Typy i obrazki krakowskie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michał Bałucki
Tytuł Typy i obrazki krakowskie
Wydawca Wydawnictwa Elizy Orzeszkowéj i S-ki
Data wydania 1881
Drukarz J. Blumowicz
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Wydawnictwa E. Orzeszkowéj i S-ki.
XI.

TYPY I OBRAZKI
KRAKOWSKIE
PRZEZ
Michała Bałuckiego.

WILNO.
Drukiem J. Blumowicza, Rudnicka, d. ks. Ogińskich.
1881.




Дозволено цензурою. 3 Января 1881 г. Вильна.


Типографія О. С. Блюмовича въ Вильнѣ.
Рудницкая ул., д. кн. Огинскихъ.



Czcigodnemu
Doktorowi Paszkowskiemu
KSIĄŻKĘ TĘ
poświęca
Autor.

KOCHANY DOKTORZE.




Wsród wad i śmieszności ludzkich, które smagać ostrém piórem satyry uważałem sobie za obowiązek, zdarzyło mi się napotkać nieraz, jak perłę wśród śmieci, jak kwiatek wonny wśród chwastów, ciche cnoty, poczciwe serca, piękne uczynki.

Zbierałem je skwapliwie i złożyła się z tego niniejsza książeczka, którą poświęcam Tobie nie tylko przez przyjaźń i wdzięczność, jaką żywię dla Ciebie, ale i dla tego, że czyny Twoje licują z treścią téj książeczki, że nazwisko Twoje dla tych, co znają bliżéj Twe życie, będzie tutaj jakoby jedną powiastką więcéj.

Kraków 29 Listopada 1880 r.

Michał Bałucki.




I.
W starym domu.

Kraków w ostatnich trzydziestu latach zmienił się bardzo — i chociaż w oczach świeżo przybyłych osób ma jeszcze pozór staroświeckiego miasta, to dla tych, co go znali dawniéj, stracił on już swój odrębny, typowy charakter, jaki miał za czasów Rzeczypospolitéj. Koléj zbliżyła go do Europy, — pożar w r. 1850 zniszczył całe szeregi starych domów z oryginalnemi facyatkami, gotyckiemi oddrzwiami i zmusił do odbudowania się w nowszym guście; napływ żywiołu biurokratycznego i osób z innych prowincyj zburzył kastowe przedziały i można powiedzieć zdemokratyzował nieco patrycyat krakowski, a równouprawnienie żydów, w ostatnich czasach, dokonało stanowczéj przemiany pojęć i stosunków społecznych. Tradycya Rzeczypospolitéj ginie i zaciera się coraz bardziéj w pamięci nowego pokolenia; zaledwie kilku emerytów z tamtych czasów błąka się jeszcze w pogodne dnie po plantacyach krakowskich i kilka starych domów przechowało się jeszcze w szeregach odmłodzonych kamienic, jak stare księgi na półkach księgarskich, wśród wydań nowszych i wytworniéj oprawnych.
Szczęśliwy przypadek ułatwił mi wejście do jednego takiego starego domu i poznania jego ciekawych archeologicznych osobistości. Dawny mój kolega szkolny pisał do mnie o wyszukanie jakiego dobrego nauczyciela na wieś dla dzieci jego sąsiadów, i zgłoszenia się z nim, w razie, gdybym takowego znalazł, do domu pani G., babki owych dzieci, mieszkającej w Krakowie. Tu był podany szczegółowy adres domu pani G. Był to dom o jednem piętrze, zajmowany wyłącznie przez samę właścicielkę, wdowę, po jakimś dygnitarzu z czasów Rzeczypospolitej. Kiedyś za życia męża i za życia Rzeczypospolitej wesoło tu było i gwarno: W salonie pani G. widziałem stare malowidło, przedstawiające właśnie towarzystwo, jakie się wtedy zbierało w jej domu, -były to przeważnie wyższe sfery urzędnicze i arystokracya kupiecka. Damy o wysokich fryzurach, w rogówkach, ściśnięte jak osy, w długich rękawiczkach i płytkich trzewikach; — panowie z czubami na głowie, w surdutach z krótkiemi stanami, a długiemi połami, bufiastemi rękawami, zwężającemi się ku dołowi, wysokiemi kołnierzami. Większa część tych osób przeniosła się już na cmentarz wraz z mężem pani G., a dom jej, tak niegdyś gościnny i ożywiony, stoi dziś zamknięty i cichy. Czasem tylko jaki stary senator kroczy w tę stronę z powagą złożyć swoje uszanowanie dostojnej matronie, albo która z jej przyjaciółek dawnych w szerokiej krenolinie i czekoladowej lub szafirowej woalce, wracając z kościoła, idzie ją odwiedzić, albo natrętna jałmużniczka wciska się, prosząc o wsparcie, z bajeczkami. Wieczorami stary doktór, co jeszcze leczył jej nieboszczyka męża, albo ksiądz z wikaryjki od Panny Maryi spieszą na maryasza i stary miodek. Sama pani rzadko z domu wychodzi- chyba do kościoła na ranną mszę; czasem w pogodny dzień przejedzie się ku Bielanom w powozie swojej bratowej, bankierowej W., a jeżeli kiedy wieczorem wypadnie jej wyjść z wizytą, bodaj tylko do drugiej kamienicy, to nigdy inaczej, jak z latarnią o dwóch świecach, którą stary Tomasz oświeca jej drogę nawet choć księżyc w pełni srebrzy ziemię, choć latarnie gazowe palą się co kilkanaście kroków, bo tak wymagała moda i przyzwoitość za dawnych czasów. Od paru lat jednak staruszka nie opuszcza już wcale swego pokoju, to jest od czasu, kiedy, pomimo latarni o dwóch świecach, pośliznęła się wychodząc z domu i złamała nogę. Odtąd nie opuszcza prawie swego skórzanego fotelu; przesuwają tylko ją z nim razem do stołu podczas obiadu. a od stołu do okna, gdzie przez duże okulary w rogowej oprawie czyta żywoty świętych. Kuzynka jej, stara panna, wieczorem o szarej godzinie grywa jej na klawikordzie dawne mazury. Staruszka wtedy zapewne myślą tańczy z nieboszczykami po tym dużym salonie ze staroświeckiemi meblami, które przeżyły wszystkich i ją przeżyją. Reszta jej dworu składa się z panny do szycia, małej garbatej, z płomieniem na twarzy, kucharki Salomei, ogromnej baby, koło której ospowatej twarzy chwiały się, gdy szła prędko przez pokój, falbany szerokie białego czepka — i wiecznie rozczochranej dziewczyny do posług-Polusi. Wśród tego babieńca jeden tylko Tomasz reprezentował ród męzki. Był to staruszek, nie o wiele młodszy od swej pani, łagodnego wejrzenia, z twarzą ogoloną i gładko przyczesanemi siwemi włosami. Chodził zawsze w szarym surducie, a koło szyi wiązał szeroko białą chustkę według starej mody. Robił wszystko z flegmą, nie spiesząc się i dlatego zajęcia jego, choć nie liczne, zabierały mu cały dzień boży. Od rana do nocy obcierał meble, sprzątał, ustawiał, wałęsał się z serwetą po pokojach, godzinę nakrywał do stołu, chodząc po każdy talerz osobno do kredensu, -a zbierał znowu drugą godzinę, składając wszystko z nadzwyczajną systematycznością i pedanteryą. To też tak był ciągle zajęty, że ledwie zostało mu trochę czasu na wypalenie w kredensie fajeczki, lub wyjście wieczorem po gazetę, przyczem była pogawędka ze służącym z Towarzystwa naukowego o polityce. Była to słaba strona Tomasza-i w miarę im ważniejsza sprawa agitowała się w Europie, tem później Tomasz zjawiał się z gazetą lub bułkami do kawy. Raz nawet, podczas wojny wschodniej, w czasie kiedy nadeszła wieść o wzięciu Sebastopola, mój Tomasz dopiero koło południa wrócił do domu i to nie na pewnych nogach, a gdy go staruszka lekko strofowała za to zaniedbanie służby, Tomasz z rezonem wyraził jej swoje zadziwienie, jak może uważać na takie bagatelki, teraz, gdy cała Europa tak naprężona, że aż treszczy. W ten sposób Tomasz jeden jedyny w tym starym domu, odgraniczonym kratą zamykaną od reszty świata, komunikował się z świeższemi wypadkami, które przez niego, jak przez drut telegraficzny, udzielały się reszcie domowników.I tak — klęska pod Sadową odziałała na dom pani G., że Tomasz na tę intencyę stłukł przy nakrywaniu trzy talerze ze zmartwienia i rostargnienia. - podczas wzięcia Napoleona pod Sedanem wrócił z gazetami i bułkami do herbaty wtedy, kiedy już wszyscy do snu się pokładli.
Pani G. tolerowała tę polityczną słabość swojego sługi, raz przez wzgląd na jego tyloletnią służbę — był bowiem u niej od czasu jej zamążpójścia, t. j. 55 lat przeszło, — a powtóre, że zawsze, wraz z politycznemi wiadomościami, przyniósł jaką brukową plotkę. coś o wypadkach w mieście, gdzie kogo przejechali. kto się zabił, kogo okradli, a wreszcie. jak tam na dworze: czy się na pogodę zanosi, czy deszczem grozi, -(resztę wiadomości donosiła kupcowa Fajgela, co chodziła po domach z łokciowemi towarami). Pani G. interesowała się temi bieżącemi wiadomościami więcej, niżby to przypuścić można było po staruszce ośmdziesięciokilkoletniej, obcej społeczeństwu. wśród którego żyła. jak zapomniana pikieta dawnych czasów, bo pomimo wieku zachowała umysł świeży i była z natury ciekawą. Temu zawdzięczam, że wizyty moje były jej pożądane; staruszka pompowała ze mnie najrozmaitsze wiadomości-to ze świata literackiego, to z zakresu nowych odkryć i wynalazków,nad któremi z podziwem kręciła głową. powtarzając często:
— No, patrzcie. patrzcie, co też teraz ludzie nie wymyślą;-gdzie za moich czasów słyszano o czemś podobnem.
Z równem zajęciem luchala opowiadań o balach, teatrze, zabawach, porównywając je zawsze z dawnemi. przez co i ja dowiadywałem się wiele szczegółów z życia Rzeczypospolitej.
Drogo okupywałem te wiadomości, bo staruszka była głuchą, a brak zębów robił wymowę jej trudną; trzeba więc było dobrze nastawiać uszów, a przy rozmowie męczyć piersi. Mimo to, chętnie tam zachodziłem nieraz, bo pani G. była żywą kroniką przeszłości Krakowa, -a w domu jej każdy sprzęt antykiem, począwszy od dużego lustra w czarnych ramach, w ktorem panna Ewa (tak było na imię jej kuzynce) studyowała resztki swoich wdzięków, spacerując po pokoju, a skończywszy na obrazach Stachowicza i Peschego. Mała, zawiędła, zasuszona staruszka, siedząca zgarbiona w dużem czerwonem krześle. była dla mnie rodzajem kłębka, z którego ’wysnuwały si barwne, nieraz nawet jaskrawe, dzieje wolnego, ściśle neutralnego Krakowa, mającego wiele podobieństwa z owemi mikroskopijnemi udzielnemi państewkami niemieckiemi, pod względem komerażów, skandalików, próżności i etykiety dworskiej. Pani G. tańczyła jeszcze na ostatnim balu w Sukiennicach, a plantacye krakowskie zakładano, kiedy już była kilka lat zamężną. Lubiła bardzo opowiadać o tych czasach; a gdy trafiła na przedmiot, który milej zapisał się w jej pamięci, to gotowa była mówić parę godzin.
Jednego dnia, kiedy właśnie była w toku takiego opowiadania, zabrzęczał dzwonek u kraty, która zamykała schody i po chwili wsunęła się cicho do pokoju owa panna do szycia z płomieniem na twarzy, anonsując, że przyszli państwo N.
— A, dobrze, dobrze — rzekła staruszka, — siedź pan — rzekła do mnie, widząc, że biorę kapelusz, -siadaj pan — powtórzyła skwapliwie. bojąc się stracić we mnie przykładnego słuchacza.-to nikt obcy, oni nam nie będą przeszkadzać. Cy jest Tomasz? — spytała, zwracając się do panny z płomieniem.
— Tomasz poszedł po gazetę.
— No, to zaczekają-poproś ich tutaj. Siadaj pan, siadaj. Nim miałem czas usłuchać staruszki, weszła do pokoju elegancka osóbka nie wielkiego wzrostu, ale nadzwyczaj zgrabna i przystojna, a za nią mężczyzna w pewnym już wieku. lubo jeszcze młodo wyglądający. Oboje z uszanowaniem zbliżyli się do staruszki, ucałowali jej ręce i usiedli na wskazanych przez mą krzesłach. Staruszka przedstawiła mnie przybyłym — powiedziała ich nazwisko, dodając przytern: obywatel ziemski, i zaraz potem ciągnęła dalej przerwane ich wejściem opowiadanie. Przyznam się ze słuchałem już nie z takiem, jak wprzódy, a nawet z pewnem roztargnieniem. którego powodem była głównie owa młoda osóbka, siedząca naprzeciw mnie, z czarnemi ruchliwemi oczkami, błyszczącemi tak, jakby miliony iskier przelatywały po nich. Tak przyzwyczaiłem się w tej dużej, poważnej komnacie widzieć same archeologiczne zabytki — nie wyjmując panny Ewy, — ze pojawienie się w niej osoby młodej, przystojnej i pełnej życia było dla mnie niezwykłem zjawiskiem, które zajęło całą uwagę moję. A nadto zajmowało jeszcze myśl moję, w jakim stosunku ona i mąż jej zostają do pani domu. Traktowała ich widocznie z poufałością familijną, skoro dla nich nie przerwała nawet zaczętego opowiadania, a jednak nie przedestawiała mi ich wcale jako swoich krewnych.
Kiedy męczyłem się nad rozwikłaniem tej zagadki, wszedł Tomasz-i można sobie wyobrazić o ile spotęgowało się moje zdziwienie, gdy ujrzałem, jak za wejściem jego ów pan N, obywatel wiejski i jego zona powstali, poszli ku niemu i po kolei ucałowali z uszanowaniem jego rękę. Tomasza wcale nie zdziwił ten hołd-przyjął go całkiem spokojnie i poważnie, kobietę pocałował w czoło, mężczyznę z przyjaznym uśmiechem poklepał po ramieniu i poszedł nakrywać do herbaty.
Później dowiedziałem się, że ów mężczyzna jest synem Tomasza, ze ukończył politechnikę w Wiedniu, następnie dorobił się jakiego takiego mająteczku na przedsiębierstwie przy budowie kolei i wtedy właśnie poznał się z córką majętnego obywatela w tamtych stronach, ożenił się i osiadł na wsi. Małżeństwo to nie było po myśli Tomasza, bo on projektował sobie zawsze, że syn jego powinien był ożenić się z panną Ewą, choćby przez wdzięczność. że pani G. niemało się przyłożyła do wykierowania go na człowieka; ale pani G. usunęła te skrupuły starego sługi i skłoniła go do zgodzenia się na wybór syna. Rozumie się, że pierwszem życzeniem młodych małżonków było: zabrać ojca na wieś. aby tam odpoczął na stare lata; a przytem nie godziło się to jakoś z honorem obywatela wiejskiego, aby ojciec jego służył obcym ludziom. Tomasz uwzględniał słuszność tego żądania i lubo ze ścieśnienem sercem, podziękował staruszce za służbę. Nie miała prawa, ani odwagi, zatrzymywać go przy sobie i odchodzącemu, oprócz wynagrodzenia pieniężnego, dała na pamiątkę zegarek ze złotym łańcuchem po swoim mężu. Ale Tomaszowi łatwiej było zrobić postanowienie, niż je wykonać. Kiedy przyszło pakować się do drogi, kiedy już miał przestąpić na zawsze próg tego starego domu, w którym tyle lat przebył, kiedy wszedł ostatni raz do bawialnej komnaty pożegnać staruszkę i uklęknął, aby jej kolana ucałować na pożegnanie, a ona drżącemi od wzruszenia rękami dotknęła jego pochylonej głowy - rozbe czał się stary jak dziecko, -wstał żywo i rzekł do syna, który czekał na niego:
— Nie, nie, nie pojadę — nie porzucę mojej pani, mojej dobrodziejki. Wy tam bezemnie obejdziecie się, -ale onaby się nie obeszła. Jejby trudno było w tych latach przyzwyczajać się do innego sługi. Zostanę.
I od postanowienia tego nie dał się odwieść, ani prośbami syna, ani upominaniem staruszki, że ona nie ma prawa żądać od niego takiego poświęcenia. Został tedy przy swojej pani, a syn od czasu do czasu przyjeżdżał, sam lub z żoną, do miasta dla zobaczenia się z nim.
Po tem wyjaśnieniu nabrałem wielkiego respektu dla starego Tomasza i choć nie należę do bezwzględnych adoratorów tego, co nie dzisiejsze, to jednak czyn tego sługi dał mi wysokie wyobrażenie o cnotach tej epoki, która takich ludzi wychowała. Żenujące było dla mnie przyjmować teraz usługi od niego, nie mogłem już uważać go za zwyczajnego sługę i przy każdej zmianie talerza, podczas obiadu, mimowoli robiłem ruch głową. jakbym mu dziękował, że raczy fatygować się dla mnie; ze zwyczajnego Tomasza urósł nagle w mych oczach na pana Tomasza i adoracyę dla niego posunąłem tak daleko, że gdy raz upadła mu serweta na ziemię, zerwałem się, by mu ją podać. Nie zrobiłem tego może tyle dla ojca obywatela ziemskiego,. ile dla poczciwego sługi.
Interesa moje, częstsze wyjazdy z Krakowa, nowe znajomości nie dały mi potem czasu zaglądać do starego domu; wrażenia, wyniesione ztamtąd, zatarły się powoli w pamięci mojej. W ostatnich latach zapomniałem prawie o archeologicznych znajomościach. Przypomniały mi się same.Przed kilkoma dniami, przechodząc o szarej godzinie rynkiem, ujrzałem na kościele dużą kartę pogrzebową, donoszącą o śmierci wdowy po dygnitarzu Rzeczypospolitej krakowskiej, pani G. Pogrzeb miał się odbyć na drugi dzień o 10 z rana. Rozumie się, że poszedłem oddać jej tę ostatnią posługę. Sześciu lokajów, w krepach na kapeluszach i na rękawach, w białych bawełnianych rękawiczkach, wyniosło z domu trumnę na karawan, otoczony także lokajami z pochodniami; księży było kilkunastu i zakonnicy i bractwa. do których należała nieboszczka, i ubodzy z dobroczynności, dla których zrobiła jakiś zapis. Tylko publiczności było niewiele-oprócz rodziny zaledwie kilku emerytów i kilka dobrze już podeszłych w lata jejmości. Młodych twarzy nie widziałem prawie całkiem, bo staruszka była już obcą wśród nowego pokolenia.

Dziwiło mię, że Tomasza brakowało; ale tym razem już nie polityka była przyczyną, że się zaniedbał w służbie, bo stary sługa umarł w dwanaście godzin po śmierci swej pani-i na drugi dzień grzebać go miano. Nie potrzebował zażywać trucizny, aby pośpieszyć za tą, której i dla syna opuścić nie chciał; żal pomógł do tego staruszkowi lepiej, niż trucizna. Spieszył się poczciwiec zapewne w myśli, że pani i na tamtym świecie potrzebować go będzie, by nakrył do herbaty, lub poszedł po gazety i nowinki.



II.
W Boże Ciało.

Na maryackiej wieży rozkołysały się dzwony i huczą nad miastem, a trębacze wygrywają hejnały, zwołując wiernych na ostatnią procesyę w oktawę Bożego Ciała. To też choć dzień powszedni — miasto jakoś odświątnie wygląda: w rynku większa część sklepów już zamknięta, w kilku miejscach czerwienią się już purpurowe adamaszki i dywany, któremi ozdobiono ołtarze na cztery Ewangelije; po białym bruku snują się już gromadki wystrojonych mieszczan, czekających na procesyę, a od czasu do czasu z jednéj lub drugiéj ulicy wypływa na rynek jakieś bractwo z chorągwiami, feretronami i kotłami, na których bębnią tak, że się aż w piersiach odzywa; to znowu pokaże się cechowa chorągiew wysmukła i sunie prosto ku kościołowi Panny Maryi.
Dzień był pogodny, nawet gorący, choć się już skłaniał ku wieczorowi; część rynku od strony kościoła i sam kościół słońce oblewało złocistemi potokami światła, tylko szereg domów stojących od zachodu i zębate mury Sukiennic rzucały coraz dłuższe cienie, pod które schowały się stada pensyonarek z książkami do nabożeństwa i elegantki krakowskie, których wiosenne barwne toalety zamieniały asfaltowy chodnik na grzędkę kwiatów. A nad tém wszystkiém niebo czyściutkie, błękitne, gdzieniegdzie tylko pajęczemi obłoczkami przesłonięte, a stada kawek i gołębi, wypłoszone z wieży brzękiem dzwonów, krążą wystraszone w powietrzu, nie wiedząc, gdzie się schronić.
Gdy się to dzieje na rynku, na Kleparzu, przed kościołem świętego Floryana, na podwórczyku, wyścielonym zieloną murawą, zbiera się bractwo w czerwonych płaszczach pokapanych woskiem i w białych komeżkach, gotując się do pochodu na rynek. Koło sztandaru, na którym święty Floryan z wiaderkiem wody, ugrupowały się dziewczątka w białych sukienkach z pokręconemi w loczki włoskami i trzymają w drobnych rączkach koszyki, pełne kwiatów; przy feretronie Matki Boskiej Bolesnej cztery kumoszki w szafirowych szlafroczkach, żółtych bagdadzkich chustkach w drobne palmy i białych czepcach odmawiają koronki i cichą gawędkę prowadzą na przemiany, a pod murem kościelnym, w cieniu akacyi, uszykowały się w szeregi dwie ochronki z niebieskiemi chorągiewkami na czele. Koło bramy chłopcy kłócą się o pałeczki od kotła i wyrywają je sobie nawzajem, a który się ich dorwie, wali w bęben, co sił starczy.
Szósta już wybiła na maryackiej wieży; czasby ruszyć, ale kościelny nie daje jeszcze znaku dzwonkiem do pochodu, bo ksiądz wikary jeszcze nie gotowy, a i starego Jędrzeja jeszcze nie ma; — Jędrzej to ważna persona, szczególniej w oktawę Bożego Ciała, bo występował wtedy w całej paradzie, w ubiorze, przypominającym nie dzisiejsze czasy. Kiedyś był to majętny obywatel kleparski, miał parę domków własnych przy ulicy Filipa i handlował drzewem, a żona jego siedziała ze zubiem pod Sukiennicami i. słynęła między przekupkami, że umiała leczyć różne słabości zajęczym skromem i wroniem sadłem. Pomagała nawet takim, których już doktorzy odstąpili, jak mówiły kumoszki; ale sobie jakoś pomódz nie mogła biedaczka i umarła w czterdziestym roku życia na apopleksyę, do której, oprócz niepomiernej tuszy, przyczyniło się także zaczęste używanie anodyn na cukrze i esencyi ponczowej. Po jej śmierci szczęście odstąpiło Jędrzeja — zaczęło mu się źle wieść, a na zmartwienie szukał pociechy w kieliszku. Pił na desperę i to go ostatecznie zrujnowało. Domki zabrali żydzi, potem trzeba było i kramik sprzedać po nieboszce żonie i przyszło w końcu do tego, że zamożny niegdyś obywatel musiał żyć na starość z łaski swego kuma piekarza, który go u siebie umieścił w sklepiku, przy ulicy Długiej do sprzedawania pieczywa. Stary pił teraz mniej, bo nie było za co, spokorniał, pomizerniał, posiwiał, a z latami przybywało coraz więcej łat na jego granatowej czamarze i coraz częściej narzekał na złe czasy. Ale w oktawę Bożego Ciała, szczególniej na procesyę zamkową, kleparską i maryacką, obdarty i wyszarzany starowina pojawiał się ludziom w całej świetności dawnych czasów. Dobywał wtedy z kuferka granatowy kontusz, żółty adamaszkowy żupan w duże kwiaty, żółte buty, -a ogromna biała konfederatka z czarnym barankiem kipiała mu nad prawem uchem. Strój ten z lepszych czasów chował jak relikwie w kuferku i nie rozstawał się z nim nawet wtedy, gdy największa bieda mu dokuczała, a szanował go tak, że zaledwie kilka razy do roku pokazywał się w nim publicznie, t. j. w oktawę Bożego Ciała, w pierwsze święto Wielkiej Nocy i na Boże Narodzenie. Trzeba było go widzieć wtedy, z jaką dumą i powagą szedł przez ulicę wśród gapiącej się na niego gawiedzi, jak osłabione wiekiem nogi jego stawiały się ostro, gdy poczuły na sobie żółte świąteczne buty. To inny człowiek był wtedy-z pełzającej gąsienicy przerzucał się w barwnego motyla.
W takiej paradzie zjawił się teraz przed kościołem św. Floryana. Prawda, że ta parada pobladła trochę, pomimo, że się z nią tak ostróżnie obchodził, -kontusz wypełznął na ramionach i powycierał się na szwach od samego czyszczenia, skóra na butach popękała i pomarszczyła się, a w złocistym pasie przeglądały szare nici. Ale stary nie widział tego; wzrok mu osłabł z latami — i łudził się biedaczysko, że pas jego tak samo błyszczy świeżemi barwami, jak za owych dobrych czasów, gdy go kupował u Cyprysa na Stradomiu wraz z swoją nieboszczką żoną.
Przez pamięć owych lepszych czasów mieszczanie kleparscy byli zawsze z pewnym respektem dla starego Jędrzeja. Zachowywano zawsze podczas sumy wolne miejsce dla niego w stallach pod chórem, on wodził prym przy śpiewaniu godzinek na nieszporach, podczas procesyi kleparskiej niósł z prawej strony baldachim nad księdzem kanonikiem, a i teraz nie chciano ruszyć bez niego na maryacką procesyę. To też dopiero gdy się pokazał on i ksiądz wikary, pochód cały ruszył ku rynkowi, przez Floryańską bramę, przy odgłosie kotła, który dźwigał bosy dziad, ubrany także w czerwony płaszcz bractwa.
A na rynku w większej połowie ludu jakby nabił - tak gęsto człek koło człeka, a tak różnobarwny ten tłum, że patrzącemu z ratuszowej lub maryackiej wieży wydaje się, jakby z różnokolorowych płatków pozszywany dywanik, tylko środkiem tam, gdzie księża idą, bieleje wązki pas bruku, oblamowany złoczystemi ornatami i jarzęcemi świecami, a na końcu tego paska błyszczy bogato haftowany baldachim, pod którym w dymie kadzideł stąpa poważnie prałat z monstrancyą. Około niego cechowe chorągwie i starsi cechu z pozłacanemi berłami i dwa miecze rzeźnickie ubrane w kwiaty. Przodem przed księżmi idą rozliczne bractwa, w ubiorach wszelakiej barwy, feretrony. z obrazami różnych świętych, chorągwie, a w powietrzu mieszają się głosy śpiewającego ludu z dzwonami i hejnałami trębaczy.
Nasz staruszek przecisnął się przez tłum do ogromnej chorągwi włóczków (rybaków), otoczonej czterema małemi chorągiewkami, zasadził na nos okulary w rogowej oprawie i modlił się ze starej książki, albo śpiewał na przemiany.
Tłum płynie wspaniale, poważnie, przez rynek wokoło, przy muzyce dzwonów i gwarze pomięszanych pieśni, — a gdzie ołtarz, tam się zatrzymuje; wtedy cichną pieśni i wśród ciszy słychać drżący śpiew prałata i furczenie chorągwi w powietrzu. Na zakończenie każdej Ewangelii kotły warczą, jak grzmoty w chmurze, a wtedy chorągwie i ludzkie głowy chylą się ku ziemi, jak kwiaty na łące, gdy po nich wiatr przeleci.
Tak obeszli cały rynek — minęli ulicę Szewcką, Szczepańską, przez które lały się z nieba potoki zachodzącego słońca, -krótko zatrzymali się przed ostatnim ołtarzem koło apteki Sawiczewskiego, bo tam już nie Ewangeliję, ale błogosławieństwo odśpiewał celebrant i niezadługo baldachim zniknął w otwartych na rozcież drzwiach maryackiego kościoła, a bractwa poczęły ze śpiewami odpływać z rynku różnemi ulicami.
Ale to nie koniec uroczystości. Bo oto, kiedy cechowe chorągwie oddawały jeszcze ostatnie pożegnalne pokłony kościołowi, jedna z nich, żółta chorągiew włóczków z nieodłącznemi czterema małemi chorągiewkami, oddzieliła się od nich i sunie szybko koło Sukiennic, przez ulicę Wiślną, na Zwierzyniec, gdzie na nią czeka w towarzystwie przedmieściowych mlaskotów Konik zwierzyniecki w tatarskim stroju, by wspólnie z chorągwią wrócić do miasta i poharcować z pałką wśród tłumów na pamiątkę napadów tatarskich i ocalenia miasta przez jednego rybaka, jak niesie podanie. I tłumy ludu podążają za chorągwią w tę stronę.Wnet część plantacyi, zieleniejących się między ulicą Zwierzyniecką i Wiślną i ulica Wiślna i część rynku koło pałacu pod Baranami, zapełniła się rojem ciekawych-w oknach domów i na balkonach mnóstwo dam i panów, nawet ganeczki na ratuszowej wieży i mały pagórek pod nią, nabite różnokolorowemi gromadkami ludzi.
Nasz staruszek umieścił się na plantacyach przy ruderze biskupiego pałacu, wylazł na jakąś kupę cegieł i rumowiska pod murem i wyciągnął ciekawie szyję w stronę, gdzie ruchliwe fale ludu ustępowały przed natarciem Konika wśród śmiechu, wrzasku, gwaru, przez który z trudnością przebijały się fałszywe tony klarnetu. Tylko bęben Jeden słychać dokładnie i podług jego głosu i żółtej chorągwi kierują się oczy patrzących, podnoszą się głowy jedne nad drugie, by dojrzeć choć koniuszczek spiczastego kołpaka konika. Ojcowie i piastunki podnoszą dzieci w górę i pytają: a cóż widzisz Jasiu — Maniu? A dzieci z uśmiechniętemi, rozciekawionemi twarzyczkami wytężają oczy w stronę, gdzie największy ruch i wrzawa, przechylają główki to na jednę, to na drugą stronę i wykrzykują ucieszone: o! tam! jest! jest!-tatko ja widzę blodę duzią, -mamo, patsaj, jak ten tonik ładnie lusa głową!-i klaszczą z radości w drobne rączki i napierają się, by je trzymać jeszcze w górze, choć piastunce mdleją ręce, a papa poczerwieniał jak burak z umęczenia. Małe chłopcy wdrapali się na kasztany i ztamtąd objawiają głośnemi krzykami swoje zadowolnienie, a baryery, otaczające plantacye, tręszczą pod naciskiem tych, co na nich postawali, jak kawki na dachu, szeregiem.Jedna baryera się załamała, powstał zamęt, krzyk, który w końcu zamienił się w jeden głośny wybuch śmiechu, skoro się przekonano, ze wypadek, oprócz pogniecenia kilku cylindrów i rozdarcia paru sukienek, nie sprowadził żadnego nieszczęścia — i znowu tłoczono się jak przedtem, wspinano na palcach, by zaspokoić ciekawość i módz powiedzieć sobie: widziałem Konika!
Ale dla starego Jędrzeja to nie tylko prosta ciekawość, to nie tylko nasycenie oczów. Bo ta pamiątka, na pozór mało znacząca i śmieszna, może, ma dla niego rzewny urok, bo mu przypomina jego młode lata, weselsze czasy i wspomnienia te obudziły się teraz, rozigrały się w jego sercu, ze zda się piersi rozsadzi. Biedak z uciechy był jak nieprzytomny, wspiął się na palcach, wyciągał głowę jak mógł najwyżej, czepiał się ramion otaczających go osób, by się utrzymać na podniesieniu; raz nawet w roztargnieniu jakąś elegantkę chwycił machinalnie ręką za nowy kapelusz, szukając podpory i zgniótł go przeokropnie, za co oburzona właścicielka rzuciła mu kilka wcale niegrzecznych słów. Ale on nie słyszał tego, nie widział twarzy owej zaperzonej jejmości, bo cała jego dusza była w tej chwili w wytrzeszczonych oczach, które ożywiły się i pałały dziwnym blaskiem; roztwarł szeroko usta i cała twarz ułożyła się do wesołego uśmiechu, połączonego z rozrzewnieniem.Śmiał się już najprzód, choć jeszcze nic nie widział, bo Konik był jeszcze daleko od niego. Widział tylko żółtą chorągiew, którą niosący rybak od czasu do czasu roztaczał poziomo tuż nad głowami ruchliwego tłumu, tak, że orzeł, co był wyszyty na chorągwi, dotykał w przelocie piersiami kapeluszy i szeleściał w powietrzu. Na widok tej chorągwi potarganej, którą znał niegdyś nową. świeżutką, Bóg wie jakie tam myśli i twarze z przeszłości przechodziły po głowie starego Jędrzeja. Jedno wspomnienie spychało drugie, jedna twarz zacierała drugą, jakby kto w kalejdoskopie szybko potrząsał szkiełkami, barwy wesołe i smutne mięszały się. zmieniały. Przypomniał sobie Mateusza powroźnika z Blichu, z którym zamłodu chwytali gołębie. a potem już, jako poważniejsi ludzie, chodzili z połowicami razem na Konika zwierzynieckiego. a po Koniku na miodek, na Podbrzezie; przyszła.mu na myśl jego nieboszczka Magdusia z czerwonemi. dużemi koralami na grubej szyi, szeroką opaloną twarzą, a za nią i dzieci troje, które nieraz wodził na Konika, Emaus. Rękawkę, gdzie im kupował orzechy. pierniki i wszelakie zabawki; te dzieci śmierć wcześnie mu zabrała na Rakowice. Wszystko to kłębiło się mu w duszy, jedno wspomnienie ściskało mu serce, drugie rozszerzało je, nerwy drżały w nim, jak struny, uderzane ciągle silnie rąką, a krew w żyłach pulsowała prędko.Nie było to spokojne rozpamiętywanie przeszłości, ale chaotyczna jakaś gmatwanina najróżnorodniejszych wspomnień, nad któremi nie miał czasu zatrzymywać się, bo oczy co chwila odrywały myśl od nich i ciągnęły ją w stronę, gdzie Konik zwierzyniecki uganiał się wśród wzburzonej fali ludzi. Już był niedaleko. głos muzyki wyraźniej już dolatywał do ucha Jędrzeja. parę razy to kołpak, to buława mignęły mu w oczach. Staruszek, zapatrzony w tę stronę, oparł się całym ciężarem ciała na ramionach jakiegoś opasłego jegomości, co stał przed nim i pomimo protestu jego pchał się coraz więcej naprzód, łowiąc niespokojnem spojrzeniem ruchy Konika, gdy mu się chwilę ukazał z pomiędzy głów i kapeluszy-i urywanemi wykrzykami objawiał radość swoję.
— O! o! idzie w tę stronę-mówił sam do siebie, podnosząc się, o ile mógł, na palcach i wyciągając szyję — o! podniósł rękę-a to go zdzielił pałą, a niechże go Pan Bóg sekunduje-ha, ha! elegancik zły, że mu kapelusz zgniótł na nic-odgraża się laską-dobrze ci tak, pocoś tam lazła to błazen, na Konika podnosić laskę — to niesłychana rzecz, powinienby go policyant zaaresztować; dostał drugi raz pałą-ha! ha! brawo! doskonale!-o! patrzcięż państwo — paupry przewróciły panicza na ziemię — inni przewracają ąlę przez niego-aż się zakłębiło w tem miejscu! — z ludzi kupa mrowiska — ej! żeby tak Konik wpadł na tę kupę — byłożby im ciepło, było. A dalipan wraca — o! o! sunie prosto na nich.
— Gdzie? gdzie? — spytała chciwie jakaś staruszka, którą ruchliwa fala wpakowała na Jędrzeja, a która także z niezwyczajnem zajęciem interesowała się Konikiem.
— A tam-widzi jejmość — rzekł, biorąc ją za ramię i pokazując ręką-o! o! Toć im teraz lanie sprawi.
Ale wbrew oczekiwaniu Jędrzeja, Konik zwrócił się w inną stronę i prując przed sobą tłum ludzi, posuwał się szybko ku rynkowi, gdzie się spodziewał obfitych datków od tych pań i panów, co na balkonach stali. Jędrzej ścigał go oczyma, miętosząc machinalnie w rękach salopkę owej jejmości, która przy nim stała także zapatrzona. Oboje tak żywo byli tem zajęci, że nie zważali wcale na siebie. Dopiero kiedy Konik całkiem zniknął im z oczów po za massą ludzi, Jędrzej pierwszy przyszedł do siebie i teraz dopiero spostrzegł, że w kurczowo zaciśniętej ręce trzymał czyjś rękaw. Staruszka także, chcąc ruszyć dalej, uczuła się przytrzymaną i spojrzała na sąsiada. Oczy ich spotkały się równocześnie, oboje drgnęli i cofnęli się od siebie.
— Jędrzej!-wszelki duch -w imię Ojca -mruknęła babina i odwróciła oczy.
— Marcinowa! — zkąd u licha to babsko przy mnie się wzięło - rzekł do siebie Jędrzej i splunął — tfu, czy czary, czy co?
Odwrócił się widocznie wzburzony i przeciskał się przez tłum, by coprędzej oddalić się od staruszki, która więcej zdziwiona i przestraszona, niż gniewna, spoglądała za nim, mrucząc ciągle coś pod nosem.
Była to Marcinowa owocarka z pod Sukiennic. kiedy gmach ten był jeszcze oblepiony różnemi przystawkami, budami, kramami i sklepikami. W jednym takim kramie oszklonym siadywała Marcinowa wśród piramid najparadniej szych owoców, między któręmi nieraz i ananasy się trafiały. Dziś to rzecz zwyczajna i u lada żyda handlarza zobaczysz taki specyał za oknem w sklepie; ale na owe czasy, kiedy to jeszcze kolej nie przerzynała równin nadwiślańskich, nawet dobra pomarańcza rzadkością była, a cóż dopiero ananas! To też tylko wielkie państwo pozwalało sobie takich zbytków i najczęściej tylko herbowni, wygalonowani lokaje szli z talerzami i koszykami do kramu pani Marcinowej. Mieszczańskie domy zaopatrywały się w owoc u tańszych przekupek, gdzie za grosz kopę węgierek można, było dostać. Marcinowa nie trudniła się tak podłym fruktem, — u niej były tylko francuzkie śliwki, albo rengloty duże jak jabłka i inne sprowadzane pocztą zagraniczne owoce. To też baba zadzierała nos do góry i nie z każdą przekupką raczyła iść na kubeczek na Syndykówkę.
Zubiarka Jędrzejowa należała do tej niewielkiej liczby wybranych, a zawdzięczała ten honor swojej sztuce lekarskiej; bo najprzód córeczce pani Marcinowej spędziła skałkę z oka, smarując ją jakąś gryzącą cieczą, a potem i samę Marcinowę wyleczyła od solitera. To też odtąd serdeczna przyjaźń zawiązała si między niemi, wzajem prosiły się w kumy. na kubeczki, na bobrowe krople do apteki pod drzewko i często jedna, do kramika drugiej, szła na pogawędkę w poobiedniej porze. A że mieszkały blizko siebie, więc i na roraty chodziły razem do św. Floryana i na passyę do 00. Franciszkanów, a na kleparską i maryacką procesyę występowały sobie według staroświeckiej mody: w czepcach haftowanych złotym szychem i w granatowych jubkach, podszytych lisami, które wieszały jak dołmany na ramionach.Ale mała rzecz zmąciła tę przyjaźń wielką. Pani Marcinowa na jakiejś uroczystości familijnej u Jędrzejów uczuła się dotkniętą na honorze, bo podobno posadzono ją niżej od kawiarki z małego rynku. Ztąd obraza i gniewy, pani Marcinowa utrzymywała, że ona taka dobra, jak i kawiarka, a może i lepsza, że sobie ubliżać nie pozwoli, — a gdy Jędrzej, któremu ambicya Marcinowej nieraz krew psuła, zamiast udobruchać babinę, powiedział jej jakieś gorzkie słowo — zerwała się jak oparzona do wyjścia — a odchodząc, palnęła gospodarstwu na pożegnanie. że więcej w tym domu noga jej nie postanie, że nie myśli kompromitować się znajomością z kleparskiemi muchami. (Wprawdzie i pani Marcinowa mieszkała na Kleparzu, ale to od niedawna i była rodem z Piasku, które to przedmieście uważała za coś szlachetniejszego od Kleparza, mającego niekoniecznie dobrą reputacyę).
O te kleparskie muchy rozpaliła się kilkoletnia wojna między kumoszkami, tak niegdyś zaprzyjaźnionemi. Każda z nich nie pominęła żadnej okoliczności, żeby o drugiej co złego nie powiedzieć, nie dokuczyć, gdzie się dało, nie robić sobie na złość, jeżeli się tylko okazya po temu nadarzyła. A o okazyę nie było trudno, bo kramiki ich były niedaleko od siebie, to też nieraz szedł rotowy ogień słów, niekoniecznie dobieranych, a naw.et parę razy obie strony, nie poprzestając na słowach. wybiegły ku sobie na środek rynku-Marcinowa z buńczukiem, którym odpędzała muchy od owoców, a Jędrzejowa z miotłą. że aż inne przekupki rozbrajać musiały rozindyczone kumoszki.
Ponieważ Jędrzej podzielał całkiem wrogie usposobienie swojej Magdusi przeciw Marcinowej. szczególniej od czasu, gdy ta ostatnia, podczas jednej takiej utarczki na języki, zdradziła go przed żoną, że na Podbrzeziu głaskał raz jednę harfiarkę pod brodę-przewaga materyalna była po stronie pani Jędrzejowej, — ale zato Maryinowa górowała złośliwością języka, w czem jej nikt nie sprostał. Z latami nienawiść ta rosła i rozszerzała przepaść, która rozdzielała dwie niegdyś serdeczne przyjaciółki. Dopiero wyjazd Marcinowej z Krakowa przerwał ją. Wyjechała do córki, którą wydała na wieś za ekonoma, który jednak był, jak utrzymywała, z szlacheckiej familii. Dumna z takiej koligacyi, uważała już za ubliżenie handlować owocami, zwinęła tedy swój kramik i osiadła przy córce, „by się zabawiać w wielgie państwo,“ jak mówiły złośliwe jej sąsiadki z pod Sukiennic.
Mizerne to było państwo, bo pan zięć, choć szlacheckiej familii, był gbur, gorszy od najordynarniejszego chłopa, bił żonę, a nieraz i matce się dostało. W końcu, po kilku latach nieszczęśliwego pożycia małżeńskiego, córka pani Marcinowej uciekła przed swoim mężulkiem na tamten świat, a ją zięć bez ceremonii wypędził. Wstyd było wracać do Krakowa, wiedziała, co by ją tam czekały za śmiechy i drwinki od tych, którymi dawniej pomiatała, - osiadła więc w Proszowicach i otworzyła kramik z bułkami. Przebiedowała tak lat kilka, -w końcu rozchorowała się i dostała się do szpitala do Miechowa. Wyszedłszy ztamtąd, nie wróciła już do Proszowic, bo stęskniła się staruszka za Krakowem i bądź co bądź-chciała go zobaczyć przed śmiercią i na Rakowicach złożyć swoje kości. Wróciła tedy po latach kilkunastu, ale znalazła dziwne zmiany. Nie zastała już kramów pod Sukiennicami, -usunięto je stamtąd; znajome jej powymierały, albo się też gdzieś po kątach, po przedmieściach pochowały. bo ich odszukać nie mogła; same jakieś obce twarze. które obojętnie ją mijały. Markotno się zrobiło staruszce, wolałaby była spotkać choć najnieprzyjaźniejszą sobie osobę. byle znajomą, choćby nawet grubą Jędrzejowę.
Zamiast Jędrzejowej nawinął jej się jej mąż i to w tak dziwny sposób; szczególniejszego trzeba było wypadku, żeby wśród takiej massy ludu spotkali się. Gdyby Jędrzej był wtedy dobre słowo przemówił do niej, byłaby babina z całego serca odpuściła mu wszelkie urazy, bo była bardzo miękko usposobioną dzisiaj. Ta procesya, której już tyle lat nie widziała, a na którą przyszła, równie jak Jędrzej, w resztkach dawnej zamożności i mody, bo w lisiurce i czepcu haftowanym, -tak ją rozrzewniła, że serce było jak wosk; ale stwardniało, gdy Jędrzej odwrócił się i splunął.I ona także odwróciła się i poszło każde w swoję stronę. Ona w miasto, a on plantacyami, koło zamku, w stronę Kazimierza. Nie chciało mu się wracać do domu po takiej uroczystości, nie usnąłby pewnie, bo zanadto dużo myśli i uczuć rozruszał w nim dzień dzisiejszy. Chciał go jakoś suciej zakończyć i dla tego ciągnął ku Kazimierzowi, -chciał uraczyć się, jak dawniej, szklaneczką miodu, a przy miodku przypomnieć sobie dobre czasy. Nie poszedł jednak na Podbrzezie, bo odkąd w tym ogródku obok miodu i piwo szynkować poczęto, przeszedł w żydowskie ręce, stracił w jego oczach wiele na wartości. Poszedł tedy do Wojckiewicza,gdzie wszystko utrzymywano po dawnemu: szynkfas, stoliki i stołki na czerwono malowane, nad szynkfasem Matka Boska Ozęstochowska na pozłacanej blasze, a przed nią lampka, za szynkfasem nie żadna kelnerka z modną fryzurą i zalotnemi oczyma, ale uczciwa, skromna dziewczyna, gładko uczesana, w perkalikowej sukience, dobrze wykrochmalonej, a przy drzwiach schludna żydówka Małka z obwarzankami i jajami na przekąskę do miodu. Jędrzej Małkę pamiętał jeszcze za kawalerskich czasów, już wtedy sprzedawała ona tutaj owe przekąski. To też pozdrowił ją życzliwie, ledwie że jej „niech będzie pochwalony“ nie powiedział i kazawszy sobie podać szklaneczkę miodu słodko korzennego, usiadł na boku przy jednym stoliczku. Ludzi było dosyć, ale wszystko obce, nie było do kogo przypić, ani słówko zagadać. Obok niego jacyś obywatele grali obie w dominko i gawędzili o polityce, — dalej kilka kumoszek całowało się i płakało z wielkiej serdeczności. Z drugiej strony kilku żydów szwargotało i popijało słodki trunek. Wszystko tak jak dawniej było, a jednak Jędrzejowi wydawało się całkiem inaczej — obco, zimno, nieswojsko, bo brak mu było znajomych twarzy, których wtedy pełno tu było, gdzie okiem rzucił-tu swat, tu krewniak, tu sąsiad, albo dobry znajomy, -a każdy przyjaźnie powitał, powiedział dobre słowo, lub serdecznie wyściskał. A teraz jeżeli kto spojrzy na niego, to jak na dziwowisko, jeszcze się nieraz uśmiechnie złośliwie, a inny i nie spojrzy wcale.Jędrzejowi markotno się zrobiło, sposępniał, jakby mu kto w duszy wszystkie światła pogasił; i modek mu nie smakował jakoś jak dawniej i nudno, smutno było mu tu, gdzie spodziewał się zabawić przyjemnie.
Siedział więc skwaszony, pochylony nad swoją szklaneczką i obserwował desenie, malowane na ścianie. Wtem w zwierciadełku zapstrzonem od much, które wisiało naprzeciw niego, a w którem odbijała się druga izba, zdawało mu się, że dojrzał, wśród mnóstwa pijących, lisiurkę Marcinowej. Spuścił prędko oczy, bo nie chciał, by spostrzegła, że na nią uważa. Po jakimś jednak czasie skusiło go spojrzeć drugi raz w zwierciadło, tym razem dłużej na niem wzrok zatrzymał, bo się przekonał, że Marcinowa nie widzi go. I ona siedziała sama nad swoją lampeczką miodu -i wydawała się też skwaszona i smutna. Obserwując ją uważniej, zobaczył, że się mocno zmieniła, postarzała i zmizerniała, lata i bieda zostawiły na jej twarzy widoczne ślady; ale właśnie przez to jakoś lepiej mu się wydawała, bo nie było już owej chełpliwej ambicyi, która go n niej tak zawsze irytowała.
— Biedna babina -pomyślał sobie -i ona sama -i pewnie także w nienajlepszych interesach. A ja myślałem, że się Bóg wie na jaką panią wykierowała przy córce — hm, hm!- tu krząknął parę razy i zamyślił się, a w zamyśleniu bębnił palcami po stole. Po chwili spojrzał znowu w zwierciadło i spotkał się tam z oczyma Marcinowej wprost na niego wypatrzonemi. Zmieszał się, jak złodziej na gorącym złapany uczynku, ale nie wypadało uciekać z oczyma, żeby nie myślała, ze się jej przeląkł; nasrożył tedy minę i spojrzał groźnie surowo, na swoję przeciwniczkę. Ale babina tak jakoś litościwie i pokornie ku niemu poglądała, tyle smutku było w jej głęboko pod czaszkę zapadłych oczach, ze J ę drz ej zmięknął i spuścił z tonu, -wstydził się sam przed sobą, ze się tak groźnie chciał stawiać takiemu biedactwu, takiej chudzinie i chcąc zręcznie wycofać się z tego głupiego położenia, wziął szklankę ze stołu i pociągnął parę łyków. Potem już nie podnosił oczów w zwierciadło, ale je spuścił na gałkę swojej laski, którą machinalnie obracał w rękach.
— Hm! — myślał sobie — żeby nie była zadzierała z moją Magdusią, to człowiekby miał teraz z kim pogawędzić o dawnych czasach, bo to przecież nie od dzisiaj się znamy. Ale tak-to nie wypada, choćby przez wzgląd na nieboszkę.
Ten argument jednak wnet słabym się pokazał, bo zaraz przyszło mu na myśl z pacierza: i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy. W końcu, jak zaczął rozważać winy Marcinowej, to się pokazało, ze znowu tak bardzo winną nie była, a przynajmniej wina była po obu stronach.
— Dojadła nam nieraz, co prawda, do żywego; ale i my urazy w kieszeń nie schowali i odpłacili jej pięknem za nadobne.
Ta uwaga uspokoiła bardzo jego skrupuły. Zresztą, im więcej rozważał powód wzajemnej nieprzyjaźni, tem więcej błahym mu się wydawał.
Bogiem a prawdą powiedziawszy, to nie było o co tyle historyi wyrabiać, ot zwyczajne baby — z igły zrobią widły.
Myśl tę popił miodem i czuł się jakoś więcej pokojowo usposobionym. Szło mu tylko o pewne formalności.
— Zawsze ona pierwsza dała powód do tego, nie wypada więc, żebym ja pierwszy podawał rękę do zgody.
Zdecydował się spojrzeć znowu w zwierciadło. Marcinowa zabierała się już do wyjścia. Jędrzej poruszył si niespokojnie na stołku. Musiała przechodzić koło niego; udał, że jej nie widzi, ale kiedy go już minęła, nie mógł, jakoś wytrzymać dłużej, obrócił się za nią i zawołał:
— Pani Marcinowa..
Stanęła i obejrzała się. Jędrzej był w kłopocie, co dalej robić;-wypadało coś przemówić-więc odkrząknął i dodał:
— Pani Marcinowa już do domu? do domu?
— A do domuć - rzekła z westchnieniem.
— A możeby.... hm.... hm tego ten tak szklaneczkę miodu w kompanii, -przecież my się to pono kiedyś znali.
— Oj prawda,prawda— i łzy sznurkiem pociekły starej po bruzdach zmarszczonej twarzy; grzeczność Jędrzeja tak ją rozczuliła, że babina utulić się nie mogła, ani słowa przemówić, tak ją łzy dławiły — i trzęsła się jak galareta ze wzruszenia.
— No, no, Marcinowa, dajcie pokój, reflektował i uspokajał Jędrzej-siadajcie, siadajcie.
— O mój Jędrzeju — mój Jędrzeju — żeby mi kto wór złota dał, toby mnie tak nie ucieszyło, jak wasze dobre słowo-i załkała znowu.
— No, Marcinowa. dajcie pokój — co tam — co było, to było-dziś my sami, Magdusia już na Boskim sądzie.
— Zmarło się biedaczce?
— Oj zmarło-i to tak nagle. Tu zaczął Jędrzej opowiadać o śmierci żony; teraz z kolei on się rozrzewnił i łzy rękawem ocierał.
Przerwała mu opowiadanie dziewczyna, która przyniosła dwie szklanki miodu.
— No, Marcinowa, na zgodę! - przy tem uroceystem święcie! Oby nam się dobrze działo.

Życzenie to musiało im się spełnić nie zadługo, bo na drugi rok nie widziałem już na procesyi maryackiej, ani staruszka w białej konfederadce i wytartym kontuszu, ani lisiurki pani Marcinowej. Przenieśli się pewnie za Magdusią tam, gdzie im się „lepiej będzie działo.“



III.
Nie zapomniał do śmierci.

Przed kilku laty spotykałem często na drodze około plantacyj, w porze, w któréj wracałem z obiadu, jednę doróżkę, ciągnioną przez parę szkap, wlokących się powoli noga za nogą. Na koźle drzemał dorożkarz, a w powozie, przytulony do kąta, siedział jakiś nędznie ubrany, a gorzéj jeszcze wyglądający człowiek. Twarz jego była koloru staréj zapleśniałéj skórki cytrynowéj, a rzadki na niéj zarost był mieszaniną jasnych i siwych włosów. Na głowie miał cylinder zatłuszczony i pogięty, na plecach czarny niegdyś, teraz wypłowiały i pozieleniały od starości surdut, zapięty pod szyję. Postać ta, spotkana gdzie w kruchcie kościelnéj, albo na uboczu ulicy, prosząca o wsparcie, byłaby bardzo naturalném zjawiskiem, ale przejeżdzająca się w doróżce i to prawie codziennie, a przynajmniéj każdego piękniéjszego dnia, mogła zaintrygować nieco. Po różnych domysłach, przyszedłem do przekonania, że to będzie zapewne jeden z okazów owych dawnych skąpców i lichwiarzy, który dla zdrowia dopuszcza się zbytku przejażdżki po świeżém powietrzu, gdy już chodzić nie może....
Ale służący Franciszek wywiódł mnie z tego mniemania. Franciszek trudnił się obsługami, — oprócz mnie miał jeszcze „kilku porzomnych panów,“ — cały dzień łaził po mieście za posyłkami, miał dużo znajomych, a że był gaduła, jakich mało, każdego ze znajomych zaczepił, z każdym zaraz w pogadankę się wdał, więc wiedział więcej, niż niejeden gazeciarz; gdyby był piśmiennym, mógłby śmiało zabrać się do pisania Tajemnic Krakowa, na podstawie wiadomości, jakich mu udzielał lokaj od hrabstwa... gdy czekali razem na „Czas” przed księgarnią Czecha, albo kucharka od prezesa sądu, z którą się spotykał na piwku „Pod lisem,” albo stróż nocny z Floryańskiej ulicy, z którym mój Franciszek ciął pogwarkę nieraz do białego dnia.
Otóż przyszło mi raz na myśl zapytać owę encyklopedyę chodzącą, czy nie zna przypadkiem owego wyszarzanego jegomościa, przejeżdżającego się dorożką koło plantacyj.
— Ba, coby nie — odrzekł z kopyta — doróżka na niebiesko pomalowana?
— Tak.
— Dryndziarz w drelichowym kubraku?
— Tak, tak.
— A ten jegomość chudzina, mizerota — strasznie na dziada patrzy...
— Znacie go?
— Coby nie. — To B... (tu wymienił nazwisko).
— To pewnie będzie lichwiarz jakiś, skąpiec, co siedzi na pieniądzach?
— A zkądby ich wziął?-Tam bieda, że strach, i gdyby Grzegorzowa się nie zlitowała i nie podała temu czasem łyżkę ciepłej strawy, toby już dawno kopyta wyciągnął.
— Któż to jest Grzegorzowa?
— Ano baba — Grzegorzowa baba.
— No, rozumiem, — ale któż Grzegórz?
— A no ten fiakier, co się pon o niego pyta.
— Ten, co go wozi?
— No, tak.
— A czemuż on go wozi?
— Bo chodzić nie może.
— To może jaki jego krewny.
— Gdzie zaś krewny? — Grzegorz sobie był i jest fiakrem, a ten był panem, jak się patrzy, tylko, że zbiedniał.
— Był panem-a Grzegorz pewnie służył u niego — i teraz.
— Ale Grzegorz nie sługiwał po nijakich panach. Służył, co prawda, bez parę lat u Zegligoskiego, tego, co to trzyma konie, ale potem, jak wygrał proces, kupił sobie dwie pary szkap i jest sobie fiakrem sam dla siebie. Ma nawet karawan, którym wozi na cmentarz takich ta biedaków z przedmieścia, co ich na sutszy nie stać.
— No, ale dla jakiej racyi wozi owego jegomościa?
— A właśnie dla tego procesu. Bo to ten sam adwokat, co mu prowadził proces. Trzeba panu wiedzieć, że Grzegorzowi patrzyła się chałupa i grunt na Zwierzyńcu za żoną, ale krewniaki, jak zaczęli kręcić, machlować, tak nie dali mu nic i zostali na gruncie. Trzeba było procesować — ale na proces trza pieniędzy; to stemple, to pisarz, to wyroki, za wszystko płać, — a tu nie było z czego. Wtedy doradził mu ktoś tego adwokata, -nie był to niby całkiem adwokat, ino tak pokątnie ludziom radził i robił na tem niezłe interesa. Do tego jeszcze ożenił się z jedną gdową co jej wyprocesował majątek.
— Więc Grzegorz do niego się udał..
— A tak. — Chciał, żeby on ten proces wziął na siebie, a potem jak wygra potrącił sobie za koszta i fatygę. Adwokat nie kwapił się bardzo do tego; ale jak Grzegorz wziął go prosić, molestować — tak go i uprosił. Zrobili ugodę przy świadkach, opisali wszystko: jak, co, żeby potem adwokat go nie zdarł, bo go znali. że lubił pociągnąć z ludzi, i wziął się do interesu. A że był spekulant wielki, więc przez dwa roki przeprowadził proces przez wszystkie stancye i wygrał. Grzegorz już nie miał wielkiej nadziei, to też kiedy dostał wyrok, ucieszył się nieborak, jakby go kto na sto koni wsadził. Wypłacił adwokatowi co do grosza, jak się umówili, i jeszcze mu zaniósł głowę cukru i sześć funtów kawy na wielkanocne święta i powiedział, że mu do śmierci nie zapomni tej przysługi. Że ile razy zapotrzebuje fiakra, to mu darmo pojedzie. Adwokat to nie bardzo wierzył temu, kiwnął ino ręką na tę obietnicę i rzekł:
— No, no, bodaj ja taki zdrów był, jak ja będę widział kiedy ciebie, albo twoję dorożkę. Gadać łatwo.
Grzegorza to ubodło widać i wziął sobie na ambycyą, żeby adwokatowi pokazać, że jego gęba nie wiatrak, co po różnicy miele, i choć niewołany, zajeżdżał, czy we święto, czy w który ładny dzień przewieść adwokata i jego dzieci na spacer. Nawet kiedy żona umarła adwokatowi, Grzegorz nie tylko ze swoim fiakrem pojechał za pogrzebem, ale dał darmo drugą parę koni do karawanu. żeby suciej wyglądało. Potem mu i dzieci powywoził na cmentarz, co pomarły na cholerę; a teraz jego wozi, jak to pan widział.
— Mówiłeś przecie, że ten adwokat miał się dobrze....
— Tak, było mu długi czas dobrze, ale zachciało mu się zostać bogaczem, zaczął spekulować na jakieś papiery i stracił z kretesem wszystko od razu. Nietylko jego to trafiło-było dużo takich. I Marcinowa szynkarka zaprzepaściła wtedy u Niemców kilka tysięcy krwawo zapracowanych, i lokaj od państwa z przeciwka, mój dobry znajomy, ciułał biedak grosz do grosza i uciułał tego z kilkaset reńskich, -radzili mu, żeby za te pieniądze kawiarnię otworzył, ale nie słuchał....
— Więc mówiłeś. że ten adwokat stracił wszystko? — spytałem, chcąc Franciszka przywołać do porządku.
— A stracił. Potem przyszła choroba ciężka, zapracować. nie mógł — no i wyszedł na biedę. Grzegorzowie dali mu izbinę u siebie na Zwierzyńcu, ona go opiera, obszyje czasem i zjeść coś poda, a że i u nich się nie przelewa, więc wyrobili mu w magistracie i u zakonnic, że mu od czasu do czasu kapnie kilka reńskich, albo przyodziewę starą, albo i coś z wiktuałów. Mógłby się dostać do dobroczynności, ale nie chce, powiada, że woli umrzeć, jak zostać dziadem. Bo i prawda — nie każdy zgodzi się na to.Ja sam, gdyby tak na to mówiąc...
— I cóż jemu takiego, że chodzić nie może?
— A któż tam wie. Coś mu wlazło w nogi, że ani rusz postąpić. Gdzie go posadzą, tam siedzi, bodaj cały dzień.
Grzegorz go czasem wyniesie z łóżka i przewiezie trochę po mieście — to tyle jego uciechy.
Potem opowiadaniu Franciszka, z niecierpliwością oczekiwałem następnego dnia, aby przypatrzyć się lepiej i Grzegorzowi i owemu adwokatowi, którego w tak dotkliwy sposób los przekonał, że są jeszcze uczciwi ludzie, których słowom wierzyć można; ale jakby naumyślnie nie spotkałem ich dnia tego. I następnych dni napróżne ich upatrywałem, choć nawet przysiadłem na jakiś czas na ławeczce pod kasztanami, czekając, czy nie nadjadą. Nie doczekałem się.
Grzegorza widziałem nieraz — to jadącego na kolej, to wiozącego kogoś przez ulicę Grodzką; ale z adwokatem nie widziałem go nigdy.
W jakiś czas potem, jednego pięknego dnia, idąc w towarzystwie dwóch dam w stronę ogrodu Strzeleckiego, ujrzałem wyjeżdżający z bocznej ulicy karawan bez baldachimu, pokryty całunem pokapanym woskiem ze świec. Na karawanie drewniana trumna pokostowana, na koźle woźnica w stosowanym kapeluszu i czarnym płaszczu, obszytym białemi galonami, budził od czasu do czasu poruszeniem bata szkapy, także okryte czarno, które szły powoli, śpiąco.Za trumną nie szedł nikt, -ale to zgoła nikt.
Widziałem raz na jednym obrazie namalowany podobny pogrzeb, za którym szedł tylko pies ze spuszczoną głową i pamiętam, że obraz ten zrobił nadzwyczaj smutne wrażenie. A tu nawet psa nie było. Wskazałem moim towarzyszkom ten pogrzeb.
— Nikogo- to okropne - rzekła jedna. Czy ten człowiek przeżył wszyskich swoich znajomych, czy też nie umiał nikogo przywiązać do siebie, choćby uczuciem politowania?
— Może jedno i drugie.
— Chodźmy oddać mu tę ostatnią przysługę — rzekła druga, trochę pochopniejsza do poświęceń.
Intencya była wcale dobra, ale na przeszkodzie w wykonaniu jej stanęło spotkanie się moich towarzyszek z państwem L., którzy byli nadto znajomi, aby ich można minąć bez zatrzymania się, a zanadto poważni stanowiskiem, aby ich zbyć kilkoma słowami, zwłaszcza, że sami zaczepili i rozpoczęli rozmowę. Tak dalece poświęcenie mojej towarzyszki nie sięgało, -brakło jej odwagi przekroczyć formy towarzyskiej grzeczności. Przystanęliśmy tedy; panie rozpoczęły rozprawiać o pogodzie, o projektach wyjazdu na wakacye, wreszcie o strojach i bliźnich — i tyle znalazły na ten temat do mówienia, że po półgodzinnem staniu na miejscu wróciły za państwem L. na plantacye, by się mogły nagadać dowoli.-Rozumie się, że i ja wróciłem z niemi. Byliśmy właśnie koło pałacu Moszyńskiego, kiedy karawan, który nas tak smutnie zainteresował. wracał już ku miastu.Konie, zostawiwszy swój pakunek na cmentarzu i pozbawione całunu, biegły szybko, a karawan pusty dudnił głucho. po bruku. Ten turkot właśnie, całkiem odmienny od turkotu, jaki wydają zwyczajnie wozy i dorożki, zwrócił moją uwagę; obejrzałem się, poznałem karawan, a w woźnicy Grzegorza! Dziwnie wyglądała jego twarz burakowa i oczy jakby maślanką zaszłe pod ogromnym, stosowanym kapeluszem. Wyglądał biedak tak pociesznie, że tylko wspomnienie owej samotnej trumny przeszkodziło rozśmiać się w tej chwili.
Konie zatrzymały się przed szynkiem; właściciel ich, przyzwyczajony zapewne do częstego odwilżania gardła, zsiadł z kozła i w żałobnym uniformie, z biczem w ręku, poszedł na zaimprowizowaną stypę pogrzebową. Przyszła mi ochota iść i spytać go o nazwisko nieboszczyka-czy to nie będzie ów adwokat, którego Grzegorz w doróżce obwoził koło plantacyj. Mogłem to uczynić tem łatwiej, że w szynku była dystrybucya. Poszedłem niby po cygara. Panie były zagadane, nie uważały, że odłączyłem się od nich; owa panienka, która przed półgodziną tak żywo zajęła się nieznajomym nieboszczykiem, rozprawiała teraz z równym entuzyazmem o sukni hrabianki Adeli na ostatnim koncercie.
Pobiegłem tedy do szynku — dziewczyna nalewała właśnie Grzegorzowi półkwartek, na który poglądał z niekłamanem upodobaniem.
— A kogo to woziliście, przyjacielu? — spytałem niby od niechcenia’ — przebierając cygara.
— Jednego ta pana.
— Czy nie B? — tu wymieniłem nazwisko, które mi Franciszek był powiedział.
— Pan go znał?
— Mówiono mi o nim i o was — poczciwy z was człowiek, Grzegorzu-i poklepałem go po ramieniu.
— E, niema o esem gadać.- Ta to była moja psia powinność.
— I nikogo nie miał ze znajomych, że nikt nie poszedł za trumną?
— Mało kto i wiedział, a choćby i wiedzieli, toby i tak nie poszli, bo od biedaka to każden zdaleka. Moja miała wielką ochotę iść na cmentarz, ale cóż kiedy od tygodnia w szpitalu i kto wie kiedy wyjdzie. Daj ta panna jeszcze półkwaterek.
Wychylił od jednego zamachu, splunął, zapłacił, -potem pokłonił mi się ex re tej krótkiej pogawędki, przez którą się poznajomiliśmy ze sobą, siadł na kozioł, machnął biczem — wio! i pojechał ku miastu, — a ja podążyłem za mojemi towarzyszkami. Towarzystwo zastałem powiększone o dwóch dandysów miejskich, z których jeden z nadzwyczajnym zapałem opowiadał o jakimś panu Kulikowskim, czy Rosołowskim, który raz dał mu słowo honoru, że czekać go będzie na plantacyach, na tej a na tej ławce, o tej a o tej godzinie- i czekał tam, pomimo że deszcz lał jak z cebra i pioruny biły na potęgę.
— Wyobraźcie sobie, panie, moje ździwienie — ciągnął dalej z ferworem ów jegomość - może w trzy godziny, kiedy już burza przeszła i plantacye obeschły nieco, idę ja sobie przez nie, a mój Kulikowski stoi pod drzewem zmoczony, jak nieszczęście. Zgłupiałem, bo gdzież mogłem przypuścić, że w taką ulewę...
— Widać. że jest człowiekiem honorowym-rzekła entuzyastka.
— Ależ to rzadki egzemplarz w dzisiejszych czasach — zawołała pani L. — musisz go pan przyprowadzić do nas, radabym go poznać.
Miałem ochotę powiedzieć pani L. o Grzegorzu — tak na próbę tylko, czyby nie zapragnęła poznać go takie; ale cóś mię wstrzymało.
Zresztą Grzegorz nie dawał słowa honoru...


