Nowele, opowiadania, fragmenty/Tom IV/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Nowele, opowiadania, fragmenty
Podtytuł Tom IV
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom XXV
Data wydania 1936
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BOLESŁAW PRUS
(ALEKSANDER GŁOWACKI)
NOWELE
OPOWIADANIA
FRAGMENTY
Gebethner i Wolff - logo.jpg

NAKŁAD
GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA


OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ EDWARD MANTEUFFEL[1]


DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE
1936







Z WYPRACOWAŃ MAŁEGO FRANIA.
O MIŁOSIERDZIU.

Pewien, prowadzony na szubienicę, tak głośno opłakiwał swoją dolę, że jego skargi dosięgły uszu króla, który rzekł:
— Ponieważ sprawiedliwość musi być wykonaną, więc powieście tego grzesznika. Ale ponieważ wzruszył moje serce, więc pozwólcie przyjaciołom, aby go oderżnęli.
Delikwent, usłyszawszy o łasce miłosiernego króla, wpadł w doskonały humor. Krewnych żegnał: „Dowidzenia!“, na kata mrugnął jednem okiem, a z przyjaciółmi umówił się, że zaraz po odbytej ceremonji, skoro go tylko oderżną, zaprosi ich, na swój koszt, na śniadanie.

Stało się jednak, że na śniadanie nie poszedł. Zanim bowiem jeden z przyjaciół oderżnął go ze stryczka, dwudziestu innych tak mocno pociągnęło go za nogi, że skonał.


WIDZENIE.

I.

W zimowy wieczór, około dziewiątej, doktór Czerski, pochylony nad stołem, siedzi w swoim gabinecie. Jest to pokój wysoki, o dwu oknach. Całą podłogę okrywa gruby dywan. Wzdłuż jednej ściany stoi potrójna szafa bibljoteczna, pod drugą — szafa z chirurgicznemi narzędziami. W jednem oknie dębowe biuro, lewą stroną zwrócone do światła, w drugiem stalugi, a na nich kosztowny atlas anatomiczny. Na środku gabinetu, pod wiszącą lampą, znajduje się stół, przy którym pracuje doktór. Resztę pokoju zajmują ciężkie fotele i krzesła, obite skórą.
Doktór jest chirurgiem. Jutro ma operować złośliwy guz na szyi, więc dziś, dla wprawy, przerysowuje z atlasu tę niebezpieczną dla lekarzy i chorych część ciała, z jej powikłaną siecią nerwów i naczyń krwionośnych.
Doktór jest średniego wzrostu, odznacza się zimnym spokojem. Znajomi mówią o nim, że ma kamienną fizjognomję i stalowe spojrzenie. Należy do najzdolniejszych chirurgów. Zdaje się widzieć wnętrze ciała chorego, a jego skalpele prawie posiadają czucie, dzięki czemu podobno nigdy jeszcze nie popełnił ważniejszego błędu w operacji.
Zasadniczym rysem jego charakteru jest nieugięta wola. Był synem niegdyś zamożnej rodziny, ale gdy ojciec stracił majątek i umarł, chłopiec od piątej klasy zaczął pracować na chleb i utrzymywał nietylko siebie, lecz i matkę. Pomimo ciężkich przeszkód, ukończył uniwersytet, był kilka lat zagranicą, po powrocie do kraju szybko zdobył sławę i praktykę i ożenił się z panną, którą pokochał jeszcze jako student i już wówczas postanowił, że ona będzie jego żoną.
Drugą cechę znakomitego doktora stanowił głęboki pesymizm, którego źródeł należało szukać prawie w dziecinnych latach. Wspólnik ojca wydarł mu majątek i samego wpędził do grobu, a gdy matka poszła do obdziercy, ażeby wybłagać chociaż cząstkę pieniędzy na wychowanie syna, rabuś dał jej taką odpowiedź:
— Kto nie ma na ukończenie szkół, niech idzie do rzemiosła... Społeczeństwo nie potrzebuje pretensjonalnych niedouczków, lecz dobrych robotników.
Po tej odprawie biedna matka zwracała się z prośbą o pomoc jużto do swojej rodziny, jużto do dawniejszych przyjaciół. Ale wszyscy zgodnie odpowiadali, że Karolek nie powinien myśleć o nauce, lecz o popłatnej pracy.
Takie zachowanie się osób najbliższych, niegdyś życzliwych, krwawemi śladami zapisało się w duszy lekarza i odbiło na dalszem życiu. Niechętni mówili, że doktór Czerski jest znakomitym chirurgiem, ponieważ ze swego słownika wykreślił wyraz: „współczucie,“ co w pewnym stopniu potwierdzał on sam, odzywając się niejednokrotnie:
— Gdybym rozczulał się nad każdą łzą, jaką widzę, nie mógłbym być nietylko chirurgiem, ale nawet siostrą miłosierdzia...
Mimo to był człowiekiem uczciwym i nietylko leczył darmo ubogich, lecz jego dom słynął jako ognisko, w którem znajdowało pomoc bardzo wiele jednostek, rodzin i instytucyj. Sprawczynią tego była żona.
Gdy kto z bliższych znajomych zapytał doktora, w jaki sposób można pogodzić jego wielką ofiarność z szorstkiemi aforyzmami — odpowiadał:
— Filantropja jest wydziałem mojej żony. Niech się bawi kobieta, jeżeli robi jej to przyjemność!...
— Nie oczerniajże doktór samego siebie...
— Wcale nie oczerniam. W dobroczynnych dziełach mojej małżonki ja nie odgrywam żadnej roli. Tyle tylko, że staram się nie robić źle: nie kradnę, nie zabijam, nie jeżdżę kolejami bez biletów... Takie mam upodobania...
Doktór harmonizował ze swoim gabinetem, który wyglądał prawie ponuro, jakby każdy z badanych pacjentów zostawiał tutaj cząstkę smutku i niepokoju.


II.

W tej chwili skrzypnęły drzwi, i na dywanie rozległ się szelest jedwabnej sukni.
— To ty, Zosiu?... — spytał doktór, podnosząc głowę od swego rysunku.
— Już jadę do mamy — mówiła pani zniżonym głosem — a z nią pojedziemy do Wiktorów. Przeszkodziłam ci?... Przepraszam...
Objęła go za szyję i okryła twarz pocałunkami. W jasnej sukni wyglądała przy nim jak kwiat, tulący się do posągu. Była to kobieta wysoka, szykowna, z grubemi, ale ładnemi rysami, które upiękniał wyraz słodyczy. Mąż, którego ubóstwiała, synek, za którego w każdej chwili gotowa była oddać życie, i rozmaita cierpiąca i wydziedziczona biedota — oto królestwo, gdzie rozwijała się jej działalność.
— Kiedy przyjedziesz po mnie?... — mówiła. — A może wcale nie przyjedziesz, bo widzę, że jesteś bardzo zajęty?... Do Wiktorów wybiera się dziś kilka osób, w tym jedynie celu, ażeby ciebie poznać...
— Czy myślą, że gdy się z nimi poznam, to lepiej i taniej będę im robił operacje?...
— Nie mów tak, bo to brzydko, Karolu!... A może chcesz, ażebym została w domu, aż będziesz wolny?...
— Jedź, moje dziecko, i baw się wesoło. Jeżeli nic się nie zdarzy, przyjadę po ciebie około dwunastej.
— Dobrze. Więc tylko ucałuj Kazia, bo on chce tatusiowi powiedzieć dobranoc.
— O tej porze chłopak nie śpi?... — zadziwił się doktór. — Zaraz tam pójdę.
Żona znowu uściskała go, mówiąc:
— Do prędkiego widzenia... Polecam was Bogu...
— I to niezła protekcja... — mruknął doktór.
Żona zasłoniła mu usta ręką.
— Jeżeli choć trochę mnie kochasz, nigdy nie mów nic podobnego, Karolu!... — zawołała strwożona. — Niekiedy odzywasz się tak, jakbyś wątpił...
— A wcale nie trudno byłoby usunąć wszelkie wątpliwości ze świata!... — uśmiechnął się doktór. — Jeden znak, jeden mały dowód istnienia... Coby to szkodziło Panu Bogu?...
— O nie mów tak!... — znowu przerwała mu żona z rosnącą trwogą. — Znaki Boże są straszne, więc nie trzeba ich wywoływać...
— Idź, duszo moja! — przerwał jej doktór. — Idź i baw się dobrze po naszych klasztornych nudach...
Uściskał ją, odprowadził do drzwi, a potem wrócił do swego stołu. Znowu schylił głowę nad rysunkiem, ale wnet podniósł ją, zbudzony jakimś szelestem.
To na dworze padał suchy śnieg i bił w okna. Niekiedy zdawało się, że figlarne dzieci sypią piasek na szyby, to znowu, że ktoś cicho puka do okien, jakby chciał wywołać doktora, albo zawiadomić, że sam do niego przyjdzie...
Doktorowi zdawało się, że poza tym szelestem śniegu widzi drobne różowe paluszki, które bębnią w szyby. Wspomniał o synu, uśmiechnął się i opuścił gabinet.
W dużym pokoju, przy świetle blado-niebieskiej lampy, spał Kazio w białem łóżeczku, pod opieką bony freblówki.
— Kazio tak czekał na tatusia, tak czekał... wcale nie chciał się rozbierać i jeszcze nakazywał mi, żebym go zbudziła, gdyby zasnął... — szeptała bona z uśmiechem. — Chciał tatusiowi powiedzieć dobranoc i pokazać nowego pajacyka, którego dziś przysłała mu babcia... I jeszcze mówił, że jeżeli tatuś zechce, to on tatusiowi podaruje pajacyka, bo to jest najpiękniejsza zabawka, jaką Kazio dostał... U niego każda nowa zabawka jest najpiękniejsza!...
Po tem sprawozdaniu bona wyszła, a doktór wpatrywał się w śpiącego syna.
„Co się dzieje z temi dziećmi! — myślał doktór. — Kiedy to biedactwo przyszło na świat, było zupełnie brzydkie, tak, że wątpiłem, czy będę go kiedy mógł pokochać... Potem trochę wyładniał i zaczął mnie interesować, a dziś jest piękny jak cherubin, mój ten skarb najmilszy... Nic dziwnego... ma ciemne oczy matki i jej uśmiech...“
Przyszło doktorowi na myśl, że to dziecko jest jedyną istotą, która kocha go bez cienia egoizmu. Jak on się żegna z wychodzącym tatusiem!... Jak on każe sadzać się na oknie, ażeby prędzej zobaczyć powracającego tatusia!... Jak on strasznie tęsknił, kiedy raz tatuś musiał na kilka dni wyjechać!...
— Nigdy nie myślałem, że dziecko może dać tyle szczęścia... — szepnął głęboko wzruszony doktór.
Wtem spojrzenie jego padło na obraz, wiszący nad łóżeczkiem Kazia.
Był to dar babki, pyszny angielski miedzioryt, wyobrażający Chrystusa. Odkupiciel siedział na skale, zarosłej kwiatami; za nim, zdaleka ciągnęło się pasmo gór i droga, której początek zasłaniała szata Zbawcy.
Twarz Chrystusa była niezwykle piękna; miała wyraz smutny i nakazujący, który dziwnie dobrze harmonizował z podpisem, położonym na obrazie ręką babki:
„Miłujcie nieprzyjacioły wasze... czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą i prześladują...“
„Szczególne słowa!... — mówił do siebie doktór. — Mógł je wypowiedzieć tylko ten oto mędrzec, którego oczy widzą jakiś inny świat, nie nasz świat...
„Bo na tym naszym świecie pięknie wyglądałby człowiek, o którym dowiedzianoby się, że „miłuje nieprzyjacioły!...“ — rozmyślał dalej doktór. — Do jutra zostałby tylko w jednej koszuli, a za tydzień wytoczonoby z niego wszystką krew...“
— Nie, synusiu!... — szepnął, nachylając się nad łóżeczkiem — nie miłuj nieprzyjaciół i nie czyń dobrze tym, którzy cię będą nienawidzili. Inaczej zabraknie ci sił i serca dla tych, którzy cię kochają...
Nie rób tego, syneczku, nie, nie!...
W tej chwili elektryczny dzwonek w przedpokoju odezwał się w tak szczególny sposób, że zdziwiony doktór opuścił sypialnię dziecka i wrócił do gabinetu.
„Blisko dziesiąta... Cóż się tam komu stało?...“ — rzekł do siebie.


III.

Do gabinetu wszedł człowiek stary, z długiemi włosami, z nieporządnie utrzymaną brodą. Miał na sobie wytarty paltot, popstrzony płatkami śniegu.
Na jego widok doktór cofnął się i zapytał tonem, w którym czuć było gniew i zdziwienie:
— Cóż sprowadziło do mnie... pana... i jeszcze o tej porze?...
— Krup... — szepnął starzec. — Mój wnuczek ma krup... dusi się!...
Doktór wzruszył ramionami. Starzec, widząc to, załamał ręce i począł mówić chrapliwym głosem:
— Panie, miej miłosierdzie!... Prawda... obdarłem was... Jeżeli zechcesz, wyznam to przed sądem... Ale i cóż mam z tego?... Nędzę... Moja córka, wdowa, utrzymuje się z szycia i w dodatku nie ma ani zdrowia, ani roboty... Jestem wobec ciebie zbrodniarzem, ale... co winno dziecko?... Ma dopiero sześć lat, panie... I czy może tak strasznie cierpieć za to, że dziadek zbrodniarz?... Uderz mnie... oddaj do więzienia, ale zlituj się nad niewinnymi... Wszakże Chrystus nawet na krzyżu przebaczył swoim katom...
— Posłuchaj mnie pan — rzekł doktór. — Jako lekarz nie mam prawa nikomu odmawiać pomocy, ale jako człowiek...
Zatchnął się i ciągnął dalej:
— Czy mógłbyś pan nawlec w tej chwili igłę?...
— Widzi pan, jak drżę... — szepnął starzec, patrząc mu w oczy z trwogą psa, którego mają obić.
— Zrozumiej mnie pan — mówił doktór. — Każdemu innemu dziecku zrobiłbym operację, wyjąwszy... memu własnemu i — pańskiemu... Przy pańskiem dziecku nie byłbym pewny mojej ręki, bo zdaje mi się, że zamiast jednej trumny, mego ojca, między mną a panem znalazłaby się druga trumna, pańskiego wnuka... Czy pan to rozumie?...
— Rozumiem, że Bóg mnie przeklął!...
— Niech więc pan szuka innego doktora... Honorarjum ja... mogę zapłacić...
— Czasu niema! — mówił starzec, składając ręce. — Mieszkamy tu, w drugim domu... Już nie jestem w stanie iść dalej... U tylu byłem napróżno...
— Idź pan jeszcze do jednego... — odparł zimno doktór.
Starzec jak obłąkany zaczął trząść w powietrzu rękoma i bić się w głowę.
— Pójdę — rzekł — pójdę do mojego konającego wnuka i modlić się będę, ażeby za grzechy starców nie karano dzieci... Boże, zmiłuj się... Boże... Boże, zmiłuj się! — krzyknął.
Zataczając się, wyszedł z pokoju, a po chwili ciężkim krokiem zbiegał ze schodów.
— Wyborny sobie! — zawołał lekarz. — Przed laty ograbił nas i zamordował mi ojca, a dziś chce zabić mi reputację... Tego pacjenta nie dotknąłbym za żadne skarby... On przyniósłby mi nieszczęście jak jego zacny dziadek... Basta!... Basta!...
Znakomity chirurg był tak wzburzony, że drżał.


IV.

Doktór zaczął chodzić po gabinecie i szeptać:
— Krup!... Głupia historja... I poco ten stary tu przyszedł?... Jestem pewny, że całą jego brudną odzież przenika zaraza... Oto jest porządek na świecie!... Zbrodniarz, gdy miał siły, wydarł mi ojca i majątek, a dziś, gdy się zestarzał, zaraża się i napada mój dom...
Doktór zbliżył się do umywalni i umył ręce w słabym roztworze sublimatu. Potem wziął rozpryskiwacz, napełnił go mocno pachnącym płynem i zawoławszy lokaja, kazał pokropić się od stóp do głów.
Wyraz „krup“ tak go zaniepokoił, że chciał koniecznie spojrzeć na Kazia, a jednocześnie lękał się, ażeby zaraza nie przeniosła się na jego syna...
Jeszcze raz umył ręce, zmienił surdut i szepnąwszy: „Głupstwo!...“, poszedł do sypialni dziecka. Dziwiło go to, że choć dawniej setki razy bezpośrednio stykał się z chorymi na zaraźliwe choroby, dopiero dziś przyszła mu obawa, że syn jego może się zarazić!
Dziecko spokojnie spało, ale w podrażnionej imaginacji doktora zaczęły budzić się nieokreślone podejrzenia. Czy Kazio nie że prędko oddycha?... Niebardzo, ale cokolwieczek za prędko... Czy jego buzia nie jest zbytecznie zaczerwieniona?... Czy w fizjognomji niema tego przykrego wyrazu, który zapowiada chorobę?...
Nie. Dziecko cicho śpi i nawet zdaje się uśmiechać...
Mimowoli doktór podniósł głowę i spojrzał na miedzioryt, wyobrażający Chrystusa... Nagle zachwiał się... Przetarł oczy i przeczytał napis:
„Miłujcie nieprzyjacioły wasze... Czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą i prześladują...“
Skała, porośnięta kwiatami... jest... W głębi pasmo wzgórz... jest... I widać drogę, całą drogę... Nawet tę jej część, którą zasłaniała szata Chrystusa... Nawet widać ten krzak na skale, którego dotychczas nikt, nikt z żyjących nie widział i nie mógł widzieć, ponieważ ten krzak na miedziorycie także był zasłonięty rękawem Zbawiciela...
Ale teraz widać i całą drogę i ów krzak, których już nic nie zasłania, ponieważ Chrystus... zniknął!...
W pierwszej chwili doktór nie czuł nawet zdziwienia. Zdawało mu się, że właśnie tak być powinno, że Chrystus był tu niepotrzebny. Ale znowu przeczytał podpis: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze...“ — co przecież nie mogło stosować się do samego krajobrazu... A nareszcie i ten krajobraz bez człowieka, krajobraz, który doktór oglądał codzień od sześciu lat, i na którym zawsze był Chrystus, z fizjognomją nakazującą i smutną i z oczyma zapatrzonemi w inne światy...
Teraz doktór uczuł się w takim nastroju, jaki dotychczas nawet mu do myśli nie przychodził. Rodziło się w nim nowe, nietylko nieznane, ale nawet nieprzeczuwane uczucie. Zdjął miedzioryt ze ściany, dotykał jego ram, szkła... Przeniósł go do gabinetu i tam, przy silnem świetle lampy, wpatrywał się...
Ale wszystko napróżno: Chrystusa nie było!...
Nagle błysnęła mu myśl okropna, że jest obłąkany... Chciał rzucić obraz na ziemię, zwołać służbę, posyłać po doktorów, a nawet wybiec na ulicę i wołać:
— Patrzcie, co się ze mną stało!... Przecież ja tracę rozum!...
Ale przypomniał sobie żonę, i to go oprzytomniło. Odzyskał, przynajmniej w części, panowanie nad sobą i postanowił hamować się w szaleństwie, ażeby żona nie spostrzegła tego odrazu i stopniowo przygotowała się do nieszczęścia.
Żona!... Czyliż nie żona przed pół godziną gromiła go za niedowiarstwo, a gdy on wspomniał o potrzebie jakiegoś znaku ze strony Boga, czyliż nie ona powiedziała, że znaki Boże są straszne i — nie trzeba ich wywoływać?
— Znaki?... Więc to może być znakiem? — powtórzył.
Strach jego powiększył się, choć już nie miał tej upadlającej cechy, jaką posiada obawa możliwego szaleństwa.
— Znak Boży?... Znak Boży?... — szeptał zbielałemi ustami. — Czego znak?... Że trzeba miłować nieprzyjacioły?... Że trzeba czynić dobrze tym, którzy nas pokrzywdzili?... Że... trzeba iść nawet do tego starca i ratować mu wnuka?...
Położył miedzioryt na stole, przykrył go papierami i pobiegłszy do szafy, zaczął prędko wydobywać narzędzia i opatrunki, powtarzając machinalnie: „Sublimat... wata... igły... rurka... tasiemka... tak, tasiemka...“
— Muszę ratować to nieszczęśliwe dziecko, a może razem z niem ocalę i własny rozum!...
Było dopiero kwadrans po dziesiątej, kiedy doktór zadzwonił do najbliższego znajomego sobie felczera.
— Czy może pan asystować mi przy tracheotomji?... — zapytał felczera.
— Choćby pan doktór chciał komu głowę uciąć, a potem ją przyszyć, także będę asystował! — zawołał felczer, odurzony rolą, do której powoływał go znakomity chirurg.


V.

Doktór i felczer łatwo znaleźli mieszkanie starca i jego córki, a zarazem dowiedzieli się, że poszukiwani przez nich lokatorowie są bardzo ubodzy. Stróż domu, otrzymawszy od doktora kilka złotych, otworzył upusty wymowy i objaśnił, że ci państwo zadłużyli się za węgle, za mąkę, za chleb... A ponieważ w dodatku nie płacą nawet za mieszkanie, więc od najbliższego ósmego gospodarz wyrzuci ich z lokalu.
— Powiedz gospodarzowi i sklepikarzowi, że ci państwo wszystko zapłacą — rzekł doktór.
— A wiesz, kto poręcza? — zawołał do stróża felczer. — Największy doktór w Warszawie, któremu tacy jak twój gospodarz nie warci butów czyścić!...
— Niech-no kolega nie będzie taki gorliwy... — upomniał go cierpkim tonem lekarz. — Jutro — zwrócił się do stróża — rachunki tych państwa będą zaspokojone, a tymczasem i wy służcie im, a będziecie wynagrodzeni...
Mówiąc tak, doktór przysłuchiwał się własnym zdaniom, ażeby sprawdzić, o ile są logiczne... Musiał przyznać, że jakkolwiek ich treść jest nowa, jednak niema w niej ani śladu szaleństwa.
Starzec i jego córka zajmowali jeden szczupły pokój na trzeciem piętrze. Wszedłszy tam, doktór spostrzegł, że w mieszkaniu jest zimno, i że ani na kominku, ani na stole nie było widać nawet resztek jakiejkolwiek żywności.
Na jednem łóżku leżał starzec, zasłoniwszy głowę rękoma; na drugim siedziała niegdyś elegancka, dziś zmizerowana kobieta, z sześcioletnim chłopczykiem na ręku. Dziecko miało twarz silnie zaczerwienioną, obrzękłą szyję, trudny oddech i kaszel, przypominający szczekanie. Niekiedy oddech zupełnie ustawał, a wówczas dziecko gwałtownemi ruchami wyciągało ręce do zrozpaczonej matki, lub szarpało na sobie stare ubranko. Można było myśleć, że już kona.
Kiedy doktór, a za nim felczer ukazali się w pokoju, kobieta krzyknęła z radości, a starzec zerwał się, usiadł na łóżku i osłupiałym wzrokiem spoglądał na przybyłych.
— Ojcze... Boże miłosierny... Jaś będzie uratowany!... — mówiła kobieta.
Ale po chwili nowa opanowała ją trwoga:
— Proszę pana, czy koniecznie potrzebna jest operacja?... Bo...
— Leosiu — odezwał się starzec — przecież sama wiesz... sama żądałaś operacji... Widzisz, co się z nim dzieje...
— W takim razie ja będę przy tem... Ja muszę być przy tem... Ja będę go trzymała!... — zawołała z mocą.
— Za pozwoleniem — przerwał doktór, odzyskawszy właściwy mu spokój, który z taką niepokonaną siłą narzucał się chorym i ich otoczeniu. — Czy potrzebna będzie i jaka operacja, o tem dopiero dowiemy się. Tymczasem pani będzie łaskawa dostarczyć nam... gorącego rumianku...
— Nie mam wody gorącej, ani rumianku... —szepnęła kobieta.
— W takim razie uda się pani do stróża, i on tę sprawę ułatwi, a ja przez ten czas zbadam malca.
— Okropny stan!... Prawda, panie?...
— Dla matki — tak, dla lekarza — nie. Przypominam o gorącym rumianku...
Kobieta wybiegła z pokoju, a w tej chwili felczer otworzył wielkie pudło, które z sobą przyniósł, i zaczął z niego wydobywać narzędzia, opatrunki, a nawet butlę wody.
— Panie — rzekł doktór do starca — operacja jest konieczna, i zaraz ją zrobimy...
— Nie zaczeka pan na córkę?...
— Nie sądzę, ażeby nam jej obecność pomogła.
Felczer rozpalił lampkę, zaopatrzoną w reflektor i refraktor, rzucił na stolik kołdrę, złożoną w kilkoro, na to poduszkę, a na nich ostrożnie położył ledwie dyszące dziecko. Widząc to, starzec upadł na swoją nędzną pościel i szlochając, okręcił głowę paltotem.
Tymczasem jego córka zbiegła nadół do stróża, błagając nieśmiało, czy nie mógłby pożyczyć gorącego rumianku — i ręcząc słowem, że gdy jej synek wyzdrowieje, ona zaraz weźmie się do roboty i spłaci wszystkie długi, a najpierwej to, co winna jemu, stróżowi.
Jakież jednak było jej zdziwienie, gdy stróż zdjął przed nią czapkę, poprosił, ażeby z łaski swojej usiadła, i oświadczył, że wszystko zrobi dla niej bezinteresownie, ponieważ pan doktór powiedział, że ich długi w sklepiku i należność za mieszkanie już jutro będą zapłacone.
Mówiąc to, stróż rozdmuchał ogień w kuchence angielskiej i zagotował wodę pierwej, nim jego żona przyniosła z apteki rumianku.
Otrzymawszy gorący rumianek, biedna matka niosła go na górę. Lecz serce zamierało w niej na myśl, że teraz właśnie czeka ją najcięższa próba. Niby to już była zdecydowana na operację, ale w stanowczej chwili uczuła, że opuszcza ją odwaga...
Co pocznie, jeżeli doktór powie, że operacja jest potrzebna?... Dziecko będą zarzynali w jej oczach... Boże litościwy!...
Stanęła na progu i przerażonym wzrokiem obrzuciła pokój. Felczer przy kominku mył ręce, doktór coś oglądał przy bardzo jasnej lampie, jej ojciec, siedząc na łóżku, uśmiechał się bezmyślnie...
A na drugiem łóżku leżał Jaś. Zamiast czerwonej, miał twarz bledziutką i obandażowaną szyję, ale nie rzucał się, wyglądał spokojniej, a nadewszystko — nie dyszał tak strasznie, jak przed jej wyjściem.
— Już żadnej operacji nie będzie potrzeba — odezwał się doktór. — Niewielkie nacięcie zostało zrobione, i prawie mam pewność, że dziecko będzie zdrowe.
Kobieta słuchała odurzona, nie wierząc własnym uszom.
— Mój pomocnik — ciągnął doktór — zostanie tu na noc i on będzie robił opatrunki, nie zaś pani. A gdyby się zdarzyło coś ważnego, o czem wątpię, da mi znać. Jutro zaś pani z ojcem i z dzieckiem przeniesiecie się do lecznicy. Wszyscy potrzebujecie wygód i odpoczynku, jakich w tem mieszkaniu mieć nie można.
— My nie mamy na lecznicę!... — szepnęła kobieta z trwogą, na palcach zbliżając się do dziecka.
— Będziecie państwo mieli i — wszystko zapłacicie sami, z własnych zarobków, tak pani, jak i jej ojciec.
Powiedziawszy to, doktór włożył palto, wsunął czapkę na głowę i szybko wymknął się z pokoju. Ale na schodach ktoś zatrzymał go. Był to starzec. Ukląkł przed lekarzem i płacząc, ucałował mu rękę.


VI.

Czerski prawie wesoło wracał do domu. Nieledwie w ciągu godziny spotkało go kilka nadzwyczajnych zdarzeń, z których, o ile wolno mu sądzić, wyszedł, jeżeli nie zwycięsko, to przynajmniej nienagannie.
Jeżeli zadziwiający wypadek z miedziorytem był halucynacją, to jednak w żadnym razie doktorowi nie groziło obłąkanie. Nietylko bowiem ani na chwilę nie stracił świadomości, ani rozsądku, ale jeszcze wzniósł się na wyższy szczebel moralnego rozwoju, a to nie jest zapowiedzią obłąkania.
A jeżeli zniknięcie wizerunku Chrystusa było „znakiem,“ to i w tym razie nicby mu już grozić nie powinno. Wszakże spełnił rozkaz, czyniąc dobrze tym, którzy go pokrzywdzili...
Mimo tak słusznych rozumowań, doktór w miarę, jak zbliżał się do swego mieszkania, doznawał rosnącego niepokoju.
A jeżeli postać Chrystusa zniknęła z miedziorytu, zniknęła naprawdę, zniknęła nieodwołalnie, to... co wówczas?... Ten straszny miedzioryt musi być ukryty przed żoną, która uważała go za jedną z najdroższych relikwij, musi być ukryty przed Kaziem, który codzień, rano i w wieczór, odmawiał przed obrazem swoje krótkie paciorki. A w takim razie Chrystus zginąłby nietylko dla niego, lecz i dla tych, których najbardziej kocha!...
Doktór otworzył drzwi swego przedpokoju, oddał palto i czapkę służącemu i zebrawszy całą odwagę, stanowczym krokiem wszedł do gabinetu. W tej chwili zdawało mu się, że idzie naprzeciw czegoś, co jest okropniejsze od samej śmierci, że gra niby w cetno i licho o — zbawienie albo o potępienie. Bo czyliż, pomimo wszelkich teoryj i systemów filozoficznych, nie zasługiwałby na tytuł potępieńca człowiek, z którego domu w tak niesłychany sposób usunął się Chrystus?
Doktór zbliżył się do stołu, gorączkowym ruchem odrzucił papiery, okrywające miedzioryt, i spojrzał...
Na skale, okrytej kwiatami, siedział Chrystus i patrzył na uczciwego niedowiarka mądremi a smutnemi oczyma, w których tliły się tajemnice nieskończoności.
Więc On znowu jest tutaj, znowu patrzy, a więc nie wyrzeka się jego domu i nie przestanie zlewać rzewnych błogosławieństw na jego pracę, na jego dobrą żonę i na niewinną głowę dziecka...

22 maja 1899 r.


BAJKA.

