Wspomnienia z mego życia/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Werner Siemens
Tytuł Wspomnienia z mego życia
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1904
Druk Aleksander Tad. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. S.
Tytuł orygin. Lebenserinnerungen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Harzburg w czerwcu 1889 r.

„Życie ludzkie trwa lat siedmdziesiąt, a najwyżej ośmdziesiąt.” Słowa te są poważnem ostrzeżeniem dla człowieka, który się zbliża do tej granicy, a jeszcze nie jedno zamierza zrobić. Wprawdzie może się i tem pocieszyć, że inni dokończą tego, czego on zrobić nie zdoła, że świat ostatecznie nic na tem nie straci; są jednak zadania, do których pociecha ta nie da się zastosować i w spełnieniu których nie można być zastąpionym. Do takich należy skreślenie wspomnień z własnego życia, a to właśnie obiecałem mojej rodzinie i przyjaciołom. Wyznaję, że uskutecznienie tego zamiaru niełatwo mi przyjdzie; nie czuję bowiem w sobie zdolności historyka, ani stylisty i nierównie więcej zajmowała mnie zawsze teraźniejszość i przyszłość, aniżeli przeszłość. Dodać jeszcze muszę, że nie mam pamięci do nazwisk i cyfr, że z biegiem lat wiele bardzo wypadków własnego mego, dosyć urozmaiconego życia zupełnie wyszło mi z pamięci. Z drugiej strony sam pragnę czyny i dążenia moje własnoręcznie skreślić, aby kiedyś nie zostały zapoznane i fałszywie tłomaczone i myślę, że mogą one stać się dla młodych ludzi nauką i zachętą; przekonają ich bowiem, że młody człowiek nawet bez odziedziczonego majątku i bez potężnych protektorów, co więcej, bez dostatecznego wykształcenia przygotowawczego, własną pracą może się wznieść i pożyteczne stworzyć rzeczy. Nie mam zamiaru bardzo się trudzić nad formalną stroną tego pamiętnika; wspomnienia moje będę opowiadał prosto, w miarę, jak się myśli mojej nasuwać będą — to jedno mając na względzie, żeby przedstawić życie moje jasno i prawdziwie, a uczucia i przekonania oddać jak najwierniej. Zarazem postaram się uwydatnić zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne siły, które naprzemian wśród powodzeń i trosk życiem mojem kierowały, do zamierzonych prowadziły mnie celów, zapewniając mi starość spokojną i przyjemną.
Najdawniejszem wspomnieniem z mego dzieciństwa jest drobny, a jednak bohaterski czyn, który może dlatego tak utkwił w mojej pamięci, że miał stanowczy wpływ na dalszy rozwój mego charakteru. Rodzice moi mieszkali aż do ósmego roku mego życia pod Hanowerem, w majątku który ojciec mój dzierżawił od niejakiego pana von Lenthe. Miałem wtedy pewno nie więcej jak pięć lat i właśnie bawiłem się w pokoju mego ojca, gdy matka wprowadziła tam głośno płaczącą siostrę moją, starszą odemnie o trzy lata. Matylda miała iść na lekcyę robót ręcznych na probostwo i narzekała, że ogromny gąsior zawsze zachodzi jej drogę i kilkakrotnie ją nawet ugryzł. Nic nie pomogły namowy matki, w żaden sposób sama nie chciała iść na lekcyę; nawet ojciec nie potrafił jej namówić. Zwrócił się tedy do mnie i podając mi swój kij, znacznie większy odemnie, rzekł: „Kiedy tak, niechże cię odprowadzi Werner, mam nadzieję, że będzie odważniejszy od ciebie.” Co prawda, wydało mi się to trochę niebezpiecznem, zwłaszcza że mi ojciec na drogę dał taką naukę: „Jak się gąsior zbliży, to tylko odważnie, idź prosto na niego i zwal go co sił tym kijem.” Tak się też stało. Zaledwieśmy otworzyli furtkę od podwórza, aż tu zbliża się gąsior z wyciągniętą szyją i syczy okrutnie... Siostra moja z krzykiem się zawróciła i ja wielką miałem ochotę pójść za nią — jednak poszedłem za radą ojca. Wprawdzie z zamkniętemi oczami, ale odważnie szedłem naprzód, wywijając kijem na wszystkie strony. I w samej rzeczy gąsior się przestraszył i gdacząc głośno, wpadł pomiędzy stado uciekających gęsi.
