Wspomnienia z mego życia/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Werner Siemens
Tytuł Wspomnienia z mego życia
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1904
Druk Aleksander Tad. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. S.
Tytuł orygin. Lebenserinnerungen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Harzburg. Czerwiec 1890.

Druty miedziane izolowane gutaperką okazały się tak praktycznemi przewodnikami przy telegrafach podziemnych, że nawet zastosowanie ich do telegrafów podmorskich zdawało się możliwe. Że woda morska nie wywiera szkodliwego wpływu na gutaperkę, o tem przekonały nas izolowane przewodniki, użyte przy zakładaniu min w Kilonii, które po dwóch latach jeszcze były nietknięte.
Pierwszą próbę połączenia z sobą dwóch morskich wybrzeży za pomocą gutaperkowych przewodników zrobił M-r Brett już w 1850 r. pomiędzy Douvrem i Calais. Ale połączenie to trwało zaledwie przez czas zakładania go, jeżeli wogóle mogło być kiedykolwiek zdatne do użytku. Następnego roku zastąpili je panowie Newall i Gordon połączeniem z drutów z armaturą żelazną i to dłuższy czas było czynne. Taki był początek telegrafów podmorskich, które wkrótce stały się jednym z głównych środków komunikacyi.
Z wytrwałością cechującą Anglików, po tej pierwszej, stosunkowo szczęśliwej próbie, zamierzono i rozpoczynano cały szereg robót podmorskich, zanim jeszcze ustaloną została naukowa i techniczna ich podstawa. Naturalnie, wszystkie te próby spełzły na niczem. A jednak posiadali Anglicy najlepszą gutaperkę, mogliby więc produkować przewodniki jak najdoskonalej izolowane, gdyby badanie izolacyi i kontrola nad fabrykacyą była równie staranna, jak u nas. Ale znajomość nauk przyrodzonych i metody naukowe równie mało były stosowane w przemyśle angielskim, jak i w naszym. Kontentowano się stwierdzeniem, że prąd przechodzi przez przewodnik i że instrumenty telegraficzne należycie działają. O wiele później jeszcze nazywali angielscy praktycy moje systematyczne próbowanie przewodników „naukowym humbugiem”. A jednak u naszej firmy musieli obstalować aparaty do telegrafu przez nich przeprowadzonego na Krymie w czasie wojny.
Tymczasem w r. 1855 na zlecenie „Mediterraneau Extension Telegraph Company” próbował M-r Brett przeprowadzić telegraf podmorski pomiędzy wyspą Sardynią a miastem Bona w Algierze. Zarówno ta próba, jak i druga w 1856 r. przedsiębrana, spełzła na niczem. Podjęli się tedy tych robót pp. Newell et Comp. Zawarli z firmą moją układ o dostarczenie urządzeń elektrycznych, przyczem ja osobiście kierować miałem stroną doświadczalną.
To pierwsze zakładanie kabli podmorskich było dla mnie równie interesujące, jak pouczające. Na początku września 1857 r. wsiadłem na okręt sardyński w Genui wraz z pomocnikiem moim, zabrawszy niezbędne przyrządy elektryczne. Towarzystwo na okręcie było nader zajmujące. Oprócz angielskich przedsiębiorców pp. Newall i Liddell, było kilku uczonych włoskich, paru urzędników od telegrafów i oficerów floty włoskiej, wreszcie kilku francuskich urzędników i znany bardzo inżynier Delamarche.
Już w czasie podróży do Sardynii w gronie tem ożywione toczyły się dyskusye o metodach, których należy się trzymać przy zakładaniu kabli, aby uniknąć niepowodzeń, jakie spotkały próby poprzednie. Początkowo nie miałem zamiaru brać udziału w mechanicznej części robót. Ale zarówno sposoby proponowane przez pp. Newall i Liddell, jak i zbytnie obawy i ostrożności inżyniera Delamarche wydały mi się tak nieodpowiednie do osiągnięcia celu, że oponowałem i tamtym i temu. W zamian przedstawiłem im mój sposób zakładania kabli, oparty na stosowaniu hamulców, który potem ogólnie został przyjęty.
Sposób ten, dzięki swej prostocie, zyskał uznanie całego towarzystwa, wskutek czego p. Newall prosił mnie, abym osobiście objął kierownictwo nad zakładaniem kabli, podług własnych moich planów.
Nie było to łatwe przedsięwzięcie, zwłaszcza wobec braku rozmaitych aparatów i przygotowań, ale ku wielkiej radości wszystkich uczestników wyprawy, doprowadziłem je szczęśliwie do końca. Bezustanne natężenie umysłu, a bardziej jeszcze poczucie mojej odpowiedzialności i przeświadczenie, że najmniejszy błąd pociąga za sobą ogromne straty i naraża całe przedsięwzięcie na zmarnowanie, to wszystko tak wyczerpało moje siły, że skończywszy roboty, potrzebowałem dłuższego czasu, aby odzyskać równowagę.
Wtedy po raz pierwszy znajdowałem się na południu. Najpiękniejsza pogoda sprzyjała nam ciągle i rozkoszowałem się widokiem morza Śródziemnego, jego fal ciemno-szafirowych, piętrzących się spienionych bałwanów; pełną piersią chłonąłem to cudne powietrze na całej drodze od Genui do Cagliari i ztamtąd do Algieru. Niezrównany przedstawia widok obronny zamek Cagliari, położony wysoko i opasany wieńcem kwitnących drzew aloesowych. Idąc za radą uprzejmego kapitana, nie nocowaliśmy w porcie z powodu panującej tam febry, tylko pod gołem niebem, wśród ruin zamkowych. Ta wspaniała noc pod gwiazdzistem niebem włoskiem, na skalistem wybrzeżu, nad cudnem morzem oblanem światłem księżyca, nigdy z pamięci mojej nie wyjdzie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Werner von Siemens i tłumacza: anonimowy.