IV.
Mieszczańskie wesele.

Właścicielem domku, przy ulicy Krupniczéj, gdzie mieszkałem za akademickich czasów, był niejaki Jan Kanty Zubczyński, którego wszyscy sąsiedzi i znajomi nazywali krótko Kantym; — pod tém imieniem znany był na całém przedmieściu. A poważany był wielce, — raz, jako człek uczciwy, powtóre, że miał własny młyn na Prądniku, a wreszcie, że był nie głupim, znał się na polityce i czytywał „Czas,“ który dostawał z trzeciéj ręki, od stróża z domu Towarzystwa naukowego, rozumie się zawsze o parę dni późniéj.
Téj żyłce pana Kantego do polityki zawdzięczałem, że bywał częstym gościem w mojéj izdebce od podwórza, szczególniéj gdy przy czytaniu natrafił na jakie geograficze, lub lingwistyczne trudności. Gdy np. nie mógł zrozumieć „chaotycznéj komplikacyi efemerycznych faktów,“ albo był w wątpliwości: za którą rogatką i w któréj stronie od Krakowa, a specyalnie od Krupniczéj ulicy, leży Meksyk, — to załgał się zwykle do mnie, niby pod pozorem obejrzenia sufitu, czy nań woda z rynny nie zacieka, lub z innego jakiego powodu, — a przy téj okazyi, zapuszczając się w gawędkę, powoli nieznacznie wyciągał ze mnie to, o czém chciał wiedzieć. Wieczorem zaś, na miodzie Robackiego, imponował panom majstrom i obywatelom swemi wiadomościami. Szczególniéj, jak się z boku dowiedziałem. urósł w opinii tego grona miodopijnych polityków, gdy jednego z nich, który był radcą i miał pretensyę do uczoności, zagadnął raz o klucz do Indyi wschodnich. Radca, jakkolwiek ślusarz z powołania, nigdy o takim kluczu nie słyszał, a byli i tacy, którzy i o Indyach nie wiele wiedzieli. Pan Kanty parę dni przed tem także nie wiele więcej wiedział od nich, ale po dłuższej ze mną konferencyi, gdym mu jeszcze na mapce wyspę Cejlon pokazał, która, według „Czasu,“ miała być owym kluczem, — jak zaczął panie prawić zgromadzonym o tym kluczu, -to gęby pootwierali z podziwu nad mądrością pana Kantego.
Owóż tedy, gdy jednego dnia po południu zapukał do mojej izdebki, byłem pewny, że znowu idzie zapytać się o jakie „prądy rewolucyjne.“ albo.. oktrojowane przymierza.“ Zdziwiło mię tylko, że był staranniej niż zwykle ubrany i ogolony — choć do niedzieli, dnia, w którym golił się zwykle-było jeszcze parę dni. I nie zaczynał jak zawsze od sufitu, lub pogody, ale usiadł. odsapnął i gładząc kolana rękami-odezwał się, patrząc w sęczek na podłodze:
— Ja tu, mospanie dobrodzieju, do pana akademika z prośbą.
— Czemże mogę służyć-rzekłem. siadając przy nim.
— A to bez długich gadań. moj Kiełbik idzie na własny chleb - poprostu na to mówiąc-żeni się.
— Kto taki?
— No mój Kiełbik Antek. Chłopakowi ledwie się zaczerniło pod nosem i mógłby jeszcze śmiało kilka lat poczekać, ale mu się trafia porządna obywatelska córka, nawet potrochu familiantka. bo z cukiernikami spokrewniona przez matkę; więc trzeba drzeć łyka, póki czas.
Nie rozumiałem jeszcze co to wszystko miało wspólnego ze mną i w milczeniu oczekiwałem dalszych objaśnień. Pan Kanty odchrząknąwszy parę razy, ciągnął dalej:
— Bierze, mospanie dobrodzieju, córkę piekarza z Długiej ulicy, -a że babka panny młodej starowina już okrutna i radaby jeszcze przed śmiercią wnuczkę do ślubu pobłogosławić, więc trzeba się śpieszyć z weseliskiem, bo starowina-nie trzeba panu mówić-lada chwila może nogi wyciągnąć. Zapowiedzi już wyszły na Piasku i u św. Floryana, a weselisko pojutrze. Owóż radby człowiek, żeby to się jakoś przyzwoicie i uczciwie odbyło — i dla tego prosiłbym pana akademika, czyby z łaski swojej nie podrużbował memu Kiełbikowi. Miał on sam przyjść prosić o to, bo tak się patrzy, ale że to nieś miał e i głupie jak cielę. więc ja, jako ojciec...
Tu powstał pan Kanty, żeby nadać więcej uroczystości i powagi swemu zaproszeniu.
Trudno się było wymówić. Miałem pewne zobowiązania względem mego gospodarza, szczególnie za zaległości czynszowe, o które nie upominał się bardzo natarczywie. Należało mu tę grzeczność w jaki sposób opłacić, gdy pieniędzmi na razie nie było można, zwłaszcza, że, jak przypuszczałem, nie pociągało to żadnych wydatków za sobą, — bo frak, którego nie miałem, był źle uważany w tych sferach, a prane rękawiczki i grube buty. byle tylko dobrze do glancu wytarte, odpowiadały całkiem wymaganiom obrzędu weselnego przy ulicy Długiej.
W sobotę tedy, jak było oznaczone, o godzinie dziewiątej z rana, wyruszyłem do mieszkania panny młodej, kierując się węchem za zapachem świeżego pieczywa. bo ani szyldu piekarskiego, ani żadnego zbiegowiska, zdradzającego uroczystość weselną, nie dostrzegłem na ulicy. I w samym domu piekarza ani śladu wesela; — gospodarz w omączonej czamarze i służba w zwyczajnych piekarskiemu stanowi negliżach, zajęci byli w sklepie i piekarni rachowaniem bułek rzucaniem ich do koszyków przekupek i służących.Słyszałem tylko głosy: ośmnaście, dwadzieścia. kopa, czterdzieści, sześć, -mnie dwanaście. mnie siedem i t. d., — ale o weselu ani słuchu. Dla przekonania się. czym się przypadkiem nie pomylił. otworzyłem na chybił trafił jakieś drzwi tuż za piekarnią i znalazłem się w ciemnej sionce po której macając, namacałem znowu inne drzwi-i otwarłem je. Kupa białego tarlatanu, para niezakrytych ramion, kilka głów, dużo kwiatów i strumień jasnych włosów uderzyły moje oczy w jednej chwili i to bardzo krótkiej; bo zaledwie uchyliłem drzwi, wnet dał się słyszeć krzyk kilkunastu sopranów najrozmaitszych odcieni: nie można! nie wolno! proszę zamknąć drzwi! cóż to znowu! etc. Cofnąłem się więc coprędzej dyskretnie do ciemnej sionki, a ztamtąd do głównej sieni, nie wiedząc co zrobić ze swoją figurą, gdy na szczęście pojawił się pan Kanty.
— Ha, ha, pan akademik już tutaj?
— Wszak pan mówiłeś, że o dziewiątej.
— No tak: ale to pan wiesz z temi babami, jak się zaczną guzdrać, to nie trzeba panu mówić. Pono i suknia jeszcze nie gotowa, to i do jedenastej zejdzie. Hej, Antek, czyście dali już znać księdzu. żeby zaczekał-spytał, zwracając się do jakiegoś blondyna z rumianą, świecącą twarzą, ubranego w czarne nowiutkie szaty i niebieski krawat w białe pręgi.- A to właśnie mój drągal, co się żeni. No, pokłońże się panu akademikowi, że tak grzeczny i nie odmówił drużbowania. Niech mu pan akademik wybaczy, bo choć chłop jak dąb. ale to głupie jeszcze -więcej we młynie się chował. jak między ludźmi. No. prosimy dalej.
Wziął mię pod rękę i chciał ciągnąć do drzwi naprzeciw piekarni.
— Jeżeli ślub dopiero za dwie godziny — odparłem — to może później.
— A cóżby to za moda była znowu, żebyśmy panu pozwolili z przed drzwi się wracać. — Gdzież znowu? Dwie godziny nie wieki przecie. Jest traktamencik jaki taki, to się zabawimy przyjemnie w kompanii i pogada się o polityce nieco. No, prosimy.
I otworzywszy drzwi, wpakował mię gwałtem do stancyi, świeżo widocznie wybielonej na uroczystość weselną, gdzie zastałem już kilka kumoszek i parę obywateli kleparskich, w towarzystwie do połowy wypróżnionych butelek wina i placka z serem na talerzu. Jakiś wyglądający z miny na majstra mularskiego miał ochotę wstać i zrobić mi miejsce przy stole; ale sąsiadka jego, gruba jejmość. z szyją udekorowaną kilkoma sznurami korali, przytrzymała go za połę i mruknęła półgłosem:
— Siadaj kum — cóż to? — Taki kum tu dobry gość, jak.,. drugi.
Tytuł akademika, wygłoszony z ostentacyą przez pana Kantego, nie usposobił jej wcale lepiej względem mnie; dopiero, gdy się dowiedziała. że to drużba, gdym delikatnie pogłaskał próżność jej tytułem „pani dobrodziejki,“ zmiękła jak wosk i sama napędziła kuma, fuknąwszy na niego:.
— A niechże kum wstaje, żeby sobie osoba siadła.Siadła tedy moja osoba przy pani powroźniczce; bo tę godność, jak się później’ dowiedziałem.. piastowała moja sąsiadka; pan Kanty umieścił się po drugiej stronie, powroźniczka przez wdzięczność za „panią dobrodziejkę“ wniosła zdrowie „pana akademika dobrodzieja“ i w dyskursie, który zawiązała ze mną o pogodzie, takeśmy się nawzajem częstować zaczęli panem dobrodziejem i panią dobrodziejką... i tytuł ten tak jakoś przypadł jej do smaku, wraz z moją ’osobą, że nie byłoby może końca rozmowie, gdyby jej nie był przerwał pan Kanty zapytaniem:
— A pan akademik słyszał o tem?
— O czem takiem?
— Że pono sam Napalion wybiera się do Meksiku.
— Nie czytałem nic o tem.
— No, w gazetach tego nie piszą jeszcze. bo to niby sekret, ale Jakób- wiesz pan, ten, co jest w akademii — mówił mi to za rzecz pewną. He, he, jeszcze się panie strasznych rzeczy doczekamy. Europa aż trzeszczy. wojna co ino nie buchnie, a jak się raz mospanie dobrodzieju zacznie, to z połowa ludzi wyginie i kamień, mospanie dobrodzieju, na kamieniu nie zostanie — i dopiero wtedy będzie ludziom lepiej na świecie!
— Oj, to to — przywtórzyło kilku obywateli i pociągnęli z lampeczek.
— Nie będzie, panie dobrodzieju, nijakich podatków, ciąngął dalej pan Kanty-nijakich kwaterunków, nijakich...
Tu przerwały panu Kantemu dalsze wróżby polityczne głosy z przeciwka, wśród których rozróżnić mogłem zaledwie dwa wyrazy: drużba, kwiaty.
— Co to? — zapytał Kanty, nasłuchując.
— Starszego druz by czekają — objaśnił jeden z obecnych.
— Czy nie pan dobrodziej jesteś starszym drużbą? — spytała mię łaskawa sąsiadka arcyuprzejmym tonem.
Nie umiałem odpowiedzieć jej na to pytanie, — nie widząc bowiem drugiego drużby, nie mogłem osądzić, czy byłem starszym od niego, czy młodszym; odrzekłem więc: nie wiem.
— Jakto pan nie wiesz? — spytał obrażony nieco pan Kanty — przecież ja pana na starszego drużbę prosiłem.Jest, jest tu starszy drużba-zawołał głośno, zwracając się do drzwi. — A idźże pan, bo tam pana kobiety potrzebują.
Czyniąc zadość owej potrzebie kobiet, wybiegłem co’ tchu do sieni, gdzie spotkałem, a raczej zderzyłem się z jakąś niepospolitych rozmiarów kościstą jejmością w białym czepku z żółtemi wstążkami i w tureckim szalu.
— Czy pan starszy drużba?-spytała, gdyśmy się odbili od siebie na przyzwoitą odległość.
— Tak, ja.
— A gdzież kwiaty?
— Jakie kwiaty?
— No kwiaty, bukiety, -to przecież do pana należy!
— Kiedy ja nie mam kwiatów.
— A to biegajże pan coprędzej po nie, bo już po dziesiątej. o raju, rety, kiedyż to wszystko będzie. Jeszcześ pan tu?!!
Krzyknęła baba na mnie tak energicznie, że ani wiem, kiedym się za bramą znalazł.
„A tom sobie dał z tem drużbowaniem — pomyślałem sobie. Teraz bukietu za byle co nie kupi“ — ale cóż było robić? Drapnąć nie wypadało. Łatwiej będzie później panu Kantemu ten wydatek z czynszu potrącić, ale teraz kwiaty być muszą — to darmo!
Na szczęście miałem znajomego ogrodnika. w Strzeleckim ogrodzie, który dał na kredyt koszyczek przeróżnego zielska i kwiatów i chłopca w dotatku, który to wszystko poniósł za mną za proste „Bóg zapłać.“ Była to jedyna moneta, jaką tego dnia mogłem szafować hojnie.
Kiedym dobiegł na Długą ulicę — zabłocony i zmęczony - ujrzałem przed piekarnią już kilku fiakrów; wewnątrz domu wrzało, jak w ulu - a przed bramą gawiedzi ulicznej było tyle, że przecisnąć się trudno.
— No, jedziemy, czy nie jedziemy do tego kościoła? — wołał z progu izby pan Kanty. — Guzdracie się!
— E, co też to kum mówi — zaprotestowała owa w tureckim szalu -my gotowe od świętej pamięci, tylko na drużbę czekamy od godziny.
— Idzie, idzie! — zawołało kilka głosów.
— A dajże pan prędzej.
Wyrwano mi niecierpliwie kwiaty z rąk i dwie drużki, jedną w szafirowej sukience, a druga wykrygowana blondynka w loczkach, jak strączki, na którą wołano: panno Józiu, -mając usta najeżone szpilkami. poczęły uwijać się między gośćmi i przypinać bukiety nie bez dotkliwego nieraz ukłócia, szczególniej gorsów panieńskich.
— No, jedźmy już, jedźmy-odezwał się ktoś z gości.
— Przepraszam honoru pańskiego — zaprotestował znowu szal turecki — ale my nie heretycy. komu pilno, niech se jedzie — a my bez błogosławieństwa nie pojedziemy.
— Prawda, prawda — błogosławieństwo!
— Babka czeka z błogosławieństwem...
— Chodźmy do babki!
Cały tłum ruszył i porwał mię ze sobą do malej stancyjki za piekarnią, gdzie była babka panny młodej.
Staruszka miała zgórą lat ośmdziesiąt i dotego od kilku lat zaniewidziała, a od paru miesięcy nie podnosiła się wcale z łóżka. Dziś wyjątkowo, ze względu na uroczystość, kazała się posadzić na łóżku. Ubrano ją w biały kaftanik pikowy i biały czepek. podwiązany białą chustką, nogi i kolana okryto kołdrą, a od ściany. dla podtrzymania chorej, dano parę poduszek. A że staruszka miała twarz bezkrwistą i oczy zamknięte i siedziała nieruchoma, z chudemi rękami na kołdrze owiniętemi w różaniec. więc robiła wrażenie figury wykutej z kamienia białego, albo istoty nie z tego świata. Wrażenie potęgował jeszcze zczerniały obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, co wisiał nad jej głową, ubrany w wianuszki uschniętego ziela, w różczkę palmową i gromnicę.
Widok ten na wszystkich musiał zrobić niezwykłe wrażenie, bo zrobiło się nagle tak cicho, jak w kościele przed Podniesieniem; a kiedy staruszka poruszyła rękami i szukała niemi głów nowożeńców klęczących przed nią, i dotknąwszy Ich poczęła szeptać niewyraźnie błogosławieństwo, z twarzą nieruchomą, bladą. jakby już kropelki krwi, ni życia w niej nie było - mimowoli wszyscyśmy poklękali.... mężczyzni poczęli na gwałt ucierać nosy w kolorowe chustki dla zamaskowania wzruszenia, a kobiety, począwszy od panny młodej, w głos się rozpłakały. Nie rozśmieje się pewnie czytelnik, gdy się przyznam, że i mnie zrobiło się na sercu miękko, a w oczach wilgotno — taka rzewna i przejmująca była ta scena błogosławieństwa. Staruszka, skończywszy swoje modlitwy i przeżegnawszy państwa młodych, zapadła znowu w dawną martwą nieruchomość, a my w milczeniu wysunęliśmy się do sieni. Tu dopiero zaczął się rwetes i harmider przy wsiadaniu do fiakrów, których było zamało, aby pomieścić mogły wszystkich gości weselnych.Tłoczono się więc. gdzie kto mógł i jak mógł, aby prędze] dostać się do kościoła. a że gęsty kapuśniaczek puścił si w tej chwili i na ulicy było błoto. więc jejmoście bez żenady materyalne suknie zakasały wgórę. a mężczyźni chustkami pookrywali kapelusze.
Nie chcąc się narażać na szturchańce. jakie przy tych operacyach i to jeszcze w takim tłoku były nieuniknione, zatrzymałem się w tyle, gdy naraz usłyszałem klarnetowy głosik tureckiego szala:
— A gdzież starszy drużba? — Gdzież drużba?
— Jestem, jestem.
— Gdzież się pan chowa? — Przecież drużbowie z panną młodą jechać muszą. A śpieszże się pan, panna młoda już w powozie — zakomenderowała rezolutna baba, a ja, przeciskając się przez ścieśnioną masę ludzi, z trudnością dostałem się do powozu, pomięty, jak nieszczęście. Tu dopiero odetchnąłem troszeczkę i miałem sposobność poznać drugiego drużbę, którym był jakiś urzędniczek z magistratu i przypatrzenia się pannie młodej, bo jej dotąd nie znałem wcale. Była to jasna blondynka, o jasnych rzęsach, a zapuchnięte od płaczu oczy robiły ją jeszcze mniej powabną; ale na mnie zrobiła dość sympatyczne wrażenie, bo przypominała trochę babkę, która tak poważnie zapisała się w mojej pamięci, a panu młodemu musiała się nawet wydawać bardzo piękną przez wzgląd, że była spokrewnioną z cukiernikami i że w posagu dostawała domek wraz z piekarnią.
Gdyśmy zajechali przed kościół św. Floryana, wyskoczyłem pierwszy z fiakra i, nie chcąc już być strofowanym za opieszałość i za niedbanie moich obowiązków przez właścicielkę tureckiego szala, podałem co tchu ramię pannie młodej, by poprowadzić ją do ołtarza, — ale widocznie w przeznaczeniu mojem tego dnia było, że nie mogłem dogodzić owej jejmości; bo zaledwie ruszyłem z miejsca, zastąpiła mi drogę i zawołała zgorszona:
— A to znowu co za moda? Przecież pan starszym drużbą?
— Podobno.
— A no, to po prawej stronie panny młodej, a nie po lewej — a potem, zwracając się do swego sąsiada, mruknęła. półgłosem:.
— A cóż też to za drużbę takiego dobrali sobie-Boże odpuść! Nie miałem nigdy w życiu pretensyi uchodzenia za wzór doskonałych drużbów, a jednak takie lekceważące odsądzanie mię od wszelkich zdolności drużbowania, uraziło trochę moję miłość własną i zepsuło mi humor tak dalece, że nawet szczebiotliwa panna Józia, w której towarzystwie wraz z drugim drużbą i drugą drużką wracaliśmy od ślubu, nie była w stanie rozgadać mię. Drużki stawiały horoskopy sobie i młodej parze z tego, jak się świece paliły, której pan młody przystąpił suknię, na którą panna młoda najpierwej ’się spojrzała, odchodząc od ołtarza; nawet kapuśniaczek, co się tłukł po szybach powozu, wciągnięto w zakres prognostyków i osądzono go jako szczęśliwą wróżbę dla małżonków. Ja nie wtrącałem się wcale do rozmowy, siedziałem jak mruk, a kiedy zajechaliśmy przed dom panny młodej, chciałem ukradkiem czmychnąć, do siebie. Ale cóż, kiedy trzeba było odprowadzić pannę Józefę z powozu, a potem pan Kanty zabrał mię na drugą stronę do męzkiego kółka na wino i cygarko.. gdzie mię przedstawiono prowincyałowi od księży Franciszkanów, który był zdawna przyjacielem domu i ślub dawał młodej parze. Ksiądz prowincyał zatrzymał mię przy sobie — tabaczką i dyskursem o konkordacie. Nie było sposobu wykręcić się, a kiedy wreszcie nadarzyła: się sposobność, pan. Kanty zbliżył się do nas i rzekł:
— No, panie drużba, teraz trzeba panu do kobiet, bo wnet podadzą śniadanie. Tak, tak, mospanie dobrodzieju — drużba, służba-jak to powiadają.
C0 prawda, to byłem przy apetycie; — te rozliczne emocye i lokomocye, trwające od czterech blizko godzin, wcale dobrze przysposobiły mój żołądek do przyjęcia jakiej cząstki tych półmisków; które zaczęto właśnie wynosić z piekarni tuż koło mego nosa. I nie zdawało mi się znowu tak ciężką służbą-spałaszowanie porządnej porcyi huzarskiej pieczeni, lub kawałka indyka. Poszedłem więc bez wielkiego przymusu do kobiet. które właśnie sadowiły się koło stołu, komplimentując się nawzajem i ustępując sobie miejsca, a zarazem pilnie bacząc na to, aby nie pozwolić ubliżyć swemu honorowi.
Kto nie bywał nigdy w domach naszego mieszczaństwa, szczególniej niższej warstwy, ten nie może mieć pojęcia.jak drażliwi są ci ludzie na najmniejsze uchybienia towarzyskich względów, jak pilnie przestrzegają honoru i praw swoich, nawet w takich drobnostkach, jak siadanie na kanapie, lub na stołkach. Jejmość, mająca pretensye do kanapy, obraziłaby się śmiertelnie, gdyby ją pominięto i posadzono inną, którą uważa za mniej godną od siebie.
Mnie to jednak nie wiele obchodziło, jak się babiny ceremoniowały i sadowiły, szlo mi tylko o to, aby jak najdalej być od mojej prześladowczyni w tureckim szalu, bym spokojnie mógł zjeść kawałek pieczeni, a potem nogi za pas i do domu. Usadowiłem się koło okna i tak szczęśliwie, że za sąsiadkę dostałem jakąś’ damę, która i ubraniem i całem zastosowaniem wyróżniała się od reszty towarzystwa.
Była to, jak się później dowiedziałem, żona sędziego apelacyjnego, a więc gruba figura, której się należało miejsce na kanapie, ale abdykowała z tego zaszczytu z taktem dobrze wychowanej kobiety. Była to wcale przystojna blondynka o rumianej twarzyczce z dołkami, oczach na niebiesko emaliowanych i drobnych ząbkach, które się często pokazywały w uśmiechu.Rad byłem z takiej sąsiadki, łatwej w rozmowie i wesołej, to też, nim jeszcze skończono obnosić szodon, sakramentalny’ napój przy weselnych uroczystościach w mieszczańskiej klasie, byliśmy ze sobą, jakbyśmy się już od roku znali. Dowiedziałem się, że niedawno poszła zamąż, że mieszkają przy ulicy Floryańskiej, że mąż nie miał czasu przyjść z nią na wesele, bo jest zajęty w biurze, ale po drugiej przyjdzie także. Przeszliśmy potem na pole obserwacyi towarzystwa, które dla niej było równie obce, jak i dla mnie, -robiliśmy uwagi więcej wesołe. niż złośliwe. Dopiero ogólna cisza, jaka zapanowała w gronie jejmości, siedzących koło stołu. przerwała naszę rozmowę. Zauważyłem, że sąsiadki nasze miały jakieś krzywe i niezadowolnione miny, półmiski stały nietknięte na stole, oglądano się na mnie i szeptano coś między sobą, ruszając ramionami. Widocznie na coś czekano. Wreszcie pojawiła się jakaś zasmolona służąca, wzięła półmisek i podała go jednej z niewiast, siedzących na kanapie. Ale turecki szal w tej chwili odezwał się:
— Ty patrz kuchni - rozumiesz - a nie wtrącaj się w to, co do ciebie nie należy. Ja tu nie w oberży, żeby mi byle kto usługiwał — ino na weselu.
— To do pana pije - rzekła półgłosem moja sąsiadka.
— Jakto do mnie?
— Bo to drużby obowiązek obsługiwać przy stole. Te panie czują się obrażone, że pan ich nie respektujesz.
— Ależ zmiłuj się pani, to oni mi może każą jeszcze na ostatku naczynia obmywać w kuchni?
— No, do tej ostateczności nie przyjdzie - rzekła śmiejąc się-ale od obsługiwania to się pan nie wywiniesz. Tu taki zwyczaj..
Teraz dopiero zrozumiałem, co znaczy owo: „odsłużę ci na weselu,” które nieraz w życiu tak bezmyślnie się powtarza, nieprzywiązując do tego żadnego znaczenia. Tu miało ono swoje dosadne znaczenie i nienapróżne pan Kanty mi zapowiadał, że drużba - to służba. Ha, cóż było robić? Widząc, że goście siedzieli koło stołu z krzywemi minami i żadna nie tknęła półmiska, chwyciłem jeden najbliżej mnie stojący i poniosłem prosto do tureckiego szala.
— A zkądże mnie ten honor? Przecież nie ja tu pierwsza, tylko ta pani — rzekła, wskazując na cukierniczkę o żółtej twarzy, która siedziała na kanapie w aksamitnej fioletowej mantyli. Zacząłem tedy od cukierniczki i obszedłem koleją wszytkie jejmoście i od każdej dostało mi się za tę grzeczność albo „pamdonóg.“ albo „ślicznie dziękuję panu dobrodziejowi,“ a jejmość w koralach posunęła wdzięczność swoję do tego stopnia,że powiedziała., całuję rączki panu akademikowi.“
— No, patrz pan, jakie zadowolenie zrobiłeś małą rzeczą — rzekła moja sąsiadka, gdym zmęczony wrócił do niej z wypróżnionym już prawie półmiskiem.
— Dobra mi mała rzecz, ja ręki nie czuję od umęczenia i jeżeli przyjdzie tak obnosić wszystkie półmiski, to jutro trzeba będzie chyba rękę na temblaku nosić. Gdzież się drugi drużba podział?
— On obsługuje panny i panów.
— A to przyjemna rzecz takie drużbowanie;. drugi raz pewnie mię nikt nie namówi na coś podobnego.
Rozśmiała się serdecznie z mojej nieszczęśliwej miny.
— A najgorsza- skarżyłem się dalej-ta baba w tureckim szalu. To heretyk jakiś.
— A, proszę się tak nie wyrażać o mojej opiekunce — rzekła na pół seryo, na pół żartem.
Wytrzeszczyłem na nią oczy zadziwione.
— Jakto — ta, ta kobieta o - pie - kunką pani?
— Więcej, bo mogę śmiało powiedzieć, że była mi drugą matką.
Rozmowę przerwało nam zbliżenie się jakiegoś poważnego jegomości, którego moja sąsiadka przywitała ożywionem spojrzeniem z dodatkiem przyjaznego uśmiechu.
— A! jesteś-odezwała się do niego, a w głosie czuć było ucieszenie się. — To właśnie mój mąż — a to pan!...
— Tu nastąpiło przedstawienie, po którem przybyły usadowił się obok mnie. Dalsza indagacya była niemożebną,a że mię paliła ciekawość, jaki stosunek może łączyć moję sąsiadkę, należącą wraz z mężem do inteligentniejszej sfery, z kobietą tak prostą i rubaszną, jak była moja prześladowczyni w tureckim szalu, więc, skoro tylko nadarzyła. się sposobność, wymknąłem się na drugą stronę do pana Kantego, aby się od niego coś bliższego dowiedzieć.
— A, mospanie dobrodzieju, to cała historya - rzekł zagadnięty przezemnie w tej materyi. — Bo trzeba panu akademikowi wiedzieć, że Maciejowa, choć dzisiaj szumi jedwabiami i w tureckim szalu chodzi, była sobie poprostu kucharką, zwyczajną kucharką na wsi, we dworze. gdzie jej mąż był karbowym.-musiało im tam dziać się nieźle -nie trzeba panu mówić — uciułali sobie trochę grosza i przenieśli się do Krakowa, gdzie zaczęli handlować solą i słoniną.Ona była baba obrótna. wygadana, on także umiał pilnować interesu-i w pai-ę lat dorobili się grosza. Potem jeszcze udało mu się parę razy wygrać na saskiej po kilka tysięcy i przyszedł do kamieniczki i gotóweczki. A tymczasem to państwo, u którego dawniej służyli, stracili z kretesem to, co mieli mospanie dobrodzieju. Nie trzeba panu mówić nieurodzaj pożary, a może i szumnie żyli, jak to zwyczajnie nasza szlachta, to i wioskę dyabli wzięli, trzeba było na bruku osiąść w mieście. Maciejowa chciała ich przytulić przy sobie, ale pańskie fumy mosterdzieju — jakże tu żyć na łasce sługi. Więc pchali biedę jak mogli, ale kiedy pomarli i sieroty zostały bez opieki, Maciejowa upomniała się o nie, że to do niej należy dbać o dzieci swoich państwa. Nikt jej nie zaprzeczał tego, bo pan akademik wie, jak to krewni, — jak ci dobrze, to krewny z każdego kąta do ciebie wyłazi — ledwie nie z pod nóg ci wyrastają, ale jak bieda- to jakby ich wymiótł do znaku. Tak też i tu, nikt się nie zgłosił po sieroty i Maciejowa zabrała, jak swoje. Dziewczynę dała na naukę do klastorzu św.Jędrzeja. a chłopca umieścił Maciej na wikt i stancyę u jakiegoś profesora przy ulicy Gołębiej, bo mówili: pańskie dzieci niech mają pańską edukacyę. Kosztowało to panie grube pieniądze. Jaki taki przyganiał im nawet takie zbytki. Ja sam, mospanie dobrodzieju, mówiłem: naco? poco? Chłopca do rzemiosła, a dziewczynę-niechby się poduczyła krawiecesysny albo białego szycia-to i dosyć dla sieroty.Dacie jej, powiadam, pańską ednkacyę, a jak nie będzie miała szlacheckiej fortuny, to się będzie i tak wiecznie poniewierała między ludźmi. Gadałem, co wiedziałem; ale Czort swoje, baba swoje — i pokazało się wkońcu, że miała dobre zdanie. Bo ledwie panna z klasztoru wyszła, trafił się porządny człowiek, urzędnik, panie, ze sądu. Maciejowie dali wyprawę jak się patrzy, nawet pono i coś grosza kapnęli, bowiem, że Maciej w tym jakoś czasie zaciągnął w banku pożyczkę na dom; to pewnikiem nie na co innego, tylko na wiano dla panny młodej.
— Ależ to nieocenieni ludzie — zawołałem z uniesieniem - i zostawiwszy pana Kantego, wróciłem co tchu do pryncypalnego stołu, a chwyciwszy najbliższy półmisek, poniosłem go prosto do pani Maciejowej. Widziałem ,że się jej to podobało, iż zaczynam poczuwać się do obowiązków, ale stosownie do etykiety, odesłała mię z półmiskiem najprzód do cukierniczki na kanapę, a sama wzięła dopiero wtedy, kiedy na nią kolej przyszła po starszeństwie i godności.
Chcąc wynagrodzić uchybienie moje względem powinności drużby i poznać trochę bliże] czcigodną panią Maciejowę, przysiadłem się do niej i zacząłem pogawędkę.Z początku szło twardo. bo babina. mając widać do mnie urazę, zbywała mię krótkiemi, choć grzecznemi odpowiedziami. Ale powoli, powoli, udało mi się, z pomocą powroźniczki, która właśnie obok siedziała i wyraźnie zaszczycała mię łaskawością swoją, wyciągnąć ją na rozmowę. Miałem i humor jakoś po temu-jakbym był po kilku kieliszkach wina, a prawdę mówiąc-nic nie piłem, tylko opowiadanie pana Kantego tak mię rozmarzyło. Puściłem tedy język jak kołowrót; jak zacznę kobietom dogadywać, sypać dykteryjki, żarciki, to aż płakały od wielkiego śmiechu;- powrożniczka trzęsła się od śmiechu, że aż korale dzwoniły na szyi, a pani Maciejowa to nurka dawała pod stół, to ręką zasłaniała sobie oczy i twarz i ciągle powtarzała: o rety, co też to pan akademik nie wygaduje! Byłem kontent, jakby mię kto na sto koni wsadził, widząc jak się kobiecina rozbawiła na dobre, a i niewiasty musiały być rade ze mnie, bo kiedy po jakimś czasie przyszedł pan Kanty z żarumienionem obliczem i ujrzawszy mię między kobietami-spytał:
— No, jakże się tu mospanie, mój pan akademik sprawuje? — to wszystkie chórem orzekły: że „można powiedzieć bardzo, bardzo — i potakiwały głowami pochwalnie. A potem powrożniczka wniosła znowu moje zdrowie, zdrowie pana akademika dobrodzieja! — drużby! — a wszystkie jejmoście. nie wyjmując głuchej cukierniczki na kanapie. umyślnie podniosły się z siedzeń i trąciły się ze mną i wypiły do kropelki.
Rozochocony takiem powodzeniem, zaprosiłem panią Maciejowę do poloneza. Podziękowała mi bardzo grzecznie za ten honor; ale mi wytłumaczyła, ze to byłoby przeciw zwyczajowi tańczyć z drużbą. kiedy jej się patrzy z ojcem panny młodej.
— Przy oczepinach. to znowu inna rzecz. Wtedy, jeżeli łaska pana akademika, to owszem.
Zgodziłem się na to i nie żal mi było czekać choćby do rana, byle mieć honor tańczyć z tureckim szalem, w którym się takie poczciwe serce chowało. Tymczasem posunąłem się do konsyliarzowej i poprosiłem ją w taniec.
— Jak widzę, to pan już na dobrej stopie z moją opiekunką. Nie maltretuje już pana?-spytała z uśmiechem.
— A niechby mię i zbeształa teraz, to nie miałbym urazy do niej. Takim. zacnym ludziom wiele wybaczyć można.
— Więc panu powiedziano o nas?
— Tak — mówiono mi.
— Prawda? zacni ludzie!
Tu tancerka moja. przechodząc koło jakiegoś mieszczanina, kiwnęła mu przyjaźnie głową i rzekła uprzejmie:
— Witamy — witamy...
— A, dobry wieczór, dobry wieczór — odrzekł, kłaniając się niezgrabnie i z pewną służalczą uniżonością,
— Cóż tak późno?
— Ha, trza było kramu pilnować.
— No, do poloneza — do poloneza — zachęcała go.
— Ha, jużcić trzebaby — poskrobał się po głowie i poszedł pod ścianę do kobiet.
— To jej mąż — rzekła mi konsyliarzowa.
— Czy taki dobry, jak żona?.
— Jeszcze miększy. Gdyby się nie bał swojej Urszu1ki, to ostatnią koszulę oddałby biednym. To też, jak ma wspomódz kogo, to w sekrecie, żeby się Urszulka nie dowiedziała. Mój brat, którego wysłali do Wiednia na politechnikę, często odbiera od niego takie sekretne przesyłki.
Obejrzałem się z respektem za panem Maciejem, który właśnie jakąś niepokaźną kobiecinę wyciągał z kąta do tańca. Chłopisko było niezdarne i grube; znać było w nim pochodzenie, mimo aksamitnej kamizelki i srebrnego łańcucha u zegarka. Twarz miał ordynaryjną, oczy małe, czoło nizkie i wąs krótko przystrzyżony, -podobno nawet czytać ani pisać nie umiał — jak mi później mój gospodarz ze zgorszeniem powiedział — a mimo to tak sympatycznie wyglądał, tak uczciwość jego przebijała przez te ordynaryjne rysy, że nadawała mu, przynajmniej w moich oczach, wyraz szlachetności. Byłbym go chętnie uściskał za to, co mi konsyliarz owa o nim powiedziała. I inni wydawali mi się jakoś tak dobrzy, że miałem ochotę wszystkich ściskać i całować. A „tańcowałem do upadłego polki i mazury z panienkami w perkalikowych sukienkach, o krótkich stanikach, pod któremi czułem jakieś cieplejsze i poczciwe sreduszka. Przy kolacyi, która była dobrze już po północy, biegałem z półmiskami od cukierniczki do mączniczki, od zubiarki do piekarki, jak rutynowany kelner, a po oczepinach, kiedym przetańczy! poloneza z moją panią Maciejową, cmoknęłem ją na podziękowanie w grubą rękę. Babina się zażenawała tym wyskokiem mojej grzeczności, -ale gdym powtórzył to razy kilka, oswoiła się jakoś i uściskała mię serdecznie, po matczynemu.
Od tego czasu, ile razy zdarzyło mi się przechodzić koło Sukiennic, zawsze oddawałem głęboki ukłon tej poczciwej kobiecie, stojącej w kramie w dużym fartuchu z nożem do krajania słoniny, a czasem, gdy nie było kupujących, zbliżałem się do kramu zagadać kilka słów, lub zażyć albanki z tabakierki pana Macieja.
Kiedy rozpoczęto restauracyę Sukiennic i wzięto się do burzenia kramów — Maciejowie zwinęli swój handel i poszli na „prywatne mieszkanie.“ Widywałem ich nieraz na plantacyach z dziećmi pani konsyliarzowéj; jego obładowanego zabawkami które kupował już nie w sekrecie przed Urszulką, a ją pomagającą piastunce powijać i okrywać najmłodsze dziecko w kołysce.
Na poczciwych ich twarzach jaśniał ów uśmiech. jaki daje zadowolenie i spokojne sumienie.


V.
Pasya do książek.

Jeszcze o tym moim Franciszku chciałbym wam coś więcej powiedzieć. Był to materyał na wielkiego człowieka, a że nim nie został, to tylko wina niekorzystnych warunków, wśród których żyć musiał. Wytrwałość miał żelazną, a ciekawość do książek większą, niż niejeden z literatów. Przeszkadzała mu tylko w zaspokojeniu téj ciekawości jedna mała okoliczność... że czytać nie umiał. Ojciec jego nie pomyślał o tem zawczasu, żeby syna dać uczyć czytać raz dla tego, że sam czytać nie umiał, a i tak wychował się i żył, — powtóre, że we wsi szkoły nie było, — a po trzecie, że choćby była, to nie byłoby kiedy posyłać Franka do niéj, bo ledwie z raczków podniósł się na dwie nogi i jako tako na nich utrzymać się umiał, musiał pracować i pomagać ojcu. Najprzód dano mu pręcik w rękę i mianowano komendantem dwóch gęsi na pastwisku; potém, kiedy już lepiéj nóg i bata używać umiał, awansowano go do trzody, — następnie do rogatego bydła — i do wodzenia nocą koni na paszę. Przy wszystkich tych czynnościach nie spotykał się nigdzie z książką. Nawet we dworze, dokąd późniéj dostał się za fornala, nie widział tego zbytkownego sprzętu, choć dziedzic należał do Towarzystwa oświaty ludowéj i nieraz prześlicznie mówił na zgromadzeniach o jéj potrzebie. Raz, jadąc na takie zgromadzenie, zabrał Franka ze sobą w charakterze furmana. Na zgromadzenie go wprawdzie nie wziął, bo „głupi baran nie zrozumiałby o co rzecz idzie,“ (tam brano tylko okazy umiejące czytać, takie, któremi popisać się można było), ale w każdym razie podróż ta nie była bez korzyści dla Franka, bo się przekonał, że są miasta jeszcze większe, niż Wadowice. Tak mu się w Krakowie spodobało, że odtąd marzył tylko, żeby się przenieść do tak dużego miasta, a że był człowiekiem, co nie przestaje na marzeniach, więc przy pierwszej sposobności podziękował panu za służbę i przyjął miejsce stróża w kamienicy przy ulicy Floryańskiej. Zaczął ją od zamiatania rynsztoków i schodów na wszystkich piętrach, a że szło mu to nieźle, więc gospodarz, w dowód łaski i zaufania, pozwolił mu w dodatku jeszcze u siebie w pokojach froterować, w kuchni obsługiwać i z koszykiem chodzić na targ za panią. Ażeby mu się nie nudziło bez zajęcia, dodano jeszcze czyszczenie panu rzeczy i chodzenie wieczorem po gazetę.
Wtedy właśnie poznałem go. wprowadziwszy się do owe] kamienicy wraz z kolegą swoim;-mieliśmy pokoik na trzeciem piętrze, — tani prawda, bo tani, ale też niewygodny.Pomijam to, że był tak mały, jak pudełko od papierosów do ósmej potęgi podniesione, że cynk na dachu dawał nam niejakie wyobrażenie o utrapieniach więźniów pod piombami weneckiemi, że z rynny, wpuszczonej w mur, przeciekało i cała ściana jedna pozieleniała, od wilgoci, zastępując miejsce dywanika nad mojem łóżkiem; wszystkie te niewygody, nieprzyjemności, w młodości znosi się z końskim umysłem (aequo animo), jak mówił mój kolega; ale najbardziej dokuczało nam sąsiedztwo kuchni, która była tuż naprzeciw naszych okien na drugiem piętrze — i obdarzała nas codzień najrozmaitszemi zapachami i rojem much, siekaniem mięsa, szorowaniem rondli i hałasem służby.
Na domiar nieszczęścia, wśród tego chaotycznego gwaru, dawało się nieraz słyszeć sylabizowanie i to sylabizowanie niewprawne, zająkliwe, a głosem tak donośnym, jednostajnym, że nawet zatkanie uszów nie pomagało, aby się uwolnić od tej plagi, która mnie prześladowała gorzej, niż muchy, niż siekanie mięsa. Robiło to na mnie wrażenie takie, jakby mi kto duże krople zimnej wody puszczał w miarowych odstępach na głowę. Tym sposobem podobno leczą waryatów, a mnie to właśnie do waryacyi dopiero przyprowadzić mogło. Formalnie zachorowałem na to sylabizowanie; prześladowało ono mnie po całych dniach, szumiało mi ciągle prawie w uszach i w głowie, nawet śniło mi się nieraz. Jednej nocy — było to trzeciej, czy czwartej po wprowadzeniu się naszem — sylabizowanie tak mi dokuczało we śnie, że się aż obudziłem. Obudzenie jednak nie uwolniło mnie wcale od tej zmory — nawet najawie słyszałem to jęczące sylabizowanie-tylko nie w kuchni, ale jakby z pod podłogi lub ze ścian wychodziło i dudniło. Zacząłem przypuszczać, że to gorączkowe majaczenie i dla przekonania. się o tem- zbudziłem swego towarzysza.
— Stasiu! — zawołałem głośno — czy ty śpisz?
— Śpię - odrzekł, chcąc się uwolnić od dalszej rozmowy.
— Słuchajno.
— No cóż?
— Czy ty nic nie słyszysz?
— Nic — daj mi pokój.
— Ależ bo mnie się zdaje, że gdzieś coś huczy i jęczy, jakby dzwon zdaleka.
— E, zdaje ci się.
— Ale nie — posłuchaj tylko.
Kolega, nie mogąc mnie się pozbyć. podniósł się na łóżku i nasłuchiwał.
— No?
— A rzeczywiście — znowu ktoś sylabizuje.
— A widzisz, że mi się nie zdawało. Gdzie to być może? ’ — To tak, jakby na schodach.
— I mnie się tak zdaje.
A że sylabizowanie nie ustawało i mnie niecierpliwiło coraz więcej, tak, że o spaniu już mowy być nie mogło, zapaliłem świecę i wyszedłem na korytarz. polując na owo jąkanie, jakby na świerszcze. W sieni głos jeszcze donośniej słyszeć się dawał. Zszedłem na drugie piętro — potem na pierwsze; tu już poznałem, że głos z dołu dochodził; na załamaniu muru dostrzegłem światło. schodzę tedy niżej — i cóż widzę? Stróża kamienicznego, leżącego na wznak na tapczanie w sieni, w ręku trzyma jakiś kawałek starej gazety, a między gazetą i jego oczyma pali się świeczka, na jego obnażonych piersiach, w lichtarzu, ulepionym z gliny.
— A ty co robisz? — spytałem..
Odwrócił się w stronę mojego głosu i przypatrzywszy mi się pod światło, odrzekł z powagą i pewną przechwałką:
— Czytom, panie.
Musiałem się uśmiechnąć mimowoli z tej pewności, z jaką Franek nieudolne składanie liter nazwał czytaniem.
— E, lepiejbyś spał — rzekłem kwaśno.
— Kiedy, proszę pana, cłek radby się nauczyć czytać, animo kiej. W dzień trza zrobić to, to owo, nie trzeba panu mówić; ledwie nockiem jest odrobina casu.
Rozbroił mnie tem wyznaniem. W oczach jego czarnych, głęboko osadzonych, tlił się jakiś gorączkowy zapał; spoglądał. na ten kawałek starej gazety, jakby na skarby, które miał ochotę posiąść coprędzej. Odszedłem, by mu nie przeszkadzać — i odtąd sylabizowanie jego monotonne, nie tylko nie draźniło mnie wcale, ale owszem-budziło mój umysł do pracy, jak dzwonek szkolny. Ciekawiło mnie tylko, co mogło w tym prostym człowieku rozbudzić taką. gorącą chęć czytania. Powiedziano mi, że to emulacya z lokajem od sędziego, z którym razem chodzili po gazety, napędziła mu tę ochotę. Ów lokaj był także synem chłopa pochodził nawet z tej samej wioski, co i Franek, — ale był już dłuższy czas w mieście, okrzesał się między ludźmi i wcale nieźle czytywał gazety. Frankowi wstyd było, że on tego nie potrafi, wziął na ambicyą i zaczął co sił sylabizować. Taką wiadomość dała nam kucharka. która jakkolwiek także nie piśmienna, z politowaniem ruszała ramionami nad tem „co ten Franek nie wydziwia.“ Później jednak dowiedziałem się od samego Franka, że to nie był jedyny powód, który go skłonił do czytania. Był inny-głębszy.
Czytelnicy przypomną sobie, że dawniejszy pan Franka był członkiem jakiegoś Towarzystwa oświaty, otóż raz ów członek, gdy przyjechał na zjazd pedagogiczny, czy coś podobnego, kazał Frankowi, po ochędożeniu, nakarmieniu koni, przynieść sobie futro i czekać na niego u drzwi sali, w której się zgromadzenie odbywało. Franek, widząc, że inni, którzy z nim razem czekali, poszli na galeryę i puszczono ich, wsunął się także za nimi — i wtedy to usłyszał jak jakiś okazały pan okrutnie a głośno, jak w kościele, perorował, że dla tego tak źle na świecie, tyle złodziei, pijaków, próżniaków, bo oświaty niema między ludem. „Nauczmy lud czytać-a stanie się lepszym i będzie mu lepiej„powiedział ten pan, a Frankowi owe słowa upadły na samo dno duszy i zachciało mu się gwałtem, aby mu było lepiej na świecie i sam był lepszym-i dlatego tak gorąco wziął się do czytania. Szło mu z początku bardzo ciężko — wygłaszał z namaszczeniem pojedyncze zgłoski, nie mogąc z nich złożyć żadnego wyrazu, któryby rozumiał. Mimo to nie ustawał, -a kiedy udało mu się raz złożyć zdanie. którego sens zdołał zrozumieć, przyszedł aż do nas na górę pochwalić się tem odkryciem. W szedł do naszego mieszkania z pewną dumą, a widząc nas zajętych pracą, rzekł:
— Panowie tu siedzicie, a nie wiecie nic, co się dzieje W świecie.
— No cóż się dzieje?
— A no „Europa cała pod bronią i wojnę już wypowiedziano. “
— Gdzie, jaka wojna wypowiedziana?
— A, cytaj pon — tak pise gazeta — sam cytałem.
I podał mi numer gazety, który skwapliwie porwałem do ręki-rzeczywiście stało tam o wypowiedzeniu wojny;— tylko gazeta była z przeszłego roku. Objaśniłem Frankowi jego pomyłkę, — uważałem. że mu się markotno zrobiło. iż pierwszy jego występ literacki tak mu się nie powiódł; ale się tem nie dał odstraszyć od dalszego męczenia się nad dociekaniem sensu z liter.
Kucharka i pokojówka żartowały sobie nieraz „z tej jego głupiej pasyi“ — a Józia orzekła, że mu się w głowie przewróciło.
— A niechże ta będzie-mówił uparty. Panna Józia z kogo się wyśmiewa, a sama na książce się nie zna. He, he.
— A ty zkąd możesz wiedzieć góralu. czy znam. czynie znam, kiedy się na tem tyle rozumiesz, co kura na pieprzu.
— Właśnie, że rozumiem, bom widział, jak kiedyś panna Józia na prymaryi u Reformatów książkę do góry nogami trzymała-he, he. Choć ja jeszcze dobrze cytać nie znom, ale jo do razu poznał — he, he.
Tem zamknął na długi czas usta Józi i kucharce — a tryumf jego był jeszcze większy, kiedy po paru miesiącach, gdy już nawet z pisanego jako tako czytał, przyszedł do panny Józi list od rodziców i musiała grzecznie Franka poprosić, by go jej przeczytał. Przy tej okazyi lektor awansował z Franka na Franciszka. Była to niejako nobilitacya za zasługi na polu naukowem, która Franciszka tem więcej cieszyła, że pochodziła od panny Józi, która jakkolwiek nie piśmienna, była wcale szykowna i niczego sobie dziewczyna.
Stosunki ich, z początku czysto literackiej natury, musiały z czasem serdeczniejszy przybrać charakter, bo kiedy w parę lat po tem Franciszek, jako wolno praktykujący lokaj, zgłosił się do mnie i ofiarował mi swoje usługi, panna Józia była już wtedy panią Franciszkową i pierała panom akademikom bieliznę.
Teraz dopiero mój Franciszek mógł dogodzić swojej pasyi czytania. gdy się dorwał do usługi u ludzi mających ciągle do czynienia z książkami. Nie obeszło się żadne sprzątanie bez tego, żeby nie zajrzał do której książki, nie przeczytał bodaj tytułu. Nieraz zdarzało się - wracam do domu koło południa, a tu w pokoju jeszcze nie posprzątano, meble na środku pokoju, sukna zawinięte, a Franciszek ze szczotką pod pachą siedzi na ziemi pod oknem zaczytany tak, że nawet nie uważał mojego wejścia.
— Franciszku! — zawołałem ostro.
— O dla Boga-cóż się stało? — spytał, podnosząc się coprędzej z ziemi.
— Jeszcze nie posprzątane? — Duchem będzie, panie.
— Już dwunasta.
— E, co pan gada. Nie dawno, jak dziesiąta odbiła.
Pokazałem mu dla przekonania zegarek — chwycił się za głowę.
— Jezus! Marya! Józefie święty! jakże ten czas leci.
— Gdyby był Franciszek nie bawił się książkami...
— Kiedy, proszę pana, takie nieraz ciekawe rzeczy, co trudno się od tego oderwać.
Zapał Franciszka do czytania przechodził już w manję, podobną bardzo do tej, jaką mają tak zwane móle literackie którzy pożerają książki dla samej przyjemności czytania, a niebo wyobrażają sobie w postaci biblioteki. To też mój Franciszek używał jak mucha w miodzie, kiedy mu się trafiła usługa właśnie u jednego z takich móli, który całe mieszkanie miał założone książkami, po całych dniach w nich grzebał i nieledwie sypiał na nich. Odtąd na moją skromną biblioteczkę patrzył Franciszek z pewnym rodzajem lekceważenia i nie mógł się powstrzymać, żeby mi tego wyraźniej nie powiedzieć.
— Pan to się nie bardzo musi kochać w książkach — odezwał się jednego dnia, otrzepując z kurzu moje książki.
— Dlaczego?
— A bo pan ma tak mało książek. — 00 to tyle, to prawie co nic. Żebyś to „pan widział u tego pana, co go teraz obsługuję — to, panie, jest co widzieć, książek, że Panie ratuj, od dołu do góry nabite co strach -i nowe i stare.- Nie odezwałem się nic na to.
— Czy on też, proszę pana, wszystkie te książki czyta przemówił: po chwili Franciszek.
— Zapewne — na cóżby je miał?
— Ten dopiero musi wiedzieć dużo rzeczy. Coby ja dał za to, żeby mógł choć połowę tego wiedzieć.
— Nie święci garnki lepią-rzekłem z uśmiechem.
— I, proszę pana, to ta już nie dla mnie. Człowiek się już zapóźno wziął do tego i nie może o tem jednem tylko myśleć, Ale mój chłopak jak dorośnie, to musi być uczonym człowiekiem, koniecznie. Będzie musiał mieć także tyle książek, co ten pan. Co on jest, proszę pana, właściwie? bo nie widzę, żeby chodził. do jakiej kancelaryi, albo do szkoły.
— Jest uczonym.
— Uczonym, -no rozumiem: niby, że dużo wie; ale niby na ten przykład na jaki to użytek? No, to niby szewc daje ludziom buty, aptekarz lekarstwo, -no, a taki uczony, to cóż on daje?
Nie umiałem na to odpowiedzieć Franciszkowi, bo ów uczony, u którego on służył, dotąd nic nie dał ludziom.Wiedziałem, że ma pamięć ogromną, że umie wiele, że z ksiąg, które przeczytał, miał stosy wyciągów i notat; ale dotąd nie robił z nich żadnego użytku, choć już lat kilkadziesiąt oddaje się tej zmudnej pracy. Chcąc jednak ciekawość Franciszka jako-tako zaspokoić,. rzekłem:
— On, widzicie, zbiera materyały, z których potem albo on, albo inni, będą budować — mądre książki.
— No, no, teraz rozumiem, tylko to mi jakoś w głowie pomieścić się nie może, że taki uczony człowiek, a bieda z nim, nieraz przy końcu miesiąca-to i krajcara nie uświadczy przy nim. A przecież to powiadają, że jak człowiek ma naukę, to mu z tem dobrze na świecie.
— Może jemu właśnie dobrze.
— Bez pieniędzy.
— Nie ten bogaty, kto dużo ma, ale kto umie przestać na tem, co ma.
Franciszek wziął pod uwagę te słowa. Może nie bardzo ten rodzaj bogactwa przypadł mu do smaku, ale nic nie powiedział przeciw temu. W kilka dni dopiero przyznał mi racyę.
— Jednak pan miał recht-odezwał się do mnie.
— Z czem?
— A z tem, co pan mówił, że to nie ten bogaty, co dużo ma; przypomniałem sobie, że ja znałem jednego bogatego pana, bardzo bogatego, który przecież od rana do wieczoru spekulował tylko nad tem, żeby mieć więcej; a był taki chciwy na on krajcar, żeby go był własnemu dziecku z gardła wyjął. Jeść sobie żałował, a cały dzień biegał za interesami, jak chart za zającem-i cóż pan powiesz, jak raz stracił na jakiejś spekulacyi kilkanaście tysięcy, tak wziął i otruł się. Choć, panie, zostało po nim tyle majątku, że nie jednego, ale dziesięciu, by tam uszczęśliwił. A żeby był miał naukę, toby był sobie z tego nic nie robił, -prawda, panie?
Nie przeczyłem mu, nie chcąc pozbawiać go złudzeń, choć z doświadczenia wiedziałem, że nauka nie zawsze chroni człowieka od chciwości.
— E, niema to jak nauka-powtarzał sobie Franciszek. Żeby ta nie wiedzieć co, to muszę mego chłopaka wykierować na takiego uczonego..
Długi czas potem nie miałem sposobności wdawać się w pogawędkę z Franciszkiem, bo i jakoś byłem zajęty i on także nie bardzo rozmowny. Zato obsługa szła lepiej, wszystko było na czas zrobione, posprzątane i co mnie zdziwiło nie mało: przy okurzaniu książek, nie otwierał ich wcale, jak to miał w zwyczaju, tylko oczyścił i obojętnie stawiał na swejem miejscu. Ta niezwykła zmiana zastanowiła mnie i aż zagadnąłem go raz o to.
— Coś Franciszek teraz nie taki skwapliwy do książek-rzekłem.
Machnął obojętnie ręką i odpowiedział:
— E, na co się to zdało. Ao to ta wszystko prawda. co w nich piszą.
— No, cóż się stało?
— To, że, panie, teraz i książkom niema co wierzyć.- Ano piszą, że im człowiek więcej wie, to lepszy. A to nie prawda.
— Po czemże się Franciszek przekonał?
— A po tym uczonym, com go obsługiwał.
— To go już Franciszek nie obsługuje więcej?
— A niech mnie Bóg broni, żebym ja miał u takiego człowieka służyć. To, panie, strasznie zły człowiek. Dowiedziałem się na niego różnych brzydkich kawałków. Nie chciałem ta wszystkiemu wierzyć, bo to nie trzeba panu mówić: ludziska często więcej plotą, jak jest; ale com zobaczył na własne oczy, to temu wierzyć muszę.
— No, cóż Franciszek takiego zobaczył?
— Bodajbym był lepiej na to nie patrzył. Żeby pan był widział, jak on ojca przyjął, to, panie, serce się krajało z żalu. Prawda, że ojciec prosty chłop, ale cóż z tego przecież to zawsze ojciec, a on go, panie, przyjął jakby służącego jakiego. Żebym.wiedział, że się z mojego kiedy takiej pociechy doczekam, tobym mu dziś łeb ukręcił, jak, Boga kocham. Bo to, panie, okropa. O! — zawołał podnosząc rękę do góry - niech mnie Bóg broni, żeby on był uczonym, niech sobie będzie lepiej prostym a poczciwym człowiekiem, to wolę..
Napróżno tłumaczyłem mu, że z wyjątków nie można sądzić o wszystkich, że nauka nie wysusza przecież serca, ale go właśnie kształci. Franciszek uparcie wracał do swego przykładu i powtarzał:
— Gdyby nauka mogła zrobić z człowieka co dobrego, to ten, panie, musiałby być aniołem na to, co umiał. Ale to nie jest prawdą, o nie!
W parę lat potem Franciszek dostał służbę na wsi. Kiedy przyszedł pożegnać się ze mną, zagadnąłem go o chłopca:
— Cóż nie przyślesz go do szkół?
— O! nie, panie. Niech się poduczy trochę czytać i pisać, żeby się ludzie z niego nie śmiali, ale. uczonym nie będzie, jak mi Bóg miły.
Nie miałem sposobności przekonać się, czy Franciszek dotrzymał słowa; ale to pewna, że jeżeli dotrzymał, to nie jego wina, — tylko tego, co zburzył w nim tę bałwochwalczą wiarę w książki.