Między Pawłem i Gawłem przez szereg lat toczył się proces o majątek. Paweł był to piękny i okazały szlachcic; Gaweł — niezgrabny, lecz silny dorobkiewicz. Paweł miał jedną skrzynię pieniędzy, a drugą odwiecznych dokumentów; Gaweł miał dwie skrzynie pieniędzy i małą kopertę z wekslami Pawła. Nareszcie Paweł wierzył w świętość starych przywilejów i robił, co mógł, ażeby upokorzyć Gawła; Gaweł zaś wierzył, że mieć będzie tylko to, co sobie sam zrobi; robił zaś wszystko, co potrzeba, ażeby zbogacić się i — wygrać proces.
Poza tańcami, ucztami i polowaniami, najmilszem zajęciem Pawła było obmyślać sposoby wywyższenia się nad Gawłem. Gdy Gaweł wybudował sobie dom, Paweł wznosił pałac. Gaweł ubrał swoją służbę w jednakowe sukmany; Paweł natychmiast sprawił swojej czerwoną liberję ze złoconemi guzikami. Gaweł kupił czwórkę kasztanów; Paweł dopóty nie zaznał spokojności, dopóki w stajni nie posiadał ośmiu kasztanów w białe łaty.
W taki sposób, na każdym kroku upokarzając Gawła, Paweł wydał pieniądze, które miał w skrzyni, i jeszcze wystawił sporo weksli, które Gaweł wykupił pocichu.
Gdy wieść o gospodarce Pawła rozeszła się już i w dalszych okolicach, przyjechał do niego stary przyjaciel rodziny i rzekł:
— Mój Pawełku, słyszę, że straciłeś całą gotówkę po ojcu i jeszcze wlazłeś w długi. Daj więc pokój twoim wyścigom z Gawłem, bo każdy wyścig ma tę niedobrą stronę, że można na nim kark skręcić.
Paweł zamyślił się i odparł:
— Aha! Rozumiem i już teraz wiem, co zrobię!...
Lecz gdy dowiedział się, że Gawłowi przybyła trzecia skrzynia z pieniędzmi i druga koperta z jego wekslami, gniew Pawła przerodził się w niepokój, a duma w nienawiść. I postanowił nie ścigać się z Gawłem, ale wprost nawet nie robić tego, co robi Gaweł.
— Niech ludzie nie myślą — mówił do siebie — że między mną, a tym gałganem jest coś wspólnego!...
Gdy więc Gaweł zaczął ulepszać swoją ziemię sztucznemi nawozami, Paweł zapowiedział rządcom, aby nie ważyli się sprowadzać do jego majątków nawet łuta sztucznego nawozu. Gdy Gaweł postawił nowe obory dla bydła i nowe domy dla czeladzi, Paweł kazał trzymać bydło w walących się oborach, a parobkom mieszkać w izbach, które nie miały drzwi i okien. Gdy Gaweł począł u siebie zaprowadzać płodozmian, Paweł nabrał nagle ochoty do trzypolówki i twierdził, że ten jest najlepszy system rolnictwa w warunkach obecnych.
Dzięki takim praktykom, długi Pawła wzrosły, a Gaweł posiadał już trzecią kopertę weksli swojego przeciwnika.
Wówczas do Pawła znowu przyjechał w odwiedziny stary przyjaciel i rzekł:
— Do tej pory, mój Pawle, przypuszczałem, że nie masz doświadczenia, ale dziś widzę, że ty nie masz rozsądku...
— A to znowu co?... — oburzył się Paweł.
— Tylko zastanów się — mówił stary przyjaciel. — Przez szereg lat chciałeś Gawła upokorzyć wydatkami na rzeczy zbytkowne i nadszarpnąłeś majątek. Dziś znowu, przez ślepą nienawiść rzuciłeś się w drugą ostateczność i nie chcesz robić nic z tego, co on robi, choćby to było najlepsze; no — i rujnujesz swój majątek doreszty...
— A jakżeby pan poczynał sobie z tym gałganem, będąc na mojem miejscu?... — zapytał nieco skruszony Paweł.
— Przedewszystkiem, nie zajmowałbym się Gawłem — odparł przyjaciel — i robiłbym nie jemu na złość, ale sobie na pożytek. Owszem, naśladowałbym go w rzeczach dla mnie korzystnych, i nawet nie wahałbym się przyznawać mu pierwszeństwa, o ile naprawdę zrobiłby coś lepiej ode mnie...
Paweł zamyślił się i odparł:
— Aha!... Teraz już wiem, co zrobię!
Ale nie zrobił nic, ponieważ Gaweł, zebrawszy dostateczną ilość jego weksli, uzyskał wyrok sądowy i przy pomocy komorników wyrzucił Pawła z majątku.

Niedaleko zajdzie kulawy rozsądek, chociażby pycha z nienawiścią prowadziły go pod ręce.


OPOWIADANIE LEKARZA.

Kilkanaście lat temu, garstka „inteligentnych“ warszawian zbierała się w pewnej cukierni. Schodziliśmy się nad wieczorem, pijaliśmy kawę i herbatę, jadaliśmy ciastka i lody, i naturalnie, rozmawialiśmy o wypadkach bieżących. Zebrania te nazywały się „giełdą“, albowiem prawie każdy uczestnik przynosił z sobą nowiny i sprzedawał je towarzyszom — za inne nowiny, takiej samej wartości.
— Słyszeliście, że A. przegrał w karty trzy tysiące rubli i nie zapłacił?
— A czy wiecie, że B. zeszedł pana C. na bardzo czułej rozmowie ze swoją żoną?...
— Stare dzieje!... Ciekawe jest to, że pana E. przydybano na kasowych nadużyciach i będzie proces...
Nowin tych, między innymi, słuchał zazwyczaj milczący lekarz, nazwijmy go — Steckim. Spokojnie oglądał ilustracje i nagle wybuchnął krótkim śmiechem.
„Giełdziarze“ umilkli, a jeden z nich, może dotknięty śmiechem, zapytał:
— Cóż się to stało doktorowi?...
— Przypomniałem sobie pewne zdarzenie — odparł Stecki i w dalszym ciągu oglądał drzeworyty.
Śmiech jego zmroził towarzystwo. Przestano opowiadać sobie „wiadomości giełdowe“, a poczęto rozmawiać o pogodzie. Wreszcie ten i ów podniósł się z krzesła, a po upływie kilku minut zostaliśmy tylko we dwu: Stecki i ja.
— Przejdźmy się po ogrodzie — rzekł lekarz.
A gdy znaleźliśmy się w alei, dodał:
— My tu jednak nieźle oporządzamy bliźnich!... Gdyby opinje miały moc urzeczywistniania się, jedna połowa naszych znajomych musiałaby iść do kryminału, druga do grobu.
— Chyba zanadto pesymistycznie sądzisz pan nasze... zamiłowanie nowin. Prawda, że niekiedy powtarzamy niemożliwe i nawet ohydne pogłoski, ale robimy to w sposób tak oględny, tak nieledwie serdeczny, że chyba nikomu nie wyrządzamy krzywdy. Przypomnij pan sobie choćby dzisiejsze anegdoty. Wprawdzie jeden mówił, że E. przyłapano na kradzieży, ale ktoś drugi zaraz temu zaprzeczył, a trzeci, wspominając o romansie pani B. z panem C., nie omieszkał dodać, że wiadomość ta robi wrażenie plotki.
— A jednak bywają nieszczęśliwi, których zabija plotka, nawet opowiedziana z poprawkami i zastrzeżeniami — odparł zamyślony lekarz.
— Znał pan takiego nieszczęśliwca?... — spytałem.
— Prawie że znałem — odpowiedział i po chwili zaczął historję, którą tu wiernie powtarzam.

Z małych przyczyn niekiedy rodzą się duże skutki. W marcu 187. roku, jako student piątego kursu medycyny, biegłem do szpitala, ażeby dowiedzieć się o rezultacie analizy, zrobionej dla jednego z moich chorych.
Powtarzam: biegłem do szpitala, gdyż właśnie, podczas mojej wędrówki, ustępująca zima wysypywała resztę śniegu, w postaci mokrych płatów, padających tak gęsto, że przechodnie robili się podobnymi do białych niedźwiedzi. Gdyby nie ten śnieg, szedłbym znacznie wolniej, spóźniłbym się o parę minut i nie spotkałbym, w szpitalnej sieni, rzadko widywanego kolegi, zwanego Parmezanem, ponieważ chwalił się raz, że jego dziadek należał do farmazonów. Parmezan, przy pomocy szwajcara, oczyszczał swój wiotki paltocik ze śniegu, wołając melodramatycznym głosem:
— Miljon szkarlatyn i tyfusów!... Nie dość, że przemoczyłem nogi, ale jeszcze wpadła mi za kołnierz grudka śniegu. Brrr!...
Błysnął żółtawemi oczyma, otrząsnął się, i poszliśmy razem na korytarz, właśnie w chwili, kiedy po zawiei grudniowej w wysokich oknach szpitala ukazało się słońce, prawie majowe.
— No, spojrzyj kolega — zawołał Parmezan — czy to podłe słońce nie mogło wystąpić przed dziesięciu minutami?...
Znowu otrząsnął się i tak energicznie tupnął w podłogę, że w korytarzu odpowiedziało dźwięczne echo. Na ten odgłos uchyliły się najbliższe drzwi, i usłyszeliśmy upomnienie:
— Cicho tam!... w szynku jesteście, czy w stajni?...
Jednocześnie ukazał się nasz gromiciel. Był to kolega, z powodu swojej figury przezwany Basetlą. Spostrzegłszy nas, zamknął drzwi i rzekł prawie szeptem:
— Ach, to wy!... Wielki los wygraliście!... Pokażę wam tak piękny okaz suchotnika, że bez preparowania można go umieścić w gabinecie osteologicznym... Skóra i kości... Niech pęknę, jeżeli kiedy widziałem coś podobnego!...
— Cóżto za jeden?... — spytałem zaciekawiony.
— Wyobraźcie sobie, że jest to kolega medyk, z drugiego kursu. Odludek, pesymista, ale co za wściekła energja w tym facecie! Jeszcze tydzień temu chodził na własnych nogach i udzielał marnie płatnych korepetycyj. (Winszuję uczniom i ich rodzicom!) A kiedy nareszcie legł w barłogu, nikomu nie dał znać, że jest chory. Dopiero stróżka zawiadomiła rządcę domu, rządca policję, policja uniwersytet, no i dostaliśmy go tutaj, wątpię jednak, czy na dłużej niż tydzień. Dlatego radzę wam nasycić oczy widokiem jego szkieletu, dopóki jest w akcji...
Jak on się nazywa?... — zapytał skrzywiony Parmezan.
— Szwarckopf... Szwarcman... czy coś w tym rodzaju. Zresztą nie pamiętam! — odparł Basetla.
— Chyba zobaczmy go?... — odezwałem się do Parmezana.
— Jak chcesz — odparł, nie okazując ciekawości.
Weszliśmy. Chory nie leżał na ogólnej sali, lecz w pokoju oddzielnym. Ponieważ słońce znowu zgasło i śnieg zaczął padać, więc nie bez trudności dojrzałem na łóżku pacjenta. Wyglądał na człowieka dwudziestokilkuletniego, miał rude włosy, rudy zarost i ciemne głębokie oczy.
Basetla zbliżył się do niego i zaczął mówić:
— Nasz chory kolega wyobraża sobie, że ma wadę serca. Słuchałem go, ale nic nie znalazłem. Zbadajcie wy, może który co odkryje, choć jestem pewien, że tam nic niema. Kolega zdaje się być trochę zagłodzony, i w tem tkwi źródło choroby; musiał za często praktykować posty, choć jest, Boże odpuść, kalwinem.
— Musi tam jednak być jakiś nieporządek w sercu — odezwał się chory stłumionym głosem. — Czuję to po pulsie, który jest za prędki i nieregularny.
„Szczęśliwe złudzenia!“ — pomyślałem, widząc, że tego biedaka chyba już nic nie uratuje.
— A teraz przekonamy się, co znajdą koledzy — rzekł Basetla. — Poznajcież się... kolega Parmezan...
Usłyszawszy nazwisko, chory rzucił się w łóżku i usiadł. Istotnie był przerażająco chudy. Utkwił oczy w Parmezanie i zawołał chrapliwym głosem:
— Musisz pan być kontent, co?... Jesteś bodaj że na piątym kursie, a ja nie mogę wygrzebać się na trzeci.
— Ależ kolego... ja nic... — szepnął, jakby tłomacząc się, Parmezan.
— Niechże się to raz skończy!... — krzyczał chory. — Słuchajcie, panowie — zwrócił się do nas. — Słuchajcie... Jak Boga kocham... daję słowo honoru, że tamtego jabłka nie chciałem schować, tylko poprawiłem je na koszyku, ażeby nie spadło...
— Ależ kolego... nikt o tem nie mówił... nikt nawet nie myślał!... — jąkał bardzo zmieszany Parmezan.
— Prześladowaliście mnie wszyscy... Przez was straciłem dwa lata, przez was musiałem uczyć największych osłów i biedaków!... — mruknął chory i upadł na poduszkę.
Po chwili zaczął szeptać:
— A mimo to skończę medycynę, choćbyście na łbach stawali!... Zresztą już zmienił się mój los. Już nie będę korepetytorem... Będę mieszkał w szpitalu... będę czytał kursa...
Nagle ukrył głowę pod kołdrę, z czego korzystając, wymknęliśmy się, naprzód Parmezan, ja po nim, a za nami Basetla.
— Cóżto znaczy?... Co znowu za jabłka?... — pytał Basetla.
Ale Parmezan machnął ręką i uciekł na salę gorączkową, gdzie miał pacjenta. Poszedłem i ja w stronę laboratorjum, a Basetla na pożegnanie przypomniał sobie, że jego chory nie nazywa się Szwarckopf, lecz Eisenfeder.
W kilka dni dowiedziałem się, że Eisenfeder stracił wzrok, a następnie, że umarł. Przez ten czas Parmezan nie pokazywał się, ale po pogrzebie zmarłego, zaprosił mnie i Basetlę na piwo. Gdyśmy się zebrali w piwiarni, w domu Rezlera, Basetla odezwał się:
— Aczkolwiek nie mam ducha proroczego, lecz gotów jestem założyć się, że Parmezan uprzyjemni nam wieczór jakąś niezwykłą historją o zmarłym Eisenfederze... Musiałeś ty, owczy serku, zmalować tęgie świństwo, jeżeli zapraszasz nas na kolację, przypuszczam, że za pokutę!
— Niech cię djabli porwą, żeś nas zwabił do tamtego pokoju i w dodatku zapomniałeś nazwiska Eisenfedera!... — wybuchnął Parmezan, uderzając kuflem w stół. — Twoje gapiostwo zatruło mi cały tydzień.
— Uważacie, jak się rozwija ten Twarożek! — odpowiedział Basetla. — Jednem uderzeniem kufla o stół załatwia dwa interesy: wyładowuje swoją wściekłość na mnie i daje znać kelnerce, ażeby przyszła. No, ponieważ usłyszymy jakąś bardzo wzruszającą historję, więc pozwolicie, ażebym przedewszystkiem coś zamówił. Panienko!... proszę pieczeni wołowej z kapustą i kartoflami, za dusze zmarłe... A płaci ten pokutnik... — dodał, wskazując na Parmezana.
— Dla ciebie niema nic świętego!... — syknął Parmezan. — Proszę o schab z kartoflami bez kapusty...
Ja zamówiłem także schab, a kiedy skończyliśmy naszą niewykwintną ucztę, Parmezan oparł łokcie na stole, brodę na ręku i westchnął:
— Niema co mówić, udawało mi się z tym nieborakiem Eisenfederem! Ale zacznę od początku.
— Byle nie od początku świata — wtrącił Basetla, wykłuwając zęby.
Parmezan błysnął w jego stronę żółtawem okiem i prawił:
— Jak wiecie, ukończyłem gimnazjum w mieście X...
— No... no... tylko bez przechwałek! — wtrącił Basetla.
Parmezan ze wzgardą ruszył ramionami i mówił dalej:
— W mieście X., oprócz gimnazjum, znajdowała się czteroklasowa szkoła realna, a kiedy ja chodziłem do pierwszej klasy gimnazjalnej, Eisenfeder uczęszczał do pierwszej klasy realnej. Był on synem rymarza, o czem wiem, gdyż jakiś czas mieszkaliśmy w tym samym domu. Znaliśmy się jednak zdaleka i nie rozmawialiśmy z sobą, ponieważ gimnazjalistom nie wypadało wdawać się z „olejarzami.“ Tak nazywaliśmy realistów.
W jesieni roku 186., w mieście X. urządzono wystawę rolniczą, z próbami machin i wyścigami. Próby i wyścigi odbywały się, dajmy na to, za rogatką wschodnią, machiny stały przy rogatce zachodniej, obok koszar, zaś okazy zbóż, ogrodowin i owoców pomieszczono w sali popisowej naszego gimnazjum.
Był to początek roku szkolnego, więc miałem dosyć czasu i codzień zwiedzałem wszystkie części wystawy. Przypatrywałem się próbom pługów, siewników i bron nowego typu za rogatkami wschodniemi; potem biegłem do koszar, ażeby po raz dziesiąty i piętnasty oglądać młynki, sieczkarnie i rozmaite machiny, których znaczenia nawet domyślić się nie mogłem. Zaś na ukoronowanie moich agronomicznych uciech łaziłem do sali gimnazjalnej, ażeby tam podziwiać olbrzymie buraki, marchew, kalafjory i kapustę.
Nie potrzebuję dodawać, że największą popularnością cieszyły się okazy istotnie pięknych owoców, między któremi wyróżniał się koszyk jabłek ciemno-amarantowej barwy. Muszę też nadmienić, z przykrością, że codzień, pomimo dozoru, ginął jakiś owoc. Pokazuje się, że...
— Że zakazane owoce smakują najlepiej — wtrącił Basetla. — Już znamy ten głęboki aforyzm!...
— Radzę ci wynajmować swój język do prania bielizny, zamiast kijanki!... — burknął Parmezan i odetchnąwszy, mówił dalej:
— Pewnego dnia, kiedy znowu szedłem do gimnazjum, rozumie się, nie na lekcje, tylko na wystawę, zobaczyłem przed szkołą zbiegowisko. Tłum, ciągle rosnący, kotłował się u drzwi głównych, w których policjant (czarny mundur z czerwonym kołnierzem, na głowie pikielhauba, przez ramię szabla na szerokim pasie), trzymał za rękę jakiegoś chłopca w ubraniu cywilnem.
W pierwszej chwili nie mogłem poznać twarzy, chłopak bowiem zasłaniał się drugą ręką, trzęsąc się i płacząc tak rzewnie, że łzy wypływały mu z pomiędzy palców. Ale gdy zbliżył się jakiś pan, z zapytaniem: „Co się stało?...“ — policjant oderwał chłopcu rękę od twarzy, a wówczas... poznałem Eisenfedera!
— „Kradł jabłka na wystawie, proszę wielmożnego pana, więc kazali zaprowadzić go do ratusza“ — objaśnił policjant.
— „Jak mamę kocham... jak Bozię kocham... nie brałem jabłek!... — krzyczał chłopak, bijąc się w piersi. — Ja chciałem tylko poprawić jabłko, żeby nie spadło, a pan Mateusz, woźny, powiedział, że kradłem...“
Owym jegomością, który zatrzymał policjanta, był czcigodny D., nauczyciel matematyki, a zarazem inspektor szkoły realnej. Rozmówił się z obecnym przy awanturze członkiem zarządu wystawy i Eisenfedera uwolnił z rąk policjanta.
— „Możesz iść do domu“ — rzekł D.
Ale chłopak nie ruszył się z miejsca. Oparł się o ścianę i zasłoniwszy twarz obu rękoma, płakał, że się serce krajało, i powtarzał:
— „Ja nie brałem... ja tylko chciałem poprawić jabłko. To pan Mateusz, który kłóci się z moimi rodzicami, przez zemstę nazwał mnie... O mój Boże!...“
Zacny nauczyciel pogłaskał chłopca i odprowadziwszy go na bok, rzekł:
— „Uspokój się Eisenfeder i idź do domu... Ja ci wierzę i mam nadzieję, że do jutra wyjaśni się nieporozumienie.“
Istotnie, sprawa wyjaśniła się o tyle, że znaleziono kilka osób, które widziały, iż Eisenfeder tylko dotknął jabłka, leżącego na szczycie grupy, ale bynajmniej nie chował go do kieszeni.
— Dramat zakończony sielanką!... — rzekł Basetla.
— Zobaczysz, jaka to ładna sielanka — ciągnął Parmezan. — Zapominasz, że na aresztowanie Eisenfedera patrzało kilkanaście osób, i że chłopak miał kolegów, drugoklasistów. Dzieci zaś, jak wiadomo, niekiedy odznaczają się tygrysiemi instynktami...
— I nie dzieci!... — wtrącił Basetla.
— Eisenfeder był usprawiedliwiony wobec władzy szkolnej, ale nie zdołał przejednać kolegów, którzy, dla miłości sztuki dokuczania, używali na nim ile wlazło. Z całego szeregu prześladowań, jakim ulegał, najmniejszemi były dwa przezwiska: „wystawca“ i „jabłecznik...“ Niech tylko Eisenfeder nie ustąpił komu z drogi, albo nie zrobił czego żądano, wnet „obrażony“ kolega rzucał słówko: „wystawca“ albo „jabłecznik“ i — miał zupełną satysfakcję. Eisenfeder czerwienił się, cofał, a niekiedy rzucał się na ławkę i oparłszy głowę na ręku, płakał... To też niewielu „kolegów“ odmawiało sobie uciechy pobudzania do łez Eisenfedera. Nikczemność lubi triumfować nad niedolą.
W rezultacie Eisenfeder musiał usunąć się ze szkoły i dopiero po upływie dwu lat wstąpił do trzeciej klasy. Ja tymczasem doszedłem do czwartej, piątej. Eisenfeder przeniósł się do gimnazjum, gdzie niekiedy spotykaliśmy się na korytarzu. Czy wiedział, że byłem świadkiem jego aresztowania?... nie jestem pewien. W każdym razie, spotkawszy się ze mną, rumienił się i spuszczał oczy.
Skończywszy gimnazjum, zapisałem się do Szkoły Głównej, przeszedłem na drugi kurs medycyny i znowu spotkałem Eisenfedera, będącego na pierwszym kursie. W tej epoce naszego koleżeństwa zdarzyły się dwa wypadki, o których zawsze myślę z żalem, chociaż nic nie byłem winien.
Pewnego dnia zetknęliśmy się w prosektorjum; ja, już nie pamiętam z kim, preparowałem nogę, a Eisenfeder przy drugim stole obrabiał głowę. Wtem, licho wie z jakiej racji, przyszedł mi koncept zapytać mego towarzysza: czy był na wystawie sztuk pięknych?... Eisenfeder, który widocznie usłyszał tylko wyraz: „wystawa“, nagle zaczerwienił się i zwróciwszy się do mnie z zakrwawionym skalpelem, zapytał: O jakiej to „wystawie“ pan mówi?...
Na moje szczęście odpowiedziałem naturalnym głosem:
— No, o wystawie Zachęty. Nie słyszałeś pan?...
Eisenfeder popatrzył na mnie ze złością i napowrót wziął się do roboty. Ja zaś przypomniałem sobie jego wystawową awanturę i struchlałem, pomyślawszy, że ten człowiek mógł posądzić mnie o zamiar szykanowania go...
Drugi raz zdarzyło się gorzej. Spotkałem Eisenfedera na obiedzie, wiecie, u Janowej. Djabli nadali, że usiadł przy mnie Jeżoźwierz, który po czarnej kawie wydobył z kieszeni kilka jabłek amarantowego koloru i zaczął niemi częstować naprzód mnie, potem Eisenfedera.
— Jedz kolego — mówił — to bardzo zdrowe po obiedzie...
Co za głupi koncept i skąd mu przyszedł do łba! Eisenfeder na widok owocu, który zapewne przypomniał mu wystawę rolniczą w X., zerwał się od stołu, spojrzał na mnie oczyma pełnemi łez i zapłaciwszy Janowej za obiad, wyszedł. W kilka zaś dni dowiedziałem się, że wziął urlop i wyjechał na wieś, na guwernerkę. Było mi wściekle przykro, ponieważ jestem pewny, że posądzał mnie o opowiadanie jego nieszczęścia na wystawie.
Tu Parmezan umilkł i napił się piwa. Po chwili zapytał go Basetla:
— Więc, według twojej hipotezy, Parmezanku, Eisenfeder dlatego wyjechał na guwernerkę, że Jeżoźwierz poczęstował go bardzo czerwonemi jabłkami?... A czy wypadkiem, ty, filantrop, czy wypadkiem nie opowiedziałeś komu jego niemiłej historji?...
Parmezan zmieszał się...
— Czy ja pamiętam?... Może i opowiedziałem coś Jeżoźwierzowi, ale... pod największym sekretem i nigdy w tym sensie, że Eisenfeder kradł jabłka, tylko że spotkało go takie dziwne zdarzenie.
— Tak... tak!... musiałeś coś, Twarożku, chlapnąć językiem, naturalnie pod największym sekretem, o Eisenfederze, a zaraz powiem ci dlaczego. Pamiętam, w tej chwili przypomniałem sobie, że w roku, kiedy Szkołę Główną zamieniono na uniwersytet, rozeszła się, pod największym sekretem, pogłoska o jakimś medyku drugokursiście, który w gimnazjum kradł jabłka, a później zegarki. Ludzie nietylko powtarzali twoje słowa, ale jeszcze awansowali bursza na kompletnego złodzieja!... Toteż nie dziwię się, że wówczas wyjechał na guwernerkę, a później unikał kochanych bliźnich jak psów wściekłych... Za twoje zdrowie, Parmezanku!...
Basetla wypił kufel piwa, a Parmezan tłomaczył się bardzo strapiony:
— To nie może być!... Ja nic podobnego nie mówiłem o Eisenfederze... Ja go nawet broniłem...
— Tylko już mnie nigdy nie broń w ten sposób!... — szydził Basetla.

Stecki przerwał opowiadanie, zatrzymał się w alei i po dłuższej pauzie dodał:
— Na świecie robi się tak, że jedni powtarzają plotkę, choćby o niewinnym, inni bronią oskarżonego, rozumie się, specjalnym stylem, wszyscy zaś razem budują stos, na którym opala się mocniejszy, a ginie słabszy.
— A jakie zapisałby pan lekarstwo na tę chorobę?... — spytałem.

— Przez kilka lat mieszkałem zagranicą — odpowiedział Stecki — i doszedłem do następującego wniosku. Inteligentny Niemiec lub Francuz, znalazłszy się w towarzystwie równie inteligentnych ludzi, rozmawia o ważnych kwestjach: naukowych, religijnych, społecznych, a choćby i artystycznych. Zaś my lubimy przedewszystkiem zajmować się osobami i powtarzanemi o nich pogłoskami, choćby za grosz nie miały prawdy, ani sensu. Skutek jest ten, że Francuz albo Niemiec kształci się w towarzystwie, a my psujemy się i krzywdzimy innych, dzięki czemu każdy z nas ma duszę pełną ukłuć, dopóki nie zabliźni ich pogarda.


WOJNA I PRACA.
I.

Gdzieś na oceanie Spokojnym leży wyspa owalnego kształtu, długa na dwieście, szeroka na sto kilometrów. Pasmo gór dzieli ją na dwie nierówne części, południową i północną. Część północna, najeżona dzikiemi skałami, miała niegdyś grunta jałowe albo bagniste, ubogą roślinność, dużo zwierząt drapieżnych i jadowitych gadów, a powietrze nasycone wilgocią, wśród której wałęsały się niebezpieczne gorączki. Zato część południowa wyspy miała prawo nazywać się rajem ziemskim.
Była to miejscowość poprzecinana mnóstwem rzeczułek, ozdobiona wzgórzami i dolinami, nad któremi unosi się wieczna wiosna. Niby w ogrodzie botanicznym żyje tam wiele tysięcy roślin, które dostarczają drzewa na budowle, włókien na tkaniny, barwników, lekarstw, pachnideł, a nadewszystko materjałów pokarmowych. Trudno byłoby policzyć wszystkie odmiany jagód, orzechów, owoców, przypominających jabłka lub ananasy, daktyle i słodkie kasztany. Samych roślin, wydających mączkę, istnieje około trzydziestu gatunków.
Mniej obfitym jest świat zwierzęcy. W każdym razie znajduje się tyle jeleni, zajęcy, owiec, a dalej — bażantów, kuropatw, gęsi i kaczek, nareszcie — pstrągów i łososi, że mieszkańcy tamtejsi na brak mięsa nie mogli narzekać.
Północną, ubogą, część wyspy zamieszkiwał naród dziki. Byli to ludzie czarni, nędzni, o niskich czołach, grubych wargach i nozdrzach zwierzęcych; mieszkali w jaskiniach albo szałasach z gałęzi, utrzymywali się z myśliwstwa i rybołówstwa, a wymierali albo z głodu, albo z gorączek. Niegdyś zaludniali całą wyspę, ale przed kilkoma wiekami napadnięci przez inny, silniejszy naród, zostali częścią wytępieni, częścią wygnani do północnych okolic.
Od tego czasu południową stronę zajęli triumfujący najezdnicy. Był to lud barwy bronzowej, odznaczający się piękną postawą i niezwykłemi zdolnościami. Dzielił on się na dwie kasty: Majungów i Androwanów, czyli panów i podwładnych. Panowie mieli cerę jaśniejszą i greckie rysy twarzy; podwładni mieli fizjognomje pospolitsze, wyższy wzrost i silniejsze muskuły. Oni to zajmowali się uprawą jarzyn, hodowlą drzew owocowych i roślin mącznych; oni polowali na zwierzynę, tkali i szyli odzież, budowali domy, wyrabiali naczynia i sprzęty; oni trudnili się handlem i przenoszeniem towarów.
Na panach ciążył jeden tylko obowiązek: walczenia z nieprzyjaciółmi. Ale ponieważ nieprzyjaciół nie było na wyspie, więc panowie musieli w inny sposób zużywać swoje siły. W tym celu za każdą odmianą księżyca wykonywali wspaniałe tańce wojenne, a w dnie zwykłe uczyli się grać na arfie i flecie, układali poematy na cześć bohaterskich przodków, albo z różnokolorowych piórek czy kamyków układali obrazy, przedstawiające znakomitsze wypadki dziejowe.
Były to niepospolite wydarzenia: walki z olbrzymami, tępienie smoków, oswabadzanie pięknych księżniczek z rąk czarodziejów... W hołdach składanych przodkom każde pokolenie starało się wyścignąć poprzedników, dzięki czemu liczba bohaterów mnożyła się tak, że trudno było zapamiętać ich nazwisk, olbrzymy stawały się coraz ogromniejsze, czarownicy coraz brzydsi, a smoki miewały coraz większą ilość głów.
Muzyka, tańce, malowanie i opiewanie chwały przodków, tak zapełniały czas Majungom, że żaden z nich nietylko nie chciał, ale nawet nie potrafiłby sam zerwać owocu z drzewa, sam nakryć do stołu, a choćby przynieść sobie wody ze źródła. Majungowie tak pogardzali pracą, że jeden z najpopularniejszych poematów był poświęcony bohaterowi, który podróżując, umarł z głodu przy koszu pełnym jadła, ponieważ służący zabłąkał się w drodze i nie mógł swemu panu pokrajać ani podać na tacy mięsiwa i chleba.
Między Majungami, od czasu do czasu zjawiali się mędrcy, których niepokoiło to lekceważenie pracy przez kastę panów.
— Postacie wasze — mówili do Majungów — są drobniejsze, nogi cieńsze, a ręce słabsze, aniżeli u waszych podwładnych, u Androwanów. A ponieważ jest was mniej, aniżeli ich, więc może nadejść chwila, że Androwanowie nie zechcą spełniać waszych rozkazów, przestaną wam dostarczać miodowych placków i papuzich języków, a nawet, kto wie, czy nie ośmielą się wypędzić was z bambusowych dworców i ubierać się w wasze szaty, którym tęcza zazdrości kolorów.
Ale Majungowie śmieli się z tych przepowiedni i odpowiadali mędrcom:
— Wasza mowa podobna jest do krakania cuchnących kruków, więc lepiej zamilknijcie, ażeby nie usłyszał was jaki Androwan i mniej dbałem wypełnianiem swoich obowiązków nie naraził się na nasze gniewy... Prawdziwy Majunga nie potrzebuje mieć grubych rąk i wielkiej tuszy, tylko pogardę dla śmierci... Nie pięścią bowiem, ale odwagą sławni przodkowie nasi zwalczali dwunastogłowe smoki i olbrzymów wyższych od palmowego drzewa.
Istotnie, najpierwszą cnotą u Majungów była odwaga. Kto między nimi splamił się tchórzostwem, był nietylko wyłączony z kasty, ale wyklęty i wypędzony do kraju bagien, jak to czyniono ze złodziejami i mordercami.
Dla podtrzymania w sobie wielkiej cnoty — odwagi, Majungowie cztery razy na rok urządzali igrzyska, podczas których młodzież i starsi, w obliczu dam, popisywali się tańcami, muzyką i hymnami na cześć bohaterskich przodków. Damy sądziły popisujących się. Kto miał największą liczbę głosów, dostawał z rąk najpiękniejszej wieniec róż. Ale kto za swój taniec, grę na arfie lub poemat otrzymał najmniej głosów, ten, według zasad honoru, powinien był odebrać sobie życie. Nie mogąc być wielkim artystą, zostawał przynajmniej bohaterem drugiej klasy.
Do tytułu bohatera pierwszej klasy miał prawo tylko ten młodzian, który otrzymawszy na igrzyskach różany wieniec i mogąc pojąć w małżeństwo najpiękniejszą dziewicę, wyrzekał się sławy, wyrzekał się miłości i dobrowolnie umierał. Takim stawiano nagrobki w miejscach publicznych i na ich cześć wyśpiewywano poematy.
Straszliwe igrzyska miały na celu rozbudzać w Majungach pogardę dla śmierci. Zabawom tym namiętnie przypatrywali się Androwani, robili wielkie zakłady na rachunek domniemanych zwycięzców i burzliwie oklaskiwali konających bohaterów. Zabawy te podtrzymywały w nich cześć dla Majungów i utwierdzały w posłuszeństwie. A jeżeli kapryśny pan dokuczył kiedy podwładnemu, Androwan pocieszał się myślą:
— Kto wie, może ten poczciwiec na następnych igrzyskach poderżnie sobie gardło?... W takim razie wszyscy będą pokazywali palcami na mnie, jego sługę, i będą wymawiali moje imię!... Dla takiej sławy warto znosić pańskie fantazje.
Mimo to, znowu znalazł się jakiś mądry Majunga, który mówił do swoich:
— Niewątpliwie piękną jest rzeczą rozpruć sobie brzuch w miejscu publicznem; ja jednak wolałbym, ażebyście umieli nietylko sami krajać, ale nawet piec miodowe placki i gotować papuzie języki.
Wyśmiano go.