Dziwnie silne i trwałe wrażenie wywarło to pierwsze zwycięztwo na dziecinny mój umysł. Jeszcze dziś, niemal po 70 latach, wyraźnie stoją mi przed oczami wszystkie osoby i szczegóły, mające związek z tem pamiętnem zdarzeniem. Z niem także łączy się jedyne wspomnienie, jakie mam o rodzicach moich, gdy jeszcze byli młodzi. A jak że często w późniejszem mojem życiu owo zwycięztwo nad gąsiorem bezwiednie było mi bodźcem, aby przed grożącem niebezpieczeństwem nie ustępować, tylko odważnie stawić mu czoło.
Ojciec mój pochodził z rodziny, która za czasów wojny trzydziestoletniej osiedliła się na północnych stokach Harzu i przeważnie zajmowała się gospodarstwem rolnem i leśnem. Stare podanie, co prawda, odrzucone przez nowszych historyków rodzinnych, głosi, że praszczur nasz z bandami Tilly’ego przywędrował do Niemiec północnych, brał udział w oblężeniu Magdeburga i tam ocaliwszy z płomieni piękną córkę magdeburskiego obywatela, ożenił się z nią i osiedlił w górzystej okolicy Harzu.
Jak wszyscy Siemensowie, tak i mój ojciec szczycił się ze swego rodu i nam, dzieciom, często opowiadał o przodkach, którzy się czemś odznaczyli i doszli do wybitnych stanowisk.
Z tych zapamiętałem tylko dziadka mego, ojca piętnaściorga dzieci, z których ojciec mój był najmłodszem i jakiegoś radcę wojskowego Siemens’a, który zasiadał w radzie wolnego miasta Goslar’u. Dziadek mój dzierżawił majątki barona v. Grote u stóp Harzu i tam urodził się mój ojciec. Z jego wspomnień dziecinnych dwie następujące anekdoty zostały mi w żywej pamięci.
Będzie temu lat ze 120, gdy pewnego dnia na dworze barona von Grote niespodziewanie rozeszła się wieść, że król pruski Fryderyk II na drodze z Halberstadtu do Goslaru przejeżdżać będzie przez posiadłości barona. Stary baron, jak przystoi, wraz z synem swoim wyszedł na spotkanie potężnego sąsiada na czele całego kontyngensu wojskowego, składającego się z dwóch ludzi i w towarzystwie wasalów swoich, t. j. mego dziadka i jego synów, wszyscy konno, w odświętnych strojach. Gdy stary Fryc ze swoją świtą zbliżył się do granicy, baron ze swoim dworem podjechał na kilka kroków i według wszelkich form powitał go na „swojem terytoryum.” Król, który prawdopodobnie nie wiedział o istnieniu ościennego państwa, zdziwił się tem powitaniem, ale na ukłon odpowiedział ukłonem i zwracając się do swojej świty, rzekł: „Messieurs, voila deux souverains qui se rencontrent.” Nieraz z okazyi późniejszych wypadków politycznych stawał mi na pamięci ten obraz, a raczej karykatura średniowiecznych obyczajów.
Drugie zdarzenie nierównie bliżej dotknęło panującą rodzinę v. Grote’ów. Ojciec mój miał cztery siostry, z których jedna, Sabina, nadzwyczaj była piękna i ujmująca. Spostrzegł to wkrótce młody baron i ofiarował jej swoje serce i rękę. Nie wiem, jak się na to zapatrywał stary baron, ale u dziadka mego natrafił ten konkurent na stanowczy opór. Nie chciał, ażeby córka jego weszła w rodzinę, która nie będzie jej uważać za równą sobie; był bowiem najmocniej przekonany, że szczęście i błogosławieństwo boskie są wyłącznym udziałem związków na bezwzględnej opartych równości. Zabronił więc córce wszelkich stosunków z baronem i postanowił jej to ułatwić, oddalając ją z domu rodzicielskiego. Ale młodzi ludzie oczywiście ulegali już wpływowi nowych prądów i zrana, w dniu oznaczonym na wyjazd Sabiny, ojciec ze zgrozą dowiedział się, że baron tej samej nocy córkę jego uprowadził. Dziadek wraz z pięcioma dorosłymi synami w największem oburzeniu puścił się w pogoń za uciekającymi. Śladem ich pędząc, dotarli do Blankenburga — ale gdy gwałtem wdarli się do tamtejszego kościoła, ujrzeli młodą parę przed ołtarzem i pastora wymawiającego ostatnie słowa błogosławieństwa nad prawnie zawartem małżeństwem.