VI.
Romans wyrobnika.

Naprzeciw moich okien wzniesiono rusztowanie około kamienicy, którą miano restaurować. Restauracya, jak się dowiedziałem, miała potrwać przynajmniéj dwa miesiące. Ta wiadomość, przyznam się, nabawiła mnie niemało strachu. Być skazanym przez dwa najpiękniejsze miesiące: maj i czerwiec, które nawet w mieście mają swoje powaby, na połykanie kurzu, zamiast róż wąchać wapno, zamiast słowików słuchać stukania młotków i hałasów mularzy, nie widzieć przez cały dzień nic prócz cegieł i rumowiska, — to nie była wcale przyjemna rzecz dla człowieka, spragnionego świeżego powietrza i spokoju. Dodać do tego trzeba, że byłem chory na nogę, — a więc nie mogłem nawet ruszyć się z domu, — można sobie więc wyobrazić, co mi się działo, gdym pomyślał, że aż do czasu wyjazdu w góry trzeba się będzie dusić w zamkniętym pokoju.
Rzeczywistość jednak pokazała się o wiele znośniejszą, niż sądziłem. Młotki nie stukały tak głośno, żeby aż wytrzymać nie można było; mularze sprawiali się dość spokojnie na rusztowaniu, rumowisko niezawsze się sypało; można było często, szczególniéj rano i wieczór, okna otworzyć, a nawet ten ruch fabryczny na ulicy, tak mało ożywionéj, stał się pewną rozrywką dla mnie, w chwilach wolnych od pracy. Siadywałem często w oknie i przypatrywałem się pracującym, przysłuchiwałem się ich rozmowom i wesołym żartom, jakiemi uprzyjemniali sobie robotę wśród skwaru słonecznego, który bronzował ich twarze i czoła potem oblewał.
Zawieszona w górze ponad ulicą tą gromadka robotników, niby ptaki w gniazdach, przedstawiała mi się jako osobna kolonij a, której życie zacząłem obserwować najprzód z ciekawością i zajęciem naturalisty, a później z pewnem współczuciem. Cieszyło mię naprzykład, kiedy chmura zasłoniła ich nieco przed palącemi promieniami słońca, albo majowy deszczyk ochłodził ich i opłukał trochę z kurzu, jak znowu przykro mi było, gdy którego z nich brakowało na rusztowaniu, a z rozmów dowiedziałem się, że poszedł do szpitala, lub pije na potęgę. Znałem ich bowiem prawie wszystkich z twarzy, - a z tego, jak na siebie wołali, wiedziałem ich imiona i przezwiska: Wiedziałem już, że ten z długą twarzą ospowatą-to Wojtek Mańkut, a tamten w czerwonej kamizelce-to Jędrek Kula, -a ów z faworytami, wyglądający na wojskowego, to Mateusz Fajka, okrutny siłacz i kłótnik. Wiedziałem-który z nich podmajstrzy, który czeladnik, a który tylko prosty najemnik do podawania cegieł i noszenia wapna. Nawet kobiety rozróżniałem po kolorze chustek, spódnic, lub włosów; bo zresztą były prawie podobne do siebie, jednakowo brzydkie, jednakowo opalone i jednakowo brudne. Ozasem trafiała się między niemi jakaś twarz świeższa, młodsza, ale po kilku dniach znikała znowu..
Szkoda, że w literaturze nie przyjął się jeszcze zwyczaj pisania monografij pojedyńczych rzemiosł, tak jak naprzykład pisze się monografiję mrówek, pszczół, chrząszczy, lub wróbla; bo mógłbym, w skutek obserwacyi z mojego okna, napisać niezłą monograflję mularzy: jak. żyją, czem się żywią, jak się lubią i czubią — i zyskałbym tanim kosztem patent na uczonego badacza. Miałem bowiem sposobność badać ten rodzaj stworzeń z najdrobniejszemi szczegółami w najrozmaitszych porach dnia, począwszy od rannego zmierzchu, kiedy z twarzami przybladłemi od niewyspania i chłodu schodzą się pojednemu na rusztowanie, odmawiając pacierze półgłosem i trzymając pod pachą zawiniątka z narzędziami, kawałkiem chleba na śniadanie i paczką tytoniu do żucia, aż do siódmej godziny wieczór, w której, równo z uderzeniem zegara na wieży, odzywają się na różnych piętrach rusztowania głosy niby muezimów, ogłaszające koniec roboty. Chwila ta najpożądańszą bywa w sobotę, bo wtedy właśnie przypada wypłata. na którą czeka niecierpliwie szynkarz, co przez cały tydzień borgował, i żona, która radaby, aby jak najwięcej z tych pieniędzy dostało się na domowe potrzeby. Te kobieciny, które, zarzuciwszy naprędce chustkę na ramiona, przybyły czuwać nad mężami, reprezentują tutaj dobrych aniołów, odwodzących grzeszników od szatańskich pokus anyżówki. Walka złych i dobrych duchów odbywa się wśród przekleństw i złorzeczeń z jednej, a lamentów i prośb z drugiej strony. Często dobry anioł odchodzi z twarzą podbitą i chustką potarganą do domu; nieraz zdarzy się, że taki anioł sam ulegnie pokusie złego ducha i wraca z mężem dopiero o północy do domu, do barłogu, na którym wrzeszczą głodne i obdarte dzieciaki.Pełno tu w czasie takiej wypłaty tragikomicznych scen, ciekawych dyalogów i wstrętnych nieraz epizodów.
Najpiękniejszą może chwilą w całym dniu takiego mularza jest południe, między godziną jedenastą a pierwszą, kiedy na schodzącego z rusztowania czeka gdzieś opodal w cieniu żona z obiadem. Uznojony pracą, zakurzony czerwonym pyłem cegły, usiada obok niej pod murem, rzuca na bok czapkę pobieloną wapnem i przeżegnawszy się-bierze łyżkę do ręki; a żona, dobywając garnuszki z koszyczka, bawi go podczas jedzenia opowiadaniem. co słychać w domu: „że Jędrzej, z którym mieszkają w jednej izbie, spił się jak nieboskie stworzenie, pobił swoję babę,“ „że urzędniczka z przeciwka przysłała, aby przyszedł do niej do wymiatania pieca,“ „że Maciuś (ich syn) dostał w ochronce od dobrodziejki obrazek, a jej trafiło się od jutra pranie u jednego kapitana.“ Niejedna żona, razem z koszyczkiem, przyniesie na ręku tłustego dzieciaka i położy go na chustce obok ojca. Ojciec zagryza z apetytem wątrobę, a oczy mu się śmieją do dziecka, co rączkami i nóżkami przebiera w powietrzu, jak chrabąszcz na wznak położony i paple jakieś niezrozumiałe słowa, w których matka najwyraźniej słyszy: mama, tata. Bywa także, że małżeństwo przy jadle się pokłóci, że mąż mruczy, iż mleko w zacierce przydymione, a ziemniaki źle omaszczone, ale to się rzadko zdarza; bo wygłodzony żołądek nie wybredny, a praca wyrabia wilczy apetyt. Niejednemu córka, pół dziecko, pół dziewczyna, przyniesie obiad, bo matka pierze, albo w szpitalu leży. A taki, co nie ma ani żony, ani córki, ani bodaj kochanki, któraby pamiętała o nim, a chce się posilić czemś więcej, jak kawałkiem chleba i słoniną, wali prosto na“ Szczepański plac, gdzie pod studnią, za kilka kraj carów, opasła faryniarka nakładzie mu na glinianą miskę barszczu z ziemniakami, kaszy jaglanej ze skwareczkami, albo i flaków - specyał nielada! Potem kieliszek anyżówki, potem trzy „Zdrowaś“ na „Anioł pański“ i drzemka pod murem na kamieniach, której by mu niejeden bogacz, przewalający się bezsennie po miękkich otomankach, pozazdrościł.
Ale, jak widzę, ja zaczynam na dobre pisać wam monografiję tego mizernego stworzenia, co w lecie spina się po rusztowaniach, zarabia po dwa złote dziennie, upija się raz na tydzień, a w zimie liże łapę z głodu, jak niedźwiedź, i śpi bezczynnie. Dalibóg nie miałem tego zamiaru, chciałem wam tylko dać mały obrazek z życia tych ludzi, do którego to, co się tu mimo woli napisało, niech będzie tłem.
Było to jakoś w miesiąc po rozpoczęciu robót mularskich; siedziałem jednego dnia przy biurku, zajęty wykończeniem powieści, gdy naraz na ulicy rozległ się łoskot wraz z przeraźliwym krzykiem. Pobiegłem cotchu do okna.Tuman „kurzawy kłębami wzbijał się do góry; wśród kurzawy dojrzałem na ziemi połowę rusztowania, spadłą z dolnego piętra, a pod deskami nogi jednego z robotników, który jękiem dawał znać, że żyje jeszcze. Robotnicy na innych piętrach, znieruchomieni w pierwszej chwili, teraz zewsząd zbiegać zaczęli na miejsce wypadku-i zabrali się do wydobycia jęczącego z pod desek. Pokazało się, że to był Walek Furda — wyrobnik, który pracował przy mularzach i nosił cegły. Właśnie, gdy szedł w górę ze świeżym transportem, rusztowanie, nie dość widać mocno przybite, zawaliło się pod nim i wraz z cegłami spadł na ziemię.Walek Furda, było to popychadło przy fabryce, na którem utknął kto chciał, bo był i zagłupi i zadobry, żeby się odcinał, lub bronił, choć pięści miał potemu. Podmajstrzy jeździł po nim przy lada okazyi, inni mularze pokpiwali sobie z niego, nawet małe chłopcy, co windowali wapno, lub biegali na posyłki, pozwalali sobie żartować z głupiego Walka. Mnie samego gniewało nieraz, jak te malcy znęcały się nad nim to wydrzeźniając się, to skubiąc go ze wszystkich stron. Każdego z nich mógłby był zgnieść w ogromnych łapach swoich, jeden ruch jego był dostateczny na usunięcie napastników, ale on nie kwapił się do tego, uśmiechał się tylko dobrodusznie, głupkowato, kontent widocznie, że się nim, tak zajmują — i ledwie czasem, kiedy mu już zawiele było natręctwa malców, lub mu przeszkadzali w robocie, oganiał się od nich, jak od much, leniwem poruszeniem ręki, albo powiedział z flegmą: Idźże, idź, racolu[1], bo dostanies.
Jest w naturze ludzi, że lubią pochyłe drzewa, na które wyłazić mogą: korzymy się przed wielkością dlatego tylko, że musimy; biada wielkościom upadłym, każdy mści się z upodobaniem na nich za chwilę przymusowego uwielbienia. Walek nie imponował nikomu, to też go wszyscy lubili i na wiadomość, że spadł z rusztowania, zbiegli się wszyscy. Mężczyzni zajęli się uprzątaniem desek i cegieł, które go przywaliły, a kobiety, nie mając na razie nic lepszego do roboty, lamentowały głośno. Przybiegł i budowniczy, gdy mu znać dano o wypadku. Szło mu nie tyle o Walka, co o siebie. Bał się procesu z powodu braku ostrożności. Niedawno na Kleparzu, przy budowie domu urwał się gzems, i zabił dwoje ludzi-i prowadzącemu budowę wytoczono w skutek tego proces kryminalny. I jemu groziło coś podobnego w razie śmierci robotnika. Na jego szczęście pokazało się, po wydobyciu Walka z pod desek, że oprócz mocnego potłuczenia prawej ręki i prawej nogi i otarcia czoła do krwi, nic mu się więcej nie stało. Budowniczy, nie mogąc mu darować tego, że mu chwilowo tyle strachu napędził, zbeształ jeszcze w dodatku biedaka, że tyle hałasu narobił niepotrzebnie i przerywa ludziom robotę, zapędził mularzy napowrót na rusztowania, a sam, dla zrestaurowania się po chwilowej emocyi, poszedł do handelku Fuchsa na śniadanie.
Walek został sam. Próbował podnieść się, ale silny ból w nodze i stłuczona ręka nie pozwalały na to. Jakaś robotnica, idąc z cegłami na rusztowania, spostrzegła te jego daremne usiłowania i podeszła ku niemu.
— Chcesz wstać?-spytała, przypatrując mu się, jak się gramolił, chwytając się zdrową ręką słupa.
— Juści.
— Czekaj.
Postawiła brzemięczko z cegłami na kamieniu, zbliżyła się ku niemu i pomagała podnieść się z ziemi. Walek parę razy stęknął z bólu, próbując postąpić.
— Oj oj oj.
— Boli cię?
— Straśnie.
Zaprowadziła go do poblizkiego kamienia i posadziła go na nim.
— Gdzież cię boli?
Pokazał ręką na kolano. Noga w tem miejscu poczerniała, jak żelazo.
— Możeby wody przyłożyć — radziła.
— Wikta, dawaj cegły!-zawołał podmajstrzy z góry.
Dziewczyna nie dokończyła mówić, chwyciła brzemiączko i pobiegła na górę.
W dobre półgodziny dopiero wróciła, niosąc garnek z wodą. Siadła przy Walku na ziemi, z niebieskiej spódnicy, poczerwienionej pyłem cegły, niby chromolitograficzny obrazek, urwała kawałek, zmaczała w wodzie i obwiązała tem kolano potłuczone.
— Naści, omyj się, boś zmurdzany, jak nieszczęście.
Posłuszny, jak dziecko, zmaczał lewą rękę kilka razy w wodzie i przejechał nią po twarzy zakurzonej i zakrwawionem czole.
W tej chwili na rusztowaniach obwoływano jedenastę.
— Czy ci przynoszą obiad? — spytała.
Wikta dopiero drugi dzień robiła przy tej fabryce, -nie wiedziała, że Walek był kawaler i stosował się pod słońcem na Szczepańskim placu.
— Eh, ja to niekoniecznie dziś o obiad stoję — odrzekł Walek, odsapnąwszy po otarciu twarzy. — Wolałbym kieliszek wódki, a potem się położę - bo z roboty dziś kwita.Nie dałbym rady.
— A czy zajdziesz sam? Podniósł się na próbę.
— E, kiepsko.
— Daleko mieszkasz? — Gdzie się trafi.
— Czekaj — poradzimy jakoś.
Poszła pod rusztowanie, wyszukała kawałek kija, czy też deski odłupanej i podała mu. — Z pomocą tej podpory i Wikty, zawlókł się do poblizkiego szynku. Dla tych, co nie mają własnego schronienia, szynk jest jedynem schronieniem.
Tam wychylił półkwaterek dla pokrzepienia się - i Wiktę poczęstował kieliszkiem rosolisu, słodkiej wódki; przekąsili parę jaj na twardo, a potem zaprowadziła chorego do jego domu.-A mieszkał w wiklinie nad Rudawą, tuż przy błoniach miejskich.-Sypiał na szmaragdach-jak poeci nazywają zwykle trawę, -mętna Rudawa była jego toaletą, lustrem i umywalnią.
Odtąd chodzili razem na robotę, razem do szynku, a czasem i do kościoła, na Smoleńsk.
Spotkałem ich raz w parę tygodni, po owem spadnięciu z rusztowania, właśnie na przejściu ze Smoleńska na Błonia. On miał koszulę wypraną, szpencer połatany starannie różnokolorowemi kawałkami perkalików i spodnie pocerowane grubemi nićmi.-Znać było na jego odzieży troskliwą rękę Wikty. Ona szła parę kroków za nim, skubiąc ustami dla zabawki gałązkę wikliny. Ubrana była w tę, samę niebieską spódniczkę, z której wyszarpała kawałek na ranę Walka, — ale opłukaną z kurzu i załataną, a czarne włosy były tak starannie przygładzone, że wyglądały z pod chustki jak dwa lśniące pióra krucze.
Przyszła mi ochota I zagadać do nich, bo już dawno nie widziałem ich na fabryce. Przystanąłem więc i zawołałem: Walek?
Obejrzał się, a zobaczywszy twarz obcą, spojrzał ogłupiałym wzrokiem na mnie, a potem na Wiktę, jakby się jej pytał: zkąd znać go mogę?
— Wszak ty robiłeś przy ulicy Pijarskiej? — spytałem, zbliżając się do niego,
— No — odrzekł potakując — ale teraz robię na Długiej.
— A czemuż?
Zawahał się w odpowiedzi i poskrobał po głowie. Wikta rezulutniejsza wyręczyła go i rzekła:
— Ano, wyprał podmajstrzego i bez to już my tam nie są.
— Wybiłeś podmajstrzego?-spytałem zdziwiony, zkąd ociężałemu i łagodnemu Walkowi wzięło się na taką odwagę i pasyę, że się ośmielił podnieść rękę aż na podmajstrzego.
— To mógł dać pokój Wikcie.
— A cóż on jej zrobił?
— Powiedział jej: ty góralu! — zaco on jej to ma gadać, kie] nieprawda. To też dziewucha mu się odcięła, a on do niej z kielnią-o! jeszcze ma znak na czole, jak ją zdzielił. — Ale i on dostał za swojej odsiedziałem za to w hareście, niech taj ale co mnie popamięta, to popamięta.
— Więc to o Wiktę poszło?
— No.
— Toście się może już pobrali?
— E, kaj-ta by nas było stać na żeniaczkę. To dużo kosztuje.
Tą odpowiedzią zagwoździł wszystkie morały, jakie miałem w pogotowiu. Pokazało się, że byli zabiedni, aby sobie pozwolić tak kosztownej rzeczy, jak ślub i wesele, — a że nie mogłem zabawić się w filantropa, wiec schowałem swoje morały w kieszeń.
— Pan może stawia dom? — spytał mnie Walek, chcąc wymacać powód, dla którego ich zatrzymałem. Pytanie to było może większą jeszcze ironią. niż moje o jego żeniaczkę, Walek, nie wiedząc nawet o tem, odciął mi się okropnie i odpłacił sowicie.-Zażenowałem się i odrzekłem skromnie:
— Nie, mój przyjacielu, — i poszedłem dalej jak zmyty. Odchodząc, dosłyszałem jeszcze jak Walek pytał się Wikty:
— Czego on chciał od nas?
— No, nie słyszałeś? — chciał, żebyś się żenił ze mną
Zręczna Wikta umiała zaraz skorzystać z sytuacyi — obróciła wodę na swój młyn i nie bezskutecznie, jak się później miałem sposobność przekonać.
Było to jakoś w cztery miesiące potem. Szedłem na spacer w stronę Wisły pod zamek; potrzebowałem odetchnąć świeższem powietrzem, bom był nieco zgryziony tego dnia. Najprzód z rana służący przy sprzątaniu zrzucił na ziemię alabastrowego amorka i utrącił mu nosek i rękę; potem w kawiarni przeczytałem recenzyę o ostatniej mojej komedyi, za którą mnie zrąbano bez litości; w końcu, na dodatek do tych przyjemności, zgubiłem dewizkę od zegarka. — To wystarczało aż nadto, aby się człowiek mógł uczuć nieszczęśliwym.
Szedłem tedy ze zwieszoną głową, zamyślony mocno, gdy nieznacznie, pomiędzy moje smutne myśli, zaczęły wciskać się pojedyńcze słowa rozmowy dwóch osób, które szły zamną. Z początku obijały się tylko o moje uszy, później zaczepiały o moję uwagę, zajmując ją coraz więcej. Głos jeden był żeński, drugi męzki - i wnosząc ze stylu, w jakim była prowadzona rozmowa, oba należały do niższe] klasy.
— I czy to prawda, żeś się ożenił?-pytała ona.
— A prawda. Będzie już bezmała kwartał na Wszystkich świętych; nie było mi to jakoś poręczne, moja Walentowa, bo nie trzeba wam mówić-grosz grosza goni, a: tu trzeba było przecie i księdza zapłacić i ludziskom choć te głupie kilka kwart wódki postawić. — Ale una, jak wziena domawiać, — takiem się powiadam wam zapożyczył parę ryńskich u żyda-no i sprawiło się weselisko. I nie żałuję tego, jak was kocham i nie żałuję, bo od tego czasu wiedzie nam się, powiadam wam, aż miło. Żydzisko widać miało szczęśliwom rękę, co nam tych parę ryńskich wygodziło. Zarazem się, panie, dostał po weselu na parobka do piekarza na Kazimierzu, a jej się także trafiła służba na Podgórzy — i żyjemy se jak się patrzy. Widzicie, ja się ano pary butów dorobiłem, a una kupiła se na licytacyi dwie poduszki. Ma człowiek, dziękować Bogu, co zjeść, żeby tylko Pan Jezus zdrowie dał, toby już chyba nie życzyć sobie większego szczęścia.
Obejrzałem się, chcąc zobaczyć tego człowieka, którego para butów i dwie poduszki szczęśliwym uczyniły, i ze zdziwieniem poznałem w nim Walka Furdę. Miał jeszcze na sobie ten sam szpencer łatany i czapkę z urwanym daszkiem, tylko na nogach, przyzwyczajonych tyle lat chodzić boso, czerniły się teraz duże, niezgrabne buty, -te buty, które go tak szczęśliwym uczyniły.
On mnie nie poznał, nie przyszło mu pewnie na myśl, że to ja pierwszy podszepnąłem im myśl o małżeństwie, co Wikta tak skwapliwie podjęła-i tak domawiała-jak mówił Walek — aż postawiła na swojem. I poszedł sobie dalej, dźwigając ciężki kosz z bułkami na plecach, rozpowiadając Walentowéj o swojém szczęściu.
Dzięki temu przypadkowemu spotkaniu Walka, wróciłem do domu weselszy i nieszczęścia moje zmalały mi jakoś do tak mikroskopijnych rozmiarów, że dziwiłem się, iż mnie tak obejść mogły. Odtąd, ile razy wśród rozmaitych przykrych chwil w życiu spojrzałem przypadkiem na swoje buty, zaraz przychodził mi na myśl zadowolniony Walek — i nie miałem odwagi nazwać się nieszczęśliwym.


VII.
Niespodzianka Filipka.

Miałem kolegę — nazwę go tu Filipem, choć inne nosił imię. Chłopak był niesłychanéj poczciwości i dobrego serca, ale tępego umysłu. Nauka nie szła mu do głowy a raczéj szła mu tak jakoś leniwo, że zwykle do przebycia każdéj klasy dwóch lat potrzebował; do książki wziął się dość późno, bo ojciec jego, płóciennik, dopiero dorobiwszy się znacznej fortunki, zaczął syna posyłać do szkoły, nie dlatego, żeby uznawał potrzebę nauki, jeno, że sąsiad jego z drugiego kramu to samo zrobił, a on nie chciał w niczém być gorszym od niego. Otoż stało się, że Filipcio od najstarszych kolegów swoich był blizko o dziesięć lat starszy i miał już spory wąs, gdy niejeden z nas w samo południe, przy najsilniéjszém oświetleniu słoneczném, nawet meszka pod nosem dopatrzeć nie mógł.
Mimo tych wąsów i dużego wzrostu, Filipcio nie imponował żadnemu w klasie; bo był za dobry, aby chciał dać uczuć swoję przewagę fizyczną, a umysłowo był tak mało rozwinięty, tak mało bystry, że był z tego powodu nieraz przedmiotem żartów kolegów i profesorów. Nie tyle była to zakuta głowa, jak raczéj ciasny był przystęp do niéj — coś w rodzaju przełyku wieloryba, a co się tam dostało, to trawił powoli i układał sobie w mózgu z systematycznością, do której się w kramie swego ojca przyzwyczaił. Przyzwyczajony od dziecka do praktyczności, nie zadawalniał się wyuczeniem tego lub owego przedmiotu, ale chciał zaraz wiedzieć: naco się tego uczy, doczego mu się to potem przydać może, jaki to ma związek z tem, co się poprzednio nauczył. Pytaniami takiemi męczył kolegów i profesorów.Śmiano się nieraz z tych zapytali, żartowano sobie z Filipa i nazywano go z tego powodu Filipem z konopi; ale Filipek nie czułym się zdawał na te pociski dowcipów koleżeńskich i nie dał się niemi zbić z toru. Filipek brał to, co mu dali, za dobrą monetę, ale w domu obejrzał tę monetę na wszystkie strony, zbadał z dokładnością jej wartość i potem odnosił ją właścicielowi, mówiąc z największą flegmą:
— Ty — wiesz ty, że to, coś mi wtedy a wtedy mówił, to mi się nie zdaje, bo... — tu następował szereg argumentów, które sobie mozolnie powyszukiwał był w domu i systematycznie poukładał.
Najczęściej ofiarą tych zapytań był Jaś Maksymek, który z nim razem mieszkał. Maksymek był dla niego powagą naukową, którą rzadko ośmielał się kontrolować; imponował Filipkowi masą wiadomości, rzutnością myśli, której jemu właśnie tak brakowało, i stanowczością, z jaką wygłaszał sądy swoje o wszystkiem.
Właściwie Maksymek nie był wcale tak genialnym, jak się Filipkowi zdawało; wiedział wprawdzie dużo, ale bardzo powierzchownie; wszystkiego pomacał po łebkach, jak to powiadają, ale że był zręczny, więc umiał wiadomości, pochwytane z książek i życia, dobrze sprzedać. Umysł jego był rodzajem sklepiku norymberskiego. w którym wszystkiego było po odrobinie, z próbek tych umiał urządzić elegancką wystawę, otoczył ją szumnemi napisami, -więc z pozoru sklepik wyglądał na wielki handel z obfitemi zapasami; nie tylko kolegów, ale i profesorów umiał tem kuglarstwem w błąd wprowadzić. Nie należał wprawdzie do celujących Uczniów, ale uchodził za bardzo zdolnego.
Rozumie się, że Maksymek nie z czystej przyjaźni dla Filipka pozwalał mu korzystać ze swoich encyklopedycznych wiadomości, kazał sobie nieźle za to płacić w formie najróżnorodniejszych przyjacielskich przysług. Filipek dostawał z domu wcale pańskie utrzymanie. W czasie, kiedy z nim kolegowałem, ojciec jego zwinął był już swój handel płótna, kupił wieś i delektował się tytułem obywatela wiejskiego. Chciał, żeby syn odpowiednie do tej pozycyi prowadził życie i nie żałował mu pieniędzy. Skromny jednak w potrzebach swoich, syn, nie umiałby korzystać z hojności ojca, gdyby Maksymek nie był mu ile możności w tem pomagał. Eksploatował on kieszeń poczciwego Filipka z taką powagą i godnością, jakby mu tem łaskę jaką wyświadczał.Filipek wyglądał przy nim na jego kasyera; pozwalał mu płacić za mieszkanie, które wspólnie zajmowali; robił mu tę grzeczność, ze stołował się z nim razem, rozumie się, że nie na swój koszt; używał jego książek, papieru, czasem nawet i zegarka; pożyczał sobie jego bucików, sukien, bielizny, krawatów, dając mu tem największy dowód swojej przyjaźni i życzliwości.
— Co moje, to twoje — mawiał nieraz Filipkowi — ja inaczej przyjaźni nie rozumiem. Filipek cieszył się tym dowodem zaufania swego przyjaciela, lubo byłby w niemałym kłopocie, gdyby mu przyszła kiedy ochota zastosować w praktyce sentencyę Maksymka do tego, co on nazywał „swojem;“ bo ruchomości Maksymka były ziemskiemu oku niedostępne; w spółce przyjacielskiej reprezentował on kapitał duchowy i nie zaniedbywał przy każdej okoliczności wpajać w Filipka to przekonanie, że powinien się czuć bardzo szczęśliwym, mając takiego przyjaciela, od którego tyle korzystać może, Choć młodszy o kilka lat od Filipka, traktował go z góry, jak nauczyciel ucznia, a nie kolega kolegę i był nawet po części jego nauczycielem; bo odrabiał z nim zwykle lekcye, mniej więcej godzinę dziennie, całkiem bez pretensyi. Nie chciał przyjąć nigdy żadnego wynagrodzenia, pomimo usilnych próśb Filipa; jedynie, gdy mu wypadło jaki dług zapłacić, lub sprawuneczek jaki zrobić, pozwalał sobie korzystać z grzeczności przyjaciela i tytułem pożyczki, którą miał spłacić, skoro tylko najbliższe pieniądze nadejdą, brał od niego po kilka, kilkanaście reńskich.Wypadki takie dość często się zdarzały, a najbliższe pieniądze, W skutek jakichś nadzwyczajnych przeszkód, nie mogły go dojść jakoś.
Taki był stosunek tych dwóch kolegów moich w czasie, kiedy Filipek niespodziewanie otrzymał jednego dnia telegram, wzywający go natychmiast do domu na wieś. Wrócił dopiero po tygodniu; był blady i zmieniony, a u klapy tużurka bieliła się żałobna tasiemka. Dowiedzieliśmy się potem, ze mu umarła matka. Musiał, ją kochać, bo był bardzo smutny i zamyślony, mało się do kogo odzywał i nawet Maksymka nie pytał o nic.
Maksymek takie poddawanie się smutkowi nazwał mazgajstwem, babską naturą i beształ o to nieraz przyjaciela.Był to jedyny rodzaj pocieszenia, na jaki się mógł zdobyć; a widząc, ze to nie pomaga, zamilkł pogardliwie i przestał zważać na smutek Filipka.
Tak było parę tygodni.
Jednego dnia zaszedłem do nich w odwiedziny. Było to o szarej godzinie, w której człowiek skłonniejszy jest do dumań, niż do gawędki. To tez po krótkiej rozmowie umilkliśmy. Maksymek chodził po pokoju, paląc papierosa, Filipek siedział w kącie zapatrzony w okno. Światło latarni gazowej z ulicy odbijało się na suficie, zresztą ciemno już było zupełnie. Naraz Filipek poruszył się na krześle, zwrócił się do nas i spytał:
— Czy wy wierzycie w nieśmiertelność? Pytanie to było widocznie wynikiem całego szeregu myśli, które go przez czas tak długiego milczenia zajmowały. Nie mógł zapewne dać sobie z niemi rady i wezwał naszej pomocy. Na razie nie zdobyłem się na odpowiedź, wyręczył mnie Maksymek. Zatrzymał się przed Filipkiem i z miną profesora z katedry odezwał się:
— Nic nie ginie w świecie, atomy zmieniają tylko wzajemny stosunek do siebie, ale trwają wciąż nieśmiertelne!
Maksymek myśli tych zapożyczył’ sobie świeżo z Büchnera, którego „Siła i materya“ kursowały właśnie wtedy między młodzieżą. Filipek nie czytał jeszcze tej książki i naiwnie odpowiedział:
— Kiedy ja nie o takiej nieśmiertelności myślę. Ja mówię o nieśmiertelności duszy.
Maksymek parsknął pogardliwym śmiechem.
— Duszy? A wiesz ty, co to jest to, co ty nazywasz duszą?
— No — to, co we mnie czuje, myśli, działa....
— Spytaj się anatoma, co w tobie czuje — nerwy: wypróję ci nerw i przestaniesz nim odczuwać; maleńka drzazga z czaszki, lub kilka kropel krwi więcej dostanie się do twego mózgu i już po twojem myśleniu!
— A dlaczegoż tylu ludzi wierzy w nieśmiertelność?zapytał Filipek, broniąc rozpaczliwie nieśmiertelności, jak ptak piskląt swoich przed jastrzębiem; głos jego miał taki sam ton wystraszony.
— Dlaczego? bo egoizm nie pozwolił człowieki przystać na to, aby drzewo, które on sadzi, przeżyło go, aby kruk żył dłużej, niż on, — pan stworzenia, za jakiego się miał dotąd. Egoizm stworzył nieśmiertelność!
Wypowiedziawszy to ważne zdanie z powagą, puścił się znowu na przechadzkę po pokoju, — tylko kroki jego były szersze, silniejsze, stosował je do słów, które wygłosił. Filipek zamilkł, przybity ostatniem zdaniem. Niezadługo jednak odezwał się z swego kącika:
— A widzisz, to nie prawda, coś powiedział — o! nie prawda. Gdyby szło o mnie samego, to jabym sobie z tego:nie robił wiele, czy tam po śmierci będę żyć, czy nie.Ale trudno mi uwierzyć, ze nie zobaczę się już więcej z matką moją. Więc, jeżeli powiadasz, że nieśmiertelność stworzyli sobie ludzie — to nie egoizm ją stworzył, ot nie, tylko miłość.
— Mniejsza o to, co ją stworzyło, -odrzekł Maksymek, niekontent z tego, że Filipek ośmielił się poprawiać go,— w każdym razie jest to tylko utwór fantazyi, złudzenie — i nic więcej.
— Więc nacóż my żyjemy? — spytał żałosnym tonem Filipek.
— Śmiesznyś — naco? Nacóż żyje ptak, koń, robak — miljony miljonów stworzeń, których dojrzeć nie możemy? Prawo natury. Jest bo jest.
— A potem nie będzie — i nic po nas nie zostanie?
— Jakto nie zostanie? Zostanie to, co zrobisz — twoje czyny przeżyją ciebie-i to twoja nieśmiertelność.
— Czyny? — powtórzył z zastanowieniem Filipek. Takto by mogło być — zawsze to już jest cóś. Przynajmniej się wie, dlaczego się robi. Im więcej się pracuje, tem więcej po nas zostanie — tem większe prawo do nieśmiertelności. Tak, jest w tem dużo racyi.
Zdanie to utkwiło gwoździem w jego głowie, około tego, jak motyl na szpilce obracały się tego wieczoru myśli jego.
Nazajutrz. zeszedłem się znowu na plantacyach z Filipkiem i Maksymkiem.
Przyłączył się do naszego towarzystwa jeden młody malarz i we czterech siedzieliśmy na ławce. Dzień był upalny, ale pod cienistemi kasztanami nie tyle czuć się dawał. Zegary miejskie odbiły trzecią. O tej porze plantacye są prawie puste; kilka piastunek z dziećmi bawiło się na trawniku i na poblizkich ławeczkach; od czasu do czasu jakaś pensya przeciągnęła parami z poważną madame na końcu, to znowu paru emerytów, przystających co kilka kroków wśród rozmowy, albo ulicznik jaki, gwiżdżąc co sił, szedł drobnym kroczkiem, upatrując pilnie po drodze i koło ławeczek niedopalonych cygar i papierosów. Malarz, dobry obserwator, robił trafne i nieraz dowcipne uwagi nad przechodzącymi, odgadywał z twarzy, ruchów, ubrania, charaktery i stan nieznanych osób; o tych, które znał, opowiadał nam ciekawe szczegóły, — a umiał opowiadać żywo, obrazowo, słowami malował na poczekaniu, to też bawiliśmy się nieźle, słuchając tylko.
Naraz zatrzymał się w opowiadaniu — wychylił głowę z pomiędzy nas i z zajęciem patrzył w głąb alei. Skierowaliśmy za nim nasze spojrzenia i ujrzeliśmy na chodniku, o kilkanaście kroków od nas, dwie jakieś panie, z których jedna siedziała na krześle ruchomem. które posuwała z tyłu y idąca dziewczyna, a druga szła obok i co chwila zbliżała się i nachylała do siedzącej — to poprawiając jej coś, to mówiąc do niej.
— Co pana tak zajęło?-spytał Maksymek.
— Zdaje mi się, że to moje sąsiadki. Tak — to one.
I machinalnym ruchem poprawił krawat i przesunął rękę po bujnych włosach.
— Dlaczegóż jednę wożą?
— Sparaliżowana.
— A ta druga, to pewnie jej panna służąca, coś w rodzaju garde — malade.
— Dlaczego pan tak sądzi?
— To przecież nie trudno poznać z jej ubioru. Różnica zbyt wielka, by nie można poznać, że jedna pani — a druga....
— Źleś się pan domyślił — to siostry.
— Siostry? — spytał Filipek z zadziwieniem.
— Tak i więcej jeszcze panom powiem, że ta, która ze skromnego ubioru wygląda na pannę służącą, utrzymuje od półtora roku siebie i siostrę z lekcyj muzyki.
— A to ciekawe — odezwał się znowu Filipek, zainteresowany widocznie.
— Ale dlaczegoż tak stroi swoję siostrę-spytał Maksymek — a sama....
— Pan nie rozumiesz tego, że kochając kogoś, myśli się o nim więcej, niż o sobie. A Józia kocha swoję siostrę uczuciem prawdziwie macierzyńskiem — dla niej tylko żyje.
— Więc te panienki nie mają już matki? — spytał z współczuciem Filipek.
— Ani matki, ani ojca. Ojciec umarł przed rokiem. Właśnie na. parę miesięcy przed jego śmiercią poznałem ich. Było to... później panom opowiem.
Przerwał opowiadanie, bo panienki były już blizko nas.Powstał i ukłonił się nie bez pewnego wzruszenia, co łatwo można było poznać po rumieńcu, jaki oblał w tej chwili twarz jego. Józia odkłoniła mu się uprzejmie, ale z powagą i spokojem, i wnet zwróciła „się ku siostrze, która całą jej uwagę zajmowała. Chora tylko oczy skierowała w stronę malarza, a spojrzenie to oznaczać miało ukłon, jak nam to niebawem malarz objaśnił. Bo te duże, błękitne oczy były jedynym tłumaczem jej myśli, jedyną drogą, przez którą dusza jej komunikowała się ze światem i dawała znać, że żyje; reszta ciała była bez ruchu, jak skamieniała. Oczy mówiły za usta, przez które ledwie niezrozumiałe jakieś przeciskało się jęczenie.
Minąwszy nas kilka kroków, te panie zatrzymały się około ławeczki.
— Tu chcesz? — spytała Józia.
Chora musiała oczyma dać potakującą odpowiedź, bo nie ruszono dalej.
— No uważajże tu, Magdziu, na panią — odezwała się Józia do służącej; ja idę. Teraz dopiero spostrzegłem, że miała zwitek pod pachą.
Chora spójrzała na nią błagalnie i coś bełkotała. Siostra zrozumiała i rzekła w odpowiedzi:
— Wrócę, wrócę prędko, jak tylko będę mogła najprędzej.
Rzuciła siostrze na pożegnanie spojrzenie takie, jakie matka rzuca dziecku, i poszła szybkim krokiem ku miastu, oglądając się jeszcze na chorą i przesyłając jej ręką pozdrowienia.
— Na lekcyę poszła-objaśniał nam malarz. Filipek zdawał się nie słyszeć tego — tak się zapatrzył mocno w stronę, w którą poszła nauczycielka, choć jej już nie było widać. Nie fortunnie wyglądał biedak z otwartą gębą i wyłupionemi oczyma. Nieszczęśliwym był pod tym względem, ze twarz jego, jak krzywe zwierciadło, karykaturowała objawy duszy.
— Filipku! — krzyknął mu nad uchem Maksymek i uderzył go śmiejąc się w ramię.
— Co?
— Coś się tak zagapił?
Filipek zarumienił się po uszy i zamiast odpowiadać — roześmiał się jałowo. Potem, zwracając się do malarza, rzekł nieśmiało.
— Pan miałeś nam opowiedzieć coś o tych panienkach.
— Jeżeli to panów zajmie.
— A prosimy, prosimy.
— Otóż będzie temu blizko dwa lata, jak przeprowadziłem się na Zwierzyniec za rogatkę do jednego z tych małych domków, co to, jak przedmiejskie dziewczęta w perkalikowych różnokolorowych sukienkach, idą szeregiem wzdłuż Wisły ku białemu klasztorowi. Miałem pokoik w trójkątnej facyatce na poddaszu o dwóch małych okienkach. Zaciasne to było na pracownię; to tez malowałem w szkole, a pokoik był tylko do spania, szkicowania pomysłów i do marzeń. Miejscowość usposabiała bardzo do marzeń: z okienek moich był szeroki widok na Wisłę, na zielone pola cieniowane kępami drzew i sine góry ubielone jeszcze śniegiem, bo było to dopiero w początkach wiosny. Myśl miała gdzie polecieć z ciasnego pokoiku, jak jaskółka z gniazda. Po mieszkaniu, jakie przedtem miałem przy ulicy Sławkowskiej, zkąd był tylko widok na połatane dachy i obdarte kominy-to, do któregom się teraz wprowadził, rajem mi się wydawało. Nie mogłem się dosyć nacieszyć temi. obszarami ziemi, zieleniejącej się coraz więcej, -tą Wisłą, co jak panorama przesuwała się powoli pod memi oknami, niosąc na sobie to kawałki błękitów, oprawione w białe obłoki, — to kłęby szarych chmur, — to tratwy, powiązane ze sobą, jak... — No i tam pan poznałeś te panie — zapytał niecierpliwy Filipek, którego nie bawił wcale ten poetyczny opis krajobrazu.
— Tak. Mieszkały na dole w tym samym domu. Ojciec ich był nauczycielem muzyki, młodsza siostra grała także na fortepianie-starsza śpiewała-cała rodzina była. muzykalna. Pamiętam pierwszego dnia, kiedym się wprowadził na nowe mieszkanie, był wieczór ciepły, majowy. Otworzyłem na rozcież oba okienka, by jaknajwięcej wpuścić do pokoiku powietrza i księżycowych promieni, i usiadłem przy oknie. Naraz, jakby na dopełnienie tych czarów przecudnej nocy, z okna na dole wypłynęły przytłumione tony skrzypców. Ktoś grał kołysankę, i to tak marząco, sennie, że zlewała się z ciszą nocy w harmonijną całość, tworząc akompaniament do szklannych uderzeń fali wiślanej o żwir na brzegu, do plusku wioseł rybackich, ’ które jak cienie przesuwały się po metalowej szybie wody, i do tego cichego szmeru drżących listeczków osiny...
Gdy ucichła kołysanka, ktoś w głębi pokoju zaklaskał flegmatycznie, miarowo i równocześnie odezwał się suchy głos:
— Brawo, brawo Edmundku, wybornie, koncertowo, z tym kawałkiem możesz śmiało stanąć na estradzie.
— A tobie jak się podobało?
— Mnie się nie pytaj — ty wiesz dobrze, że wszystko, co grasz, jest dla mnie arcydziełem. Nie umiałabym wydać sądu, wolę zachwycać się.
Ta rozmowa była prowadzona półgłosem, -ale, że rozmawiający stali przy oknie, więc każde słowo dochodziło mnie wyraźnie. Jeden był głos męzki, ten co pytał, a drugi dźwięczny, rzewny-był kobiecy.
— Któż był ten mężczyzna?-spytał Filipek, zainteresowany mocno opowiadaniem malarza.
— Narzeczony — jak się to później dowiedziałem.
— Więc ma narzeczonego ta panna?
— O której pannie pan mówisz?
— No, o tej-tej pannie Józefie-odrzekł Filipek, zmieszany trochę tem obcesowem zapytaniem.
— Nie, to był narzeczony jej siostry — Anieli.
— Tej tam.
— Tak. Zanim choroba pokrzywiła jej rysy, była to panienka wcale piękna, mam nawet jej główkę naszkicowaną w mojem albumie; pokażę ją panom kiedy, a przekonacie się, że wcale nie przesadzam.
Spojrzeliśmy mimowoli w stronę, gdzie siedziała chora i na twarzy jej, zesztywniałej jak gipsowa maska, szukaliśmy daremnie śladów owej piękności, o której malarz nam mówił. Twarz miała wyraz surowy, martwy, który był tem przykrzejszy przy wykwintnym ubiorze i żywych kolorach sukni.
Malarz mówił dalej:
— Miałem sposobność poznać bliże] te panie, bo ojciec ich, dowiedziawszy się, że jestem malarzem, przyszedł raz do mnie z propozycyą: czybym mu nie mógł odrestaurować starego portretu. Był to portret jakiegoś dawno zmarłego przyjaciela, któremu służąca podczas sprzątania szczotką wykłóła oko i zdrapała nos a do szarego płótna. Temu odrapanemu nosowi zawdzięczam wejście moje w dom starego muzykusa. Przy restaurowaniu portretu, miałem sposobność poznać stosunki tej rodziny. Muzyk był wdowcem od lat kilku; córki swoje kształcił do zawodu artystycznego.Aniela — starsza — miała wcale piękny głos i śpiewała nieźle; po niej jednak ojciec nie tyle sobie obiecywał, co po Józi, która objawiała wielkie zdolności muzykalne. Nie było to uprzedzenie ojca, bo obcy i bestronni sędziowie oddawali wielkie pochwały jej grze. Stary, przez dawne stosunki swoje i znajomości, wyrobił jej bezpłatne miejsce w konserwatoryum paryzkiem.Miała wyjechać już od paru miesięcy; ale zwlekano z dnia na dzień, - bo była duszą domu, zarządzała gospodarstwem, była potrzebną ojcu i siostrze. Dziwnie harmonijnie łączyła się w tej istocie en ergija męzka z czułością kobiecą, dusza artystyczna z praktycznością w codziennem życiu i wesołość z pewnym odcieniem poetycznej zadumy. Zato Aniela była uosobieniem natury marzącej, miękiej, wrażliwej niesłychanie, egzotyczna roślina, nerwowa i dlatego, choć starsza od Józi, potrzebowała jej pomocy, jak wiotki powój gałązki wikliny.
Było to, w całem tego słowa znaczeniu, poetyczne zjawisko, bujające myślą nad ziemią, a mające serce na wszystkich kończynach nerwów; a że była przytem piękna, nie tą zmysłową pięknością, co pociąga okrągłością i pełnością kształtów, a czerstwością cery, - ale ową, przez którą duch prześwietla-ruchy miała gracyi pełne i wdzięk w obejściu, więc niedziw, że jeden z uczniów jej ojca, młodzieniec z żywą wyobraźnią i artystycznemi dążnościami, zajął się nią. Był to właśnie ów Edmund. Poznałem go także osobiście. Powierzchowność jego była całkiem artystyczną, tak jak nam przedstawiają artystów. Wysoki, z długiemi włosami, bladą twarzą, wysokiem czołem, zamglonem spojrzeniem, -słowem, że gdyby na obstalunek kto chciał zrobić artystę, nie wymyśliłby lepszego typu. Nie podobała mi się tylko pewna pretensyonalność w jego ruchach, przesadny patos w mowie i pozowanie; ale przebaczałem mu te słabości przez pamięć na owę kołysankę, którą się głęboko zapisał w mojej duszy. W czasie, kiedy go poznałem, był już po słowie z panną Anielą i wnet mieli się pobrać.Małżeństwo czysto artystyczne. On nie miał nic i ona nic-prócz wiary w przyszłość, w talent swój-i łączyli się, aby wspólnie iść po laury, żyć dla miłości i sztuki. Za kilka tygodni miał być ślub, Józia dla tego głównie zwlekała swój wyjazd do Paryża. Chciała pierwej oddać siostrę pod opiekę męża, a potem oddać się całkiem muzyce.
Los zadrwił nielitościwie z marzeń dziewczęcia. Najprzód rozchorował się ojciec i po paru miesiącach ciężkiej choroby umarł, zostawiając córki w niedostatku. Józia radziła temu, jak mogła. Wszak szło tylko o przetrzymanie kulku tygodni, — wyprawa Anielki była już gotowa, a ze sprzedaży ruchomości niektórych i paru obrazów po ojcu, zebrał się fundusik, który i młodym małżonkom zabiezpieczyć mógł pierwsze potrzeby i jej wystarczyć na drogę do Paryżu. Do tego jeszcze Edmund dostał stypendyum na wyjazd za granicę cna dalszego kształcenia się. Stypendyum było dość znaczne i przy skromnem życiu, do jakiego oboje przywykli, mogli wygodnie utrzymać się. Nie pozostawało więc, jak przyśpieszyć ślub.
Pierwsze zapowiedzi już wyszły, gdy wtem zdarzyło się, że jedna z zagranicznych śpiewaczek rozgłośnej sławy, lubo już ze znacznie pod teranym głosem, zawadziła o Kraków. Dla urozmaicenia koncertu, potrzebowała skrzypka.Doradzono jej Edmunda. Młody artysta rad był z tego zaszczytu i Aniela cieszyła się; bo ją cieszyło wszystko, co jemu radość sprawiało. Sama przepisywała mu nuty na ów koncert na ozdobnym papierze, -a pisząc, myślała o jego tryumfach i serce biło jej niespokojnie z oczekiwania i nadziei. Edmund w tym tygodniu rzadko i to na krótko wpadał do jej mieszkania; tłumaczył się, że próby tak mu dużo czasu zabierają. Rzeczywiście, ciągle przebywał w towarzystwie diwy, -sam parę razy widziałem go jadącego z nią w powozie. Jeżeli to były próby, to wcale nie artystyczne. W dzień koncertu nie miał nawet czasu zawieźć Anieli i jej siostry do sali; poprosił mnie, abym go wyręczył, bo jemu wypadało zająć się diwą i jej dotrzymać tego wieczoru towarzystwa. Byłem więc razem z temi paniami, miałem sposobność obserwować je w chwili. gdy Edmund występował na estradę;-Józia umiała panować nad sobą, zresztą Edmund obchodził ją nie wprost, tylko przez siostrę. Zato Anieli twarz mieniła się co chwila od wzruszenia, z trupiej bladości przechodziła do purpurowych rumiencow. Stan jej w tej chwili możnaby porównać do migotania dogasającej świecy w głębi lichtarza, — robił on na mnie takie same przykre wrażenie tą nierównością migotania i nagłemi przeskokami z jasnego blasku do ciemności. Mimowoli i mnie się to niepewne drżenie duszy udzieliło-i choć obcy, z bijąceni sercem oczekiwałem skutku gry Edmunda. Skutek był nadspodziewany — huczne brawa wybuchnęły po grze jego — sama diwa klaskała i rzuciła bukiet artyście. Aniela rozpłakała się z radości i dostała drżenia serca. Musieliśmy ją wyprowadzić z sali przed skończeniem koncertu. Najwięcej ją to martwiło, że Edmund, nie wiedząc, iż wyszły, będzie czekał na nie u wyjścia. Dla uspokojenia jej, ofiarowałem się wrócić, skoro je odwiozę do domu i uwiadomię Edmunda. Ale Edmund nie czekał-spotkałem go wyprowadzającego diwę do powozu. Tak był zajty, rozpromieniony, że nie przyszło mu nawet na myśl, gdy mnie zobaczył, spytać o Anielę. Odjechał z diwą. To mi dało dużo do myślenia. Jeżeli artysta, w chwili tryumfu, nie czuje potrzeby podzielenia się swejem szczęściem z osobą, którą kocha, nie kocha jej z pewnością, kocha tylko albo siebie, albo inną. Takie uwagi wałęsały mi się po głowie, gdy wracałem do domu.Oczekiwały mnie, a raczej jego, bo ledwie otworzyłem bramę, wyszły obie do sieni. Nie miałem odwagi powiedzieć im prawdy. Skłamałem, że nie widziałem się wcale z Edmundem, że pojechał prosto zmęczony-podobno wzruszeniem i wrażeniem tego wieczoru. Uwierzyły.
Ciekawy byłem, jak Edmund usprawiedliwi się z tego i właśnie myślałem o tem dnia następnego rano przy wychodzeniu z domu, gdy naraz jakiś krzyk straszny, nieludzki prawie rozległ się w domu. Krzyk pochodził z mieszkania sióstr. Pobiegłem co tchu na dół, pełen niedobrych przeczuć, i od służącej, biegącej z kuchni z flaszką octu i wodą, dowiedziałem się, że starsza panienka zachorowała nagle. Józia blada, zmieniona, przerażona, wybiegła naprzeciw służącej, nie mogąc się doczekać, i chwyciła jej z rąk flaszkę, -a do mnie rzekła ściśnionym głosem: Na miłość Boską doktora prędzej I Słowa te gnały mnie do miasta jak wiatr. W kwadrans powróciłem już z doktorem razem.W czasie, kiedy doktor badał chorą, miałem czas spostrzedz, że na biurku Anieli leżał jakiś pakiecik świeżo rozpieczętowany, z którego bezładnie wysypały się zasuszone kwiaty, listy i fotografia Anieli kolorowana. Na ziemi, tuż koło nóg moich, leżał list zmięty, pogniecony. Poznałem pismo Edmunda.
— Porzucił ją może?-zawołał Filipek z oburzeniem.
— Tak. Wieczorem tego dnia już wiedziano w całem mieście o nagłym wyjeździe skrzypka z diwą.
— A, nikczemnik! I nie pokazał się potem wcale — nie dał znać o sobie?
— Przepadł bez wieści. Od tego czasu Aniela zostaje w tym stanie, w jakim ją teraz widzicie. Atak sercowy sprowadził paraliż.
— I panna Józefa nie pojechała już do Paryża?
— Nie pojechała. Zabierać siostrę było niepodobieństwem, a zostawić jej na opiece obcych ludzi nie chciała za nic w świecie; bo przywiązała się do kaleki macierzyńską prawdziwie miłością, dla niej tylko teraz żyje i pracuje-o sobie zapomniała zupełnie. Niepodobna żeby wszystkie marzenia jej o sławie, o sztuce, miały zamrzeć w niej, a jednak nie daje tego poznać siostrze, jak wiele dla niej poświęciła. Co więcej powiem panom, chora od owej fatalnej chwili nie znosi muzyki, działa ona na nią okropnie i doktor zakazał drażnić jej nerwów, bo silniejsze wrażenie zabićby ją mogło. Siostra więc nawet tej przyjemności wyrzeć się musiała. Sprzedała fortepian, aby mogła wyjechać z siostrą do kąpiel; — i to na nic się nie przydało.Już rok męczy się w ten sposób i kto wie jak długo ten stan potrwa, bo doktor powiedział, że lada atak zabić ją może, ale może żyć także i lata przy szczęśliwych warunkach. Prawda-panowie, że to tragiczne.
— A, okropne, okropne — rzekł sentencyonalnie Maksymek.
Filipek nic nie powiedział — zwiesił tylko głowę na dół, jakby kto ołowiu w nią nalał i zamyślił się.
Z uderzeniem czwartej wróciła Józia — i służąca, potoczyła krzesło z chorą dalej. W milczeniu poglądaliśmy za niemi. Krzesło na kółkach przypomniało mi taczki w kopalniach sybirskich, do których przykuwają więźniów — tu łańcuchem była miłość.
Niezadługo malarz pożegnał nas — zostaliśmy sami we trzech-ale rozmowa jakoś nam się nie kleiła. Szczególniej Filipek był nie do rozgadania. Myśl jego pracowała nad czemś moralnie. Naraz odsapnął, jakby coś dźwignął i odezwał się więcej do siebie niż do nas:
— Tak — to w żaden sposób być nie może.
— Co takiego? zapytał go Maksymek.
— A to coś ty wczoraj mówił o tej nieśmiertelności czynów. Czyny tej panienki zginą z nią i z jej siostrą i nie zostanie po niej nic; a jednak ona sto razy więcej warta nieśmiertelności, ciężej pracowała na nią, niż niejeden z tych, co żyją w pamięci ludzkiej i książkach. Toby było okropnie niesprawiedliwie.
Nie wiem dokładnie jakimi argumentami Maksymek usiłował przekonać Filipka o mylności jego zapatrywań, bo musiałem pożegnać ich niezadługo, widziałem tylko, że się zabrał z całym zapałem do tego. Czy go przekonał? Zobaczycie.
W kilka dni potem malarz spotkawszy mnie na ulicy, mignął na mnie i zbliżył się:
— Panie, panie — dobrze że pana spotykam — mam się o coś zapytać.
— Proszę.
— Ten, ten kolosalny młodzieniec z wąsami, z którym panowie siedzieliście kilka dni temu na plantacyach, to podobno kolega pański?
— Tak.
— Pan znasz go dobrze? — Dosyć.
— Czy on przypadkiem nie tego... i tu pokręcił palcem po czole — co — nie bzikowaty trochę?
— Zkąd to pan wnosisz?
— Bo wyobraź pan sobie, przychodzi wczoraj ni ztąd ni zowąd do mnie i pyta się obcesowo; czy ja mam zamiar żenić się z tą panną Józefą, którąśmy wtedy na plantacyach widzieli.
— Nacóż on chciał to wiedzieć?
— Tożsamo zadałem mu pytanie — odpowiedział, że ma w tem interes, ważny interes — i wyobraź pan sobie: nie chciał ustąpić, dopóki mu nie powiem. Stawiał się tak ostro, że przyszło mi na myśl. czy przypadkiem nie waryat- i chcąc go się pozbyć coprędzej dałem mu uroczyste zapewnienie, że o małżeństwie z panną Józefą nie myślałem i nie myślę.
— I powiedział panu potem, na co mu potrzebną była ta wiadomość?
— Gdzie tam. Uścisnął mi rękę tak, że mi ledwie palców nie pogruchotał i poleciał.
— To dziwne. Dziś jeszcze zobaczę się z nim — to się dowiem, co to było.
Rzeczywiście po załatwieniu niektórych interesów w mieście poszedłem do mieszkania Filipka. Zastałem Maksymka samego.
— A gdzież Filipek? — Wyjechał dziś na wieś do ojca.
— Wśród kursu? Musiał mieć ważny interes. Nie powiedział ci?
— Nie. Obiecał listownie donieść mi, bo mówił, ze to wypowiedzieć byłoby mu trudno.
— Coś twój Filipek rozruszał się. Kto wie, czy nie gotuje nam jakiej niespodzianki. I powiedziałem mu o wizycie u malarza.
— Myślisz, że chciałby się żenić? To byłoby głupstwo nie do wybaczenia; toby nie miało najmniejszego sensu.
Oburzenie Maksymka miało powody nie bardzo bezinteresowne; nie chodziło mu tyle o Filipka, ile o siebie; wiedział, coby go czekało, gdyby mu przyszło obywać się bez niego, a raczej bez jego kasy.
— Użyję całego wpływu — mówił, jaki mam nad nim, aby go odwieść od tak nierozsądnego kroku, jeżeli W istocie zamyśla coś podobnego.
Filipek przeczuwał to, bo w liście, który pisał ze wsi, stało między innemi:
„Wiem, że nie pochwalisz mojego postępku, że chciałbyś może odwieść mnie od tego, dlatego lepiej będzie, jeżeli usunę się od ciebie, przynajmniej do czasu, dopóki rzecz ta się nie roztrzygnie. Postanowienie moje jest niezmienne i jeżeli tylko Ona zgodzi się, całe życie moje poświęcę na to, aby ją zrobić szczęśliwą i wynagrodzić jej, choć w części, to, co poświęciła, — zwłaszcza, że, jak mi udowodniłeś, tam nie ma nikogo, coby nagradzał.“
W parę miesięcy potem dowiedzieliśmy się o ślubie Filipka z panną Józefą. Malarz przyniósł nam tę wiadomość.
— Ależ to poczciwości ten wasz kolega — rzekł do nas — nie mogę sobie darować tego, że go miałem za waryata.
— Więc byłeś pan na weselu? — spytał Maksymek, gryząc wargi niezadowolniony.
— Wesela żadnego nie było. Byłem tylko świadkiem na ślubie-drużbą, jeżeli już tak nazwać chcecie, — a drużką — zgadnijcie kto był drużką?
— Przecież nie Aniela?
— Właśnie Aniela.
— Jakto? ozdrowiała?
— Gdzież tam — chora więcej może, niż dawniej; ale się uparła, że chce koniecznie drużbować siostrze — i musiano pozwolić jej na to. Józia sama ubierała ją-i z pewnością w tym dniu myślała więcej o niej, niż o sobie.Drużka zajmowała na ślubie pierwszorzędne miejsce - państwo młodzi szli do ołtarza po obu stronach jej krzesła.Był to, powiadam panom, widok niezwykły i tak wzruszający, ze mało kto bez łez przypatrywał się temu obrzędowi, niby weselnemu, a jednak tak smutnemu. Po ślubie, gdy pan młody pocałował Józię w rękę, uścisnęła mu ją serdecznie i rzekła cichym głosem, aby siostra nie słyszała:
Teraz oboje będziemy myśleli o niej — prawda? W tych słowach leżał cały sekret ich małżeństwa.
— Tak. Będzie miał dwie baby na karku — i jeszcze będą chciały wmówić w niego, ie to szczęście — rzekł kwaśno Maksymek.
Ani ja, ani malarz nie poparliśmy tego mniemania; milczenie nasze musiało być dla niego dość wymowne, bo nie odezwał się już nigdy potem w ten sposób o małżeństwie Filipka.
Państwo młodzi wraz z chorą wyjechali na wieś.
Odtąd kilka lat nie widziałem Filipka. Spotkaliśmy się raz na stacyi kolei żelaznej przed odejściem pociągu. Ja odprowadzałem jakieś panie, a on. zaczerwieniony i spocony od pośpiechu, szedł z torbą i parasolem do wagonów.Nie miał nawet rąk wolnych, aby mi je podać na powitanie; przytulił mnie tylko do siebie z jednej strony torbą, z drugiej parasolem-i to musiało od biedy imitować uścisk serdeczny..
— Jadę z żoną za granicę — żeby się trochę rozerwała po śmierci siostry — rozumiesz?
— Więc umarła?
— Przed dwoma miesiącami. Byłaby może jeszcze pożyła jakiś czas; ale nieszczęście chciało, że w kąpielach, gdzieśmy ją zawieźli, ktoś naprzeciwko zagrał kołysankę — wiesz — tę, co to wtedy ten malarz nam opowiadał; przyszedł atak — no i po wszystkiem! Biedna moja żona, powiadam ci, miejsca sobie znaleźć nie może. Jedziemy do Paryża - może tam muzyką - coś, owoś... No, drugie dzwonienie, bądź zdrów, bo tam ona sama.
Cmoknęliśmy się po obu stronach policzków z poczciwym Filipkiem.
— Ale, ale — zawołał, wracając się jeszcze — powiedz Maksymkowi, ze to wszystko, co mówił o nieśmiertelności, to brednie. Jest nieśmiertelność! jak cię kocham i to nie taka o jakiej on gadał, ale inna, prawdziwa! Gdybyś mógł z żoną moją pogadać kiedy o tem, a bardziej jeszcze, gdybyś przypatrzył się bliżej jej życiu, tobyś się przekonał, że tak jest.
— Proszę wsiadać! zawołał konduktor — i Filipek pobiegł do wagonu, a ja żałowałem mocno, że nie mogłem pogadać z panią Filipową; bo może dowiedziałbym się od niéj coś o nieśmiertelności duszy, coby się przydało jeżeli nie mnie, to innym.