II.

Pewnego dnia zdarzył się na wyspie wypadek niesłychany: zerwała się burza, całą dobę padał śnieg, a w rzeczułkach zamarzła woda.
Przez kilka pierwszych godzin Androwanowie jak opętani biegali po ulicach, ryczeli ze strachu, padali na ziemię i tarzali się w piekącym śniegu. Ale Majungowie nie stracili przytomności: odezwały się bojowe trąbki i wszyscy potomkowie bohaterów, jak jeden mąż, zebrali się na ogromnym placu igrzysk. Tam uchwalono, że położenie jest niebezpieczne i że trzeba ratować społeczność. Więc naprzód z największą precyzją odtańczono aż dwa tańce wojenne, następnie odśpiewano hymn na cześć bohatera Nizafy, który pokonał największego olbrzyma, potem na cześć przodka Rakoto, który uciął największą liczbę głów smokowi, wreszcie przypomniano zasługi nieśmiertelnego Sekoli, który najpiękniejszą księżniczkę wydarł z rąk najszkaradniejszego czarodzieja. A ponieważ wiatr dął i śnieg padał w dalszym ciągu, więc kilku najznakomitszych harfistów i flecistów odegrało poważny utwór muzyczny, dwu poetów skomponowało dość zresztą słabe poematy przeciw burzy, a nareszcie kilku bohaterów dokonało aktu poświęcenia się dla ogólnego dobra i własnoręcznie pozabijało się mieczami.
Lecz i teraz śnieg padać nie przestawał. Bohaterscy Majungowie przemarzli wrócili do bambusowych pałaców, a zatrwożeni w pierwszej chwili Androwanowie poczęli odzyskiwać zimną krew. Zapalili ogniska, odzieli się we wszystkie szaty, jakie kto posiadał, dobrze podjedli, napili się wina...
Po upływie doby śnieg przestał padać, ku wieczorowi stopniał, temperatura podniosła się. Wtedy Androwanowie opuścili ciepłe chaty i ostrożnie zaczęli oglądać się po okolicy.
Klęska była straszna. Wszystkie jarzyny i większa część drzew owocowych przemarzły; pola były zasłane trupami sarn, zajęcy i ptactwa, a ocalały tylko niektóre jadalne korzenie i rośliny, dostarczające mąki.
Androwani, zmiarkowawszy, że będzie głód, natychmiast wzięli się do zbierania i starannego ukrywania materjałów spożywczych. Każdy z nich miał żonę, dzieci, niekiedy rodziców, liczył tylko na własną pracę, więc chował, co mógł. A tymczasem Majungowie nietylko od dwóch dni nie byli obsługiwani, ale nawet nic nie jedli i nie oglądali swoich podwładnych, zajętych ubezpieczaniem własnych rodzin. Jaki taki przypominał sobie legendę o bohaterskim Manitru, który wolał umrzeć z głodu, aniżeli sam krajać sobie chleb i mięso, wnet jednak spostrzegł, że łatwiej jest śpiewać, a nawet tworzyć bohaterskie poematy, aniżeli obywać się bez żywności.
Niektórzy roztropniejsi, nie mogąc doczekać się podwładnych, zaczęli sami zbierać przemarzłe i napół zgniłe owoce; inni jednak nie zapomnieli o swojej godności. Naprzykład pan Sarahol wezwał podwładnego Banona i krzyknął z gniewem:
— Gdzie ty siedzisz, hultaju, kiedy ja od dwu dni jestem głodny?...
— Pilnuję dzieci, które pochorowały się z zimna...
— Dam ja tobie dzieci! Przynieś mi zaraz miodowy placek, bażanta i dzbanek wina.
— Niema placka, niema bażantów, niema wina — odparł Banon, rozkładając ręce.
— Więc przynieś mi, co masz.
— Nic nie mam — szepnął podwładny.
Pan Sarahol schwycił za miecz i począł gonić uciekającego Banona. Nieszczęściem na drodze ukazała się Banonowa, która, chcąc ratować męża, rzuciła się na pana. Sarahol zrobił nieostrożny ruch mieczem i ranił kobietę, a po chwili sam upadł. Powalił go Banon, wrzeszcząc wniebogłosy:
— Mordują nasze kobiety!... mordują matki naszych dzieci!...


III.

W taki sposób zaczęła się między Majungami a Androwanami okrutna wojna domowa; wywołał ją jeden mroźny wicher, a jej najwyższym celem był kawałek zepsutego mięsa, albo woreczek kartofli. Dla kawałka mięsa i garści kartofli mordowano się pojedyńczo i kupami, ucinano ludziom ręce, nogi i głowy, miażdżono kości, rozpruwano brzuchy, przebijano piersi, palono całe rodziny etc. Nad sągami trupów i kałużami krwi unosił się głód, który uzuchwalał Androwanów, rozbestwiał ich kobiety, wycieńczał Majungów, a ich piękne żony i córki popychał do samobójstw.
W rezultacie po dziesięciodniowej walce, w której padło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, Majungowie, pomimo bohaterstwa, musieli cofnąć się za góry, do przeklętego kraju bagien.
Tam znowu trapił ich głód, dla którego odpędzenia trzeba było jadać korzonki, gady i szczury. W tej nędzy zwołano wielką radę, na której zabrał i głos jeden z mędrców.
— Korzonki — mówił — nie na długo nam wystarczą, a nieczyste mięso zatruje naszą krew. Musimy więc osuszać bagna, a nowe grunta obsiać użytecznemi roślinami.
Słuchacze nie dali mu dokończyć, a jeden z przywódców zawołał:
— Trzeba być szaleńcem albo zdrajcą, ażeby bohaterskie plemię Majungów zachęcać do tak podłej roboty! Lepiej zginąć, aniżeli zaprzeć się sławnej pamięci przodków...
Oklaski zagłuszyły mówcę, za którego radą wykonano kilka wojennych tańców i odśpiewano hymny na cześć bohaterów, co tępili smoki i walczyli z olbrzymami. Potem najczcigodniejsi z Majungów, wobec ziemi i nieba, przeklęli nikczemnych Androwanów i energicznie zaprotestowali przeciw lekkomyślnym mędrcom, którzy ośmielają się zachęcać rodaków do pracy. Zarówno klątwa, jak i protest były przyjęte oklaskami, poczem jeszcze kilku wystąpiło przeciw nikczemności pracy i małoduszności niektórych mędrców. Ale ponieważ niebo nie zniszczyło zdradzieckich Androwanów, a ziemia nie wydała płodów, jakich w niej nie zasiano, więc, po pewnym czasie, przywódcy Majungów zwrócili się do potępionego mędrca z prośbą o nową radę.
— Korzonków — mówili — a nawet szczurów ciągle ubywa, więc, zanim osuszylibyśmy ziemię, głód nas wymorduje. Powiedz przeto: co czynić?
Mędrzec dał im pewien gatunek grzyba, który odznaczał się wielką plennością; kazał go pokrajać i siać na miejscach wilgotnych. Skutek był wyborny, grzyby prędko mnożyły się i wygłodzonym dostarczały obfitego jadła.
Po pewnym jednak czasie naród zaczął skarżyć się na zbyt jednostajny pokarm.
— Na odmianę — mówili — przydałyby się nam, choćby raz na dzień, miodowe placki i bażanty!...
— Jest i na to sposób — odparł mędrzec. — W naszych górach znajduje się dużo soli i metalów, których potrzebują Androwanowie; więc kopcie sól i metale, sprzedawajcie je Androwanom, a od nich kupujcie bażanty i miodowe placki...
Na tę radę Majungowie oburzyli się tak mocno, że o mało nie zabili mędrca. Zwołano starszych, wykonano najpiękniejszy wojenny taniec, odśpiewano i skomponowano kilka nowych poematów na cześć przodków i uchwalono wojnę z Androwanami, dla uzyskania miodowych placków, bażantów, kuropatw i pawich języków.
W wyprawie tej wzięła udział najdzielniejsza młodzież narodu Majungów. Pewnego poranku armja, odbywszy uroczysty taniec z muzyką i śpiewami, wyruszyła na wojnę. Nie było jej tydzień, dwa... Już naród oddawał się najpiękniejszym nadziejom, kiedy w trzecim tygodniu przybiegło kilku niedobitków, wołając, że armja została pokonaną i że Androwanowie gotują się do przejścia gór, co dla Majungów równałoby się ostatecznej zagładzie.
Szczęściem był to fałszywy alarm. Androwanowie nie przeszli gór, bojąc się gorączek bagiennych i licząc na to, że prędzej czy później Majungowie w niezdrowym kraju sami wyginą. Swoją drogą androwańskie wojska rozstawiły się wzdłuż granicy, chwytały każdego Majunga, który zabłąkał się, szukając żywności, i mordowały go w okrutny sposób. Bywały dnie, że na szczytach gór widywano po kilkunastu ludzi, wbitych na pale, nie mówiąc już o tych, którym rozwścieczeni Androwanowie ucinali ręce, wydłubywali oczy, albo wyrywali języki i tak okaleczonych odsyłali za góry.
Skutkiem prześladowań Majungowie coraz gęściej skupiali się na bagnach, które zabezpieczały ich przed niemiłosiernym wrogiem. Ale wtedy wybuchły między nimi zaraźliwe choroby i mnóstwo ludzi zepchnęły do przedwczesnego grobu.
W tak ciężkiem położeniu starsi Majungów znowu zwołali wielką radę. Tym razem odtańczono wszystkie wojenne tańce, odśpiewano wszystkie hymny o bohaterskich przodkach, ułożono nowe poematy na cześć bohaterów, którzy wcale nie istnieli, i wydano dwie uchwały. Popierwsze, ażeby wobec nieba, ziemi, ognia i morza w jak najuroczystszy sposób wykląć podłych Androwanów, a powtóre, ażeby dla przebłagania zagniewanych bóstw, młodzież, nie mająca lat trzynastu, dobrowolnie ofiarowywała swoje życie.
— Im więcej będzie ofiar — mówili przywódcy — tem większe klęski spadną na przewrotnych Androwanów i tem rychlej ustaną choroby, zabijające Majungów.
Na takie wezwanie kilkuset dwunasto- i trzynastoletnich chłopców odebrało sobie życie. Mimo to Androwanom nie stało się nic złego, owszem, mieli w tych czasach doskonałe urodzaje. Gorączki zaś, które trapiły Majungów, nietylko nie ustały, lecz przeciwnie wzmogły się i już nie było rodziny, która nie utraciłaby paru członków.
Wtedy zrozpaczony naród, widząc, że nie pomagają ani tańce, ani gra na arfie i poematy, ani nawet ofiary z dzieci, zwrócił się znowu do mędrców i usłyszał nieoczekiwaną odpowiedź:
— Szukajcie ziół, które mają włochate liście i pachną jak wanilja; suszcie je, gotujcie i pijcie po dwa razy dziennie, a gorączka ustąpi.
Naród usłuchał mędrców, pił ziółka i od jednej pełni księżyca do drugiej pozbył się choroby. Wówczas najroztropniejsi z Majungów zaczęli przypuszczać, że jednak w sprawach tego świata więcej znaczy mądrość, aniżeli wojenne tańce lub gra na arfie i flecie. A zrobiwszy to spostrzeżenie, przypomnieli sobie dawniejsze rady mędrców.
Więc jedni wzięli się do osuszania bagnisk i sadzenia drzew na nowej ziemi; inni kopali sól, a inni zaczęli wydobywać użyteczne metale. Znaleźli się wkońcu i tacy śmiałkowie, którzy spróbowali sprzedawać Androwanom sól i metale, ażeby wzamian kupować od nich suszone mięso, tkaniny i placki.
Ale rozwścieczeni Androwanowie mordowali kupców majungowskich albo wyzyskawali ich w niegodny sposób. Nadto zapowiedzieli, że handel może odbywać się tylko na granicy i że ten z Majungów, który ośmieliłby się wejść do wsi lub miasta androwańskiego, zostanie wbity na pal.
— Nie chcemy do domu puszczać wrogów!... — mówili.
Teraz nienawiść przerwała wszelkie stosunki między dwoma narodami, a jej skutkiem było to, że Androwanowie musieli obchodzić się bez metali i jadać potrawy bez soli, a Majungowie cierpieli głód i umierali w wielkiej liczbie. Już było ich ledwie dziesięć tysięcy, gdy w kraju południowym rachowano ich na sto tysięcy.
Oczywiście zginęliby w ciągu dwu lub trzech pokoleń, gdyby nie zdarzył się wypadek nadzwyczajny.
Dzięki okrutnemu prowadzeniu wojny, w kraju Androwanów leżało mnóstwo ludzkich zwłok, pogrzebanych niezbyt głęboko. Gdy więc mocniej przygrzało słońce, rozmnożyły się muchy i pasły się nieboszczykami, a następnie do żywych niosły zarazę.
Skutkiem tego między Androwanami wybuchła dziwna choroba: na ciele ludzi zdrowych ukazywały się plamy sinawe, potem guzy, które następnie zaczęły się rozkładać. Żywi gnili, nieraz przez kilka miesięcy, dopóki nie zabrała ich śmierć, pełna cierpień.
Wiadomość o tej klęsce prędko doszła do ziemi Majungów i obudziła wielką uciechę. Znowu zwołano radę wielką, na której, po wykonaniu uroczystych tańców i odśpiewaniu hymnów, przewódcy oświadczyli, że choroba, nękająca Androwanów, jest następstwem ich zaklęć.
— Wkrótce wyginą nasi nikczemni wrogowie, a my odzyskamy ziemię, która rodzi tłuste bażanty i miodowe placki.
Ale lud, po tylu doświadczeniach, już nie dowierzał swoim bohaterskim przewódcom i zapytał o zdanie mędrców.
— Nie mamy czego radować się — odpowiedział jeden uczony — gdyż choroba, która dziś zabija Androwanów, jutro zacznie mordować nas. I dlatego pozwólcie, ażebym poszedł do nich i zaniósł im potrzebne lekarstwa.
W zgromadzeniu wybuchnął niepokój, odezwały się głosy: „Zdrajca!... nie ma wstydu!... chce ratować nieprzyjaciół, przeciw którym występują sami bogowie!...“ Ale większość głosów oświadczyła się za projektem mędrca; strach bowiem przed ohydną chorobą był silniejszy od nienawiści.
Wojska Androwanów, stojące wzdłuż granicy, w pierwszej chwili chciały zabić mędrca, który niósł lekarstwo z ziemi Majungów. Lecz ponieważ kilku żołnierzy było dotkniętych chorobą, więc zażądano, aby mędrzec przedewszystkiem na nich wypróbował swoich środków. Uczony zgodził się na propozycję, zaczął leczyć pacjentów, a gdy po kilku dniach zagoiły się ich rany i znikły guzy, gdy ustąpiła gorączka, a chorzy odzyskali sen i apetyt, Androwanowie wpadli w nieopisany zapał. Samego mędrca, jego naczynia i wozy ziół nieśli na własnych tarczach, a po drodze wołali do ludu:
— Oto zbliża się zbawca, przed którym uciekają śmiertelne guzy!...
Był to rzeczywiście pochód triumfalny. W każdej wsi zastępowali mędrcowi drogę chorzy; on zostawiał im napój tajemniczy, kazał się im kąpać, jadać mało mięsa, a dużo owoców i — w ciągu kilku dni usuwał cierpienie. Wkońcu zaczęło napływać tylu pacjentów, że mędrzec, zanim dojechał do stolicy Androwanów, musiał sprowadzić ze swego kraju kilkunastu pomocników. Niedawni wrogowie obsypywali ich błogosławieństwami i cennemi podarunkami, całowali ich szaty i padali przed nimi na twarze.
W pół roku Androwanowie zostali uratowani od szkaradnej klęski, a w nagrodę zobowiązali się szanować życie każdego Majungi, dopuszczać ich kupców do wnętrza kraju i — prowadzić z nimi handel uczciwy. Majungowie mieli dostarczać soli i metalów, Androwanowie żywności i odzieży.
Gdy mędrcy wrócili do rodaków i pokazali im traktat, partja wojenna nazwała ich zdrajcami.
— Za taką usługę — wołano — powinniście byli żądać, co najmniej, zwrócenia wszystkich dóbr, jakie nam zagrabili ci złodzieje!...
Ale większość Majungów z zadowoleniem przyjęła traktat, odgadując instynktem, że on jeżeli nie zwraca dóbr straconych, to przynajmniej ubezpiecza naród od głodu.

Od tych wypadków upłynęło tyle lat, że pod wpływem ciężkich doświadczeń Majungowie całkiem zmienili swoje poglądy na życie. Zamiast do harf, zabrali się do motyk, zamiast tracić czas na tańcach wojennych, zaczęli kopać rowy i sadzić drzewa, a zamiast opiewać urojonych bohaterów — badali otaczającą ich naturę.
Dzięki temu — wyschły bagna, ustąpiły gorączki, a ziemia pokryła się jarzynami i owocami. Naród Majungów zamiast z dziesięciu tysięcy skazanych na zagładę cherlaków składa się z trzystu tysięcy zdrowych, pięknych i potężnie zbudowanych obywateli. Ich twórczy genjusz od muzyki i poezji zwrócił się do odkryć i wynalazków, na wyspie zapanował spokój, a Androwanowie za największą chlubę poczytują sobie, jeżeli jaki Majunga raczy między nimi zamieszkać i pracować.
Od tej pory na sztandarze Majungów, zamiast lwa ze żmiim ogonem i mieczem w łapie, znajduje się taki napis:
„Potrzeba jest mocniejszą od nienawiści; praca — lepszą od najkorzystniejszej wojny.“



ZEMSTA.

Paryż. Podziemna kawiarnia, złożona z kilku sal, z których jedna zwie się indyjską. Jest to izba prostokątna, niby wykuta w skale. Sufit płaski, ozdobiony bogatemi rzeźbami roślin, poplątanych w sieć gęstą. Na środku sali, między dwoma wodotryskami, stoi śpiżowy posąg Buddy, wielkości naturalnej. Izbę ze wszystkich stron otaczają kolumny pękate, od podłogi do sufitu okryte rzeźbami. Między kolumnami gabinety; między rzeźbionemi liśćmi i kwiatami lampki elektryczne. Sala robi wrażenie ciasnej, choć jest obszerna i, dzięki wentylatorom, doskonale przewiewana.
W jednym z gabinetów, które od sąsiednich oddzielają gęste, złocone kraty w formie gałązek bluszczu, na taboretach podobnych do kolumn i przy takichże stoliczkach siedzi trzech mężczyzn Polaków. Łysawy szatyn, z ciemną brodą i senną twarzą, ma przed sobą talerz sorbetów. Wysoki brunet, z fizjognomją drapieżnego ptaka, pije kawę, wreszcie niski blondyn, z energicznemi ruchami i oczyma stalowej barwy, miesza łyżeczką limonadę, której nie pije.
— A zatem jeszcze nie obmyśliliście niczego? — pyta niecierpliwie blondyn, Władysław Miler.
— Owszem — odpowiada Zygmunt Goldberg z twarzą drapieżną. — Dostarcz pieniędzy, ale dużo pieniędzy, i organizację z ludzi gotowych na wszystko, a przedewszystkiem na śmierć, a ja podam ci taki plan, którym będziesz zachwycony.
— Chciałbym go jednak usłyszeć, jeżeli nie starasz się o patent wynalazku — odrzekł Władysław.
— Plan nietrudny do pojęcia — mówił Zygmunt Goldberg, a w jego okrągłych oczach co chwilę zapalały się iskry. — Za jedno uderzenie — dziesięć uderzeń, za jedną ruinę — dziesięć ruin, za jedną śmierć — dziesięć śmierci...
— Takie rzeczy łatwiej proponować, aniżeli wykonać — wtrącił Miler.
— Nie możesz dosięgnąć Johana, wal Fryca... nie dasz rady mocniejszemu — bij słabych... dzieci... kobiety...
— Ależ to jest podłość!...
— Za jedną ich podłość oddaj dziesięć podłości — ciągnął Goldberg. — Kiedy pantera musi walczyć ze słoniem, nie włazi mu pod nogi, ale go chwyta za trąbę... Nie dasz im rady w Poznaniu, idź do Berlina; wypędzą cię z Europy, szukaj ich w Ameryce, Azji, Australji... Za wywłaszczony folwark — niszcz koleje, składy, kamienice, okręty, mosty... Nie masz bagnetów i armat, weź nóż, dynamit, arszenik, wreszcie bakterje cholery i dżumy... A dopiero kiedy całe Niemcy krzykną z bólu, rząd ich zrozumie, że w dwudziestym wieku nawet słabszego nie wolno krzywdzić, bo on w chemji, w bakterjologji znajdzie środki odwetu. Taki jest mój plan.
— Do wykonania takiego planu nie znajdziesz u nas ludzi.
— Boście durnie! Z łajdakami nie prowadzi się walki uczciwej, tylko łajdacką, gdyż oni innej nie ulękną się, a szlachetności nie zrozumieją.
— Do mnie tego nie mów — odpowiedział Miler — bo ja już jestem zdecydowany na wszystko. Ale ponieważ mam tylko ludzkie siły i tylko jedno życie...
— Dlatego — ciągnął Goldberg — mówiłem o potrzebie organizacji... Przypuśćmy, że jeden człowiek wysadzi most, albo spali kamienicę... Zastrzelą go, czy zetną... Wtedy przyjedzie drugi. Zniszczy kolej albo skład, zginie i ustąpi miejsca trzeciemu... A tymczasem w Niemczech zrobi się ruch, sejmiki. Obudzi się zmysł krytyczny i — szacunek dla etyki: nie czyń innym, czego nie chcesz, aby tobie czynili... Czy to nie piękny cel: umoralnić dzisiejszych Niemców?...
— A ty, Janie, co myślisz? — zwrócił się Miler do spokojnego szatyna, Czerskiego.
— Myślę, że projekt Zygmunta jest i nieuczciwy i niedorzeczny. Było dwu chłopów, a każdy miał pełną stodołę niemłóconego żyta. Jeden wymłócił swoje żyto, część ziarna zmełł, część wysiał, a słomę sprzedał; ten zrobił wygodę innym ludziom i sobie. Ale drugi chłop użył swoich snopów na podpalanie cudzych stodół; więc zmarnował własne żyto, zmarnował dostatki publiczne, sam poszedł do kryminału, a dla siebie, dzieci i rodziny zdobył nazwę łajdaków, podpalaczy... Oto odpowiedź na projekty Zygmunta...
— A jednak bez odwetu... bez zemsty... takiej zbrodni jak wywłaszczenie Prusakom darować nie można! — rzekł Miler, bijąc pięścią w stolik.
— Narody nie poto żyją, aby się mścić, ale ażeby rozwijać się i spełniać jakąś misję cywilizacyjną — odpowiedział Jan.
— Jakże ją spełnisz, człowieku, jeżeli cię odzierają, ogłupiają i upadlają? — zapytał Władysław. — A co to jest, wydrzeć ziemię narodowi! — Przecież to zagłada...
— Zaraz... zaraz... nie tak prędko! — przerwał Czerski. — Już z ekonomji wiemy, że na dobrobyt i cywilizację składają się cztery czynniki. Po pierwsze — natura, czyli: ziemie orne, lasy, wody, kopalnie... Po wtóre — praca energiczna, która owe pola uprawia i eksploatuje kopalnie. Po trzecie — rozum wynalazczy, który nietylko odkrywa tajemnice natury, ale jeszcze umie wynajdować i budować potrzebne narzędzia. I po czwarte, na co ekonomja nie kładzie nacisku, a co jest równie ważne — cnota...
— Która polega na tem, ażeby, gdy dadzą ci policzek z jednej strony, nadstawić drugą — wtrącił Goldberg.
— To jest cnota nadzwyczajna, ja zaś mówię o zwyczajnych, do których należy: wytrwałość, oszczędność, rzetelność, sprawiedliwość — odpowiedział Czerski.
— Tchórzostwo — mruknął Zygmunt.
— Odwaga, panie — mówił Czerski — odwaga, która, jeżeli potrzeba, nie lęka się niczego: ognia ani wody, piekła ani śmierci. Odwaga, która potrafi o wszystkiem myśleć, wszystko krytykować, wszystko zamierzyć i wszystko wykonać...
— Nie słyszę tu odpowiedzi na moją troskę — odezwał się Miler.
— W tej chwili będzie odpowiedź — prawił Czerski. — Otóż, jeżeli Prusacy zabierają Polakom ziemię, czyli jeden z czynników dobrobytu, Polacy muszą spotęgować trzy inne czynniki, a więc: energiczną pracę, wiedzę twórczą i cnoty. A wówczas nietylko nie zginą, ale jeszcze podniosą się na wyższy stopień cywilizacji...
Goldberg spojrzał na zegarek.
— Darujcie — rzekł — wyrabiam swemu kuzynowi posadę w banku lugduńskim i za kwadrans muszę się z kimś zobaczyć. Nie obrazisz się, Janie?
— Ja także uciekam — odpowiedział Czerski. — O dziesiątej będę na zebraniu, w którem jog Ahamkara...
— Aha... ten szarlatan indyjski! — wtrącił Zygmunt.
— Jak go zobaczę, powiem ci, czy jest szarlatanem — odparł Jan. — A tymczasem słyszę, że człowiek ten czyta w cudzych myślach, widzi przez ściany, opowiada przeszłość i przyszłość. Mówią też o nim, że potrafi unosić się w powietrzu, znikać, albo ukazywać się w miejscu zamkniętem...
— Słowem: istny djabeł! — roześmiał się Zygmunt.
— O gdyby nim był! — zawołał Władysław Miler, podnosząc ręce dogóry, — Sprzedałbym mu duszę wzamian za jego potęgę, a wtedy... pogadalibyśmy z Prusakami...
— Może o pracy, mądrości i cnotach? — zapytał Goldberg szyderczo.
Władysław zamyślił się.
— Czy ja wiem? — rzekł. — A może i o twoich projektach: dynamicie, cholerze, dżumie...
— Człowieku, więc za to szatanowi oddałbyś duszę? — zawołał Czerski.
— Uspokój się, stary — wtrącił Zygmunt. — Władek jest tak dobrym politykiem, że oddaje tylko to, czego nie posiada, takiemu, który nie istnieje.
Ponieważ dwaj panowie podnieśli się ze swych słupków, Miler rzekł głosem jękliwym:
— Więc opuszczacie mnie?
— Posiedź tu, przeczytaj gazety, a za jakieś pół godziny zaczną schodzić się inni — rzekł Jan. — Może od którego usłyszysz lepszy projekt...
— O pielęgnowaniu cnoty — mruknął Goldberg, uchylając kapelusza na pożegnanie.