Nie wiem, jaki był dalszy przebieg tego rodzinnego dramatu. Niestety, zakochany małżonek, po kilku zaledwie latach najszczęśliwszego pożycia, umarł bezdzietnie. Ciotka Sabina zamieszkała w Kölleda w Turyngii, gdzie nieraz ją odwiedzałem jako młody oficer artyleryi. „Ciotka Grote” do późnej starości zachowała piękne rysy twarzy i niezrównaną uprzejmość w obejściu; dlatego dom jej był ulubionem środowiskiem całej naszej rodziny. Dla nas młodych zwłaszcza wielki miały urok jej opowiadania o ludziach i zdarzeniach, które dla nas były już zamierzchłą przeszłością.
Ojciec mój był to człowiek mądry i wysoce wykształcony. Skończył wyższe szkoły w Ilfeld, a następnie uniwersytet w Getyndze, ażeby się gruntownie przygotować do zawodu rolnika. Sercem i duszą należał do młodzieży niemieckiej, wychowanej w czasach wielkiej rewolucyi francuskiej, marzącej o wolności i zjednoczeniu Niemiec. W Kassel o mało co nie wpadł w ręce siepaczy Napoleona, gdy wraz z innymi, równie jak on zapalonymi młodzieńcami, zapragnął nawet po upadku Prus jeszcze stawić opór nieprzyjacielowi zwycięzkiemu. Po śmierci swego ojca udał się na praktykę gospodarską do radcy sądowego Deichmann’a w Hanowerskiem. Tam zakochał się w najstarszej córce radcy, Eleonorze, najukochańszej mojej matce, z którą się też wkrótce ożenił, mając zaledwie lat 25.
Rodzice moi osiedli na dzierżawie w majątku Lenthe w Hanowerskiem i tam szczęśliwie przeżyli ze sobą lat 12. Niestety, położenie polityczne całych Niemiec, a zwłaszcza pod angielskiem panowaniem zostającego Hanoweru, działało przygnębiająco wogóle, a tembardziej na człowieka z charakterem mego ojca. Książęta angielscy, rezydujący w Hanowerze, nie troszczyli się o dobro kraju, który dla nich był tylko rewirem do polowania. Ztąd niezwykła surowość praw o polowaniu, tak, iż ogólnie przyjęte było mniemanie, iż mniej sroga kara czeka winowajcę za zabójstwo człowieka, niż za upolowanie jelenia. Dla błahego takiego powodu i ojciec mój zmuszony był opuścić Hanowerskie i przenieść się do Meklemburgii, gdzie znalazł swobodniejsze warunki życia, do których wzdychał.
Otrzymawszy długoletnią dzierżawę dóbr wielkoksiążęcych „Menzendorf”, oddał się całkowicie ulubionym swoim zajęciom. W tym błogosławionym kraju, oprócz majątków rządowych i folwarków chłopskich, był tylko jeden jedyny majątek szlachecki. Chłopi wówczas byli jeszcze, co prawda, obowiązani do odrabiania pańszczyzny na dobrach rządowych, ale wkrótce po naszem sprowadzeniu się zostali od niej uwolnieni, a jednocześnie i własność chłopska została zwolnioną od wszelkich ciężarów i danin.