VIII.
Mamuty.

Dwóch ich było, chodzili zawsze razem — obaj jednako starzy, jednako pochyleni; nawet ubiorem nie różnili się wiele od siebie, bo służący dodzierał suknie pana. Na pierwszy rzut oka trudno było odgadnąć: który pan, a który sługa, — zwłaszcza, że stosunek między nimi był przyjacielski, poufały. Ale, przypatrzywszy się uważniéj, widziałeś wielką różnicę. Służący, pomimo poufałości, do jakiej pan go ośmielał, zachował wobec niego pewien odcień uniżoności, — przyjaźń pana sprawiała mu zakłopotanie. Chodził niby z nim razem; ale krok jego był lękliwy, niepewny, nogi miały widoczną ochotę pozostać w tyle.... przez uszanowanie. Jeszcze więcéj uwydatniała się ta różnica na twarzach staruszków. Służący, brakiem wyrazu, przypominał stare wytarte trojaki, podczas gdy pan jego, mimo tak podeszłego wieku, zachował w rysach dokładność rysunku, jaką widzimy na złotych pieniążkach. Drobna twarz jego, o profilu nadzwyczaj delikatnym, była jakby z kości słoniowéj wyrzeźbiona, według starożytnych wzorów. Śnieżnéj białości włosy gęste, krótko strzyżone, jeszcze więcéj podnosiły to złudzenie; każdego uwagę zwrócić musiała ta piękna głowa, jakby żywcem wzięta z pracowni rzeźbiarza, osadzona na figurce małéj, wątłéj, ubrany w zielony surdut odwiecznéj mody i szafirowe spodnie. Wyobraźcie sobie taki antyk w popielatym cylindrze, w oprawie wysokich stojących kołnierzyków, w które zanurzała się broda i usta, ilekroć głowę spuszczał ku ziemi. Twarz przypominała posągi, a figurka niepoczesna i ubiór — żyjącego z emerytury urzędnika. A jednak ta dziwaczna mieszanina nie robiła wcale śmiesznego wrażenia, — staruszek imponował powagą oblicza, na którém czytałeś wyraźnie, że przywykłe było rozkazywać. Szczególniej, w oczach koncentrowała się ta siła. Oczy miał duże, ciemnobłękitne, sępie, a tak przenikliwe, że mieszał spojrzeniem; rzadko jednak zwracał je na przechodzących, — mijał ich obojętnie i wybierał na spacery miejsca odludne. Pomimo lat, trzymał się krzepko, krótkie nogi stawiał ostro, po żołniersku; a laski używał więcéj z przyzwyczajenia, niż z potrzeby. Chodził drobnym, ale żwawym krokiem, zatrzymując się czasem, aby odetchnąć i rozglądnąć się po okolicy. Służący, jak sobowtór, posuwał się obok niego, potakiwał mu, gdy coś opowiadał, śmiał się, gdy pan się uśmiechał, i zasępiał się, gdy mu coś poważnego, smutnego opowiadał. Spotykałem ich dość często w różnych zaułkach miasta, lub na zamiéjskich spacerach — i to nie tylko w czasie pogodnym — w słoty i zadymki nieraz takie, że psa ciężko było wypędzić z domu, oni brnęli sobie w błocie, lub śniegu, trzymając się pod ręce, aby łatwiéj mogli we dwóch oprzeć się wichrowi, co im dmuchał w oczy i chciał zerwać z głowy popielate cylindry. Ile razy po drodze spotkali jaki nowy budynek, jaką nowo utworzoną ulicę, lub świeżo posadzone drzewka, — obchodzili je ciekawie dokoła, oglądali uważnie i coś rozprawiali o tém, udzielając sobie wzajemnie uwag; widocznie cieszyła ich i zajmowała każda taka rzecz, co się przyczyniała do upiększenia miasta; tylko ludzie wcale ich nie zajmowali, — mijali ich obojętnie, nie zwracając prawie na nich uwagi. Nie widziałem, żeby kiedykolwiek z kim rozmawiali, witali się, lub coś podobnego. Zawsze byli sami, nikt ich nie znał i oni nikogo; na przedmieściu, gdzie mieszkali, nazywano ich obu emerytami; mówiono, że kiedyś obaj, czy też jeden z nich, był jakimś urzędnikiem, czy profesorem; a wnoszono to ztąd, że comiesiąc jeden z nich chodził do parafii podpisywać kwit do kasy emerytalnej; ale więcej nic o nich nie wiedziano. Ci, z którymi niegdyś żyli, pomarli; staruszkowie przeżyli swoich znajomych, przyjaciół i krewnych, zostali jak strącona pikieta pokolenia, które się w inne strony przeniosło; zapóźnili się z odejściem i nowa. warstwa ludzi zasypała ich, jak mamutów przedpotopowych. Nie znając prawdziwych ich nazwisk, nazywałem ich mamutami. Przypadek zdarzył, że się z nimi zszedłem w jednej garkuchni. Była to garkuchnia także nie dzisiejsza; a gospodarz jej, mamut w swoim rodzaju, oryginał wielki, o którym wam także kiedyś opowiem; bo to typowa figura w moich wspomnieniach starego Krakowa.
Kolega mój zaprowadził mnie tam raz na flaki, z których głośną była garkuchnia „Pod schodami.“ Otóż tam spotkałem moich mamutów, którzy także przyszli uraczyć się flaczkami. Jak się później od gospodarza dowiedziałem, byli oni stałymi jego gośćmi-i skoro tylko u ojców Reformatów odzwoniono na południe, zjawiali się obaj, regularnie jak zegarek, siadali przy stoliku pod oknem, i zanim podano im obiad-pan odczytywał gazetę, powtarzając ciekawsze wiadomości głośno swojemu słudze. Dowiedziałem się także, w jaki sposób służący i pan przyszli ze sobą do takiej zażyłości.
Znajomość ich datowała się dopiero od kilkunastu lat; a zawiązała się przypadkowo w jakiejś kawiarni, w której..owego służącego trzymał właściciel więcej z litości, niż z potrzeby; śmiesznie i dziwnie wyglądał staruszek wśród wyfraczonych, ufryzowanych kelnerów; to też był ciągłym przedmiotem ich żartów i drwinek; był dla nich rodzajem popychadła, którym się każdy wysługiwał, każdy utknął na nim. Łaził po pokojach ze ścierką, sprzątał naczynia ze stołów, podawał gościom gazety i chodził po nie na pocztę.
Pan jego dzisiejszy — mamut numer pierwszy — bywał często w owej kawiarni; ciągnęła go tam obfitość gazet, których był lubownikiem; stary Antoni odgadł tę słabość jego i najświeższe gazety łowił zawsze dla niego po stolikach i znosił mu do czytania. Robił to bez żadnego wyrachowania, nie w nadziei jakiejś nagrody za to, bo gazetożerca nie był wcale hojnym; ale czuł dla niego sympatyę raz dlatego, że był tak stary jak on, a głównie, że nigdy nie pokpiwał sobie z niego, jak inni goście. Zdarzyło się raz, że, niosąc pęk gazet dla swego uprzywilejowanego gościa, potrącił przypadkiem nieuważnie jakiegoś młodzika, grającego w bilard, czem przeszkodził mu w zrobieniu zapowiedzianej dubli czy trypli, -wina była nie do darowania. Młodzik uniósł się pasyą i poskoczywszy za niezgrabnym służącym palnął go w twarz, dodając obelżywe słowa:
— Ty, mamucie stary! poco kręcisz się tu niepotrzebnie?
Właściciel, który nadbiegł co tchu, dołożył także ze swej strony szturchańca i ofuknął starego, który, oszołomiony tym podwójnym napadem, stał jak głupi, patrząc to na zaperzonego gościa, to na besztającego go właściciela, a siwe oczy jego zaszkliły się łzami.
Stary jegomość, siedząc na boku, widział to wszystko, kiedy po chwili Antoni zbliżył się do niego z gazetami; zatrzymał go, pytając się: wiele mu płacą tutaj.
— A nic — odrzekł służący — dają jeść, przyodziewek i spanie; no i to, co od gości czasem kapnie.
— A gdyby ci kto inny dał to samo, poszedłbyś ztąd?
Antoni westchnął i mruknął: — Boże. a któżby ta chciał starego trzymać.
— Drugi taki stary mamut, jak ty- ja. Widzisz, mnie także nazwano mamutem.; powiedziano mi, żem już zastary, że młodzi lepiej odemnie będą umieli pracować i dano mi odprawę z emeryturą. Mam tyle, że na nas dwóch wystarczy. Będzie nas dwóch mamutów . — dodał z przykrym uśmiechem — będzie nam znośniej. Wiele masz lat?
— Siedemdziesiąt dwa.
— A ja trzy. — Dobraliśmy się. — Chodź! I zabrał go ze sobą - i odtąd już nie rozłączyli się więcej.
Antoni sługiwał dawniej po dworach, widział dużo i bawił pana różnem opowiadaniem. Pan także czasami dzielił się z nim swojemi wspomnieniami. Gawędzili nieraz do późnej nocy, i gawędka zastępowała czytanie gazet, od których pan powoli się odzwyczajał, im więcej zasmakowywał w towarzystwie służącego. Tylko „Czasu“ wyrzec się nie potrafił i czytywał go.pilnie od początku do końca, nie tyle może przez ciekawość, jak przez sympatyę, jaką czuł dla wszystkiego, co pachniało starością.
Życie prowadzili regularne, jak w zegarku. Wstawali dość wcześnie i szli na mszę ranną do św. Mikałaja; potem służący szedł w miasto po bułki, a pan wracał do domu robić kawę. - Po śniadaniu służący sprzątał, a pan wczytywał się w jakieś stare księgi, — potem nakręcał zegary, a miał ich aż pięć, — dawał kanarkom jeść i odmieniał im wodę, a służący tymczasem podlewał kwiatki. I tak zeszło im do południa, w którym to czasie wychodzili na obiad; a po obiedzie spacer każdego dnia gdzieindziej, najczęściej jednak pod zamek nad Wisłę, gdzie nieraz godzinami całemi stali, oparci o bary erę, przypatrując się spokojnemu biegowi wody, łódkom przewożącym ludzi na drugą stronę, albo słońcu; zachodzącemu za bielański las i klasztorne wieżyce. — W niedzielę można — ich było spotkać zawsze w katedrze na Wawelu.
Chodzili na palcach pocichu, od kaplicy do kaplicy, i rozmawiali ze sobą szeptem, jakby przez uszanowanie dla tych wielkości, śpiących pod płytami marmuru; a choć więcej już może, niż tysiąc razy, widzieli te stare ołtarze, te porfirowe pomniki, jednak zawsze przypatrywali się im z takiem zajęciem i. ciekawością, jakby pierwszy raz dopiero stawali przed niemi. Zachodzili także do innych kościołów i gmachów publicznych i z rodzicielską pieczołowitością zaglądali w każdy kąt, jakby to wszystko było powierzone ich pieczy.Jeżeli gdzieś co nowego przybyło, wnet zwracali na to u wagę; pan, jako znający się na rzeczy, wydawał sąd, krytykował, a służący potakiwał. Kiedy odrestaurowano grobowiec Kazimierza Wielkiego, mamuty jednego dnia popołudniu wybrali się na oględziny. Pan długo obchodził wkoło. zaglądał, oglądał, wreszcie obrócił się ku służącemu i potrząsając głową rzekł: —
Grobowiec pięknie odrestaurowali, niema co mówić; ale baldachim pstrocizna — co? prawda — pstrocizna?
— A to się wie.
— O, pstrocizna. A te sztaby żelazne fe, to szpeci okropnie. Być może, że to mocniej, ale brzydko; człowiek, zamiast myśleć o przeszłości, o królu, mimowoli musi sobie przypomnieć warstat ślusarski. — O! nieładne — nie — nie — nieładne.
Raz znowu spotkałem ich na plantacyach właśnie w tym czasie, kiedy zabrano się do upiększania ich i w tym celu wycięto parę starych kasztanów. Staruszek widocznie nie mógł strawić tego, — chodził codzień na miejsce, gdzie dokonano tej strasznej egzekucyi, a które dla niepoznaki zasypano piaskiem — i narzekał:
— A bodaj ich — mówił — takie śliczne drzewa — pamiętasz? tu nieraz siadywaliśmy popołudniu-cień był aż miło. No i chlasnęli sobie tych naszych przyjaciół, jakby chwast jakiś; a tu tyle lat trzeba czekać, zanim się takiego drzewa dochowa, - bo ten kasztan był zaledwie o trzydzieści lat młodszy odemnie. Przy mnie sadzono go — no i ścięli. A niech ich nie znam - rozbójniki! No, niby przyznać im trzeba, że porządek większy teraz na plantacyach, ale poco stare drzewa ścinać. To nonsens. Albo te płoty, co je porobili koło każdego trawnika, - szkaradzieństwo. Co mi za przyjemność patrzeć na suche kije; a gdy człowiek trochę zieloności chce zobaczyć, to się musi na palcach spinać. Fe, nieładnie.
Zato restauracya dominikańskiego kościoła bardzo im przypadła do smaku. Z podziwem przyglądali się śmiałym łukom, cmokali z uciechy na widok kaplicy św. Jacka i chwalili ojców Dominikanów za gust i gorliwość.
Niektóre szczegóły z życia mamutów doszły mnie za pośrednictwem pani Jakubowej, od której wynajęli połowę domku w ogrodzie. Pani Jakubowa uprawiała jarzyny, sprzedawała je na Szczepańskim placu, a była kumą Franciszkowej, która mi pierała bieliznę. Tak więc z trzeciej ręki, a raczej ust, dochodziły mnie czasem wiadomości o mamutach.- Mieli zwyczaj, gdy z przechadzki wrócili do domu, wieczorem na ławeczce gawędzić o tem, co widzieli, i paląc fajeczki — rekapitulowali wrażenia całodzienne; a że pani Jakubowa miała uszy dobre, umysł ciekawy, a pamięć wyborną, więc niejedno dostało się do mnie tą drogą.
Trzeba było tylko trafić jej na dobry humor, nastroić ją, nakręcić, to potem wyśpiewała wszystko, co wiedziała.Raz jednak nie proszona, nie pytana, sama rozpoczęła rozmowę o mamutach.
— A, żeby pan wiedział — zagadała do mnie — co się tam u nas działo bez ten tydzień, to historya cała!
— Cóż? może zachorował który z lokatorów pani?
— Gdzie zaś, zdrowi, dziękować Bogu, tylko wydziwiali z nimi, to jest: z tym starszym, co strach!
— Kto taki?
— A kto ich tam wie? Jacyś panowie, bardzo porządne osoby. Uważałam ich, że już od tygodnia kręcili się koło domu, niby jaskółki na deszcz-to jeden, to drugi zaglądał, a pytał się: czy. tu nie mieszka pan... pan... całkiem zabaczyłam; jakieś cudaczne nazwisko powiedzieli. Mnie przychodziło zaraz do głowy, że to może o mego staruszka się pytają; alem udała z głupia franta, bo sobie myślę: a nuż tu się co złego święci? może staruszek chował się przed długami, bo przecież nieszczęście chodzi po ludziach. Takem nawymyślała tym panom, co mi dom nachodzili, i powiedziałam, żeby sobie poszli, bo tu nie mieszka żaden taki.Ale to nic nie pomogło. Póty chodzili, aż go raz dopadli w domu i wtedy zaczęli coś z nim szwargotać, z czegom niewiele wyrozumiała; bo choć niby nie mówili ani po francuzku, ani po niemiecku, ale tak jakoś cudacznie, żem mało co z tego wymiarkować mogła. To tylko widziałam, że go starasznie o coś prosili, namawiali... Staruszek się z początku sierdził, ofuknął ich nawet niegrzecznie, bronił się jak mógł, ale w końcu zmiękł i przystał. N a co przystał, nie wiedziałam, a pytać się ich szkoda gęby, bo ani pan, ani sługa nie powie. Nie wiedziałam więc o niczem. Aż tu jednego dnia rano zjechało się, Panie święty, przed dom tyle pańskich pojazdów, fiakrów, jakby na wesele, a z nich wysypała się chmara panów — wszystko we frakach, jak drużbowie, tylko że przez bukietów, i wtłoczyło się to wszystko do pokoiku mego staruszka. Podeszłam pod drzwi bez ciekawość, alem znowu nic wymiarkować nie mogła, tak po mądremu jakoś gadali. Potem wyszli wszyscy, prowadząc pod pachy, niby pannę młodą, mego lokatora; a był ubrany tak paradnie, jak go nigdy jeszcze’ nie widziałam.Uśmiechał się dobrotliwie, ale był blady, trząsł się jak galareta i miał mokre oczy.... Stary Antoś szedł za nim i także płakał.... Żal mi się zrobiło staruszków i byłam pewniuteńka, że im te wyfraczone eleganty jaką krzywdę chcą wyrządzić; więc nie wiele myślący, jak nie wsiędę na nich: a co sobie to panowie myślicie, mówię, spokojnych ludzi napadać! mówię. A cóż oni, mówię, wam złego.zrobili? mówię, co ich tak turbujecie? I takem trzepała, co się zmieściło, bo nie lubię chować tego, co mam na języku.A oni patrzą na mnie, jak na waryatkę, i poczęli pośmiechiwać tak, że mnie szewska pasya porwała. Dopiero stary mię umitygował i rzekł: dajcie pokój, pani Jakubowa-powiada-ci panowie, powiada, nie chcą mi żadnej krzywdy, powiada, zrobić, ale owszem, chcą uczcić. ufetować. Zabierają mnie na wielki obiad. Zamknął mi tem gębę, proszę pana-ciągnęła dalej Jakubowa-ale zawsze mi się to nie czysta sprawa wydawała; bo jeżeli go chcieli obiadem uraczyć, to nie było przyczyny mazgaić się-no, nie prawda? Jak mnie kuma, nieprzymierzając, na kubeczek zaprosi, to chybabym rozumu nie miała, żebym się rozbeczała za to. No, nie prawda, proszę pana? A przytam to mnie markociło, że staruszek mój miał minę, jakby go nie na“ obiad, ale na ścięcie prowadzili; więc, choć mi powiedział, żebym się nie bała o niego, nie mogłam się czegoś uspokoić i poglądałam tylko ciągle: rychło wrócą z tego obiadu. Zrobił się wieczór, a ich, jak nie widać, tak nie widać. Ba, i chociaż dziesiątą już wygwizdał koło Ś-go Łazarza — o nich ani słychu: ani dychu. Byłam pewniuteńką, że im się coś złego przytrafić musiało, bo przecież po nocy nikt obiadu nie jada, - kto wie, myślę sobie, co te elegant y z nimi zrobili, -a kto ich wie coto były za elegant y-myślę sobie.Pan wie, co to teraz się dzieje na świecie, nie trzeba panu mówić, o złych ludzi nie trudno. A nuż rzezimieszki „zwąchali, że stary ma jakie pieniądze i zdurzyli go frakami, paradą, żeby go łatwiej w pole wyprowadzić. Ta to pan musi znać historyę o tym rozbójniku, co się aż za hrabiego przebrał i przyjechał z paradą straszną po młynarską córkę, co to jego kompanom siekierą głowy poobcinała. Myślę sobie, a nuż tu się stało coś podobnego i już miałam ochotę iść i dać znać na policyę, gdy koło północka zaturkotało w ulicy, zajechała przed dom kareta z latarniami, wyskoczyło z niej dwóch takich samych furfantów we frakach, jak.rano, wzięli mego biednego staruszka pod ręce i zaprowadzili do mieszkania. On się uśmiechał przyjemnie i miał także kolorki na twarzy, co się u niego nigdy nie przytrafiało; bo to zawsze, proszę pana; bledziutkie, jakby go kto. z przeproszeniem kredą pomazał. A teraz był jakiś taki wesoły, rozochocony. Stary Antoni był:także w dobrym humorze; nawet mi się zdawało, że nie bardzo pewnie na nogach się trzyma; miał w obu rękach bukiety najcudowniejsze i wieńce — = i choć to zawsze taki mruk, że ciężko z niego słowa wydobyć, teraz uśmiechnął się do mnie, szturchnął nawet łokciem przechodząc — i rzeknął głośno, pokazując mi bukiety: A co pani Jakubowa — patrzcie jak nas uraczyli? — Wielki mi ta traktament, rzekę, kwiatkami i zieleniną-to dla królików wsamraz. A on mi na to: He, he, powiada, były tam, powiada, i wymyślne potrawy nieladajakie i siampan i lody, — a naszego staruszka panowie na rękach nosili, powiada.
— A zkądże im to, pytam, do głowy przyszło? — Bo wiedziałam, proszę pana, że u niego nikt nie bywał; bez te kilkanaście lat, co mieszka u mnie, ywa dusza się u niego nie pokazała - więc mi dziwno było, zkąd nagle tak się zlecieli do niego i na taką paradną fetę zabrali.
Antoni mi tłómaczył, że to dla tego, że taki stary, że mu winszowali jubileuszu - i różne jakieś plótł baje, co się jedno drugiego nie trzymało; zwyczajnie zalał pałkę i gadał, co mu ślina do gęby przyniosła. Bo przecie dobrze wiem, co teraz żadnego jubileusza nie ogłaszali z ambony; a żeby go mieli fetować za to, że się, zestarzał, to głupiemu gadać, a nie uwierzy. A toćby się moc takich starych znalazło, coby im się to należało. Ano nie daleko szukać, babka od świętego Mikołaja ma już z górą setkę, a nikomu nie przyszło na myśl kupić jej za to kieliszka wódki, a cóż dopiero obiad zafundować. Ale nic się nie odezwałam; myślę sobie: jak się wytrzeźwi jutro, to będzie mądrzej gadał i dowiem się prawdy, Ale gdzie tam - jak mu z głowy wyszumiało, zamknął gębę, jakby mu ją kto zamurował i niczego się dowiedzieć nie mogłam. Uważałam tylko, że mój Antoni był teraz z większym respektem dla staruszka, i kiedy ten po śniadaniu kazał mu siąść obok siebie na ławeczce przed domem, ani rusz nie chciał i nie chciał.
— Ja tego za nic w świecie nie zrobię, powiedział; — dopóki człowiek myślał, że pan jest sobie no zwyczajnie taki pan, to był podufalszy; ale teraz, jak ja się dowiedziałem, czem pan jest, to byłoby obrazą honoru pańskiego-mizernemu słudze tak być zapanbrat. Panu z takimi dygnitarzami siedzieć, jak wczoraj, a nie ze mną chudziakiem.Staruszek na to uśmiechnął się tylko, poklepał Antoniego po ramieniu i rzekł mu: tamci, mój Antoni, tyle lat nie znali mnie, mogłem umrzeć i nie wiedzieliby może o tem. Przypomnieli sobie na chwilę i zapomną znowu, a ty byłeś mi wiernym przyjacielem i zostaniesz nim do śmierci.No, siadaj stary - i posadził go gwałtem przy sobie, a Antoni zaczął go całować po rękach i rozbeczał się tak, że aż mnie na płacz się zebrało.
Tu pani Jakubowa dała folgę ruchliwemu językowi i rękawem wycierała oczy, co jej zaświeciły się łzami na wspomnienie mamutów. Z opowiadania jej mogłem łatwo domyśleć się, że staruszkowi wyprawiono jubileusz, że kiedyś musiał piastować urząd jakiś, że musiał sobie ktoś przypomnieć o tem, może ktoś taki, co także niecierpliwie czeka na swoję kolej, — no i odszukano staruszka, aby mu zrobić owacyę.
W dzienniku miejscowym znalazłem niebawem potwierdzenie mego domysłu. Stało tam w kronice doniesienie, zaczynające się od słów: Wczoraj grono światłych mężów uczciło obiadem piędziesięcioletni jubileusz zasłużonego i t. d.Było przytoczonych kilka toastów, wspomniano o srebrnej tabakierze, którą jubilat otrzymał w prezencie... i na tem koniec.
Publiczność, która ledwie z nazwiska znała mamuta, przeczytała obojętnie tę wiadomość, inicyatorowie uroczystości zrobili jeszcze potem parę wizyt jubilatowi — i w końcu stało się, jak przepowiedział staruszek, że znowu nikt z obcych nie pokazał się w jego domku, i tylko stary Antoni pozostał i dotrzymywał mu towarzystwa, jak dawniej.
Spotykałem ich znowu obu razem na ustronnych spacerach, corok więcej pochylonych ku ziemi, — twarze coraz więcej żółkły i marszczyły się od starości.
Jednego dnia wieczorem, będzie temu rok blizko, wracałem z dalekiego spaceru przedmieściem, na ktorem mieszkali mamuty. Wieczór był czerwcowy, ciepły, pogodny; duszący zapach bzów napełniał powietrze. Uwagę moj zwróciło niezwykłe oświetlenie domku mamutów. Okna były otwarte, a przez nie padał na trawnik duży blask, od kilku świec, palących się wewnątrz pokoju.
Byłem pewny, że znowu jaka uroczystość, ale zacicho było w domku; a gdym się zbliżył do sztachetek, zobaczyłem, wśród świec, woskową twarz leżącego w trumnie.Ubrany był w granatowy frak z żółtemi guzami, białe bawełniane rękawiczki, biały krawat i białe spodnie-całkiem według mody elegantów z czasów Rzeczypospolitej krakowskiej. Ale to nie był jubilat, tylko służący jego - Antoni.Staruszek siedział przy nim zwiędły, z głową zwieszoną na dół.W rękach, bezwładnie opuszczonych na kolana, trzymał gałąź bzu, którą od czasu do czasu odganiał natrętne muchy z czoła umarłego.
Nie płakał, ani desperował, ale w milczeniu jego było tyle smutku, że litość brała patrzeć. Domyślałem się, jaka straszna pustka musiała się zrobić w duszy staruszka przez śmierć sługi — przyjaciela. W ośmdziesiątym którymś roku życia trudno już szukać sobie drugiego!
Wieczór był tak cichy, że, pomimo odległości,doleciał do uszu moich przytłumiony głos staruszka. Patrzył na nieruchomą twarz sługi i ciągle coś gadał do niego. Biedaczysko chciał jeszcze na ostatku nagadać się; bo wiedział, że potem nie będzie miał już do kogo przemówić.
Zaniemówił prawie od tego czasu, tylko czasem zażądał coś od Jukubowej, która posługiwała mu po śmierci Antoniego. Chodził potem sam jeden po spacerach i nie zajmowały go już nowości i upiększenia Krakowa, choć dużo w tym czasie pięknych domów przybyło; staruszek przechodził koło nich obojętnie i najczęściej kierował spacery swoje w stronę cmentarza.
Nieraz widuję maleńką figurkę jego, posuwającą się miarowym krokiem po szerokiej alei nadwiślańskich topoli.Chodził na cmentarz odwiedzać grób Antoniego, a za każdym razem, gdy miał odchodzić, stukał laską o ziemię i mówił: No, do widzenia stary!
Dotąd życzenie to nie sprawdziło się, zabytek starego Krakowa żyje jeszcze, choć mało kto wie o nim; chyba strażnicy przy rogatce, co go widzą co dzień wychodzącego za miasto i stara przekupka pod Botanicznym ogrodem, od której kupuje suche bułki, gdy idzie karmić złote rybki w stawie. A prawda! wie o nim jeszcze urzędnik z kasy, co mu wypłaca emeryturę i Jakubowa posługaczka. Oto cały świat mamuta.
Przeżył wszystkich — i na świecie nie zostało mu nic — niczego się już nie może spodziewać, prócz nekrologu, który nazajutrz po jego śmierci umieści dziennik, zaczynając od słów: I znowu nam ubył jeden z zasłużonych mężów, który etc. etc.


IX.
Garkuchnia pod schodami.

Pan Tomasz — to także był antyk w swoim rodzaju, zabytek starego Krakowa; jadłodajnia jego dziwnie odbijała od tegoczesnych salonów restauracyjnych z wypomadowanymi, wyfrakowanymi kelnerami, marmurowemi stołami i drukowanemi szpajscetlami. U pana Tomasza było wszystko po staroświecku — niepokaźnie: meble wypełzłe i wysiedziane, kanapa z popsutemi sprężynami, stoły na kapucyński kolor malowane, nakryte niebieskiemi obrusami w kwiaty, a izba jadalna ciemna, bo przez gęste kraty niewiele szło do niéj światła z podwórza. Dotego jeszcze — okna zasłaniały bujnie rozrosłe geranije i klatki z ptakami, których pan Tomasz wielkim był lubownikiem. Człowiekowi o drażliwych nerwach trudno by było dosiedzieć, gdy ta cała kolonija kosów, drozdów, szczygłów. kanarków, rozpoczęła swoję muzykę, sypiąc przytém łupki z siemienia na łysiny i ramiona bliżéj okna siedzących gości.
Pan Tomasz wcale nie myślał o usunięciu tych niedogodności, jemu z tém było bardzo dobrze, a goście musieli się stosować do jego upodobań i zwyczajów. Obsługiwał prawie zawsze sam, ale w ubraniu, które się więcej kwalifikowało do łóżka, niż do restauracyi; a szpajscetel miał na końcu języka, bo każdemu wchodzącemu gościowi recytował z osobna tubalnym swoim głosem:
— Jest, mospanie, pieczeń wołowa a la sarna (pan Tomasz miał słabość do obcych języków), — jest cielęca a la indyk, jest stufada; są, panie, jak się nazywa, zrazy z kaszą lub kapustą, jak pan będziesz wolał.
Na tych kilku potrawach ograniczały się mniej — więcej zasoby jego kuchni. Do obiadu przybywał jeszcze barszcz z uszkami, rosół, albo zupa jaka, najczęściej cytrynowa sztuka mięsa z kwiatkiem lub odkości, jakaś jarzynka-no i na tem koniec. — W żadne leguminy, ani inne wymyślne potrawy, się nie bawił; a gdy ktoś obcy, nieświadomy tego zwyczaju, zażądał od niego coś podobnego, to go w asystencyi dyabłów odsyłał do francuzkiej kuchni w Saskim hotelu.
— Tam panu-mówił-dadzą i bistyka z posoką i marcepanu i co się panu ino żywnie zachce, ale nie u mnie.Bo moi goście, dziękować Bogu, nie mają tak delikatnej gęby i zjedzą co Bóg dał.
Nie szło mu wcale o to, że ten i ów obrazi się na niego za jego rubaszność i poufałność, — bo gości i tak miał zawsze dość. Dawał tanio, a smacznie i zdrowo, toteż szli do niego, szczególniej biedniejsi urzędnicy i młodzież akademicka, -a w niedzielę na flakach, z których był głośny pan Tomasz, toś i niejednego dygnitarza i bogatszego mieszczanina napotkał. Ścisk wtedy był taki, że jeden drugiemu stał nad głową i czekał rychło spałaszuje swoję porcyę, aby zająć potem jego miejsce. Z tego powodu radzono mu nieraz, aby wziął obszerniejsze mieszkanie i założył porządną restauracyę, co się zowie. Ale pan Tomasz ani myślał puszczać się na takie innowacye.
— A mnie dyabli po takim kłopocie? Ja nie potrzebuję nijakiej restauracyi, bo, mospanie, nie truję, dziękować Bogu, ludzi, ani im psuję żołądków, żebym je potem miał restaurować. — Niech się tam młode furfanty puszczają na takie spekulacye, ja już zastary nato - nie ruszę się z miejsca.- I siedział Bóg wie ile lat w onej ciemnicy, którąśmy żartobliwie nazywali garkuchnią pod schodami; bo drzwi, prowadzące do niej, umieszczone były w ścianie, nad którą szły schody na pierwsze piętro.
Wejście samo do sali jadalnej nie było wcale ponętne, bo przez ciemną kuchnię, w której, jak czarownica, uwijała się przy ogniu stara kucharka Magda i pomywaczka Salusia, pełniąca także przy wielkim napływie gości obowiązki kelnerki.
Izba jadalna była malowana, ale prawdopodobnie w pierwszych latach Rzeczypospolitej krakowskiej; na ścianach więcej zapewne było kopciu z cygar, niż farby. Między oknami wisiało lustro w ciemnych ramach, za którem sterczały rejestra gospodarskie, kalendarz i różczka palmowa, klapka na muchy i główki czosnku; dalej na ścianie wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, prawie już czarny od starości. Przed nim w piątki i soboty paliła się olejna lampka. Nad kanapą dominowały dwa sztychy z wojen Napoleońskich, a w środku sam Napoleon w dużym formacie po pas, z orderem nie malowanym, ale rzeczywistym. Order ten jakiś eks-wojskowy dał w zastaw panu Tomaszowi za kilkanaście obiadów, których nie miał czem zapłacić. Obiecał wykupić go na pierwszego, ale się więcej nie pokazał i pan Tomasz nie miał co lepszego z nim zrobić, jak udekorować swojego ulubielica Napoleona.- Do tej galeryi obrazów przybył jeszcze w ostatnich czasach plan Sebastopola, bo to było właśnie podczas wojny krymskiej, a pan Tomasz niezmiernie interesował się polityką i chwile. wolne od zatrudnień gospodarskich. poświęcał sylabizowaniu wiadomości z pola walki, a w kuchni jego, z okazyi wypadków politycznych, przybył nam sos sebastopolski i krymska wódka — pomysłu gospodarza.
Pora obiadowa w garkuchni pod schodami trwała od dwunastej do drugiej, i goście trzymali się tego ściśle, stosując się do fantazyi pana Tomasza. — Nie lubił, kiedy go kto zawcześnie zaszedł, gdy się jeszcze nie uporał z kuchnią; zaraz takiego wczesnego gościa z góry przyjmował reprymendą: — Cie! — jeszcze chwały Bożej nie pociągnęli za sznurek u Reformatów (miało to znaczyć, że nie dzwoniono jeszcze na południe), a panu się już obiadu zachciewa.Nie wisz to pan, co powiedział Napoleon wielki: że każda rzec ma swój czas — o! — Pan Tomasz lubił bardzo powoływać się na Napoleona i kładł mu w usta zawsze takie sentencye, o jakich się tamtemu ani śniło. — Czasem, gdy był w gorszym humorze, a gość niecierpliwy, to zamiast go uspokajać słowami Napoleona, pan Tomasz, bez ceremonii, odsyłał go na obiad do faryniąrek pod studnią.
— Tam pan — mówił — możesz i o jedenastej mieć obiad razem z mularzami. — Nie lubił także, kiedy mu ganiono jego kuchnię, był drażliwy na wszelką krytykę.Raz jakiś urzędnik, po zjedzeniu porcyi wieprzowej pieczeni, objawił mu głośno przy płaceniu, że pieczeń była kiepska, a kapusta dyabła warta. — Pan Tomasz połknął niby spokojnie ten komplement, ale go nie strawił i leżał mu na sercu. Toteż, kiedy w niedzielę ów urzędnik pojawił się na flakach, pan Tomasz z tryumfującą miną stanął przed nim i wobec wszystkich gości wręcz mu wypalił:
— Niema tu flaków dla takich wydziwników. A pamiętasz pan: kiepska pieczeń - a! przyszła koza do woza.Niema flaków, niema f1aków, -powtarzał, trzęsąc ręką przed zmięszanym gościem, który, zawstydzony tą odmową, usiłował całą sprawę w żart obrócić, ale gospodarz nie dał się udobruchać i odprawił go zniczem.
O drugiej pan Tomasz zamykał jadalną izbę, bo mówił: porządny człowiek nie je obiadu po drugiej, chyba tam jakie bistyfranty i arystagraty. — Z kucharza przemieniał się wtedy na pana, to jest: odpasywał biały fartuch, a wdziewał czarny długi surdut, który co parę miesięcy rozprzestrzeniać dawał - z powodu rozwielmożniającego się coraz bardziej żywota swego - i wychodził do dóbr swoich za rogatkę zwierzyniecką.
Dobra te składały się z małego domku, zamieszkałego przez kilku biednych wyrobników; chlewika. w którym hodował parę sztuk nierogacizny na szynki, i kilku zagonów ogrodu warzywnego. — Codzień regularnie obchodził tę posiadłość swoję, trzymając, dla powagi, w ustach cygaro za półtora centa, które z włoska nazywał lo chama; a łażąc tak, rozmawiał podrodze z główkami kapusty, to zatrzymywął się przy marchwi i beształ j za wzrost powolny, a pietruszce znowu komplement jaki wypalił za dobre wyglądanie; — nie minął żadnego krzaka, drzewa, ptaka, żeby się coś do niego nie odezwał, bo z natury już był gaduła wielki, a do tego jeszcze jakiś doktor powiedział mu raz, że gadanie wyrabia apetyt i wielce pomaga do strawności.„Wszelki ruch-mówił mu-jest dla pana bardzo dobry.Więc pan Tomasz ruszał się o ile mógł i nogami i językiem. - Jeżeli się trafiło, że w ogrodzie miał kilku robotników, to marchew zostawił w spokoju, a zato robotnikom kładł w uszy. co się zmieściło. Nałajał, nawymyślał, a wszystko dla strawności. — Lokatorom swoim także nie dawał spokoju w czasie tych popołudniowych wizyt. Beształ ich, że mu dom zanieczyszczają, dzieciom groził kijem, że mu wrzeszczały za uszami, a tych, co mu nie płacili: straszył komornikiem.
Ale zwykle wszystko się na słowach kończyło i pan Tomasz, nakrzyczawszy się, nafukawszy dowoli, szedł do poblizkiego szyneczku odwilżyć sobie gardło kilkoma kufelkami piwa — już nie z doktora, ale z własnej ordynacyi, a o szóstej wieczorem grzmiący. głos jego rozlegał się już w garkuchni rozkazami:
— Saluś, zrazy trzy razy dla panów medyków z zimnioczkami i kapustą.
Medycy mieli u niego szczególniejsze względy, bo miał pasyą wiecznie się kurować. — Skoro tylko zjawił się u niego jaki medycynier, choćby to był dopiero student z pierwszego kursu, wnet pan Tomasz przysiadł się do niego, zaczął mu się spowiadać z rozmaitych swoich dolegliwości, począwszy od strzykania w uszach i odcisków u nogi, a skończywszy na takich, przy których ciągle: za pozwoleniem, albo z przeproszeniem dodawać musiał, — a każde takie wyznanie kończył zapytaniem:
— I jakże pan myślisz, panie konsyliarzu, czy to się da wyleczyć? Jest na to jaka medycyna — hę?.
A ponieważ, jak powiedziałem, radził się każdego, więc na każdą dolegliwość miał kilkanaście lekarstw, z których wybierał takie, które mu najbardziej do gustu przypadały. — Szczególnie lubił lekarstwa, po które do apteki nie trzeba było posyłać, jak naprzykład: wcieranie z mydła i spirytusu, wino czerwone, z korzeniami, porter angielski, lub kawę czarną z arakiem. Kto mu takie leki doradzał, ten miał u niego reputacyę zdolnego i praktycznego lekarza i doznawał szczególniejszych względów.Jemu się dostawała najlepsza sztuka mięsa, największy ogórek, najpierwsze nowalijki z ogrodu; a jeżeli to był chudzina, który, gdy przyszło płacić, szukać musiał długo po kątach tych kilkunastu centów za jedzenie, to pan Tomasz pod pozorem, że zrazy były niby przypalone, albo pieczeń twarda, rachował mu przez połowę taniej, a czasem wcale nic nie wziął od niego, mówiąc:
— To mi ta nie zginie. Jak się pan wykierujesz na grubego doktora, to się wtedy porachujemy.
Jeżeli widział, że który przyjmuje tę grzeczność jego z pewnem zakłopotaniem, to wnet dodawał:
— Bogiem a prawdą, to jeszcze panu patrzy się odemnie za poradę, bo jakiem golnął piołunkówki, coś mi pan radził, to ból jak ręką odjął.
Niemało porcyj zrazów i pieczeni szło doroku na te honorarya doktorskie.-Mnie także czas jakiś miał za doktora, bom się wyrwał raz przy nim z poradą na darcie w nodze.Doradziłem mu płyn Jana Kwizdy do nacierania.- Skutek wypadł wcale dobry i pan Tomasz był mi niesłychanie wdzięczny; ale gdy się potem dowiedział, że to lekarstwo właściwie jest dla koni przeznaczone, obraził się strasznie, że go narówno z bydlęciem traktowałem; a gdy mu jeszcze dodano. że wcale nie jestem medykiem. palnął mi reprymandę, ze się wtrącam w nie swoje rzeczy i byłby mi może miejsca za to w swojej garkuchni odmówił, gdyby mnie moja literacka godność nie była obroniła. — Pan Tomasz bowiem, jak to już wspomniałem, miał słabość do polityki, a że literat i dziennikarz w jego pojęciu znaczyło jedno, więc, jako dla reprezentanta polityki, zachował dla mnie respekt, którego mi na punkcie medycyny odmówił; choć, prawdę powiedziawszy, rozumiałem się tyle na polityce, co i na medycynie, a może jeszcze mniej.
Mimo to, wieczorami politykowaliśmy nazabój z panem Tomaszem, palcami odbywaliśmy kampanią krymską na mapie. a językami wygrywaliśmy bitwy jednę po drugiej.By nie palnąć jakiego bąka, na którymby się nawet taki pan Tomasz mógł poznać, i nie stracić przez to u niego dobrej opinii, łatałem jak mogłem moję nieudolność wiadomościami, czerpanemi z gazet niemieckich; raz nawet udało mi się, na podstawie ostatnich telegramów, wyprowadzić jakiś wniosek, który przypadkiem ziścił się. To postawiło mnie bardzo wysoko w oczach pana Tomasza.Odtąd, choćby przy największym natłoku gości, dostawał mi się zawsze pierwszy talerz zupy lub flaków, — a gdy raz jakiś niecierpliwy gość, zgorszony taką preferencyą, zażądał, aby jemu podano pierwej, bo mu się śpieszy, pan Tomasz wsiadł na niego po swojemu, jak na łysą kobyłę, i nuż besztać:
— Jak panu pilno, to wolna droga, ja nikogo za surdut nie trzymam, — a taką porządną osobę — tu wskazał z uszanowaniem na mnie — za durnia mieć przecie nie mogę. — On tu dawniejszy gość, to mu się pierwszeństwo patrzy.
Miał to być rodzaj komplementu dla mnie.
Podobne traktowanie gości nie każdemu przypadało do smaku, szczególniej jeżeli który był drażliwej natury i uważał za ubliżenie godności swojej przypuszczenie lada kogo do poufałości. Tak np. jeden profesor obojga kaligrafi śmiertelnie obraził się na pana Tomasza. że, jak mówił, nie dość miał respektu dla jego stanowiska; tożsamo jakiś urzędniczek, który był pomocnikiem pomocnika przy praktykancie sądowym, przestał się stołować z powodu lekkiego traktowania jego godności. — Ale wyrozumialsi, a szczególniej osoby nie piastujące żadnego publicznego urzędu, jak na ten przykład ja, nieprzymierzając, byli nieco pobłażliwsi i nie tylko nie obrażali się poufałością pana Tomasza, ale się nieraz wybornie ubawili, gdy będąc w dobrym humorze, począł sypać koncepta i anegdoty, albo opisywać po swojemu przymioty gości swoich. — Można się było do łez uśmiać nie tylko z opowiadania, ale i z opowiadającego, który prześmiesznie wyglądał w negliżowym stroju, z warząchą lub kuchennym nożem, perorujący na środku izby. Wchodzenie nowych gości wcale mu nie przeszkadzało; odmieniał tylko głos dla powitania wchodzącego, spytał co mu podać, wydawał podniesionym głosem rozkaz Salusi i ciągnął dalej opowiadanie, wracając do pierwotnego tonu. — Sama ta zmiana tonu wielce pocieszne robiła wrażenie; wyobraźcie sobie przytem baryłkowatą postać opowiadającego, krótkie a grube ręce, któremi po oratorsku wywijał, twarz ogromną, tłustą, świecącą od potu, który co chwila obcierał kolorową chustką, jadąc nią za jedynym zamachem po fałdzistym karku i łysinie, a „nie będziecie się dziwić, że bawiliśmy się nieraz lepiej w garkuchni pana Tomasza, niż na przedstawieniu teatralnem.
Raz, naprzykład, opowiadał nam o jakimś, jak go nazywał bistyfrancie, który go chciał z mańki zażyć, bo myślał, że trafił na głupca. — „Łaził on tu do mnie jakiś czas — opowiadał pan Tomasz — wcale miniasto wyglądał, figura bycza, jak nieprzymierzając u szlachcica, gęba jak cholewa, słowem człowiek jak się patrzy. Ino mi się to nie podobało, że często o kredycie napomykał. niby nie dla siebie — uważacie panowie jaka mądra ryba! — tylko tak, ogólnikiem zaczął gadać, że gdybym kredytował. tobym mógł mieć moc gości. bo każdemu łatwiej na pierwszego zapłacić, jak codzień po kilkanaście bagatelnych krajcarów do kieszeni sięgać, że teraz największe potencye europejskie kredytem stoją; a kiedy myślał, że mię już przekonał, nuż kręcić, że pugilaru zapomniał, to że drobnych nie ma; — to wyszedł i niby zapomniał zapłacić; — i tak się uzbierało coś do kilku papierków, bo bestya żarła za trzech przy tym kredycie. — O, poczekaj, myślę, bratku, chwycę ja cię. — Czekam jeszcze kilka dni cierpliwie, a on chodzi a chodzi, żre na potęgę i nie płaci — aż jednego dnia... Dobry wieczór, dobry wieczór panu kumwisarzowi (te słowa powiedział już odmiennym głosem, jak aktor, gdy mu wypadnie mówić na stronie; a stosowały się do nowoprzybyłego gościa, kulawego komisarza, który należał także do stałych gości wieczornych). Co będzie? zrazy, czy stufada? — może pieczeń cielęco z ogóreckiem? jest świza i galantna.
Gdy komisarz zgodził się na cielęcą, pan Tomasz obrócił się w stronę ciemnej kuchni, wrzasnął tubalnym głosem: Saluś! cielęco z ogureckiem dla pana kumwisarza! — A zwracając się do komisarza i zmieniając znowu głos spytał: Ozy pan kumwisarz merkertowskiego chleba, czy baruchowskiego? — Baruchowskiego? Git Kaśka, bo choć to żyd chrzczony, ale piecze chleb jak się patrzy — i wolę go jak tego miemca.
Otóż cóżem miał rzec? aż przychodzi on tu raz wieczór;-mówię: panie kumwisarzu, o tym furfancie, co mnie to chciał brać na lapę i wykierować na dudka, a tymczasem ja go wykierował; — otóż przychodzi on tu raz wieczór — a było rychtyk kilku gości porządnych — kazał se dać dwie porcyi pieczeni. zrazy z kaszą, piwa kilka kufli-ja daję furt i czekam cierpliwie co z tego będzie.
Potem, mospanie dobrodzieju, siadł sobie ot tu. pod lampą, wziął gazetę i czyta, czyta — aż kiedy widział, że Ja z jednym profesorem i urzędnikiem magistratu siadam sobie do domina, on prędziutko łap za capkę. — „Panie Tomaszu, ja tu jutro przy obiedzie zapłacę“.-Hola-bratku!
nie tędy go wiedli — rzekę — dosyć już tego kredytowania. Ja, panie, nie żadna potencya europejska, cobym stał kredytem — ja wolę pieniądze jak kredyt-zapłać pan coś winien i kwita, a nie to surdut ściągnę, jak Boga kocham!
Mój furfant zaczął się gniewać, rzucać, groził, że mi nie daruje, że mnie skarzyć będzie o obrazę honoru;a skarż sobie pan do stu dyabłów, - wolę, że pan mnie skarżyć będzie, jak żebym ja pana skarżyć musiał.-Jakem go mospanie przyparł ostro — tak szlachcic w prośby, że nie ma tylko kilkanaście krajcarów przy duszy, dał mi ze dwadzieścia razy słowo honoru, że zapłaci, a kiedy to nie pomogło — wyjął jakiś mentalik na wstążeczce, a ot ten, co go panowie widzicie u Napaliona; — mówił, że to jego order z wojska, że on dla niego wart więcej jak tysięce zaraz i jutro przyjdzie go wykupić — i zostawił go; i jak poszedł, tak go oko ludzkie u mnie więcej nie widziało.
Utraciłem na nim kilka papierków, bo order pono tylko pozłacany, ale zatom Napaliona nim uhonorował.-Prawda, że mu śpiluje, co?
To znowu innym razem opowiadał nam o szlacheckich dworach, po których sługiwał zamłodu; o szumnych zabawach, w których jak masło w ogniu topiły się pańskie fortuny, a wsie ich przechodziły w żydowskie ręce; a gdy czasem wszedł na czasy Rzeczypospolitej krakowskiej, to zdawał się niewyczerpanym.
Zajęcie Krakowa przez Austryaków w 1846 i pożar tego miasta w 50 roku dawały mu także obfity temat do opowiadań, które, przy jaskrawym kolorycie jego języka i oryginalnych porównaniach, stawały się nieraz bardzo zajmującemi.-Opowiadał bez porządku, wikłał się w opisach, wtrącał często epizody, wśród których zgubił główny wątek i nie wracał do niego wcale, a mimo to umiał zająć niesłychanie. — Gawędy jego były rodzajem szkiców, niewprawną ręką i grubym pędzlem chlastanych, ale mających dużo oryginalności i życia.
Niejeden z takich szkiców posłużył mi potem do skreślenia jakiegoś typu lub obrazka z tych czasów; z niejednym takim spotkacie się może w ciągu niniejszych opowiadań moich z przeszłości Krakowa. W każdym razie pan Tomasz był ciekawą i oryginalną figurą, typem w swoim rodzaju doskonałym i w salach malarzy krakowskich kwadratowa ogromna głowa jego figurowała nieraz, — a koncepta jego i rubaszne odpowiedzi powtarzano sobie po mieście. — Niejeden umyślnie zachodził do garkuchni pod schodami, aby widzieć i słyszeć tego oryginała. Między innymi, żona jednego z moich przyjaciół, kobietka żywa i ciekawa, miała ogromną ochotkę poznać go bliżej.Wybraliśmy się więc raz we czworo: ja, jako przewodnik, ona z mężem i siostrą.- Poszedłem przodem, za mną reszta towarzystwa szła gęsiego.
— Dobry wieczór, panie Tomaszu — rzekłem.
— Dobry wieczór, dobry wieczór- odezwał się wesoło, ale wnet urwał, spostrzegłszy wchodzące kobiety — (rzecz nie widziana u niego). — Spojrzał na nie z podełba. potem odwrócił się, splunął ukradkiem i mruczał pod nosem:
— Kiej dyabli, a to znowu zkąd się wzięło u mnie? Cie, jeszcze tego brakowało!
Nie zważając na takie niegościnne przyjęcie, usiedliśmy koło stołu, kazaliśmy sobie podać coś zjeść i próbowaliśmy wyciągnąć gospodarza na rozmowę. Ale ani rusz, jakby mu kto usta zalepił.
Siadł sobie na boku w cieniu, popijając co chwila z kufelka piwo i patrząc na nas krzywo, mruczał ciągle coś do siebie pod nosem. Nawet usłużyć nam nie raczył, tylko zawołał Salusi, i kazał jej podać cośmy chcieli. — Zmiarkował widocznie intencyę, z jaką przyszliśmy do niego; bo kiedy gwałtem chciałem go rozgadać i spytałem, co mu się stało, że taki dziś nierozmowny, odbąknął mi półgłosem nabunczuczony:
— A czy ja to najmował się do gadania — czy co? — Chcesz pan jeść — to pan masz, a mnie pan daj święty spokój. — Ja tu nie od bawienia gości; jeśli wam chce się bawić, to idźcie na kumedye do tyjatru- tu nie tyjater zaden; — i znowu zamilkł. Dopiero, kiedy Salusia, podając nam jakąś pieczeń, upuściła talerz na ziemię, pan Tomasz nie mógł już dłużej utrzymać się w tym poważnym nastroju; — jak się nie zerwie, jak nie huknie tubalnym głosem: a ty klępo jakaś, to ja cię tu trzymam od tłuczenia talerzy, to głupiej pieczeni byle gościowi podać nie umiesz...ty taka, ty owaka — i tu posypał się z ust pana Tomasza cały potok takich słów, których byś w żadnym słowniku może nie znalazł, - że kobiety nasze zawstydzone, oburzone, zabrały się co tchu i wyniosły jeszcze prędzej jak przyszły.-Pan Tomasz tryumfował, widząc jak językiem oczyścił sobie prędko plac boju.
— Chciałyście, to macie — mówił ucieszony, zacierając rękoma łysinę. — — Dobrze wam tak.
A gdy mu zwracałem potem uwagę, że nie godziło się przy kobietach być tak niedelikatnym, to jeszcze mnie ofuknął zato:
— A cóż to mam kaganiec sobie sprawić — i nie odzywać się w moim własnym domu? — Jak im się nie podoba, to niech nie przychodzą. Ja tu bab nie potrzebuję u siebie-miałem jednę moję, a i ta mi tak dojadła, że niech ręka Boska broni — miałem jej po uszy.
Przy tej okazyi dowiedziałem się, o czem wielu nawet z dawniejszych jego gości nie wiedziało, że Pan Tomasz był żonaty, ale nie żył z żoną swoją już od kilkunastu lat.
Co było powodem ich rozłączenia, nie mogłem się nigdy dokładnie dowiedzieć, bo pan Tomasz, zwykle taki wygadany, w tej materyi nie lubił nic mówić, i gdym go parę razy zagadnął o to. machnął tylko ręką i mruknął niechętnie.
— E, nie warto o tem gadać.
Podobno poszło im o bagatelkę. Pani Tomaszowej zachciało się kapelusza. — Poszła w tem za radą i przykładem swojej przyjaciółki, z którą razem włóczyły się po kościołach na pasye, odpusty, razem chodziły na anodyny do apteki Sawiszewskiego, lub kwasny kubek do kawiarni’ w Sukiennicach.- Od czasu, jak przyjaciółka owa zawdziała kapelusz, panią Tomaszową począł żenować jej czepek z dwiema kokardami; miała także wielką ochotę zawdziać podobną paradę na głowę. ale się bała męża.-Dopiero jak przyjaciółka poczęła dokuczać, namawiać: a cobyś się to kumoszka miała bać, a to mi się podoba, — żeby też kumoszka na tyle woli nie miała, żeby się nie mogła ubrać Jak się podoba; — a cóż to jejmość nie pracowałaś tak dobrze jak on na tę parę grajcarów, coście sobie uszperali?- Jak zaczęła dogadywać, tak pani Tomaszowa zdobyła, się na odwagę, w sekrecie przed mężem poszła do magazynu i ustroiła się babina w kapelusz.
Ten kapelusz stał się kością niezgody w małżeństwie.Pan Tomasz, skoro żonę w nim zobaczył, wybuchnął najprzód straszną pasyą i kazał jej co tchu rzucić to czupiradło z głowy; a gdy ona, podbechtana przez kumoszki, stawiła się ostro, zkonfiskował jej ów corpus delicti i schował do kuferka.
Ten postępek rozdrażnił małżonkę, poszło na udry i pani Tomaszowa kupiła drugi kapelusz. Odtąd poczęły się swary i kłótnie coraz częstsze między małżonkami, — on ją przezywał szlachcianką, ona jego chamem; aż raz, kiedy oboje byli pod dobrą datą, przyszło do szturchańców i bitki, w której pan Tomasz, jako silniejszy, odniósł przeważne zwycięztwo. Byłoby się może na tem skończyło, gdyby kumoszki nie były wdały się w tę sprawę. Wnet wzięły ją pod swoję opiekę, przekładając, że nie powinna się dać tak okrutnie katować, że przy takim mężu i życia nie może być pewną; namówiono ją że kazała zrobić sobie visum et repertum i podała się do separacyi.
Pan Tomasz niewiele sobie robił z nieobecności żony, a przynajmniej nie pokazywał wcale. że go to gryzie; dopiero. kiedy proces się skończył i sąd, godząc się na separacyę. przyznał żonie połowę majątku, zafrasował się nieborak naprawdę. Nie szło mu może tak bardzo o żonę, nie szło nawet o tę połowę domu i tych kilka zagonów ogrodu, ile o zegar, który sekwestrator zabrał mu gwałtem z domu na rzecz żony, jako jej własność.
Zegar ten był dumą i uciechą pana Tomasza. — Miał on duży metalowy cyferblat, pokazywał nie tylko godziny, ale i dnie i planety, panujące w każdym miesiącu, co panu Tomaszowi wielce. potzebnem było w układaniu ze snów kombinacyj loteryjnych. 00 jednak go najwięcej bawiło. w onym zegarze, to dwie figurki metalowe, przedstawiające ulana polskiego i niemeckiego dragona, którzy, za każdem uderzeniem godziny, napadali na siebie i tłukli się szabelkami - Tak go to zajmowało, że choć już tyle tysięcy razy widywał tę bitkę, za każdem uderzeniem godziny, podnosił oczy do góry, przypatrywał się z uśmiechem na ustach rąbiącym się, i żeby miał najpilniejsze zajęcie, to je przerywał sobie i czekał, dopóki zegar nie odbił swego.
Nieraz, pamiętam, idzie z gorącą zupą do gościa, który na nią niecierpliwie czeka, — wtem zegar bić zaczyna; — pan Tomasz staje na środku pokoju, uśmiechnięte oczy podnosi na cyferblat, usta trzyma otwarte i zagapiony słucha, — a czasem dogaduje półgłosem:
— A to się biją — niech ich las trzaśnie — zawsze ułan tężej wali-dobrze zuchu! wal co się zmieści niemca!
I tak prowadził sobie w najlepsze monolog, dopóki ułan i dragon nie cofnęli się znowu po wybiciu godziny na swoje miejsca. - Żeby tam gość wtedy nie tylko wołał, ale strzelał za uszyma, toby go był nieoderwał, od tego widoku.
Toteż chodził koło zegaru z ojcowską troskliwością, sam go nakręcał każdego wieczoru, nim się spać położył, sam omiatał go delikatnie z kurzu, nie pozwalając się, broń Boże, tknąć nikomu; sprawił mu ozdobną z orzechowego drzewa wązką szafę; a gdy czasem, co się jednak rzadko zdarzało, zegar zachorował na nieregularność, to nie jednego. ale dwóch albo i trzech. sprowadzał zegarmistrzów na konylium.
Można więc sobie wyobrazić, jak było panu Tomaszowi, kiedy mu ten zegar zabrano. Po słuszności należał się on żonie, bo to był jej zegar wyprawowy; dostała go była na wiano od jakiegoś wuja księdza.e-Byłby chętnie zapłacił jej za niego, coby była chciała, ale baba uparła się... i nie i nie.-Kto wie nawet, czy dla miłości tego zegaru pan Tomasz nie byłby się zdecydował pogodzić z żoną, ale, na nieszczęście, pani Tomaszowa w tym czasie gdzieś wyjechała, a z zegarem niewiedzieć co zrobiła.
Kiedy zacząłem się stołować u pana Tomasza, zegaru tego nie miał już w posiadaniu; została po nim tylko pusta szafa z dużym otworem na cyferblat.-Ile razy spojrzał pan Tomasz w ten otwór, to albo wzdychał ciężko, jak miech kowalski, albo klął między zębami żonę.-Ponieważ potrzebował mieć koniecznie jakiś zegarek, nie tyle dla godzin, ile dla tykotania, do którego się przyzwyczaił, więc sprawił sobie jakiś spory zegar z wagami, ale go to nie tylko nie zadawalniało, owszem jeszcze irytowało.-Patrzył na niego z pogardą, a gdy zaczął terkotać i syczeć przed uderzeniem godziny-pan Tomasz litościwie ściągał ramiona i mówił:
— Cie, jak się to nadyma i nasyczy, zanim wystęka tę głupią godzinę. Co mi to za zegar taki! Tamten zegar, żebyś pan był widział, to było co posłuchać.
— A cóż się z nim stało? — spytałem raz, gdym był jeszcze nieświadomy historyi o zegarze.
— A dyabli wiedzą, co z nim moja imość zrobiła. Pewnikiem go komu za głupie pieniądze przecyganiła — na złość mnie. Bo ja bym jej dał był dziesięć razy tyle, co l:to inny.
Przyznał mi się raz, że umyślnie chodził po tandetach, licytacyach, u zegarmistrzów się dopytywał, czy nie znajdzie tego zegaru, albo przynajmniej podobnego; ale nic takiego nie było-i otwór w szafie ciągle był próżny.
Toteż zdziwiło mnie niemało. kiedy jednego wieczoru,po powrocie z wakacyj, poszedłszy na kolacyę do pana Tomasza, ujrzałem w otworze metalowy cyferblat całkiem podobniuteńki do owego zegaru, którego opis tyle razy słyszałem. — Pan Tomasz siedział naprzeciwko szafy ze zwieszoną głową i smutny czegoś jednę rękę oparł ciężko na kolanie, a w drugiej trzymał kufelek piwa.
Zauważyłem, że się zmienił bardzo od czasu, jak go nie widziałem, pożółkł nieco, a pełna niegdyś twarz — teraz fałdzisto zwisła ku dołowi. — I mówił już nie tyle jak dawniej, a na moje powitanie odpowiedział dość obojętnie: dobry wieczór, dobry wieczór. - Nie mogłem się powstrzymać, żeby go nie spytać: zkąd ten zegar znowu wziął się u niego.
A zkądżeby, jak nie od niej? — rzekł miękkim głosem, — a ja ją tak pomstowałem- o! tego sobie nigdy nie daruję; - i otarł oczy rękawem koszuli.:
— Więceście się państwo pogodzili? — zapytałem — i żona wróciła do pana?
— Wróciła, ale nie do mnie, tylko tam, gdzie jej pewnie pan Jezus nie odmówi korony niebieskiej, bo była uczciwa kobieta;-tylko ja byłem hultaj, com się na niej poznać nie umiał. Wyobraź pan sobie, to biedactwo chowało ten zegar dla mnie; choć mogła go sto razy sprzedać — nie sprzedała, bo mówiła: Tomusiowi by to przykro było.
Tu pan Tomasz rozbeczał się jak dziecko, ze długi czas do słowa przyjść nie mógł; tylko, mazał sobie twarz to jednym rękawem, to drugim, a trąbił nosem tak rozpaczliwie, jakby marsza pogrzebowego na nim wygrywał.
— Umarła biedaczka w szpitalu - mówił dalej, gdy się nieco uspokoił-bo krucho było z nią w ostatnich czasach;a zegaru przecież nie sprzedała. Dla ciebiem go chowała Tomusiu - mówiła, kiedyśmy się żegnali na śmiertelnej pościeli.
Wtem zegar donośnym, ale ponurym głosem zaczął wydzwaniać siódmą godzinę - ułan i dragon z podniesionemi pałaszami ruszyli na siebie; - pan Tomasz podniósł oczy w górę - błysk weselszy przebiegł po łzach, jak promień po deszczu, a gdy zegar odbił godzinę, westchnął i rzekł:
— Poczciwa! — Wieczne odpoczywanie racz jéj dać Panie!
Od tego czasu parę rasy spotykałem pana Tomasza na drodze, wiodącéj ku cmentarzowi. Zamiast iść do dóbr swoich za rogatkę zwierzyniecką, chodził często na grób swojej Kasi — dziękować za zegar.
Kiedy po dłuższéj niebytności wróciłem znowu do Krakowa, nie zastałem już garkuchni pod schodami. — Powiedziano mi, że pan Tomasz, pomimo tylu rad doktorskich, ciężko zapadł na zdrowiu i musiał zwinąć zakład i pójść do szpitala. Podobno, po wyściu ztamtąd, próbował drugi raz wziąć się do interesu, ale mu nie szło — starzy goście porozłazili się po tym świecie i aż na tamten świat, a nowym nie przypadła do smaku garkuchnia starego autoramentu. — Odtąd słych o panu Tomaszu i jego zegarze w Krakowie zaginął...


X.
Dla kogo zbierał?

Przed kilku laty siadywał zwykle wieczorem, przed jedną kamienicą w rynku, kościsty staruszek — i to nie tylko w lecie, ale i w zimie. Zielony wytarty surdut, podbity starą lisiurką, zabezpieczał go jakotako od zimna, zresztą ubranie jego było bardzo nędzne. Można go było łatwo wziąć za żebraka, który przysiadł na kamieniu, wyczekując wsparcia; tymczasem był to właściciel téj kamienicy — a siadywał tutaj, czatując na niektórych lokatorów swoich, których nigdy nie mógł zastać w domu, bo się przed nim zamykali; a gdy go przypadkiem gdzie na ulicy spotkali, uciekali w inną stronę, co im tym łatwiéj przychodziło, że staruszek, w skutek wieku, nie dowidział bardzo.
Nie mogąc więc w żaden sposób zejść się z lokatorami, którzy zalegali mu z czynszem, zaciągał co wieczór regularnie wartę przed domem równo ze zmierzchem i dosiadywał wytrwale aż do dziesiątéj godziny; potém zamykał bramę i klucz brał do siebie. Jeżeli więc który z tych niepłacących nie zdołał przed tym czasem wrócić do domu, musiał skwitować ze spania w swojem własném mieszkaniu, by nie spotkać się z gospodarzem, który miał zwyczaj sam otwierać bramę.
Takie wysiadywanie przed domem dawało mu jeszcze tę pewność, że nikt nie zakradnie mu się wieczorem do domu, czego się obawiał bardzo ze względu na kilkanaście tysięcy reńskich, które w listach zastawnych nosił przy sobie w woreczku na piersiach. A przytém była w tém pewna oszczędność, bo nie potrzebował już palić lampy. Dawniéj pozwalał sobie na ten zbytek, bo lubił czytywać wiele, a nawet bawił się w literatę, ale odkąd oczy mu nie dopisywały, wykreślił całkiem z budżetu wydatek na światło.
O téj jego oszczędności, zabawne opowiadano sobie anegdotki; i tak np. mówiono: że po wyprowadzeniu się którego lokatora, zanim stróżowi pozwolił w tém mieszkaniu zrobić porządek, pierwéj sam wchodził, pilnie przeglądał wszystkie kąty, zapiecek, komin i wszystkie pozostałości po lokatorach, jak: stare rękawiczki, kawałki szmat i sznurków, ogarki ze świec, korki, papiery, i że wskutek tego miał niemałą kollekcyę tych archeologicznych zabytków, z których niektóre obracał na własny użytek, a inne przedawał śmieciarzom. Mówiono także, że sobie sam pierał bieliznę, że żywił się bardzo nędznie, przeważnie suchą strawą, a kiedy mu wskutek tego zęby przed czasem wypowiedziały posłuszeństwo i powypadały, a przeto i jeść nie mógł, i mówił tak niewyraźnie, że go zrozumieć trudno było, musiał więc nareszcie, po długich namysłach, zdecydować się na kupienie sobie sztucznych zębów; kupił téż sobie podobno jakiś przechodzony już garnitur.
Dla lokatorów był prawdziwą sekaturą, jeżeli mu się który na pierwszego nie uiścił z czynszem; umiał tak go wymęczyć ciągłém upominaniem się, tak wynudzić cierpliwém wyczekiwaniem na niego pod drzwiami, że każdy wolał zkądbądź pożyczyć i oddać, byle się pozbyć natrętnego staruszka, który jak cień za nim chodził. Jeżeli który nie miał mu zapłacić, i nie miał żadnych ruchomości, któreby mu przy wyprowadzeniu za czynsz zagrabić można, pan Kacper kazał sobie wystawić rewers i ten rewers wieszał na szubieniczce, która stała w oknie na widoku. Jeżeli kiedykolwiek potém dłużnik się uiścił z długu, albo umarł, wtedy dopiéro odcinał jego karteczkę i palił.
Powiadają, że kiedy raz jedna Francuzka, wyprowadzając się, nie miała mu zapłacić, nieubłagany gospodarz niepuści! jej ze swej kamienicy dotąd, dopóki mu tyle godzin francuzkiego języka nie dała, ile należało się komornego, a targował się z nią jeszcze o cenę i przy lekcy ach siedział z niesłychaną punktualnością-nie darował ani minutki.
Nie wiem, czy wszystkie te anegdotki były prawdziwe, czy też skomponowane przez ludzi, którzy radzi się bawić kosztem bliźnich; ale to pesvna, i tego mu największy nieprzyjaciel nie mógł zarzucić, że pomimo takiego skąpstwa, pan Kacper nie popełnił nigdy żadnego nieuczciwego czynu, nawet dla pozyskania pieniędzy, które tak bardzo lubił.Nie był to bowiem zwyczajny typ skąpca, np. w tym rodzaju, jak go nam Molier przedstawił, a za nim tylu naśladowców powtórzyło. Pan Kacper nie kochał pieniędzy dla pieniędzy, zbierał je z takim mozołem, odmawiając sobie wszelkich przyjemności, wygód, nawet potrzeb; ale nie dla siebie, tylko dla kogoś. Dla kogo?-to był sekret.
Rzeczywiście było ciekawe: dla kogo, bo nie mial ani żony, ani dzieci, tylko jakąś daleką krewną w Poznańskiem.Krewna ta musiała prawdopodobnie mieć nadzieję na spadek, bo kiedy raz pan Kacper zachorował obłóżnie, zjechała do niego niebawem wraz z córką i otaczały chorego wielką opieką i troskliwością i matka i córka. Pokrywały nawet z własnej kieszeni koszta leczenia, na które żałował sobie, karmiły go delikatnemi i wymyślne mi potrawami, jakich nigdy nie widział, ani wąchał przedtem, a wszytko w nadziei zapisu. Córka bardzo ładna, brunetka o małej główce, w której jednak dużo rozumku i sprytu się mieściło, wysilała się na różne objawy uczucia dla krewniaka, którego pierwszy raz w życiu widziała, cierpiała bardziej, niż on, z powodu jego choroby i nieraz susząc mokre oczka swoje batystową chusteczką, mówiła, że nie przeżyłaby jego straty.
Nie wiem; czy z boleści nad nią, ale pan Kacper rzeczywiście nie śpieszył si z umieraniem; choroba przewlekając się, wyczerpała nie tylko podróżną kieszeń krewnych, ale i ich cierpliwość - i kiedy jednego dnia chory dosyć wyraźnie dał im poznać, że robią sobie niepotrzebne wydatki, których im potem nikt nie wróci, zabrały się nagle i wyjechały bez pożegnania.
I sprawa zapisu została niewyjaśnioną. Pan Kacper trzymał ją w tajemnicy.
Ale z wiekiem trudniej mu było utrzymać tę tajemnicę za zębami, zwłaszcza, że jak powiedziałem, zębów własnych już nie miał, a cudze nie pełniły dobrze służby. To też nieraz wygadał się z tem i z owem przed znajomymi. Ja miałem także przyjemność należeć do jego znajomych. A poznałem się z nim w dość komiczny sposób.
Miałem kolegę, który mieszkał w domu pana Kacpra, a był z wydziału filologicznego. Bo trzeba i to jeszcze dodać nawiasowo, że pan Kacper za nic w świecie nie byłby wynajął u siebie mieszkania prawnikowi. Prawników znienawidził od czasu jakiegoś procesu, który ciągnął się przez lat sześć i skończył się na niekorzyść pana Kacpra, choć sprawa była, jak mówił, jak szkło czysta. Natomiast cenił wysoko kandydatów na profesorów, techników i medyków, bo, mówił, ci darmo chleba nie jedzą na świecie i przynoszą rzeczywiste usługi ludzkości.
Otóż mój kolega, jako kandydat na profesora, miał u pana Kacpra pewne względy i dlatego zjawiał się u niego dopiero we dwa, lub trzy dni po pierwszym po komorne.
Jednego tedy dnia, a było to właśnie kilka dni po pierwszym - mój kolega zaproponował mi, czybym nie odstąpił mu mego mieszkania na dni kilka. bo właśnie przygotowywał się do egzaminów i moje mieszkanie wydawało mu się spokojniejszem do pracy. Nie mogłem odmówić mu tej malej przysługi i przeprowadziłem się na poczekaniu, wziąwszy pod jednę pachę teczkę z papierami i kilka książek, a w rękę zawiniątko z bielizną, parasol i fajkę. Pierwszej nocy zaraz zauważyłem, że mieszkanie mego kolegi było o wiele wygodniejsze i spokojniejsze niż moje, i dziwiło mnie dlaczego koniecznie chciał zamiany.
Dopiero ranek wyjaśnił mi istotny powód. Jeszcze spałem dobrze, kiedy ktoś zapukał do drzwi, - a że nie miałem zwyczaju zamykać się na noc - więc nie ruszając się z łóżka, zawołałem: proszę, i podniosłem głowę z poduszki ciekawy, kto bywa tak rannym gościem u mego kolegi.
Drzwi uchyliły się ostrożnie i wsunął się najprzód haczykowaty nos z kropelką mleka na końcu, którą poeta mógłby śmiało porównać do perełki, - a za nosem ukazało się łyse czoło w otoczeniu niewczesnych siwych włosów; cybulaste, wypłowiałe oczy, wilgotne, w oprawie tysiąca zmarszczek; następnie spiczasta broda, z kosmykiem rzadkich włosów.
Twarz chuda, koścista, przypominała gotyckie figurki strugane z drzewa, — było w niej coś z mefistofelowskiej przebiegłości, złagodzonej naiwnym uśmiechem. Żylasta, wązka szyja wpuszczona była w szeroki otwór zatłuszczonego szlafroka, jak u owych chińskich figurek, kiwających głowami.
— Ma się rozumieć — dzień dobry — odezwał się staruszek wchodząc. — Ale to z pana akademika ranny ptaszek, byłem wczoraj o szóstej i już nie zastałem, przedwczoraj także nie. — Bardzo dobrze, ja to chwalę, — kto rano wstaje, temu pan Bóg daje - ma się rozumieć, -aurora musis est amica.
— Z kimże mam przyjemność - zapytałem, chcąc mu dać poznać, że nie jestem ten, za kogo mnie uważał.
— Figlarz z pana akademika, -jakto - nie poznajesz mnie pan? Jestem przecie, ma sit: rozumieć, gospodarzem i przychodzę po komorne — byłem wczoraj i kiedyś. — Teraz mi się wyjaśniło dopiero: dlaczego to mieszkanie: tak niespokojnem i niewygodnem wydawało się memu koledze.
— Ależ, panie dobrodzieju, ja nie jestem wcale lokatorem pańskim, — mój kolega chwilowo tylko ustąpił mi tego mieszkania.
— A któż pan jesteś właściwie?
— Niby literat — odrzekłem.
— Druch po piórze, brawo. ma się rozumieć doskonale, — bo trzeba panu wiedzieć. że i ja pisałem, a nawet drukowałem kilka rzeczy. — A jaki pan pisarz, czy demokratyczny? Bo ja, panie. demokrata czystej wody — ma się rozumieć, — dwadzieścia kilka lat, panie, walczyłem piórem pod chorągwią demokratyczną. — Żebym. ja jeszcze miał pióro tak, jak ja to rozumiem, tobym niejedno niem obalił, lecz na to trzeba Herkulesa. — Ale gdzie dziś szukać Herkulesów — tak za jakie sto lat — albo i później — cały legion ich będzie!
Byłem pewny, że staruszek bredzi; — ale później, kiedyśmy się lepiej poznajomili. dowiedziałem się, że ów legion Herkulesów nie był fikcyą zysku, ale miał pewną podstawę rzeczywistą i zostawał w ścisłej łączności z owem skrzętnem zbieraniem pieniędzy, któremu dziwny ów staruszek poświęcił cale życie swoje, odmawiając sobie wszystkiego,co stanowi wygodę, przyjemność, a nawet potrzebę. — Staruszek bowiem tak rozumował:
— Gdybym miał syna — mówił mi jednego dnia - możeby, panie, był urwisz jaki, utracyusz, i puściłby na marne to, co ja z takim trudem zbierałem. — Otóż ja sobie to lepiej urządziłem, panie.-Z tych kilkunastu tysięcy. co człowiek uciułał, zrobi się, ma się rozumieć, stypendyum jedno, albo dwa — według tego, ile po mnie zostanie- i co rok, panie, jaki filolog, albo technik, dostanie z tego zapomogę.- Zamiast więc, żeby się mój mająteczek dostał jednemu — dostanie się po trochu stu, a może i więcej — o! — Tu już niema ryzyka — bo na stu przecie trafi się bodaj paru Herkulesów. co pożytek prawdziwy przyniosą krajowi i sprawie demokratycznej.-Ma się rozumieć, to, panie, nie mała satysfakcya wiedzieć, że po mojej śmierci w kilkaset lat ktoś jeszcze z mojej poręki będzie wyrabiał się na człowieka, — że będzie pracował za mnie i zrobi wiecej, niż ja mogłem. — A co? prawda, panie, że warto zbierać dla takiego legijonu zuchów, ma się rozumieć, że warto.Toteż dalipan, kiedy pomyślę o tem, co ja będę mógł zrobić kiedyś, za moje pieniądze — to mi żal, panie, każdej kapki mleka, każdego krajcara, co go obracam na własne potrzeby, bo to, panie, formalna strata wydawać pieniądze na utrzymanie takiej zdezolowanej maszyny, jak Boga kocham, formalna strata.
Ta myśl o owym legijonie Herkulesów była kochanką jego, do której przywiązał się miłością wytrwałą i niezmienną. Ozy oprócz niej miał kiedy inną rzeczywistą kochankę? — nie wiem — nie mogłem się dowiedzieć.
Dochodziły mnie od jego znajomych urywane wiadomości o jakiejś nieszczęśliwej miłości jego zamłodu, to znowu o różnych donżuańskich sprawkach jego na dworze jakiegoś magnata, zkąd nagle jednego razu znikł wraz ze służącym swoim, zerwał ze światem zupełnie, osiadł gdzieś w lasach, wykarczował kawał ziemi, założył osadę i to miał być początek jego mająteczku.
Tak mówili mi inni, -od niego samego jednak nigdy nic z tej epoki jego życia dowiedzieć się nie mogłem, bo widocznie unikał rozmowy o swojej przeszłości. — Oprócz owej krewnej, o której wspomniałem powyżej, nie miał nikogo na świecie..:.. — nawet przyjaciół. N a starość ogłuchł i niedowidział, — a jednak nie znać było na nim zgnębienia i upadku ducha, bo ta myśl, której poświęcił życie, paliła się, jak ogień święty w nim i ożywiała go.
Nikt pewnie z przechodzących kolo niego nie domyślił się, jakie wzniosłe marzenia roiły się po głowie tego staruszka, który skulony, przygarbiony, siedział na kamieniu w zielonym, wytartym surducie, podszytym starą lisiurką.Dość mu było ręką dotknąć si-t tego zwitka papierów zastawnych, które nosił zawsze na piersiach, aby z nich, jak po drucie telegraficznym, popłynął cały strumień najpomyślniejszych wieści o tem, co kiedyś się stanie, kiedy jego już.dawno nie będzie na ziemi. — Bo rozmowa z przyszłością wypełniała treść jego życia i czyniła go szczęśliwym. — Smaczny befsztyk, lub wygodne łóżko, nie dałoby mu pewnie takiego szczęścia i zadowolenia.
Toteż staruszek karmił się nędznie, -tyle tylko jadł, aby nie umrzeć z głodu; sypiał na twardym sienniku, w którym Bóg wie jak dawno słomy nie odmieniano, a w mieszkaniu było zaledwie kilka najniezbędniejszych sprzętów i to już bardzo starych i poniszczonych. — Jedynym zbytkiem była biblioteczka, złożona z kilku dzieł politycznych i filozoficznych — i portret Staszica, wycięty z jakiejś ilustrowanej gazety.
Na parę lat przed śmiercią dał się namówić na niesłychany wydatek, bo na wyjazd do kąpiel do Tręczyna dla poratowania. zdrowia. Zrobił to głównie dlatego, aby mógł, odzyskawszy zdrowie, pracować dalej nad powiększaniem swego kapitaliku; ale gdy widział, że kąpiele nie pomagają mu, odmówił sobie tego wydatku i z rezygnacyą oczekiwał śmierci.
W ostatnich już chwilach, doktor, dla wzmocnienia niknących sił jego, zmusił go gwałtem do kupienia butelki starego wina za trzy guldeny. Sam wyjął pieniądze z jego pugilaresu i posłał służącą po wino. Po śmierci znaleziono tę samą butelkę koło jego łóżka, ale w niej, zamiast starego wina, był jakiś płyn kwaśny, więcej podobny do octu, niż do wina. — Pokazało się, że po odejściu doktora, pan Kasper kazał coprędzej odnieść owe drogie wino i w podobnej butelce przynieść najtańszego. — Chciał tem zwieść doktora; tak mu żal było stracić parę guldenów z tych pieniędzy, które poświęcił dla przyszłości, a których był, można powiedzieć, nie właścielem, ale stróżem tylko.
Na pogrzeb swój przeznaczył zaledwie kilka guldenów.Kazał ubrać się w najgorsze suknie, bo trochę lepsze zapisał służącemu, co go doglądał w chorobie.
Poszedłem odwiedzić ciało jego; spoczywało w prostej trumnie, którą postawiono na dwóch drewnianych stołkach.— Służący z własnych funduszów zapalił mu dwie świeczki i wetknął krzyżyk w rękę. — Nad głową zmarłego wisiał portret Staszica.
Strasznie wyglądał ten brak wszelkich dekoracyj, w jakie przyzwyczailiśmy się przystrajać ofiary śmierci — ani katafalka, ani kwiatka koło trumny, ani całunu w oknach...
A jednak twarz umarłego, którą w tej chwili drasnęło słońce, zdawała się uśmiechać z powodu owych marzeń o przyszłości, z którémi zasnął na wieki.
Czy te marzenia staruszka o legijonie Herkulesów ziszczą się kiedy — trudno orzec napewno, — dość, że staruszek wierzył w nie mocno i dlatego twarz jego po śmierci jeszcze zachowała ten rozkoszny wyraz zadowolenia.