∗             ∗

Miler został sam w półotwartym gabinecie. Wziął do ręki „Matina“, ale wnet odłożył go, czując, że niewiele rozumie, zapewne skutkiem zmęczenia podróżą. Teraz dopiero zastanowił go ponury wygląd sali, ciche rozmowy gości i służba odziana biało, w turbanach, przesuwająca się jak cienie. Rozmowa z Zygmuntem i Janem nie zadowoliła go. Przyjechał tu, ażeby obmyślić jakiś praktyczny plan działania przeciw Prusakom, a zaraz na pierwszym kroku trafił na teorje, z których jedna, zalecająca mądrość i cnotę, wydawała mu się nadludzką, a druga niegodziwą choć imponującą, groźną ale niewykonalną...
„Przypuśćmy — myślał — że wszyscy Prusacy zasługują na zrujnowanie ich i wytępienie, to skądże wziąć ludzi, skąd pieniędzy potrzebnych do tej ohydnej roboty? Zresztą, może w Europie nie byłoby trudno o znalezienie zbrodniarzy gotowych niszczyć wszystko i zabijać nawet niewinnych.“
W tej chwili od zakratowanego okna z prawej strony coś jakby powiało: chłód, czy bardzo słaby prąd elektryczny. Spojrzał przez gęstą siatkę i spostrzegł niewyraźną postać ludzką.
„Piękne to były czasy — myślał — te z bajek czasy, kiedy człowiek mógł djabłu oddać duszę, a wzamian otrzymać nieprzebrane skarby, długotrwałą młodość... dywan samolot... czapkę niewidkę... kij samobij, nie licząc potężnych, a posłusznych na każde wezwanie demonów... Oj, przydałyby się dzisiaj czapki niewidki i kije, a nawet miecze samobije!...“
Do gabinetu wszedł biało ubrany służący i położył na stoliku bilet.
— Ten pan siedzi obok — rzekł, wskazując na okno z prawej strony.
Miler spojrzał na bilet i przeczytał: „Iswar Ahamkara.“
„Ahamkara? — powtórzył w myśli, usiłując przypomnieć sobie. — Ależ to chyba ów czarodziej, o którym wspomniał Jan...“
Ogarnął go podziw, a zarazem nieprzeparta chęć zobaczenia cudotwórcy. Więc choć zaprosiny były oryginalne, Władysław podniósł się i, po krótkiem wahaniu, wszedł do sąsiedniego gabinetu. Siedział tam człowiek po aktorsku wygolony, z wąskiemi ustami, wydatną brodą, z czołem bardzo wysokiem i wypukłem. Jego oczy zdawały się posiadać jakąś niezwykłą potęgę; nie trwożyła ona, była spokojna, ale czułeś, że opierać się jej niepodobna, jak niepodobna powstrzymać piersiami zwolna sunącej lokomotywy.
— Słyszałem rozmowę panów — odezwał się po francusku Ahamkara, wskazując Władysławowi taboret.
— Pan zna język polski? — zapytał Miler.
— Znam język silnych pragnień. Myli się pan jednak, sądząc, że duszę można sprzedać. Ją można tylko zastawić, nawet na dłuższy czas, no — i na warunkach odpowiadających pragnieniom zastawiającego.
Ahamkara wziął do ust wężowaty cybuch nargili i pociągnął kilka razy.
W gabinecie rozszedł się niebieskawy dymek mdłego zapachu.
— Radby pan dokonać wielkiej zemsty i dla niej zastawić swoją duszę. Rozumiem to i mogę dopomóc — mówił Indus. — A zapewne byłby pan ciekawy warunków?
Władysław chciał coś odpowiedzieć, ale wyrazy ugrzęzły mu w gardle i zamieniły się w rodzaj cichego łkania.
— Wyobraź pan sobie — ciągnął Ahamkara — że jesteś właścicielem — naprzykład — drzewa owocowego, które — dajmy na to — przynosi panu rocznie franka. Pan wydzierżawiasz mi to drzewo — przypuśćmy — na sto miljardów lat i żądasz, abym wypłacił ci sumę dzierżawną: sto miljardów franków w ciągu — dwudziestu lat. Ja godzę się, biorę drzewo na sto miljardów lat, a panu dostarczam pięciu miljardów franków rocznie w postaci: gotowych pieniędzy, ziemi, służby, rozmaitych machin i materjałów, a nareszcie, co bodaj że jest najważniejsze, w postaci rozmaitych porad i pomocy...
— O jakiem drzewie?... — wtrącił Miler zduszonym głosem.
— Tem drzewem jest dusza pańska, z której dochód oceniam symbolicznie na franka, lecz która, w moich rękach, może być sto razy, nawet tysiąc razy więcej warta. Ale to już należy do mnie.
— Pięć miljardów franków rocznie? — szepnął Władysław.
— To tylko symbol — przerwał Indus. — Nie kładźmy nacisku na wyrazy. Słowem: daję panu, na dwadzieścia lat potęgę, jakiej nie posiada żaden król, żadne państwo, potęgę, zapomocą której można wyrządzać całym narodom okropne krzywdy... A pan za to, na sto miljardów lat (a więc nie na całą wieczność, zaledwie na początek wieczności), oddajesz mi władzę nad swoją duszą. Czy zgoda?
— A... czy będę mógł robić dobrze?...
— Tylko jednostkom i tylko takim, które do zemsty będą pomagały. Przeciwników, a nawet obojętnych, może spotkać z pańskiej ręki tylko nieszczęście — odpowiedział Ahamkara.
Indus znowu kilka razy pociągnął nargilę, i mdły dym wypełnił gabinet. Milerowi głowa zaczęła ciężyć; oparł ją na ręku i myślał... myślał... Nagle spojrzał na Indusa i rzekł stanowczym tonem:
— Zgadzam się!... zgadzam się!...
Ahamkara wydobył z pod kamizelki złoty medaljon i przycisnął go Władysławowi do czoła. Milerowi zdało się, że ujrzał niezmierną błyskawicę, potem straszną noc... Lecz po chwili odzyskał przytomność.
— Już należysz do mnie — mówił Indus — na miljard wieków. Na dwadzieścia lat jednak daję ci władzę i wolność szkodzenia ludziom i narodom, w jakich zechcesz granicach. A teraz wypełnię jeden obowiązek i pokażę ci przyszłość.
— Czy tę, jaką ja wywołam? — zapytał Miler, już zupełnie spokojny.
— Nie. Taką, jaka byłaby, gdybyś ty nie wmieszał się do dziejów świata.
— I nic w niej nie można będzie zmienić?...
— Owszem. Właśnie w tym celu zobaczysz ją, ażebyś wiedział, co dla twoich zamiarów potrzeba zmienić. Ale zmienić tylko na gorsze!...
— A teraz... — dodał, wydostając z bocznej kieszeni kolisty przedmiot — a teraz popatrz w to lusterko...


∗             ∗
Gdy Ahamkara, przymrużywszy oczy, ciągnął dym nargili, Władysław oparł na stole zwierciadełko i z uwagą zaczął się wpatrywać. Z początku widział odbite ściany gabinetu i lampki elektryczne; powoli jednak obraz zamglił się i zniknął, a jego miejsce zajęły wizerunki nieznanych miejsc i osób, jakieś dramaty... Milerowi zdawało się, że patrzy na kinematograf nowego rodzaju i że ktoś, stojący za nim, czy może w nim samym, udziela mu cichym głosem objaśnień.

...Piwiarnia w małem miasteczku poznańskiem, zapełniona rolnikami, rzemieślnikami, handlarzami... Wszystko rodowici Prusacy, których sprowadzono na ziemie polskie. Ludzie ci, po całych dniach, bawią się, jedzą, piją, rozmawiają i śpiewają. Od kilku już lat cieszą się, że ziemia przechodzi z rąk przeklętych Polaków w posiadanie rzeczywistych pruskich patrjotów. Wznoszą toasty za pamięć Bismarcka i Bülowa i śpiewają ogromnemi głosami, że ojczyzna niemiecka może być spokojna, ponieważ nietylko nad Renem, ale i nad Wartą czuwa straż nieusypiająca.

Lieb’ Vaterland, magst ruhig sein!...

Niekiedy w piwiarni ukazuje się pruski urzędnik (typ dotychczas nieznany w państwach), którego obowiązkiem jest czuwać nad sprawowaniem się, a nadewszystko nad patrjotyzmem kolonistów. Urzędnik ów przypomina bawiącym się, że zbyt długo przesiadują w knajpach, trwoniąc czas i pieniądze, zamiast pracować. Ale biesiadnicy odpowiadają mu, że oni nie przyjechali tu do pracy, ale do strzeżenia honoru i bezpieczeństwa Niemiec. Robota należy do polskiego bydła, które, dzięki pruskiemu dozorowi i naukom, wcale niezgorzej wypełnia obowiązki. Potem zapraszają urzędnika na „bombę“, którą on przyjmuje łaskawie, wśród okrzyków: hoch!... i hura!...
...Polaków w Poznańskiem coraz mniej, pruscy koloniści ucztują coraz gorliwiej, już nietylko w piwiarniach, ale we własnych domach i na ulicach. A tymczasem pola, niedbale uprawiane, źle rodzą, ogrody dziczeją, sklepy i warsztaty po całych dniach zamknięte; ciągle bowiem zdarza się jakaś patrjotyczna uroczystość, którą trzeba święcić pijatyką i próżniactwem.
Podatków w Poznańskiem prawie nikt już nie płaci, owszem: zarząd miejscowy domaga się od państwa coraz nowych zasiłków na szosy, szkoły, szpitale, pokrycie szkód ogniowych, odszkodowanie za nieurodzaj i t. d. Gdyby nie dziesiątki i setki miljonów marek co rok dokładanych przez skarb państwa, głód chroniczny panowałby w Ostmarchji, gdzie już od wielu lat w zastraszający sposób zwiększyła się śmiertelność, zbrodniczość i liczba obłąkań.
...W rozmaitych punktach cesarstwa niemieckiego wybuchły rozruchy proletarjatu, który dopomina się o zasiłki państwowe i o wywłaszczenie posiadaczy wielkich, jak w Poznańskiem.
...Sejm niemiecki uchwalił prawo, na mocy którego koloniści w Poznańskiem, nie chcący pracować, będą usuwani ze swoich folwarczków i mieszkań.
...Pozbawieni zapomóg państwowych ostmarkierzy zaczęli mordować urzędników naprzód w Poznańskiem, a następnie w całem królestwie pruskiem.
...W państwie niemieckiem rozpoczęła się wojna domowa z proletarjatem, który domaga się protekcji rządu dla siebie i ogólnego wywłaszczenia klas posiadających. Wszędzie słychać mowy publiczne, że jeżeli rząd proteguje taką kanalję, jak ostmarkierzy poznańscy, to tem bardziej winien popierać uczciwych i pracowitych robotników w reszcie państwa.
...Wojna domowa, szczególniej w Prusach, toczy się z wielką zajadłością. Zniszczono prawie wszystkie koleje, mosty, składy zboża i innych towarów; zrujnowano fabryki, powysadzano kopalnie. Niemcy Południowe ogłosiły rzeczpospolitą i wezwały na pomoc Francuzów... Ponieważ w zbrodniach i okrucieństwach najbardziej odznaczali się koloniści z Poznańskiego, zwani ostmarkierami, więc wyjęto ich z pod opieki prawa. Każdy ostmarkier, schwytany poza granicą swojej prowincji, jeżeli nie mógł wytłomaczyć się, skąd i poco przybywa — skazywany był na śmierć bez sądu.

W lustrze czarodziejskiem na dłuższą chwilę zrobiło się ciemno. Miler wyprostował się i spojrzawszy na Indusa, zapytał:
— Więc to tak musi być, czy tylko może być?...
— Twoja interwencja zmieni bieg wypadków — odpowiedział Ahamkara. — Nie zmieni tylko zasadniczego prawa.
— Jakież ono?...
— Ci, którzy sieją kąkol, nie zbiorą pszenicy, lecz kąkol — odpowiedział Indus. — Ze złego rodzi się tylko złe...
— A czy mogę zobaczyć przyszłość naszą, polską?... — zapytał Miler.
— Owszem, patrz...

Miler znowu ustawił cudowne zwierciadełko, które tym razem przez długi czas było ciemne i nawet nie odbijało lampek elektrycznych, ani ścian gabinetu. Już odwracał głowę, ażeby zapytać Indusa, co to znaczy... gdy ujrzał w polu widzenia jasny punkcik, który szybko rosnął, a niebawem zamienił się w obraz. Był tam rozległy plac, otoczony gmachami w stylu wystawowym. Na placu tłoczyła się ciżba ludu i wznosiły się wielkie maszty, ozdobione chorągwiami w barwach polskich i angielskich. Na chorągwiach i girlandach były napisy: „Stulecie odrodzenia Polski 1908 — 2008.“
Odbył się jakiś pochód z towarzyszeniem śpiewów i doskonałej orkiestry, wieńczono jakiś pomnik... Wreszcie na balkonie największego gmachu ukazała się tuba, skąd wypłynął potężny i wyraźny głos, który wypowiedział odczyt dla stu tysięcy słuchaczów.
Z odczytu tego, najciekawszego, jaki słyszał kiedykolwiek, Miler dowiedział się, że uroczystość odbywa się w mieście Polonji, położonem w Afryce, na terytorjum niegdyś pustem i jałowem, a dziś bardzo bogatem, które Anglja ofiarowała poznańskim wygnańcom, ażeby utworzyli sobie nową ojczyznę, wolną. Od tej chwili między Polakami a Anglikami na całej kuli ziemskiej zawiązało się braterstwo, które Polacy jeszcze umocnili wielką ofiarą pieniędzy i krwi dla Anglji, kiedy zagrożono jej bytowi i wolności.
Rok 1908, w którym wyszło pruskie prawo o wywłaszczeniu, był dla historji polskiej nową erą, ważniejszą od innych. Wtedy Polacy przekonali się, że pomimo sympatji uczciwych narodów nic nie uratuje ich od zagłady, jeżeli sobie nie postawią nowych ideałów i nie zmodyfikują własnego charakteru.
Więc przedewszystkiem pomyśleli Polacy, zarówno osiedleni w Afryce, jak i pozostali w Europie, że niema co nazywać się przedmurzem chrześcijaństwa; niema oo wspominać zwycięstwa pod Grunwaldem, odsieczy wiedeńskiej, wąwozów Somosierra; miniona bowiem sława tyle jest warta, co chleb zjedzony w roku zeszłym.
Następnie Polacy oduczyli się wykrzykiwać na cały głos, co to oni mają zamiar zrobić i co to oni kiedyś zrobią — przekonali się bowiem, że to nikogo nie trwoży, ich samych zaś ośmiesza i przynosi szkody realne.
Następnie Polacy zrozumieli, że wobec ciągłego przyrostu ludności i coraz trudniejszych warunków bytu, te tylko rody i narody utrzymają się na ziemi, które będą umiały pracować jak najużyteczniej dla cywilizacji i potrafią doskonalić się fizycznie i moralnie bez granic. Naród, który z każdym rokiem nie będzie wytwarzał coraz więcej nowych bogactw i dzieł na pożytek ludzkości, albo który z każdym rokiem nie będzie nabywał nowej wiedzy i nowych zalet cielesnych i duchowych — taki naród zginie bez ratunku.
Zrozumiawszy te stare prawdy, Polacy cicho, lecz z wielkim uporem wzięli się do roboty nad samymi sobą, pod hasłem: „Praca energiczna, Wiedza twórcza i Cnota“, a wyniki ich wysiłków przeszły oczekiwania.
Już w połowie dwudziestego wieku Polacy zdobyli opinję najdzielniejszych pracowników.
Przerobić pustynię na urodzajne pola i ogrody, wytworzyć nowe odmiany roślin czy zwierząt użytecznych, odkryć kopalnię, gdzie jej nie podejrzewano, zrobić nowy materjał, mający zastosowanie w przemyśle, wymyślić nowy sposób techniczny albo nowy mechanizm, wszystko to były drobiazgi dla tych ludzi pracowitych, ukształconych i twórczych.
Ich talenty kombinacyjne były tak wielkie, że do kierowania fabryk i przedsiębiorstw handlowych najchętniej wybierano Polaków. Im bez kwitu powierzano największe majątki, ponieważ słynęli z rzetelności. Oni, z powodu niezrównanej odwagi i zimnej krwi, bywali dowódcami i robotnikami statków podwodnych, machin latających, fabryk trucizn i niebezpiecznych materjałów wybuchowych.
W ciągu jednego wieku Polacy wydali z pośród siebie kilku poetów, których genjusz porównywano z dantejskim i szekspirowskim, wynalazcę najlepszej machiny latającej, odkrywcę metalu tak użytecznego i taniego jak żelazo, wynalazcę nowego sposobu ogrzewania. Ich lekarze obmyślili metody leczenia gruźlicy i raka. Jeden Polak był naczelnym wodzem armji francuskiej i wygrawszy niebezpieczną wojnę, cofnął się do życia prywatnego jak Waszyngton. Innego wybrano na papieża, który zaprowadził głębokie reformy w katolicyzmie.
Polacy, ale tylko ci, którzy należeli do związku: Praca, Wiedza i Cnota, tworzyli bardzo liczne, rozmaite i ścisłe stowarzyszenia. Dzięki temu, każdy zdrowy miał u nich pracę, każdy potrzebujący opiekę, każde dziecko naukę i dobre wychowanie, a każdy utalentowany młodzieniec środki do kształcenia się jak najwyżej. Gdy Polak dopuścił się przestępstwa, sądzono go i wyłączano ze związku, co najczęściej prowadziło do samobójstwa.
Najważniejsza jednak reforma społeczna polegała na tem, że dzieci wolno było mieć tylko małżeństwom zdrowym i zdolnym. Skutkiem tego ludność polska wzrastała bardzo powoli, ale rasa odznaczała się niezwykłemi zaletami.
Pomimo nagromadzonych bogactw we wszystkich częściach świata Polacy odznaczali się skromnością obyczajów. Żywili się dostatecznie, ale tanio, ubierali się po prostu, choć gustownie, mieszkali bez zbytków, choć wygodnie. Klejnotów nie używali, a największą ozdobą kobiet polskich była ich piękność i artyzm życiowy.
W stosunku do narodów obcych Polacy zachowywali się życzliwie lecz ostrożnie; takich tylko ludzi przypuszczano do bliższej znajomości, którzy praktykowali polską zasadę: „Praca-Mądrość-Cnota.“ Żadnemu zaś Polakowi nie przyszłoby do głowy narzucać komukolwiek swego języka albo cywilizacji. Zbyt dużo mieli na to poczucia godności osobistej i narodowej.
W Afryce, dla sąsiednich plemion murzyńskich, Polacy byli dostawcami, a bardzo często nauczycielami i kierownikami tych ludów, lecz tylko wówczas, gdy ich o to usilnie proszono. Byli za uczciwi, aby narzucać swoją władzę, albo wyzyskiwać pracę. Ich wreszcie ambicją było robić samym wszystko, co potrzeba; rozumieli bowiem, że tylko praca potężna i jak najrozmaitsza, praca własnoręczna a inteligentna, czyni człowieka zdrowym, silnym, zdolnym i szlachetnym. To też między Polakami nie było próżniaków, a powiedzenie komuś, że mógłby pracować mniej, uważało się za zniewagę.


∗             ∗
Gdy ostatni obraz zniknął w czarodziejakiem zwierciadle, wzruszony, rozgorączkowany Władysław Miler zwrócił się do Indusa:

— Więc taka będzie przyszłość Polski?
— Nie taka, bo ty ją zmienisz...
— A cóżby się stało, gdybym ja zniszczył Niemców?...
— To, co się stać musi — odpowiedział Ahamkara. — Kto sieje kąkol, zbierze kąkol.
— Więc gdybym ja się zemścił, rodaków moich spotkałoby to, co owych ostmarkierów?...
— Kto posiał kąkol, nie może zebrać pszenicy.
— W takim razie zrywam naszą umowę!... — zawołał Miler.
— To zginiesz.
Miler schwycił się za głowę.
— Nie mogę zgubić mego narodu — wyszeptał po chwili zadyszanym głosem. — Zrywam umowę...
— Więc giń! — zawołał Indus, dotykając palcem jego czoła.

Miler nagle ocknął się. W gabinecie nie było nikogo; gabinet zaś był ten, w którym rozmawiał z Czerskim i Goldbergiem. Na stoliku stała szklanka niewypitej limonady, na podłodze leżał numer „Matina.“
Miler wyjrzał na salę, a w tej chwili przybiegł służący biało odziany.
— Czy ten pan wyszedł?...
— Przed kwadransem wyszli stąd dwaj panowie.
— Ale Ahamkara?... — pytał Miler.
Służący pokręcił głową.
— No, ten pan z sąsiedniego gabinetu, którego bilet przynieśliście mi?...
— W sąsiednim gabinecie nie było nikogo — odpowiedział służący. — Ja żadnego biletu nie przynosiłem tutaj...
Miler już powrócił z Paryża i nie wie po dziś dzień, czy rozmawiał, czy nie rozmawiał z indyjskim czarnoksiężnikiem. Ale jego pogląd na użyteczność zemsty uległ gruntownej zmianie, gdyż zaczął rozumieć, ile tajemniczej wagi mieści się w słowach: „Mnie zostaw zemstę — mówi Pan...“



BEZ STYPENDJUM.

W małym pokoju drugorzędnej restauracji, siedzieli dwaj panowie: jeden nad rosołem, drugi nad zupą pomidorową. Pierwszy nazywał się pan Ludwik, był blondynem łysym i liczył około czterdziestu lat; drugi mianował się panem Józefem, był mocno szpakowaty i już przekroczył piąty krzyżyk. Rozmawiali półgłosem.
— Co wam znowu do głowy strzeliło z tym Ziewalskim? — mówił pan Ludwik. — Żaden z niego pracownik, a wy odrazu daliście mu tysiąc dwieście rubli...
— Firma płaci tylko sześćset — odrzekł pan Józef. — Drugie sześćset dokłada mu z własnej kieszeni nasz dyrektor Adamczyk.
— Swędzi go kieszeń?...
— Dyrektor może sobie pozwolić — mówił pan Józef. — Kawaler, ma trzy tysiące pensji, a w roku zeszłym dostał siedemnaście tysięcy dywidendy.
— Fiu!... — zdziwił się pan Ludwik. — Piękna dywidenda!...
— Jego motory jeszcze piękniejsze... Taki nawał obstalunków, że musimy zdublować produkcję, no — i rozumie się personel.
— Wszystko to jednak nie wyjaśnia mi, dlaczego Adamczyk dopłaca Ziewalskiemu z własnej kieszeni...
— Adamczyk mówi, że gdyby nie Ziewalski, on nie byłby tem, czem jest dzisiaj.
— Więc może to Ziewalski wynalazł motor, nie Adamczyk?
— O... pan bo zawsze lubi żartować!... Bonifacy — zwrócił się do kelnera pan Józef — dajcie mi zrazy z kaszą... Motor wynalazł Adamczyk nie żaden Ziewalski.
— A mnie, Bonifacy, pieczeń z kapustą — dorzucił pan Ludwik. — Nie wiem, za co Adamczyk płaci Ziewalskiemu, więc dziwię się...
— Jeżeli kto czegoś nie wie, nie powinien dziwić się, ale zapytać takich, którzy wiedzą.
— A pan wie?...
— Phy!... przecie ja Adamczyka znam od takiego bachora — rzekł pan Józef, wyciągnąwszy rękę na wysokość stołu. — Przecie on mnie sprowadził z fabryki komorowskiej do Warszawy...
— I panu także dodaje co z własnej kieszeni?...
— Ja nie potrzebuję dokładek, chwalić Boga!... Choć może do tego, czem jest dziś Adamczyk, przyczyniłem się lepiej i uczciwiej, niż Ziewalski.
— Musi być ciekawa historja? — wtrącił pan Ludwik.
— Piramidalnie ciekawa! Zaraz się pan przekona... Bonifacy, szklaneczkę jasnego...
— A mnie kufelek ciemnego.
— Trzeba wiedzieć — zaczął pan Józef — że Adamczyk jest synem kowala, który miał kuźnię w naszym Komorowie. Kiedy stary umarł, na zapalenie płuc, zostawił żonę, córkę, dwu synów, domek i kilka morgów gruntu. Córka wyszła za organistę, porządnego człowieka; starszy syn ma handel kolonjalny i powodzi mu się wcale nienajgorzej, a młodszy, który jest dziś dyrektorem i współwłaścicielem fabryki, ukończywszy szkołę elementarną, uczył się potem prywatnie u profesora i już w dwunastym roku zaczął kręcić się około naszej fabryki machin rolniczych, niby w Komorowie.
Był to bardzo bystry chłopak, ciekawy i ambitny. Znał się z synami naszego dyrektora, naszego kasjera i ciągle wypytywał się ich: czego się uczą? jak to jest w szkołach?... jakim sposobem można zostać dyrektorem albo inżynierem?... Bo widzi pan, jego matka, kobieta niezwykłego rozumu, chciała wykierować go na lekarza, ale on sam ciągnął do mechaniki. Pamiętam, że nieraz godzinami przesiadywał w tokarni, w rysowni, w odlewni, a oczy to mu się paliły jak wilkowi... O, bystry był!... Majstrowie często mówili mi o nim... Bonifacy, dajcie marchewki z groszkiem...
— A mnie makaronu włoskiego — dorzucił pan Ludwik.
— Pomijam wiele drobnych wydarzeń, w których Adamczyk okazywał rozsądek i piękny charakter, a przechodzę do rzeczy głównej. Pokonawszy niemałe trudności, dostał się wkońcu mój chłopak do prywatnej szkoły realnej w Warszawie. Z początku pomagała mu matka. Lecz gdy trzeba było wyposażyć siostrę, dać na handel pieniędzy starszemu bratu, więc w rezultacie dla młodszego zabrakło i nadszedł taki rok, że mój Adamczyk począł naprawdę myślić o porzuceniu szóstej klasy i o powrocie do Komorowa, do naszej fabryki.
Otóż, co się wtedy zdarzyło. Pewnego dnia woła Adamczyka dyrektor szkoły i mówi: „Trafia się stypendjum, dwieście pięćdziesiąt rubli. Jesteś doskonały uczeń, więc mógłbyś je dostać, ale — masz współzawodnika, Ziewalskiego. Dobrze byłoby, gdybyście się porozumieli.“
Adamczyk mało nie oszalał z radości, a ponieważ miał u jakiegoś szewca obiady za korepetycje, więc był gotów podzielić się ową sumą stypendjalną z Ziewalskim. Tymczasem na drugi dzień Ziewalski sam przyleciał do niego z taką propozycją: „Mój kochany, jeżeli mi nie ustąpisz stypendjum, to ja sobie życie odbiorę, a ty z dwustu pięćdziesięcioma rublami zostaniesz — durniem do końca świata...“ „Dlaczego mam zostać durniem?...“ pyta Adamczyk. „A bo ja mam matkę, która wprawdzie pobiera emeryturę, ale to nam nie wystarcza. Więc — albo muszę mieć stypendjum, albo nie będę mógł skończyć szkoły, a w takim razie odbiorę sobie życie...“
— On tak do dziś dnia straszy ludzi... — wtrącił pan Ludwik.
— Słuchaj-no pan dalej — ciągnął pan Józef — „Moja matka — odpowiedział Adamczyk — nie ma żadnej emerytury, ale jeżeli chcesz, to moglibyśmy podzielić się temi pieniędzmi...“ „Czem się tu dzielić? — krzyknął Ziewalski. — Trzeba też mieć trochę wstydu w oczach: to stypendjum jest szlacheckie, a tyś przecie nie szlachcic...“ „A niechże was dwieście pięćdziesiąt djabłów porwie! — odpowiedział mu Adamczyk. — Nie chcę waszego stypendjum, choćbym miał z głodu umrzeć...“ Mówił mi Adamczyk, że po wyjściu Ziewalskiego ów zapłakał, ale — tego samego dnia rzucił szkołę, w której nawet wpisu nie mógł zapłacić i — wrócił do naszego Komorowa, gdzie ze względu na dawną znajomość, odrazu wyrobiliśmy mu miejsce.
Pracował dwa lata wzorowo; tylko dyrektor zarzucał mu, że co pół roku zmienia warsztaty. Zaczął od ślusarni, przeszedł do kuźni, potem do stolarni, ze stolarni do giserni... A ile miał czasu wolnego, uczył się w dalszym ciągu rysunków, matematyki, języków... Zarabiał czterdzieści do pięćdziesięciu rubli miesięcznie, mieszkał u matki i żył jak pustelnik, ciągle odkładając pieniądze do naszej kasy.
W parę lat musiał iść do wojska. Myśleliśmy, że się zmarnuje. Gdzietam; zdał egzamin i został oficerem. Znowu myśleliśmy, że już będzie pilnował się karjery wojskowej. Gdzie zaś. Wrócił do fabryki i jeszcze przez trzy lata pracował to jako majster w warsztatach, to jako rysownik w biurze.
Teraz wszyscy zwrócili na niego uwagę, sam dyrektor zaczął go przyjmować u siebie i może nawet oddałby mu jedną ze swych pięciu córek... Ale Adamczyk nie myślał o żeniaczce i pewnego dnia — pożegnał nas. Wyjechał do Mitweidy...
Proszę pana, tam — w pół roku poznali się na nim i dali mu posadę przy warsztatach, skutkiem czego miał darmo naukę, mieszkanie i jedzenie. A po czterech latach nietylko ukończył szkołę z odznaczeniem, ale jeszcze wynalazł swój motor, który, jak panu mówię, przyniósł mu w roku zeszłym siedemnaście tysięcy rubli dywidendy.
— Chwat chłop!... — zawołał pan Ludwik. — Bonifacy, proszę jeszcze kufelek ciemnego...
— A ja szklaneczkę jasnego — dodał pan Józef.
— A cóż z tym Ziewalskim? — zapytał pan Ludwik.
— Niedługa historja. Skończył edukację na szkole realnej. Jakiś czas był poetą, później uczył się malować, potem coś tam na skrzypcach... I nareszcie, kiedy mu umarła matka, wziął się do buchalterji. Ożenił się, klepał biedę na marnych posadzinach, a teraz niedawno, jak pan wiesz, przyszedł do Adamczyka i w imię szkolnego koleżeństwa, błagał o jaką dobrą posadę. „Z głodu umieramy — mówił — i jeżeli nie dostanę choćby stu rubli na miesiąc, odbiorę sobie życie...“ No i Adamczyk dał mu posadę i dopłaca sześćset rubli rocznie, za to, że kiedyś Ziewalski odebrał mu szlacheckie stypendjum.
— Z tego pokazuje się — rzekł pan Ludwik — że od stypendjum lepsze są zdolności... Bonifacy, płacić!...
— A najlepszy charakter... Bonifacy, ja miałem zupę, zrazy z kaszą... Charakter panie, charakter!...




HISTORJA NIEPRAWDOPODOBNA.

Pan Adam, niewysoki, nieco okrągły mężczyzna, z poczciwym wyrazem twarzy, rozparłszy się na skórzanym fotelu przed biurkiem, ulega w tej chwili ciężkiemu paroksyzmowi zdumienia. Spogląda na sufit, targa wąsy, pociera błyszczącą łysinę i od czasu do czasu powtarza:
— Nadzwyczajne! niebywałe!... Gdybym nie rozmawiał z sędzią, byłbym pewny, że Ludwik albo kłamie, albo oszalał... Niesłychana rzecz!...
W przedpokoju słychać dzwonek.
— Czy znowu „on?...“ — myśli pan Adam i z szybkością bilardowej kuli, pchniętej ręką mistrza, pędzi do drzwi, które już otworzyła służąca.
— Ach, to pan Tomasz? — wykrzykuje Adam.
— Witam drogiego pana — odpowiada gość i, po wymianie obowiązkowych uścisków, wchodzi z gospodarzem do jego pracowni. Gość jest szczupły, szpakowaty i niezwykle grzeczny. Z trudnością daje się uprosić, ażeby pierwszy usiadł, zaciera ręce, znowu ściska gospodarza i mówi tonem uprzejmie zakłopotanym:
— Zgóry przepraszam pana, że ośmielę się poruszyć pewną drażliwą sprawę...
— Oho!... — pomyślał pan Adam.
— W tych dniach, jak zapewne szanownemu panu wiadomo, u mojej siostrzenicy ma się odbyć ceremonja chrztu świętego... Ojcem chrzestnym, co dla drogiego pana bez żadnej kwestji nie jest tajemnicą, miał być szanowny siostrzeniec pański, pan Ludwik Pokrywalski...
— Kohot-Pokrywalski... — wtrącił pan Adam.
— W istocie! — pochwytuje gość — pan Ludwik Kohot-Pokrywalski... Moja siostrzenica, jej mąż i cała nasza rodzina była wprost uszczęśliwiona, że choć tym sposobem zawrze niby pokrewieństwo z tak miłym człowiekiem, jak pan Pokrywalski...
— Kohot-Pokrywalski...
— Kohot-Pokrywalski — ciągnął gość. — No, ale od tej chwili zaczyna się dla mnie wobec szanownego pana trudna sytuacja...
— Proszę... niech pan będzie szczery...
— Ponieważ pan rozkazuje, więc będę nim — mówi gość. — Zresztą zapewne i do pańskich uszu doszły niedorzeczne plotki, kursujące od kilku dni...
— Ależ niech szanowny pan nic nie ukrywa... — błagał pan Adam.
— Skoro zmusza mnie drogi pan, więc powtórzę, co mówią. Otóż opowiadają, ze wszelkiemi detalami, że szanowny pan Ludwik miał jakąś przykrą awanturę w kabarecie... że policja, nie z „ochrany“, ale z wydziału śledczego, robiła u niego rewizję... że nawet aresztowała pana Ludwika... A co najciekawsze, że kochany pan Ludwik, który dość wyraźnie starał się o życzliwość naszej kuzynki, panny Wandy, ma w tych dniach żenić się z jakąś starą i brzydką babą...
— Panna Idalja Dusigrosz-Złocińska nie jest brzydką — wtrąca nieśmiało pan Adam.