Tu spędziłem szczęśliwe lata mojej młodości, wraz z rodzeństwem używając swobody i swawoli na równi z wiejską młodzieżą. My, starsze dzieci, t. j. Matylda, ja i dwóch młodszych odemnie braci, Hans i Ferdynand, bujaliśmy całemi dniami po polach i lasach. Jedyną naszą nauczycielką była babka nasza, która od śmierci męża zamieszkała z nami. Uczyła nas pisać i czytać, a pamięć naszą ćwiczyła, wyuczając nas nieskończonej ilości rozmaitych wierszy. Rodzice, oddani zajęciom gospodarskim, zwłaszcza matka, zajęta ciągle powiększającą się gromadką młodszego rodzeństwa, nie wiele mogli się wychowaniem naszem zajmować. Ojciec, człowiek najlepszego serca, ale niezmiernie gwałtowny, karał nas z nieubłaganą surowością za każde niewypełnienie obowiązku, za najmniejsze nawet kłamstwo, lub nieuczciwy postępek. Bojaźń ojca, a miłość do matki, której za nic w świecie nie chcieliśmy zmartwić, trzymała też w rygorze naszą swywolną gromadę. Najpierwszym obowiązkiem było opiekowanie się młodszymi i to w tak szerokiem znaczeniu, że starsi byli karani wraz z młodszymi, ile razy ci ostatni coś karygodnego zrobili. Tyczyło się to przedewszystkiem mnie, jako najstarszego z braci i to właśnie obudziło i na całe życie głęboko wpoiło we mnie poczucie obowiązku czuwania i opiekowania się młodszem mojem rodzeństwem. Dlatego też wówczas uważałem, że mam prawo je karać, co doprowadzało nieraz do spisków przeciwko mnie i do walk, które jednak zazwyczaj staczane bywały bez interwencyi rodziców. Przypominam sobie jedno zdarzenie z owych czasów, które tu opowiem, bo znajduję je charakterystycznem dla naszego młodocianego życia.
Mój brat Hans i ja oddawaliśmy się namiętnie i często z pomyślnym skutkiem polowaniu na wrony i ptaki drapieżne; używaliśmy do tego łuków i strzał własnej roboty i wkrótce doszliśmy do znakomitej wprawy. Pewnego razu przyszło między nami z tej okazyi do gwałtownej sprzeczki, w której ja dałem uczuć memu bratu prawo mocniejszego. Ten nazwał postępowanie moje niegodnem i zażądał, aby spór nasz rozstrzygnięty został pojedynkiem, w którym przeważająca moja siła fizyczna nie odegra żadnej roli. Uznałem żądanie to za słuszne i stanęliśmy do pojedynku według reguł, któreśmy znali z opowiadań ojca o jego studenckich czasach. Odmierzyliśmy 10 kroków i na moją komendę „już” wypuściliśmy jednocześnie strzały własnej roboty, zakończone ostrym drutem. Hans dobrze celował. Jego strzała trafiła w sam koniec mego nosa i głęboko utkwiła aż przy samej nasadzie. Obaj krzyknęliśmy przeraźliwie. Wpada ojciec i wyciągnąwszy mi przedewszystkiem strzałę z nosa, zabierał się już do ukarania winowajcy, podnosząc do góry potężny swój cybuch. To się sprzeciwiało memu poczuciu sprawiedliwości. Stanąłem między ojcem a bratem i rzekłem: „Ojcze, Hans nie jest winien, myśmy się pojedynkowali.” Jeszcze dziś widzę zmieszaną twarz ojca, który przecież po sprawiedliwości nie mógł karać naszego postępku, bo sam nieraz go się dopuścił i uważał go za honorowy. To też spokojnie wstawił cybuch do fajczarni i powiedział tylko: „Na przyszłość nie róbcie takich głupstw.”
Gdy siostra moja i ja przestaliśmy już brać lekcye od babki Deichmann (z domu von Scheiter, czego nigdy podpisując się nie omieszkała dodać), przez pół roku uczył nas ojciec sam. Zarys historyi powszechnej i etnografii, który nam dyktował, był mądry i oryginalny i stał się podstawą moich późniejszych zapatrywań. Skończyłem nareszcie lat 11. Wtedy siostrę moją oddano na pensyę, a ja zacząłem uczęszczać do szkoły miejskiej w najbliższem miasteczku Schönberg, a mieszkałem dalej w domu. Jeżeli była pogoda, to musiałem długą, bo całą godzinę trwającą drogę iść pieszo. W słotę droga była niemożliwa, jeździłem więc do szkoły na kucyku. Ta okoliczność, zarówno jak przyzwyczajenie moje odpierania odrazu czynnie wszelkich sprzeciwiań i drwin, doprowadziła do pewnego rodzaju stanu wojennego pomiędzy mną a uczniami z miasta: cała ich gromada przecinała mi powrót do domu, tak, że ja z podniesioną lancą — inaczej tyką grochową — musiałem torować sobie drogę. Ta walka, w której czasami chłopskie dzieci przychodziły mi na pomoc, trwała cały rok. Bezwątpienia ogromnie się to przyczyniło do wyrobienia mojej dzielności i energii, ale zato naukowe rezultaty były marne.