XI.
Rybak z za Wisły.

Najulubieńszem miejscem naszych studenckich przechadzek była ta część za Wisłą, gdzie jest przewóz pod Wawelem. Potrzeba było tylko zboczyć paręset kroków z plantacyj, przewieźć się przez Wisłę, aby się znaleźć w czysto wiejskiéj ustroni, gdzie można było odetchnąć świeżém powietrzem i zabawić się swobodnie. Nie było wtedy jeszcze owych piwiarni, kręgielni, huśtawek, którémi dzisiaj żydzi zanieczyścili to miejsce, ani płócienne budki kąpielowe nie zasłaniały gładkiego zwierciadła Wisły, — sielankowa cisza panowała tutaj.
Nad brzegiem rzeki, wśród nizkich sadów, bieliły się domki rybaków, przed któremi w słoneczne popołudnie, lub nad wieczorem, liczna dziatwa różnego wieku, począwszy od malca, co jeszcze koszulinkę w zębach trzyma, aż do dziewczynki, co dźwigając z wysileniem małego braciszka, udaje piastunkę, bawiła się wśród rozpiętych po drzewach sieci. A od domku do domku mnóstwo krzyżuje się ścieżek pomiędzy płotami i ogródkami: to idą w cienistą aleję wierzbową, to snują się po zielonej murawie, upstrzonéj stadami białych gęsi i pasącém się bydłem; mijają figurę oblepioną rzeźbami świętych, pod którą pastuchy kręcą fujarki, lub majstrują coś kozikiem i giną w zielonych falach zboża, pełnego bławatków i maków polnych.
Za temi falami kołyszącego się zboża. szumią rozłożyste nadwiślańskie topole, po nad stawami, zarosłerui sitowiem i innemi roślinami wodnemi, pomiędzy któremi najprędzej uderzają oczy złociste jaskry i białe nenufary. Za stawami, przez drobne listki i białe pnie brzozowe, widać chaty, z zielonym grochem na tyczkach przed oknami, to znowu kapliczkę jakąś, otoczoną krzakami agrestu i dziką wiśnią, na której trzepoce się ptastwo i świergoce na różne tony.N a niewielkiej tu przestrzeni rozmaitości dużo, co kilkanaście kroków inny krajobrazek, a wszystko takie piękne, że możnaby krajać po kawałeczku, oprawiać w złote ramy i na ścianie wieszać. — A przytem tak tu spokojnie, jakby zakątek ów leżał Bóg wie jak daleko od miasta, — i tylko stare zamkowe mury i białe wieżyce ze zwierzynieckiego klasztoru, co górowały po nad zielonemi drzewami, przypominały jego blizkość.
Chodziliśmy tam gromadnie na spacery, błądząc po owym labiryncie ścieżek, gwarnie i wesoło, bo młodość nasza była istotnie młodą; żyliśmy wtedy jeszcze za granicami towarzyskich stosunków, a za to tym ściślej złączeni koleżeństwem; nie znaliśmy jeszcze wtedy fraków, jasnych rękawiczek, balów, rozmów z pannami w salonach, i płeć piękną znaliśmy z widzenia, podziwialiśmy ją zdaleka, kochaliśmy się po studencku, więcej imaginacyą, niż w rzeczywistości. Żyliśmy jeszcze w świecie marzeń, więcej z naturą i książką, niż z ludźmi.
Toteż było w duszy swobodnie, wesoło, — istne ptasie życie wśród zieloności z pieśnią na ustach. — Często kresem naszych wycieczek była grota w skałach około Pychowic.- wioski, leżącej nad samym brzegiem Wisły naprzeciw Przegorzał. — Chodząc po tych skałach, za górskiemi rośli nami, znaleźliśmy przypadkowo ową grotę, którą pastuchy poprostu jamą albo dziurą nazywali, a którą my ochrzciliśmy grotą Twardowskiego. choć ś. p. czarnoksiężnikowi nie śniło się pewnie o niej; i dziś nazwa ta przyjęła się szczególniej między rybakami, którzy nas nieraz od tej groty wieźli na łodziach do Krakowa z powrotem.
Mnie najczęściej wypadało płynąć na łodzi Dominika.Był to stary rybak, z twarzą miedzianą prawie od słońca i wody, krótko przystrzyżonemi wąsami i siwą gęstą czupryną. Oczy miał zawsze wilgotne, zmarszczek koło nich tyle, jakby mu kto całe pasmo nitek odcisnął, a w grubych wargach trzymał wiecznie krótką. okowaną fajeczkę, którą razwraz zapalał, bo mu ciągle gasła, -szczególniej, gdy się rozgadał lub żywiej wiosłem robić potrzebował. — Rzadko kiedy widywałem go w bekieszy lub kapocie, chyba we święto; — zwykle obywał się bez tego stroju i chodził tylko w długiej kamizelce w duże kwiaty. mocno już zabrudzonej, zwłaszcza koło kieszeni, do której sięgał często po siarniczki. — Na głowie kipiała mu na bakier stara, niegdyś czarna, dziś czekoladowo-popielata manszestrowa czapka z barankiem, na pół zjedzonym przez mole. — W gorące dnie lata brał słomiany kapelusz domowego wyrobu. Wysokie buty, szaraczkowe spodnie i gruba, ale zawsze czysta koszula, stanowiły cały strój jego, i to nawet w dnie słotne lub chłodne.
Z czasem poznajomiliśmy się bliżej z Dominikiem i nieraz, gdy chciałem po upalnym dniu orzeźwić się i użyć wodnej przejażdżki, wybierałem się z nim nocą aż pod Tynieckie skały, gdzie jeździł na połów ryb. Brał wtedy ze sobą swego wnuka. Chłopiec ten miał zaledwie lat dwanaście, ale już odważnie chwytał się wiosła, wcale nie źle kierował łodzią, a znał Wisłę jak ścieżki w ogrodzie; wiedział gdzie mielizna, kamień podwodny, gdzie prąd szybszy.i umiał zręcznie obracać się na wodzie.
Płynęliśmy więc we trzech w noc gwiaździstą, pogodną, krając łodzią gładkie zwierciadło wody w srebrzyste brózdy, po których światła nocne skakały w tysiącach brylantowych iskier, a stary Dominik, pykając fajeczkę, opowiadał mi różne ciekawe epizody z czasów, gdy Kraków był jeszcze wolnem miastem, a Wisła stanowiła granicę. — Strażnicy uwijali się wtedy gęsto po tych miejscach, polując na przemytników. Chciano nawet rybakom zabronić puszczać się na łodziach na drugą stronę, bo ich posądzano o wspólnictwo; ale powołali się na stare przywileje królewskie, przechowywane starannie w skrzyni cechowej w kościele Bożego Ciała; sprawa oparła się podobno aż o Wiedeń i rząd musiał zakaz cofnąć.
Między innemi opowiedział mi raz, gdyśmy w wigiliją św. Jana powracali od groty Twardowskiego, łodzią, na uroczystość wianków, jedno zdarzenie z owych czasów, które mi mocniej utkwiło w pamięci.
— Było to - mówił-właśnie w wigiliją św. Jana. Nie obchodzono wtedy jeszcze wianków, jak teraz, z muzyką i sztucznemi ogniami, bo ten zwyczaj dopiero od paru lat zaprowadzili panowie akademicy. Dawniej tego nie bywało; mało nawet porządniejszego państwa można było tego dnia spotkać nad Wisłą, bo obywatelska córka i bez wianka i bez wróżby wie, że się wyda za mąż.
Jeżeli przychodziły tutaj, to same chudziny: jakaś biedna szwaczka, służąca, lub inna wyrobnica, co to na kawałek chleba ciężko pracować musi, a nie wie, co ją jutro czeka; — to i ciekawa, co jej wianek i Wisła powiedzą, i wygląda niecierpliwie świętojańskiej nocy. — Moja córka młodsza była wtedy jeszcze panną i także na ten dzień pielęgnowała na glinianej miseczce wianuszek z niezapominajek i rozchodników — a miała na Zwierzyńcu przyjaciółkę, córkę organisty z klasztoru. z którą się bardzo lubiły i często musiałem przewozić to tę do tej, to znowu tamtę do nas. Otóż i teraz moja Magdusia nie chciała puszczać wianeczka bez Kundusi i prosiła mnie, żeby ją przewieźć pod klasztor.
Pojechaliśmy — już było dobrze szaro. — Dziewczęta poszły szukać miejsca, gdzie prąd lepszy i daleko można widzieć płynący wianuszek; a ja zostałem na łodzi, pod brzegiem zarosłym wikliną, pykałem sobie moję fajeczkę, ażeby czasu nie tracić po próżnicy, zarzuciłem wędę do wody.
Siedzę sobie może tak z półgodziny, w tem coś zaszeleściło w krzakch. Oglądam się, patrzę, jakiś młodzik — mógł mieć najwyżej lat dwadzieścia — zbliża się do mnie i pyta: czybym go nie przewiózł na drugą stronę. Odpowiedziałem, że nam tego nie wolno, bo jakby strażnicy wypatrzyli, toby mi łódź odebrano i po Wiśle jeździć zabroniono.
Ów panicz, któremu jakoś bardzo poczciwie z oczów patrzyło, wyglądał więcej na panienkę, niż na mężczyznę, i był taki bledziutki i przygnębiony, że litość brała patrzeć na niego. No, ale cóż, jak zaczął, panie dzieju, prosić, nieledwie po rękach całować, obiecywać, że mi da co zechcę za tę przysługę — tak zmiękłem i zgodziłem się w końcu.
Biedaczysko miał jakąś okrutnie skrzywioną minę, musiało mu coś dolegać i ciężyć na sercu, bo wzdychał i patrzał ponuro w ziemię, jakby chciał, aby się pod nim rozstąpiła. Nie wiedziałem, pocoby mu tak pilno było na drugą stronę Wisły, może się tam miał spotkać z kim, może pojedynkować, a może, Boże odpuść, szatan go kusił, by życie tam sobie odebrać. Nie miałem-ta wiele czasu zastanawiać się wtedy nad tem wszystkiem. Pomimo nocy, pomimo zakazu, przewiozłem mego bladego panicza na drugi brzeg i tam pomogłem mu wyjść na drogę do Świątnik. Przy rozstaniu wpakował mi kilka sztuk monety w rękę, -myślałem, że cwancygiery albo coś drobniejszego, aż tu patrzę-złoto! Byłem pewny, że si omylił i pobiegłem za nim, żeby mu oddać. Nie chciał jednak przyjąć odemnie napowrót tych pieniędzy. Nie rozumiałem dlaczego, ale pytać się nie wypadło.-Podziękowałem mu za taki hojny datek i już miałem odchodzić, kiedy on zatrzymał mnie za rękę i po chwilowym namyśle rzekł:
— Słuchaj cie no — widzę, żeście uczciwy człowiek. — Mam tu przy sobie ważne „papiery, — niechcę ich brać z sobą. Weźcie to, ukryjcie dobrze; a gdy napiszę do was, przyślecie mi je. — To powiedziawszy, wydobył z kieszeni gruby pugilares czerwony, przewiązany sznurkiem i oddał mi go. — Widzicie — mówił dalej, — nie puszczając jeszcze pugilaresu z ręki, — ten pugilares, to mój majątek cały - to moja przyszłość.-Gdyby te papiery zginęły, poniósłbym wielką stratę.
Z tego co mówił i z jego wahania widziałem, e nie dowierza mi jeszcze zupełnie. Więc, dla uspokojenia go, podniosłem dwa palce do góry i rzekłem: na tego Boga, co nad nami, przysięgam panu, że możesz być całkiem spokojny o twój pugilares, choćby on największe skarby mieścił.
Musiało go to przekonać, bo prędko wcisnął mi w rękę pugilares, potrząsnął nią silnie na pożegnanie i poszedł w swoję drogę.
— No i prędko potem zgłosili się o ten depozyt? — spytałem Dominika.
— Nie zgłosił się wcale. Od lat dwudziestu nie dał znaku o sobie.
— A depozyt? — Jest u mnie związany sznurkiem, tak jak mi go oddał.
— I nie zaglądaliście, nawet przez ciekawość, co tam jest.
— U chowaj Boże.
W tej chwili mała, niekształtna figurka Dominika urosła w oczach moich do dziwnych rozmiarów. Ciemna twarz jego, jeszcze więcej zaciemniona zmrokiem na tle jasnego nieba, ustrojonego gwiazdami, przypominała mi obrazy staroniemeckiej szkoły. U nóg rybaka siedział na brzegu łodzi wnuk jego, mały Tomek, z podpartą rękami brodą, wsłuchany uważnie w opowiadanie dziadka.
Miałem ochotę zapytać jeszcze Dominika o coś, co się tyczyło owego nieznajomego, ale łódź nasza zbliżała się już ku zamkowi, gdzie tłumy ludu czerniły się po óbu brzegach, przypatrując się wiankom. Gwar, wrzawa, muzyka, łodzie z kolorowemi latarniami, które, jak wstęgi, odbijały się w wodzie, wianeczki oświecone świeczkami, posuwające się po gładkiej szybie wody, -wszystko to odwróciło uwagę moję w inną stronę.-Na rozmowę z Dominikiem nie było już czasu.
Potem nie widzieliśmy się długo, bo coś z ośm lat, a to dlatego, że w lecie wyjeżdżałem zwykle na czas dłuższy na wieś, - a jeżeli bywałem kiedy za Wisłą, to w liczniejszem towarzystwie, którego nie mogłem porzucać, aby zboczyć do chaty Dominika. Parę razy znowu, kiedy miałem czas być u niego, nie zastałem go w domu. Wiedziałem tylko, że familija jego powiększyła się o kilkoro wnucząt.Od starej Dominikowej dowiedziałem się, że Magdusia poszła zamąż do Wieliczki, a ze Stacha zrobił się tęgi chłopiec, ale wielkie nic dobrego. — Z samym Dominikiem zeszedłem się, jak już wspomniałem, po ośmiu latach. — Nie wiele zmienił się od czasu, jak go nie widziałem, - tylko włosy i oczy obielały więcej, a zmarszczki koło oczów stały się głębsze.
Znalazłem go naprawiającego sieci przed domem, zkąd poglądał na dwie dziewczynki, które się na łódce bawiły.Były to wnuczki jego: obie w bosych nóżkach, brudnych koszulinkach, krótkich spódniczkach. Starsza miała na głowie wianeczek bławatów, stała na brzegu łodzi, targała papierki i puszczała na wodę, patrząc za niemi.-Młodsza, przechylona przez krawędź łodzi, uderzała wodę gałązką wikliny; bawiły ją krople wody migocące się od słońca, jak brylanty; a miała włosy takie jasne, jakby je kto pozłocił.
Widok tych dzieci, bawiących się, i starego dziadka, w oprawie zielonych drzew, przez które przebijało zachodzące słońce, był prześliczny. Zatrzymałem się czas jakiś, by nasycić oczy tą grupą i czekałem zarazem, czy stary Dominik mnie pozna. Ale nie poznał; nie mógł nawet przypomnieć mnie sebie. Dopiero, gdym mu wspomniał o depozycie, klasnął palcami i rzekł:
— No, no, teraz sobie przypominam. Jeździliśmy z panem do groty w ten dzień, jak to wianki puszczali — prawda!
— Tak i mówiliście mi o owym depozycie. Cóż się z nim stało? Czy właściciel nie zgłosił’ się jeszcze?
— Ani słychu o nim.
Dominik był jakoś oszczędny w słowach, nie tak jak dawniej. Przypuszczałem, że może nie miło mu było gadać o tym depozycie, który prawdopodobnie na własny użytek obrócił, gdy się właściciela doczekać nie mógł — i dlatego zacząłem mówić o czem innem. Rozpytywałem go o rodzinę jego, która z każdym rokiem się powiększała, - a między innemi zapytałem się o Tomka, wnuka jego, który z nami jeździł nieraz łodzią. Stary na to zapytanie zpochmurniał, machnął ręką i rzekł:
— A licho go wie, co teraz robi — może w kryminale siedzi.
— E! co gadacie.
— To go, panie, nie minie, bo z niego już nic dobrego nie będzie.
— Słyszałem, że był w terminie.
— Już dawno nie jest. Zakochał się gałgan w jakiejś ordynarnej dziewusze — i rozpuścił się. Z terminu go’ wypędzili i teraz wałęsa się po szynkach na Kaźmierzu, żydom wodę nosi, a licho go wie, może się i ze złodziejami zadaje.
— Czy podobna? — A coby nie? — Ta to on, panie, do tego depozytu, co to panu mówiłem, już mi się dobierał, — jak Boga kocham.-I mało brakowało, żeby ten skarb, który ja, panie, jak pies wiernie pilnowałem przez lat tyle, roztrwoniło to łajdaczysko.
— Więc depozyt nienaruszony?
— A ktoby go ruszał? — On chciał, ale mu się nie udało. — Dobrał się już do stolika, gdzie był schowany, nożem podważył zamek, ale na. szczęście wszedłem do izby i złapałem go na gorącym uczynku, kiedy pugilares chował za pazuchę. Oj, nabiłem go, panie. za to, nabiłem, co się zmieściło i wypędziłem z domu na cztery wiatry, a pugilares schowałem tak, że choćby się na głowie teraz postawił, to go nie znajdzie. — I nikt nie dowie się o nim, chyba ten, co mi go oddał.
— A jeżeli on już nie żyje?
— Może i nie żyje; ale ja na to rachować nie mogę, bo nużby wrócił i upominał się, a pugilaresu nie było? Panie, jabym się w ziemię schował ze wstydu. Przysiągłem, że się go nie tknę nawet przez ciekawość i ne zajrzałem, jak mi Boga przy śmierci potrzeba, — ani wiem, co tam jest — i nie zajrzę aż do śmierci.
— A potem?
— Ha, potem niech sobie robią, co się im podoba. Ma kto skarb zabrać, to lepiej, żeby moje dzieci tem się pożywiły. Tylko nie ten urwisz, bo ten grosza z tego nie dostanie za swoje szelmostwa.. — Oddam go — mówił dalej łagodnym już głosem — Magdusi, — to dobre dziecko, ona nie roztrwoni tych pieniędzy; a w razie, gdyby ten pan wrócił i upomniał się o swoje — ona mu odda — o! jestem pewny, że odda. — Patrz pan, to jej robaczki.
Tu wskazał mi dziewczynki, bawiące się nad wodą, a pomarszczona twarz jego rozjaśniła się, jakby ją słońce oświeciło, — choć zmrok już rozsiadał się po polach.
— Zostawiła mi je na opiece, — mówił dalej, — bo poszła z mężem na Kalwaryę. Pan znałeś Magdusię — prawda? O! nie poznałbyś jej teraz — Biedactwo.pomizerniało, bo ciężko pracować musi. Dzieci kilkoro, a on tyle co kilofem zarobi w kopalniach, a z tego utrzymać się trudno.Toteż biedne kobiecisko haruje, że aż żal bierze. Dopóki mogłem, to jej kapnąłem czasem jaki krajcar, ale i u mnie teraz krucho. Starsza córka z kilkorgiem dzieci siedzi mi na karku, bo jej chłop utonął będzie temu dwa roki. Pierała żołnierzom na zamku, ale teraz wziął pranie jakiś żyd na siebie. Toteż grosz grosza goni — i nieraz na kawałek chleba braknie.- Dobrze jeszcze, że człowiek ma te kilka zagonów i chałupinę. boby przyszło iść z torbami.
Stary rozgadał się o swojej biedzie, która, wraz z latami, coraz więcej go uciskała. Sam zarobić mógł niewiele. bo nie miał już dość siły do wiosła i sieci; a jeżeli czasem wybrał się na połów, to musiał brać do pomocy sąsiada, z którym dzielić się musiał mizernym zyskiem. Co rok stawał się niedołężniejszym, aż w końcu sprzedał łódź, bo jej już używać nie mógł; zaledwie tyle miał jeszcze siły, że drżącemi od starości rękoma naprawiał sieci sąsiadów i zarobił sobie czasem na grudkę soli i paczkę tytuniu. Wraz z nim i chałupa jego pochyliła się od starości. Strzecha poczerniała od mchów i porostów, zaklęsła w kilku miejscach, ściany się pokrzywiły, a nie było na to, by je podeprzeć i zrestaurować. A w izbie było coraz puściej, bo co można było sprzedać lub zastawić, to córka dawno wyniosła do żydów, by mieć z czego wyżywić dzieci i ojca.
Mimo takiego ubóstwa, staremu rybakowi ani razu nie przyszła’ ochota rozwiązać sznurek pugilaresu i pomódz sobie pieniędzmi, które tam, według wszelkiego prawdopodobieństwa, być musiały. Uważał sobie za grzech myśleć o czemś podobnem. Depozyt chował jak świętości, których się dotknąć nie śmiał.
Przyszło w końcu do tego, że grunt i połowę chałupy sprzedać musiał. Kupił to żyd i nawet nieźle zapłacił, bo odkąd w radzie miejskiej krakowskiej jeden z radców zaproponował wybudowanie drugiego mostu pod Zamkiem. żydzi z skwapliwością wzięli się do zakupywania gruntu w tych okolicach, choć urzeczywistnienie projektu Bóg wie kiedy nastąpi. W nadziei przyszłych; zysków, nie żałowali pieniędzy i jeden drugiego podkupywał.
Tej skwapliwej przezorności winien był Dominik, że dość korzystnie sprzedał swój kawałek gruntu. Ale pieniądze nie utrzymały się długo u niego. Część poszła na wykupienie copotrzebniejszych rzeczy z zastawu, część ’dostała się Magdusi, — i bieda wróciła znowu, tylko jeszcze przykrzejsza, niż dawniej, bo cała rodzina rybaka mieścić si teraz musiała w jednej izbinie, gdzie był zaduch nie do wytrzymania, i ciemno i brudno. Kiedy raz wszedłem tam odwiedzić Dominika, który zaniemógł ciężko i z barłogu ruszyć się nie mógł, z trudnością wysiedziałem przy nim pół godziny.
Przykrym jest widok każdego zniszczenia, ale najgorsze jest to, które z nieubłaganą konsekwencyą wzmaga się, jak choroba suchotnika, nie śpiesząc się do końca, ale inie dając nadziei żadnej.
Okropne jest to powolne zbliżanie się do końca.
Tak było z Dominikiem: i on i ta część chaty, w której mieszkał, codzień więcej grzęznęli w nędzy i zapadali się w ruinach. — Drugą część domu żyd odrestaurował i urządził przy nim ogródek z mlekiem, piwem, huśtawką i kręgielnią, gdzie w niedzielę grywała katarynka i schodzili się żołnierze z.kucharkami na zabawę.
Właśnie w takę niedzielę wypadło mi być u Dominika. Straszne wrażenie zrobił na mnie ten kontrast szalonej wesołości, krzyków, śmiechów pijanych żołnierzy, z tragiczną sceną konania i zniszczenia, jakie dokonywało się w tej izbie. W najciemniejszem kącie izby leżał na tapczanie, zasłanym stęchłą słomą i starym kożuchem, mój rybak - wynędzniały i wyschły, że kości sterczały przez żółtą skórę, jak w pokrowcu. — Od tygodnia już przyjął ostatnie namaszczenie i oczekiwał śmierci. Magdusia przyjechała z dziećmi z Wieliczki pożegnać się z nim. Czekała do niedzieli, bo w tygodniu trudno jej było oderwać się od pracy.
Zastałem tam także Tomka, który nie wołany, ani pożądany przez nikogo, przyszedł“ także. Stał pod oknem, gapiąc się przez brudne szyby na huśtawkę i ogródek zapełniony ludźmi, między którymi może znajdowała się kochanka jego; — a od czasu do czasu rzucał brzydkie, przenikliwe Spojrzenie w ten kąt, gdzie tary dogorywał. — Straszne Wrażenie zrobiło na mnie to czekanie jego na śmierć. Przyszło mi na myśl to, co mi kiedyś Dominik opowiadał o jego usiłowaniach dobrania się do depozytu, i podejrzywałem go, że może dla tego samego powodu stał tu teraz i czekał. — Konający nie widział go, czy też nie chciał widzieć, -trzymał swoję ukochaną Magdusię za rękę i coś pocichu gadał do niej.
Gdy mnie zobaczył wśród zgromadzonych, przywitał ożywionym wzrokiem, bo głową już ruszyć nie mógł — usiłował uśmiechnąć się przyjaźnie; ale i na to brakło mu siły i uśmiech zamienił się w bolesne jakieś skrzywienie ust. — Zbliżyłem się do niego i uścisnąłem za rękę.
— O! kiepskim, panie, strasznie kiepski-mówił, ciężko oddychając. — Człowiek jak zbutwiała łódź, już do niczego.Trzeba będzie iść do świętej ziemi.
Potem poprosił mnie, abym usiadł przy nim; a ze nie było na czem, więc — przysiadłem na krawędzi tapczana.Zauważyłem, że Tomkowi nienarękę była obecność moja i parę razy zmierzył mnie brzydkiem spojrzeniem. — Nie podobało mu się — także widocznie, ze chory trochę się ożywił, jakby mu się lepiej zrobiło. Koniec nie przychodził tak szybko, jak się spodziewał, — i zapewne przypuszczał, ze nieprędko nastąpi, bo, mrucząc coś między zębami, wyszedł z izby. Nudno mu było czekać tak długo i dla, rozrywki poszedł grać w kręgle.
Chory tymczasem kazał Magdusi podnieść się nieco na posłaniu. — Podłożono mu pod plecy kożuch i trochę brudnych łachów, ze więcej siedział, niż leżał. — Wydawał się trochę rzeźwiejszy. Poprosił mnie nawet o trochę tytuniu do fajki. Nałożyłem mu jego krótko okowaną pipkę, włożyłem mu do ust i przytknąłem zapaloną.zapałkę. - Twarz jego rozradowała się — może już dawno nie palił; — z prawdziwą przyjemnością pociągnął parę łyków i chciał coś mówić.. Wtem fajka wypadła mu z zsiniałych ust, oczy mgłą zaszły, wyciągnął prawą rękę, jakby nią chciał kogoś uchwycić — i skonał.
Skonał przy piskliwych tonach katarynki, która wygrywała jakiegoś walczyka; wśród śmiechów hałaśliwego tłumu w ogródku, do których straszny akompaniament stanowił płacz obdartych i brudnych wnuków i dzieci koło zmarłego...
Tomek musiał ten płacz usłyszeć, bo wpadł do izby niezadługo, rzucił się do tapczana, gdzie leżało jeszcze niezastygłe ciało i zaczął skwapliwie szukać czegoś w barłogu i pod kożuchem.- ręce mu się trzęsły z niecierpliwości, a oczy patrzały dziko i strasznie. Parę razy wśród tych poszukiwań poruszył ciało zmarłego. — Oburzyło mnie to nieposzanowanie, — chciałem odsunąć bezbożnika od tapczana i zapytałem go groźnie:
— Czego tu chcesz? — Uszanuj zmarłego.
Nie odpowiedział mi nic, — nie słyszał może nawet, tak był zajęty szukaniem. Nie trudno mi było domyśleć się, czego szukał. — Nie znalazłszy nic w barłogu, rozerwał gwałtownym ruchem kamizelę na piersiach zmarłego i sięgnął ręką w zanadrze. — Ale i tam pugilaresu nie było.Stary przed śmiercią musiał oddać go w bezpieczne ręce prawdopodobnie Magdusi.
Cieszyło mnie, że urwisz Tomek grubo zawiódł się w oczekiwaniu. — Radość moja jednak nie długo trwała.Pugilares rzeczywiście znajdował się w rękach Magdusi; ale go tak niezręcznie ukryła za gorsem, że bystre oczy Tomka dostrzegły go. — Rzucił się jak drapieżny zwierz i wyrwał j ej pugilares.
Teraz dopiero rozpoczęła się zażarta walka przy świeżym trupie o ten skarb. Magdusia z.całych sił trzymała pugilares w obu rękach i krzykiem wzywała pomocy. Cała zgraja dzieci rzuciła się na pomoc matce, chwytając napastnika to za włosy, to za surdut, to za ręce, gdzie się dało; szarpiąc go i wrzeszcząc i płacząc równocześnie.
Tomek, jak dzik opadnięty przez psiarnię, szamotał się wśród tej zgrai. — Za każdym ruchem jego, któreś z dzieci padało z łoskotem na podłogę, ale się wnet podnosiło i czepiało jak pijawka nanowo. Wreszcie ten cały kłąb ciał ludzkich, poplątanych ze sobą, zwalił się wraz z Tomkiem na podłogę obok tapczana, tarzając się w prochu i słomie.
Nie mogłem pozostać obojętnym widzem tej zaciętej walki kobiet i dzieci z napastnikiem. Stanąłem, rozumie się, po stronie tych pierwszych, i choć wcale nie siłacz, zdołałem z pomocą innych wyrwać pugilares z rąk Tomka, nie bez trudu, bo trzymał go jak w kleszczach, aż doły wygniótł palcami w czerwonej skórze.
Zerwał się z ziemi i do mnie przyskoczył wściekły, z roziskrzonemi oczyma i rozczochranym włosem, w którym sterczała słoma.
— Oddaj mi pan ten pugilares, — to mój! — wołał ochrypłym głosem.
— Nie twój, ale całej rodziny — rzekłem spokojnie — a właściwie Magdusi, bo jej Dominik oddał go ciepłą ręką.
— Nieprawda — sama go ukradła.
— Ja przysięgnę w sądzie, że dostała.
— A pan jakiem prawem mieszasz się do tego. Oddaj pugilares i wynoś się pókiś cały, bo... I z zaciśniętą pięścią.zbliżył się do mnie. I kto wie, czyby przemocą nie wyrwał mi pugilaresu, bo był chłop silny i gwałtowny, gdyby we drzwiach nie był pojawił się żandarm, którego zapewne sprowadził tutaj wrzask i płacz dzieci. Na jego widok Tomek spokorniał i cofnął się odemnie. — Objaśniłem żandarma o co idzie, i wezwałem jego pomocy przeciw napastnikowi. Widząc, że mu się zdobycz wymyka z ręki, chciał przynajmniej część uratować dla siebie — i odezwał się:
— Te pieniądze należą do nas wszystkich, — niech więc sąd nas podzieli.
Byłem na to przygotowany; bo odkąd żandarm wmięszał się w tę sprawę, wiedziałem, że będzie musiała pójść na drogę sądową. Przedewszystkiem trzeba było otworzyć pugilares przy świadkach i zobaczyć, co się w nim znajdowało.
Żandarm zabrał się do tej czynności. — Sznurek był tak silnie zawęzłany, że niepodobna było go rozwiązać i przeciąć trzeba było. — Żandarm wydobył, wśród uroczyste] ciszy wszystkich, paczkę pożółkłych papierów z jednej przegródki pugilaresu i przejrzał wraz ze mną. Były to jakieś listy miłosne z zasuszonemi listkami koniczyny i bratków,włosy splecione w kółeczko wielkości obrączki i zawiązane różową wstążeczką. W drugiej przegródce znajdowały się dokumenta rodowe, metryka chrztu, dyplom uniwersytecki. Żandarm położył te papiery na stole obok listów i sięgnął do trzeciej przegródki.
Tomkowi myślałem, że oczy wyjdą na wierzch, tak wytrzeszczał je i chciwie zaglądał w głąb do pugilaresu. — Widocznie spodziewał się w tej ostatniej przegródce pieniędzy.
Rzeczywiście było kilkadziesiąt reńskich, ale w banknotach, które już dawno nie miały żadnej wartości. — Tomek nie chciał uwierzyć, żeby na tém miały się skończyć jego nadzieje i pilnował żandarma, aby żadnej kryjówki w pugilaresie nie pominął przy szukaniu. Przetrząśnięto cały, ale oprócz kurzu i pokruszonych listków, nic więcéj z niego wytrząść się nie dało.
— Bodaj jego choroba wzięła z takim skarbem — zaklął Tomek, nacisnął czapkę na oczy, i nie, spojrzawszy nawet na ciało dziadka, wyszedł z izby — prawdopodobnie do kręgielni. — Żandarm wyniósł się także niezadługo. — Wobec nędzy, jaką widział w izbie, ironią mu się wydawało spisywanie pozostałości po zmarłym; zresztą, nie należało to do niego.
Po jego wyjściu nastała w izbie głucha cisza.
Wszystkich scena z pugilaresem odurzyła. Przejście nagłe z nadziei posiadania wielkiego skarbu do rozczarowania — oniemiło obecnych. Magdusia machinalnie przekładała w ręku banknoty, za które nawet kawałka chleba nie można było kupić i patrzyła jakby z wyrzutem wilgotnymi oczyma na ojca, że ją tak zawiódł.
A przecież on nie oszukiwał jéj, wierzył do ostatniéj chwili, wierzył, że chowa wielki skarb, i umarł z przeświadczeniem, że dopełnił obowiązku i dochował przysięgi.
Pokazało się, że wiara ta była złudzeniem tylko, ale uczciwość jego nie była złudzeniem. — Ze czcią schyliłem głowę przed zwłokami nieznanego bohatera.