— Zwiędła cera... zapadnięte usta... śpiczasty nos... — odpowiada gość, najuprzejmiej zacierając ręce.
— Ale figura!
— Nawet kamienna figura pleśnieje po czterdziestu latach...
— Panna Idalja nie ma czterdziestu lat! — protestuje gospodarz.
— Ma, proszę pana, i to z czubkiem — słodko mówi gość. — Ale jej kamienica o trzech podwórkach i stu trzydziestu lokalach zasłania wiek i niedoskonałości fizyczne, podczas gdy nasza kuzynka Wanda nie ma nic! — dodaje z westchnieniem, podnosząc ręce dogóry.
— Ma, panie, ma! Panna Wanda ma najcenniejsze skarby, jakie winna posiadać kobieta! — woła pan Adam, chwytając gościa za obie ręce. — Panna Wanda ma młodość, ma zdrowie, ma piękność i ma wuja... wuja takiego jak pan dobrodziej!
— Taki wuj, to zaledwie kilka tysięcy rubli po śmierci... to nie kamienica z dwoma frontami! — szepcze gość, oddając panu Adamowi uściski.
— A stosuneczki?... a protekcyjki?... — uśmiecha się pan Adam.
Na wzmiankę o stosuneczkach oczy pana Tomasza błysnęły. Uderzył dwoma palcami w biurko i zawołał:
— Otóż to boli mnie najwięcej!... Umizgał się... bałamucił dziewczynę... i właśnie, gdy dzięki moim stosunkom otrzymał posadę na osiemset rubli w banku, w ciągu kilku dni porzuca nieszczęśliwe dziecko i żeni się ze starą babą, posiadaczką kamienicy!
Pan Adam podniósł się z fotelu i kładąc rękę na sercu, rzekł:
— Szanowny panie, mój siostrzeniec, Ludwik Kohot-Pokrywalski, jako człowiek honoru, jako dżentleman, musi ożenić się z panną Idalją...
-— A więc i ją bałamucił?
— Boże uchowaj. Poznał ją w tym samym nieszczęsnym dniu, albo lepiej powiedzmy: tej samej nocy, kiedy za łaskawą protekcją pańską otrzymał wyższą posadę...
— Awantura! — mruknął gość.
— Nadzwyczajna... niesłychana... nieprawdopodobna awantura — mówił wzburzony pan Adam. — Ale ponieważ Ludwik ma być kumem szanownej siostrzenicy pańskiej... i naprawdę był... przyjacielem... szczerym... bezinteresownym przyjacielem panny Wandy...
— Jak na przyjaciela, za bardzo przewracał oczyma.
— Młody chłopak... przystojny...
— Gdzie on przystojny? — syknął gość. — Nawet nie rozumiem, z jakiej racji ten człowiek uchodzi za donżuana.
— Ładny wzrost, zgrabna figura i błękitne, marzące oczy — mówił pan Adam. — Taki chłopak na każdej kobiecie robi wrażenie konkurenta. A wreszcie, jeżeli kiedy bywał nieco lekkomyślnym, ciężko odpokutował!... Opowiem szanownemu panu tę bajeczną historję...
— Ciekawym... — odpowiedział gość tonem źle ukrytego lekceważenia i założył nogę na nogę.
Pan Adam chwilę odpoczął, odchrząknął i mówił:
— Jaki to dziwny zbieg wydarzeń, że początkiem nieszczęść Ludwika...
— Pana Kohot-Pokrywalskiego... — wtrącił uprzejmie gość.
— Szanowny pan umie być złośliwy!... No, ale mając taki żal...
— Mogę drogiego pana zapewnić, że ani ja, ani nasza kuzynka Wanda nie mamy najmniejszego żalu do pańskiego siostrzeńca... — zawołał gość. — Dozgonny związek dwojga ludzi, nie oparty na przywiązaniu, toż to więzienie!... Zresztą słucham...
— Otóż początkiem nieszczęść mego siostrzeńca był... awans w banku, awans, który Ludwik zawdzięcza pańskiej protekcji...
— Piękna wdzięczność!
— Tego poparcia mój siostrzeniec do śmierci nie zapomni szanownemu panu, a przynajmniej nie powinien zapomnieć... Ale niech pan chwilkę będzie cierpliwym...
— Mogę zapewnić, że nawet zachowanie się pana Kohot-Pokrywalskiego nie wyczerpało mojej cierpliwości.
Pan Adam zrobił lekki ukłon głową i ciągnął dalej:
— Pewnego dnia, nad wieczorem, Ludwik otrzymał następujący bilecik: „Winszuję, przed półgodziną awansowałeś pan na osiemset rubli. Dyrektor Wyciskiewicz.“ Kiedy Ludwik przeczytał tę nowinę, zdawało się, że radość serce mu rozsadzi. Chciał skakać, śpiewać, kilkanaście razy obejrzał bilecik, wreszcie — włożył go do pugilaresu na swoje bilety wizytowe i postanowił upamiętnić awans jakąś uczciwą rozrywką...
— I poszedł do knajpy — wtrącił gość — jeżeli nie do czegoś gorszego.
— Szanowny pan nie jest sprawiedliwy... Ludwik poszedł do pierwszorzędnej restauracji, którą pan sam nieraz odwiedzał w uroczystych momentach życia.
— Aha, więc znowu ja będę winien?... — spytał gość.
— Ani myślałem robić podobnego zarzutu... Otóż Ludwik, na uczczenie pomyślnego skutku pańskiej protekcji, kazał sobie w restauracji podać mały... maciupeńki kieliszeczek pomarańczówki, jakieś mięso... karafkę lekkiego wina... Ale jadł i pił bez apetytu. Rozmarzała go muzyka, światło elektryczne... Co chwilę wydobywał pugilares i odczytywał bilet dyrektora Wyciskiewicza, jakby nie dowierzał pamięci.
Nareszcie, spostrzegłszy, że inni goście zwracają na niego uwagę, i chcąc wyrwać się z pod czaru nowej posady, zaczął machinalnie oglądać się po sali. Gdzieś, w kącie, dojrzał kilku adwokatów, wesoło omawiających jakiś stryczkowy proces; przy innym stoliku chichotały dwie artystki w towarzystwie pięciu wielbicieli, z których jeden był w grubej żałobie, a najbliżej, o parę kroków od siebie, spostrzegł Ludwik plecy ogromnego, siwego pana i... cudną buzię może osiemnastoletniej panienki. Jej szare oczy wołały: patrzcie na mnie!... ciemne włosy upominały się o pieszczoty, a cudne usteczka nasuwały myśli o pocałunkach.
— Widzę, że drogi pan jeszcze nie gardzi kobietkami? — zauważył gość.
— Wiernie powtarzam, co słyszałem od Ludwika, który był tak przejęty, naturalnie czystem, duchowem uwielbieniem dla nieznajomej dzieweczki, że, skinąwszy na snującą się między stolikami kwiaciarkę, nabył kilka bukiecików i zaczął rzucać je pod stopy ślicznej panienki.
Gdy cisnął pęczek fiołków — panienka zarumieniła się, gdy dorzucił parę gałązek konwalji — uśmiechnęła się, a gdy mniej zręcznym ruchem posłał jej ciemną różę, stary jegomość nagle odwrócił się i spojrzał na Ludwika... Chłopak twierdzi, że jeszcze nigdy w życiu nie spotkał się z podobnem wejrzeniem: było ono łagodne, lecz tak hipnotyzujące, że Ludwik poczuł, iż cokolwiek rozkazałby mu nieznajomy starzec (podobny do króla belgijskiego), mój siostrzeniec spełni to bez wahania.
Tymczasem ogromny mężczyzna wyjął bilet wizytowy i podając go Ludwikowi, a zarazem ciągle patrząc mu w oczy, rzekł:
— „Ponieważ nie przypuszczam, ażeby pan zapomocą swoich bukietów chciał zwrócić uwagę mojej wnuczki, więc domyślam się, że manifestację kwiatową urządził pan pod moim adresem. Postaram się wywdzięczyć za ten hołd, a oto moje nazwisko.“
Spiorunowany Ludwik zerwał się z krzesła, coś wybełkotał, machinalnie sięgnął do kieszeni, wydobył z pugilaresu bilet i — podał go starcowi. Nieznajomy wzruszył ramionami, nie czytając, wsunął bilet do kieszeni paltota i podawszy rękę pięknej panience, opuścił restaurację. Zachwycająca dziewczynka, wychodząc, udała, że nie widzi Ludwika.
Teraz dopiero mój siostrzeniec stopniowo zaczął odzyskiwać przytomność. Spojrzał na bilet starca i nie bez zdumienia przeczytał: „Dr. Paracelsus Magus, ul. Florencka 30, m. 1.“ Tknięty przeczuciem, otworzył pugilares i — przerażony — spostrzegł, że wszystkie jego bilety są na miejscu, ale zato niema kartki, zawiadamiającej go o świeżym awansie. Odurzony chłopak, zamiast swego, oddał nieznajomemu bilet dyrektora Wyciskiewicza!...
Ani chwili nie wahając się, wybiegł na ulicę, lecz tam już nie było Magusa. Więc, bez względu na późną godzinę (była już dziesiąta wieczór), pomyślał o dostaniu się na ulicę Florencką. Bo jakiż byłby to skandal, gdyby naprzykład jutro stary doktór złożył wizytę Wyciskiewiczowi i robił mu wymówki za nieszczęsne kwiaty, rzucane przez Ludwika?... Siadł więc chłopak w pierwszą lepszą dorożkę i, po kilku minutach, znalazł się na ulicy Florenckiej, pod numerem...
— Trzydziestym... cha! cha!... — śmiał się gość. — Doktór Paracelsus Magus, znany dziwak, naprawdę mieszkał pod wymienionym adresem, ale... cha!... cha!... cha!... od dziesięciu lat już nie żyje...
— Tu właśnie zaczynają się nadzwyczajności!... — wtrącił pan Adam.
— Nieboszczyk istotnie był nadzwyczajnym oryginałem — mówił gość, ciągle śmiejąc się. — Leczył swoich pacjentów elektrycznością, światłem, ścieśnionem powietrzem...
— Właśnie... właśnie... usłyszy pan o machinie do ścieśniania powietrza...
— Ja już wiem o niej — ciągnął gość. — Doktór Paracelsus umarł w biedzie, ale że gospodarzowi swemu, Dusigrosz-Złocińskiemu, był winien komorne za pół roku, więc chciwy kamienicznik zagarnął po nieboszczyku wszystkie narzędzia, a między innemi machinę do zgęszczania powietrza. Panna Idalja ma skutkiem tego większy posag...
— Cieszę się, że pan sam to opowiedział — rzekł pan Adam — bo teraz przekona się pan, że w sprawozdaniu Ludwika niema ani cienia mistyfikacji.
— Awantura tak dobrze się zaczyna, że słucham jej z przyjemnością — odpowiedział gość, nie przestając się śmiać, ale w sposób godny dobrze wychowanego człowieka.
— Gdy Ludwik zadzwonił do mieszkania pod numer pierwszy, otworzył mu drzwi sam doktór Magus i milcząc, poprowadził przez kilka pokojów, do swojej fizyko-medycznej pracowni, gdzie na środku stało pudło metalowe, wielkości małego pokoiku...
— Machina do ścieśniania powietrza!... — wtrącił gość.
— Tu doktór zwrócił się do Ludwika, który szedł za nim jak automat, i rzekł:
— „Za afront, wyrządzony mojej wnuczce, musisz odpokutować...“
Ludwik chciał odpowiedzieć:
— „Ależ miałem jak najuczciwsze zamiary względem pańskiej wnuczki...“ — głosu mu jednak zabrakło. A tymczasem doktór otworzył drzwi pudła i wskazał palcem jego wnętrze, dokąd mój siostrzeniec wszedł całkiem dobrowolnie i bezwładny upadł na szezlong, obok stoliczka.
— „Panno Idaljo!“ — zawołał Paracelsus.
W tej chwili weszła do pracowni panna Dusigrosz-Złocińska i, zmieszana, wylękniona, stanęła przed otwartemi drzwiami metalowego pudła.
— „W tym kloszu — mówił Paracelsus grobowym głosem — jest tyle powietrza, że człowiek może godzinę żyć w niem. Jeżeli więc pani chce utrzymać przy istnieniu tego obrzydliwego rozpustnika, tego grzesznego bałamuta, niech mu pani co godzinę otwiera drzwiczki. W każdym razie oddaję go pani na własność. Może pani zrobić z nim, co się jej podoba.“
Ludwik wszystko słyszał i doskonale rozumiał, że dokonywa się nad nim jakaś przemoc; lecz nie mógł ani ruszyć się, ani nawet ustnie zaprotestować. Tymczasem metalowe drzwi zatrzasnęły się, a w okienku, z grubego szkła, ukazała się smutna i przerażona twarz panny Idalji.
— „Czy mogę panu czem służyć? — zapytała po chwili przez telefon. — Czy mogę panu przynieść jaką ulgę?“
— „Niczem i żadnej!“ — odpowiedział z nietajonym gniewem Ludwik, któremu fizjognomja panny Idalji wydała się wstrętna. On ma być jej własnością!... własnością kobiety prawie starej i bardzo brzydkiej...
— A widzi drogi pan?... — odezwał się gość. — Czy nie mówiłem, że to stara baba?
— Ludwik myślał w taki sposób pod pierwszem bolesnem wrażeniem i nie miał jeszcze sposobności poznać bliżej panny Idalji...
— A więc poznał ją bliżej?...
— Mam na myśli jej duchowe zalety... — z godnością odpowiedział pan Adam.
-— Ja także... ja także!... — z pośpiechem dorzucił gość.
— Po króciutkiej rozmowie, panna Idalja usiadła na kanapie pod ścianą na sali, a mój siostrzeniec przypatrywał się jej przez okienko — zapewne z nudów, gdyż nic lepszego nie miał do roboty. Przy silnym blasku lampy elektrycznej wyraźnie widział jej bujne, nieco rudawe włosy (może przyprawione!), twarz zwiędłą, jakby niezdrową, wąskie usta z żałośnie opadniętemi kącikami i nos... nos czerwonawy, którego koniec niekiedy połyskiwał, odbijając światło lampy.
— „A niechże cię kule biją!... — mruknął mój siostrzeniec: — I ja... mam być własnością tej rudej wiedźmy... To chyba garderobiana cudownej wnuczki Paracelsa Magusa?“
Wprawdzie spostrzegł, że ciemna suknia panny Idalji jest dobrze skrojona, dzięki czemu właścicielka jej wyglądała dość zręcznie, nawet bardzo zręcznie, ale czy to jedna pokojówka ma ładną figurę?...
„I ja mam być jej własnością?“ — myślał nieszczęśliwy chłopiec.
Przywidziało mu się, że głowa panny Idalji jest środkiem kwiatu, którego korona składa się z takich oto płatków, jak wstręt, pogarda, nienawiść, chęć zemsty...
„Ach, gdybym mógł spalić ją na proch spojrzeniem!...“
W tej samej chwili panna Idalja, jakby tknięta prądem niewidzialnym, drgnęła, podniosła się z kanapy i wyszła z sali.
— „A idź na złamanie karku!...“ — mruknął mój siostrzeniec.
— Widzę z tego, że pan Kohot-Pokrywalski potrafi być bardzo nieuprzejmy dla płci pięknej... — wtrącił z lekkim uśmiechem gość.
— Ale niech pan zwróci uwagę, w jakich to było warunkach — odpowiedział pan Adam.
— Zawsze... nazywać kobietę wiedźmą i posyłać ją na złamanie karku — to chyba nieładnie...
— Ciężko też został biedak ukarany...
— Słucham... słucham! — szepnął gość.
— Gdy panna Idalja znikła — prawił pan Adam — mojemu siostrzeńcowi przyszło do głowy bardzo proste, bardzo naturalne pytanie:
„Poco ja mam siedzieć w tej żelaznej pułapce? Przecież drzwi jej nie są chyba zamknięte na klucz?“
Uniósł się na szezlongu — i poczuł ociężałość w rękach i nogach, choć władał niemi dosyć dobrze. Lecz gdy wyciągnął rękę w kierunku klamki, zdawało mu się, że organ ten waży przynajmniej z kilkaset funtów i toż samo nogi. Aż zatoczył się i stuknął głową w żelazną ścianę pudła.
— „Co to znaczy?...“ — rzekł do siebie. Drugi raz powtórzył ten sam ruch i znowu poczuł straszny, niepokonany ciężar własnego ciała. Nawet marzyć nie mógł, nietylko o otworzeniu drzwi, ale choćby tylko o dosięgnięciu klamki... Zdawało mu się, że przestał być człowiekiem, lecz zamienił się w bryłę ołowiu...
Po chwili nowe wrażenie: spostrzegł, że pulsa biją w nim gwałtownie, że oddycha prędko i jakby płytko... Chciał westchnąć głębiej — niepodobna!...
— „Ależ ja się duszę!...“ — zawołał. Ogarnęła go trwoga. Zadyszany zerwał się, zatrzepotał rękoma i prawie upadając na szezlong, dotknął dzwonka, który odezwał się gwałtownie, z przerwami, jak wołanie o ratunek.
Upłynęło pół minuty, może minuta, może dwie...
— „Jestem zgubiony!“ — szepnął mój nieszczęśliwy siostrzeniec. Jednocześnie szczęknęły drzwi, uchyliły się i — Ludwika owionęło świeże powietrze. Uczuł, że wraca mu życie i... rzewna wdzięczność zbudziła się w jego sercu.
— „Kto to?“ — zapytał omdlewającym głosem.
— „Ja“ — szepnęła panna Idalja.
— „Jaka pani dobra!“
Idalja nieśmiało wsunęła głowę do pudła, a w tej chwili wydała się Ludwikowi mniej wstrętną.
— „Muszę być bardzo chory?“
— „Istotnie wygląda pan blado... Wino musiało być nadto mocne...“
— „Pani myśli, że jestem pijany?“
— „Sama nie wiem, co myśleć...“
— „Pani tutaj mieszka?“
— „Tak jest.“
— „Czy w obowiązku u doktora?“ — zapytał Ludwik.
Panna Idalja zdziwiła się.
— „Ja nie jestem w obowiązku... jestem właścicielką tego domu.“
„Właścicielką?“ — pomyślał Ludwik, a głośno dodał:
— „Zdaje mi się, że to jest wielki dom?“
— „Bardzo — odpowiedziała. — Kilka razy za wielki w stosunku do moich potrzeb.“
Teraz Ludwik spostrzegł, że suknia panny Idalji jest skrojona i uszyta przepysznie, a jednocześnie zobaczył na palcu jej lewej ręki pierścionek z brylantem wielkości dużego ziarna grochu. A ponieważ czuł, że może oddychać głęboko, że nie dusi się i że tętna biją mu spokojniej, więc, wzruszony, cicho szepnął:
— „Pani jesteś aniołem!“
Panna Idalja zarumieniła się, uśmiechnęła i cofnęła za drzwi metalowe.
— „Jeżeli będzie pan czego potrzebował, proszę dzwonić.“
— „Upokarza mnie pani swoją dobrocią... Czy będę śmiał?...“
— „Jestem gotowa na każde skinienie.“
— „Czy nie miałem słuszności, nazywając panią aniołem?“
Drzwi zatrzasnęły się. Ludwik chciał znowu wyciągnąć do klamki rękę, ale znowu opadła mu jak ołowiana... Biedny chłopak przymknął oczy i przed jego imaginacją stanęła... długa, czteropiętrowa kamienica, przynajmniej z dwudziestoma oknami frontu. Przypomniał też sobie, całkiem mimowoli, że wchodząc w bramę, spostrzegł w głębi jakby kilka podwórek... długi szereg podwórek...
— „Ależ to koszary — nie kamienica!“ — szepnął z melancholijnym uśmiechem. Miał też biedak o czem myśleć w swojem okropnem położeniu...
Znowu szczęknęły drzwi i znowu stanęła w nich panna Idalja uśmiechnięta, prawie upiększona. Trzymała w rękach tacę z syfonem wody sodowej i karafinką jakiegoś likworu (był to syrop pomarańczowy), a zaś w małych, bardzo kształtnych uszkach miała kolczyki z brylantami chyba wielkości bobu. Mój siostrzeniec formalnie osłupiał. Panna Idalja, milcząc, postawiła tacę na stoliku i — ciężkie drzwi znowu zatrzasnęły się.
Ludwik z trudem podniósł się, nalał syropu, potem wody. Wypił. Orzeźwiło go, lecz tylko na chwilę. Znowu opanowały go myśli smutne, atakowały wrażenia coraz przykrzejsze. Bezwładność rąk i nóg wcale się nie zmniejszyła, owszem, wzrosła. Ogarniało go odurzenie i zdawało mu się, że ciężkie drzwi i żelazne ściany pudła, w którem siedział, kładą mu się na piersiach, gniotą, miażdżą...
Zaczęło go ogarniać nowe uczucie. — Dotychczas — opowiadał mi Ludwik — myśl moja była podobna do angielskiej gazety, złożonej z kilku arkuszy, zadrukowanej od góry do dołu, upiększonej ilustracjami, przepełnionej wiadomościami ze wszystkich części świata, ze wszystkich sfer towarzyskich. W tej chwili jednak duch mój stał się podobny do olbrzymiego arkusza papieru, na którym czerniło się zaledwie kilka zdań, wśród przerażającej pustki.
Oto owe dziwaczne zdania: „Ta kobieta o cynamonowych włosach ma prześliczne, arystokratyczne rączki... Mogłem przypatrzyć się im, kiedy przyniosła wodę sodową na grubej tacy srebrnej...“ Tu nastąpiła w myślach pustka... biały arkusz rozszerzył się do rozmiarów dużego placu... I znowu parę zdań: „Cudowne kolczyki!... takiemi brylantami możnaby przez szereg lat pokrywać moją podwyższoną pensję... Ale dlaczego ona ubrała się w te kolczyki do mnie?... Fałsz! kobieta tak pełna godności, nigdy nie dopuściłaby się podobnego nietaktu. Oczywiście, musiała wrócić z wizyty, kolczyki miała ciągle w uszkach, ale ja nie dostrzegłem ich w pierwszej chwili...“
Z marzeń znowu rozbudził go puls przyśpieszony i płytki oddech. Mój siostrzeniec pragnął zapanować nad sobą; lecz, gdy mu tchu zabrakło — dotknął dzwonka... Drzwi pudła otworzyły się w ciągu kilkunastu sekund.
— „Pan bardzo cierpi?“ — zapytała wylękniona Idalja.
— „Strasznie! — odpowiedział. — Ale najgorszem jest to, że czuję jakby paraliż członków i utratę zdolności myślenia. Nie potrafię opowiedzieć pani, jaki to okropny stan, kiedy człowiek znajduje się wobec unicestwienia własnej duszy ... Och, jakże jestem nieszczęśliwy... jakże się męczę! A w dodatku ciągle widzę przed sobą te straszne, przejmujące oczy doktora Magusa.“
— „Pan go znał?“
— „Tak, na moje nieszczęście... Nie mogę zapomnieć jego hipnotyzującego wzroku.“
— „Co? hipnotyzm? — zawołała panna Idalja. — O, z hipnotyzmem damy sobie radę!“
Mówiąc, położyła śliczne rączki na czole mego siostrzeńca i zaczęła wykonywać ruchy odgarniające. Po kilkunastu „pasach“ Ludwik spokojnie oddychał i odzyskał panowanie nad sobą.
— „Pani jest czarodziejką! — zawołał. — Ja znowu myślę... znowu czuję bogactwo napływających obrazów i coraz żywszy ruch imaginacji... O bądźże mi błogosławiona, cudowna lekarko duszy!“
— „Więc niechże pan teraz wstanie i wyjdzie z tego szkaradnego pudła!“ — zawołała Idalja.
— „Nie mogę... straciłem władzę w członkach...“
Wówczas panna Idalja swojemi prześlicznemi rączkami zaczęła robić pociągnięcia po jego piersiach, rękach, nogach... Biedny chłopak z zachwytem czuł, że, po każdem pociągnięciu, odzyskuje władzę. Nareszcie o własnych siłach podniósł się z szezlonga i... ukląkł. Panna Idalja opuściła główkę jak senny kwiat, i — rozpłakała się...
— Już wiem ciąg dalszy! — zawołał gość. — Więc w taki sposób pański siostrzeniec został współwłaścicielem największej kamienicy w mieście...
— Myli się szanowny pan — odpowiedział z godnością pan Adam. — Mój siostrzeniec powstał z klęczek, zaprezentował się swojej zbawicielce, od niej dowiedział się, komu zawdzięcza ocalenie, i — opuścił dom pod numerem trzydziestym. Parę godzin błąkał się po mieście, wstąpił do cukierni na szklankę kawy i, akurat o dziewiątej rano, wrócił do swego mieszkania.
Tu czekała go niespodzianka: sędzia śledczy Zamykalski, ajent Łapajtys, rewirowy i paru świadków.
— „Co to znaczy?“ — zawołał Ludwik, blednąc. Ponieważ znał sędziego, więc wyciągnął rękę na przywitanie. Ale Zamykalski udał, że nie spostrzega gestu, i lodowatym tonem zapytał:
— „Skąd pan tak późno wraca?“
— „Z... z... z... ze spaceru“ — odpowiedział Ludwik.
— „A to pan zna? — wtrącił się ajent, niski brunet z latającemi oczyma. — To pan zna?“ — powtórzył, przysuwając Ludwikowi do oczu jakiś bilecik. Mój siostrzeniec spojrzał na kartę i zawołał:
— „Ależ to jest bilet dyrektora Wyciskiewicza, napisany wczoraj do mnie.“
— „Aha, mamy ptaszka“ — odpowiedział ajent.
— „Łapajtys... Łapajtys! — upomniał go sędzia — to chyba do ciebie nie należy.“
— „Do mnie wszystko należy“ — mruknął ajent.
— „Panie Pokrywalski — zwrócił się uroczyście sędzia do Ludwika — dziś w nocy okradziono dyrektora Wyciskiewicza.“
— „Czy podobna?“ — zawołał mój siostrzeniec.
— „Podobna... podobna!“ — wtrącił ajent.
— „Łapajtys! — upomniał go sędzia. — Otóż dziś w nocy okradziono dyrektora Wyciskiewicza, zaś na podłodze, w jego gabinecie, znaleziono ten oto bilet, który pan Wyciskiewicz uznał jako napisany przez siebie do pana... Czy nie mógłby pan objaśnić nas: jakim sposobem ten bilet znalazł się w pokoju dyrektora po kradzieży?“
Ludwik uderzył się w czoło.
— „Ja ten bilet — rzekł — oddałem przez omyłkę wczoraj późnym wieczorem doktorowi Paracelsowi Magusowi...“
— „Przeżegnaj się pan — odparł groźnie sędzia — doktór Magus od wielu lat nie żyje.“
— „Ależ oddałem! — zapewniał Ludwik. — Było to około dziesiątej, w restauracji...“
— „Z której wybiegł pan, nie zapłaciwszy za kolację“ — wtrącił ajent.
— „Prawda! — zawołał mój siostrzeniec — za kolację nie zapłaciłem... Ale ten sam kelner może poświadczyć, że miałem zatarg z doktorem Magusem z powodu kwiatów.“
— „Panu — odezwał się ajent — nawymyślał w restauracji nie żaden doktór Magus, tylko magik i brzuchomówca Libchen, który był w restauracji ze swoją pomocnicą Florą... A on, Libchen, nie mógł okraść dyrektora, gdyż prosto z restauracji pojechał na dworzec wiedeński, a stamtąd pociągiem pośpiesznym do Berlina. Ot co jest!“
— „Łapajtys, Łapajtys... to chyba nie do ciebie należy! — rzekł bolejącym głosem sędzia i patrzył blademi oczyma to na ajenta, to na mego siostrzeńca. — Sprawa — mówił dalej — wyjaśni się natychmiast, jeżeli nas pan objaśni: gdzie pan spędził dzisiejszą noc?“
Gdyby bomba wybuchła u jego nóg, Ludwik takby się nie zmieszał, jak zapytaniem sędziego. On, szlachcic, on, człowiek dobrze wychowany i mający pretensję do uczuć jak najbardziej rycerskich, on ma wyznać, gdzie był dzisiejszej nocy?... Innemi słowy, ma wobec policjantów i dwuznacznych świadków powiedzieć że spędził noc... w mieszkaniu panny Idalji Dusigrosz-Złocińskiej, a może jeszcze przyznać, jak był dla niej niesprawiedliwy, jak ona uratowała go od obłąkania, jak później klęczał u jej stóp... „Nigdy! — rzekł do siebie w duchu — raczej śmierć...“
— „Zatem gdzież pan był dzisiejszej nocy?“ — nalegał sędzia.
-— „Nie pamiętam. Po sprzeczce z doktorem Magusem byłem, jak odurzony...“
— „Aha! — wtrącił ajent — i w odurzeniu zaszedł pan do mieszkania dyrektora Wyciskiewicza... Mniej więcej każdy złodziej powiedziałby to samo.“
— „Łapajtys! — upomniał go sędzia. — Więc pan Pokrywalski stanowczo nie powie, gdzie spędził noc?“
— „Nic nie pamiętam“ — szepnął Ludwik.
— „W takim razie musi pan udać się z nami.“
I co pan powie? Nieszczęśliwy chłopak został aresztowany i zaprowadzony do ratusza, gdzie przesiedział do czwartej po południu!...
O tej godzinie znowu wezwano go do śledztwa. W korytarzu spostrzegł, że dwaj ajenci pokazują go sobie, i usłyszał urywek ich rozmowy: „Największa kamienica w mieście... Siedemdziesiąt tysięcy w banku... place warte ze sto tysięcy.“ — „Największa kamienica? — pomyślał mój biedny Ludwik. — To tak, jakby mówili o Idalji... Ale skąd siedemdziesiąt tysięcy?...“ W tej samej chwili wszedł do pokoju sędziego i zobaczył pię... chciałem powiedzieć: zobaczył szlachetną Idalję. Dziewica była czarno, lecz gustownie ubrana, a na bladej twarzy widniały ślady łez.
— „Cóż się z panem dzieje? — zapytała, mocno ściskając go za rękę. — Całe miasto drży od jakichś wstrętnych plotek.“
— „Posądzają mnie, że... dzisiejszej nocy okradłem dyrektora Wyciskiewicza!“
— „Jakto — i pan nie powiedział, gdzie pan był?“
— „Wolałbym sto śmierci, aniżeli skompromitować kobietę szlachetną i niewinną.“
— „O! za pozwoleniem — przerwała mu i zwracając się do sędziego Zamykalskiego, silnym głosem, wobec kilku złodziei, policjantów i ajentów, rzekła: — Pan Kohot-Pokrywalski dzisiejszą noc, od dziesiątej do szóstej rano, przepędził w mojem mieszkaniu!“
— „No... no!“ — zawołał ze zdziwienim Łapajtys, a nie mniej wzruszony sędzia odezwał się:
— „Zeznanie pani jest bohaterstwem, ale... czy ma pani świadków?“
— „Stróża i dwie służące“ — odpowiedziała Idalja.
— „W takim razie muszę uwolnić pana Pokrywalskiego, ale pani sytuacja...“
— „Nie myślę o niej, kiedy chodzi o uratowanie człowieka niewinnego...“
W izbie zrobiło się cicho; wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na Ludwika, który zrozumiał, że musi uczynić jakiś krok stanowczy. Więc zwrócił się do Idalji i tym swoim dźwięcznym, rzewnym głosem rzekł:
— „Pani, mam zaszczyt prosić o jej rękę.“
— „Ma pan obie“ — odpowiedziała, śmiejąc się, ale z oczyma pełnemi łez.
— Uroczyste zaręczyny! — wykrzyknął pan Tomasz. — W biurze policji, wobec sędziego śledczego, ajentów i złodziei...
— A cóż, według szanownego pana, miał zrobić Ludwik w podobnej sytuacji?... Porzucić kobietę niewinną i życzliwą sobie na pastwę plotek miejskich?
— Rozumie się, że nie — przerwał gość. — Ale słuchamy dalej.
— Mówię szanownemu panu — cud za cudem... same cuda... Jeszcze Ludwik nie zdążył wypuścić rączek panny Idalji z namiętnego uścisku, gdy nagle — z hałasem otworzyły się drzwi izby i wbiegł, a raczej wtoczył się, w towarzystwie policjantów, jakiś człowiek zmiętoszony, zapłakany, z twarzą mocno opuchniętą, który cicho jęczał i prawą ręką podtrzymywał lewą rękę. Na jego widok zdumiony sędzia krzyknął:
— „Gąsior?... a ty tu co robisz?... Onegdaj wypuścili cię z kozy i już jesteś zpowrotem?“
— „Do usług wielmożnego sędziego... o la Boga!“ — jęknął przybysz.
— „Cóżeś taki zmarnowany?“ — pyta sędzia.
— „E — to nic, ino tak troszkę biesiedowaliśmy z panami w policji.“
— „Gąsior! — wtrącił surowo Łapajtys — tylko żadnych plotek. Pamiętaj: żeby cię smażono w smole, nie powiadaj, co się dzieje w szkole.“
— „Czy ja mówię, że mnie panowie z policji co zrobili?... o la Boga!“
— „Policja — rzekł Łapajtys — jest jak rodzona matka dla tych, co się przyznają. Miodem ich smaruje.“
— „Oj, smaruje... la Boga!“ — jęczał Gąsior, podtrzymując rękę.
— „Cóż tobie w rękę?“ — pyta sędzia.
— „Musi, że trochę złamana.“
— „Gąsior! — upomina go Łapajtys — tylko dużo nie pyskuj... Pójdziesz do szpitala i będzie ci jak w niebie.“
— „Ale zacóż on aresztowany?“ — pyta sędzia.
— „Abakrał direktora Wiciskiewicza“ — wtrącił inny ajent.
W izbie zrobił się zamęt, po którego uciszeniu sędzia ostatecznie sprawdził, że Gąsior w rzeczy samej okradł Wyciskiewicza, ale że prawie wszystkie rzeczy znaleziono.
— „Proszę napisać uwolnienie z pod śledztwa dla pana Pokrywalskiego“ — zwrócił się sędzia do sekretarza.
— „Kohot-Pokrywalskiego“ — szepnął Ludwik, dbały o honor nazwiska.
— To prawda! — odezwał się gość.
W tej chwili do mego siostrzeńca zbliżył się słodko uśmiechnięty Łapajtys i rzekł półgłosem:
— „Żebym ja wiedział, co pan ma taką narzeczoną, sprawa odrazu miałaby inny obrót... Ale ja zajdę do pana, przeprosić za omyłkę.“
Jednocześnie sędzia, jakby coś przypomniawszy sobie, zwrócił się do Gąsiora:
— „Ale... ale... Gąsior, a skąd wziąłeś ten bilet?... Bo ty chyba zgubiłeś go w mieszkaniu dyrektora Wyciskiewicza.“ — I pokazał mu bilet, oddany przez Ludwika Paracelsowi.
— „Znalazłem go u jednego starego pana, pod restauracją, jak wsiadał do karety.“
— „Jakto?... gdzie znalazłeś?“
— „W paltocie“ — odparł Gąsior.
— „A czy z tym panem była panienka bardzo ładna?“ — wtrącił Ludwik.
— „Była, była...“
Więc wyjaśniło się, jakim sposobem bilet, należący do mego siostrzeńca, znaleziono w mieszkaniu Wyciskiewicza.
W kwadrans później, mój siostrzeniec wolny, oczyszczony od hańbiącego zarzutu, z uśmiechem na ustach a niebem w sercu, prowadził pod rękę pannę Idalję, która tuliła się do niego — uszczęśliwiona. Siedli do powozu i pojechali do jej domu. W drodze, niejednokrotnie musiał jej łzy ocierać... łzy radości... Przytem, mimowoli, dowiedział się, że panna Idalja ma nietylko siedemdziesiąt tysięcy w banku, ale jeszcze pięćdziesiąt osiem tysięcy na kilku dobrych hipotekach. No, niech szanowny pan sam powie: czy Ludwika nie spotkała prawie nadnaturalna historja?
— W każdym razie — odparł uprzejmie gość — w tej niezwykłej historji są dwie rzeczy dosyć pospolite: jedna — że leciwa panna dostała młodszego od siebie męża, druga — że mały urzędnik, dzięki jakimś tajemniczym zaletom, zdobył ogromny posag i stanowisko...
Ponieważ pan Adam lekko skrzywił się, więc uprzejmy gość pożegnał go i opuścił mieszkanie wśród mnóstwa zobopólnych ukłonów.



