie będzie mi już dane przyczyniać się w dalszym ciągu do rozkwitu wieku nauk przyrodniczych.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Gabriel Tołwiński, Werner von Siemens i tłumacza: anonimowy.