XII.
Dzieci Justysi.

Pozwólcie, że was znowu prowadzę na ową drogę, wysadzoną nadwiślańskiemi topolami, którą się idzie na cmentarz. — Był czas, gdy dziwny urok miała dla mnie ta cienista aleja, wiążąca miasto żywych z siedzibą umarłych. Otóż, chodząc tam dosyć często, spotykałem nieraz w dnie świąteczne i niedziele jakiegoś rzemieślnika z trojgiem dzieci, z których najstarsza dziewczynka mogła mieć lat sześć, a najmłodsze bobo, z wygiętemi w kabłąk nóżkami, widocznie od niedawna dopiero chodzić zaczęło. Toteż z niém było najwięcej kłopotu; dla niego wszyscy musieli iść powolnym bardzo krokiem, i zatrzymywać się co chwila; a gdy malec się rozbeczał, rzemieślnik brał go na rękę i niósł dalej, uspakajając płaczącego jak mógł i umiał: to huśtając go na rękach, to pokazując przelatujące ptaki, albo śpiewając jaką z owych piosenek, któremi piastunki dzieci do snu kołyszą. — Zabawnie było słuchać, jak dobierał do tego piskliwych nosowych tonów, naśladując głos piastunek, — a że niezawsze mu się udawało, nieraz więc z gardła, jak z zepsutej piszczałki, wyleciał gruby, naturalny głos. — Gdy malec, ukołysany śpiewkami, zasnął mocno i spuścił jasną główeczkę na piersi jego, wtedy szedł z nim ostróżnie, jak z jakim drogocennym przedmiotem i dzieciom przykazywał oczyma, by się zachowywały cicho, — sam bał się prawie oddychać.
Celem tych niedzielnych spacerów był cmentarz, a głównie jeden grób w kącie cmentarza, na którym sterczał prosty drewniany krzyż, a na nim niekształtnie wypisane było: Justysi, — nic więcej, ani nazwiska, ani daty. Tym, którzy znali zmarłą, imię to zapewne wystarczało, będąc dla nich najmilszem przypomnieniem; dlatego też wypisano je zdrobniale, tak jak ją wołano za życia. — Sam grób był z wielką starannością pielęgnowany, wyglądał jak maleńki ogródek, — pełno na nim było kwiatów o każdej porze. Na wiosnę bratki, niezapominajki i róże, otoczone grubemi listkami kwitnącego barwinku; w lecie płonęły róże wszelakich odcieni i lewkonie, a jesienią różnokolorowe astry, jak strzyżony aksamitny dywanik, grób ten okrywały. Nawet zimą zawsze po niedzieli i święcie można było widzieć grób ten zmieciony ze śniegu i ubrany w wieńce z mchu, w których, zamiast kwiatów, czerwieniły się głogi.
Rzemieślnik miał tylko w święta czas zajmować się upiększaniem grobu; toteż wybierał się wtedy na całe popołudnie, z wszelkiemi do tego potrzebnemi przyborami.I on i dwoje starszych dzieci szli obładowani zawsze kwiatami, które kupował na Szczepańskim placu od ogrodniczek z Czarnej wsi, — nieśli w koszykach garnczek do podlewania kwiatów, nożyczki do strzyżenia trawnika, kopaczkę i różne nasiona lub flance. — Najmłodsze dziecko kładł wtedy ów rzemieślnik na trawniku między grobami, w cieniu jakiego drzewa, gdzie albo spało, albo bawiło się, a sam ze starszemi zajmował się przystrajaniem mogiły, chodząc koło niej z poszanowaniem i ostrożnie, jakby się bał obudzić Justysię.
Z zajęciem i upodobaniem przypatrywałem się nieraz tej robocie, — rozrzewniała mnie taka pamięć o umarłej w człowieku prostym i biednym. Domyślałem się, że zmarła musiała być żoną jego, że wczesną śmiercią osierociła tych troje dzieci, nad któremi on teraz rozciągnął macierzyńską opiekę. Zdziwienie moje jednak było daleko większe, gdy się dowiedziałem. że nie był ojcem tych dzieci. że nie był nawet ich krewnym, ze nie łączyło go z niemi nic, prócz przywiązania, jakie żywił dla ich matki, kiedy jeszcze była panną.
Na imię jej było Justysia, — ojciec był stróżem nocnym, a matka praczką; mieszkali blizko dworca kolei; a że mieli izbę dużą, więc wynajmowali ją robotnikom od kolei. Jednym z lokatorów był właśnie ów rzemieślnik. — Michał pracował w warstatach kolejowych jako kowal. Justysia podobała mu się bardzo, bo tez była dziewczyna niczego: wyrosła i giętka jak wiklina, włosy blond ze złotawym połyskiem, a takie bujne, ze splecione w warkocze, pomieścić się nie mogły na głowie; oczy jej, śmiejące się figlarnie, kolorem przypominały bławatki, — a co nadewszystko podobało się Michałowi, to ciało takie białe, a takie delikatne, ze niejedna wielka pani pozazdrościćby jej mogła.
Dziewczyna nie kryła się bardzo ze swemi wdziękami, wstydliwość u ludzi tej klasy ma nieco obszerniejsze granice, - zresztą. dziewczyna niewiele sobie robiła z tych zasmolonych robotników i bez zakłopotania krzątała się po izbie boso, w spódnicy i koszulce, która nie dość osłaniała jej ramiona białe i utoczone.- Michał, siedząc wieczorami na swojem posłaniu i gryząc chleb z serem lub śledziem, co stanowiło jego wieczorny posiłek, patrzył nieraz na dziewczynę tak, ze prawie oka z niej nie spuścił, czego ona jednak wcale nie uważała.- Czasami zdobywał się na wyraźniejsze objawy swojego upodobania: to jej przynosił wodę do prania, to znowu w prezencie ukół dla niej dwie dusze do żelazka.
Dziewczyna niewiele okazywała mu za to wdzięczności, bo była przyzwyczajona do takich usług; — zepsuta trochę nadskakiwaniami kawalerów — na weselach dobijano się z nią tańczyć - miała szczęście do ludzi, wyrywano ją sobie.I gdzież takiej dziewczynie chciało się uważać na zasmolonego kowala, zwłaszcza, ze był chłop wcale nie do zakochania, bo i niezgrabny, i twarz miał choć poczciwą, ale głupią, która jeszcze śmieszniejszą się wydawała. gdy ją skrzywił w chwili rozczulenia.
Stało się jednak raz tak, że Justysia zwróciła na niego uwagę. Było to w którąś niedzielę karnawału. Na Kleparzu był bal, na który Justysia gwałtem iść chciała, bo nie była nauczona wysiedzieć wieczerem w domu. A tu, jak na złość, matka. zaniemogła, a ojciec miał służbę. Samej pędzić taki kawał późnym wieczorem nie wypadało. Z robotników nie było nikogo, tylko Michał, który właśnie zabierał się do spania. — Justysia, niewiele się namyślając, zaproponowała mu, czyby z nią nie poszedł.
Michałowi aż się gorąco zrobiło na tę propozycyę; jeszcze Justysia tak łaskawie nie zagadała do niego.
Nie wiedział jednak jak wygląda bal; — przechodząc przez Kleparz, widział nieraz duże okna w hotelu Lwowskim rzęsiście oświetlone, po których migały się cienie tańcujących, ale nigdy nie przyszła mu myśl, żeby mógł się tam kiedy znajdować. Wydawało mu się to niepodobieństwem, aby biedny robotnik mógł pokazać się w takich wspaniałych pokojach. — Przechodziło to granicę marzeń jego. — Toteż, choć miał wielką ochotę spełnić życzenie Justysi, odezwał się nieśmiało z niedowierzaniem:
— Na bal — do hotelu Lwowskiego.
— Tak. Tam: bywają także porządne osoby.
— Aleby mnie tam może nie puścili.
— Ciekawam dlaczego. Zapłaci pan Michał sobie bilet i puszczą.
— Kiedy ja nie tańczę.
— To się pan Michał będzie przypatrywał.
— A to tak można?
— Czemużby nie można było. A jak się pan Michał będzie nudził, to wróci do domu wcześniej. Znajdzie się taki, co mnie odprowadzi.
— Ale — cóżbym się to miał nudzić? — Zaczekam choćby do rana.
— No, więc jazda! — zawołała wesoło i zaczęła się szybko ubierać.
Michał: także wziął się do ubierania; ale mu nie szło tak łatwo. Nie wiedział co wdziać na siebie; szukał w kuferku co miał najlepszego: najczystszej koszuli, najpiękniejszej chustki na szyję i co chwila stawał przed Justysią radzić się.
— Cóż? Jakże panna Justysia myśli, będzie to dobre?
— Ale dobre, dobre; tylko śpiesz się pan Michał, bo już po dziesiątej.
— Duchem będę gotów, -pieronem panno Justysiu.
Ale to „pieronem“ trwało przeszło pół godziny, bo najprzód musiał wyszorować zasmoloną twarz mydłem, czesanie czupryny także mu niemało czasu zajęło, a najdłużej zabawił się przy czyszczeniu pomiętej garderoby swojej.Wszystko leżało na nim niezgrabnie, pociesznie. Kamizelka zakrótka, spodnie zaszerokie, a surdut fałdował się na plecach i wyglądał jakby ze starszego brata. Jemu jednak zdawało się, że ustroił się Bóg wie jak paradnie.-Justysia nie zwracała na niego wcale uwagi, zajęta własnem ubieraniem; na wszystkie zapytania jego, odpowiadała, nie patrząc nawet, że dobrze, bo jej wcale nie chodziło o to jak będzie wyglądał, tylko żeby ją miał kto zaprowadzić na ów bal, — samej iść „byłoby nie it propos“, jak mówiła.
Przed wyjściem z domu, przejrzała się jeszcze w małśm lusterku, wpięła w warkocze kawałek kwitnącej gieranii, zarzuciła na niebieską sukienkę z falbankami lekką chustkę i rzekła:
— No, chodźmy.
Noc była ciemna. mglista. a zmarznięta ziemia oślizgła trochę. Mimo to dziewczyna biegła tak szybko drobnym krokiem, że Michał z trudnością mógł zdążyć za nią. Trudniej mu jeszcze było, idąc tak szybko, rozmawiać z nią.
— Więc wiele to, panna Justysia powiada, trzeba dać za bilet?
— Pięćdziesiąt krajcarów.
— Za jednę osobę, — no, a za pannę drugie pięćdziesiąt.
My, domy, nie płacimy wcale.
— Tak?
Michałowi przyszło zaraz na myśl, że za te pieniądze, które gotów był zapłacić za nią, będzie jej mógł urządzić poczęstunek jaki — kilka kufelków piwa, a może i pomarańczę.
Kiedy przechodzili przez plant kolejowy, budnik poznał Michała i zapytał go:
— A ty gdzie się po nocy wybrałeś?
— My idziemy na bal — odrzekł Michał z dumą i wskazał głową na idącą przed nim Justysię.
— A, to twoja — rzekł budnik półgłosem.
Słowa te pogłaskały Michała po sercu, — chciał jeszcze coś zagadać do. budnika, ale niecierpliwa Justysia zawołała na niego, by szedł prędzej. Przyśpieszył kroku, ale w uszach i sercu został mu ten wyraz twoja. Było to niejako urzędowne uznanie go za narzeczonego, i w tym charakterze uważał siebie odtąd. Nie mógł przypuścić, żeby i Justysia tak go nie uważała, bo dlaczegożby chciała iść z nim na bal.
Kiedy doszli do hotelu, przed którym błyszczał w transparencie kolorowy napis: „Bal towarzyski“-Michałowi aż się gorąco zrobiło ze wzruszenia. Z bijącem sercem wchodził na schody oświecone, po których snuli się goście balowi obojej płci. Byli to przeważnie kelnerzy, lokaje, żołnierze, kucharki i pokojówki. Michałowi jednak imponowały stroje i osoby - białe krawaty i bawełniane rękawiczki, jakoteż perkalikowe i muślinowe suknie olśniewały go elegancyą i pańskością, -nigdy jeszcze nie znajdował się w towarzystwie tak wystrojonych osób. To go tak odurzyło, że idąc po schodach, potykał się co chwila i deptał po sukni Justysi, zaco dostał od niej kilka niebardzo pochlebnych przezwisk. — Kiedy stanęli przed drzwiami, przy których sprzedawano bilety, kazała mu kupić sebie jeden, potem rzuciła mu chustkę swoję na ręce do potrzymania.
— Jakbyś pan nie chciał być do końca - rzekła - to mi oddasz chustkę, rozumiesz.
— A! gdzieżbym zaś nie miał być do końca. Będę.
Justysia nie słyszała już tego, bo weszła do sali i zaraz przy wejściu obskoczyło ją kilku lokajów w białych krawatach i porwano ją do tańca.
Michał został przy drzwiach z chustką Justysi w ręku.Był jak pijany. Te światła gazowe, czerwone tapety ze złocistemi kwiatami, huczna muzyka, przygniatały go wspaniałością; wirujące pary sprawiały mu zamęt w głowie, zdawało mu się, że wszystko z nim tańcuje wkoło; i stołki i okna i ludzie i świeczniki. Stał na ślizkiej posadzce, nie śmiejąc kroku postąpić z obawy, by“ się nie przewrócił; a każdemu z przechodzących koło niego usuwał się i kłaniał.Dopiero kiedy przekonał się, że nikt tu na niego nie uważa, nabrał trochę więcej śmiałości i począł rozglądać się po sali. — Szukał najprzód niebieskiej sukienki Justysi, ale sukienek takich było kilka. Nareszcie spostrzegł ją między tańcującymi. Była aż blada ze zmęczenia i ledwie oddychała; a mimo to, ten, który z nią tańczył, obracał nią na zabój to w tę, to w ową stronę.
— To trzeba być bez sumienia, żeby taką krzywdę robić biednej dziewczynie — mruknął do siebie. — Ja jemu dam. — I zacisnąwszy pięści, szedł prosto do tancerza, aby się ująć za nią, gdy na szczęście skończył się taniec i Justysia usiadła pod oknem.-Michał zbliżył się do niej.
— Czemu panna Justysia pozwoli się tak poniewierać tym panom?- spytał z współczuciem.
— A któż to mną poniewiera?
— Ano ten tańczył głupiec, choć widział, że panna Justysia już dychać nie może.
— A to właśnie największa przyjemność. Od czegóż się na bal chodzi? Zobaczysz pan Michał na końcu - to suchej nitki na mnie nie będzie, bo mam szczęście do chłopców i nie dadzą mi siedzieć.
Michał nic się nie odezwał.- Nie mogło mu się w głowie pomieścić, co to może być za przyjemność: dać się męczyć tak, żeby suchej nitki nie zostało. On uważał to za mękę, co ona nazywała przyjemnością. Wstydził się wyjawić co myślał, żeby go nie wzięła za prostaka, co się na niczem nie zna.-Po chwili przyszła mu myśl kupić jej kufelek piwa dla ochłodzenia, ale zanim się zdobył powiedzieć jej to, już ją porwano w taniec; a gdy muzyka grać przestała, chciał ją znowu poprosić na piwo, nie mógł jej znaleźć. Długo chodził i szukał. N areszcie zobaczył ją siedzącą w drugim pokoju przy stoliku, w towarzystwie kilku czarno ubranych mężczyzn i jednego wojskowego — feldfebla. — Na stoliku stała butelka wina i kilka herbat z arakiem.
— Ba, to ona nie stoi o moje piwo-pomyślał sobie. Tym mniej mógł się spodziewać, żeby jej mogło chodzić o jego towarzystwo, gdy miała taką kompaniję. Stanął więc na boku, patrząc od czasu do czasu na Justysię i krzywiąc twarz do uśmiechu, ile razy mu się zdawało, że spojrzała w stronę, gdzie stal.
Przez całą noc już potem nie znalazł sposobności zbliżenia się do niej, bo albo tańczyła, albo otoczona była kompaniją, w której bawiła się wybornie i śmiała się do rozpuku. — Nad ranem kompanij a przerzedziła się, ale został jakiś przystojny brunet we fraku, który Justysi na krok nie odstępował; a gdy nie tańczył z nią, to po kątach siadywał i coś ciągle rozmawiali z sobą.- Michał nie śmiał się zbliżyć, bo ten frak budził w nim respekt. Był pewny, że to pan jakiś, skoro we fraku chodzi i czuł się dumnym, że taki pan rozmawia z jego Justysią. Był to i dla niego honor.
Już szaro robiło się w oknach, a na sali pusto prawie, kiedy Justysia nareszcie przypomniała sobie o Michale, a raczej o chustce, którą trzymał jak skarb, powierzony jego pieczy; wzięła mu ją z ręki i odziała się. Ów wyfraczony brunet z czarnym wąsikiem wdział na siebie surdut, podał ramię Justysi i wyszli, nie oglądając się nawet na Michała. — Nie obraził się tem wcale; był pewny, że to taki zwyczaj na balu i poszedł za nimi, spełniając z sumiennością rolę opiekuna. Szedł krok w krok za nim tak blizko, że aż ów towarzysz Justysi musiał go w końcu zauważyć.
— Cóż ten drab tak idzie jak cień za nami?-zapytał.
— To z naszego domu. Wzięłam go, bo nie miałam z kim iść.
A potem, zwracając się do Michała, dodała kwaśno: — Mógłbyś też pan Michał być grzeczniejszym i nie łazić nam po piętach. — Michał uśmiechnął się i zwolnił kroku.
Przed domem zatrzymała się Justysia z owym brunetem i zaczęła się żegnać; Michał widocznie zawadzał jej przy tem pożegnaniu, więc kazała mu iść naprzód do stancyi, mówiąc, że zaraz tam przyjdzie.
Był jej posłuszny i poszedł.
Z okazyi balu Michał nie poszedł tego dnia do roboty, bo musiał się wyspać. Nieobecność jego zdziwiła wszystkich, był bowiem zwykle ogromnie pilnym; myślano, że zachorował. Dopiero budnik wydał właściwą przyczynę i na drugi dzień, kiedy się zjawił w warstacie, zacęto go prześladować Justysią.
— E! Michał teraz wielki pan, po balach chodzi.
— I w biały dzień sypia, jak hrabia jaki.
— Musiałeś też hulać, co się zowie.
— Ale sobie dobrał dziewczynę, jak się patrzy.
— He, he, nie darmo on sobie wybrał taką kwaterę, to mądry chłop, wiedział gdzie sobie poszukać żony.
— E! byłaby z niej majstrowa, że nawet Tomkowa żona w kątby się przed nią schowała, choć także niczego babina.
— No kiedyż weselisko?
— Albo to powie? To zcichapęk — zwinie się, ani będziecie wiedzieli kiedy.
— Przecież na weselisko zaprosić musi.
Michał słuchał tego wszystkiego z uśmiechem zadowolnienia; cieszyło go, że go posądzają o to, o czem on pomyśleć nie śmiał — i powoli zaczął wierzyć we wszystko, CO mówili. Gadanie ludzkie sprawiło, że jakoś nie wydawało mu się nieprawdopodobieństwem, iżby Justysia nie miała zostać jego żoną. Zarabiał tygodniowo sześć reńskich; gdyby jeszcze ona wzięła się do prania, lub obsługi, mogliby wcale dobrze wyżyć. — Szło mu tylko o pieniądze na wesele. Ale i na to znalazł się sposób. Patrzyło mu się po ojcu kilka morgów gruntu. Ojciec żył jeszcze, ale gospodarstwo zdał na starszego syna. Michałowi przyszła myśl iść do brata, i na ten grunt, co miał mu kiedyś się dostać, pożyczyć ze dwieście papierków. Możnaby za to godne weselisko sprawić. — Wybrał się w tym interesie na Wielkanoc do rodziny. Brat nie był od tego, żeby mu to zrobić, tylko kazał mu czekać do żniw, bo wtedy łatwiej o grosz na wsi. — Do żniw nie było znowu tak daleko i Michał czekał cierpliwie. Justysi, ani jej rodzicom, nie mówił nic o swoich zamiarach, bo chciał odkryć je dopiero wtedy, gdy pieniądze będzie miał w ręku; mimo to patrzył już na Justysię, jak na swoję. Nie zrażało go to do niej, że każdę niedzielę i święto chodziła po muzykach i spacerach, a często i wieczorami w dnie powszednie nie było jej w domu, że lubiła się stroić.
— Niech użyje - myślał sobie - póki może. Jak pójdzie zamąż, to nie będzie czasu na to.
Ani go to nie ostudzało w małżeńskich zamiarach, że Justysia nie okazywała mu żadnego przywiązania, że go nawet traktowała z lekceważeniem i obojętnością. Kładł to na karb panieńskiej nieśmiałości, która nie pozwalała jej narzucać się tak widocznie kawalerowi. — Wystarczało mu, że czasem zagadała do niego słów kilka; nie był wcale wymagającym pod tym względem. Przyzwyczajony od dzieciństwa do ciężkiej pracy, nie rozumiał się na wymyślnem kochaniu, — patrzył na kobietę nie jak na bawidełko, ale jak na pomocnicę w pracy — i dlatego nie wymagał od Justysi nadzwyczajności. — I on był dla niej skąpy w objawach przywiązania, a przecież kochał ją, skoro myślał o żeniaczce. Był pewny że i ona tak samo myśli.
Nadeszły nareszcie żniwa. — Na Matkę Boską Zielną przypadały dwa święta. Michał wybrał się wtedy do brata po pieniędze. — Ciężko mu przyszło je wydobyć, bo brat, o ile chętnym się z początku okazywał, o tyle teraz, kiedy trzeba było liczyć na stole, stawiał coraz to cięższe warunki: to wymagał dużego procentu i zgóry, to zastrzegł sobie, że jeżeli mu pieniędzy w terminie nie odda, cały mórg pola z Michałowej części stanie się jego własnością. Michał zgodził się na wszystko, bo mu pilno było do żeniaczki.— Spisano umowę u wójta przy świadkach - i w drugie święto Michał wracał po południu z pieniędzmi do Krakowa, — Przez drogę rozrachował sobie: wiele go kosztować będzie ślub, traktament gości weselnych, suknia dla panny młodej i kupienie kilku gratów na nowe gospodarstwo. Rachunek wypadł mu dobrze. Nie tylko nie brakło pieniędzy, ale się jeszcze coś zostało na dorobek — Kontent był niezmiernie, świat wydawał mu się tak pięknym, jak nigdy jeszcze. Zdawało mu się, że go coś unosi w powietrzu. — Nie szedł; ale biegł z powrotem. — Latarnie już zapalano, kiedy wszedł w obręb rogatek. — Im więcej zbliżał się do domu, gdzie mieszkali rodzice Justysi, tym bardziej serce tłukło mu się w piersiach, że aż mu dech zapierało. Parę razy musiał się aż zatrzymać dla nabrania powietrza. Wśród tego układał sobie, co powiedzieć rodzicom, a co Justysi przy oświadczynach. Powtarzał sobie przemowę po kilka razy głośno i rozkładał rękoma. Ktoby go był widział w tej chwili, mógłby go był wziąć za waryata. — Na szczęście nikt go nie widział, prócz pyzatego księżyca, który już patrzył na tysiące podobnych waryatów i nie dziwił się wcale. W oknach świeciło się jeszcze, oświetlenie było nawet większe, a na jego tle rysowały się cienie kilku głów. To go wcale nie zbiło z toru, owszem wolał przy świadkach dopełnić aktu oświadczyn; czuł, że mu to pójdzie lepiej jeszcze i z fantazyą wszedł do izby.
Zastał tam kilka osób siedzących przy stole, a między nimi owego bruneta z czarnemi, wywoskowanemi wąsikami.Siedział obok Justysi; wypróżniony do połowy gąsior miodu i szklanki pełne ego płynu pokazywały, że się raczono nieźle, — Michał na ten widok stracił fantazyę, — pomieszany zatrzymał się na środku izby.
— Michał! — zawołał podchmielony już dobrze ojciec Justysi, spostrzegłszy go: dobrze żeś przyszedł, napijesz się z nami — za pomyślność Justysi, bo to dziś jej zrękowiny.
Michałowi zamęciło się w głowie — chwilowo wszystko, co było w izbie: i ludzie i szklanki i obrazy i łóżka zakołowały mu w oczach, jakby się wywracały do góry nogami.
— No nalejże mu lampeczkę - odezwał się znowu ojciec Justysi i wetknął mu szklankę do ręki. Michał wypił jednym łykiem prawie.
— Tak to lubię. Widać, że życzysz Justysi z całego serca, kiedyś wypił duszkiem. Zuch z ciebie, Michale.Siadaj tu przy nas. — Nalejcie mu jeszcze.
Posadził go obok siebie i podał świeżą szklankę. Michał pił machinalnie jednę za drugą, aż mu się zamroczyło w głowie i zaczął bredzić od rzeczy i śpiewać nawet. Położono go nieprzytomnego na łóżku, gdzie dospał do rana.
Dziwne było przedbudzenie jego na drugi dzień.-Z początku, kiedy otworzył oczy, zdawało mu się, że to wszystko, co wczoraj widział i słyszał, był tylko sen. Dopiero szklanki stojące jeszcze na stole i resztki niedopitego miodu wytrzeźwiły go z tego złudzenia. Mimo to nie dowierzał jeszcze, a widząc matkę krzątającą się koło pieca, na którym warzyło się śniadanie, odważył się zapytać:
— Więc to prawda pani matko, że panna Justysia idzie zamąż?
— To się wie. Wczoraj wyszły już pierwsze zapowiedzi, a za dwa tygodnie weselisko. Michał przymknął oczy, jakby te słowa raziły go oślepiającym blaskiem i nie pytał się o nic więcej.
Niezadługo potem wstał i zaczął się ubierać. Podczas ubierania się namacał ręką przypadkowo zwitek z pieniędzmi, które przyniósł ze wsi — i zadumał się. Myślał nad tem, co on, teraz z temi pieniędzmi będzie robił. Odnosić je na wieś-wstyd mu było, boby się śmieli z niego, że tak wiele gadał im o swojej żeniaczce, a tu z żeniaczki nic.Stał długo zagapiony w okno, nie ruszając się, aż matka Justysi zapytała go:
— Cóż tak pan Michał zapatrzył się? Słowa te oprzytomniły go. Dokończył się ubierać i wyszedł. Na drodze znowu stanął i znowu myślał. Myślał, gdzie tu iść. Do roboty nie chciał, bo bal się, że koledzy pytać go się będą, kiedy ich na weselisko zaprosi. Nie umiałby im nic powiedzieć na to. Kłamać nie chciał, a prawdę powiedzieć wstyd mu było; pokazać się w warstacie nie śmiał, ominął nawet trakt kolejowy, by nie spotkać się z budnikiem, któryby go także mógł zapytać o to samo. — Wolał nadłożyć drogi, poszedł krzyżową ulicą, koło szpitala św. Łazarza, w miasto.
Po drodze, dla zabicia czasu, wstąpił do piwiarni i kazał sobie podać kufel. Siedział tam z parę godzin, popijając po kilka kropel dla odwilżenia gardła, bo mu sucho było w ustach bardzo, — patrzył przed siebie i myślał.Potem wyszedł, wałęsał się po mieście, posiadywał na plantacyach, to znowu zajrzał do innej piwiarni odwilżyć gardło - i nie mógł doczekać się wieczoru. Czas mu się wlókł nudnie, powoli.- Nareszcie zaczęło się przecież zmierzchać i po ulicach zapalano już latarnie. Kontent był, że może już wrócić do domu — i powlókł się tam ciężkim, powolnym krokiem.
W domu zastał Justysię samę. Pomimo, iż w izbie było ciemno, zobaczył ją, bo siedziała przy oknie i głowa jej na jaśniejszem tle szyby czerniła się wyraźnie. Postał chwilę, patrząc na nią z ciemności, a gdy się nic nie odzywała i zdawała się nawet nie uważać jego przyjścia, odważył się zagadać do niej.
— Cóż to panna Justysia sama?-A gdzież matka, ojcowie?
Zamiast odpowiedzi, usłyszał ciche łkanie, stłumione chustką, którą przytuliła do ust. — Ruszyło go to z miejsca, postąpił parę kroków ku niej.
— Cóż to pannie Justysi-spytał miękim głosem - czyby, uchowaj Boże, nieszczęście jakie?
— To się wie, że nieszczęście — odrzekła zadąsana napół z płaczem, - ano wesele za pasem, trzebaby coś kupić, przygotować, a tu ojciec o niczem wiedzieć nie chce.Powiedział, że nie będzie sprawiał nijakiego wesela, bo niema na to, a pożyczać nie będzie;-kiedy nie myślał sprawiać wesela, to mógł pierwej mówić, a nie teraz, kiedy ludzie już wiedzą. Co ja teraz nieszczęśliwa pocznę!
— Ba, czy to koniecznie wesele głośne? Ano wziąć ślub i basta.
— A cóż ja to przybłęda jaka, dziadówka, żebym bez wesela szła zamąż? Cóżby znowu ludzie powiedzieli? — Lada służąca zdobędzie się przecie na to, a nie dopiero ja, co mam ojca i matkę, Dobrze panu Michałowi tak mówić, co niema ani brata, ani swata; ale ja, co mam tylu znajomych, toby dopiero było gadania, żebym się ludziom na oczy ze wstydu pokazać nie mogła.
— No, to cóż panna Justysia zrobi?
— Czy ja wiem? — ja się zamartwię na śmierć; — i zaniosła się na myśl o śmierci głośnym płaczem.
Michała ten płacz niepokoił, -patrzył na płaczącą z politowaniem i drapał się po głowie.
— No, a pan młody niema to na wesele? — spytał po chwili.
— A czy to do pana młodego należy wesele?-On tylko ma płacić ślub i piwo, wino i wódkę, a do reszty mu nic. I choćby chciał, to niema na to. bo przecież musiał i mieszkanie nająć i jakich takich gratów nakupić, — bo ojciec o tuczem wiedzieć nie chce. Oj, taki ojciec.
Reszta słów utonęło w szlochaniu, które szarpało jej piersi. Michał stał nad nią, skrobał się wciąż po głowie i patrząc w okno, które szaroniebieską barwą odbijało się od ciemności, panującej w izbie, myślał nad czemś; wreszcie odezwał się:
— A dużo to potrzebaby tych pieniędzy?
— Przynajmniej z sześćdziesiąt reńskich. bo trzeba przecież i suknię ślubną sprawić, i tego i owego zaprosić.
— Hm, to tego.... zaczął i nie dokończył. — Wahał się nie tyle przez nieśmiałość, jak przez. oszczędność. — Przyszła mu myśl pożyczyć z tych pieniędzy, co je przyniósł ze wsi, ale żal mu było wydawać je nie na swoje wesele.Sześćdziesiąt papierków — to przecież nie bagatelny pieniądz; więcej jak dwa miesiące trzeba ciężko pracować, żeby je zarobić. — Cofnął się więc ze swoją chęcią. Ale Justysia tak rzewnie płakała, tak biadała na swój los, że mu się żal zrobiło, i pomyślał sobie dla uspokojenia swoich skrupułów: Ta, to i tak te pieniądze byłyby poszły na wesele Justysi. Ta myśl dodała mu ochoty, -po chwili znowu zaczął:
— E! coby panna Justysia się tak turbowała. — Ta to znowu nie taka straszna suma-sześćdziesiąt reńskich, żeby ich nie można zkąd wytrząsnąć.
— A zkąd? kiedy ojciec pożyczyć nie chce nawet złamanego szeląga.
— To się przecie znajdzie kto taki.
— Ciekawam gdzie? Dziś ludzie tacy nieużyci.
— E! nie wszyscy to znowu tacy. — Ja sam, jakby panna Justysia chciała-to tego... to mógłbym na ten przykład pożyczyć te sześćdziesiąt reńskich.
Przestała płakać i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Panna Justysia nie wierzy? jak Boga kocham.
— A zkądżeby pan Michał wziął tyle pieniędzy?
— O! jakby ta poszukać, toby się może i więcej znalazło — rzekł z dumą i wsadził rękę do kieszeni, w której był zwitek z banknotami. — O! patrzno panna Justysia — mówił dalej, pokazując jej ów zwitek — tu jest — więcej trochę, jak sześćdziesiąt papierków.
— I pan Michał byś nam po:tyczył?-spytała. uradowana. — O! mąż odda panu z pewnością, bo on teraz dostał się do resursy za kelnera, to tam będzie mógł zrobić grube pieniądze. Oddamy panu Michałowi za parę miesięcy, a za to będziesz pan starszym drużbą. — Mieliśmy prosić jednego kamerdynera od hrabiego, ale przecież wolimy pana Michała, bo i domowy i taki grzeczny.
Te słowa pogłaskały Michała po sercu; - urosł z dumy, że go Justysia przeniosła nad kamerdynera od hrabiego; uważał sobie to za honor niemały. I już mniej mu żal było, że nie może zostać mężem jej, kiedy choć drużbować jej będzie. — Nie tylko pożyczył z ochotą te sześćdziesiąt reńskich, ale jeszcze sam na własną rękę robił niektóre wydatki na wesele, a wszystko za ten zaszczyt, że go zaproszono na starszego drużbę. Wziął sobie za punkt honoru być takim drużbą, żeby ludzie aż z podziwem o nim gadali, że takiego drużby jeszcze nie było; a że jeszcze nigdy nikomu nie drużbował, - więc pilnie się każdego dopytywał: comu jeszcze jako drużbie zrobić należy-i wszystko to robił. - Potrzeba było muzyki, (bo najęcie muzyki należało do obowiązków drużby), on zamówił wojskową muzykę z ośmiu grajków; kazano mu zamówić sto bukietów u ogrodnika dla gości weselnych, on zamówił dwieście; bo, mówił, to się przyda. Justysia ma tyle porządnych osób znajomych, - a lepiej, że kwiatków zostanie, jak żeby miało braknąć. Dla kogoż wtedy wstyd, jak nie dla drużby, że nie wie, co do niego należy. — Oprócz tego kupił Justysi od siebie, na prezent ślubny, czarną chustkę z kolorowym haftem za kilkanaście reńskich, i parę rękawiczek z żelazną puszką, w kształcie skrzyneczki okowanej, na składanie pieniędzy, i sam włożył do mej na szczęście cwancygiera z Matką Boską. — Justysia, a szczególniej jej matka, nachwalić się go nie mogły za tę dobroć. „Ach, jaki też pan Michał jest, że rodzony brat nie mógłby być lepszy.” — Pochwały te głaskały go po sercu i zachęcały do innych przysług. A sposobność się często nadarzyła, bo palec u prawej ręki zapuchał mu i obierał w tym czasie, - nie chodził więc do roboty, ale po całych dniach włóczył się z Justysią i jej matką po sprawunkach na Kazimierzu i Stradomiu, to wtedy wypadło mu nieraz za niejedno zapłacić, gdy kobietom brakło pieniędzy; albo i sam szarpnął się na kupienie jakiego prezentu, a wreszcie i bez traktamentu się nie obeszło, czy to w piwiarni, czy u Wójcikiewicza w miodosytui. Papierek po papierku szedł na te wydatki i ów zwitek banknotów, przyniesiony ze wsi, coraz się zmniejszał. — W domu znowu, to im pomagał cukier tłuc do ciasta, migdały obierać, to mak trzeć. Słowem, miały z niego kobiety wygodę i wyręczenie, a nie kosztowało ich to, jak kilka dobrych słów.Czasem matka poklepała go po ramieniu i rzekła: „Poczciwy ten pan Michał;” albo Justysia, uśmiechnąwszy się do niego, mówiła: „Z pana Michała to będzie mąż bardzo dobry.” — Wtedy Michał uśmiechał się także, a wypatrzone na nią oczy zaszkliły się wilgocią. Było mu jakoś dziwnie na sercu w tym czasie, niby dobrze, przyjemnie; dusza jego była jak łąka. po deszczach, -lada słówkiem było ją trącić, wnet łzy występowały na wierzch. — Mimo to radby był, żeby te przygotowania weselne trwały Bóg wie jak długo, — żeby mógł tak ciągle być razem z Justysią i jej matką, bo mu to sprawiało wielką przyjemność. — Tylko kiedy narzeczony przyszedł, Michałowi robiło się przykro.Trudno mu było wysiedzieć w izbie i patrzyć, jak ów brunet z wąsikami, z porcelanowemi oczyma, umizgał się do Justysi. Michał wtedy nie wiedział, gdzie oczy podziać, to rachował belki na pułapie, to patrzył za muchami brzęczącemi po oknie, a wreszcie albo chwycił konewkę i nieproszony poszedł po wodę, albo tez bez wszystkiego wyszedł, usiadł na kamieniu przed domem i, gapiąc się w niebo, siedział godzinami całemi. Najczęściej i ojciec Justysi wychodził. z nim razem, bo i on nie lubił teraz przyszłego zięcia, a to z powodu, że podowiadywał się od ludzi niebardzo pochlenych rzeczy o jego prowadzeniu się; powiedziano mu, że chłopiec obrotny i ma szczęście do gości, ale cóż z tego, kiedy karciarz i kręglarz.
— Ot, zachciało jej się — mówił raz — gacha z gładką twarzą i ani rusz jej to wyperswadować. — Toby było nic, żeby był jeszcze porządny człowiek, ale to, panie dzieju, hulaka, lampart. Czy mi to ludzie nie gadali? — Nie lepiej to, żeby poszła za jakiego uczciwego rzemieśinlka - np. za takiego jak wy, panie Michale. I ona. byłaby szczęśliwa i my spokojni, ze się dziecko nie zmarnuje. Ale cóż dogadasz się z babami? Ja swoje — ona swoje. Powiada, ze nigdyby za rzemieślnika nie poszła, bo nie myśli harować całe życie i piec się w kuchni.
Michałowi widać musiała przypaść do przekonania mowa starego, bo go zaprosił tego dnia na półkwaterek żytniówki do poblizkiego szynku. Stary dużo jeszcze gadał o małżeństwie córki. Michał jednak niewiele już słyszał z tego. Jedno tylko najbardziej zapamiętał i to cwiekiem wbiło mu się w głowę, co Justysia powiedziała, żeby za rzemieślnika nigdy nie poszła. Od tych słów zrobiło mu się jakoś ciemno w duszy, — nie czuł się już takim szczęśliwym przy Justysi, jak przedtem.
Nadeszło nareszcie wesele. — Odbyło się ono tak, jak zwykle w tej klasie ludzi: krzykliwie, po pijanemu, w ciżbie, - a i bez bitki się nie obeszło, przyczem Michałowi, który się w nią wmieszał, aby pogodzić bijących się, oberwano całą połę u surduta, który umyślnie sprawił na to wesele, aby Justysi nie zrobić wstydu, jako drużba. — Biedaczysko miał wiele kłopotu i bieganiny przy tem weselu, bo ojciec Justysi usunął się od wszystkiego i nie chciał o niczem wiedzieć, a pan młody nie miał czasu wiele, a tu trzeba było chodzić i do księdza i do konsystorza o pozwolenie na ślub wieczorem, bo tak sobie życzyła Justysia, i z zaprosinami i za różnemi sprawunkami. A podczas samego wesela także miał niemało do czynienia; musiał zajmować się gośćmi, usłużyć honorniejszym, żeby się nie obrazili, iż się o nich nie dba, - częstować jenych, gadać z drugimi, z innymi napić się znowu. Był tak cały czas zajęty, ze nie miał kiedy myśleć o sobie. Czasami tylko, kiedy spojrzał na Justysię, która m się w ślubnym stroju jeszcze piękniejszą wydawała, szczególnie kiedy ją ujrzał ubraną po oczepinach w biały czepeczek z atlasowemi wstążkami, to mu się dziwnie jakoś słabo i mięko koło serca robiło i na płacz zbierało. Ale to trwało chwilę zaledwie, bo trzeba było komuś coś podać, i tak wśród tego ciągłego ruchu i krzątania, smutne myśli mu się gubiły. — Dopiero, kiedy po trzech dniach, gdy gody weselne się skończyły i panna młoda, zabrawszy z domu rodziców kuferek i pościel, przeniosła się do męża na mieszkanie, Michałowi zrobiło się naraz tak pusto, jałowo, jakby mu kto umarł, a w duszy znowu było tak ciężko, jakby mu ołowiu z centnar położono na piersiach.- Rady sobie dać nie mógł; przesiadywał się z miejsca na miejsce, to przed dom, to znowu wracał do izby, to znowu w izbie było mu duszno i wychodził, by nie patrzyć na to miejsce, gdzie stało łóżko Justysi. Wszędzie mu źle było.
Nareszcie zdecydował się iść do roboty. — Nie straszyło go już, jak dawniej. że koledzy śmiać się z niego będą, że sobie dał pannę zdmuchnąć z przed nosa. Wolał to, niż tu siedzieć z myślami, co mu pokoju nie dały i męczyły go. — Poszedł tedy do warstatu. — Musiał nieborak mieć nietęgą minę, skoro żadnemu z kolegów jego nie przyszła ochota żartować sobie z niego; niewspominano nawet o weselu Justysi, a jeżeli który napomknął o tem w rozmowie, to dlatego tylko, aby go pocieszyć.
— Nie masz się czego trapić Michale mówili mu, -lepiej, że się tak stało, bo to nie była dziewucha dla ciebie. Tobie potrzeba statecznej niewiasty i pracowitej, a to latawica. Taki kelner, to dobry dla niej, — ale nie porządny rzemieślnik.
Michał słuchał tego wszystkiego nic nie odpowiadając, w duszy przyznawał słuszność tym, którzy tak mówili, jednak to niewiele ulżyło mu smutku. — Więcej już pomogła na to praca. W ciągnął się do niej powoli i znowu był pilnym robotnikiem jak dawniej, — a przy pracy było mu jakoś lepiej trochę. Po paru tygodniach wróci! całkiem do dawnego trybu życia; ale zawsze na wspomnienie Justysi robiło mu się tak gorąco i boleśnie, jakby mu kto tępym nożem piłował po sercu. Szczególniej w domu, gdzie wszystko mu ją przypominało, nie mógł opędzić się przykrym myślom. — Parę razy przychodziło mu do głowy, czyby nie lepiej było przenieść się gdzieindziej na mieszkanie, ale nie śmiał powiedzieć tego rodzicom Justysi, a przytem nie był pewny, czy gdzieindziej nie byłoby mu gorzej jeszcze.-Tu przynajmniej widywał ją czasem. Przychodziła z początku po niektóre drobiazgi, które zapomniała po weselu zabrać z sobą — to po starą sukienczynę, co została za piecem, to po wałek do ciasta, to po żelazko, — wpadała na krótko tylko.-Potem przesiadywała dłużej u matki, dając za powód, że mąż jej przez całą noc ma nieraz czynność i do domu przyjść nie może, a ona boi się samotności.- Te pilne czynności męża stawały się widocznie coraz częstszemi, bo Justysia prawie codziennie zachodziło nocować do matki, tak, że to u wagę wszystkich zwrócić musiało. Nieraz nie tylko noc, ale i dzień cały przesiedziała u rodziców, i nie można jej było namówić, aby poszła do domu.
Aż jednego dnia, kiedy przyszła wcześniej, niż zawsze, i więcej czegoś wzburzona i pomieszana, matka spostrzegłszy u niej na czole i pod oczyma sine plamy, zapytała: Kto ci to zrobił? Wtedy Justysia nie mogła już dłużej utrzymać w tajemnicy tego, co ją bolało i wybuchnęła głośnym płaczem, a wśród płaczu wyspowiadała się, że to kochany małżonek tak ją poczęstował, że jest z nim nieszczęśliwą — bo lampart, hulaka.
— Taiłam to dopóki mogłam — mówiła ze łzami — bo mnie wstyd było przed ludźmi, i dla miłości Boga znosiłam to wszystko; ale już dłużej wytrzymać trudno.- Michał był właśnie w domu i siedział pod piecem z kawałkiem chleba i sera suchego w ręce, kiedy Justysia robiła matce z głośnym płaczem te zwierzenia. — Tak go to mocno zainteresowało. że o jedzeniu zapomniał, słuchał narzekań Justysi z otwartemi ustami i od czasu do czasu przecierał brudnym rękawem od koszuli wilgotne oczy.- Justysia nie uważała go wcale, bo siedział w cieniu na uboczu. Dopiero, kiedy półgłosem odezwał się z politowaniem: „Biedna panna Justysia - (panną ją nazywał przez przyzwyczajenie)ktoby się to był tego spodziewał“ - odwróciła się ku niemu żywo i osuszając prędko oczy z łez, rzekła niezbyt łagodnie:
— A niech pan Michał znowu nie wypaple tego przed ojcem.
— Niech Bóg broni! — dorzuciła matka.
— Toby dopiero gadał - mówiła dalej Justysia - a widzisz, a nie słuchałaś ojca, a radziłem, a mówiłem. Jeszczeby się gotów cieszyć z mego nieszczęścia. Rozumiesz, pan Michał, że nie trzeba nic przed ojcem.
— Ani pisnę.
— Mój się tymczasem upamięta, bo on znowu nie taki zły, tylko go kamraty buntują i ciągną na karty, na kręgle.
Pocieszała i siebie i matkę tą myślą, że złe przejdzie. Ale widać nie przeszło i mąż Justysi nie poprawił się, bo po całych dniach przesiadywała u rodziców, a potem się nadobre sprowadziła, gdy żydzi zabrali im rzeczy za długi, a gospodarz z mieszkania wyrzucił, dlatego, że mu nie płacili. — Trzeba było pychę z serca zrzucić i ojcu przyznać się do wszystkiego. — Stary nakładł córce w uszy morałów, nagadał się jak to przepowiadała; ale w końcu pozwolił zostać córce w domu, dopóki jej się służba nie trafi.- Rozumie się, że Michał nie myślał o zmianie mieszkania. Albo mu to źle tu było pod jednym dachem z Justysią, która teraz już tak nie goniła po muzykach, jak dawniej, i stała się pracowitszą. Przyszły długie zimowe wieczory i Justysia siadywała, jak rok temu, na tem samem miejscu przy stoliku i szyła.-Michał, patrząc na nią, z trudnością mógł wyobrazić sobie, że to już zamężna niewiasta. Ślub jej wydawał mu się jak sen, tak nie zmieniła się wcale, ani nic nie zmieniło się koło niej.
Mąż nie pokazywał się wcale. Czasami tylko przez przyjaciółki i usłużnych ludzi dochodziły o nim głuche wieści, to że go przy jakiejś bitce aresztowano, to że gdzieś przy kartach zrobił awanturę, to znowu w ostatku powiedziano Justysi, że pojechał do Przemyśla. Musiał tam niedługo popasać, bo znowu usłyszano o nim, że przyjął służbę W jakiejś restauracyi na Stradomiu. - Justysia uważała to za zwrot do poprawy z jego strony. A choć jej tyle złego zrobił, choć ją porzucił. miała jednak dziwną słabość do niego. Spodziewała się, że lada dzień przyjdzie do niej, przeprosi ją i będzie chciał z nią mieszkać; a gdy go się jakoś doczekać nie mogła: wytłumaczyła to sobie tem, że nie śmie, i jednego wieczoru przyszło jej do głowy iść do niego i podać rękę do zgody. - Samej nie wypadało lecieć wieczorem przez planty, ale znalazł się Michał pod ręką, który właśnie wrócił z warstatu; prosiła go, aby z nią poszedł. Nie pytał się nawet gdzie - tak był przyzwyczajony spełniać wszystkie jej zachcenia, wdział tylko inny surdut, wziął lepszą czapkę i poszedł.
— Pan Michał nie wie — spytała go w drodze, gdy pędzili przez plantacye po roztopionym śniegu — gdzie to ta nowa traktyernia na Stradomiu?
— Nie wiem; ale się spytamy, to nam powiedzą.
Po chwili znowu on się zapytał:
— A kogo panna Justysia potrzebuje poszukać w tej traktyerni?
— Tam ma być mój.
Te słowa, jak ostre zgrzebło, przejechały po sercu Michała. — Dawno już nie słyszał Justysi mówiącej o mężu; zdawało mu się, że zapomniała zupełnie o nim, jak na to zasłużył. — Wspomnienie o nim tem dotkliwsze mu było, że niespodziewane całkiem. — Nie odezwał się jednak nic i w milczeniu biegli oboje; tylko krótki, zadyszany oddech i klapanie nóg po mokrym śniegu słychać było. — Na Stradomiu nie długo potrzebowali się pytać o owę restauracyę, wskazano im ją zaraz. — Justysia żywo wpadła do sieni; tak jej pilno było zobaczyć się z mężem, że zapomniała nawet powiedzieć Michałowi, żeby na nią zaczekał.- Domyślił się jednak tego, że sama przecież wracać nie może i został.Oparł się plecami o róg domu, założył ręce na piersiach i gapiąc się to na przechodniów, to na okna oświecone, czekał.
Przechodniów było coraz mniej, w oknach światła jedne po drugich gasły, stróż nocny wygwizdał dziesiątą koło plantacyj, a Justysia nie wychodziła. Ile razy drzwi od restauracyi zabrzęczały i para z ciepłej izby buchnęła na ulicę, Michał obracał się w tę stronę. Wychodziły różne osoby: i mężczyźni i kobiety - niektórzy w dobrych humorach i na niebardzo pewnych nogach, ale Justysi między nimi nie było. — Nareszcie kiedy zobaczył, że ktoś wyszedł już zamykać drewniane drzwi od ulicy, ośmielił się zajrzeć do środka.
— Czego to? — spytał go opryskliwie ten, co drzwi zamykał.
— Ja czekam tu na pannę Justysię.
— Tu niema żadnej panny Justysi, niema już nikogo odrzekł i chciał go usunąć od drzwi, ale Michał nie dał się tak prędko wysadzić z miejsca. Stał jak słup niewzruszony i upierał się, że musi tam być koniecznie, bo ją sam przyprowadził i wie, że jeszcze nie wyszła. Hałas, jaki się zrobił przy drzwiach, sprowadził ze środka kilku służących, przed którymi Michał znowu zaczął się tłumaczyć na kogo czeka, a dla lepszego objaśnienia dodał, że panna Justysia miała chustkę w kraty i czarny szlafroczek.
— E, to on się pewnie pyta o żonę Jóźka — zauważył jeden ze służących — bo ona miała właśnie chustkę w kraty.
— Tak, tak, to żona Józka — powtórzył skwapliwie Michał.
— A cóżeś gadał o jakiejś pannie? — zapytał ten, co drzwi zamykał.
— No, bo... my ją tak w domu nazywamy.
— Jeżeli na nią czekasz, to się jej nie doczekasz, mój przyjacielu, — z mężem się pogodzili.
Gromadka służących żartowała z niego jeszcze czas jakiś, naśmieli się dowoli, dali mu na odczepne kilka niezbyt pochlebnych przezwisk i w końcu zamknęli mu drzwi przed nosem, zostawiając samego na pustej ulicy. — Michał mimo to nie ruszył się; ciągle jeszcze spodziewał się, że Justysia wyjdzie. Przecież-rozumował sobie-gdyby miała nie wrócić do domu, byłaby wyszła i powiedziała mu, żeby na nią nie czekał. Ale kiedy zegary w mieście odbiły dwunastą, musiał w końcu uwierzyć, że Justysia już nie wyjdzie, - zabrał się więc i powolnym, ciężkim krokiem ze zwieszoną głową wrócił sam do domu.
Przez kilka dni Justysia nie pokazała się u rodziców.Michał wytłumaczył im dlaczego i uspokoił ich tem zupełnie; ucieszyli się nawet, że się z mężem pogodziła i będzie przy nim mieszkać. — Tylko Michał niebardzo cieszył się z tego i okropnie mu się jakoś robiło, gdy sobie pomyślał, że może już więcej nie wróci. — Wróciła jednak po paru tygodniach, w czasie, kiedy jego nie było właśnie w domu.Przyszedłszy wieczorem od roboty, zastał ją siedzącą z matką przy lampie koło stolika, gdzie szyły w milczeniu. — Michał dostrzegł, że miała oczy czerwone od płaczu, a pod oczyma sine plamy, jakby od stłuczenia; przytem było koło niej bardzo biednie. Miał ochotę zagadać co do niej, ale nie śmiał. Ona także widocznie nie miała ochoty do gadania, bo nawet nie spojrzała ani razu w ten kąt, gdzie siedział, mając głowę oprawioną w dwie zasmolone ręce, oparty łokciami na kolanach i wpatrzony w nią, jak w obraz.
Od tego czasu częściej się zdarzało, że Justysia na kilka dni znikała z domu, czasem nawet na kilka tygodni, a raz zdarzyło się, że jej blizko dwa miesiące nie było, bo jakikolwiek był ten mąż, zawsze serce ciągnęło ją do niego.Dziwna ta natura człowiecza, że często nie to się kocha, co warto kochania, jeno co się upodoba. - Tak i u niej było. Wiedziała dobrze, że mąż ladaco, hulaka, że niewiele dba o nią, a przecież gdy jej pokazał choć odrobinę przywiązania. to w piekło byłaby poszła za nim. Trafiło się czasem parę dni takich, że się nie lampartował, to wnet wstępowała w nią otucha, że się poprawi nad ob re, więc szła do niego i pilnowała jak oka w głowie, by go kamraci nie wyciągali na birbantkę. — Ale się jeJ nie nadrugo zwykle udawało ustrzedz go od zhj kompanii. Parę dni był lepszy, pracowitszy, potem wracał znowu do dawnego: pił, hulał, lampartował się po nocach, a gdy mu brakło pieniędzy, to żonie z łóżka poduszkę wyciągnął, albo chustkę i inne ubranie wyniósł do żydów, byleby miał hulać za co; a gdy go reflektowała, lub robiła mu z tego powodu wyrzuty, to jeszcze kijem się pomścił, skopał nogami i za drzwi wyrzucił. — Wracała wtedy do rodziców zmizerowana do niepoznania, że litość brała patrzeć na nią. — A w domu czekały ją znowu przekleństwa i wyrzuty ojca. — Matka i Michał stawali wtedy w obronie nieszczęśliwej i łagodzili jak mogli gniew starego. — Kiedy ostatni raz, około świętego Jana, wróciła do domu, nie zastała już ojca — umarł parę tygodni przedtem. Obie z matką musiały teraz radzić o sobie i pracować na swoje utrzymanie, a Michał pomagał im w tem jak mógł, pełniąc funkcye stróża kamienicznego w godzinach wolnych od własnego zajęcia. On wstawał w nocy otwierać bramę, zamiatał i polewał ulicę przed domem, rąbał drzewo, nosił wodę, — słowem, zastępował całkiem miejsce zmarłego we, wszystkiem, tylko tyle, że nie gderał jak tamten na Justysię, tylko owszem litował się nad nią i był troskliwym jej opiekunem.
Na święty Michał liczba mieszkańców izdebki pomnożyła się o jednę małą dziecinę, — była to córeczka Justysi, której na chrzcie dano imię Michasia, raz dlatego, że sobie takie imię przyniosła na świat sama, a powtóre, że Michał trzymał ją do chrztu. — Ojca wtedy nie było w Krakowie i nie wiedziano nawet gdzie się znajduje. Mówiono, że poszedł na Węgry i tam zginął, to znowu, że jest w Wiedniu i nieźle mu się powodzi, że podobno wygrał nawet duże pieniądze w karty, ale pewnego nikt nic nie wiedział, a on sam nie dawał o sobie żadnej wiadomości. — Michał zastępował także i jego miejsce, otaczając prawdziwie ojcowską opieką matkę i dziecko. — On dawał pieniądze na słabość, bo matka Justysi nie miała na to; jego kosztem także odbyły się chrzciny. A robił to wszystko jakby z obowiązku, nie wymagał nawet wdzięczności, ani podziękowań zato i aż nadto czuł się wynagrodzonym, że Justysia pozwoliła małej dziecinie używać jego imienia. — Ile razy słyszał ją wołającą na dziecko: Michasiu, — to twarz mu się krzywiła w uśmiech błogiego zadowolnienia, bo mu to przypominało dziecięce lata, kiedy na niego matka tak wołała. Był jej wdzięczny i Bóg wie czegoby nie zrobił za to, a do córeczki jej przywiązał się jakby do własnego dziecka. Ledwie zakwiliła w nocy, to zrywał się do niej pierwej jeszcze, niż matka; wieczorami, gdy Justysia zajęta była szyciem, on kołysał małą i usypiał do snu, nucąc piskliwym głosem, z czego nieraz Justysia i jej matka śmiały się serdecznie, bo zabawnie wyglądało jak udawał niańkę. Zabawniej jeszcze było patrzeć potem, gdy Michasia już podrosła o tyle, że na raczkach mogła się suwać po ziemi, jak Michał czołgał się równo z nią na kolanach i wyrabiał przeróżne grymasy i naśladował głosy różnych zwierząt, by ją zabawić. Dziecina tak przywykła do jego towarzystwa, że gdy odchodził z domu, płakała i wrzeszczała; zawsze do Michała wyciągała drobne rączęta z kołyski i wołała: tata, tata.
Tak upłynął rok cały. Dziecina rosła zdrowa i ładna, Justysia z matką pracowały ile mogły, a Michał pomagał im i wyręczał, gdzie trzeba było. — Czuł on się teraz szczęśliwym jak nigdy; był dumnym z tego, że ma się kim opiekować, że się komuś przydać może na coś, tembardziej, że tym ktosiem była Justysia, do której czuł zawsze pociąg wielki. — Ale ludzka złość i złe języki nie dały mu długo kosztować tego szczęścia. — Jednego dnia matka Justysi wróciła z miasta okrutnie strapiona i zapłakana, bo się dowiedziała od kumoszki, że ludzie niestworzone rzeczy wygadują na jej córkę. Matka powtórzyła wszystko w jego obecności, zanosząc się od płaczu, a wśród lamentów wygadała w oburzeniu, że bez pomocy czyjejkolwiek się obejdą, bo woli sobie ręce zapracować po łokcie, niż żeby córka jej miała przyjść na jakie posądzenie. Justysia, usłyszawszy co ludzie mówią o niej, dołożyła także sporą porcyę płaczu i narzekań. Michał słuchał tego wszystkiego zdziwiony; potwarz, jaką rzucono na Justysię, wydawała mu się tak potworną i wielką, że zupełnie wobec tego stracił przytomność.Jakkolwiek ani Justysia, ani jej matka, nie wymieniły go wyraźnie, nie trudno mu jednak było domyśleć się, że on jest powodem ich łez i narzekań, — struchlał z przerażenia, że chcąc im zrobić dobrze, taką ciężką krzywdę wyrządził.— Dłuższego trochę potrzebował czasu, aby przyjść do wniosku, że może mu tu dłużej zostać nie wypada, a zanim zdobył się na odwagę powiedzenia tego głośno, upłynęła noc cała. Dopiero, kiedy rano widział obie niewiasty zadąsane na niego, zdecydował się wreszcie odezwać:
— To może mnie wypadałoby wynieść się ztąd?
— Jak pan Michał uważa — pochwyciła skwapliwie matka Justysi, która widocznie na to czekała. — My przeciw panu Michałowi nie mamy nic, uchowaj Boże, jesteś pan uczciwy i porządny człowiek.- Ale mi idzie o dziecko.
Wśród tego, kiedy to mówiła, Michał, słuchając jej, patrzył na Justysię, jakby spodziewał się, że ona zaprzeczy słowom matki, że nie będzie widziała konieczności, żeby miał się wyprowadzać od nich. Gdy jednak Justysia milczała, — Michał zrozumiał, że mu nie pozostaje nic innego.Był przygotowany na to, - przez całą noc oswajał się z tą myślą, a jednak teraz, kiedy się to stało, zrobiło mu się tak, jakby mu jaki straszny wyrok przeczytali. Zaledwie mógł wypowiedzieć zachrypłym od żałości głosem:
— No, to... to ja wieczorem się wyniosę. — A gdy w milczeniu dość wymownem przyjęto to jego oświadczenie, zebrał się i wyszedł do roboty.
Wieczorem z posługaczem kolejowym przyszedł po swój kuferek.-Justysi, ani Michasi, nie było w domu. Michał się domyślił, że umyślnie wyniosła dziecko z izby, żeby nie płakało, gdy będzie odchodził. — Uważał to za bardzo rozsądne z jej strony, a jednak przykro mu było i czuł trochę żalu do Justysi z tego powodu. — Zdawało mu się, że jako ojciec chrzestny, powinien był przecież pożegnać się z dzieciną, a i Justysi wypadało może także z nim się pożegnać.Zato matka żegnała go bardzo serdecznie; dziękowała mu za wszystko dobre, co dla nich zrobił; przepraszała, że musiała mu wypowiedzieć mieszkanie, że temu nie ona, tylko źli ludzie winni, którzy żywemu, ani umarłemu nie dają pokoju. — Michała ułagodziło to trochę. Odchodząc, kazał Justysię pozdrowić od siebie, uścisnął matkę za rękę, potem chwycił gwałtownym ruchem żelazne ucho od kuferka i poniósł go razem z posługaczem na nowe mieszkanie.Ciężko mu było przyzwyczaić się do nowych ludzi, innego otoczenia, - ciężej jeszcze wyżyć bez widoku Justysi, toteż nieraz po robocie, o szarym zmroku, szedł w stronę dawnego mieszkania, żeby zobaczyć ją, jak siedziała z matką przy lampie i naprawiała starą bieliznę. Gdy jednak parę razy służące z tej kamienicy zeszły go niespodzianie pod oknem, zaprzestał tych wieczornych wycieczek, by nie dać ludziom powodu do obmowy. Przez wzgląd na Justysię wyrzekł się i tej przyjemności.
W jakiś czas potem umarł mu ojciec. Dowiedział się o tem po paru tygodniach dopiero od brata, który przyszedł do niego z propozycyą, czyby nie przystał na spłatę tej części gruntu, co mu się po ojcu należała. Michał nie był odtego, bo dawno pragnął był wynieść się z warstatów kolejowych, gdzie mu było teraz zawesoło i zagwarno. Raziły go śmiechy i żarty kamratów. niecierpliwiły ich zapytywania, w ogóle towarzystwo ludzi było mu uciążliwem.Pracował tam jednak, bo nie było gdzieindziej miejsca. — Toteż propozycya brata była mu na rękę. — Ugoda wnet stanęła; brat potrącił mu owe dwieście reńskich, co mu dawniej pożyczył i procent od nich, a resztę dopłacił w gotówce. Właśnie na szczęście wydarzyło się Michałowi, że jeden z kowali, z powodu przesiedlenia się do Warszawy, miał do odstąpienia kuźnię ze wszystkiemi przyborami na jednem z przedmieść Krakowa. Michał nabył to od niego, wystarał się o patent i w miesiąc potem nazwisko jego figurowało już na niebieskim szyldzie pod ogromną podkową. - Miejsce było wcale korzystne, - roboty tyle, że czeladnika i dwóch chłopców przyjąć musiał. Wbiło go to trochę w dumę i ucieszyło, że jest już na swoich śmieciach i nie potrzebuje nikogo słuchać. Nieraz myślał sobie, czy też Justysia wie o tem, że już nie jest prostym czeladnikiem. Radby był pochwalić się przed nią swojem stanowiskiem i powodzeniem; o nikogo mu tak nie chodziło, jak o nią, bo ona reprezentowała w jego oczach świat cały.Próżność ciągnęła go gwałtem iść tam i powiedzieć jej o sobie, a przy tem i dobre serce skłaniało go zobaczyć, co się z nią dzieje, czy nie potrzebuje przypadkiem jego pomocy, a on był wstanie teraz pomódz więcej, niż dawniej.
— Przecież tego ludzie za złe wziąć nie powinni — tłómaczył sobie, uspokajając skrupuły swoje — że kiedy - niekiedy zajrzę do nich.
Tak perswadując sobie, zdecydował się wreszcie jednej niedzieli pójść tam, ale nie zastał ani matki, ani Justysi.Obcy jacyś ludzie siedzieli w jego dawnem mieszkaniu, od których dowiedział się, że matka Justysi umarła przed dwoma miesiącami, a ją zabrał mąż wraz z dzieckiem, i że podobno wyjechali z Krakowa. — Michał wrócił markotny do swojej kuźni i odtąd z większą jeszcze gorliwością oddawał się pracy. Walił młotem w kowadło z pasyą, jakby uderzeniami temi chciał zagłuszyć wspomnienia, co go trapiły.
Sąsiedzi jego, a więcej jeszcze sąsiadki, widząc człowieka statecznego, pracowitego i wcale zasobnego, chciały go gwałtem wyswatać i stręczyły mu różne wdowy i panny, ale Michał obojętnie przyjmował ich rady. — Potrzebował wprawdzie do prowadzenia gospodarstwa kobiety, coby i czeladzi ugotować i uprać i sporządzić bieliznę umiała, ale do tego nie potrzebował koniecznie żony, - lada kucharka wystarczała. I — właśnie trafiła mu się taka rządna i pracowita, a pełna jeszcze sił i zdrowia. Idąc do niego w służbę, miała może nadzieję, że uczyni ją kiedyś panią majstrową, i robiła wszystko, co można, aby go sobie ująć; ale Michał na wszystkie usiłowania i zachody pozostał obojętnym. — Dobry był dla niej i wyrozumiały, bo to już była natura jego, ale zresztą nic. Ani ona, ani inne kobiety nie obchodziły go wcale. Największą jego przyjemnością było w niedzielę, lub w chwilach wolnych od pracy, usiąść sobie z fajeczką w ręku, czy to przed swoim domem, czy w swojej stancyi przyoknie: pykał sobie zwolna fajeczkę i myślał o swojej Justysi, czy zdrowa, czy się jej dobrze powodzi, gdzie się teraz obraca i czy ją też kiedy jeszcze zobaczy.
Zobaczył ją rzeczywiście, ale tak, jak się najmniej mógł spodziewać. Jednego wieczoru, kiedy wracał do domu, jakaś kobieta wynędzniała i biedna z trojgiem dzieci, z których najmłodsze trzymała na ręku, poprosiła go o jałmużnę.Michał wetknął jej w rękę parę krajcarów, z których jeden upadł na ziemię i potoczył się po chodniku. Dziewczynka, stojąca przy niej, schyliła się go poszukać.
— Tam, tam, koło rynsztoka Michasiu — rzekła matka, wskazując dziewczynce ręką krajcar, świecący się odblaskiem lampy.
Na ten głos i wymówione imię, Michał, który już odszedł kilka kroków, stanął, obejrzał się i wrócił, aby się przypatrzyć żebraczce, która, zmieszana tem nagłem zbliżeniem się mężczyzny, cofnęła się — do muru i spojrzała na niego wystraszona; a zobaczywszy twarz jego przy świetle latarni, skryła się jeszcze więcej w ciemności i naciągnęła bardziej chustkę na oczy:
— A wy co się tak boicie? — spytał, usiłując dojrzeć jej twarz wśród ciemności; a gdy kobieta milczała, odezwał się znowu: „czy ta mała wasza córka?“
Kobieta widocznie wahała się z odpowiedzią, ale usłyszawszy na pustej ulicy miarowy odgłos ciężkich kroków zbliżającego się patrolu, pochwyciła gwałtownie Michała za ramię i rzekła:
— Przez Boga! niech pan Michał nie daje nas aresztować. Powiedz pan, żeśmy twoi... twoi — znajomi, że idziemy z tobą. — Chodź pan prędzej. — To powiedziawszy, pociągnęła go naprzód, zabrawszy dzieci ze sobą.
Michał szedł, a raczej dał się prowadzić, nie mogąc przyjść do siebie. Kobieta przypominała mu bardzo Justysię, ale nie mógł uwierzyć, żeby to była ona; niepodobna mu było wyobrazić sobie Justysi w łachmanach. Za Floryańską bramą, kiedy już zeszli z oczów patrolu, kobieta puściła jego rękę i podziękowawszy mu za przysługę, jaką jej zrobił, zabierała się do odejścia. To dopiero ocuciło Michała. Spojrzał na nią ogłupiałym ze zdziwienia wzrokiem i zapytał niepewnym głosem:
— Czy może Justysia?
Kobieta cichem łkaniem, tłumionem chustką, którą się zasłoniła przed nim, odpowiedziała na to pytanie. Michał zcierpnął z przerażenia.
— Na rany Boskie — spytał, załamując ręce — co się z tobą — z panną stało?
— Okropny los — nieprawda? — odrzekła płacząc. — A wszystko przez niego - zniszczył nas do ostatka. — Parę tygodni dopiero jak wyszłam ze szpitala - dzieci nie miały co jeść — cóż było robić? — Ach, żebyś pan Michał wiedział, co ja miałam za życie z tym człowiekiem!
Zaniosła się od płaczu. — W tej chwili nad nimi huczna odezwała się muzyka, aż okna sali balowej jasno oświecone zatrzęsły się. Stali bowiem pod Hotelem lwowskim, gdzie przed kilku laty Michał był z nią razem na balu. Musiała przypomnieć sobie tę chwilę i chciała widocznie uciec co — prędzej od tych wspomnień, które teraz natrząsać się zdawały z jej nędzy i łachmanów.
— A wy gdzie idziecie?-spytał Michał.
— Gdzieś na nocleg. Może za Mogilską rogatkę do szynku.
— To nie mieszkacie nigdzie?
— Nie stać nas na to - odrzekła i poszła drogą.
Michał został na gościńcu, zapatrzony bezwiednie w ciemności, w których zniknęła Justysia z dziećmi. Tony wesołej muzyki, które mu huczały w uszach, wraz z myślami, co szumiały w głowie, utworzyły potworny zamęt, pewne ogłupienie, które mu nie pozwalało myśleć, i trzymało na miejscu, jak w zaklętem kole. Nagle wyrwał się z tego odtrętwienia i pobiegł za Justysią.
Dopędził ją koło plantu kolejowego. Zdziwiła się, zobaczywszy go przy sobie; ale nie zatrzymując się, szła dalej.
— Panno Justysiu — odezwał się zdyszanym głosem — panna może nie wie, że ja mam teraz własną kuźnię i mieszkanie porządne.
— Dziękować Bogu, to się panu Michałowi należało, co pan Michał byłeś zawsze porządnym i pracowitym. Takim Bóg szczęści.
Ta pochwała rozpierała mu piersi radością, dlatego jedynie, ze ją słyszał od Justysi; myśląc o tem, zapomniał na chwilę poco właściwie gonił za nią. Wnet sobie potem przypomniał, ale nie wiedział jak to powiedzieć.
— Panno Justysiu — odezwał się wreszcie nieśmiało — czy to koniecznie musicie iść do szynku spać? — U mnie są dwie duże izby.
— Przecież dom pana Michała nie karczma, żebyś do niego sprowadzał żebraków z ulicy na nocleg — rzekła z przykrym uśmiechem, którym niejako natrząsała się z własnej nędzy. Nie chciała przyjąć dobrodziejstwa Michała, bo zdawało jej się upokorzeniem, gorszem od żebraniny, przyjmować łaskę on tego, którego dawniej sobie lekceważyła. Ale Michał prosił tak serdecznie i gorąco, jakby to nie on jej, ale ona jemu dobrodziejstwo wyświadczyć miała, że w końcu zgodziła się. Nadzieja wygodnego schronienia dla siebie i dzieci. była zbyt wielką ponętą dla kobiety, nie oswojonej jeszcze z żebrackiem życiem, aby jej się długo opierać mogła. Michał zabrał na rękę młodsze jej dziecię, które zaczęło płakać, że iść nie może, i poprowadził Justysię ku swemu domowi.-Nigdy może nie czuł się tyle dumnym i szczęśliwym, jak teraz, kiedy myślał sobie o tem, że dom jego będzie służył za przytułek Justysi.Z radości nie wiedział jak ją ugościć, gdzie posadzić.Zbudził cerychło swoję służącę, posłał po piwo i kazał na gwałt smażyć jajecznicę z kiełbasą. Dla wygłodzonych były to królewskie gody.- Potem odstąpił gościom swojego łóżka i izby, a sam przeniósł się do drugiej, która była właściwie kuchnią, gdzie także sypiała Magda służąca. — Ta ostatnia nie mogła zdać sobie sprawy z tego nocnego najścia gości w łachmanach, których pan jej z takiemi honorami przyjmował; patrzyła podejrzliwie na pana majstra.Ten jednak nie uważał wcale owych min Magdy, zajęty cały myślami o Justysi. Przemyśliwał mianowicie nad tem jakby tu zrobić, żeby ją zatrzymać na dłuższy czas w swoim domu, żeby — nie potrzebowała żyć dalej z żebraniny. — Nie wiedział jak jej to zaproponować, - bał się, że nie przystanie na jego prośby.
Przypadek usłużył mu w tym względzie. Średnie dziecko Justysi zachorowało w nocy, a nad ranem choroba rozwinęła się tak mocno, że musiano wezwać lekarza, który oświadczył, że potrwa z parę tygodni kuracya.-Tak więc rada — nierada Justysia, nie mogąc się przenosić z chorem dzieckiem, musiała korzystać z gościnności Michała; a nie chcąc siedzieć bezczynnie, zajęła się przez ten cas gospodarstwem jego: pomagała Magdzie w kuchni, to reperowała jego bieliznę, to robiła różne porządki w domu — i tak wciągnęła się powoli w ten tryb życia, że czasami zdawało się jej. że jest u siebie. Do tego złudzenia przyczyniało się niemało postępowanie Michała, który obchodził się z nią tak, jak gdyby ona tu była panią. Do niej odsyłał Magdę po dyspozycye gospodarskie, jej radził się we wszystkiem i wtajemniczał ją we wszystkie interesa swoje, którymi ona, w miarę im więcej je poznawała, tem więcej się num zajmowała, jakby to były jej własne. Dopiero zupełne wyzdrowienie dziecka przypomniało jej, że dom ten był dla niej tylko chwilowym przytułkiem, że nie może nadużywać gościnności Michała i być mu ciężarem. Z trudnością przychodziło jej myśleć o wyprowadzeniu się, bo nie miała gdzie i o czem się wyprowadzać. Na samę myśl, że za progiem czeka ją znowu żebranina, strach ją ogarniał. Jeszcze więcej przestraszyły się. tego dzieci, gdy się dowiedziały od matki, że mają opuścić to schronienie, gdzie im tak było dobrze. — Z płaczem pobiegły do kuźni poskarżyć się Michałowi. że ich mama chce ztąd zabierać.Mając dzieci za sobą, nie trudno mu było nakłonić matkę, by została. Tłómaczył jej, że mu bardzo przydałaby się w gospodarstwie taka osoba, coby przypilnowała jego pracy,a do nikogo niema takiego zaufania, jak do niej; że tę trochę strawy ona mu w dziesięćkroć odrobi.
Nie opierała się wiele i została; — i z większą jeszcze, niż przedtem, gorliwością zajęła się jego gospodarstwem, chcąc mu choć w części wynagrodzić dobrodziejstwo, jakie wyświadczał jej i dzieciom. Bo też był dla dzieci takim, że najlepszy oj ciec nie mógłby więcej dbać o nie. Szczególniejszą zaś miłość okazywał dla swojej chrzestnicy Michasi; posyłał ją swoim kosztem do szkoły, z nią najczęściej się pieścił i nie minął dzień żaden. żeby Michasia nie dostała od niego to lalki, to piernika, albo coś z ubrania. I dziewczynka także dziwnie przywiązała się do niego, nazywała go tatą - jak dawniej, kiedy jeszcze była w kołysce, a Justysia nie gniewała się już teraz na córkę o to, bo widziała, że Michał wart był sto razy więcej tego nazwiska, niż rodzony ojciec. Michasia tak z czasem przyzwyczaiła się do ciągłego towarzystwa tego przybranego ojca, że gdy wróciła ze szkoły, a nie zastała go w stancyi,to rzuciwszy coprędzej torbeczkę z książkami na łóżko i chwyciwszy kromkę chleba z masłem lub powidłami. szła szukać go do kuźni i przesiadywała tam nieraz godzinami.Miała tam swoje uprzywilejowane miejsce we framudze komina, zkąd przypatywała się robotnikom, kującym żelazo, albo brała garściami opiłki z ziemi, rzucała je w ogień i bawiła się błękitnemi iskrami, które jak fajerwerk wylatywały z płomieni. Michał wśród roboty poglądał często na nią oczyma pełnemi miłości; dla rozbawiania jej śpiewał niekiedy wesołe krakowiaki, a gdy się zdarzyło, że dziewczątko, wśród śpiewu Jego i huku młotów, usnęło. brał ją na ręce i zanosił do izby.
Nie potrzeba mówić, że Justysi po tylu boleśnych przejściach, pobyt w domu Michała wydawał się rajem,— toteż czuła dla niego wdzięczność, którą starała się więcej okazywać w czynie, niż w słowach, dbając o jego intersa tak, jakby to były jej własne, a dzieci swoje uczyła w porannych i wieczornych pacierzach modlitwy osobnej za ich dobrodzieja i opiekuna.- Ale jeżeli ona była szczęśliwą, to Michał stokroć więcej. Oprócz zadowolnienia, jakie każdy uczciwy człowiek mieć musi, gdy może drugim dobrze robić, czuł się jeszcze tem szczęśliwym, że wspólne pożycie pod jednym dachem z Justysią i jej dziećmi sprawiało mu wrażenie życia rodzinnego. On, który był zawsze sam, doznawał teraz rozkoszy nieznanej mu dotąd, widząc się otoczonym gromadką, kochającą go, dla której stał się po — trzebnym, — tśmwięcej, że w. tej gromadce była kobieta, o której kiedyś myślał, że zostanie jego żoną. — Nigdy jednak nie dał jej ani słowem żadnem, ani postępowaniem poznać, jak drogą była jego sercu. Zachował się względem niej tak, że nawet podejrzliwa Magda nie mogła odkryć w tym stosunku nic, prócz życzliwego i dobrego serca.
Tak minęło parę miesięcy w szczęściu i pokoju. — Ale znać przeznaczeniem Justysi nie było takie życie spokojne i bez troski; zaledwie odetchnęła troszkę i przyszła do siebie, wnet nie szczęście w postaci jej męża poczęło ją nanowo prześladować. Zjawił się niewiedzieć zkąd obszarpany, jak ostatni żebrak, a dowiedziawszy się, że żonie nieźle się powodzi, przyszedł do niej dopominać się zapomogi.- Biedna kobiecina co mogła, co miała z własnej pracy oszczędzonego grosza, pchała w męża w sekrecie przed Michałem; ale mu to wszystko było mało: co wziął, to przepił i wracał znowu po pieniądze, a gdy mu już nic więcej dać nie chciała, bo nie miała, zaproponował jej, że jeżeli niema, to powinna pożyczyć sobie z Michałowej kasy.Kobieta z oburzeniem i wzgardą przyjęła te słowa i zabroniła mu pokazywać się więcej. — Zakaz ten niewiele skutkował, bo na drugi dzień przybył znowu i domagał się gwałtownie pieniędzy, a gdy mu dać ich nie chciała, wziął się do odbijania komody.
Działo się to podczas nieobecności Michała, bo zwykle wybierał taką porę do nachodzenia żony, w której wiedział, że go niema w domu. Justysia w obronie zagrożonej własności swego dobroczyńcy, stanęła z całą odwagą, na jaką zdobyć się mogła. Rozpoczęła się zacięta walka koło komody między mężem i żoną, wśród której rozwścieczony mąż oporem, jaki mu stawić się ośmieliła, pałający żądzą dobrania się do pieniędzy przed przyjściem Michała, chwycił siekierę, leżącą przy drzwiach, i uderzył nią tak silnie w głowę Justysię, że upadła bez zmysłów zbroczona krwią.
Krzyk dzieci i Magdy, która w tej chwili wróciła z miasta, sprowadził sąsiadów i policyę. Pochwycono zbrodniarza i oddano w ręce sprawiedliwości, a Justysię zaniesiono do szpitala.
Tam za nią pośpieszył Michał, skoro, wróciwszy do domu, dowiedział się co zaszło.-Rana w głowie była śmiertelną, „chora żyła jednakże jeszcze do drugiego dnia. Miała chwilę przytomności, w której wyspowiadała się, pożegnała dzieci i prosiła Michała, żeby o nich pamiętał.
Jak spełniał to życzenie zmarłej, miałem sposobność przekonać się, bywając częściej w jego domu. Uczyłem bowiem małą Michasię, która już wtedy liczyła ósmy rok.
Przypadkowo dostała mi się ta lekcya. Znajdowałem się raz na cmentarzu, w czasie, kiedy Michał wraz z dziećmi zajęty był ubieraniem grobu Justysi. Najmłodsze dziecko przeszkadzało mu w tej robocie, wrzeszcząc i płacząc, tak, że co chwila Michał musiał uspakajać je. — Widziałem to stojąc niedaleko, a że miałem przypadkowo parę karmelków w kieszeni, zbliżyłem się i podałem małemu krzykaczowi. Udało mi się tem zatkać mu buzię na czas jakiś.-Michał zobaczywszy to, uśmiechnął się do mnie przy. jaźnie i odezwał się:
— Pan musisz lubić dzieci?
— Jak nie krzyczą.
— He, he, he — a tak, jak nie krzyczą. To pan może dlatego karmelki nosi w kieszeni? Dobry sposób na takich bębnów.
Zawiązała się ztąd dłuższa rozmowa, a potem znajomość, tak że odtąd, kiedyśmy się spotykali na cmentarzu,lub w alei prowadzącej do niego, witaliśmy się już jako znajomi i zawsze nieco pogawędzili. — Raz, przy takiem spotkaniu, radził się mnie Michał, czy nie wiedziałbym jakiego studenta. coby Michasię mógł poduczyć trochę rachunków i niemieckiego, bo w szkole na nią narzekają.Ofiarowałem mu się sam do tego i w ten sposób wszedłem w jego dom, gdzie miałem sposobność przypatrzeć się zblizka owej prawdziwie macierzyńskiej pieczołowitości, z jaką ten, na pozór prosty, nieokrzesany, kowal, wychowywał robaczki swojej Justysi. — Nie zdarzyło mi się słyszeć żadnego brzydkiego słowa, ani przekleństwa z ust jego, co przecież jest rzeczą tak zwyczajną w tej klasie ludzi; odzywał się do nich zawsze spieszczonym głosem, — był dla tych dzieci nie tylko troskliwym opiekunem, ale niańką, matką, a w towarzystwie ich grube i dość surowe rysy jego przybierały wyraz dziwnej słodyczy i dobroduszności.Nieraz patrząc na te dzieci bawiące się pod jego okiem koło stołu, opowiadał mi dużo o ich matce i o sobie, chętnie wracał myślą do tych wspomnień przeszłości, a z licznych opowiadań udało mi się z czasem złożyć tę całą historyę cichej, prostej, a nieszczęśliwej miłości poczciwego Michała.
Nie pamiętam dobrze z jakiego powodu, czy dla choroby, czy z braku czasu, musiałem przerwać moje lekcye z Michasią, - na cmentarz także spacery moje ustały i przez rok cały nie zdarzyło mi się zobaczyć kowala i jego robaczków. Widziałem tylko, będąc parę razy za pogrzebem na cmentarzu, że grób Justysi zawsze z jednaką starannością był utrzymywany, przybył mu nawet, w miejsce starego drewnianego, krzyża, mały pomniczek z kamienia z marmurową tablicą, na której jednak nie umieszczono nic więcej, tylko dawniejszy napis: Justysi.
Napis ten wydawał się Michałowi zupełnie dostatecznym, - nie sądził zapewne, żeby można wymyśleć piękniejszy i dokładniejszy. — Mówił on mu więcej, niż gdyby Bóg wie ile słów było tam wypisanych. Radzono mu, jak się to później od niego dowiedziałem, aby dał inny napis, bo taki doniczego; żeby przynajmniej dodał, że się prosi o Zdrowaś i Wieczne odpoczywanie za duszę zmarłej, ale i na tę poprawkę uparty Michał przystać nie chciał.
Tylko dzieci pilnował, żeby się modliły za matkę, a najmłodsze, kiedy tylko wymawiać słowa zaczynało, wyuczył krótkiej modlitwy: Boziu! daj mamie koronę niebieską. — Dziecię to najkróciej się modliło za matkę, bo po paru latach przeniosło się za nią tam, gdzie rozdają niebieskie korony. Umarło na szkarlatynę pomimo starań, jakich nie szczędził Michał, aby je uratować.- Koło grobu Justysi podniosła się mała mogiłka, ułożona z zuzli i białych kamyków, pomiędzy któremi zieleniły się rozchodniki, a górą gęsty bluszcz, jak zielony dywanik, ją okrywał. — Mogiłkę tę widziałem na kilka dni przed wyjazdem moim z Krakowa..
Po latach ośmiu złożyło się tak, że znowu spotkałem się z Michałem. Tym razem nie na cmentarzu, ale w gmachu szkoły żeńskiej, gdzie szedłem na roczny popis uczennic. Wchodząc do sieni, natrafiłem na gromadkę ludzi, których stróż nie chciał wpuścić do sali, utrzymując, że nie można. Ale jakiś człowiek, porządniej nieco od reszty towarzyszów swoich wystrojony, utrzymywał, że oni tam koniecznie wejść muszą. Poznałem po głosie Michała.Zbliżywszy się do niego, dowiedziałem się o przyczynie sporu. Chciał on na popis wprowadzić kilku swoich znajomych, szczególniej kolegów z warstatów kolejowych, którzy znali niegdyś Justysię, żeby się przysłuchali, jaka to edukowana panna zrobiła się z jej córki Michasi, jak gra na fortepianie, jak mówi i po francuzku i po niemiecku — i deklamuje ładnie. Chciał poczciwiec pochwalić się przed nimi i podzielić się swem szczęściem, swoją dumą. - Poszli z nim nie tyle może dla podziwiania córki Justysi, jak w nadziei traktamentu, który ich potem czekał, ale że nie każdy miał się w co ubrać, żeby wyglądał dość przyzwoicie, więc stróż szkolny wzbraniał się wpuścić ich, na co mocno się oburzał:
— Słyszy pan! — odezwał się biorąc mnie za świadka sporu — on powiada, że tam nie wolno. A przecież tam dzisiaj Michasia — córka Justysi, wie pan ta, coś ją pan uczył, ma egzamin, a ci wszyscy — dodał, pokazując na swoich towarzyszy-znali jej matkę - oni muszą przecież tam być, żeby słyszeć Michasię.
Stróż znowu tłómaczył się, że tylko rodzicom wolno, że w sali miejsca już mało dla gości, że wreszcie takich zasmolonych i Bóg wie jak ubranych panów wpuszczać mu zabroniono. Napróżno Michał dowodził mu, że to są bardzo porządni rzemieślnicy, że jeden z nich nawet dostał medal na przemysłowej wystawie; ofiarował się nawet zapłacić od nich wstępne, jak na komedye do teatru; — stróż nie dał się tem wcale poruszyć, zagroził Michałowi nawet policyą, jeżeli będzie się upierał, -moja interwencya także na nic się nie przydała. Na szczęście, wyszedł ze swego gabinetu dyrektor szkoły, którego dobrze znałem. Poprosiłem uprzejmie: wpuszczono Michała wraz z dwoma najprzyzwoiciej wyglądającymi kamratami do sali; tych, których nie puszczono, pocieszał poczciwiec obietnicą, że im wszystko potem opowie jak było.
Sala była rzeczywiście przepełniona, gorąco w niej było jak w piecu, a masa kwiatów, któremi była ozdobiona, powiększała upał. Michał z towarzyszami znalazł zaledwie trochę miejsca dla siebie w kącie, między piecem i drzwiami, i usadowiwszy się tam, począł zaraz wśród dziewczątek, siedzących na podniesieniu i ubranych świątecznie, upatrywać swojej Michasi. Długo kręcił głową, na jednę i na drugą stronę, wyciągał ją nad głowy i ramiona stojących przed nim osób, aż wreszcie zobaczył ją.
— O patrzcie! tam koło okna — trzecia od ściany — ta w białej sukience z niebieską szarfą — mówił do towarzyszy swoich. Sama sobie tę sukienkę uszyła — dziewczyna ma talent, powiadam wam, do wszystkiego. Druga matka.
Mówił niby zniżonym głosem, ale tak mimo to głośnym, że poczęto psykać. Chwilę jednak potrzeba było, zanim się zmiarkował, że to na niego psykają. Aż jakiś pan, przed nim stojący, musiał mu wyraźnie powiedzieć, aby był cicho.Michał spojrzał na niego zdziwiony, pytającym wzrokiem, a kiedy ten objaśnił go, że przez niego nie słyszy deklamującej panienki, machnął ręką i rzekł:
— E, furda o to! Jak Michasia panu oddeklamuje, to dopiero będzie co posłuchać.
Jegomość ów spojrzał na niego jak na waryata i obrócił się plecami, a Michał wrócił znowu oczyma do swojej Michasi i nie mógł się powstrzymać od wypowiadania swoich myśli bodaj cichym szeptem. Parę razy mu się zdawało, że dziewczyna spojrzała na niego, że go dojrzała w tłumie; wtedy szturchał łokciem swoich towarzyszy, kazał im się patrzeć na nią i uśmiechał się do niej i kiwał głową — To znowu dziwiło go: dlaczego jej nie wołają na środek dla popisywania się, kiedy żadna tak nie deklamuje, jak ona.Ile razy, jaką inną wywołano, niecierpliwił się i przestępował z nogi na nogę niezadowolniony. Nareszcie doczekał się, że zawołano: Michalina Wrześniak.
— To córka Justysi - objaśnił obok stojących - o! patrzcie - ta z niebieską szarfą.
I podniósł się na palcach, aby mógł ją lepiej widzieć.
— Jak ona idzie, jak księżniczka jaka — mówił uradowany, spotniały cały ze wzruszenia i radości.
Rzeczywiście Michasia wyrosła na wcale piękną panienkę; przez te kilka lat, co jej nie widziałem, zmieniła się tak, że nie byłbym jej poznał. Michał objaśnił mnie, że wykapana matka; tylko oczy miała ojca: czarne, głębokie, które dziwnie odbijały od jasnych włosów i stanowiły niezwykły urok. — Kiedy zaczęła deklamować, Michał wyciągnął szyję, przystawił dłoń do ucha, aby mógł lepiej słyszeć; nawet dech zatrzymał w sobie, byle żadnego wyrazu nie stracić. O ile przedtem był nieuważny. o tyle teraz stał się drażliwym na każdy szmer, który mu przeszkadzał w słuchaniu, i ledwie kto ruszył nogą, albo zakaszlał, wnet zwracał się do niego niezadowolniony, chcąc wzrokiem nakazać milczenie. — Kiedy Michasia skończyła, zaczął walić jej brawo, a gdy zobaczył, że nikt go nie naśladuje, z oburzeniem spytał mnie:
— Czemuż te osły nie klaszczą?
Wśród ciszy, panującej w sali, słowa te słyszane były przez wszystkich i wywołały u jednych zgorszenie, u drugich śmiech. Jedni sykali, drudzy wyraźnie żądali wyrzucenia gbura z sali. Dyrektor wysłał dwóch stróży, którzy biednego kowala wyprosili za drzwi.
—Nie pojmował dobrze dlaczego to robią i chciał opierać się, ale gdy widział ogólne wzburzenie przeciw sobie, zmieszał się i ustąpił. Tylko we drzwiach zwrócił się jeszcze raz twarzą do sali i zawołał donośnym głosem: — Nie rób sobie z tego nic, Michasiu! Ja tu w sieni poczekam na ciebie.
Ogólnym śmiechem przyjęto owo odezwanie się, a Michasia zaczerwieniła się ze wstydu.
Kiedy po egzaminie wychodzić zaczęto, żartowano sobie głośno z oryginalnego znalezienia się Michała, a wychowanica jego na pół z płaczem, a na pół z gniewem, oświadczyła mu, że niepotrzebnie tu przyszedł, bo jej tylko wstyd robi. Powiedziawszy to, poszła naprzód, nie czekając na niego. Michał powlókł się za nią markotny i zginął mi z oczu w tłumie.
Po paru latach spotkałem się z nim jeszcze raz na cmentarzu. — Przyszedł tam z małym chłopcem Jędrusiem, który, jak mi powiedział, chodził już do drugiéj gimnazyalnéj. Przynieśli na grób trzy lampki i wieniec, bo to była właśnie rocznica śmierci Justysi. — Michasi nie było z nimi. Kiedy się o nią zapytałem Michała, powiedział mi, że poszła bardzo dobrze zamąż, za jakiegoś profesora, że jej już od roku niema w Krakowie, bo męża przenieśli podobno do Tarnowa, czy do Sącza.
— Jakto podobno? — spytałem. — To nie wiecie napewno, gdzie się znajduje? Czy nie pisuje do was?
— E, gdzieby jéj się tam chciało? Ona teraz wielka pani, to jéj nie wypada przyznać się do biednego kowala. Ona jak ona, jeszczeby tam nie była najgorszą, — chciała nawet na wesele mnie zaprosić, ale mąż nie życzył sobie.
— A to się wam pięknie odwdzięczyła za opiekę.
Poskrobał się po głowie zaturbowany, że nie miał nic na usprawiedliwienie Michasi przedemną.
— Ha, cóż robić! — rzekł wreszcie. — Toć ja to nie tyle dla niej robił, ile dla Justysi, bo mnie prosiła o opiekę...
Powiedziawszy to, zabrał się do zapalania lampek, potem ustawił je rzędem przed nagrobkiem i uklęknąwszy wraz z Jędrusiem, począł się modlić...