DRAMAT BEZ TYTUŁU.
(RZECZ DZIEJE SIĘ W HISZPANJI.)

(Akt I. Zima — godzina popołudniowa — dziedziniec wielkiego klasztoru. Na ścianach co kilka kroków widać napisy: „Baczność przed złodziejami!“ Biało ubrany zakonnik stoi u wrót głównych, przez które na klęczkach pełza ciżba ludu. Głowy obnażone, ręce podniesione do nieba, na twarzach wyraz zachwytu, osłupienia, radości. Jedni śpiewają pobożne pieśni, inni modlą się głośno, niektórzy krzyczą jak obłąkani.)
Zakonnik. Uciszcie się, pókim dobry, i powtarzajcie modlitwę: „Boże, gdy wchodzę do Twej świątyni, pozwól, ażebym Cię czcił w duchu i prawdzie. Uczyń to, abym zrozumiał, że niewinność obyczajów i serce czyste...“
Lud. O... o... o!... Panie! bądź miłościw nam grzesznym! (Tłoczą się jeszcze gwałtowniej.)
Zakonnik. Nie pchajcie się jak bydlęta!... Nie ryczcie jak osły!
Lud. Panie, nie jestem godzien wejść do przybytku Twego...
(Tymczasem ściemnia się; lud i dziedziniec znika, mury klasztoru jakby rozsuwają się i widać szereg cel, w każdej z nich — jednego lub paru zakonników.)
Cela I-sza. (Półobnażony zakonnik klęczy i biczując się do krwi, mówi jękliwym głosem) Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy, a karania, które za nie odbieramy, porównywamy... Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!
Cela II-a. (Zakonnik siedzi w fotelu przed stołem i zbiera ofiary.)
Pielgrzym A. Za duszę żony i dwojga dzieci... (Kładzie złotą sztukę.)
Zakonnik. Idź, duszo pobożna, w spokoju, ofiara twoja będzie przyjęta. (Chowa pieniądz do kieszeni.)
Pielgrzym B. Ażeby Pan Bóg przywrócił zdrowie memu sparaliżowanemu ojcu... (Kładzie miedziany pieniądz.)
Zakonnik. Możesz iść. Jaka ofiara, taki skutek. (Rzuca pieniądz do puszki.)
Cela III-a. (Zakonnik, siedząc na aksamitnym fotelu, dysponuje kucharzowi obiad) Co ja ci mam dużo mówić, kiedy sam wiesz najlepiej, co i jak. Przygotuj na jutro dwie zupy: z jarzyn i rakową, łososia w galarecie z sosem zielonym, kapłona z kompotem, pieczeń sarnia, lody, do kawy konjak i benedyktynkę... Pamiętaj, popisz się, bo może będzie naczelnik powiatu.
Cela IV-a. (Zakonnik, klęcząc, czyta) Zaprawdę, gdy dzień sądu przyjdzie, nie będą nas pytać, cośmy czytali, lecz — cośmy działali. Powiedz mi, gdzie teraz są wszyscy panowie, którycheś znał, póki żywi byli?... Już ich dochody inni trzymają, a nie wiem, jeśli o nich kto wspomina?
Cela V-a. (O. Maciuś w białym habicie siedzi bardzo pijany przy stole pełnym butelek; w jego łóżku rozciąga się jeszcze mocniej pijany gość.)
Gość. Zabieram babę i wynoszę się do Ameryki.
O. Maciuś. Powiedziałem, że dam ci dwa tysiące realów rocznie, ale siedź.
Gość. Lada dzień złapią cię popy na kradzieżach i wsadzą do ula.
O. Maciuś. Nie wsadzą, bo przed każdym spowiadam się z moich grzechów, więc żaden słówka nie piśnie.
Gość. Takiś mądry?... Poczekaj, pójdę do prokuratora!
O. Maciuś. (Zataczając się, wydobywa toporek z szafy, staje nad gościem i mruczy) Wiedziałem, że będę musiał zagałuszyć podleca... Mów pacierz, psubracie!
Gość (przestraszony.) Jakże to! ty, ksiądz, chcesz zgubić duszę chrześcijańską?
O. Maciuś. Dam ci rozgrzeszenie. Absolvo te in nomine... (Uderza go toporkiem w głowę.)
Cela VI-a. Zakonnik (mówi do pana cywilnego) Odnowiliśmy klasztor, jak należy, mamy pyszne organy, nowe żyrandole, Mękę Pańską. Trzebaby jeszcze kupić olbrzymi gramofon, ażeby pielgrzymom w dziedzińcu śpiewał pieśni nabożne i prawił kazania.
O. Serafin (wbiegając, woła) Okradli!... okradli obraz cudowny!...
Zakonnik. Ale złodziej padł trupem?
O. Serafin. Gdzież tam!
Zakonnik. Więc go sparaliżowało?
O. Serafin. Wcale nie.
Zakonnik. Cud oczywisty, dla podniesienia jeszcze wyżej klasztoru!... Będziemy mieli dwie olbrzymie uroczystości: jedną dla przebłagania za kradzież, drugą dla przyodziania świętego obrazu w nową sukienkę.
(Słychać stłumiony krzyk: Ratunku!... morduje!)
Pan cywilny (przerażony) Coś się stało?...
Zakonnik. To pewnie djabeł odprawia zwykłe harce... A może jaki opętany krzyczy pod kaplicą. (Do O. Serafina.) Trzeba jutro znowu poświęcić korytarze, bo szatan zanadto bryka.
(Kurant na wieży wydzwania hymn: „Kto się w opiekę poda Panu swemu“.)

(Akt II. Rynek wielkiego miasta — tłum ludzi. Nikomu nieznani mówcy przemawiają z dorożek, platform, stosów kamieni.)
Mówca. Słuchaj mnie, biedny ludu, i zastanów się nad swoją nędzą, nad wyzyskiem, którego padasz ofiarą. Wy nie jadacie mięsa, raz na dzień widujecie chleb z zakalcem, mieszkacie jak psy w nieopalanych norach, a klasztor co roku wyciska z was miljony realów. I na co? Czy na ochrony dla waszych dzieci?... na szpitale dla waszych chorych?... Nie! na wykwintne obiady, na kosztowne wina dla mnichów, którzy utrzymują nałożnice, okradają kościół i mordują ludzi sobie niemiłych...
Głosy wśród ludu. Prawdę mówi!... Dobrze mówi!... Precz z pasibrzuchami, co karmią się naszą krwią i potem!...
Mówca. Mnichy wyzyskują was, pod pozorem, że obraz jest cudowny i spełni wszystko, o co go poprosicie. Kto widział te cuda?... Czy, jeżeli kto z was był głodny, dano mu chleb z nieba? Czy chory odzyskał zdrowie bez lekarza i apteki?... Wreszcie, cóżto za obraz cudowny, który pozwala kraść pod swem okiem, mordować w sąsiedztwie kaplicy, obraz, który nie obronił się, gdy z niego samego zdzierano kosztowną sukienkę? Zaś na zakupienie nowej wy, biedacy, musieliście składać pieniądze...
Głosy z ludu. Taki to i cudowny obraz!
Głos krzykliwy. Co tu dużo gadać — niema Boga i kwita!... Gdyby był, nie pozwoliłby na tyle krzywd na świecie.
Wrzaski w tłumie. Niema Boga!... To wymysły popów!...
Kobieta (szepcze) Już nie zobaczę mojej Hanulki! Mówili, że jest u Boga, ale kiedy...
Starzec. Dawniej człowiek, żyjąc w biedzie, oglądał się na niebo; dziś wie, że po śmierci rzucą go w dół jak każdą padlinę.

(Akt III. Widać klasztor, a w nim celę IV-ą.)
Zakonnik (klęcząc, modli się) „U drzwi Twoich stoję, Panie, czekam na Twe zmiłowanie...“
(Słychać stukanie do drzwi. Do celi wpada gość cywilny.)
Gość. Gdzie ojciec przeor?
Zakonnik. Przygotowuje siedmioletnie dzieci do Stołu Pańskiego.
Gość. A ojciec kaznodzieja?
Zakonnik. Odprawia modlitwy błagalne.
Gość (wzburzony). Więc ojcowie nie wiedzą, co się dzieje?
Zakonnik. Owszem, wiemy. Ojciec Kleofas, który pojechał do Afryki, nawrócił dwustu murzynów.
Gość. Ale co się tu dzieje na ulicach?
Zakonnik. My na ulicę nie wychodzimy; stamtąd spłynęło do nas zgorszenie.
Gość. Więc czytajcie gazety.
Zakonnik. Gazet nie wolno czytać.
Gość. Przeciw wam lud podburzono.
Zakonnik. To w Portugalji! Ale pokazał się ludowi święty Paweł i już panuje spokój.
(Z dziedzińca słychać krzyki: Śmierć pasibrzuchom! — Drzwi celi wyłamano, wpadają jacyś ludzie, mordują zakonnika i gościa, a następnie podpalają celę. W ciągu kilkunastu minut klasztor staje w płomieniach i rozsypuje się w gruzy.)

(Akt IV. Posiedzenie rady municypalnej w Madrycie. Radni wrzeszczą, kłócą się, przyskakują do siebie z pięściami. Przez otwarte okna słychać odległy trzask karabinów.)
Prezes. Niechże się nareszcie dowiem, kto i gdzie strzela?
Radny I-szy. Buddyści atakują czcicieli Izydy.
Radny II-gi. Nieprawda! To czciciele słońca tępią satanistów.
Radny III-ci. Głupi są pańscy czciciele słońca...
Radny II-gi. Jak śmiesz, zdrajco!... (Zaczynają się bić, Prezes chwyta się za głowę i każe woźnym wyprowadzić za drzwi niesfornych.)
Prezes. Cóżto za nieszczęście! Ile domów w Madrycie, tyle wyznań; ilu radnych, tyle dogmatów. I wszyscy walczą między sobą! A przecież miesiąc temu zapadła uchwała, ażeby nie poruszać kwestyj religijnych.
Uczeń Comte’a. To niemożliwe, albowiem gdziekolwiek ludzie utworzyli społeczeństwo, musieli jednocześnie sformułować jakąś wiarę religijną.
Materjalista. Ja jednak nie rozumiem celu religji...
Uczeń Comte’a. Cel bardzo jasny: dać człowiekowi fundament do jedności wewnętrznej, a społeczeństwu cement, ażeby się nie rozsypało, tudzież wspólne dążenia, aby wszyscy szli w jednym kierunku i tworzyli wielką siłę zbiorową.
Prezes. Więc dajże nam pan taką religję!
Uczeń Comte’a. Jest nią religja mistrza mojego, religja Ludzkości. Jej hasłem: „Miłość dla zasad, porządek podstawą, postęp celem.“ Jej metoda: „Pracujcie dla szczęścia innych, a wasze będzie wam dane, jako nadwyżka.“ Jej cementem spajającym ludzi będzie miłość i poddanie się obowiązkom.
Prezes. Jakże wywołać tę miłość i poczucie obowiązków?
Uczeń Comte’a. Uczucia szlachetne będą podtrzymywały się zapomocą symbolów plastycznych, pieśni, ceremonij poważnych. Nad pełnieniem zaś obowiązków czuwać będą kapłani...
Prezes. Więc będą i kapłani?
Uczeń Comte’a. Rozumie się! Oni będą kierować działalnością jednostek, zaś arcykapłan będzie nawet rozstrzygał spory międzynarodowe. Ale ci kapłani muszą odznaczać się nietylko wiedzą, nietylko zdolnościami umysłowemi, ale jeszcze wielką siłą moralną i podniosłością uczuć.
Prezes. Kapłani i arcykapłan!... ceremonje religijne i dogmaty!... Ależ to bardzo przypomina katolicyzm z jakimiś mądrymi i zacnymi kapłanami.
Uczeń Comte’a. W każdym razie będzie dużo podobieństw do katolicyzmu.
Prezes. No, więc lepiej odrazu do niego wróćmy. (Dzwoni i woła) Szanowni koledzy! od dziś za tydzień będziemy zastanawiali się, czy potrzebna jest religja wogóle... a od dziś za dwa tygodnie roztrząśniemy, czy nie możnaby, tytułem próby, przywrócić katolicyzmu...
(Od ulicy słychać dźwięk dzwonów i śpiew uroczysty.)
Prezes (do woźnych). Co to za krzyki?
Woźny. To idzie procesja katolicka.
Prezes. Jakto? Przecie katolicyzm zniesiony dekretem z dnia... za numerem...
A dużo ich tam za procesją?
Woźny. Może sto, a może i dwieście tysięcy narodu.
Prezes (targając włosy.) I to wszystko robi się bez uchwały, nawet bez dyskusji w izbie municypalnej!



ZAGADKA DO NAGRODY.

Pewien angielski podróżnik, uczony i wiarogodny, zelektryzował Europę wiadomością, że gdzieś w Himalajach rośnie (w jednym tylko egzemplarzu) drzewo wiekuistego żywota... Ktoby zjadł, a raczej kto zjadł odrobinę tego drzewa, choćby wielkości prosa, ten nietylko odzyskiwał młodość, ale mógł żyć jeszcze do setnego roku. Podróżnik na własne oczy widział fakira, który mając lat siedemdziesiąt, po zjedzeniu kawałka liścia z owej rośliny, cofnął się do dwudziestu lat, nie tracąc nabytej wiedzy i doświadczeń. Fakir ten, i bodaj, czy nie on jeden, wiedział, gdzie znajduje się drzewo żywota, ale wskazać go nie chciał nikomu za żadną cenę.
Wiadomość dla całego rodu ludzkiego była tak doniosła, że w Paryżu natychmiast zebrał się kongres z największych uczonych, polityków i bogaczów wszystkich państw europejskich. Po krótkiej naradzie postanowiono wysłać do Indyj zbiorową delegację, z rozległemi pełnomocnictwami.
Wysłańcy nie bez trudu znaleźli fakira, który pędził życie w jednym z lasów kaszmirskich, na gruzach prastarej świątyni. Przybywszy tam, ujrzeli człowieka lat trzydziestu, który siedział na ziemi z podwiniętemi nogami, za całą odzież miał szmatę okręconą dokoła bioder i nie mył się od lat dwudziestu. Delegaci objaśnili mu cel przybycia, dodając, że — jeżeli wskaże im cudowną roślinę, wynagrodzą go po królewsku; w razie przeciwnym zagrozili mu środkami przymusowemi.
Świątobliwy człowiek długą chwilę patrzył na nich szklanemi oczyma, wreszcie odrzekł powoli, głosem zmęczonym:
— Co wy mi dać możecie?... Złoto?... diamenty?... Ilebym zechciał, tylebym ich posiadał. A może chcecie skusić mnie delikatnemi potrawami i winem, które przynosi sny czarodziejskie?... Ależ ja ciągle przebywam w świecie czarów, a do zaspokojenia mych potrzeb wystarcza kilka fig dziennie i garsteczka wody źródlanej.
Pogróżek waszych nie boję się, ponieważ śmierć jest dla mnie tylko przejściem z jednej izby do drugiej i każdą mękę mógłbym wytrzymać, gdyż kiedy zechcę, potrafię być nieczułym zarówno na rozkosz, jak i na cierpienie.
Delegaci spojrzeli po sobie strapieni.
— Aby jednak — mówił dalej fakir — przekonać was, że nie jestem niechętny, pokażę wam drzewo żywota, a nawet pozwolę je ściąć i pokruszyć na najdrobniejsze kawałki. Jeżeli uda się próba, będziecie mogli odmładzać się do końca wieków; jeżeli nie uda się — drzewo raz na zawsze zniknie ze świata. Musicie jednak spełnić mój warunek, ten mianowicie: ściąć drzewo żywota i przerobić je na okruchy będą mieli prawo tylko członkowie jednego narodu, tego, który ja sam wybiorę.
Delegaci zaczęli kręcić głowami i znowu naradzać się. Fakir jakiemuś niewymienionemu narodowi chciał nadać tak wielki, tak potężny przywilej, że wobec niego wszyscy schodzili na stanowisko podwładnych. Lecz, że wieczna młodość byłaby największem szczęściem rodzaju ludzkiego, więc po niedługich wahaniach delegaci przyjęli warunek.
Ażeby fakirowi ułatwić wybór, przedstawiciele wszystkich państw i ludów, biorących udział w delegacji, opisywali mu swoje zalety.
— Ja — mówił Anglik — posiadam najrozleglejsze kolonje, najwięcej okrętów, największe swobody i najdzielniejszy charakter.
— Ja — chwalił się Francuz — dałem światu wielkich bohaterów, najgenialniejsze pomysły, a dziś jestem najoszczędniejszym i najbogatszym narodem świata. Wszyscy u mnie pożyczają pieniędzy.
— Ja — prawił Niemiec — w niedługim czasie stworzyłem najpotężniejszy przemysł, pracę fizyczną wzmocniłem przez naukę, mam najsilniejszą armję i wojskowy porządek w państwie.
— Moja ojczyzna — zaśpiewał Włoch — jest jednem wielkiem muzeum sztuki, a moi rodacy artystami z Bożej łaski...
— A ja — odezwał się Żyd — nie posiadam nic, a ile razy zbiorę majątek, zawsze napadają mnie bandyci, obdzierają i rzucają mnie do wody. Ale ja mam taką własność, że gdy z jednego brzegu wpadnę do wody goły, to zaraz na drugim brzegu wypływam... w atłasowym żupanie, sobolowej czapce, z jednym woreczkiem pełnym złota, a drugim pełnym brylantów.
Fakir namyślał się przez pół godziny, wreszcie rzekł:
— Niema wśród was narodu, którego mi potrzeba.
Zgnębieni delegaci jeszcze raz zrobili sesję i postanowili sprowadzić przedstawicieli narodu Ypsylonów, których do tej pory nie uznawano, i ze wszelkich europejskich zebrań wyłączano. Ledwie pokazała się nowa deputacja, fakir klasnął w ręce i zawołał:
— Oto oni!... na tych oczekiwała dusza moja!...
Ypsylonowie z początku nie chcieli jechać do Indyj, albowiem w tym czasie ojczyzna ich obchodziła uroczystość wyścigów konnych. Dopiero, gdy powiedziano im, że chodzi o szczęście całego świata, zgodzili się na wysłanie deputatów z pośród klas najbogatszych, najświatlejszych i najlepiej urodzonych. Wzięli też z sobą nieco prostego ludu do posług.
Przepiękny był widok nadchodzących Ypsylonów; delegaci wszecheuropejscy nie mogli od nich oczu oderwać. Naprzód szła muzyka, wygrywająca jakiś taniec huczny i melancholijny. Za muzyką sunął wąż, złożony z kilkuset kobiet i mężczyzn, uszykowanych parami. Kobiety były w najmodniejszych strojach: szeroko u góry, wąsko u dołu: mężczyźni w butach kolorowych, niemniej kolorowych kapotach z porozpruwanemi rękawami, wreszcie w czapkach formą i barwą przypominających konfederatki.
Obeszli fakira dokoła marszem wspaniałym, przyczem kilka razy zmieniali damy i dopiero, ukończywszy taniec, zapytali, o co chodzi. A gdy im powiedziano, że chodzi o ścięcie i pokruszenie drzewa żywota, kazali porobić siekiery z najpołyskliwszego metalu, pięknie rzeźbione i osadzone na misternych toporzyskach.
Właśnie mieli wziąć się do roboty, kiedy jeden z nich przypomniał, że za kilka dni wypada trzechtysiączna rocznica zwycięstwa, które odnieśli Ypsylonowie nad narodem już nieistniejącym. Jako wierni potomkowie swoich przodków, cały tydzień święcili rocznicę i czyniliby to jeszcze przez tydzień, gdyby jeden z astronomów nie odkrył, że z powodu jakiejś omyłki kalendarzowej, trzechtysiącolecie przypadnie dopiero za dwa lata.
Gdy ze strony ogółu Europejczyków zaproponowano im, ażeby przystąpili do podziału pracy, po kilkudniowych naradach podzielili się — na arystokratów i demokratów, chrześcijan i antychrześcijan, narodowców i kosmopolitów i rozpoczęli długie spory, które dopiero przerwał strajk ludu prostego. Polegał on na tem, że lud nie chciał przyjmować udziału w naradach, zanim będzie miał okazję usunąć się od rzeczywistej pracy. .
Już wówczas doszłoby do wielkich zatargów między Ypsylonami, gdyby na szczęście nie zdarzył się wypadek, który kazał zapomnieć o partyjnych niechęciach. Oto, jeden z bardziej postępowych inteligentów woził z sobą, na wszelki przypadek, skrzynię bomb dynamitowych. Pewnego dnia poruszył ją nieostrożnie, skrzynka wybuchła i pozabijała wielką liczbę mężczyzn i kobiet.
Wobec strasznego nieszczęścia umilkły niesnaski i wszystkie partje złączyły się dla oddania hołdu ofiarom nieostrożności. Grzebano zmarłych i opłakiwano ich cały tydzień, a mowy nad grobami i przy każdej zresztą sposobności były tak wzruszające, że nawet Anglicy i Niemcy mieli oczy zapuchnięte od łez. Jednych roztkliwiała straszna śmierć poległych, inni płakali z żalu, że przy ypsylonowskim systemie pracy ludzie nie skosztują ani odrobiny drzewa żywota!
Nareszcie jakiś poważny Amerykanin zaprosił na poufną naradę najmędrszych Ypsylonów i rzekł im:
— Drodzy, kochani panowie! Czy nie moglibyście, choć na kilka dni, zapomnieć o swoich interesach partyjnych i podzielić się ot — tak — poprostu — na trzy grupy: pierwszą, któraby ścinała drzewo, drugą, któraby dyrygowała tamtymi, i trzecią, która nie będzie robiła nic, ale też powstrzyma się od przeszkadzania innym. Myślę, że do takiej organizacji wystarczy kilkanaście osób, choć trochę pracowitych i jako tako rozsądnych. Przecież tu nie potrzeba rzeczy nadzwyczajnych; w ciągu jednego dnia zetniecie drzewo, a na drugi dzień możecie się wziąć do rozdawania okruchów, zabezpieczywszy, co jest rzeczą sprawiedliwą, najpierwej samym sobie wieczną młodość. Pamiętajcie, kochani Ypsylonowie, że mając taki cudny, taki boski materjał w ręku, możecie się stać nietylko najszczęśliwszymi bogaczami tego świata, ale i władcami reszty ludów, żyjących na kuli ziemskiej. Zastanówcie się, że takiej władzy, jak wasza, nie było jeszcze pod słońcem!...
Ypsylonowie nietylko doskonale zrozumieli słuszność wywodów Amerykanina, ale jeszcze poparli je tak pięknemi mowami, że większość Europejczyków nie mogła powstrzymać się od łez, a jednego to nawet tknął paraliż ze wzruszenia. Ypsylonowie nietylko głębiej rozwinęli ideę poczciwego Amerykanina, ale nadto — przysięgli sobie, że natychmiast przystąpią do urzeczywistnienia tak prostego i płodnego w skutki planu. Lecz tu właśnie zdarzyło się największe nieszczęście: wszyscy bowiem pragnęli, albo dyrygować robotami, albo — nic nie robić; ale wzięć się do ścinania, albo drobienia drzewa żywota — nikt nie chciał. Jeden był za dobrze urodzony do wszelkiej pospolitej pracy, drugi zanadto inteligentny, trzeci miał za wiele pieniędzy, ażeby potrzebował hańbić się trudem ręcznym...
Przez dwa dni ciągnęły się straszne spory, kilka osób padło od noża, albo od kuli rewolwerowej. Skończyło się na tem, że wszyscy, ale to wszyscy Ypsylonowie, choć cokolwiek zamożniejsi, jako tako dobrze urodzeni, albo odrobinę oświeceńsi — opuścili świątynię, fakira i drzewo żywota, a zostało tylko kilkanaście osób z ludu prostego.
Gdy Europejczycy do nich zwrócili się z prośbą o ścięcie i rozdrobienie drzewa żywota, odpowiedzieli, że zrobią to jak najchętniej i natychmiast. Jakoż wzięli siekiery cudnie rzeźbione i osadzone na misternych toporzyskach i poszli do drzewa. Lecz ile razy kto uderzył w pień, błyszcząca siekiera rozsypywała się w proch; okazało się bowiem, że dla oszczędzenia trudu i kosztów, ypsylońscy fabrykanci siekier, zamiast ze stali, kazali odlać je z cyny...
I otóż zdarzyła się rzecz najgorsza, o jakiej można było marzyć. Po kilkudziesięciu i kilkuset uderzeniach, wszystkie siekiery pokruszyły się, ale od drzewa żywota nawet kawałek kory nie odprysnął. Boska roślina na każdy cios odpowiadała naprzód jękiem, później skargą, wkońcu groźnym łoskotem i nareszcie... zniknęła... całkiem z powierzchni ziemi!...
Zrozpaczeni delegaci wszecheuropejscy z nienawiścią do Ypsylonów powracali do domu, a niektórzy zabijali się sami, mówiąc, że po utracie tak pięknych nadziei, życie straciło dla nich urok.
Na gruzach kaszmirskiej świątyni pobożny fakir został sam, otoczony nieliczną garstką uczniów. Pewnego razu jeden z nich zapytał:
— Mistrzu, jeżeli wolno niepokoić uszy twoje głupiemi pytaniami, racz nam objaśnić, dlaczego ścięcie drzewa żywota powierzyłeś Ypsylonom, którzy przecież zmarnowali okazję unieśmiertelnienia świata?
— Dla dwu powodów — odrzekł bogobojny. — Pierwszym jest ten, że Brama nie chciał, aby drzewo żywota dostało się w ręce ludzkie, a do urzeczywistnienia tego celu najlepiej nadawali się Ypsylonowie, którzy nic i nigdy nie zrobili porządnie.
— I naród ten już się nie zmieni?
— Tu jest drugi powód, dla którego wezwałem Ypsylonów. Klęska, jakiej sami doznali i jaką zadali światu, otworzy im oczy i — staną się rozważniejszymi, aniżeli są dzisiaj.
— Ale zmarnowali okazję do zrobienia się najpotężniejszym narodem... — wtrącił uczeń.
Święty człowiek znowu wpadł w zadumę i długi czas siedział nieruchomy, prawie nie oddychając. Gdy ocknął się, wszyscy uczniowie skupili się u jego stóp, wiedząc, że usłyszą jakąś mądrą przypowieść. W rzeczy samej fakir odezwał się:
— Synowie moi! pewien kapłan tybetański, idąc w daleką pielgrzymkę, zobaczył przy rozstajnych drogach kapliczkę, a na jej ścianach takie przeczytał napisy: „Pobożny pielgrzymie, jeżeli pójdziesz dalej ścieżką po lewej ręce, znajdziesz bez trudu dziesięć wag czystego złota; ale jeżeli udasz się w podróż ścieżką na prawo, po wielu niepokojach i trudach, znajdziesz tylko jeden liść palmowy, zapisany sentencjami mądremi...“ A ponieważ był to pielgrzym wzniosłego ducha, więc poszedł na prawo, znalazł palmowy liść z przepisami i stał się chlubą swego królestwa.
Otóż, mówię wam, że Ypsylonowie — przypadkiem — naśladowali owego pielgrzyma; przez lekkomyślność opuścili drogę łatwego szczęścia i nie wiedząc, weszli na ścieżkę bolesnych trudów, na której jednak znajdą to, czego ich duszom brakowało dotychczas...