Na Wielkanoc roku 1828 nastąpił stanowczy zwrot w mojem życiu młodocianem: ojciec mój wziął do domu nauczyciela. Wybór jego był niesłychanie szczęśliwy. Kandydat teologii Sponholz był to człowiek jeszcze młody, wysoko wykształcony, ale źle notowany u swoich przełożonych duchownych, gdyż teologia jego była nadto racyonalna, mówiąc językiem dzisiejszym, zamało pozytywna. Już zaraz w pierwszych tygodniach potrafił sobie nadać nad nami, nawpół zdziczałymi chłopakami, niezrównaną powagę. Nigdy nas nie karał, zaledwie kilka słów nagany powiedział, ale zato często brał udział w naszych zabawach i potrafił rzeczywiście, bawiąc się, rozwijać nasze zalety, a wykorzeniać wady. Lekcye jego były w najwyższym stopniu interesujące i zachęcające do pracy. Umiał zawsze robocie naszej postawić cel możliwy do osiągnięcia, a ambicyę naszą i energię podniecał przez radość, którą nam sprawiało dojście do tego celu, a radość tę on szczerze z nami podzielał. W ten sposób, w przeciągu kilku tygodni z chłopców leniwych i rozpuszczonych zrobił pilnych i przykładnych uczniów, których do roboty nie trzeba było napędzać; przeciwnie, należało hamować ich zapał. We mnie zwłaszcza rozbudził uczucie, które nigdy potem nie wygasło: uczucie rozkoszy w pracy pożytecznej, ambicyę i pociąg do dobrego jej wykonania. Jednym z najskuteczniejszych środków, przez Sponholza używanych, były opowiadania. Gdy późno wieczorem oczy nam się kleiły nad lekcyami, wołał nas do siebie; siadaliśmy na staroświeckiej, skórą krytej kanapie i tuliliśmy się do niego; a on przed oczami naszemi roztaczał obrazy własnego naszego życia w przyszłości: jak to pracą i dzielnością ducha wzniesiemy się na wybitne stanowiska obywatelskie, jak będziemy w możności od rodziców naszych usuwać wszystkie troski, których wówczas właśnie nie brakowało przy gospodarstwie. To znów w jak smutne możemy popaść położenie, jeżeli ustaniemy w pracy i nie potrafimy się oprzeć pokusom, ciągnącym nas ku złemu. Niestety, ta szczęśliwa epoka mojej młodości trwała krótko, niespełna rok. Sponholz podlegał częstym napadom melancholii, które po części wypływały z jego zwichniętej karyery duchownej, a po części z przyczyn dla nas, dzieci, niezrozumiałych. W jednym z takich paroksyzmów, podczas ciemnej zimowej nocy, wyszedł z domu z fuzyą na ramieniu i po długich poszukiwaniach znaleziono go w oddalonem pustem miejscu z głową roztrzaskaną. Boleść nasza po stracie ukochanego nauczyciela i przyjaciela była bez granic. Miłość i wdzięczność dla niego zachowałem po dziś dzień.