XIII.
Ostatni z pięciu.

Kraków jest miastem jakby stworzenem dla emerytów, a był niem jeszcze więcej przed kilkunastu laty, kiedy nie tylko spokojnie, wygodnie i przyjemnie, ale i tanio w niém żyć można było. Na ulicach nie ma owego gorączkowego i hałaśliwego ruchu, który cechuje wielkie miasta; — tu nikt się nie śpieszy, nikomu nie pilno, a czasu tyle do zbycia, że lada kanarek na dachu mnóstwo zatrzymuje całemi godzinami ludzi. W takiém mieście staruszek może bezpiecznie sobie chodzić po ulicach, bez obawy potrącenia lub przejechania. — Jeżeli jest pobożnym: czterdzieści kościołów ma do wyboru; lubi teatr: ma teatr i to nawet niezły; kompanijkę do preferansa lub domina znajdzie w resursie i kawiarni, — w handelku zaś o polityce dowoli nagadać się może. — Do każdego z tych miejsc tak bliziutko, że nawet z reumatyzmem w nogach można się dostać. — A planty, owe nieocenione planty, szczególniéj w lecie, są prawie stałem mieszkaniem ludzi wysłużonych. Mają oni tam swoje uprzywilejowane ławki, na których się sadowią, zaopatrzeni w gazety, okulary, tabakiery i fularowe chustki.
W tej panoramie przesuwających się przez plantacye ciekawych typów, zwróciło moję uwagę kilku staruszków, którzy zwykle trzymali się razem. — Było ich pięciu. Regularnie koło dziesiątéj godziny zrana schodzili się przy swojéj uprzywilejowanéj ławce, niedaleko ulicy Szpitalnéj; popołudniu zaś w tej części plantacyj, które otaczają gmach techniki. Mieli tam także swoję ławeczkę z widokiem na błonia i kopiec Kościuszki. — Który z nich przyszedł najpierwszy, brał zaraz ławkę w posiadanie, rozkładał się na niej szeroko z parasolem, kapeluszem, chustką, by przypadkiem ktoś obcy nie pokusił się o zajęcie miejsca. A jeżeli przypadkiem się zdarzyło, że ktoś ich uprzedził, to trzeba było widzieć jak niespokojnie kręcili się koło ławeczki, jak poglądali na natrętów, i jeżeli nie mogli minami i spojrzeniami zmusić ich do ustąpienia, to usiłowali przynajmniej brzeżek ławki zdobyć dla jednego ze swoich, koło którego grupowali się do gawędki głośnej, nie zważając na obok siedzących, którzy pod taką presyą zwykle ustępowali.Czasami jednak zdarzyło się, że godziny całe manewrować i czekać musieli. Z tym większą potem rozkoszą rozsiadali się, a gawędka szła wtedy z podwójnem ożywieniem.— Rozmowa trwała zwykle ze dwie lub trzy godziny, a składała się z różnych anegdot, facecyjek, nowin bieżących, które każdy przynosił ze sfer, w których się obracał.Kiedy przyszła kolej na temat wspomnień, rozmowa stawała się niewyczerpaną, bo każdy miał sporą paczkę lat przeżytych. (W spółce reprezentowali blizko półczwarta wieku). — Jeżeli zaś czasem rozmowa nie kleiła się, co się zdarzało szczególniej w dnie pochmurne, zasilano się wtedy czytaniem „Czasu“. Dyskusye polityczne zawiązywały znowu rwiącą się rozmowę, szczególniej gdy pan Hilary, zdeklarowany nieprzyjaciel „Czasu,“ wystąpił z opozycyą.
Pan Hilary był eks-wojskowym, ułanem, dosłużył się stopnia kapitana i kontuzyi, wskutek której poszedł na chleb wysłużonych, ze stopniem majora i ubezwładnioną ręką i nogą. Miał wymowę ciężką, słowa wyrzucał, jakby się gniewał, nawet wtedy, gdy najspokojniej coś opowiadał.Cóż dopiero, gdy wpadł w zapał. Był krępy, barczysty, czerwony, lękał się ciągle apopleksyi, którą mu raz doktor zagroził, jeszcze w wojsku, chcąc go powstrzymać od hulanek. Groźba skutkowała, kapitan ślubował wstrzemięźliwość. — Obawa apopleksyi miała jednak dobre strony, bo miarkowała jego zapał krasomówczy. Gdyby nie to, zmasakrowałby wszystkich na kwaśne jabłko, którzyby ośmielili się stanąć w opozycyi przeciw jego zdaniu. Był najmłodszym ze wszystkich i dlatego nieraz w żywej dyspucie nazywano go młodzikiem, wartogłowem.
Przeciwieństwem jego, tak co do przekonań, jak i powierzchowności, był pan Antoni (koledzy nazywali się między sobą po imieniu) — były urzędnik regestratury, chudy, wysoki, zgięty w plecach. Chodził latem na wielkie gorąca w jakimś kamlotowym, zielonym surducie, w żółtych nankinowych spodniach. Do tych kolorów, w czasie niepewnej pogody, przybywał jeszcze czerwony parasol, a w dzień chłodniejszy granatowy płaszcz z peleryną. Czapka z szerokim daszkiem uzupełniała to dziwaczne ubranie, z którego paupry krakowskie pozwalali sobie żartować nieraz dowoli. W rozmowie brał zwykle bardzo mały udział, bo w biurze przyzwyczaił się milczeć i słuchać, a przeszłość jego, nieobfita w żadne nadzwyczajne, lub ciekawe wypadki, nie dawała wiele tematu do opowiadania. Tylko wtedy, gdy ktoś w jego obecności ośmielił się naruszać powagę „Czasu“, oburzał się naprawdę. W żadnej kwestyi nie zdobył się na samodzielne zdanie, tylko wyczekiwał, co „Czas“ o tem powie. Wiarę w nieomylność tego pisma posuwał aż do inseratów, gdzie wszystkie środki przeciw siwiznie, nagniotkom, wszystkie anonse wiedeńskich bazarów, uważał za godne wiary, dlatego tylko, że je „Czas“ umieścił. Rozumie się, że mu z tego powodu przychodziło często staczać walkę z majorem. Nie silił się wtedy argumentami przekonać przeciwnika, bo, jak powiedzieliśmy, wymownym wcale nie był, tylko na wszystkie zarzuty odpowiadał krótkiemi zaprzeczeniami, które wygłaszał z powagą dogmatu, powoli, monotonnie, jakby woda z ryny kapała — co majora do wściekłości doprowadzało.
Pan Wojciech był także emerytem, ale nie urzędowym.Emeryturę wypłacała jego żona. zapisawszy mu pewien kapitalik, zaco miał obowiązek kochać żonę i pielęgnować jej ulubioną Żolkę. Ten pierwszy obowiązek był szczególniej trudny do spełnienia, toteż kiedy tylko mógł-wymykał się pod różnemi pozorami z domu, a na plant y wychodził regularnie dwa razy dziennie, niby dla Żolki. Ta niepoczesna rola nie licowała wcale z postawą pana Wojciecha, który był wysoki, barczysty, o twarzy oliwkowo-śniadej, od której odbijały siwe włosy i po wojskowemu zakręcone wąsy; ale cóż miał robić? musiał się jejmości w ten sposób zasługiwać, bo w zapisie była mała klauzula, że wrazie niezgodnego pożycia małżonków, zapis może być unieważnionym.
Czwartym w tym gronie był jakiś zrujnowany hrabia.Za czasów Rzeczypospolitej krakowskiej żył podobno hucznie i dworno, urządzał weneckie karnawały, wystawne kuligi i obiady, na które sprowadzał przeróżne delikatesy z zagranicy; trzymał liczną służbę, laufrów, którzy w fantastycznych strojach biegli przed powozem, murzyna lokaja, kuczera węgra, obok którego siedział ugalonowany w srebro strzelec. Na takie wybryki pańskie poszła ogromna fortuna; a kiedy pustki zaświeciły w kieszeni, herbowni przyjaciele, którzy dawniej często nawiedzali dom jego, teraz nagle zaczęli się gorszyć marnotrawstwem i poodsuwali się od bankruta. — Żydzi rozdrapali za długi co było do wzięcia, i hrabiemu na starość została zaledwie skromna pensyjka, którą mu jakaś daleka krewna z litości posyłała co miesiąc, i stary służący, który go opuścić nie chciał, zadarmo go obsługiwał i grywał z nim w ruletę. — Hrabia bowiem, przyzwyczajony całe życie bawić się, potrzebował koniecznie jakiejś rozrywki; a że grę uważał za najprzyjemniejsze zajęcie, więc grywał z poczciwym Jakóbem po całych wieczorach w ruletę, bo na innych grach się nie rozumiał, nie mógł ich pojąć. Grano o groch, bo fundusik hrabiego nie pozwalał na granie w pieniądze. Mimo to hrabia tak był kontent, gdy mu się udało nieraz ograć Jakóba na paręset ziarnek grochu. jak dawniej, gdy banknoty wygrywał. — Była to już pasya gracza nałogowego, która z wiekiem wzrastała tak, że Jakób całe wieczory zimowe poświęcać musiał na bawienie swego pana.-Dopiero, kiedy ten poznał się raz na plantacyach z emerytami, Jakób zyskał trochę wolności, bo hrabia ruletę porzucił dla wista, którego stale grywali bądź w kawiarni, bądź u którego z emerytów. Grano bardzo tanio, a że hrabia grał nieźle i ostróżnie, więc mógł sobie często pozwalać tej przyjemności. — Był to mężczyzna wysoki, ale wychudły jak szkielet, osłabiony wiekiem i niezbyt wzorowem życiem; toteż pomimo, że miał dopiero lat 62, był już zgrzybiały, zdziecinniały; większą połowę dnia przedrzemał i nic go nie było w stanie zainteresować, ożywić, tylko karty. Na szelest kart, lub wzmiankę o grze, mumij a ta dawała znak życia i otwierała przygasłe oczy. On też pierwszy dawał impuls do gry, pierwszy zrywał posiedzenia na ławeczce, uważając gawędkę o czemkolwiek za stratę czasu tylko — i ciągnął emerytów do zielonego stolika. „Będziemy grali w karty?“ — to było uprzywilejowane jego pytanie.
Ostatnim wreszcie był pan Jacek — niegdyś kupiec, dziś kapitalista i do tego kawaler. Czterdzieści lat wysługiwał się swemu pryncypałowi, jako chłopiec, potem jako subjekt, a wreszcie jako prowizor; — odznaczał się niesłychaną wiernością i pracą, za co bezdzietny pryncypał, umierając, zapisał mu cały handel, który pan Jacek prowadził jeszcze potem lat kilkanaście na własną rękę. Wreszcie na starość chciał sobie wypocząć trochę, -handel więc sprzedał za wcale pokaźną sumę, której część umieścił w papierach, a za resztę nabył dwie kamienice. I byłby spokojnie przeżył te kilkanaście lat, które mu jeszcze przeżyć było przeznaczono, gdyby nie to, że ludzie, którym fortuna pana Jacka spać nie dawała. chcieli go gwałtem ożenić.Pan Jacek nigdy nie pomyślał o żenieniu, bo, kiedy była pora potemu. nie miał pieniędzy. ani urody. Był fatalnie brzydkim: głowa ogromna, twarz zeszpecona ospą., ręce długie, cały niezgrabny. Toteż w dnie świąteczne, kiedy jego koledzy bawili się wesoło na zamiejskich wycieczkach, w gronie panien z magazynu, lub obywatelskich córek, Jacuś wertował książki handlowe, uczył się języków, lub czytywał swemu pryncypałowi wyjątki z kalendarza. — Prawie nie znał świata po za obrębem sklepu, — nie znał uciech młodości, — a o pięknych okolicach Krakowa wiedział tylko z opowiadania. — Jako subjekt, zbierając grosz do grosza i powiększając uzbieraną w ten sposób sumkę, szczęśliwemi operacyami przyszedł do kapitaliku, który stanowił już porządne utrzymanie dla niego i dla żony; ale pan Jacek wtedy nie miał czasu myśleć o małżeństwie; pryncypał jego zachorował i jemu powierzył prowadzenie całego interesu. Pracy więc było dość, odpowiedzialność wielka.Jeszcze więcej miał zajęcia. gdy sklep stał się jego własnością. Z podwójną gorliwością zabiegał.-Dopiero, kiedy przez sprzedaż sklepu sam siebie przeniósł na emeryturę,i miał dużo czasu wolnego, usłużni ludzie przypomnieli mu o żeniaczce. Miał wtedy już lat 60; uroda jego z latami nie poprawiła się wcale. mimo to znalazło się wiele kandydatek, które godziły się oddać swą rękę człowiekowi, który miał dwie kamienice i gotówkę w papierach. — I pan Jacek rzeczywiście namyślał się nad wyborem. Powodzenie, jakie znalazł między płcią piękną, zawróciło mu głowę.Była to dla niego nowość pociągająca. Zaślepiony, zaczął wierzyć, że może się podobać. — myśl o małżeństwie uśmiechała mu się i kusiła go. — Przed kolegami jednak taił się ze swemi zamiarami, wiedział, żeby nie pochwalili tego,choćby z powodu, że przez małżeństwo tracili w nim partnera do wista i stałego członka posiedzeń na plantacyach.Zdradzał się jednak mimowoli staranną toaletą i częstą nieobecnością. — Ile razy bowiem miał jakąś napiętą kandydatkę, która mu do gustu przypadała. stawał się mniej punktualnym. zaniedbywał wista i towarzyszów swoich; sprawiał sobie nowy garnitur. czernił włosy, woskował wąsy. upominał praczkę. by mu lepiej krochmaliła gorsy,i kładł na palce najozdobniejsze pierścienie. — Zwykle ta gorączka małżeńska trwała parę tygodni; potem, albo dojrzał w swojej przyszłej coś takiego, co go zraziło, albo brała go dziwna jakaś obawa i żal tego życia swobodnego,systematycznego, które prowadził.
Kilka razy powtarzała się historya z małżeństwem, a symptomem jej zewnętrznym był, jak powiedziałem, strój pana Jacka. Ile razy widziałem go wyświeżonego, wyczernionego, idącego przez miasto drobnym kroczkiem, który miał oznaczać żwawość młodzieńczą, mogłem być pewnym, że pan Jacek jest w trakcie starania się. Skoro go ta chętka ominęła, zaraz toaletę zmieniał i wtedy ograniczał się jedynie na towarzystwie emerytów.
Na karty zgromadzała się bardzo często ta piątka w jego domu, bo pan Jacek był gościnnym; nie przeszkadzała mu w tem ani małżonka, jak panu Wojciechowi, ani brak pieniędzy, jak hrabiemu.-Tam też poznałem całe to towarzystwo, bo bywałem nieraz u pana Jacka, jako lokator jego i liwerant książek do czytania. Pan Jacek bowiem należał do gatunku coraz dzisiaj rzadszego w Galicyi, t. j. do gatunku ludzi czytających; miał nawet pewną pasyę do tego, i za nic w świecie nie byłby usnął bez książki w ręku. Że zaś dowiedział się z karty meldunkowej, iż należę do klasy, produkującej te środki usypiające, zobowiązał mnie do dostarczania mu takowych. Nie sprawiało mi to wcale kłopotu, bo pan Jacek nie robił wyboru i czytał wszystko, co mu pod rękę wpadło, czy to broszurę polityczną, czy powieść; nie szło mu wiele o to, co czytał, byleby czytać, Pod tym względem miał bardzo strawny umysł. Wzamian za tę grzeczność byłem od czasu do czasu zapraszany to na skromny obiadek, to na wieczorną herbatkę, na którą także przychodzili owi emeryci, jeżeli byli w komplecie.Pan Antoni dostawał mi się do partyi szachów, gdy na niego przyszła kolej wyjścia z gry; zresztą, byłem skazany przez resztę wieczoru siedzieć przy stoliku i patrzeć w karty, choć gry wcale nie rozumiałem.
— Jakże można było do stu dyabłów — mówił pan Wojciech - zadawać waleta, kiedy pan mogłeś bić królem. - To trzeba być fuszerem.
— A bo to przy tem gwizdaniu pana majora — tłómaczył się Antoni-można formalnie zgłupieć.-Ja nie wiem, że też, z przeproszeniem, gęba nie zaboli, tak ciągle gwizdać i gwizdać.
— Co? — ja gwizdżę - pytał major zdziwiony. — Czy się panu śni! Panie Wojciechu, czy ja gwiżdżę?
— No, niby inaczej tego nazwać nie można, - chyba, że pan to wolisz nazwać świstaniem.
— Jeżeli tak, to przepraszam. Jeżeli to komu ma przeszkadzać i gwizdaniem mojem chce tłómaczyć swoję nieumiejętność grania, to nie będę gwizdał.
I na chwilę robiło się cicho, że słychać było brzęczenie muchy koło lampy i stukanie rąk o stolik, ale niezadługo pan major, zamyśliwszy się nad kombinacyami gry, zapominał całkiem o swejem przyrzeczeniu i zaczął znowu przeraźliwie gwizdać. Pan Antoni wtedy kładł karty i oświadczał uroczyście, że woli nie grać, jak słuchać tego hałasu, co go aż migreny nabawia. Zawiązywała się z tego sprzeczka między nim a majorem, w której ten ostatni musiał koniecznie wtrącić jakiś docinek przeciw Czasowi, co pan Antoni nie zostawił bez odpowiedzi. Dopiero interwencya gospodarza i upominania hrabiego, że szkoda czasu, uspakajały przeciwników i kończono przerwaną partyę. Takie zajścia powtarzały się kilka razy każdego wieczoru.’ Pan Wojciech znowu nie mógł znosić tego: że hrabia ustawicznie mlaskał językiem; nie śmiał jednak głośno objawić swego niezadowolenia przez respekt dla hrabiowskiej korony, tylko na uboczu pozwalał sobie wyszeptać trochę żółciowych uwag....
— Bo proszę panów — mówi — co to za głupie przyzwyczajenie z tem mlaskaniem. Gdyby przynajmniej mlaskał wtedy, jak ma dobre karty, to człowiek by wiedział, czy bić, czy pasować; ale on wiecznie mlaszcze, czy ma złą kartę mlaszcze, czy ma dobrą mlaszcze. A, przyznam się panom, że to desperacya z takim mlaskotem.
Tak się skarżył po za oczy hrabiego, w obecności zaś jego ośmielił się tylko mimiką wyrażać swoje niezadowolnienie i oczyma dawał znaki swoim kolegom, wskazując znacząco na mlaszczącego, a dla ulżenia sobie, kładł bawełnę do uszów. Była to zarazem demonstracya przeciw hrabiemu, na której się jednak nie poznawał.
Major znowu burzył się i rzucał, gdy go podstępnie wyciągnięto na wysoką grę i wpadł.
— Co to za gra taka — mówił, rzucając z pasyą kartami. — Żaden porządny człowiek tak nie gra. To przecież nie straszak, tylko preferans, do stu dyabłów!
— Tak jest, preferans, najformalniejszy preferans — dogadywał mu powolnym głosem pan Antoni i pod stołem zacierał w sekrecie ręce z radości, że majora chwycili.
Hrabia nie lubił, kiedy rozmową przerywano grę, -uważał takie pauzy za stratę czasu i niecierpliwił się bardzo.Bojąc się przeciągów, starannie zamykał drzwi i okna,nawet w najcieplejsze wieczory, skazując przezto swoich towarzyszów na pocenie się w dusznym pokoju, co majora śmiertelną trwogą przejmowało ze względu na apopleksyę.
— Ależ to łaźnia formalnie! — wołał w oburzeniu, gdy mu gorąco uderzać zaczęło do głowy; — to nie do wy trzymania!-i biegł co tchu otwierać okno i odetchnąć świeżem powietrzem.
Hrabia, zajęty kartami, nie uważał tego, czy też udawał. że nie widzi; dopiero gdy wydał karty z ręki, zwracał się ku oknu z miną niezadowolnioną i syknąwszy mówił:
— Ależ ten przeciąg głowę chce urwać.
— Gdzie, jaki przeciąg. co się hrabiemu śni?-Przecież z jednego okna otwartego przeciągu nie będzie.
— A ja panu powiadam, że jest przeciąg; proszę mi wierzyć, ja się znam na tam. Mam pod tym względem nadzwyczaj delikatne poczucie.
— To z pana hrabiego byłby doskonały barometr — odzywał się złośliwie pan Wojciech.
Hrabia puszczał płazem ten dowcip, nie racząc nawet zwracać uwagi na mówiącego i ciągnął dalej do majora:
— Byłem świadkiem, jak jeden z moich przyjaciół, tak samo, jak pan, lekceważył sobie podobne wiaterki, dla przekonania nas siadał zawsze przy otwartem oknie. I cóż pan powiesz — jednego dnia lokaj, wchodząc do pokoju, otworzył nagle drzwi, i mojego zucha na miejscu poraziło.
— Apopleksya! — zawołał przerażony major.
— Gorzej jak apopleksyą, bo go zrobiło paralitykiem na całe życie.
Tym przykładem pokonał hrabia majora i zamykał okno bez opozycyi z jego strony.
Najmniej podobnych słabostek miał pan Jacek; jedynie na punkcie małżeństwa dopuszczał się śmieszności. z których się wyswobadzał na czas jakiś, ale nie na długo. — Wyleczony z jednej miłości, wnet zapadał w drugą, bo zawsze znalazł się ktoś usłużny, który mu podstawił jaką powabną kandydatkę. Kiedy miał już na myśli jaki świeży kąsek, był nadzwyczaj towarzyski, zapraszał mnie często do siebie, nieraz i na obiedzie zatrzymał, dobywał z szafki, gdzie miał obfite składy cygar, najlepsze cygaro i wyciągał mnie na rozmowę o małżeństwie najczęściej od słów: Czemu się pan nie żenisz? — Usprawiedliwiałem się brakiem odpowiedniach funduszów na utrzymanie żony. To tłómaczenie — uważałem — bardzo się panu Jackowi podobało, bo dawało niejako sankcyę jego zamiarom matrymonialnym.On miał z czego utrzymać żonę, ergo: mógł i powinien się był żenić.
— Masz pan racyę — mówił nieraz ucieszony. — Mężczyzna nie powinien się żenić, dopóki nie ma możności zabezpieczenia losu kobiecie i dzieciom. — Lepiej zaczekać, choćby do późniejszego nieco wieku, niż narażać żonę na zawód. Bo pieniądz, panie, to grunt, to podstawa szczęścia małżeńskiego. Miłość o głodzie sprzykrzy się i wojewodzie.
Potem mi mówił wiele o zaszanowanem zdrowiu, o samotności, do której przywyknąć mu trudno, o braku opieki etc. etc., a wszystkie te poufne zwierzenia miały na celu wybadanie mojego zdania; reprezentowałem niejako w jego oczach cząstkę opinii publicznej. — Toteż kiedy raz uprzedziłem zwierzenia jego i — zapytałem naiwnie: dlaczego się sam nie żeni, mając wszystkie po temu warunki, — ucieszył się jakby go kto na sto koni wsadził, kazał podać do obiadu wino o dziesięć lat starsze, a na odchodnem zmusił mnie gwałtem do przyjęcia w prezencie paczki wybornych cygar.
Czasami pokazywał mi fotografiję, nie przyznając się, że to fotografij a osoby, która go mocno interesuje i badał, co sądzę, jako fizyonomista, o tej osobie, czy dobra, łagodna, uczciwa, etc., a gdy sąd mój wypadł pochlebnie, wówczas dopiero pod sekretem przyznawał się, że to niby już jak narzeczona.
To było pierwsze stadyum słabości pana Jacka. W drugiem stadyum nie tylko nie zapraszał mnie do siebie, ale unikał nawet spotkania się ze mną. Widywałem go tylko zdaleka, to idącego z domu z kieszeniami wypchanemi cukrami, to kupującego bilety w kasie teatralnej, to na odludnych spacerach z przedmiotem swojej adoracyi, w asystencyi mamy lub cioci. Udawał wtedy krótkowidza, nie poznawał mnie wcale. Był zazdrosny o swój skarb, albo też może wstydził się występować w roli starającego się. Kiedy pan Jacek wstępował w trzeci peryod, t. j. w peryod wstrętu do małżeństwa, szukał znowu mojego towarzystwa, tym razem jeno dla samej pogawędki. Gdy mnie spotkał, zabierał gwałtem ze sobą.
Układaliśmy wspólnie projekta co do jego majątku, który, jako bezdzietny, miał zapisać na publiczne cele. Między innemi miał piękną myśl ustanowienia fundacyi dla wiernych sług, a myśl tę powziął z okazyi starego Jakóba, lokaja hrabiego, którego przywiązania i wierności dla pana nachwalić się nie mógł.
— Taki sługa. to klejnot nieoszacowany — mawiał — takim rzeczywiście należy się nagroda i pomoc na starość, bo zasłużyli na to.
Wypracował nawet projekt takiej fundacyi, w którym podzielił służących na dwie kategorye: na takich, którzy nadzwyczajnem poświęceniem dla swoich panów się odznaczyli-i na takich, którzy długo i wiernie w jednem miejscu służyli. Tych znowu podzielił podług lat służby. — Te plany absorbowały go całego: układał je, przerabiał — i to zajęcie wybijało mu z głowy małżeńskie zamiary.
— E! to nie dla mnie, panie. Trudno na starość wilkiem orać. Nie ożenił się człowiek zamłodu, to teraz nie pora. — Małżeństwo, panie, to loterya.
Pomimo tych postanowień nie żenienia się, pan Jacek znowu po jakimś czasie trafiał na taką, która mu się fenomenem wydawała. Projekt zapisu dla służących szedł wtedy do biurka na sam spód.
— Zapis jest dobry — mówił wtedy na swoje usprawiedliwienie — ale egzekutorowie spaczyć go mogą — i często dostanie się zapomoga takiemu, który nie tyle zasługą, ile protekcyami dojdzie do tego. — Intrygi, panie, protekcye, wszystko robią! Wreszcie jeszcze rząd dopatrzy się jakiej nieformalności i zabierze te pieniądze, com ciężko na nie pracował. Ozy to nie lepiej, że po mnie zabierze je osoba, która mi uprzyjemni te ostatnie kilkanaście lat życia? Przynajmniej będę miał tę pociechę, żem uszczęśliwił istotę, która na to rzeczywiście zasłużyła.
Z takiemi myślami zabierał się do nowego małżeństwa, delektował się niemi przez kilka tygodni, a potem wracał znowu do przyjacielskich pogadanek ze mną, wyciągał znowu z biurka akt fundacyi — i pilnie uczęszczał na zgromadzenia emerytów na plantacye, a wieczorem zabierał ich do siebie na herbatkę i karty.
Grywali najczęściej w tarok i wista; — dopiero ze śmiercią pana Antoniego, tarokowe i wistowe karty zarzucono na znak żałoby i trzymano się stale preferansa. — Ale po kilku miesiącach i do preferansa brakło im kompletu, bo stary hrabia wyemigrował także z ich grona na tamten świat za panem Antonim. Śmierć jego przyszła całkiem niespodziewanie. Jednego dnia stary Jakób, przyniósłszy panu do łóżka śniadanie, spostrzegł, że ten nie daje żadnego znaku życia. Pobiegł co tchu po doktora, a po drodze zawiadamił karcianych przyjaciół jego o tym nowym wypadku.— Zeszli się zaraz pan Jacek, pan Wojciech i major do mieszkania zmarłego i, usiadłszy koło łóżka, poczęli deliberować nad znikomością życia ludzkiego.
— Ktoby się tego był spodziewał-mówił pan Jacek — wczoraj jeszcze grał z nami w preferansa.
— I miał szalone szczęście — dorzucił pan Wojciech — wpakował mnie na mizerkę.
— A dziś już z nami grać nie będzie. Ja powiadam, że życie ludzkie, to bańka mydlana, -dziś jesteś, jutro cię nie ma!
— I gdyby to przynajmniej był człowiek krwisty — odezwał się major-to nie mówię; — ale taki chudzina — -co mu się stać mogło?
— Może osłabienie — wtrącił pan Wojciech.
— Gdyby był miał kogoś przy sobie, byłby go uratował; — przy żonie nie byłoby mu się pewnie zmarło tak marnie — mówił pan Jacek, któremu przy każdej sposobności przychodziła na myśl potrzeba małżeństwa.
— E, przy żonie byłby jeszcze prędzej kipną — zauważył pan Wojciech — A tak żył sobie swobodnie, był panem swojej woli, nikt mu nie przewodził, nie trajkotał za uszami.
Kiedy tak deliberowali nad nieboszczykiem i robili uwagi, każdy ze swego punktu widzenia, stary hrabia naraz otworzył oczy. — Emeryci zamilkli z przerażenia i skamienieli. — Hrabia obrzucił ich wszystkich zamglonemi oczyma, uśmiechnął się przyjaźnie i cichym głosem spytał:
— Będziemy grać w karty?
Był pewny, że na preferansa zebrali się u niego i czekają. Potem znowu zamknął oczy, otworzył usta, jakby coś chciał mówić, chwycił niemi parę razy powietrze i zapadł w stan bezwładności. Przybyły w tej chwili z Jakóbem doktor sprawdził, że hrabia tym razem umarł już nadobre. Mimo to emeryci nie uwierzyli, zwlekali z pogrzebem i codzień po parę godzin przesiadywali przy nim w nadziei, że znowu oczy otworzy i zapyta ich, czy nie będą grać w karty? — Nie doczekali się jednak tego.
Po pięciu dniach zaniesiono go na cmentarz, a starego Jakóba pan Jacek wziął na służbę, a raczej na łaskawy chleb do siebie. Zostało ich tedy tylko trzech — do preferansa. — Wystarczało to od biedy, ale zawsze była niewygoda, bo gdy który z nich zaniemógł, partyjki już złożyć nie można było. — To też nieraz z tęsknotą wspominali sobie nieboszczyków. — Major byłby już chętnie zgodził się zostać zwolennikiem „Czasu“, żeby tylko mógł mieć pana Antoniego na ręku, a pan Wojciech byłby znosił mlaskanie hrabiego dla tego samego powodu. Śmierć zatarła w ich pamięci wady nieobecnych, a zostały same tylko dobre wspomnienia. Pan Antoni był dla nich teraz wzorem łagodności, a hrabiego nachwalić się nie mogli za jego uprzejme i pełne delikatności obejście!
Żadna gra nie obeszła się bez tego, żeby przy niej nie wspominano sobie nieboszczyków.
— Gdyby Antoni miał te karty w ręku, to jak amen w pacierzu grałby siedem bez atu — i wyszedłby, — mawiał nieraz major, gdy pan Jacek zbyt ostróżnie grę prowadził.
To znowu innym razem pan Wojciech się odzywał.
— E, hrabia by zpewnością majora złapał teraz. — Byłby wyszedł w piki i major leżysz, jak dwa a dwa cztery!
— Poczciwy Antoś!
— Poczciwy hrabia!
— Co oni też tam teraz biedacy porabiają?
— Czy też tam mają swoję partyjkę?
— A cóżby innego robili? — Toźby się na śmierć zanudzili bez kart, szczególniej hrabia.
Te i tympodobne rozmowy prowadzono każdego wieczoru przy kartach. Na plantacye nie podobna jeszcze było wychodzić, tem mniej siadywać na uprzywilejowanych ławeczkach, bo wiosna była szkaradną, choć to był już koniec kwietnia. Jeden tylko major codziennie, dla zahartowania się, obchodził dokoła plantacye, brnąc w błocie. Jednego dnia, wróciwszy z takiej przechadzki, począł narzekać na kłócie w piersiach i krótki oddech, a w tydzień potem wyniesiono go na Rakowice. Biedaczysko nie doczekał się słońca i piękniejszych dni. Umarł, ale nie na apopleksyą, czego się tak obawiał, jeno na zapalenie płuc.Zostali się tylko pan Jacek i pan Wojciech. Do preferansa nie było już kompletu i z konieczności musieli wziąć się do pikiety; rzadko jednak schodzili się na partyjkę, bo żona pana Wojciecha zachorowała ciężko i musiał ją pielęgnować nie tyle z przywiązania, ile dla owego ślubnego zapisu.
— Jak się zgniewam — mówiła mu nieraz — to, na złość tobie, zapiszę wszystko Żolce. Znajdzie się niejeden taki, który za te pieniądze, jakie Żolka po mnie dostanie, będzie ją pielęgnował jak oko w głowie i otaczał rodzicielską opieką..A tobie nic się nie dostanie!
Tą groźbą trzymała zawsze pod pantoflem biednego pana Wojciecha. Po kilkomiesięcznej chorobie, podczas której pan Wojciech był umęczony, uwolniła go nareszcie od swojej obecności;’ w ostatnich godzinach nawet bardzo serdecznie i czule z nim się rozstawała, majątek cały zapisała mu bez żadnych zastrzeżeń, a Żolkę tylko poleciła jego pieczy. — Zbliżająca się śmierć zmieniła Heroda babę w potulną owieczkę. Pan Wojciech płakał jak bóbr za nią i nigdy nie przypuszczał, że mu będzie tak trudno rozstawać się z tyranem swoim; a po śmierci formalnie brakowało mu tego, że go nie miał kto lajać. — Tak się już był przyzwyczaił do dokuczań. Pusto i głucho wydawało mu się w domu bez donośnego głosu jejmości. Dla pocieszenia się chodził do pana Jacka na herbatkę i pikietę. Pan Jacek przyjął go z otwartemi rękoma, bo właśnie to było po świeżym ataku małżeńskich intencyj. — Podziękowawszy Panu Bogu za szczęśliwe ocalenie od popełnienia głupstwa, pan Jacek myśl o małżeństwie zawiesił znowu na kołku i rzucił się cały w objęcia przy jaźni. — Nie rozłączali się teraz prawie z panem Wojciechem, Na obiedzie razem, na kolacyi razem, zapraszali się do siebie nawzajem; — na spacerze także razem, a Żolka, trzecia nieodłączna towarzyszka, postępowała jak cień za nimi w niebieskiej kołderce z ponsową kokardą na szyi, umyta, wyczesana, aż miło. — Pan Wojciech bowiem pielęgnował ją z niesłychaną starannością, -uważał ją za drogą pamiątkę po nieboszczce, de której przywiązanie jego coraz więcej wzrastało, odkąd go śmierć od niej uwolniła.- Pomimo tego przywiązania, odradzał wszelkiemi sposobami panu Jackowi wstąpienia w śluby małżeńskie, a wystawiał mu w różowych kolorach przyjemności wspólnego pożycia tak we dwóch. „Będziemy sobie — mówił mu — razem mieszkać, razem jadać, razem na spacer chodzić — i będzie nam jak w raju“. I rzeczywiście, na święty Jan na współkę wynajęli mieszkanie i sprowadzili się do tego raju, ale próba wypadła najgorzej; raj wkrótce w piekło się zamienił, bo każdy z nich miał swoje upodobania, zwyczaje, do których, przez Bóg wie ile lat, nawykał i pozbyć ich się nie mógł. — Pana Jacka np. irytowało szczekanie Żolki, a pan Wojciech za żadną cenę nie chciał rozstawać się z faworytką swojej nieboszczki żony.Do tego jeszcze pan Wojciech miał pasyę bicia much. Godzinami całemi chodził z klapką i tłukł je bez litości, kładąc trupem setki nieszczęśliwych ofiar, walając ich krwią ściany i meble, co pana Jacka, przyzwyczajonego do czystości i porządku, niezmiernie irytowało. — Pan Wojciech znowu nie mógł przyzwyczaić się do rannego wstawania; narzekał, że pan Jacek, wstając wcześnie, tłucze się jak Marek po piekle i spać nie daje Żoli, ani jemu; nie mógł także znosić skrzypiących butów i zapachu piżma, któremi bielizna, papiery, meble Jacka były nawskroś przesiąkłe.Przyszło w końcu do tego, że musieli się rozłączyć. Nie zerwali jednak całkiem z sobą, -owszem od dnia, w którym się rozeszli, przyjaźń ich silniej się zawiązała. — Chodzili znowu razem po plantacyach. siadywali na swoich uprzywilejowanych ławeczkach, przypominali sobie różne epizody z życia zmarłych towarzyszów, ich koncepta i anegdotki, w końcu rozmowa wchodziła na politykę i na dolegliwości wewnętrzne, na które szczególniej skarżył się pan Wojciech. Nie było to przywidzenie jego, bo w samej rzeczy-od czasu śmierci żony zmienił się bardzo. Zdawało się, że zdrowie jego powędrowało za nieboszczką żoną.W oczach niknął, spadał z ciała, pożółkł i postarzał się.Pan Wojciech jednak, pomimo cierpień, jakich doświadczał, nie przeczuwał, ani się domyślał, że z nim jest źle bardzo.Był przekonany, że to tylko silny katar żołądka. Dopiero w ostatnim tygodniu przyszedł do przekonania, że to jakaś inna choroba, na którą trzeba będzie umrzeć. A wiadomość tę przyjął z rezygnacyą, której si pan Jacek po nim nie spodziewał.
— Moja nieboszczka żona woła mnie już do siebie — rzekł jednego razu.
Kazał sobie przyprowadzić księdza, zrobił rozporządzenie co do majątku swego, Żolę polecił opiece pana Jacka, prosząc go, aby jeśli jej u siebie trzymać nie zechce, polecił ją jakiej uczciwej kobiecie do pielęgnowania, — zostawił osobny fundusz na to. W kilka dni potem poszedł za swoją małżonką.
Pan Jacek odprowadził ostatniego druha na miejsce wiecznego spoczynku.— Kiedy po skończonym obrzędzie miał już odchodzić z cmentarza, Żola, która podczas pogrzebu szła wciąż za trumną pana, nie dała się teraz w żaden sposób namówić do odejścia od jego grobu. Obchodziła go wkoło, skowycząc i zaglądając do dołu, jakby się weń rzucić miała ochotę. — Gwałtem musiano ją wziąć ztamtąd i wsadzić do powozu. — Pan Jacek, który nie mógł nigdy znosić jej piskliwego głosu, ty razem dość cierpliwie słuchał wycia i skowyczenia i zastanawiał się nad tem,że nieme stworzenie może tak mocno czuć żal po stracie pana. — Dziwiło go to tembardziej, że on sam, choć istota, stworzona na obraz i podobieństwo Boga, nie odczuwa tak silnie straty przyjaciela. — Żal mu się wprawdzie zrobiło, że stracił towarzysza tylu lat, ale boleść jego zdobyła się zaledwie na kilka łez. Zastanawiając się coraz więcej nad tem, przyszedł do przekonania, że nigdy niczyja śmierć nie zrobiła na nim zbyt wielkiego wrażenia, nawet śmierć jego pryncypała. Odczuwał wprawdzie stratę, ale to uczucie było jakieś tępe, niewyraźne, jakby serce jego w grubą skórę zaszyto. Sam nie wiedział czemu, ale wstyd go było zato wobec Żolki, wyjącej z żalu. Pan Jacek dałby był wiele zato, żeby taksamo mógł wyć za kimkolwiek na świecie.
Sam wypowiadał mi się po powrocie z cmentarza z tych filozoficznych rozmyślań, na jakie go Żolka naprowadziła — i chciał, bym mu wytłómaczył, czem się to dzieje, że tak tępo odczuwa wszystko. — Trudno było mu powiedzieć wprost: jesteś samolubem, który nie kochał nic, prócz własnego żołądka, własnych wygód i przyjemności, i dlatego nie umiesz czuć i cierpieć, — Wywinąłem się jak mogłem z trudnego zadania, tłómacząc mu, że nie wszyscy ludzie posiadają jednakową wrażliwość, że to zależy od ustroju nerwowego, od wychowania i od różnych okoliczności. Słuchał mnie uważnie, ale widziałem, że go nie zadowolniłem. — ile razy spojrzał na Żolkę, twarz jego posępniała, a czoło marszczyło się niezadowolnieniem.
Miał on niemałą biedę z tą Żolką Chcąc ją uspokoić, dawał jej różne łakocie, wreszcie mięso, ale psina jeść nie chciała, tylko ciągle wyła, szukała czegoś po wszystkich kątach, obwąchiwała stołek, na którym pan jej zwykle siadywał; to znowu biegła do drzwi, drapała się i stukała, żeby jej otworzono.-Pan Jacek ciągle ją obserwował, nie spuszczając z niej prawie oka. Czasem tylko zwracał się do mnie, aby mi powiedzieć:
— Patrz pan — nieme stworzenie!
W kilka dni potem, kiedy odwiedziłem znowu pana Jacka, pierwsze słowa, jakie do mnie przemówił, były także o Żoli.
— Cóż pan powiesz na to, ta psina zagłodziła się i zdechła! Cośmy się nie namęczyli, żeby ją skłonić do jedzenia, ani rusz. — Wpychaliśmy jej gwałtem do pyszczka — ale wszystko zaraz zrzucała. — To osobliwe w psinie takie uczucie!
Ta psina ciągle mu na myśli stała. — Parę tygodni jednak wystarczyły, aby zatrzeć w umyśle to wrażenie; znalazłem go znowu zupełnie spokojnym: — siedział przy pasyansie, bo w braku partnera, ta jedyna rozrywka w karty mu zostawała, a o Żoli nie wspomniał już ani słowa.Natomiast pytał mnie się, czy nie znam jakiej porządnej familii, lub wdowy jakiej, któraby za wynagrodzeniem przyjęła do siebie młodą panienkę na wychowanie.
— To moja jakaś daleka krewna — dodał, widząc, że mnie jego propozycya zakłopotała nieco — matkę straciła niedawno, jest bez opieki i bez utrzymania, i udaje się do mnie. — A ja u siebie jej trzymać nie mogę, to darmo! — Człowiek w moim wieku ma pewne przyzwyczajenia, upodobania, których się tak łatwo zrzec nie można. Z taką panną, to tylko kłopot w domu. Trzebaby dla niej cały tryb życia zmieniać, a mnie naco takie utrapienie! — Ja lubię spokój, systematyczność. No, cóż, zrobisz mi tę grzeczność?
Nie było powodu odmawiać, zwłaszcza, że znałem jedną rodzinę, złożoną z matki i dwóch córek, dla których taka propozycya byłaby bardzo pożądaną, rozumie się przy odpowiedniem wynagrodzeniu. — Objawiłem to panu Jackowi.
— Ależ dam, co zechcą, bylebym się pozbył kłopotu z domu.
— I kiedyż ma przybyć ta panienka?
— Jakoś w tych dniach — czekaj, zobaczymy.
Wziął ze stołu list z czarną obwódką i przeglądał go.
— Pisze, że piętnastego tego miesiąca tu będzie.
— A więc jutro?
— A prawda, jutro.
— I od kiedyż ma się przeprowadzić do tej pani?
— A zaraz, rozumie się zaraz, — może ją nawet sobie prosto z kolei zabrać, To będzie najlepiej.
— To niepodobna, bo ta pani wyjechała na święta na wieś i wróci dopiero za trzy dni.
Podrapał się w głowę niezadowolniony.
— Masz babo redutę — o! to głupia sprawa.-A możeby kogo innego wynaleźć?
— Nikogo tak odpowiedniego nie znam. Zresztą, trzy dni, to nie tak wiele; pan masz dość obszerne mieszkanie.
— Ano, darmo, trzeba będzie tak zrobić, jak mi radzisz;-tak, tak, zrobię już to poświęcenie; tylko zmiłuj sięnie dłużej, bo ona mi tu gotowa cały dom do góry nogami poprzewracać. — Dziś mamy środę... czwartek, piątek, sobota — więc w sobotę?
— Tak, w sobotę, lub najdalej w niedzielę.
— Pamiętaj, że ja każdą minutę będę liczył niecierpliwie — mój drogi!
Musiałem się uśmiechnąć ironicznie z tej obawy samoluba, który nawet trzech dni swego życia wygodnego nie chciał poświęcić dla swojej krewnej — i obiecałem stawić się w oznaczonym terminie niezawodnie.
Jakoż w sobotę stawiłem się punktualnie. — Zastałem mego pana Jacka w doskonałym humorze.-Chodził po pokoju w krótkiej, czarnej kapotce z zielonemi wypustkami, fezie i pantoflach haftowanych, którym się z upodobaniem przypatrywał, pogwizdując jakąś wesołą piosenkę. Byłem pewny, że krewniaczka nie przyjechała, bo mając ją na karku, nie byłby w tak dobrym humorze. — Gdy mnie zobaczył wchodzącego, przywitał wesoło przyjaźnem kiwnięciem głowy, a skoro zbliżyłem się do niego, uścisnął mi kordyalnie rękę i spytał obcesowo, wskazując na nogi:
Jak ci się te pantofle podobają?
— Ładne.
— Prawda? — prześliczne, cudowne! To od niej. Sama mi je wyhaftowała.
— Kto taki?
— No, moja kuzynka, o której ci wspominałem.
— Więc przyjechała?
— Od trzech dni — i przywiozła mi te pantofle, które robiła umyślnie dla mnie, dla swojego kochanego wujaszka — tak mnie nazywa. Robiła na pamięć i patrz, jakby ulał — podług miary leplejby nie zrobił.-To już ona taki dar ma, że czego się tknie, to jej się uda!
— Więc kuzynka się podobała?
— Mało powiedzieć podobała. Jestem nią zachwycony!
— A tak się pan bałeś.
— Bo, bo ja sobie myślałem, że to będzie jaka panna z grymasami, fochami, dla której trzeba będzie zaraz Bóg wie jakiej obsługi, zmieniać porządek domu, a ona, powiadam ci, tak się umiała odrazu do wszystkiego zastosować, jakby tu od dziecka się chowała. Zaraz pierwszego dnia, zajęła się gospodarstwem, rozpytała się Jakóba o cały porządek dnia, o moje gusta - i urządziła mi, panie, obiadek! że palce oblizywać; jak żyję, nie jadłem z takim smakiem obiadu. A żebyś widział jaka zręczna! co weźmie w rękę, to zrobi. — Patrz, to jej gustem poprzestawiane te meble; - niby nie dużo zmieniła, a wygląda teraz wcale inaczej — prawda? — Jakoś tak elegancko, ozdobnie. Ale powiadam ci, czarodziejka prawdziwa!
— Teraz jednak widzę, że pani S. będzie mogła tę panienkę przyjąć bez obawy do swego domu.
— Ależ ja jej nigdzie dawać nie myślę, broń Boże!
— Wszak pan mówiłeś.
— E, co tam ja mówiłem. Jeżeli ta pani będzie sobie rościć z tego powodu jakie pretensye, to gotów jestem jej wynagrodzić ten zawód, a dziewczyny z domu nie dam! Albo mi to źle z nią?-Ta-to teraz wesoło tutaj. jak nigdy nie bywało, tak umie wszystkich rozruszać i ożywić; - kiedy, wyobraź sobie, nawet w pikietę umie. Wczoraj graliśmy do jedenastej. Trzy godziny nam zleciały przy tem, jakby z bicza trzasł. Ale bo też gra nie tak marudnie i stękająco, jak świętej pamięci Wojtuś. To, panie, życie aż tryska, a przytem rozmowna, umie zawsze coś wesołego powiedzieć.Jak z nią rozmawiam, to zdaje mi się, że przynajmniej o dziesięć lat odmłodniałem, jak mnie żywego widzisz!
Szereg pochwał, które oddawał swojej kuzynce, przerwało wejście jej samej. Panienka mogła mieć około lat dziewiętnastu, dwudziestu. Wysmukła, zgrabna, co w czarnej sukni skromnej a gustownej jeszcze się lepiej uwydatniało. Twarzyczka była wistocie piękna, okolona bujnemi, ciemnemi włosami, noseczek trochę zadarty, a oczy czarne, żywe i rozumne. Nie przesadził pan Jacek, mówiąc, że życie tryskało z niej; pomimo powagi, w jaką smutek i żałoba ją przybrały, znać było w tych oczach zasoby życia, energii i wesołość. Skinęła poważnie z nieopisanym wdziękiem i, gracyą głową, gdy pan Jacek mnie przedstawił, i oznajmiła wyraźnie, że jakaś pani czeka na niego w saloniku. — Pan Jacek nie wiedział co ze mną zrobić; — zabrać do saloniku, gdzie owa pani — z interesem na niego czekała, nie można było, a z siostrzeniczką nie miał — jakoś ochoty mnie zostawiać. Dla formy przecież prosił’ mnie, abym się zatrzymał i został na obiedzie, ale że niezbyt gorąco zapraszał, a ja nie miałem interesu zostawać dłużej, więc pożegnałem go, obiecując przyjść innym razem nadłużej.
Nieprędko jednak mogłem spełnić obietnicę, bo zmuszony byłem wyjechać na wieś. Z listów mojego kolegi, który był także lokatorem w kamienicy pana Jacka, dowiedziałem się, że pan Jacek jest znowu w trakcie żenienia się i to z kuzynką swoją. — Nie zadziwiła mnie bardzo ta wiadomość. — Nie dziwiło mnie także, iż panienka uboga, bez rodziny i opieki, zdecydowała się oddać rękę sześćdziesięcioletniemu kochankowi. Przykładów podobnych nie brak w historyi małżeństw. Ciekawy tylko byłem. czy pan Jacek w ostatniej chwili nie wyszuka znowu jakiego „ale“, nie cofnie się., Nie mogłem jednak sprawdzić tego, bo mój kolega także wyjechał na prowincyę.
Po dwóch latach dopiero wróciłem do Krakowa, a że przyzwyczaiłem się był do mieszkania w domu pana Jacka, więc niebawem udałem się do niego. Od stróża dowiedziałem się, że pan Jacek z drugiego piętra przeprowadził się na pierwsze. Ta zmiana lokalu bardzo wiele mówiła. Poszedłem prosto do drzwi, na których, na porcelanowym szyldziku, czerniło się nazwisko pana Jacka; zapukałem mocno, a gdy nikt się nie odzywał, przycisnąłem klamkę i drzwi się otwarły. Zobaczyłem wówczas pana Jacka w szlafroku i w owych haftowanych pantoflach, idącego ku mnie na palcach i dającego mi znaki, abym się cicho sprawował.
— Genio śpi — szepnął. Chodźmy do saloniku, żeby się nie przebudził. — I, wziąwszy mnie za rękę, przeprowadził ostróżnie przez pokój koło kołyski, w której spało dzieciątko z twarzyczką zarumienioną i spotniałą od snu mocnego. Przyznam się, że ta kołyska w domu pana Jacka była dla mnie prawdziwą niespodzianką.
Kiedyśmy weszli do saloniku, pan Jacek przymknął pocichu drzwi za sobą, by rozmowa nasza nie zbudziła dziecięcia i, zwracając się do mnie, powiedział dla objaśnienia tej swojej ostrożności:
— Genio dziś trochę niezdrów — brzuszek go boli. Trzeba, żeby się wyspał; to mu dobrze zrobi. — Siadaj. Jak się rozbudzi, zaprezentuję ci go — śliczności dziecko!
Wypadało powinszować mu tego szczęścia; uścisnął mnie uradowany za rękę.
— Wistocie — mówił — to dziecko, to prawdziwa rozkosz I moja, mój pieszczoch. A jakie to już mądre! jak szczebiocze! choć ma dopiero czternaście miesięcy. — Wykapany portret matki. Mnie się zdaje, że znasz matkę?
— Czy to ta kuzynka pańska, którą miałem przyjemność widzieć?
— Tak, ona sama. — Od pierwszej chwili zaraz przypadła mi do serca i zaraz powiedziałem, że nie puszczę jej z mego domu — i nie puściłem. — Poznasz jej męża — także bardzo sympatyczny chłopiec.
Wytrzeszczyłem oczy zdziwione na pana Jacka.
— Jej męża — więc...
— Więc co?
— Bo ja myślałem.... — nie wiedziałem jak dokończyć.
— Tyś myślał może, że to ja się z nią ożeniłem? — że to maleństwo — to moje, cha! cha! cha! — a niechże cię uściskam.
I zaczął się śmiać pan Jacek tak serdecznie, że mu aż łzy w oczach zaświeciły.
— Przepraszam pana za tę pomyłkę, ale mi mówiono.
— Nie masz pan zaco przepraszać. Ona miała już narzeczonego, — człowieka młodego, prsystojnego; — wkrótce już pozdaje on wszystkie egzamina na doktora i dostanie jaką posadę. — Z początku miałem ochotę nie zezwolić ha to małżeństwo; ale mi zagroziła, że wyjdzie z mego domu.Cóż miałem robić, trzeba było pozwolić — i nie żałuję tego, bo dziś, zamiast jej jednej, mam ich troje do kochania i jestem szczęśliwy jak nigdy. Teraz dopiero czuję, że żyję! Oho! słyszysz, malec budzi się — zaraz ci go tu przyniosę.To powiedziawszy, rzeźko, drobnemi kroczkami poszłapał do drugiego pokoju i za chwilę wrócił, trzymając na ręku tłustego dzieciaka, i kołysząc go śpiewał: Husiu, husiu, husiany — pojedziemy do mamy, a od mamy do taty — jest tam dziadzio brodaty.
— A co? dzielny chłopak? prawda?-A jaki tłuścioch o patrzaj! — Z dumą począł mi prezentować najtłustsze części swojego pieszczocha..
— Nazywa mnie dziadzią, — bo już mówi doskonale mama, tata, dziadzia; powiadam ci: cudowne dziecko! No, powiedz dziadek, — mów dzia... dzia...
Po kilku powtórzeniach, dziecko rzeczywiście wypaplało coś, czego zrozumieć nie mogłem, w czem jednak pan Jacek najwyraźniéj słyszał dziadzia, i ucałował zato chłopaka; — a ponieważ krzyczeć zaczął, więc dla uspokojenia począł z nim chodzić po pokoju, bębniąc palcami po szybach, pokazywał mu różne świecidełka na stoliku; a gdy to wszystko nie mogło malca uspokoić, poszedł z nim do swego pokoju, do którego i mnie zaprosił. Tam, stanąwszy przed oszkloną szafą, pokazywał coś chłopcu palcem i mówił: ciucia, ciucia, ciucia, caca; chłopiec, zapatrzywszy się w szafę, rzeczywiście płakać przestał i tłuste rączyny wyciągał, jakby chciał coś chwycić. — I ja zbliżyłem się do szafy i zobaczyłem w niej pieska wypchanego, leżącego na aksamitnéj poduszcze.
— Pamiętasz ją — spytał pan Jacek, zwracając się do mnie — to Żolka, poczciwa Żolka Wojciecha. — Kazałem ją sobie wypchać na pamiątkę. — Teraz już nie potrzebuję się wstydzić przed tą psiną, bo i ja teraz umiałbym jak ona wyć i jęczyć, a może nawet umrzeć z żalu, gdyby mi przyszło iść za pogrzebem którego z téj mojéj ukochanéj trójki. W Bogu nadzieja, że się nie doczekam tego, że raczej oni zapłaczą nad moim grobem.
Przepowiedział sobie, bo niespełna w rok potem byłem przy jego skonie. Umierał, otoczony trójcą kochających go ludzi, z błogim uśmiechem na ustach, bo zaznał przed śmiercią największej w życiu rozkoszy: kochał.


XIV.
Chata za wsią.

Potrzeba mi było stolarza dla odnowienia niektórych mebli. Posługaczka moja doradziła mi jakiegoś majstra z przedmieścia, który miał robić dobrze, a niedrogo; poleciłem jéj więc, aby mi go przyprowadziła. — Przyszedł zaraz na drugi dzień rano. Był to człek prosty, barczysty i tak silny, że fotel, który ja z trudnością podnieść mogłem, on chwycił w atletyczne swoje ręce jak dziecinną zabawkę, i oglądając, obracał na wszystkie strony bez najmniejszego wysilenia. — Twarz miał śniadą. — Mimo to rysy twarzy były nadzwyczaj regularne, co się rzadko zdarza w tej klasie, w któréj ciężka praca. niedostatek i inne wpływy zacierają czystość rysunku i tworzą fizyognomije pospolite i często karykaturalne. — Mój stolarz raz, po zabraniu szafy na książki, nie pokazał się czas dłuższy, a że mi niewygodnie było trzymać książki na stole i na podłodze, więc poszedłem do jego mieszkania przypomnieć mu, aby się pośpieszył z robotą. — Mieszkał, jak już wspomniałem, na przedmieściu w domku, przed którym był mały ogródek, starannie utrzymany, pełen róż najrozmaitszych odmian, bo było to właśnie przy końcu czerwca. Jakaś kobieta blada, nizka, nieładna, ale bardzo sympatycznej powierzchowności, wyszła do mnie i na zapytanie, gdzie mieszka stolarz, odpowiedziała mi, że mąż wyszedł na miasto za interesami, ale niebawem powróci, i zaprosiła do stancyi, abym tam poczekał.
Zachowanie się jej bez uniżoności zadziwiło mnie, a jeszcze więcej rozmowa. w której zdradzała lepsze wychowanie i pewną inteligencyę, jakiej nie spodziewałem się znaleźć w żonie prostego stolarza. Mieszkanie również, choć skromne, ale bardzo gustownie urządzone, miłe oczom robiło wrażenie. Składało się z dwóch stancyj pięknie wybielonych z podłogą wymytą czysto. Warstat mieścił się w drugiej połowie domku, zkąd dochodził mnie świst posuwanych hebli i śpiewy czeladzi.
Z prawdziwą przyjemnością rozglądałem się w tem mieszkanku, tak niepodobnem do owych brudnych, pełnych zaduchu izb, w których zwykle mieszczą się biedniejsi rzemieślnicy nasi.
W każdym kątku było tak czysto, jakby kto umyślnie na wielkie święto porządki porobił; nawet w naczyniach miedzianych, któremi obwieszona była ściana, przejrzeć się można było. Przypominało mi to niemieckie domy, znane z czystości. Co mnie jednak najwięcej uderzyło, to kilka książek w oszklonej szafie. Był to już zbytek, jakiego sobie niejeden szlachcic nie pozwala na wsi, tem więcej zdziwił on mnie w domu stolarza.
Pobudzony ciekawością, niedyskretnie może zbliżyłym się do owej szafy, by się przypatrzyć książkom i odrazu zajęła mnie jedna bardzo ozdobnie oprawna w ten sposób, jak zwykle oprawiają się książki, przeznaczone nb. nagrody dla uczniów; na grzbiecie jej błyszczał tytuł ozdobiony złotemi literami, — tytuł książki był: Chata za wsią — Kraszewskieqo. — Zwróciłem się do gospodyni i spytałem: dlaczego książka ta wyszczególnia się od innych. — Zarumieniła się na moje zapytanie i zakłopotała nieco.
— To zapewne podarunek — odezwałem się, chcąc domyślnością swoją wyprowadzić ją z kłopotu.
— Nie — odrzekła z nieśmiałością — tośmy sami tak kazali oprawić, bo... bo mojemu mężowi i mnie podobała się bardzo ta książka.
Nie zadowoliła mnie ta odpowiedź. — Z trudności, z jaką pzychodziło jej dawać mi to wyjaśnienie, domyślałem się, że było ono nieprawdziwe, że musiała po za tem kryć się jakaś inna przyczyna owej misternej oprawy. Ale pytać się — o to nie wypadało.
Później dopiero, kiedym poznajomił się bliżej z tymi ludźmi, dowiedziałem się, jak ważną rolę w ich życiu odegrała ta powieść. — Rzecz się tak miała.
Ona była córką biednego urzędnika. Było ich kilka, córek w domu; ładniejsze i młodsze powychodziły zamąż, jedna wstąpiła do klasztoru, a Anielka, najstarsza i niezbyt powabna, godziła się już z myślą staropanieństwa, gdy jakaś jej krewna zaczęła ją na gwałt swatać z Marcinem Tobołkiem, stolarzem, który niedawno został majstrem i na swoję rękę otworzył warstat.
Rzemieślnik był młody, przystojny, ale rubaszny i prosty; schlebiało jego próżności mieć za żonę córkę urzędnika, nie bogatą wprawdzie, ale pracowitą. Parma, nie mając nic lepszego do wyboru, zgodziła się także dość łatwo zostać panią majstrową — no i pożenili się.
Ale po ślubie dopiero pokazało się, jak trudno wyżyć razem dwojgu ludziom, z których, każde wychowane było w innych warunkach, pojęciach, zwyczajach. Ona, jako córka urzędnika, a przy tem mająca matkę bardzo rozsądną i wykształconą kobietę, pomimo szczupłych funduszów, miała sposobność wyuczenia siłę nietylko praktycznych zajęć kobiecych, jak szycia, gotowania, gospodarstwa, ale i takich rzeczy, które kształcą umysł i serce. Było tam nie bardzo wiele tej nauki; ale Jak na żonę stolarza, to aż nazbyt wiele, bo nawet trochę muzyki i śpiewu. Przy tem z domu wyniosła pewną ogładę towarzyską, delikatne obejście; gdy tymczasem on, choć w gruncie poczciwy i niezły człowiek, ale gburowaty i szorstki, nie umiał, nie znał nic więcej nad to, czego się w waratacie nauczył, t. j. pracować, kląc i bić. Nawet wtedy, kiedy chciał być najlepszym, najłagodniejszym, delikatność jego przypominała niedźwiedzie karesy, które mogły więcej boleć, niż sprawiać przyjemności. Mimo to, żona jego, jako kobieta rozsądna, umiała się jako — tako do niego zastosować, a choć postępowanie jego i słowa na każdym kroku raziły jej delikatne uczucia, to starała się nie pokazać mu tego, ani ludziom. Przymuszała się gwałtem, aby mu nie dać poznać tej różnicy, co ich dzieliła.
Za to jemu trudno było wyżyć w tych warunkach. Czuł instynktowo wyższość umysłową żony i to go robiło wobec niej nieśmiałym i zarazem gwałtownym. Gwałtownością zakrywał nieśmiałość. Łatwo mu przychodziło złajać ją, ale trudno porozmawiać z nią spokojnie. Kiedy próżność jego oswoiła się już z honorem, jaki mu sprawiło pojęcie za żonę córki urzędnika, począł lekceważyć sobie ten honor, przedrwiwać nawet jej pochodzenie w sposób brutalny, i wyrzucał jej głośno przy ludziach, że byłby się mógł lepiej ożenić z córką jakiegoś krupnika z Piasku, co miała w posagu dom, pięćset reńskich i korale po matce. — A ty coś miała? — pytał drwiąco.
Czuł się krępowany w towarzystwie żony, bał się prawie rozmowy z nią i na zimowe wieczory uciekał z domu do piwiarni. Tam dopiero, w gronie swoich znajomych, kolegów, kumotrów i kumoszek, czuł się swobodnym, wesołym, i nieraz patrząc na otyłe stolarki, które w bagdadzkich chustkach i koralach, ubrane z paradą, obsiadły stół i razem z mężami traktowały się piwem, z żalem mówił, bijąc pięścią o stół: otóż takiej żony mnie trzeba było, takiej, — a mnie głupcowi zachciało się panny edukowanej — damy z marcepanu!
A kumotrowie dogadywali i rozniecali uszczypliwemi mowami jeszcze więcej owo niezadowolenie. Toteż pan majster wracał nieraz do domu zły i wściekły, — tłukł, co mu pod rękę podpadło, a klął, że biedna kobieta cierpnęła z trwogi. Kiedy potem wytrzeźwiał i przypomniał sobie, co za awantury wyprawiał, nie śmiał żonie spojrzeć w oczy, wymyślał na poczekaniu jaki interes na miasto, gdzie, dobrawszy sobie jednego lub kilku znajomych-a tacy zawsze znaleźli się pod ręką — chodził z nimi nieraz aż do późnej nocy, szukając w trunkach odwagi do powrotu do domu i stawiania się ostro żonie.
Powtarzało się to coraz częściej, a przez to zaniedbywał warstat i robota szla byle jako. Wprawdzie żona pilnowała jak mogła, ale nie wiele poradziła, bo nie znała się na robocie. Ludzie bez nadzoru rozpuścili się, kundmani odstręczyli i bieda zaczęła zaglądać do mieszkania zamożnego niegdyś majstra.
Do tego jeszcze, wracając raz nocą z jakiejś birbantki, zaziębił się i dostał zapalenia stawów. Choroba była nie tyle niebezpieczną, ile dolegliwą i uwięziła go na czas dłuższy w łóżku. Były to straszne męczarnie dla człowieka, przyzwyczajonego do życia hulackiego poza domem, leżeć kilka tygodni spętanym niemocą i cierpieniem. — To też niecierpliwił się strasznie; stał się zrzędny, nieznośny.-Żona z anielską cierpliwością i słodyczą znosiła ten zły humor męża; pielęgnowała go troskliwie i nie odstępowała, chyba gdy zajęcia gospodarskie wymagały tego.
Ponieważ wiedziała, że niechętnie z nią rozmawiał, że ta ciągła obecność jej gniewała go, więc, aby nie drażnić go widokiem swoim, najczęściej na boku lub w drugiej izbie siadywała z robotą, by być pod ręką na przypadek, gdyby jej potrzebował. Była to delikatność z jej strony, na której on się prawdopodobnie nie poznał; mimo to staranność i czuła opieka ułagodziły trochę jego gwałtowność i rozmiękczyły serce.
Niby nierad był z tego, że tak ciągle kręciła się koło niego, a jednak gdy wyszła i dłuższy czas jej nie było, to mu czegoś brakowało i było jakoś gorzej.
Jednego wieczora, kiedy, po wydaniu kolacyi, wróciła z warstatu i usiadła do roboty, zasłoniwszy umbrelką lampę, by światło nie raziło męża, -stolarz, który leżał wpatrzony w sufit, rzucając się czasem po łóżku z nudów i niecierpliwości, podniósł naraz głowę, popatrzył na żonę i po chwilowem wahaniu zdecydował się zagadać do niej.
— Matka!
Położyła coprędzej robotę i zbliżyła się ku niemu.
— Czy doktór nie mówił ci, jak długo ja jeszcze będę musiał gnić w tem łóżku?
— Dokładnie on sam nie wie; mówił, że zawsze z parę tygodni będziesz musiał poleżeć, dopóki całkiem dobrze nie będzie, bo mogłoby się znowu powtórzyć.
— Bodaj go z takiem gadaniem! Od czegóż on doktór, kiedy pomódz nie może,
— Doktór nie Pan Bóg. Na wszystko trzeba czasu i cierpliwości.
— Tak - dobrze tobie gadać, coś zdrowa; ty nie wiesz, co to za piekielnie nudna rzecz leżeć tyle tygodni. To oszaleć można.
Rzucił się niecierpliwie na łóżku, potem ziewnął i przeciągnął się tak, że aż kości zachrupotały.
— Która godzina? - spytał znowu po chwili.
— Dziewiąta.
— Dopiero dziewiąta. Tyle jeszcze godzin nocy, a tu usnąć nie sposób, bo i spanie mi już zbrzydło. Co tu robić, co robić? - powtarzał rozdrażniony, szarpiąc się za włosy.
— A choćbym ci co przeczytała? — spytała nieśmiało i zaraz umilkła, bo w tej chwili przypomniała sobie, że mąż jej niechętnie patrzył na to, jeżeli czasem wzięła się do czytania.
Miała kilkanaście książek po matce, ale je ukradkiem tylko czytać mogła w niedzielę, gdy męża nie było w domu, bo, gdy nieraz przypadkiem zobaczył ją z książką w ręku, długo potem znęcał się nad nią i dogryzał uszczypliwie, nazywając czytanie pańskiemi zachciankami, próżniactwem, głupstwem.
Wstręt ten do książek wzbudziło w nim nieuctwo. Ledwie umiał czytać i lekceważeniem maskował wstyd i upokorzenie, jakiego z tego powodu doświadczał. To też żona, przypomniawszy to sobie, była pewną, że i tym razem oburzy się na nią. Ale nadspodziewanie stolarz, po chwili milczenia, przystał.
Nudy już mu tak dokuczały, że chciał w jaki bądź sposób je odpędzić. a może miał nadzieję, że przytem prędzej będzie mógł usnąć.
Ucieszona pozwoleniem męża, stolarka przyniosła z kuferka jedną książkę i usiadła z nią przy lampie. Była to właśnie Kraszewskiego: „Chata za wsią“
Stolarz z początku bez uwagi słuchał czytania, chwytał uszami tylko brzęk słów, który go powoli usypiać zaczął. Gdy jednak doszła do ustępu, w którym jest opisane przybycie bandy cygańskiej do Stawisk, wytrzeźwił się.zaraz ze snu, który mu już zamykał powieki; otwarł je szeroko i patrzył z uwagą w twarz czytającej, bo powieść obudziła w nim, a raczej odgrzebała gdzieś, na samem dnie jego duszy leżące, wspomnienia z lat dziecinnych, przysypane inne mi. I on pochodził ze wsi, mieszkał w jakiejś mizernej chacie, z której uciekł w świat, gdy macocha dogryzać mu poczęła, a co więcej, że w żyłach jego była przymieszka krwi cygańskiej, bo matka jego chowała się w cygańskiej bandzie, zanim poszła za jego ojca.
To uderzające podobieństwo zainteresowało go niezmiernie i zadziwiło. Chwilowo przypuszczał, że żona umyślnie wyszukała tę powieść, aby mu przypomnieć jego nizkie pochodzenie i upokorzyć; ale, po głębszem zastanowieniu, przyszedł do przekonania, że to byłoby niepodobieństwem, aby mogła wiedzieć o tem, bo nigdy przed nikim nie przyznał się do tego — i od czasu, jak wyszedł ze wsi, zapomniał o niej zupełnie, nawet myślą nie lubił wracać w tamte strony.
Dopiero powieść przypomniała mu je żywo; dawne obrazy, jak męty poruszone, wydobywały się od spodu i kłębiły po jego pamięci. Miały one wiele podobieństwa z temi, które powieść opisywała. Dziwiło go to bardzo, w jaki sposób ten, co pisał tę książkę, mógł tak wszystko dokładnie wiedzieć, a co więcej go jeszcze uderzyło, że rzeczy takie, które mu się zdawały wcale niewarte gadania, a nawet brzydkie, w czytaniu wydawały mu się takie piękne.
Chata jego, do której wstydził się przyznać, wydawała mu się teraz całkiem inną, odkąd wysłuchał opisu w powieści. I sioło jego i siermięgi chłopskie i rozmowy w karczmie — wszystko mu się teraz jakoś inaczej wydawało i podobało więcej. Przytem, sam wątek powieści, historya Motruny i cygana mocno go zajęła; słuchał z natężoną uwagą, nie ruszając się prawie, tak że żona była pewną, że usnął i powoli zniżając i osłabiając głos, nareszcie czytać przestała.
— Czemuż nie czytasz? — spytał natychmiast.
— Myślałam, żeś usnął.
— Nie, nie, czytaj dalej. To ciekawa historya, bardzo ciekawa. Czy też cygan postawi na swojem? Pewnie postawi. bo to zacięte sztuki. Sam znałem jednego takiego, co osiadł na roli i kołodziejem został. Może to o nim piszą. Tylko tamten inaczej się nazywał. Wyszedł potem na bogatego kmiecia. Ciekawym, czy i temu się tak poszczęściło. No czytaj, czytaj dalej.
Ciekawość rozgorączkowała go, — podparł głowę ręką i słuchał dalszego ciągu; żona, zmęczywszy się parogodzinnem czytaniem, zrobiła mu uwagę, że może trzebaby czytanie na jutro zostawić i iść spać.
— Spać? Tak wcześnie? A któraż to godzina?
— Po jedenastej — odrzekła.
Stolarz wypatrzył na nią zdziwione oczy.
— Co? już po jedenastej? — Podniósł oczy na zegar na ścianie. — A prawda — już po jedenastej, toż to zleciało.
Pomimo tak spóźnionej pory, nie miał wcale ochoty do spania i byłby z chęcią słuchał dalej czytania, ale brakowało mu odwagi wydać się z tem, żeby żona nie śmiała się z niego, że się tak rozmiłował w książkach. Wydawało mu się to strasznie dziecinnem. Nie odezwał się więc ze swejem zachceniem; przymknął oczy i usiłował usnąć. Ale nie mógł, bo miał zajętą głowę myślami.
Myślał wciąż o swojej wsi rodzinnej; a im więcej myślał, tem wyraźniej mu się rysowała w pamięci, tem więcej w duszy budziło się wspomnień..
Przypomniał mu się parów, nad brzegiem którego stała na samym końcu chata jego ojca, — ów parów, do którego w zimie zsuwali się po zmarzniętym śniegu dla zabawki.
a latem łapali raki w rzeczułce, co płynęła spodem. I przypomniał mu się Tomek kulawy, z którym razem pasali bydło pod lasem i kręcili fujarki na wiosnę — i Maryśka Kapuścianka, co się z nimi bawiła w chowanego, i Jasiek Sobczak i tylu innych, i ciekawość go brała dowiedzieć się, czy też żyją, co się z nimi stało.
Ułożył sobie, że jak się ociepli i on całkiem wyzdrowieje, to trzeba będzie w jakie święto pojechać tam i zobaczyć ich. A może jeszcze i ojciec żyje i ucieszy się, gdy go zobaczy.
Myśli przeszły potem w senne marzenia, które tak poplątały jego wspomnienia z tem, co mu żona czytała, że chwilami miał siebie za cygana, a Maryśkę Kapuściankę za Motrunę — i Bóg wie, jakie z tego cudowne historye mu się tworzyły we śnie. A sen miał długi, i kiedy się obudził, już dzień był biały.
Ranek wytrzeźwił go trochę z wczorajszych rojeń, już odechciało mu się jechać na wieś, zobaczyć swoich; ale zawsze ciekawy był dowiedzieć się o losach Tumrego i Motruny. Żona jednak miała tyle zajęcia przez dzień, że nie było chwilki czasu na czytanie i musiał czekać wieczoru, a nawet sam odważył się przypomnieć jej czytanie, gdy widział, że się do innej roboty zabierała. Przykro mu się robiło, kiedy jaki interes lub spóźniona pora zmuszały ją do przerwania powieści, z niecierpliwością czekał dalszego ciągu. Losy Motruny i Tumrego tak go mocno obchodzić zaczęły, że myślał o nich ciagle i oburzał się, że ci przeszkadzali zakochanym; a kiedy przyszła zkolei historya Marysi, to rozmiłował się w niej, jakby to była jego własna córka; niepokoił się, by czasem Tomkowi nie udało się zbałamucić poczciwej dziewczyny, by się nie zmarnowała w biedzie, — często nawet wilgocią zachodziły mu oczy nad losem sieroty. Ocierał je coprędzej ukradkiem przed żoną, wstydząc się swojej słabości. A przy samym końcu, ileż to było strachu, czy kochankowie znajdą się, czy ojciec pozwoli na to małżeństwo, czy Ora nie uprowadzi Maryśki na Węgry. Odetchnął dopiero swobodniej na ostatniej stronnicy, gdzie mowa o weselu Tomka i Maryśki.
Tak się zainteresował tą powieścią, że ani spostrzegł, iż od czasu, jak ją żona rozpoczęła, minął tydzień cały.Dziwił się, iż mu czas tak prędko przeszedł. A że doktór nie pozwolił mu jeszcze z łóżka wstawać, więc żona jego, dla rozerwania go, wyjęła drugą książkę, którą on nie z mniejszem wysłuchał zajęciem.
Nie miał nigdy przedtem pojęcia, aby w książkach tak zajmujące rzeczy stać mogły. Słyszał nieraz na wsi chłopów czytających, sam z trudnością potrafił złożyć litery w wyraz, ale czytanie takie więcej go męczyło, niż dawało przyjemności, bo to była mechaniczna praca. Dopiero teraz począł innemi oczyma patrzyć na książki, a zarazem i na żonę-lektorkę. Nie lekceważył już jej wykształcenia, ani się naśmiewał, -owszem, cieszył się i był dumnym z takiej żony. Raz nawet, kiedy mu przyniosła kawę do łóżka, wziął ją z czułością za rękę, czego przedtem nigdy nie bywało, i odezwał się miękkim głosem:
— No, cóż, nie pocałujesz mnie?
Po paru tygodniach przyszedł całkiem do sił i zdrowia. Zajęcia stolarskie, uregulowanie interesów, staranie się o nowe roboty, zajmowały mu tyle czasu, że o czytaniu mowy być nie mogło; wieczorem także brakło czasu, bo trzeba było iść do piwiarni.
Pierwszego dnia, kiedy wychodzić zaczął, poszedł tam zaraz, spragniony piwa i towarzysta i wrócił dopiero późno w nocy do domu podchmielony nieco; nie robił jednak już awantury, jak dawniej bywało, — owszem, był dla żony dziwnie czułym, całował ją po rękach i pytał ciągle, czy się na niego nie gniewa.
— Ale bo może gniewasz się, duszyczko, bo, widzisz, ja tego troszeczkę... to z tym, to z tym-nie trzeba ci mówić — tego nie przymierzając jak stary Rataj — wiesz ten dziad, cośmy to o nim czytali.
Na drugi dzień poszedł znowu do piwiarni, ale wrócił wcześniej i to dość wcześnie, trzeciego dnia już mu tam nudno było. Rozmowy towarzyszy nietylko go nie bawiły, ale wydawały mu się nudne, a nawet raziły go, sam nie wiedział czemu, ale nieprzyjemnie mu było słuchać konceptów rubasznych, w których dawniej tak smakował. Wrócił do domu przed dziewiątą, a że spać jeszcze nie miał ochoty, więc siadł przy żonie, zagadał to i owo; rozmowa jakoś się nie kleiła; odważył się nareszcie, po chwilowśm wahaniu, zapytać, czy nie ma jakiej nowej książki. Z radością spełniła jego wolę i siedzieli blizko do jedenastej przy czytaniu.
Następnego dnia po robocie stolarz wybierał się znowu do piwiarni, ale tylko na bardzo krótko. Miał wrócić za chwilę i słuchać dalej powieści. Już na wychodnem we drzwiach zatrzymał się i rzekł do żony:
— A możeby nie iść? — pośle się po piwo, napijemy się oboje — co? jakże myślisz?
Żona z wdzięcznością spojrzała na niego; to wzmocniło jego postanowienie.
— Tak, lepiej zostanę w domu — rzekł, stawiając laskę w kącie — i tak błocisko i plugawica na świecie. Poco się daremnie włóczyć. Zrobimy sobie w domu jajecznicy — prawda matko! — napijemy się po kufelku i będzie.
Otworzył drzwi do sieni. Hej! Antek — zawołał — biegaj duchem po piwo do Stefana.
I wysłał chłopca na miasto; żona tymczasem zakrzątnęła się koło jajecznicy i pierwszy raz może, od czasu pobrania się, zjedli wspólnie kolacyę. O ósmej już siedzieli przy książce. Ona czytała, a on, podparłszy brodę rękoma, słuchał i pykał sobie dymek z krótkiej fajeczki.
Odtąd co dzień powtarzały się takie sceny. Czasem jeszcze stolarz zajrzał do tej lub owej knajpeczki, ale dosiedzieć tam długo nie mógł. W domu u niego było tak czyściutko, tak schludnie — tyle miłych i ciekawych rzeczy.. mógł się nasłuchać.
Pod dobroczynnym wpływem kobiety cichej, łagodnej, stolarz, sam nie wiedząc jak i kiedy, wyszlachetniał w obejściu, odzwyczaił się powoli od rubasznych wyrazów i przekleństw. Inni majstrowie śmieli się z niego z początku, nazywali go jaśnie wielmożnym stolarzem, ale on z pobłażliwym uśmiechem przyjmował ich docinki i nie myślał zmieniać trybu życia. Pilnował teraz więcej roboty, a że był zdolnym robotnikiem, więc zamówień miał do syta.
Nie tylko wygrzebał się z długów, ale po paru latach był już w stanie kupić sobie domek z ogródkiem, gdzie właśnie go poznałem; a całą tę zmianę zawdzięczał Kraszewskiemu, który powieścią swą rozbudził w nim zamiłowanie domu.
Nic téż dziwnego, że Chata za wsią w takiém poszanowaniu była u nich i że ją sobie tak suto oprawić kazali: był to kamień węgielny ich szczęścia.