Taką historję opowiedział mi jeden z przyjaciół, który niegdyś podróżował po Indjach i nieco znał tamtejszą literaturę. Zakończył zaś w sposób bardzo oryginalny:

— Nasi rzemieślnicy i kupcy drugorzędni — mówił przyjaciel — odznaczają się niepunktualnością, nie znają oszczędności i nie lubią pracy. Dla wyleczenia narodu z tego rodzaju chorób byłoby bardzo pożądane, ażeby jak największa liczba młodzieży pracującej poznała życie ludów ucywilizowanych, choć trochę przyswoiła sobie ich zwyczaje i choć odrobinę nasiąknęła ich dojrzałemi poglądami.
Dla osiągnięcia podobnych wyników jest tylko jeden sposób: wysyłać na rok, czy na dwa, zdolniejszą młodzież rzemieślniczą — niedaleko, choćby do Czech, gdzie będą mogli przypatrzyć się społeczeństwu dla nich nowemu, którego pracowitość, ład i oświata obudzą w ich duszach drzemiące dziś zalety. Taki — powtarzam — zdolny i uczciwy rzemieślnik, nietylko sam ulepszyłby się, ale, powróciwszy do kraju, innych pozarażałby swoją lepszością. Cnoty bowiem są równie zaraźliwe, jak tyfus i szkarlatyna.
Wybierać kandydatów na wyjazd mogłoby Muzeum Przemysłu i Rolnictwa; o fundusz na stypendja odwołaćby się trzeba do ofiarności publicznej. Jednym zaś ze sposobów zdobycia choć kilkunastu rubli na początek byłaby następująca odezwa:
„Czytelniku! Z powiastki niniejszej wiesz, jak zachowywali się Ypsylonowie w kwestji tak ważnej dla siebie i dla świata, a teraz — zgadnij, który naród europejski jest najpodobniejszy do Ypsylonów? Jeżeli zgadniesz, będziesz mógł w nagrodę — złożyć rubla, może mniej, a może i więcej — na stypendja dla zdolnych rzemieślników, wyjeżdżających do Czech na praktykę. Przytem nazwisko odgadującego zagadkę będzie z triumfem ogłoszone w „Kurjerze.“



CZEGO „FAUST“ NAROBIŁ W PEWNEJ APTECE?

Około siódmej wieczór, pan Ludwik Proszkiewicz wyciągniętym kłusem biegł w kierunku placu Teatralnego; grano dziś „Fausta“, a on choćby za skarby świata musiał mieć dwa bilety na galerję. Właściwie to on już miał dwa bilety, tylko mu ich nie oddano, więc nagwałt starał się o inne.

Pan Ludwik, chłopak dwudziestoparoletni, blondynek z uczciwą twarzą, pracował w jednej z aptek w dzielnicy łazienkowskiej i w ciągu dnia nie mógł wymknąć się do kasy teatralnej. Na szczęście podjął się wyręczyć go inny młody człowiek, imieniem Teodor, przezwiskiem Pomidor, z którym pan Ludwik poznał się z okazji jakiegoś preparatu siarczanocynkowego. Pomidor, przyszedłszy z receptą do apteki, był melancholijny i nieśmiało zapytał Ludwika, czy on sądzi, że lekarstwo będzie skuteczne. A ponieważ Ludwik potwierdził nietylko z pewnością, lecz jakby z odcieniem współczucia, więc Pomidor roztkliwił się, zawarł z nim dozgonną przyjaźń i na drugi dzień pożyczył od niego pół rubla.
Proszkiewicz dopiero od dwu miesięcy bawił w Warszawie; przedtem odbywał kilkoletnią praktykę w jednem z miast gubernjalnych, gdzie ukończył szkołę handlową i miał babkę, osobę dość zamożną a bardzo go kochającą. Gdy wyjeżdżał do Warszawy, ażeby do dna zgłębić wiedzę farmaceutyczną, babka, oprócz pościeli, bielizny i garderoby, dała mu jeszcze pięćdziesiąt rubli złotą i srebrną monetą i obiecała nadsyłać zasiłki miesięczne, o ile wnuk zechciałby uczyć się konwersacji francuskiej i niemieckiej. Ludwik był gruntownie uczciwy. Ponieważ nie oddawał się jeszcze konwersacjom, będąc zajęty analizami chemicznemi, więc nie pisał do babki o pieniądze, a nawet z otrzymanych nie wydał ani grosza. I dopiero onegdaj z tej sumy wykopał trzy ruble i wręczył je Pomidorowi na kupno biletów do teatru.
Pomidor nie miał właściwie żadnego zajęcia, a starał się o debiuty w teatrze Rozmaitości, gdzie umyślił zrobić karjerę. Nieraz występował w widowiskach amatorskich, a choć nieco seplenił i miał jedno oko wykrzywione, sądził, że te właśnie znaki szczególne będą stanowiły jego potęgę przy odtwarzaniu czarnych charakterów. Dużo przytem opowiadał o swoich stosunkach zakulisowych i upewniał Ludwika, że za trzy ruble wydobędzie mu takie bilety na galerję, jakich kto inny nie dostałby za tysiąc.
Proszkiewicz dał mu więc trzy ruble jeszcze onegdaj i miał otrzymać bilet na poczekaniu, za chwilę. Gdy jednak Pomidor nie zgłaszał się nawet po upływie czterdziestu ośmiu godzin, zrozpaczony Ludwik uwolnił się z apteki o wpół do siódmej i sam pobiegł po drugą parę biletów. Koledzy zapewniali go, że pod teatrem, od przekupniów, zawsze dostać można, czego dusza zapragnie; bo choć biletów niema w kasie, napewno znajdą się obok kasy.

Pan Ludwik do tej pory, mimo dwumiesięcznego pobytu w Warszawie, nie był jeszcze w teatrze. Chłopak ambitny i chciwy wiedzy serdecznie zaprzyjaźnił się z panem Doświadczyńskim, dyrektorem apteki, który wiele lat spędził w Berlinie, Paryżu, Londynie, posiadał rozległą wiedzę w rozmaitych dziedzinach (n. p. znał historję i jeografję), a kochał farmację i chemję. Całe życie spędzał w aptece, o ile zaś miał chwilę wolną, pracował nad chemją, albo czytywał autorów ulubionych. Stary farmaceuta wywierał wpływ hipnotyczny na Proszkiewicza, który garnął się do niego, pod jego okiem dokonywał analiz i pochłaniał książki, zalecane przez mistrza.
Tak było przez dwa miesiące, dopóki pewnego dnia kasjerka apteki, panna Klotylda, przy jakiejś wypłacie nie uśmiechnęła się do Proszkiewicza i wypadkowo nie dotknęła małym paluszkiem jego ręki. Od tej chwili chłopak zesmutniał, zamyślił się i nieco osłabnął w namiętności do czystej wiedzy. To też pan Doświadczyński, spoglądając na niego ponad szafirowemi okularami i głaszcząc szpakowatą brodę, rzekł raz:
— Strzeż się, kolego, tych rzeczy: knajpy, długów, kart i kobiet... Kobiet nadewszystko, bo to ułomne stworzenia i niejednego przyprawiły o upadek, nie wyłączając osób duchownych.
— A moja babunia? — spytał Ludwik.
— Babunie już nie są kobietami; myślę o młodych.
— A... a... a... panna Klotylda?...
— Uczciwa, pracowita, wesoła, dobrze wychowana, ale zawsze tylko kobieta. Dziwisz się kolega?... Więc sam powiedz, czy w pannie Klotyldzie nie zdradza pewnej, że tak powiem, niższości duchowej takie, naprzykład, wdawanie się z Ildefonsem?
— Tak, pan Ildefons dziwny człowiek! — wtrącił nie bez uciechy Ludwik.
— To nie żadne dziwy, tylko zwyczajna blaga. Obełguje nas jakiemiś arystokratycznemi stosunkami i ośmiela się, nawet w mojej obecności, mówić, że ma do wyboru dwie posady: albo u Hersego w dziale jedwabiów, albo agenturę kapusty kwaszonej hrabiego Potockiego. A tymczasem z czego on żyje? Po całych dniach grywa w bilard, a już pominę wypadek, że zginęły kiedyś w jego obecności grube pieniądze...
I cóż na to panna Klotylda? Zamiast kazać stróżowi, aby faceta wyrzucił za drzwi, ona — mizdrzy się, rumieni, a oczy jej błyszczą jak kotowi, gdy zobaczy szczura. A kiedym zrobił jej uwagę, jaki może być związek między kwaszeniem kapusty i jedwabiami u Hersego — słyszałeś, co mi odpowiedziała? „Jeżeli sam hrabia Potocki kwasi kapustę, to pan Ildefons chyba może być agentem takiego przedsiębierstwa!“ Ja o Pawle, a ona o Gawle... Typowa odpowiedź kobieca!
Cały numer „Tygodnika Illustrowanego“ możnaby zapełnić światłemi poglądami dyrektora na ułomność kobiet i nieostrożność panny Klotyldy. Proszkiewicz słuchał tych uwag z przejęciem. Lecz gdy pewnego dnia panna Klotylda, ni stąd, ni zowąd, odezwała się:
— Poszłabym na „Fausta“, gdyby mi kto z panów dotrzymywał towarzystwa...
Jeden z pracowników utopił namiętny wzrok w obliczu panny, drugi otworzył usta, trzeci zatarł ręce, czwarty uśmiechnął się lubieżnie. Ale najmłodszy z nich, Ludwik, wyprzedził innych i energicznie oświadczył gotowość posłuchania „Fausta“ w wytwornem towarzystwie panny Klotyldy.
— Jeszcze nigdy — rzekł jakby na usprawiedliwienie — jeszcze nigdy nie byłem w Wielkim Teatrze, a z panią przynajmniej nie zabłądzę...
— Najłatwiej zbłądzić w towarzystwie kobiet! — mruknął Doświadczyński, rzucając surowe spojrzenie nad szafirowemi okularami.
Pomimo to między Ludwikiem a panną Klotyldą stanęła umowa, i tego samego dnia, przepełniony zachwytem i wdzięcznością, Proszkiewicz dał trzy ruble Pomidorowi na bilety.
Gdy nazajutrz i na następny dzień biletów nie było, a jeden kolega śmiał się w laboratorjum z Proszkiewicza, że prędzej ucho swoje zobaczy, aniżeli trzy ruble, Doświadczyński odezwał się tonem jak zwykle uroczystym:
— Żadna powódź, żaden uragan, pożar, ani trzęsienie ziemi nie sprawia tyle szkody, co jedna kobieta...
Ponieważ Ludwik był bardzo dobrym chłopcem, więc, zamiast rozgniewać się na starego pesymistę, poczuł smutek w sercu. Ostatecznie — cóż mu się stanie, choćby Pomidor nie oddał trzech rubli? Sam pójdzie do teatru i kupi bilety od posłańca. Przecież, gdyby nawet nieodwołalnie stracił owe trzy ruble z babcinej darowizny, jeszcze będzie miał czterdzieści siedem. A panna Klotylda chyba warta tego, ażeby na jej słówko poświęcić bodajby piętnaście!
I oto z jakich powodów zawikłanych pan Ludwik w słotny wieczór grudniowy pędził w stronę teatru.

Mgła, deszcz. Ulice podobne do skalistych wąwozów, których środkiem toczy się groźny potok dorożek, karet, platform, wózków ręcznych, nawet rowerów. Chodniki, powerniksowane lepkiem błotem, wyglądają ohydnie z powodu świetlnych plam, rzucanych przez okna sklepów i płomyki latarń. Co chwilę ktoś poślizguje się, co kilka minut ktoś potrąca Ludwika łokciem, parasolem, albo niezmiernym kapeluszem damskim.
Młody człowiek pędzi wciąż: unoszą go skrzydła sympatji do panny Klotyldy i obawy, że może nie dostać biletów. A wtedy co?... Jego głowa jest niby kocioł, przepełniony gotującemi się myślami. Wszystko w niej kipi i wre. Opieszałość czy zdrada Pomidora, ponure teorje Doświadczyńskiego o kobietach, wspomnienia kochającej babki, cień Ildefonsa między kwaszoną kapustą i jedwabiami Hersego... Słowem, chaos... chaos, ponad którym we mgle niepokoju, czy dostanie bilety, unosi się czarująca postać panny Klotyldy.
Jak ona wtedy spojrzała na niego!... Jak sparzyła go dotknięciem paluszka!... A dziś on, najdalej za godzinę, będzie siedział przez całą operę obok takiej kobiety?... Czy chociażby przed tygodniem mógł marzyć o podobnem szczęściu!
Już był na Saskim Placu, już skręcał na Wierzbową, gdy wtem:
— Klo-tyl-da! — zaśpiewała trąbka samochodu i w tej chwili maszyna warjackim pędem przeleciała tuż obok niego, obryzgując błotem. Co najmniej kwartę błota chlapnęło mu na piersi, na ręce, na twarz!... Przetarł oczy, walając się jeszcze mocniej, wyplunął błoto z ust i wpadł do pierwszej bramy, wołając na ratunek stróża. Pyszny dozorca ogromnej kamienicy spojrzał pogardliwie na żałosnego młodzieńca; lecz widok czterdziestówki obudził w nim szlachetniejsze uczucia. Zaprowadził Ludwika do swej komórki, sam nalał wody w miskę i kazał żonie poratować młodego pana, którego spotkało nieszczęście. Jakoż przy pomocy szczotki, ścierki i miotełki powierzchowność Ludwika została doprowadzona mniej więcej do poprzedniego wyglądu, choć na lewej ręce trzeba było odwrócić mankiet, a na szaraczkowym paltocie zarysowały się ciemne plamy.
Nareszcie Proszkiewicz wymknął się z życzliwych objęć stróżowej, lotem strzały popędził przez Wierzbową i zziajany wpadł pod filary teatralne.
— Kogo widzę?... co tu robisz?... kiedyżeś wyjechał z Iksinowa? — wykrzyknął nagle otyły jegomość, idący naprzeciw Ludwika, i pochwycił go za rękę. Był to znajomy z prowincji.
Młody człowiek, przerażony spotkaniem, chciał jak najprędzej pożegnać ukochanego współziomka. Ale jegomość spostrzegł to i zawołał:
— Hola!... czego się tak śpieszysz?... Mam pół godziny czasu, więc możemy wstąpić do cukierni...
— Przepraszam pana — wyjęczał zadyszany Ludwik — ale mam właśnie kupić bilety na „Fausta“...
— Ja wprawdzie idę tylko do Nowości — odparł znajomy — ale nie widzę, dlaczego miałbyś mnie bagatelizować.
— Chodzi o kupno biletu dla pewnej damy... — tłomaczył się Ludwik. — Może pan ze mną pozwoli.
— Oho! — zawołał znajomy, trzymając go za rękę. — Już porobiłeś znajomości z damulkami? Musisz wesoło się bawić!... Podskoczy z radości babka, gdy jej to powiem. Ale poco masz być niegrzeczny dla przyjaciół twej rodziny?
Ludwik wydarł rękę z uścisku przyjaciela rodziny i pędem wbiegł do przysionka Teatru Wielkiego.
— Bileciku życzy pan? — zawołał jakiś poplamiony osobnik. — Ja już nie mam, ale powiem zaraz memu koledze...
W tej chwili krokiem powolniejszym zbliżył się inny nieznajomy, zapytując:
— Loża?... krzesło?...
— Proszę o dwa bilety na „Fausta“... na galerję — rzekł Proszkiewicz, czując, że oblewa się rumieńcem.
— Na galerję? — powtórzył przeciągle nieznajomy. — Na galerję kasa odrazu wyprzedaje.
Ludwikowi w oczach pociemniało. Szczęściem zbliżył się jeszcze inny nieznajomy, który, wypytawszy, o co chodzi, oświadczył, że jakkolwiek nie zajmuje się sprzedażą biletów, szczególniej na galerję, jednak mógłby wystarać się do drugiego rzędu, ale za cenę pierwszego.
Ludwik pomyślał.
— Ha! niech pan da — rzekł.
— A pięć rubelków? — spytał jegomość, odgadując, że zadyszanemu młodzieńcowi musi być pilno do teatru.
— Jakto pięć? — zapytał zdziwiony Ludwik. — Przecież do pierwszego rzędu kosztuje niecałe dziesięć złotych...
— To niech pan idzie do pierwszego rzędu za niecałe dziesięć złotych! — odparł jegomość, odwracając się.
Proszkiewicz zrozumiał, że nic nie wskóra targami; więc wydobył portmonetkę i zapłacił pięć rubli, czemu pilnie przypatrywali się inni panowie.
Gdy opuścił przedsionek, ujął go dwoma palcami za ramię ten, który zaczepił go najpierwej, mężczyzna, pomimo chłodu, ubrany tylko w stary niechlujny surdut.
— A mnie? — rzekł.
— Za co?
— Przecież ja panu zarekomendowałem tych facetów...
— Dajże mi pan spokój!
Ale gdy pan w starym surducie zaczął przemawiać głosem podniesionym, Ludwik, aby uniknąć gorszych nieprzyjemności, dał mu czterdziestówkę.
— Osiem rubli kopiejek czterdzieści kosztują mnie dwa dziesięciozłotowe bilety na „Fausta“!... Ostatni raz jestem w Teatrze Wielkim.
Dochodziła ósma. Za kwadrans miało zacząć się widowisko, wejścia do wszystkich miejsc, z wyjątkiem lóż, zamykano... Trzeba było stanąć pod filarami tak, ażeby spostrzegła go panna Klotylda. Dreszcz przebiegł go na myśl, że parę godzin będzie obok niej siedział. Wszedł jeszcze do cukierni i nabył pudełko cukierków za rubla.
— Dziewięć czterdzieści! — pomyślał i uczuł wzgardę dla siebie za to, że rachuje pieniądze w chwili, gdy chodzi o słodkie towarzystwo panny Klotyldy.
— O jakże jestem podły! — szepnął.
Nie miał jednak czasu na wyrzuty sumienia, ponieważ nagle zrodził się w nim niepokój: czy panna Klotylda już nie była pod teatrem, czy nie znalazłszy go, nie obraziła się i nie odeszła do domu?... A w takim razie już nigdy nie mógłby się jej pokazać na oczy i albo — umrzeć, albo — przenieść się do innej apteki... Umrzeć!... Tu wyobraził sobie, jakby go opłakiwała biedna babka... Przenieść się do innej apteki?... Tu ogarnął go bezdenny smutek na myśl, że zerwałyby się jego stosunki z Doświadczyńskim, i teraz dopiero zrozumiał, jak jest przywiązany do tego mądrego i uczciwego człowieka.
„Zaraz — myślał — jak to ona mówiła?... „Pod teatr przyjdę wcześniej, może o wpół do ósmej, może o ósmej... Niech pan na mnie czeka od strony cukierni Semadeniego... Najporządniejsza cukiernia w Warszawie — mówiła dalej panna Klotylda — ma najlepsze ciastka i cukierki.“ ( Cukierki już kupiłem — medytował Ludwik — a po „Fauście“ zaproponuję jej herbatę właśnie u Semadeniego i poproszę, ażeby dali najlepszych ciastek. Nawet będzie mogła wziąć kilka do domu.)
„Za pozwoleniem — rozmyślał — ona jakby zmieniła plan. „Albo lepiej — mówiła — niech pan na mnie czeka od Nowo-Senatorskiej, gdyż w tamtej stronie mam interes. W każdym razie niech pan zaczeka na mnie koniecznie, ale to koniecznie... Bo widzi pan — mówiła z tym swoim czarującym uśmiechem — muszę jeszcze być na rogu Bielańskiej, więc pan mnie przeprowadzi przez plac... Boję się placów! Mam przeczucie, że mnie kiedy rozjadą... Czy bardzo żałowałby mnie pan?... A więc niech pan koniecznie, ale to koniecznie, czeka na mnie pod filarami.“
Pod wpływem tych przypomnień Proszkiewicz pobiegł w stronę ulicy Nowo-Senatorskiej, ale znowu pędem wrócił ku Wierzbowej. Formalnie pomieszały mu się w głowie ulice: Wierzbowa, Nowo-Senatorska i Bielańska, przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, i dopiero zapach smażonych kotletów przypomniał mu, że jest obok Milera.
Zaczął chodzić pod filarami, jak błędny, w tę i w tamtą stronę.
— Właściwie, gdzie ona chciała, żebym na nią czekał?... Tego tylko brakuje, ażeby była już tutaj, obraziła się i odeszła.
Wpadał na przechodniów i przechodnie wpadali na niego. Jakiś pan, silnie potrącony, zwymyślał go. Do kwadransa po ósmej brakowało kilku minut.
Wtem zdarzyło się coś, czego do śmierci nie zapomni. Od strony ratusza jechał pędem samochód, ten sam, który go obryzgał błotem. Trąbka znowu zaśpiewała: — Klo-tyl-da! — a jednocześnie rozległ się okropny krzyk kobiety.
Nie, nie jakiejś tam kobiety, ale jej... Klotyldy!...
— Przejechali ją! — szepnął. Serce w nim bić przestało... ciemno w oczach... — Boże miłosierny, cóż za straszne nieszczęście!
Samochód stanął, ludzie zaczęli gromadzić się około miejsca katastrofy, ale nieszczęsny Ludwik nie ruszył się. Był jak sparaliżowany.
Wtem... poczuł uderzenie wachlarzem w ramię i usłyszał za sobą głos... panny Klotyldy!
— Co pan tu robi?... Za pięć minut rozpoczynają „Fausta“, a pan, zamiast dać mi bilety, gapi się?
Proszkiewicza jakgdyby oblano skroplonym wodorem. Tak jest, za nim stała żywa panna Klotylda, z minką rozgniewaną, w towarzystwie jakiejś drugiej, również żywej damy.
— Czekałyśmy... czekałyśmy i czekałyśmy na pana. Aż musiałyśmy wstąpić z panem Ildefonsem do cukierni, a pan najspokojniej gapi się.
On truchlał, on rozpaczał, że ją przejechano, a panna Klotylda nazywa to „gapieniem się“ i była w cukierni z Ildefonsem!... Grobowo milcząc, wydobył z kieszeni portmonetkę, z niej dwa bilety i jeden oddał pannie Klotyldzie, gestem lodowatej obojętności, choć serce zalewało mu się krwawemi łzami.
— Co? — zawołała panienka — drugi rząd?
— Przepraszam, ale już nie było innych — ledwie wybąkał Proszkiewicz.
— Co pan wygaduje? Pan Ildefons przed kwadransem dostał bilet w pierwszym rzędzie i dopłacił tylko piętnaście kopiejek. O, nie spisał się pan!
Mimo gniewu, wzięła pod ramię Ludwika i odsunąwszy się z nim o kilka kroków, szepnęła już słodszym głosem:
— Mój drogi panie, zapoznam pana z moją przyjaciółką. Ona bardzo chce być na „Fauście“, więc ja oddam jej mój bilet, a pan będzie jej towarzyszył...
— A pani?...
— Ja wrócę do domu. Przecież za dwoma biletami nie wejdą trzy osoby na galerję.
Po tej odpowiedzi w sercu Ludwika stoczył się bój — olbrzymów. Jednym, silnym jak sama śmierć, było pragnienie, była żądza pójścia do teatru w towarzystwie panny Klotyldy; drugim — było wyrzeczenie się tej rozkoszy dla przyjemności panny Klotyldy. Walka trwała mgnienie oka, poszarpała serce w młodzieńcu, zabiła nadzieję, kirem smutku omotała mu duszę, lecz — zwyciężyło poświęcenie.
— Pani — rzekł biedny chłopak, ledwie hamując wybuch żalu — pani... ja oddam mój bilet... byle tylko pani...
— Doskonale! — zawołała czarująca Klotylda. — Jeszcze będą grali „Fausta“ w tej samej obsadzie, to pójdzie pan na drugi raz... Ale... ale... a co jesteśmy winne za bilety?
Proszkiewicz poruszył ustami, lecz głosu wydać nie mógł. Wyręczył go nadchodzący w tej chwili pan Ildefons, który, usłyszawszy pytanie o cenę biletu, wtrącił:
— Co?... dostały panie bilety do drugiego rzędu?... A to awantura!... Drugi rząd kosztuje rubel dziesięć.
Panna Klotylda niecierpliwie wydobyła portmonetkę, z niej trzy ruble i rzekła, podając papierek Ludwikowi:
— Jutro zwróci mi pan resztę...
— Może pani raczy przyjąć? — szepnął nieszczęśliwy młodzieniec, wyciągając do niej pudełko.
— Cukierki? — zawołał pan Ildefons. — Niech pani prędko bierze i rwijmy, bo jeszcze gotowi nas wylać z teatru.
Bez podziękowania wydarł cukierki z rąk Ludwika i wraz z obiema damami szybko pobiegł w stronę Teatru Wielkiego.
Ludwik skamieniał. Zdawało mu się, że głowa nagle mu opustoszała i że piorunowym hukiem rozlegają się w niej wyrazy jakiegoś przechodnia:
— Nic jej nie jest... Zgubiła kalosz, a narobiła takiego wrzasku, jakby ją samochód przejechał.
„Aha! — pomyślał Ludwik — mówią o tej pani, która tak krzyknęła... A mnie, głupcowi, przywidziało się, że to pannę Klotyldę przejechali!“
Teraz zaczęła fermentować w nim obrażona duma i gniew.
— Więc to tak? — mówił do siebie. — Ja biegnę jak warjat po bilety... przepłacam... a panienka tymczasem zwabia sobie wielbiciela?... Idą razem do teatru, nawet biorą przyjaciółkę, a ze mną postępują, jakby wyrzucili za drzwi!... Więc to tak płaci się w Warszawie za uprzejmość... za wyrzeczenie się?... Bardzo dobrze zdarzyło się z tą przyjaciółką!... Bo i co ja robiłbym w teatrze z nią i tym Ildefonsem?... Zapewne siedzieliby przy sobie, rozmawialiby tylko ze sobą, a ja jak dureń miałbym obowiązek wytrzeszczać ślepie na scenę... Bardzo dziękuję za rolę ciotki od pilnowania czyjejś cnoty.
Wszystko w nim drżało i płonęło; płonęła przedewszystkiem świeża miłość do panny Klotyldy i zamieniała się — na czarny popiół.
— Piękne zwyczaje w Warszawie!... Dowcipne panienki, jak widzę!
Wtem od wejścia do Wielkiego Teatru rozległy się krzyki: — „Łapaj!... trzymaj złodzieja!“ — Przechodnie zaczęli uciekać z pod filarów. Obok Ludwika przebiegł młody człowiek w czarnym paltocie i rzucił czapkę na plac, a ubrał się w kapelusz. Zanim Proszkiewicz wymiarkował, o co chodzi, jacyś jegomoście, wrzeszcząc: „Jest złodziej!“ — pochwycili go, rozpięli mu palto, błyskawicznemi ruchami zrewidowali kieszenie i dali mu parę razy w kark, zresztą niezbyt silnie, co nawet zdziwiło Ludwika. Lecz jednocześnie nadbiegł pan zadyszany i zarumieniony, który, spojrzawszy na Proszkiewicza, zawołał:
— To nie ten!... Tamten był starszy... brunet i w czarnym paltocie...
I pobiegł dalej.
— Przepraszamy! — zawołał do młodzieńca jeden z tych, którzy przetrząsnęli mu kieszenie. Uwolnił mu ręce i wraz z innymi pobiegł ku Wierzbowej. Ludwikowi zdawało się, że tym, co trzymał go ztyłu, był ów jegomość w obrzydliwym surducie, który wytumanił od niego czterdziestówkę za rzekome pośrednictwo przy nabyciu biletów.
Zatrwożył się. Dotknął kieszeni, gdzie była portmonetka... niema portmonety!... Zegarek... niema zegarka!... Machinalnie sięgnął do szpilki w krawacie, którą mu na odjezdnem ofiarowała babka... niema szpilki!... W pół minuty okradziono go z najcenniejszych przedmiotów.
W górnej kieszeni kamizelki znalazł jeszcze parę złotych. Drżący, nic nie mówiąc do nikogo, rzucił się w najbliższą jednokonkę i kazał jechać do apteki. Zdawało mu się, że gonią za nim wszyscy złodzieje warszawscy przy akompanjamencie śmiechu panny Klotyldy i pana Ildefonsa. Teatr, a nawet plac Teatralny tak mu obrzydł, że przysiągł sobie nigdy już tu nie zachodzić.