Następcą Sponholz’a był człowiek starszy, który oddawna w różnych szlacheckich domach zajmował posadę nauczyciela. Na każdym niemal punkcie stanowił kontrast ze swoim poprzednikiem. Jego system wychowawczy był oparty na formalistyce. Przedewszystkiem wymagał od nas posłuszeństwa i przyzwoitego zachowania się. Na lekcyach musieliśmy uważać, zadania nasze pilnie odrabiać, na spacerze spokojnie mu towarzyszyć, a poza tem nie naprzykrzać mu się. Biedny człowiek był schorowany i po dwóch latach umarł u nas na suchoty. Nie potrafił ani nas kształcić, ani zachęcić do pracy; i gdyby nie trwały wpływ tego jednego roku, spędzonego pod kierunkiem Sponholz’a, cały ten czas byłby stracony zarówno dla mnie, jak i dla Hansa. Co do mnie, to Sponholz tak głęboko mi wraził chęć do nauki, do spełniania swego obowiązku i do osiągnięcia jak najwyższych rezultatów, że nie dałem się już z tej drogi sprowadzić; przeciwnie pociągnąłem za sobą nauczyciela. Potem nieraz żałowałem, że tego biednego, chorego człowieka nie zostawiałem w spokoju, czego tak bardzo potrzebował, że po za godzinami objętemi planem, nie ruszyłem się od stolika i nie zważałem na wszystkie fortele, których używał, żeby się odemnie oswobodzić.
Po śmierci drugiego nauczyciela postanowił ojciec mnie i Hansa odwieźć do Lubeki, do gimnazyum. Po konfirmacyi mojej, odbytej w naszym kościele wiejskim, zamiar ten został uskuteczniony. Zdaliśmy egzamin wstępny i ja zostałem przyjęty do klasy 3-ej wyższej, a brat mój do 3-ej niższej. Nie staliśmy na żadnej pensyi, tylko w prywatnem mieszkaniu jakiegoś obywatela i tam też jadaliśmy. Ojciec mój takie pokładał we mnie zaufanie, że mi nawet powierzył nadzór nad bratem, który był trochę letkiewicz, a dawna jego swywola znów się w nim odezwała do tego stopnia, że w szkole nie nazywano go inaczej, jak „szalony Hans.”
Szkoła Św. Katarzyny w Lubece składała się z właściwego gimnazyum i ze szkoły miejskiej, obie pod kierunkiem jednego dyrektora i aż do klasy trzeciej miały oddziały równoległe. Gimnazyum wówczas cieszyło się wielkiem uznaniem, jako szkoła uczona. Rzeczywiście wykładano tam wyłącznie języki starożytne. Wykład matematyki był nędzny i nie zadowalał mnie wcale; na lekcye tego przedmiotu zostałem przeniesiony do wyższej klasy, jakkolwiek dotąd uprawiałem go tylko na swoją rękę, bo obaj moi nauczyciele domowi o matematyce pojęcia nie mieli. Zato nauka języków starożytnych przychodziła mi bardzo trudno, gdyż zbywało mi na wiadomościach zasadniczych. O ile z zajęciem wczytywałem się w starożytnych autorów klasycznych, o tyle wstrętne mi było wyuczanie się na pamięć reguł gramatycznych. Mimo to przez dwa lata pracowałem tak sumiennie, że dostałem się do pierwszej i ostatniej klasy. Ale przekonawszy się, że nauka języków starożytnych nie daje mi żadnego zadowolenia, postanowiłem wybrać karyerę inżynierską, jako jedyną drogę techniczną, otwartą wówczas. Porzuciłem więc jeszcze w drugiej klasie greczyznę, a natomiast zacząłem brać prywatne lekcye matematyki i geometryi, ażeby się przygotować do wstąpienia do berlińskiej akademii dróg i mostów. Po zasiągnięciu bliższych wiadomości, okazało się, niestety, że studya te byłyby dla mnie za kosztowne, zwłaszcza wobec tak ciężkich czasów dla gospodarzy wiejskich, kiedy korzec pszenicy sprzedawano za guldena, a rodzice moi liczną obarczeni rodziną nie byli w stanie takich ofiar dla mnie ponosić.
Z tak przykrego położenia wyratował mnie radą swoją mój nauczyciel geometryi, baron v. Bülzingslowen, który niegdyś służył w artyleryi pruskiej. Poradził mi, ażebym wstąpił do pruskiego korpusu inżynierów, gdzie będę miał sposobność nauczyć się mniej więcej tego samego, czego uczą w akademii dróg i mostów. Ojciec mój, któremu plan ten przedstawiłem, zgodził się nań chętnie.
A więc na Wielkanoc r. 1834 w siedemnastym roku życia pożegnałem gimnazyum i z niewielką sumką w kieszeni powędrowałem do Berlina, ażeby tam wstąpić do wojska.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Werner von Siemens i tłumacza: anonimowy.