XV.
Stara Mośkowa.

Była to żydówka starej daty. Chodziła w złocistym czepcu, który na większe święta przewiązywała bindą z pereł, z turkusowym guzem na środku; odziewała się białem prześcieradłem; pod niem sterczał łokieć i mieściły się przerozmaite towary, które roznosiła po domach. Obszerne, przepaściste kieszenie jej bronzowego szlafroka były składem przeróżnych pudełek, pakiecików, drobiazgów. Wszystko tam było. I guziki, i wstążki, i grzebienie, i mydła pachnące, i koronki, i taśmy, i bawełna. Osobno znowu dźwigała pod pachami sztuki płótna, materye na suknie i aksamity. Możnaby było spory kramik założyć towarami, które nosiła przy sobie. Taki ruchomy kramik był bardzo wygodny dla pań. Mośkowa znosiła im wszystko do domu, nie leniła się parę razy jednego dnia biedz z Kazimierza na drugi koniec miasta, znosiła rozmaite próbki, materye, aż się dobrało, co było potrzeba. Do tego jeszcze nie żądała zaraz pieniędzy, dawała na wypłatę, co było także niemałą wygodą dla pań urzędniczek. Kontentowała się niedużym zyskiem i miała domy, do których nosiła towary od lat kilkunastu.
A oprócz towaru, miała jeszcze spory zapas nowinek, któremi także częstowała swoje kundmanki, Wiedziała wszystko, co się działo w mieście, co kto robi, kto się kocha, kto się żeni, które małżeństwo się lubi, które czubi kto chory, a kto umarł, — słowem była gazetą chodzącą. I nie tylko wiedziała wszystko, ale brała żywy udział w zdarzeniach familijnych, jakby krewna, albo przyjaciółka. Jej powierzano zmartwienia i kłopoty domowe, radzono się w różnych okazyach. Czy się przydarzyło nieszczęście jakie, czy radość, stara Mośkowa wspólnie smuciła się i weseliła, jakby to jej się tyczyło. Jeżeli córkę miano wydawać za mąż, to Mośkowa nietylko znosiła wyprawę do domu, ale także i rady swoje i bliższe szczegóły o panu młodym. Bo Mośkowa mogla mieć najlepsze o tem wiadomości przez męża, który był faktorem i wiedział różne sprawki panów kawalerów. Jeżeli Mośkowa, zapytana w jakiej kwestyi małżeńskiej o opinię pana młodego, ruszała tylko ramionami i milczała, albo dwuznacznie odpowiadała: „Czy ja wiem, co on za jeden, albo to kawaler szklanka, żeby go można przejrzeć, — co w nim siedzi“ — to rodzice bardzo rzadko decydowali się dać pozwolenie na małżeństwo, bo musiało tam już być coś nieczystego z panem konkurentem. Czasem, kiedy potrzeba było silniejszych argumentów na przekonanie rodziców, to stara otwarcie występowała z niemi.
— To nie dla naszej panienki mąż — mówiła wprost czy to państwo nato pracowali, zbierali grosz do grosza,żeby potem czyje długi płacić? hę?-Już, jak stara Mośkowa mówi, co on nie wart naszej panienki, to musi być prawda.Nu, ma on więcej długów, jak włosów na głowie, jakem uczciwa żydówka. Szkodaby naszej panienki za niego; una taka delikatna, taka wypieszczona w domu przez mamę i tatę, una by się biedaczka zagryzła przy nim.
I dotąd gadała, gadała, aż wyperswadowała pannie i rodzicom małżeństwo, bo zawsze się na końcu pokazało, że Mośkowa dobrze radziła, a kto jej nie usłuchał, to ciężko potem nieraz żałował tego. Radziła nie dla własnej korzyści, jeno przez życzliwość, i jeżeli złego konkurenta wszelkiemi siłami odmawiała, to jeżeli się trafił jaki porządny człowiek, który był dobrze notowany w opinii Mośkowej, nie mogła go się dosyć nachwalić.
— To człowiek, ze ze świecą szukać drugiego takiego. J emu to państwo mogą z zamkniętemi oczyma oddać i córkę i majątek, bo uu to będzie umiał szanować. Jak kto dobrym synem, to un i mąż zły być nie może.
Nie przestawała na wydawaniu sądów o starających się konkurentach, ale sama nawet nastręczała niejednego, jeżeli pannie szło trudno z wyszukaniem sobie męża. Niejedna urzędniczka lub rzemieślniczka swatom Mośkowej zawdzięczała swoje szczęście. A jeżeli się trafiło, ze małżeństwo nieszczęśliwie się przypadkiem dobrało, to Mośkowa nieraz występowała w roli pośrednika, biorąc zawsze stronę pokrzywdzonej, a przynajmniej starała się pocieszać nieszczęśliwą małżonkę, jeżeli ta zwierzyła jej się ze swoich utrapień domowych. Miała zawsze obfity zapas sentencyj i przykładów, których trafnie i ze skutkiem używać umiała.
Tam znowu, gdzie małżonka nie miała powodu użalać się na męża, to Mośkowa musiała słuchać użalenia się na dzieci, albo na ciężkie czasy, albo służące, Tej pani wyszukała służącej, tamtej nauczyciela do dzieci, innej przyniosła do sprzedaży po jakiej hrabinie, której nazwiska jednak powiedzieć nie mogła, aksamitną suknię, albo kolczyki dyamentowe, „za pół darmo,“ jak mawiała sama.
Rozumie się, ze ułatwiając tyle rozmaitych interesów, miała dochody niezłe, ale uczciwe. Ciągnęła tam tylko, gdzie się pociągnąć dało, a dla biedniejszych była wyrozumiałą i względną. Dużo nawet przepadło jej między ludźmi, ale tego nie znać było na niej, bo sobie tę stratę powetowała na bogatszych; a ze nawet na zastawy dawała, więc słusznie przypuszczano, ze ma grube pieniądze. Byli tacy, co ją cenili na kilkadziesiąt tysięcy; ona jednak sama nie przyznawała aię nigdy do tego, uśmiechała się tylko zadowolniona, gdy to w nią wmawiano, ale zarazem dodawała:
— A zkądby ja biedna żydówka wzięła tyle pieniędzy? Prawdopodobnie, wskutek tej opinii o kapitałach Mośkowej, córka jej miała wielu starających się, a między innymi był jakiś subjekt z bławatnego sklepu, co się po niemiecku nosił (nowość na owe czasy) i kilka słów francuzkich nauczył się w Wiedniu, rzecz także niezwykła wówczas między żydami krakowskimi. Mośkowa nie miała wcale ochoty wydawać córki za takiego eleganta, wolałaby zięcia w chałacie i krymce, coby posty obserwował, w sabat nie nosił chustki do nosa i cygar nie palił; ale cóż mógł poradzić, kiedy Resia tak za elegantem desperowała. Biedna Mośkowa, która innym tak dobrze radzić umiała, z córką nie mogła sobie dać rady, choć ją i do Rzeszowa wysłała, żeby zdaleka od Krakowa mogla się wyleczyć z tej miłości. Resia o żadnym innym słyszeć nie chciała i tak uparła się przy kupczyku, że matka w końcu rada — nie — rada zezwolić na małżeństwo musiała.
Pamiętam jak przyszła nas prosić na wesele córki, a więcej jeszcze pamiętam owo zawiniątko, w którem przyniosła nam dary weselne: ciasto biszkoptowe, pierniki, makagigi i inne przysmaki. Już to miała w zwyczaju, że lubiła obdzielać dziatwę w domach, z któremi miała interesa, różnemi łakociami, czem sobie zobowiązywała nie tylko dzieci, ale i rodziców. Zawsze nosiła dla nas to smażone skórki pomarańczowe, to migdały w cukrze, to czekoladę w ołowianym papierze, a na święta wielkanocne mace, któreśmy z wielkim apetytem chrupali. Z powodu tych łakoci była dla nas dzieci zawsze miłym i pożądanym gościem.Dla tej samej przyczyny, Julek, syn naszego sąsiada, o którym już poprzednio wspomniałem, jakkolwiek rozpustnik straszny i nieubłagany prześladowca żydów, dla Mośkowej, a raczej dla jej przysmaków, miał respekt wielki i nie nazywał jej inaczej, tylko panią kupcową.
Julek był także z rodzicami proszony na wesele, poszliśmy więc razem. Pamiętam noc była pogodna, księżycowa, ale mroźna, śnieg piszczał i skrzypiał pod nogami.Z powodu mrozu rodzice chcieli nas nawet zostawić w domu, ale narobiliśmy tyle lamentu i płaczu, głównie za przykładem Julka, że nas wreszcie zabrano.
Nigdy o tej porze nie puszczano nas z domu, to też noc ta utkwiła mi dobrze w pamięci, bom się wszystkiemu przypatrywał ciekawie. Pamiętam owe ulice puste, jasne od księżyca i sinego śniegu, na który padały czarne, zygzakowate cienie całego szeregu kamienic, owe okna domów kazimierskich, oświecone na sabat; tu i owdzie przez szyby widać było błyszczące, siedmioramienne, świeczniki, pod którerui kiwały się nabożnie długie brody i futrzane czapki świąteczne. Potem pamiętam, niedaleko starej Kazimierzowskiej synagogi, czarny tłum żydów, tu i owdzie oświecony czerwonawym blaskiem latarni, a tam, gdzie światła było najwięcej, na złocistem tle jego rysował się baldachim i głowy oblubieńców.
Następnie, po odbytych zaślubinach, z których zapamiętałem tylko tłuczenie szklanki i śpiew jakiegoś kantora żydowskiego, cały ten tłum, wśród wrzawy, nieporządku i szwargotania, wtłoczył się do mieszkania Mośkowej, którego okna obstawione były świeczkami, jak podczas iluminacyi.
Najwięcej jednak utkwiły w mojej, a zapewne i Julka pamięci te różne przysmaki, któremi nas raczyć zaczęła stara przy stole w alkierzyku, dla nas osobno zastawionym.Był tam i szczupak po żydowsku, którego mój ojciec nachwalić się nie mógł; był i karp z miodowym sosem gęsto migdałami ubrany, prawdziwy specyał dla dzieci, i słodkie wino muszkatowe, którego za pozwoleniem rodziców skosztowaliśmy po pół kieliszka, a bez pozwolenia, kiedy nas na chwilę samych zostawiono, wychyliliśmy po całym; były i pierniki i ciasta, pachnące szafranem i cynamonem; były makaroniki przepyszne, i owoce w cukrze smażone, i migdały w łupinach, i rodzynki na gałązkach i daktyle.
To też używaliśmy, aż nam się niedobrze zrobiło z tego nadmiaru słodyczy; wino, sekretnie wypite, także zaczęło wywierać swoje skutki, poczęły nam się oczy kleić; alkierzyk i izba, napełniona hałasującymi, tańcującymi, śpiewającymi żydami, coraz niewyraźniej mi się przedstawiały, czułem tylko ciężkość i ból w głowie od tej wrzawy, potem słyszałem niewyraźnie głos jakby Mośkowej, która mówiła: prześpią się, to im będzie lepiej; ktoś wziął mię na ręce i niezadługo uczułem miękkie jakieś puchy pod sobą, na których zrobiło mi się bardzo przyjemnie; zdawało mi się, że gdzieś płynę, jakby na obłokach w górę, i coraz niewyraźniej dolatuje mię gwar ludzi, aż i to złudzenie uciekło i usnąłem mocno.
Jak długo spałem — nie wiem; obudził mię płacz jakiś.Otworzyłem oczy i ujrzałem się wysoko na łóżku na betach Mośkowej, ona sama siedziała przy stole z rodzicami moimi i Julka i skarżyła się o coś przed nimi. Musiało już być bardzo późno, bo świece w świecznikach się dopalały i gwar w drugiej izbie, gdzie się odprawiało wesele, był już słabszy, tępszy, biesiadnicy widocznie znużyli się uciechą, a pewnie i porozchodzili się po większej części do domu. Mośkowa, przymknąwszy drzwi od alkierza, przysunęła się do moich rodziców i, ocierając oczy mówiła:
— Dziesięć tysięcy, to jemu mało jeszcze. A gdzieżby on teraz dostał dziewczyny z takiem wianem? Sam Dajches nie dałby więcej. A czy to moja Rejsa ślepa, albo krzywa, żeby za nią sypać pieniędzmi? I ten golec jeszcze sobie krzywdował, nie chciał iść do ślubu; słyszeli, państwo, taki golec, un szmiał mi to gadać.
— No i cóż Mośkowa zrobiła?
— Ny, co miałam zrobić-żeby to o mnie chodziło, tobym powiedziała: idź sobie na złamanie karku. Ale moje biedne Rejsa jak zaczęła lamentować, że una tego nie przeżyje, że to byłby straszny wstyd dla niej; jak zaczęła prosić, płakać, tak cóż miałam robić, ja głupia matka dołożyłam mu jeszcze dwa tysięcy, coby się udławił niemi, z przeproszeniem państwa, bo choć to mój zięć, ale on nie wart tego, żeby mu czegoś lepszego życzyć i moja poczciwa Rejsa nie będzie z nim szczęśliwa, już to widzę.
Tu zaczęła kiwać głową i lamentować nanowo.
Julek, który leżał obok mnie w betach i także się przebudził, słyszał ten płacz i te narzekania, podniósł głowę nieco z poduszek i trącił mnie łokciem.
— Ty śpisz?
— Nie.
— Słyszałeś, co Mośkowa mówiła?
— Słyszałem. — Biedna Mośkowa.
— Ja nie darują temu żydziakowi. Poczciwa Mośkowa tak nas ugościła, jak hrabiów jakich.
— Osobny stół dla nas nakryła.
— O, nie daruję mu tego!
— I cóż mu zrobisz?
— Poczekaj!
Podniósł głowę jeszcze wyżej z poduszek, spojrzał w stronę, gdzie rodzice moi i jego siedzieli, potem zsunął się ostrożnie, cicho, jak kot na ziemię, przemknął się niespostrzeżony koło ściany, odemknął lekko drzwi od alkierza i przepadł w drugiej izbie.
Za małą chwilę dal się słyszeć ztamtąd krzyk, a zaraz potem wrzawa wielka, jakby gonienie po izbie i przewracanie stołków. Rodzice wraz z Mośkową poszli zobaczyć, co się stało, ja także stoczyłem się z łóżka na ziemię i poszedłem za nimi. Niespodziewany widok uderzył moje oczy.
Na stole, wśród szczątków wieczerzy, stał Julek z wazą, którą z trudnością mógł unieść, zaperzony cały, z wzrokiem roziskrzonym. Na około niego kilku biesiadników ze stołkami, pięściami, przyskakiwali grożąc, i usuwali się, ile razy wazą zamierzył się ku nim.
— Który mi tu żyd przyjdzie, to mu ślepie warem zaleję, jak Boga kocham-mówił z determinacyą i odwagą, która jednak stopniała na widok wchodzącego ojca.
— Co się tu dzieje? Co ty tam robisz na stole?-spytał go ojciec ze zdziwieniem.
Nim miał czas odpowiedzieć, żydzi rzucili się ku ojcu i jeden przed drugim usiłował wytłómaczyć, o co chodzi.Zrobił się z tego taki galimatias, że słowa jednego wyraźnie nie można było usłyszeć. Dopiero kiedy ojciec Julka wrzasnął, żeby byli cicho i jednemu mówić dali, dowiedzieliśmy się, że Julek wpadł jak waryat do izby, silnem uderzeniem pięści wbił panu młodemu świecący, nowiutki cylinder po sarnę brodę i począł go pięściami tłuc, to po głowie, to pokarku, gdzie się dało. Biesiadnicy w pierwszej chwili osłupieli na ten zuchwały czyn małego Goliata, wnet jednak tłumnie rzucili się na obronę pana młodego, który pod cylindrem wrzeszczał w niebogłosy. Zręczny Julek począł przed pogonią uciekać koło stołu, przewracając stołki, ławki pod nogi goniących, wreszcie wskoczył na stół i porwawszy wazę z winną polewką, którą właśnie przyniesiono z kuchni, groził napastnikom, że ich tym warem obleje.
— Zejdziesz mi ty błaźnie jakiś z tego stołu? — odezwał się ojciec — chodź tu zaraz! Co ty tu robiłeś, hę? Dlaczego napastowałeś tego pana? — spytał, wskazując na pana młodego, któremu wydobyto z pod zgniecionego cylindra twarz czerwoną, spoconą i podrapaną w paru miejscach.
Julek skrobał się po głowie i podniósł nieśmiały, pokorny wzrok na ojca.
— Mów mi zaraz, czemuś to zrobił?
— To za Mośkowę — bąknął pod nosem Julek.
— Jakto za Mośkowę?
— No, przecież skarżyła się na niego.
Te słowa rozbroiły odrazu gniew ojca; spojrzał na starą, na moich rodziców z pewnem zadowolnieniem i dumą, jakby chciał powiedzieć: patrzcie państwo, co to za chłopak; dla formy jednak, żeby żydom dać jakie takie zadosyćuczynienie, nastroił poważną minę, nasrożył się i zaczął chłopca strofować za to pauperstwo, nagadał mu morałów, obiecywał nawet skórę obić, skończyło się jednak na pogróżkach, które, że były udane, poznałem niebawem, bo, kiedy wrócił do alkierza, słyszałem jak mówił do żony:
— Wiesz, matka, dzielny chłopak z tego naszego Julka. Widzisz, to on za Mośkową się tak ujął. Zuch, jak Boga kocham, i dobre serce.
Mośkowa także od tego czasu polubiła Julka i nigdy nie zaszła do jego rodziców, żeby mu nie przyniosła jakiego przysmaczka, przytem zawsze pogłaskała go po głowie, albo poklepała po ramieniu, mówiąc:
— Niech tobie Pan Bóg da szczęście, moje dziecko.
A rodzicom jego przepowiadała, że się z chłopa wielkiej doczekają pociechy.
O swoim zięciu nie mówiła nigdy, chyba skarżąc się na niego. Dowiedzieliśmy się od niej, że otworzył sklep bławatny.
— Na co jemu sklep? Ja sklepu nie miałam, a dziękować Bogu dorobiłam się. Chciałam, żeby ze mną chodzili po dumach. Ale to wielgie państwo, im si sklepów zachciewa. Całe wiano Rejsy wpakował w ten głupi sklep, a meble sprowadzili aż z Wiednia. Takie zbytki! To się płakać chce na takie. marnowanie grosza, na który ja ciężko pracować musiałam. Dni jeszcze na dziadów wyjdą, jak tak dalej pójdzie.
Przepowiednia Mośkowej spełniła się w niespełna półtora roku. Pan zięć zabrnął tak dalece w długi, że wierzyciele chcieli mu zamknąć sklep. Mośkowa, choć się zaklinała, że nie da ani grosza, musiała spłacić wierzycieli.
— No, co ja miałam robić, proszę państwa? Un mówił, że się zastrzeli, albo do Ameryki ucieknie; Rejsa desperowała, że się aż dziecko z tego rozchorowało. Szło mi o dziecko, szło mi o matkę — i zapłaciłam. Ale czy to na długo? Jemu pieniądze w rękach się topią, trzebaby pchać w niego, jak w dziurawy worek, i wszystkoby było zamało.Ale niedoczekanie jego, żeby on — zobaczył odemnie jednego grosza więcej. Niech pilnuje interesu, niech pracuje, to będą mieli. Ja także potrzebuję na moje stare lata.
Od tego czasu, jak się tak zarzekła, nie widziałem jej lat kilkanaście. Przez ten czas dużo się zmieniło w stosunkach Krakowa. Równouprawnienie otworzyło żydom wstęp do miasta. Dawniej ukradkiem tylko wciskali się, podszywając pod firmy i konsensa katolików, teraz otwarcie na własną rękę zaczęli zajmować sklepy jedne po drugich w ulicy Grodzkiej, płacąc nieraz bajeczne komorne.Mówiono, że utworzyło się stowarzyszenie na Kaźmierzu,rozumie się za wiedzą rabina, do wspierania tych, którzy zajmować będą sklepy w mieście. Przynajmniej tylko tem wytłómaczyć można owe bajeczne sumy, jakie niezamożni nawet handlarze dawali za mizerne sklepy. Już nawet w rynku pojawiło się kilka żydowskich składów.
Wobec tego wędrowne kramarki, w rodzaju Mośkowej, stały się niepotrzebnemi, bo panie, mając sklepy pod bokiem, załatwiały teraz same sprawunki, obywając się bez pośredniczek. To też poznikały one, jak znikają zwierząt niektóre gatunki wśród niekorzystnych warunków. O Mośkowej także słych zaginął; myśleliśmy, że wyjechała lub umarła.
Aż jednego dnia, kiedy kolegę mego Julka, który teraz był już koncypientem adwokackim, odprowadzałem do sądu, przed bramą więzienną zobaczyliśmy dwie stare żydówki, siedzące na kamieniu. Zwróciły na siebie naszę uwagę, bo były obie w czepcach i prześcieradłach, a takiego stroju nie widzieliśmy już oddawna na ulicy. Równocześnie przyszły nam na myśl wspomnienia dziecinnych lat i zatrzymaliśmy się na chwilę przed żydówkami zabłoconemi, z twarzami pomarszczonemi i żółtemi jak cytryna. Czepce ich były wytarte prawie całkiem z szychu, pantofle zadeptane, a szlafroki zatłuszczone. Jedna z nich trzymała na kolanach koszyk, w którego jednej połowie mieścił się groch obwarzany, ulubiona przekąska żydów, a w drugiej kawałki śledzia.
— A choćby się ich tak zapytać o starą? — zagadał Julek — może ją znają albo znały; — i nie czekając na moję odpowiedź, zbliżył się do żydówek, zapytał je o Mośkowę, co chodziła z towarami po domach, a mieszkała trzeci dom od synagogi, gdzie czapnik miał sklep.
Na to zapytanie obie żydówki poruszyły się niespokojnie. spojrzały na Julka, potem na siebie i zaczęły coś między sobą szwargotać po żydowsku. Nareszcie ta druga, bez koszyka, odezwała się:
— A panu na co Mośkowej?
— Tak — chciałbym się dowiedzieć czy żyje, bo ją znałem dawniej, jeszcze dzieckiem.
— A pan kto taki? — spytała, przypatrując mu się to z jednej, to z drugiej strony pod światło. Oczy miała zbolałe, jakby krwią zaszłe w krwawej oprawie.
— Ja jestem Julian — tu wymienił swoje nazwisko — jeżeli ją znacie, to powiedzcie jej...
Nie dała mu dokończyć.
— Julek — zawołała ucieszona drżącym głosem — pańscy rodzice mieszkali na Szpitalnej ulicy — prawda. Oj. oj, ile to lat temu! Będzie z jakie piętnaście albo i więcej! Pan pamięta starą Mośkowę?
— Jakto? Więc to wy może...
— Ja to, ja — odrzekła, potakując smutnie głową patrz pan na co mnie to przyszło, jak ostatni dziad; pan wiesz, że Mośkowa dawniej inaczej wyglądała — prawda?
— A mnieście poznali?-Powiedziałem jej także moje nazwisko.
— Aj, waj, coby nie. Panowie mieszkali w jeden dom, a kochali się jak braćia rodzeni. I teraz jeszcze razem, to ładnie, to bardzo ładnie!
Tu zwróciła się do swojej towarzyszki i w żydowskim żargonie objaśniła ją krótko, co my za jedni i zkąd nas zna. Wskazując na Julka, dodała:,.A güter purec.“ Widocznie nie zapomniała mu jeszcze, że się tak za nią ujął na weselu córki. Z pewnem przygnębieniem przypatrywaliśmy się biednej Mośkowej — ani śladu nie było z jej dawnej zamożności. Twarz jej, niegdyś pełna zdrowia i uśmiechu zadowolnienia, pożółkła. wychudła; nos wydłużył się, wklęsłe usta wyglądały, jakby je kto na nitkę ściągnął.Cała trzęsła się od starości, skóra i kości zostały tylko z tej okazałej Mośkowej.
— Co się z wami stało? — spytał Julek, wzruszony widokiem jej nędzy. — Wyście przecie mieli się tak dobrze.
— A teraz ze mnie dziadówka na starość,— rzekła i rozpłakała się na wspomnienie lepszej przeszłości.
— A zięć, córka?
— Zięć! Żeby jego połamało w dziesięcioro za mnie.A przez kogoż ja przyszłam na to, jak nie przez niego? Wyłudzili odemnie wszystko, co miałam, do ostatniego grosza, a teraz kawałka chleba żałują.
— Więc i córka tak wam się odpłaciła?
— Rejsa już dawno w grobie. A czyby to ona pozwoliła na to, żeby żyła? Wziął sobie inną po jej śmierci, nawet żałoby nie wyczekał, tak mu było pilno pocieszyć się. Żeby jego Bóg ciężko pokarał za mnie i za moją Rejsę. A czy ona to nie przez niego poszła z tego świata? Biedaczka, martwiła się i zamartwiła.
Płacz przerwał jej mowę.
— Dorobił się mojemi pieniędzmi — mówiła dalej — żyje teraz jak pan jaki, a mnie ledwie z litości dał ciemną izbę pod schodami.
— Mieszkamy razem — dodała śledziarka, która także z współczuciem słuchała opowiadania Mośkowej i płakała z nią razem.
— I tę trochę nędznej strawy — ciągnęła dalej Mośkowa — której by mi i pies nie pozazdrościł. I jeszcze mówi, że mi łaskę robi!
Julkowi pilno było na sądy.
— Czy wy tu długo jeszcze będziecie siedzieć? — spytał Mośkowej, patrząc na zegarek.
— My tu czekamy na sędziego — odpowiedzała za nią druga żydówka — żeby jej pozwolił widzieć się z synem.
— Wasz syn w kryminale?
— To także jego sprawka. Wmieszał go w jakieś szacherki, sam się wykręcił, a mój biedny Jakób pokutuje teraz za to.
— To zaczekajcież tu na mnie. Za — dwie godziny będę wracał, opowiecie mi wszystko, może wam co będę mógł pomódz. Jestem adwokatem.
— Adwokatem! — Bogu dzięki! Ja zawsze mówiłam, co pan wyjdziesz na wielkiego człowieka. A rodzice żyją?
— Niestety, nie — odrzekł Julek z westchnieniem.
— Mój Boże, nie doczekali się pociechy z pana. Pan Bóg ich zabrał, a mnie, co nie mam żyć poco, trzyma na tym świecie. Czy to sprawiedliwie?
— Więc czekajcie — rzekł Julek i poszedł szybko do gmachu sądowego.
Po paru tygodniach. kiedy znowu spotkałem się z Julkiem, zapytałem go najprzód o Mośkowę,
— No cóż? Czy da się co dla niej zrobić? Wyprocesować coś dla niej na zięciu?
— Ani myśleć. To sprytny łotr — zabezpieczył się tak, że ani zaczepić go nie można. Oszukał ją, wyłowił majątek, syna jej wplątał w jakieś oszustwo, za które posiedzi parę lat w kryminale, a jemu samemu nic udowodnić nie można, prawnie jest nietykalnym.
— Biedna Mośkowa.
— Mam jednak jeden sposób na niego. Nie zaszkodzi spróbować, może się uda. Niedawno w kancelaryi naszej mieliśmy ciekawy wypadek, którego może da się użyć na korzyść Mośkowej. — Jedna staruszka, podobnie jak ona, żyła także na łasce rodziny. O wnuczkę jej starał się jakiś adwokat, którego panna niecierpiała. Babcia podzielała jej niechęć do konkurenta, ale pomódz nic nie mogła, bo rodzice panny byli za adwokatem. Mądra babina wzięła się na fortel. Poprosiła jednego dnia z tajemniczą miną pana adwokata do swego pokoiku i zwierzyła mu się pod sekretem, że chce cały mająteczek w kwocie 25.000 reńskich zapisać swojej siostrzenicy. Chciałam - mówiła mu — majątek ten zapisać wnuczce. ale ona będzie miała po rodzicach kamieniczkę, zawsze kamieniczka warta choćby piętnaście tysięcy, to i to coś znaczy, a przytem idzie za pana, to jej źle nie będzie; a Teklusia (tak się nazywała siostrzenica) niema nic, jest sierotą. Panienka nie taka już młoda i niezbyt urodna, to z takim posagiem łatwiej jej będzie znaleźć męża. Adwokat, który, żeniąc się, spekulował głównie na posag, wnet osądził, że co 25.000, to nie kamieniczka wartości 15.000, która mu się dopiero po najdłuższem życiu rodziców dostać miała, zmienił front, i zamiast o wnuczkę, oświadczył się o siostrzenicę, ułatwiwszy pierwej zrobienie testamentu. Wprawdzie, w testamencie było zastrzeżenie, że dopiero po śmierci babuni te pieniądze dostanie siostrzenica, ale babunia była staruszką zgrzybiałą, więc, nie namyślając się długo, adwokat ożenił się z siostrzenicą, ku wielkiemu zdziwieniu i oburzeniu rodziców poprzedniej narzeczonej. Narzeczona ta wyszła potem zamąż z miłości i była szczęśliwą. Adwokat tymczasem czekał lat parę na śmierć babuni. Nareszcie umarła starowina. Ale cóż się pokazało po jej śmierci? Oto, że żadnego majątku nie zostawiła. Cała historya z testamentem była tylko fortelem dla wyprowadzenia w pole łakomca, którego apetyt na posag odgadła staruszka. Z tych, co znali ją bliżej, nikogo nie dziwiło, że nic nie znaleziono w jej kuferku, oprócz starych sukien i drobiazgów, ale adwokat podejrzywał o sprzeniewierzenie i rozpoczął proces przeciw rodzicom dawnej narzeczonej. Sprawa ta jest właśnie w naszej kancelaryi.
Otóż przyszło mi na myśl, czyby nie można zięcia Mośkowej w ten sposób w pole wyprowadzić.
— Wszak sam mówiłeś, że to szczwany lis.
— Tak, ale chciwy na pieniądze. Takich nadzieja niespodziewanego zysku oślepia. Zresztą, nie zaszkodzi spróbować. Nic nie ryzykujemy. a jeśli się uda. to nasza Mośkowa miałaby do śmierci przyzwoite utrzymanie, bo pan zięć, w nadziei zapisu, pielęgnowałby ją i obserwował trochę lepiej, niż teraz. Cieszyłbym się niezmiernie. gdyby mi się udało pomódz jej.
Wyjechałem potem na jakiś czas z Krakowa i nie miałem sposobności dowiedzieć się od Julka, czy mu się powiodło zmistyfikować zięcia Mośkowej testamentem. Po powrocie moim, nim jeszcze miałem czas zobaczyć się z nim, idąc jednej niedzieli przez ulicę Grodzką, zobaczyłem jakiegoś eleganckiego jegomościa we świecącym cylindrze, w rudych bokobordach, wsadzającego do fiakra starą żydówkę, w której ze zdziwieniem poznałem naszę Mośkową.Miała na sobie jedwabną, szafirową suknię, aksamitną mantylę i czepek z atłasowemi wstążkami, a czoło przepasane bindą z granatów. Całe to paradne ubranie dziwnie odbijało od wychudłej, pomarszczonej twarzy; znać było zaraz, że strój ten nie miał jeszcze czasu przystać do właścicielki.Elegancya miała coś pogrzebowego w sobie, przypominała ciało, ubrane do trumny.
Zięć, bo to był on, ów jegomość w świecącym cylindrze, wsadzał ją do powozu z ostentacyjną grzecznością i troskliwością, w której jednak znać było nieszczerość i przymus.Kosztowało go to widocznie wiele, że musiał się pokazywać światu w towarzystwie starej żydówki, którą dotąd chował przed ludźmi w izdebce pod schodami. Domyśliłem się zaraz, że Julkowi musiał się udać fortel i zięć, w nadziei zapisu, tak nadskakiwał swojej teściowej. Posadził ją w powozie obok jakiejś młodej, okazałej i bogato w aksamity i atłasy ubranej damy, która zapewne była jego żoną, a sam umieścił się na siedzeniu z przodu, otulając starannie tureckim szalem nogi Mośkowej. Stara z gorzkim, ironicznym uśmiechem przyjmowała te grzeczności zięcia; drwiący ten uśmiech na kościstej twarzy okropnie się wydawał. Zięć dał znak woźnicy i pojechali zapewne gdzieś na spacer, bo dzień był piękny. jesienny.
Miałem wielką ochotę zobaczyć się z Julkiem, by się dowiedzieć bliższych szczegółów mistyfikacyi chytrego żyda, i poszedłem wprost do niego. Był w domu i opowiedział mi, że mu się sprawa z testamentem udała nadspodziewanie; że niby robił wszystko za plecami zięcia, niby w sekrecie przed nim, ale tak. żeby on dowiedział się o tem.Żyd dał się łatwo złapać w tę pułapkę, tem łatwiej, że zawsze podejrzywał starą, iż nie wszystkie pieniądze oddała była córce. Opinia innych ludzi utwierdzała go w tem mniemaniu. Zachwiał się w niem trochę, gdy widział, że Mośkowa przestaje na lichem utrzymaniu, jakie jej dawał, i nie stara się polepszyć doli swojej własnemi funduszami. Utracił już nawet całkiem wiarę w istnienie tych ukrytych skarbów; dopiero teraz, kiedy z boku się dowiedział, a dowiedział się wskutek zręcznego pokierowania rzeczy przez Julka, że stara ma jakieś tajne konferencye to z adwokatem, to z regentem, gdy tego ostatniego widział parę razy idącego do jej mieszkania i traktującego biedną żydówkę z uniżonością, jakby jaką wielką panią, podejrzenia jego nanowo ożyły. Zaczął dowiadywać się zboku, przez inne osoby, co właściwie Mośkowa ma za sprawę u regenta, i dowiedział się, tak jak sobie to ułożył Julek, że stara porobiła zapisy na różne dobroczynne cele. Zięć wierzył, iż mu się uda udobruchać teściową i wyłudzić resztę pieniędzy, dlatego nagle zmienił się względem niej do niepoznania; otoczył ją wygodami, troskliwością, której próbkę miałem przy owej scenie w powozie. Uśmieliśmy się obaj z Julkiem, gdym mu opowiedział, com widział. Poczciwy chłopak cieszył się niezmiernie, że tak łatwym sposobem udało mu się zabezpieczyć starej los na te kilka lat, które przekołatać jeszcze miała.
— Jestem przekonany — mówił — że pan zięć już do śmierci nie wypuści jej ze swojej opieki.
— Wyobrażam sobie, jak się będzie wściekał i rzucał, skoro po jej śmierci przekona się, że za darmo grał rolę przywiązanego zięcia!
Niedługo czekaliśmy na to. Stara Mośkowa bowiem, pomimo wygód, jakie teraz miała, coraz więcej zapadała na zdrowiu. Wiek, bo miała już przeszło siedemdziesiąt lat, i jakaś choroba dogryzała resztę sił i życia. Przeleżała całe pół roku w łóżku. Dawniej byłby ją zięć bez ceremonii odesłał do szpitala, teraz przynajmniej mogła chorować wygodnie. mając wszystko na zawołanie. Właśnie byłem raz u Julka, kiedy przyszedł do niego doktor, który ją leczył, z oznajmieniem, że chora życzy sobie z nim się widzieć, bo chwile jej już są policzone. I ja zabrałem się razem z nimi, bo ciekawy byłem niezmiernie ostatniego aktu tej tragi — komedyi, a przy tem chciałem na pożegnanie uścisnąć rękę staruszki.
Poczciwa Mośkowa przedstawiała mi się zawsze w pamięci, jako pendent do Mickiewiczowskiego Jankiela.
Pojechaliśmy tedy we trzech do mieszkania pana zięcia przy ulicy Grodzkiej. Wprowadzono nas do obszernego i gustownie umeblowanego pokoju, który obecnie był zajęty przez chorą. Wszystko, co mogło służyć do wygody i uprzyjemnienia, znajdowało się w nim.
Zastaliśmy kilkunastu żydów; było to podobno jakieś bractwo, które się zajmuje umierającymi i pogrzebami.Wszystko to kiwało się, modliło, śpiewało, lamentowało, co sprawiało ogromną wrzawę nie mówiąc już o powietrzu,które było przeokropne.
Chora leżała na okazałem łożku, przykryta niebieską atlasową kołdrą. Twarz jej koloru brunatnej ziemi; jak bizantyński obraz wyglądała na tle białych poduszek, a schudła tak, że nie była większą od pięści. Oczy miała przymknięte ze znużenia, a może i ze strachu przed śmiercią.
Kiedy się Julek zbliżył do niej, jakby go przeczuła, otworzyła naraz oczy i uśmiechnęła się tym śmiechem osób schorowanych, który więcej podobny jest do bolesnego skrzywienia, niż do uśmiechu. Uśmiechem powitała go i powiedziała mu, że cieszy się, oglądając go. Mówić wiele nie mogła.
— Niech panu Pan Bóg odpłaci — rzekła słabym głosem — a po chwili dodała: testament jest tam w szkatułce.Gdy mówiła te słowa, na sinych jej ustach zamigotał drwiący, szyderski uśmiech, skierowany do zięcia, który ni odstępował od jej łóżka. Umierająca podała Julkowi kluczyk.który aż do ostatniej chwili ściskała w spoconej dłoni.
Oddając go, uścisnęła mu jeszcze rękę na pożegnanie i na podziękowanie. Z tem uściśnieniem zastygła.
Zgromadzeni żydzi zaczęli wrzeszczeć, lamentować, płakać, nie z żalu za zmarłą, ale tego, że tak nakazuje zwyczaj i obrządek religijny. Zięć nie miał wcale ochoty wtórować im. Zbliżył się do Julka i zagadał chłodno, urzędownie:
— Czy pan masz być egzekutorem testamentu?
— Zdaje się, skoro mnie nieboszczka wręczyła ten kluczyk.
— Nie mamy co zwlekać. Możemy zaraz wziąć się do otworzenia testamentu.
— Nie po pogrzebie?-spytał Julek przeciągle, z naciskiem, zatapiając spojrzenie w twarzy żyda, drżącego z niecierpliwości zagarnienia ukrytych skarbów.
— A to poco? — Zresztą może tam będzie rozporządzenie, co do pogrzebu.
— Ha, więc otwórzmy, kiedy pan tak sobie życzy.
Postąpił do szkatułki, stojącej na komodzie, otworzył ją i wyjąwszy z niej testament, podał go żydowi; ten porwał papier w drżące z niecierpliwości ręce i począł chciwie czytać. Testament był krótkiej osnowy, brzmiał tak.„Za troskliwą, a bezinteresowną opiekę nademną zostawiam mojemu zięciowi przebaczenie za krzywdy, które wyrządził mnie i dziecku mojemu, i ten cały majątek, co mi go zabrał.Więcej nic mi nie zostawił do rozdania.“
Aż pozieleniał po przeczytaniu tych słów; skoczył jak kot do szkatułki, obmacał wszystkie kryjówki, a gdy nic nie znalazł, zaczął kląć w przeokropny sposób w żydowskim żargonie. Z przekleństwami zwrócił się w stronę zmarłej.
Ciało służba pogrzebowa nakryła całunem i poniosła co tchu na kierkut.


XVI.
U pańskiej klamki.

Za czasów rzeczypospolitej krakowskiej i w kilka lat jeszcze potem Kraków był siedliskiem zubożałej arystokracyi. Oprócz kilku rodów bogatych, które tradycya i stosunki wiązały do miejsca, reszta żyła tu więcej z konieczności, bo ją nie było stać na wystawne życie w większych miastach. Nikt jednak nie był tak szczerym, żeby się przyznać, iż go tu ściągnęła taniość, która rzeczywiście była bajeczna. Za kilka tysięcy złotych polskich można było nabyć dom z ogrodem i nazwać go pałacem. Od trzymania powozów i koni cugowych uwalniała szczupłość miasta.Na tak niewielkiej przestrzeni powóz był zbytecznym, a jeżeli okazała się czasem potrzeba, to było parę powozów za możniejszych rodzin, któremi się w takich razach posługiwano tytułem znajomości lub pokrewieństwa. Te zamożniejsze rody podejmowały zarazem koszta balów,kuligów, które nieraz dochodziły do znacznej sumy, bo bez tych zabaw życie byłoby nudne, szczególniej dla takich ludzi, których jedynym celem życia było zabicie czasu. Nie było jeszcze wtedy w modzie, aby arystokratyczna młodzież starała się o posady w ces. król. Namiestnictwie, albo zajmowała profesorskie katedry. Karyera wojskowa przy milicyi krakowskiej nie nęciła także potomków rycerskich rodów; do przemysłu i instytucyj bankowych także nie rwali się, jak teraz. Cóż więc pozostawało? bawić się.
Bawiono się tez w przerozmaity sposób. Panowie w karty, damy w loterye fantowe, kwesty. koncerta, maskarady, których świetność zachowała się do dziś dnia w ustnych podaniach.
Złota młodzież miała także swoje rozrywki. O ulicę i jej opinię nie troszczono się wtedy wcale. Taki krawiec, szewc, lub inny jaki rzemieślnik, którego dziś, szczególnie podczas wyborów, kaptują sobie ukłonami, ściskaniem ręki — wtedy nie znaczył nic. Nazywano go aspan, albo częściej przez trzecią osobę: on i trzymano go za drzwiami.
Kraków był rajem dla uprzywilejowanych tylko. Na szczęście nie znałem już takiego Krakowa, — byłem dzieckiem jeszcze, kiedy dogasała sławetna rzeczpospolita krakowska, o życiu jej wiem tylko z opowiadań wiarogodnych ludzi. W czasie, kiedy przychodziłem do używania rozumu i jakiego takiego poglądu na świat, stosunki już się zmieniły. na dobre. Wśród napływowych żywiołów biurokratycznych, intelligencyi, mieszczaństwo krakowskie, szczególniej klasa rzemieślnicza, poczęła coraz śmielej podnosić głowy i dawać znaki samodzielnego życia. Arystokracya w tym napływie ludności znikła, nie znać jej było wcale.Herby jej nie imponowały przybyszom, traktowano ją bez czołobitności; dlatego też usunęła się z widowni, na której musiałaby podrzędną odgrywać rolę, i zamknęła się w salonach. Wiele ciekawych okazów z tej epoki konserwowało się przez długi czas w mieście; miałem sposobność poznać jeden taki cenny zabytek z czasów oligarchicznej rzeczypospolitej krakowskiej i przypatrzyć mu się dobrze, bo mieszkał w sąsiedztwie naszem. Nie był to żaden hrabia, żaden nawet jaśnie wielmożny, ale dostawszy się przez żonę do arystokracyi, nabrał poloru, przejął się. jej zwyczajami, upodobaniami. Był jej niedostępnvm satelitą i żył pożyczanem od niej światłem i pożyczanemi pieniędzmi.Był to poprostu dziad pański.
W salonach stanowił użyteczną figurę. Jemu powierzano konwojowanie panienek do kościoła, zabawianie starych grą w ekartę, opowiadaniem zabawnych anegdotek, załatwianie sprawunków. etc. Było to coś pośredniego między przyjacielem a służącym. Takich dziadów pańskich dużo gromadziło się w salonach arystokracyi krakowskiej; czepiali się oni majętnych protektorów, jak pasożytne rośliny i żyli ich sokami, a raczej ich pieniędzmi i protekcyą.Byli między nimi zrujnowani hrabiowie, kilku baronów, jako też osoby, które przez kolligacye wcisnęli się w wyższe sfery. Do tych ostatnich należał nasz sąsiad. Był on podobno zamłodu guwernerem w jakimś hrabskim domu, dokąd mu jego francuskie pochodzenie wstęp utorowało.Tam poznał się z jakąś daleką kuzynką hrabiego, panną na respekcie, niemłodą i nieładną, z którą jednak mimo to ożenił się, bo kolligacya z domem pochlebiała jego próżności i dawała mu nadzieję zrobienia kary ery; nadzieja go jednak zawiodła, bo łaska hrabiego skończyła się na skromnym fundusiku, i na tolerowaniu ich w salonie, gdzie ich traktowano protekcyonalnie. Pan Latour (tak się nazywał nasz sąsiad) i tem się zadawalniał; pobyt na salonach hrabiego w roli krewnego uszczęśliwiał go wielce i torował mu wstęp do innych domów arystokratycznych; zaklimatyzował się w nich tak dalece, że nawet po śmierci żony utrzymał się na tem stanowisku. Małoletni syn jego był tym węzłem, który go łączył z hrabskiemi domami. Bądźco — bądź, był to zawsze potomek z krwi pańskiej, któremu nie można było pozwolić zmarnieć i zordynarnieć w mieszczańskim stanie. Zajmowano się więc chłopcem, a tem samem i ojcem. Panie urządzały na nich loterye fantowe, posyłano im obiady, brano małego Latoura na przejażdżkę, pozwalano malcowi bawić się z dziećmi, w czem, obok litościwego serca, było wyrachowanie, bo malec, choć wychowany w Polsce, miał akcent jak prawdziwy paryżanin i mówił po francuzku tak, że panie nazywały go cudownem dzieckiem. Posyłano go sobie z salonu do salonu, jak uczonego szpaczka, albo papugę, i bawiono się nim; ojciec rósł w dumę z tego powodu i marzył o świetnej karyerze syna.
Bo do jakiegoż stanowiska nie mógł dojść chłopiec, który był kuzynem hrabiego, ulubieńcem wszystkich pań wielkiego świata i miał zdolności niepoślednie. Pobierał on nauki razem z synami hrabiego X. i celował pomiędzy nimi.
Był to rzeczywiście chłopak, pod każdym względem wyszczególniający się, bo i zdolny, i zręczny, i urodziwy. Wzrost, jak na swoje lata, piękny, postawa kształtna i buńczuczna, zuchwała, a twarz do malowania: oczy błękitne, trochę marsem dumnie patrzące, nosek zadarty, a usta pięknie zakrojone, wydęte nieco, znamionowały charakter silny. Pomimo tego, a może właśnie dlatego nie lubiliśmy tego panicza, bo traktował nas pogardliwie, z góry, nie chciał brać nigdy udziału w naszych zabawach i poprostu, ignorował nas. Także ojciec jego, choć wskutek swego finansowego położenia musiał mieszkać w otoczeniu mieszczańskiem, wśród ludzi, utrzymujących się z pracy rąk, zdaleka trzymał się od swoich współlokatorów, był dla nich grzeczny, ale ta grzeczność jego była zimna, otaczał się nią jak murem, który zbliżać się nie pozwalał. Nie nazywał nikogo w rozmowie, jeżeli mu taką kiedy prowadzić wypadało, tylko acan, aspan, wasan, a do stróżki, która go obsługiwała, odzywał się zawsze w trzeciej osobie.
Mieszkanie jego wyróżniało się takie od innych mieszkań. Zajmował tylko dwie stancyjki w oficynie, stancyjki nizkie i szczupłe; umiał je jednak tak przyozdobić różnemi gracikami, pochodzącemi przeważnie z darowizny, prezentów, że wyglądały jak pańskie pokoiki. Nieraz, kiedy stróżka, w czasie jego nieobecności robiła, porządki wtem mieszkanku, zaglądaliśmy tam z ciekawości; i dla nas, cośmy w domu rodziców widywali proste, drewniane sprzęty i mytą ’podłogę, te pokoiki wyfroterowane, świecące, te kotary, choć wypełznięte i stare, meble staroświeckie, wydawały nam się czemś tak wspaniałem, żeśmy z respektem gapili się na to wszystko przez uchylone drzwi i cudaśmy o tem w domu opowiadali.W istocie zaś był to zbiór starzyzny wszelkiego rodzaju. Gdy jaki sprzęt zawadzał w domu, zamiast go wyrzucić, lub sprzedać żydom, obdarowano nim protegowanego. To zachciało się odświeżyć sypialnię, stare więc kotary posyłano w prezencie „poczciwemu Latourowi.“ Wygrano na loteryi fantowej uszkodzony serwis posyłano go „biednemu Latourowi.“ W taki sposób dostawały mu się stare fajczarnie, obrazy, tak czarne od starości, że zdawało się na pierwszy rzut oka, iż przedstawiają noc, czarną jak smoła noc, gdy tymczasem był to jakiś portret, albo obraz religijnej treści, o czem obdarowany dopiero od właściciela się dowiedział, bo z samego obrazu poznać tego nie można było. Takie obrazy dawano mu z adnotacyą, że pochodzą od jakiego sławnego mistrza.Dostawały mu się stare krzesła uszkodzone, jako cenne antyki z czasów rokoko, potłuczone filiżanki z prawdziwie chińskiej porcelany, zegary, które nie chodziły, klatka z papugą, która zanadto drażniła nerwy pani i dlatego pozbyć się jej musiano, i mnóstwo książek, które poniewierały się po szafach arystokratycznych i nie wiedziano, co z niemi zrobić. Do tego dodać trzeba niezliczoną liczbę fotografij znajomych, które staruszek z czcią prawdziwie bałwochwalczą przechowywał w albumach i na ścianach w ramkach, wyciskanych ze skóry cielęcej. Słowem, mieszkanie naszego sąsiada wyglądało jak handel antykwarza, taka w niem masa nagromadzona była starzyzny wszelkiego rodzaju. A do wszystkich tych rupieci przywiązywał on ogromną wartość i wysoko je sobie cenił; i kiedy czasem stróżka utrąciła kawałek i tak już dobrze wyszczerbionej porcelany, albo gipsową ornamentykę na ramach obrazu, to i przez kilka dni gderał o to swoim słodko — cierpkim głosem.
Biedna Wojciechowa, kiedy jej już do żywego dokuczył tem gderaniem, gotowa była odkupić stłuczony przedmiot; ale stary utrzymywał, że gdyby całą swoję chudobę sprzedała, to nie byłaby w stanie wynagrodzić mu tej straty, bo oprócz przesadnej wartości, jaką każdemu gratowi nadawał, cenił je sobie także i dlatego, że z magnackiej pochodziły ręki.
Ubranie staruszka licowało bardzo z jego mieszkaniem, bo pochodziło także z darowizny, tylko mniej wyszarzane i poniszczone, często nawet dość świeże, gdy osobie, dla której było sprawiane, nie przypadło do gustu. I dziwna rzecz — nie tylko nie czuł się tem upokorzony, ale owszem dumny był, że dodzierał suknie cudze. Raz nawet, kiedy z powodu paltota, który dostał od hrabiego, wzięto go ztyłu za hrabiego samego, był tak ucieszony tą pomyłką, że sam wszędzie o niej rozpowiadał, przyczem oczywiście tajemnica darowanego paletota musiała wyjść na wierzch.
Ubierał się zawsze nadzwyczaj starannie. Nie dowierzając oczom i szczotce Wojciechowej, sam codziennie, przed wyjściem z domu, czyścił dokładnie swoje suknie, nie zostawiając na nich najmniejszej prószyny, najmniejszej plamki. Miał przeróżne środki na wywiabianie plam, niektóre tak niepachnące. że cały dom zapowietrzał niemi. Rękawiczki dla oszczędności sam pierał w domu i suszył je na sznureczku w oknie, a nawet niekiedy i sam je zszywał.Łatał swoję biedę jak mógł, żywił się wraz z synem mlekiem lub wodzianką, wyjąwszy obiadów, które, jak wspomniałem, dochodziły go z pańskiego stołu; ale na ulicę występował zawsze jak pan jaki-z miną senatora lub ministra, wygolony starannie, co wtedy było modą, i ubrany jak z igły.
Równie pokaźnie i miniasto wyglądał przy nim syn jego, co nas niezmiernie gniewało, bo wiedzieliśmy dobrze, że to ludzie z łaski żyjący; że gdyby nie żebranina po salonach, nie mogliby mieć nawet tego, co najbiedniejszy rzemieślnik, a mimo to nadymało się to aż strach, i udawało panów. Jako dzieci rodziców, którzy ciężko pracowali na kawałek chleba i nasze wychowanie, nienawidziliśmy instynktownie tych dziadów pańskich. Julek nawet, syn stolarza, który był trochę zawadyak, nieraz głośno objawiał to swoje niezadowolnienie i rzucał przechodzącym koło nas tym jegomościom wcale niepowabne przezwiska,między któremi „dziady pańskie“ dość często figurowało.
Jednak oni, czy nie słyszeli, czy udawali, że nie słyszą, pogardliwem milczeniem odpowiadali na zaczepki, co nas do irytacyi doprowadzało. Szczególniej gniewała nas harda mina młodego; który przechodził koło nas z nosem tak zadartym, jakby to był co najmniej królewicz jaki; nawet spojrzeć na nas nigdy nie raczył.
Raz jednak zauważyliśmy ze zdziwieniem, że ów panicz wracał do domu z miną nie tak napuszoną i pewną siebie, jak zawsze; był widocznie czemś mocno wzruszony i niespokojny; a kiedy Julek, podług swego zwyczaju, zawołał za nim: dziad pański, obejrzał się nagle, jakby go kto gwałtownie szarpnął ztyłu, twarz jego różowa i delikatna zapłonęła naraz szkarłatem, poruszył się, jakby chciał rzucić się na Julka, ale coś go wstrzymało, zakrył tylko twarz rękoma i pobiegł szybko na górę.
W jakiś czas potem przyszedł ojciec jego; był także czegoś mocno wzruszony, bo się trząsł cały, jak w febrze, a twarz miał bladą, trupio bladą. Dziecinna ciekawość pociągnęła nas za staruszkiem aż na schody. Niezadługo usłyszeliśmy pomiędzy ojcem i synem żywą rozmowę, z których tylko pojedyńcze słowa nas dobiegały. Ojciec z początku gniewał się i łajał, potem nakłaniał syna do czegoś, wreszcie prosił nawet; ale ten na wszystko odpowiadał albo uporczywem milczeniem, albo krótkiem: nie, nigdy.
— Dla własnego szczęścia twego, dla mnie powinieneś to zrobić — prosił ojciec.
— Nie, nigdy — odrzekł syn — dosyć tego upokorzenia. Nie ja jego, ale on mnie przeprosić winien za to, Taka hańba, Boże, Boże!.
Tu głos syna rozmięknął od płaczu, którym wybuchnął nagle. Potem słyszeliśmy jak coś sztuknęło o podłogę, niby kolana, i głos syna rzewny, pokorny dał się słyszeć:
— Na Boga, ojcze, dość tego upokorzenia — potrafimy pracować — niewiele nam potrzeba.
I długo w podobnym tonie mówił, na co stary swoim cichym a dosadnym głosem odrzekł:
— Przewróciło ci się w głowie; sam nie wiesz, czego ci się chce. Potém coś mówił o karyerze, o pozycyi w świecie, a zakończył podniesionym tonem:
— Przeprosisz i koniec!
— Nigdy! — odezwał się z mocą młody.
— Wydziedziczę. Niechcę cię widzieć więcéj.
Z tych urywanych słów niewiele mogliśmy zrozumieć. Dopiero służący, który na drugi dzień przyszedł z obiadem, wygadał się przed Wojciechową, że wczoraj w domu hrabiego X. zrobiła się awantura straszna.
Młodzi panicze pokłócili się o coś między sobą. Przyszło do tego, że syn hrabiego w pasyi wyrzucać począł młodemu Latourowi, iż żyje z ich łaski, i nazwał go pogardliwie dziadem pańskim, za co młody Latour dał mu policzek, Awantura ta oburzyła niesłychanie Latoura, któremu w tej chwili więcej chodziło o łaskę pańską, niż o syna, bo nie mógł sobie wystawić życia poza salonami, bez protekcyi i faworów możnych, To też ledwie nie na klęczkach przepraszał za ten nierozważny postępek syna, który przypisywał jakiemuś niewytłómaczonemu obłędowi. Sądził, że łatwo nakłoni syna do przeproszenia; ale trafił na opór, którego się nie spodziewał.
Syn ani chciał słyszeć o przeproszeniu, uważając, że to on raczej został obrażony; prosił dalej ojca, aby nie narażali się więcej na podobne upokorzenie, żyjąc z łaski, ale raczej, aby pracowali, poprzestając na matem a własnem utrzymaniu. Każdego innego ojca słowa takie wzruszyć, a może i rumieńcem wstydu oblaćby musiały, czułby się dumnym z syna, który je wypowiedział; ale stary Latour tak już zatracił poczucie godności, że w prośbie syna widział tylko szaleństwo, nierozwagę młodzieńczą, głupotę, która go do żywego oburzała. Szaleństwem mu się wydawało porzucać wygodny sposób życia, jaki dotąd prowadzili, pracować na utrzymanie, jak pierwszy lepszy człowiek z gminu, wyrzec się dobrowolnie obcowania z osobami wyższego świata, i dlatego nakłaniał syna, aby nie deptał samochcąc nogami swego losu.
Takie postępowanie nazywał umiejętnością życia.
Kilka dni trwało to pasowanie się dwóch sprzecznych charakterów, ojca i syna, którzy, jakkolwiek tak blizkiemi węzłami złączeni, duszami stali od siebie daleko i nie rozumieli się wzajemnie. Nareszcie, po kilku dniach, dowiedzieliśmy się za pośrednictwem Wojciechowej, że młody Latuor gdzieś znikł z domu. Nie zabrał ze sobą nic, zupełnie nic, uciekł tylko w tem ubraniu, które miał na sobie, a ojcu zostawił list jakiś. — Co było w tym liście, tego Wojciechowa już dowiedzieć się nie mogła; mówiła tylko, że stary, po przeczytaniu listu, rzucił go do kosza i mruknął pod nosem: Głupiec!
Tego dnia jeszcze ubrał się starannie, staranniej niż zwykle i poszedł-zapewne przeprosić za głupstwo, jakiego się syn dopuścił, i polecić się nadal opiece. Chcąc uratować siebie, musiał nie oszczędzać syna.
Co do nas, młody Latuor przez swój postępek zyskał w naszych oczach i podniósł się bardzo i jakkolwiek nie lubiliśmy go poprzednio za jego hardość i pańskie miny, to teraz spodobał nam się za to, że miał ambicyę.
Niedługo potem rodzice moi wyprowadzili się z domu, gdzie mieszkał stary Latour; widywałem go więc odtąd tylko czasami; to w powozie z jaką starą damą, której towarzyszył na spacery, lub do teatru, piastując na kolanach jej ulubioną charciczkę i trzymając okrycie; to pieszo chodzącego po sklepach za sprawunkami swoich protektorek.Raz nawet w teatrze zaczepił mnie, choć byłem mu całkiem nieznany, aby się zapytać, kto były te damy, w których loży siedziałem. Odpowiedziałem mu nie bardzo grzecznie na tę niedyskretną ciekawość, co go jednak wcale nie obraziło, i poszedł spytać się o to samo kogo innego.
Nie pominął żadnego zaproszenia, choćby tylko dla formy zrobionego; łaził od salonu do salonu nawet wtedy, kiedy zdrowie mu nie dopisywało. Uważałby sobie za zbrodnię opuścić jaki raut, herbatkę, lub większą zabawę. Wszędzie stawiał się punktualnie jak zegarek i tak się przyzwyczajono do jego widoku, że stał się prawie niezbędnym sprzętem w każdym domu. Nazywano go tam poufale: poczciwy Latour, stary Latour, nawet „nieoceniony Latour“, stosownie do usposobienia i humoru; a on był tak uszczęśliwiony temi oznakami dobroci, którą mu na zimno wraz z przekąskami do herbaty podawano, że nie oddałby tego za Bóg wie jakie dostatnie utrzymanie, podane innemi rękoma!
O synu jego nic dowiedzieć się nie mogłem, gdzie się obraca, czy żyje. To pewna, że z ojcem go nigdy nie widziałem. Mówiono, że chodził do szkól we Lwowie, że utrzymywał się z lekcyj i do ojca pisał, zaklinając go, aby, porzuciwszy swoich dobroczyńców, przyjeżdżał do niego, gdyż może zapracować tyle, że obydwa dostatnio wyżywić się będą mogli; ale ojciec głuchym był na te prośby syna — tak zasmakował w dziadowskim chlebie.
Z czasem jednak położenie jego musiało się pogorszyć, bo widywałem go później wprawdzie czysto, ochędożnie,ale bardzo licho odzianego. Surdut tabaczkowy, zadługi w stanie, był od starości i od ciągłego widać czyszczenia tak wytarty, że nitki na nim porachować można było. Cylinder zaobszerny świecił się wprawdzie, ale więcej z tłustości i od ciągłego prasowania, którem staruszek usiłował wygładzić jego zmarszczki i zgięcia. Rękawiczki i buty także nosiły ślady starości i zniszczenia, co napróżne starał się ukryć. Bieda, jaka wynurzała się z jego powierzchowności, była tem smutniejsza, że widać w niej było pretensye do udawania elegancyi. Łachman żebraka mniej przykre robi wrażenie, bo się otwarcie przyznaje do nędzy.
Staruszek powoli, stopniowo schodził do tej nędzy. Protektorowie jego dawni wymierali jeden po drugim, Latour każdego z nich odprowadzał do grobu, coraz więcej chylący się ku ziemi i coraz bardziej zwiędniały, jak liść jesienny; w końcu umarła dobrodziejka, która mu przysyłała obiady. Nikt jakoś inny nie domyślił się, żeby ją zastąpić;
trzeba było samemu upomnieć się o to, nie chcąc umrzeć z głodu; a odkąd zaczął prosić, narzucać się, odtąd towarzystwo jego stawało się coraz uciążliwsze; unikano go, pomijano w zaproszeniach, a wreszcie odsyłano z prośbami do instytucyj publicznych dobroczynnych. Dostawał wsparcie z funduszu, przeznaczonego dla wstydzących się zebrać; z jakiegoś balu dla ubogich dostała mu się także parę razy mała zapomoga; ale to był tylko chwilowy ratunek, który nie zabezpieczał go dostatecznie od niedostatku. A tu przychodziła starość coraz więcej zgrzybiała, niedołężna, bezsilna; wreszcie przyszła choroba, i to choroba powolna, ze wszystkiemi dolegliwościami starego wieku, która wyczerpała cierpliwość dobroczynnych dam. Z początku niektóre z nich wstępowały po drodze odwiedzić „chorego Latoura”, niektóre litościwsze nadsyłały resztki rosołu, kawałek kurczęcia i trochę starego wina, niedopitego ’Przy stole, dla wzmocnienia zdzieciniałego staruszka; ale gdy choroba przewlekała się na czas nieograniczony, uwolniono się od niego, posyłając go do szpitala.
Wtedy dopiero staruszek, opuszczony przez tych, których się czepiał całe życie, przypomniał sobie że ma syna i napisał, aby przybył i zabrał go do siebie, bo szpitala bał się.
Syn pośpieszył co tchu na wezwanie ojca; ale zdążył zaledwie ucałować ręce umierającego i odebrać od niego ojcowskie błogosławieństwo. Pogrzeb wyprawił mu wspaniały, bo zmarły życzył sobie być pochowany z wielką pompą i paradą; była to ostatnia słabostka. Dawni protektorowie, dowiedziawszy się o zgonie „ukochanego Latoura”, wysłali za konduktem kilka powozów swoich; ale żaden osobiście nie był na pogrzebie. Tylko garstka tych,co z nieboszczykiem mieszkali kiedyś pod jednym dachem, szła za trumną, i kilkunastu biedaków, którzy na pogrzeby chodzą jedynie dla zyskania woskowej świecy. Ci ostatni już od wrót cmentarza zawrócili do domu, chowając starannie pod odzieżą niezapalone nawet całkiem świece. Sami prawie księża doprowadzili ciało do samego grobu, zkąd, po odśpiewaniu Salve Regina, prędko wrócili do domu.
Nad świeżą mogiłą, nawpół przysypaną ziemią, został tylko jeden człowiek, i modlił się i płakał za zmarłym. Był to jego syn.


Przypisy

  1. raku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michał Bałucki.