Jeszcze nie było dziewiątej, kiedy wrócił do apteki blady, wzburzony i opowiedział kolegom, w jaki sposób okradziono go. Doświadczyński, przypatrzywszy mu się, wziął go do swego pokoiku, dał mu wypić spory kieliszek węgierskiego wina i zapytał:
— A cóż się stało z panną Klotyldą?... Mieliście przecież razem pójść na tego „Fausta“...
Stary farmaceuta dotknął bolesnej struny, to też Ludwik nie wytrzymał. Rozpłakał się i szlochając, opowiedział, w jak ordynarny sposób pozbyto się jego towarzystwa.
Doświadczyński słuchał, kiwał głową, rachował.
— Więc na bilety straciłeś, kochany kolego, przeszło jedenaście rubli, a ze skradzioną gotówką osiemnaście rubli... Zegarek, mówisz, kosztował dwadzieścia pięć rubli, a szpilka, o ile pamiętam, była warta ze trzydzieści. Razem zapłaciłeś frycowego osiemdziesiąt cztery ruble z kopiejkami. Szczęśliwy z ciebie chłopak!... innych pierwsza miłość kosztuje znacznie drożej... A nie mówiłem, że żadna powódź, żaden pożar nie zrobi tyle klęski, co jedna kobieta?... Ale ten pan Ildefons zuch bestyjka!... Muszę ja się kiedy z nim rozprawić po swojemu.
Mędrzec pomyślał chwilkę i mówił, jakby do siebie:
— Natura za pośrednictwem kobiet dopuszcza się na nas wielkiego oszustwa. Kobieta anioł!... kobieta bogini!... kwiat!... gwiazda!... jak wołają niektóre półgłówki. A tymczasem cóżto jest naprawdę kobieta?
Ptak — piękne stworzenie, choćby i kogut. A dlaczego piękny? Bo ma ładne pióra i ładnie ułożone. Gdybyś jednak oskubał koguta, przekonałbyś się, że to nie żaden cud, ale zwyczajna pokraka.
Kobieta, w gruncie rzeczy, jest tym oskubanym kogutem, którego my, głupi mężczyźni, stroimy w najpiękniejsze pióra naszej wyobraźni, a potem upadamy przed nim na twarz i wołamy: jakiś ty cudny!... To nie cud, to oskubany ptak, który w dojrzałym rozumie budzić musi wstręt, a przynajmniej niesmak. — To też, ile razy zobaczysz pannę Klotyldę, nie zważaj na jej miny, spojrzenia, uśmiechy, ale przypomnij sobie, że to kogut bez pierza.
Proszkiewicz z łatwością wyobraził sobie pannę Klotyldę w postaci bardzo oskubanej; ale wstrętu, a choćby tylko niesmaku wcale nie doświadczał. Natomiast czuł, że zadrwiła z niego, a myśl o tem zdmuchnęła budzącą się w nim miłość.
„Miejże pana Ildefonsa, kiedy ci z nim dobrze!“ — mówił w sobie Ludwik.
Nietylko nie kochał jej, ale już go nawet przestała obchodzić.
Na drugi dzień panna Klotylda, trochę zakłopotana, gorąco dziękowała Ludwikowi za wczorajszą uprzejmość, jeszcze goręcej ubolewała nad okradzeniem, a na pociechę powiedziała mu, że Pomidor za jego pieniądze był na galerji, w pierwszym rzędzie, z jakąś podtatusiałą damą.
Wieczorem, ku ogólnemu zdumieniu, przyszedł do apteki Pomidor; miał minę skruszoną i poprosił Ludwika o chwilę rozmowy. Gdy znaleźli się w składzie, rzekł:
— Wiem, że uważasz mnie za świnię, ale tylko dlatego byłem w teatrze za twojemi biletami, że jestem pewien, iż ty, ty sam, kazałbyś mi tak postąpić, gdybyś znał sytuację...
— Jaką sytuację? — wtrącił Ludwik.
— Widzisz... żenię się — ciągnął Pomidor.
— Ty?... A jakże...
— Żenię się dopiero za pół roku, gdyż moja narzeczona jedzie teraz na prowincję sprzedać trochę pola, dom i wiatrak. Więc na pożegnanie chciałem jej zrobić przyjemność. A że znam twoje dobre serce...
Proszkiewicz uściskał szczęśliwego narzeczonego.
Już miano zamykać aptekę, kiedy wbiegł pan Ildefons, z papierosem w zębach, rozbawiony, rozbijający się. Elegancko przywitał pannę Klotyldę, kiwnął głową panom i wyciągnął dwa palce do Doświadczyńskiego. Ten spojrzał ponad szafirowemi okularami, ale ręki nie podał.
Nie zniechęcony pan Ildefons rozwalił się na kanapce i śmiejąc się, zaczął opowiadać, jaki urządziłby koncert na cel dobroczynny, gdyby go o to poproszono.
— Koncert z najnowszych utworów muzycznych — mówił donośnym głosem — a oto ich tytuły: „Pieśni ciche, sny samotne“ Gawrońskiego, „Do twych kochanych stóp“ Marczewskiego, „Pierwsza próba“ Motylińskiego.
— A to blagier! — mruknął Doświadczyński.
— „Raz jeszcze tylko!“ Godeckiego — ciągnął Ildefons — „Ostatnia nadzieja“ Schuberta i „Kołysanka“ znowu Gawrońskiego. Co?... dobry koncert?
— A to kanalja! — rzekł półgłosem Doświadczyński.
Pan Ildefons zerwał się z kanapy.
— Czy pan to do mnie? — zawołał.
— A do kogożby? Przecież tu innej kanalji niema...
W aptece zrobiło się cicho, jak po uderzeniu pioruna; jeden z panów chwycił porcelanowy moździerz na wypadek, gdyby zwymyślany chciał rzucić się na dyrektora. Lecz pełen godności Ildefons powstrzymał wybuch swego męstwa, a nawet dziwnie pojednawczym tonem rzekł:
— Zażądam od pana honorowej satysfakcji!
— Owszem!... Czekam świadków... A tymczasem proszę nie znieważać głupiemi dykteryjkami uczciwych kobiet i... za drzwi, jeżeli łaska!
Panna Klotylda rozpłakała się, a pan Ildefons wyszedł wspaniale, grożąc, że natychmiast przyszle świadków. Ale widać rozmyślił się i nie przysłał ich nigdy. Nie chciał pastwić się nad człowiekiem, już i tak bliskim grobu.
Przez cały tydzień we wszystkich aptekach mówiono o okradzeniu Proszkiewicza i bohaterskiej energji Doświadczyńskiego, który ocalił pannę Klotyldę od kompromitującej znajomości z birbantem. Zaś na drugi tydzień Ludwik otrzymał list od babki, list pisany łzami, w którym zaklina ukochanego wnuka, ażeby nie latał po nocach i unikał lekkomyślnych kobiet!... Ludwik był zrozpaczony, ale i w tym wypadku zainterwenjował Doświadczyński. Napisał do staruszki list, w którym upewnił ją, że Ludwik prowadzi się uczciwie i że prosi o pieniądze na lekcje konwersacyj francuskich i niemieckich.
W rzeczy samej Proszkiewicz zaczął chodzić do pewnej starej nauczycielki, która chorowała na serce, mieszkała na czwartem piętrze i miała dziennie dwie lekcje: jedną za dwa złote, drugą za czterdzieści groszy.
W kilka miesięcy panna Klotylda zaręczyła się z młodym, porządnym kupcem kolonjalnym, z którym zapoznał ją Doświadczyński. Na tę wiadomość Ludwik nie uczuł żalu ani zazdrości; zwrócił już bowiem pilną uwagę na pewną młodą uczenicę konserwatorjum, która mieszkała w tym samym domu.



WIDZIADŁA.

Oto jest dokładna opowieść litewskiego szlachcica Wzdychajły o dziwnym wypadku, jaki zdarzył mu się w Warszawie. Opowieści tej chciałoby się nie wierzyć, gdyby nie została potwierdzona przez dwu świadków, zasługujących na zaufanie.
Przyjechałem — mówi Wzdychajło — do Warszawy nietyle z gotowemi pieniędzmi, ile z przekazami na parę tysięcy, chcąc sobie tutaj u was nabyć chatę nie drogą, ale dochodową, może za sto pięćdziesiąt, może za dwieście tysięcy rubli, gdyż na więcej mnie nie stać biedaka. Że zaś dużo słyszałem w Wilnie o waszych złodziejach i okpiszach, więc, zamiast stanąć w oberży, odnalazłem sobie dawnego kolegę jeszcze z Syberji, Poniewolskiego, i u niego zamieszkałem na Podwalu.
Ledwiem się sprowadził i ledwie wyszliśmy z kolegą na ulicę, zaraz przyplątał się do nas jakiś jegomość średnich lat z różowym nosem, wygadany, a znajomy mego kolegi, i ten jegomość, nazwiskiem Pijankiewicz, z miejsca wybadawszy ode mnie, poco przyjechałem, poradził nam, ażebyśmy poszli na Stare Miasto.
— Nie dlatego, Boże uchowaj — mówił jegomość — że w Rynku siedzi Fukier, ale — może nasz kochany Litwinisko właśnie tamtędy upatrzy sobie kamienicę, którą kupiwszy, odnowi. Na chlubę własną i pożytek całego narodu.
„Ha! — myślę — jeżeli cały naród bez wyjątku ma mieć z tego pożytek, to może i trzeba kupić dom w Rynku...“
Minęliśmy parę uliczek, aż Pijankiewicz odzywa się:
— O, tu siedzi Fukier, ale do niego nie namawiam, bo teraz ciężkie czasy... A oto jest Rynek naszego kochanego, Starego Miasta...
Rozejrzałem się... Cóż, domy, jak domy. Jedna rzecz mi się tylko niebardzo podobała, że plac zastawiony kramami, że pełno Żydów w onych kramach, na chodnikach i w sieniach i że czuć fetór... W takiem miejscu nikt porządny nie zechce wynająć komornego...
Ledwiem to powiedział, aż Pijankiewicz w krzyk:
— A jakże niema być Żydów, kiedy chrześcijanie domów nie kupują?... Gdyby każdy bogaty Litwin kupił choć jedną kamienicę w Rynku i utrzymywał ją porządnie, to i fetoru nie znalazłbyś nawet za pieniądze.
Spalić Warszawę — krzyczał dalej — toście umieli, ale do pokuty, ale do zadośćuczynienia za grzechy to was niema!...
— Przeżegnaj się acan — mówię — któż tam znowu spalił Warszawę?...
— A Litwini — odpowiada jegomość — w roku 1669... Do śmierci im tego nie zapomnę...
„Rany Chrystusa Pana!...“ — myślę sobie. — Ale że w historji nie jestem biegły, więc zamiast spierać się, odpowiedziałem:
— Cóżto za jeden ten Fukier?... On, zdaje się, wino sprzedaje, ha?... Możeby do niego wstąpić na naparsteczek?...
— Dajże spokój!... — wtrącił mój kolega z Syberji, u którego zatrzymałem się. — Kto teraz wino pije?... Czasy nie po temu...
Ale jegomość, który przyczepił się do nas na Podwalu, znowu w krzyk.
— Dlaczego nie pić wina?... A cóż kupiec zrobi z winem: w rynsztok wyleje?... Kiedy Litwinom podobało się spalić Warszawę, to niech teraz gaszą — choćby pragnienie potomków nieszczęśliwych obywateli, których domy zamieniły się w perzynę...
Boże miłosierny! jak żyję nie myślałem, że rodzę się z podpalaczów!... No, ale jeżeli człowiek uważa się za pokrzywdzonego, to trudno, niech sam wyznaczy pokutę...
Więc, pomimo oporu mego kolegi sybiraka, weszliśmy do sklepu.
— Przynajmniej — odzywa się zmartwiony Poniewolski — nie pijcież wina drogiego... Krymskie tu powinno być niezłe...
— Krymskie u Fukiera?... — wrzasnął Pijankiewicz. — Pan wiesz, co ja płóczę krymskiem winem?... z pewnością, że nie gardło!...
— Więc lekki sotern — szepnął mój kolega Poniewolski, któremu nakazano wystrzegać się trunków z powodu sklerozy.
Ale Pijankiewicz ani słuchał. Zbliżył się do subjekta i zaczął dysponować półgłosem:
— Daj-no pan buteleczkę tego mojego, którem ja zawsze zaczynam... Potem buteleczkę tego mojego, co go piję później... Potem zobaczymy, a na samym końcu dasz nam buteleczkę tego, którem ja zawsze kończę, jeżeli jestem w towarzystwie dobrych patrjotów.
„No — myślę — Warszawa nieszczęśliwe miasto, ale też w niem ludzie umieją się pocieszać... Coprawda, to i w Wilnie znalazłby takich samych; choć i my też nacierpieliśmy się, oj!... nacierpieli...
Pijankiewicz zaprowadził nas do ciemnego, osobnego pokoiku, usadowił za stołem, a gdy subjekt przyniósł butelkę, sam zaczął nalewać kieliszki.
Powiadam tobie, moje serce, jak skosztowałem tego wina, które miało iść na początek, to zrobiło mi się błogo w ustach; a kiedym wypił tego — co szło na numer drugi, to zachciało mi się śpiewać. I co powiesz, zaśpiewałem tak cudnie, tak od duszy, że mi się łzy w oczach zakręciły. Więc pomyślałem: „Boże miłosierny!... trzeba było aż do Warszawy jechać, ażeby człowiek dowiedział się, że jest śpiewakiem.“
Spojrzę, aż widzę, że nie ja sam płakałem. Pijankiewiczowi łzy jak groch płynęły z oczu, a mój kolega sybirak, Poniewolski, oparł głowę na ręku i tylko się trząsł.
— Zjedzą nas Żydy — mówił Poniewolski — zjedzą, jak amen w pacierzu... Zjedzą, zwymiotują do Wisły i popłyniemy do Gdańska...
— Gwałciński... bracie Polaku, nie mów tak!... — przerwał Pijankiewicz.
— Ja przecie nie jestem Gwałciński, tylko Poniewolski...
— Wszystko jedno... nie masz się co spierać o głupie nazwisko... A Żydy nie zjedzą nas... Jak ta kępa na środku Wisły bywa co roku pod wodą, a potem wydobywa się na wierzch, tak i nasze Stare Miasto nie raz tonęło w klęskach i zawsze wypływało... Tombalski...
— Ja przecie nie jestem Tombalski, tylko Poniewolski...
— Wszystko jedno... Aleś mój brat... Polak... Więc daj pyska, a bestja Litwin niech płaci, kiedy spalił Warszawę...
W tej chwili dopiero, mówię ci serce, przypomniałem sobie, że pośrodku nas jest jeden Litwin. Myślę sobie: „Któryżby to?...“ Obejrzałem się i... spostrzegłem na ciemnej ścianie izby jasny krążek, który zwolna powiększał się, a w środku jego coś ruszało się, jak różnobarwne robactwo i nawet szemrało. Więc pytam moich towarzyszów, kolegę sybiraka i Pijankiewicza: „Widzicie wy, co się wyrabia na ścianie?“ a kolega mówi: „Widzimy.“ Zaś Pijankiewicz dodał:
— To musi być kinematograf!... I jak szczęścia pragnę, tak on nam pokazuje coś, niby nasze kochane Stare Miasto... Nawet słyszę głosy...
— Bo widać jest to kinematograf gadający... — dorzucił Poniewolski.
Czy moi towarzysze jeszcze co mówili, nie wiem, ponieważ cały zatopiłem się w tem, com widział i słyszał. A oto jakie było nasze nadzwyczajne widzenie:
Lato, świt. Oczywiście Rynek Starego Miasta. Na środku placu, nieosobliwie zabrukowanego, wznosi się dziś nieistniejący ratusz. Dokoła niego widać dwa szeregi domów; jedne tworzą część północnej, inne część zachodniej ściany Rynku. Domy o grubych murach, malowane barwami: czerwoną, zieloną, niebieską i ozdobione wizerunkami świętych, lwów, gryfów, okrętów. Niektóre wizerunki i gzemsy są złocone; drzwi żelazne, okna potężnie zakratowane.
Z bocznej ulicy wyjeżdża kilka fur, wielkich jak chaty, zaprzęgniętych we cztery i sześć koni; furmani mają przy bokach ciężkie szable. Fury stają, z bram wybiega służba męska i zdejmuje ładunki. Oto skrzynie aksamitu, sukna, tkanin jedwabnych i lnianych. Oto beczki wina, wory korzeni z ciepłych krajów. Oto szkło, zegary, broń, sztaby żelaza. Wszystkie te towary i mnóstwo, mnóstwo innych wnoszą do składów i piwnic, gdzie służba ustawia je, a urzędnicy sklepowi zapisują.
Na dworze robi się coraz widniej; Rynek znika, a zamiast niego widać mieszkanie kupca. Ogromne szafy i łóżka z baldachimami, ciężkie stoły i krzesła rzeźbione, takież kredensy. Na stolikach drobiazgi z chińskiej porcelany i kości słoniowej; w kredensie srebrne talerze i złociste puhary. Przez pokój przechodzi pani domu; na sukni błękitnej jedwabnej ma drugą suknię z dużym ogonem, z przodu otwartą. Na głowie aksamitny kapturek, haftowany złotem, w uszach brylanty, na szyi perły, w rękach książka do nabożeństwa spięta złotemi klamrami. To jest pani kupcowa. Cudnie piękna idzie do kaplicy na mszę ranną, w godzinie, kiedy tam bywa dwór królewski.
A tymczasem kupiec, Gize czy Baryczka, w czarnym aksamitnym kaftanie i obcisłych spodniach, wydobywa z torby u pasa klucz i otwiera żelazne drzwi w ścianie. Tam stoją dwie ćwierci srebrnych talarów i trzy garncowe beczułki napełnione złotem. Woła jednego ze swych pomocników i sypie mu w fartuch kilka garści pieniędzy dla furmanów, za przywieziony towar.
Mniej więcej to samo powtarza się we wszystkich domach Rynku. Wszędzie sprzęty wytworne, bogate dywany, kobiety strojne w jedwab i drogie kamienie, kupcy dumni, za żelaznemi drzwiami beczułki srebra i złota. Bogactwo leje się wrotami i oknami.
Po mszy Rynek zapełnia się. Szlachta i szlachcianki, przekupnie uliczni, rycerstwo w wysokich butach z dźwięcznemi ostrogami, mnichy, księża świeccy, rzemieślnicy, mieszczanie, mieszczanki, żebracy, wszystko to dąży do sklepów, jedni za sprawunkami, inni za zarobkiem lub jałmużną.
— Zdaje się, że to będzie początek siedemnastego wieku,.. Piękna wtedy była Warszawa, co?... — wyszlochał Pijankiewicz, jedną ręką ocierając łzy, drugą podnosząc do ust kieliszek.
Obraz gaśnie i po chwili pokazuje się inny. To samo miasto, ale w Rynku jakiś niepokój. Tłum biegnie w stronę północną, słychać pośpieszny dźwięk dzwonów. Wkrótce nad domami ukazują się gęste kłęby czarnego dymu i jaskrawe płomienie, które wypełniają cały widok.
— To ten pożar, co go Litwini zrobili!... — szepcze Pijankiewicz.
— O... dałbyś spokój!... — gromi go rozezłoszczonym głosem Poniewolski.
A ja, serce moje, nic... tylko patrzę... słucham i zalewam się łzami. Już nie mój cudny śpiew tak mnie usposabia, ale wspomnienia... Cóżto było?... Gdzież to jest?...
Ciemno-krwawe tło obrazu poczyna się wyjaśniać. Dym powoli opada, a na miejscu przebogatych domów widać okna bez szyb, ściany czarne, sterczące kominy, a w mieszkaniach stosy kamieni i opalonego drzewa.
— Wtedy było gorzej w Warszawie aniżeli dziś!... — szepnął Pijankiewicz.
— Jak tam komu... — odpowiedział Poniewolski. — Lepiej pod własnemi zgliszczami, aniżeli pod cudzym butem...
— Święte słowa!... — chciałem powiedzieć. Ale pomyślawszy, że może to zabronione, ukąsiłem się w język.
Nowy obraz. Rynek, lecz w nim ani śladu pożaru. Domy białe, w oknach dywany, kwiaty i strojne kobiety, na ulicy tłum klęczy z obnażonemi głowami. Słychać dźwięk dzwonów i strzały armatnie, sztandary cechowe łopocą na wietrze, skądziś dolatuje muzyka i śpiew kościelny. Ludzi mnóstwo, odzież ich czysta a nawet bogata, twarze pogodne. Odbywa się uroczystość dziękczynna, może na intencję jakiego zwycięstwa?... W każdym razie ani w budynkach, ani w fizjognomjach niema śladu minionej klęski.
— Widzisz, jak zmartwychwstała Warszawa z pożogi?... — krzyknął Pijankiewicz.
W naszej izbie znowu robi się ciemno; obraz znika, a w chwilę później ukazuje się coś zupełnie innego. Rynek prawie pusty, żelazne drzwi domów pozamykane, okna zabite deskami. Przed ratuszem kilku żołnierzy, którzy nikomu nie pozwalają się zbliżyć, grożąc strzelaniem. Kilku ludzi czerwono ubranych z krzyżami na piersiach niosą mary, nakryte czarnem suknem, na widok czego rzadcy przechodnie klękają a potem szybko uciekają.
Na rogu ulicy jakiś dostatnio ubrany człowiek upadł z krzykiem. Z poza węgła wysunął się obdartus, rozejrzał się i upadłemu począł rewidować kieszenie. Wtem — nadeszła warta. Na głos rogu, przybiegli czerwono odziani ludzie i leżącego zabrali; obdartusa zaś wartownicy wzięli pod ręce, podprowadzili do dwu słupów złączonych u góry belką i na tej belce powiesili.
— Wiem!... wiem!... — zawołał Pijankiewicz — to jest dżuma w Warszawie.
Na obrazie tymczasem ludzie stopniowo znikli; w Rynku pozostało kilka trupów, a nad niemi modlący się dominikanin.
— Wiem!... wiem!... — powtarzał Pijankiewicz. — Wtedy prawie całe miasto wymarło. Gorzej było, aniżeli dziś!...
— Niewiadomo, co gorsze — odmruknął mój kolega sybirak — umrzeć, czy zgałganieć?...
Tymczasem powoli, z ciemności, wydobył się nowy obraz. Ten sam Rynek staromiejski, ale pełen ludzi, pogody i krzyków radosnych. Domy nowe, ozdobne, w niektórych oknach dywany i chorągiewki. W stronę kościoła posuwa się orszak oczywiście weselny: pan młody konno w fiołkowym fraku jedwabnym, drużbowie w barwnych strojach cudzoziemskich lub kontuszach, biało ustrojona panna młoda i jej dróżki w lektykach, za niemi kilka ozdobnych powozów ze starszemi paniami. Słychać strzały pistoletowe, okrzyki ludu, muzykę... Przed ratuszem pieką się dwa woły, nieco dalej — leży góra chlebów i stoi kilkanaście beczek piwa dla pospólstwa. Patrząc na te domy jasne i ozdobne, na mnóstwo ludzi sytych, śmiejących się, śpiewających, człowiek nie może przypuścić, że widzi to samo miasto, w którem niedawno panowała morowa zaraza!...
— A nie mówiłem psia... kość — zawołał Pijankiewicz, że nasza kochana Warszawa i z tego się wykaraska?... Jak wyspa na Wiśle: co ją zaleje woda, to ona znowu się wydobywa na wierzch...
— Dopóki ze szczętem nie utonie... — wtrącił Poniewolski.
— Tyś pijany Bą... Bączkiewicz?...
— Nie nazywam się Bączkiewicz!... — odparł z gniewem mój kolega sybirak.
Tymczasem przesunęły się jeszcze dwa obrazy. Na jednym było widać dzisiejsze Stare Miasto z jego kramami, Żydami, niechlujstwem. Zdało się, że na chodnikach nigdy błoto nie wysycha i że ściany domów składają się nie z cegieł, ale z brudu.
— Oto skutki naszego niedbalstwa!... — wrzeszczał Pijankiewicz. — Gałgany jesteście i basta!...
— Staraj się mówić w liczbie pojedynczej... — upomniał go Poniewolski.
Ostatni obraz był poprostu cudownem zjawiskiem. To chyba nie Stare Miasto, ale jakiś gród fantastyczny! Domy wszelkich możliwych, ale jasnych, delikatnych barw, okryte malowidłami i płaskorzeźbą niby szkatułki bezcenne. Treścią zaś malowideł: historja każdego domu i jego właścicieli od kilku wieków!... Rynek, zamiast zwykłych kamieni, wyłożony różnokolorową mozajką; na środku śliczny ogródek, płonący żywemi kwiatami. Pełno dzieci, uczniów, strojnych kobiet, cudzoziemców, którzy poto tylko przyjechali, ażeby zwiedzić nasze dziwo i złożyć hołd jego pięknościom i ciekawościom. Niektóre bowiem domy Rynku stały się muzeami zbiorów z całego kraju...
— Ot widzisz, że znowu Warszawa wykaraskała się! — rzekł Pijankiewicz.
Obraz zniknął, w naszym pokoiku ukazał się subjekt. Spojrzeliśmy na zegarki — już późno!... Zapłaciłem rachunek, zresztą niezbyt wielki, jak na takie nadzwyczajności...
— Ale też macie piękny kinematograf!... — odezwał się Poniewolski.
— Jaki, przepraszam, kinematograf?... — zapytał zdziwiony subjekt.
— No, ten co pokazuje Stare Miasto...
— Przepraszam, ale to chyba nie u nas...
— Co się masz tłomaczyć!... — przerwał Pijankiewicz, gwałtem wyprowadzając mego kolegę sybiraka. Poniewolski nazywa się.
Gdy znaleźliśmy się za progiem, usłyszałem, że subjekt mówi do drugiego:
— Rozmaitych pijaków zdarzało mi się spotykać: takich, co widywali djabły, węże, robactwo... Ale takiego, który zobaczył kinematograf w pustym pokoju, to jeszcze nie spotkałem...
— To o nas!... — oburzył się Pijankiewicz. Chciał wrócić do sklepu i zrobić dużą awanturę, ale — nie mógł znaleźć klamki, a gdy nareszcie znalazła się, zapomniał, o co mu chodziło.

Więc smutni wróciliśmy do domu.


NIC NIE GINIE!
I.

Wybieram się w daleką drogę i na tych kartkach piszę sobie paszport do kraju ludzkiej pamięci.
Oto mój rysopis.
Lat — około pięćdziesięciu, twarz — żółta i zapadnięta, włosy — siwiejące. Stan — wolny, zajęcie — nauczyciel prywatny, przyrodnik.
Gdzie się wybiera?...
Tam — gdzie odchodzą światła wygasłych ognisk, dźwięki prześpiewanej pieśni i spełnione czyny. Idę do Tego, który na widowisko życia przysłał mnie pomimo mej woli i odwołuje wbrew instynktom.
Trzymając nogę na stopniach tajemniczego wozu, oglądam się za siebie, jak podróżny po ukochanej okolicy, nim dadzą sygnał odjazdu. Ten punkcik, który tam het! iskrzy się tak, że od blasku, oczy zachodzą łzami, to epoka dzieciństwa. Droga, nad którą miejscami świeci słońce, miejscami kłębi się smutek, to — moje życie. Odnogi, co tu i owdzie wybiegają z głównego gościńca i toną w pomroce, to — ścieżki, któremi mogłem iść na prawo albo na lewo i — nie poszedłem. Tam — miłość krzyżuje się z obowiązkiem; tu — droga do majątku i stanowiska — z przyszłością mego rodzeństwa. Tam sumienie spycha mnie ze ścieżki dobrobytu. Dalej — rozstajne drogi, gdzie należało wybierać między przywiązaniem do siostry i — jej szczęściem; tu znowu miłość, która tak gdzieś znikła, że ledwie znalazłem po niej ranę w sercu.
A te groby — te groby!...
Co zostało?... Poza mną — fakta, które w świecie zakreślają coraz szersze kręgi; we mnie — żal na dziś, a na jutro — rezygnacja.
Marne życie! a przecież tak drogie, że go człowiek wskrzesza i drugi raz przebiega, choć we wspomnieniach.


II.

Od kilku lat wynajmuję pokój w klasztorze, w którym dogorywa obecnie kilku zakonników i ja z nimi.
Gmach zabudowany jest w czworobok; środek zajmuje kwadratowe podwórze. W lecie zieleni się na niem kilka kęp trawy, jest parę karłowatych drzewek, a parę kamieni zapewne grobowych, porasta pleśnią i mchem. Wzdłuż jednego boku dziedzińca stoi kościół; trzy inne — tworzą się z klasztornych zabudowań, ustawionych w podkowę.
Przez długość tej podkowy ciągną się korytarze. Po jednej stronie są wielkie okna wychodzące na dziedziniec, po drugiej — wiszą na ścianach obrazy, niby znowu okna wybite do innego świata. Przedstawiają one sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Wygnanie pierwszych ludzi z raju, potop, męki Machabeuszów, a dalej — ukrzyżowanie Piotra, widzenia Jana, męczeństwo Wawrzyńca i wiele innych.
Obrazy w dzień są bohomazami; ze starych płócien zwieszają się strzępy i opada wyblakła farba. Ale noc nadaje im charakter wzniosły. Przy blasku księżyca, albo migotaniu zakopconych lampek, sklepienie odlatuje wgórę, a korytarze wyciągają się jakby w nieskończoność. Cisza potęguje najmniejszy szmer. Każdemu stąpnięciu odpowiadają tysiączne echa; każdy wyraz powtarzają głosy pod posadzką, nad sklepieniem, w ogromnych salach i we framugach zasnutych pajęczyną. A gdy i to umilknie, słyszysz — cichą rozmowę bibljoteki z refektarzem, szepty pustych cel i wzdychanie grobów. Niekiedy jeszcze z kościelnego chóru dolatuje stłumiony śpiew. To — modlą się zakonnicy.
Wtedy na obrazach niknie poszarpane płótno, a farby stają się żyjącemi istotami. Przedmioty odzyskują bryłowatość, ludzie ruch. W rękach katów błyszczy stal, krew męczenników płynie jak niegdyś i — zmartwychwstaje odwieczna walka ducha z przemocą za wolność.
Jak oni dawno zmarli ci bojownicy, a przecie — ich zwycięstwa żyją po dziś dzień, w myślach, ustawach i w historji pokoleń. Nawet łzy ich — nie wyschły, i jak źródło opokę, wciąż przebijają ludzkie okrucieństwo.
Klasztor stoi na górze, a mój pokój jest narożny. Jedno okno patrzy na miasto, drugie na rozległe łąki, jeszcze pokryte śniegiem. W kącie izby znajduje się moje łóżko, na środku — stół i parę krzeseł. Szafy i półki są wpuszczone w ściany; mury mają kilka łokci grubości; zakratowane okna wznoszą się nad ziemią na jakie trzy piętra.
Póki mogłem zajmować się lekcjami, byłem tu tylko gościem, ale dziś całe dnie schodzą mi w klasztornej celi. Prócz starego eks-zakrystjana, który rano czyści odzież, a w południe przynosi mi obiad, nie widuję nikogo. Nim się dobrze rozwidni, grzeję sobie mleko na maszynce, potem układam książki, czytam, albo rozmyślam. Jestem panem swego czasu i pracy; mam wakacje, do których wzdychałem od wielu lat i może byłbym zupełnie szczęśliwy, gdyby nie chwilowe ataki rozdrażnienia.
Wtedy dręczy mnie samotność, przygniatają mury, a widok śniegu napełnia rozpaczą. Przywiduje mi się, że we framudze okna czyha śmierć, jak gotujący się do skoku wąż, który mnie zatruje jadem i zdławi zimnem cielskiem. Zrywam się i chcę uciekać, tam — gdzie jest lato, a przynamniej gdzie są ludzkie twarze. Zdaje mi się, że najmniejszy objaw współczucia ukoiłby strwożoną duszę. Prędko ubieram się, chwytam za klamkę i — przypominam sobie, że nie mam do kogo pójść!... Moi są daleko, a obcych cóż ja obchodzę?...
Dzisiejszej nocy śniło mi się, że jestem wyrostkiem. Bawiłem się z młodszem rodzeństwem, a gdy jedno z nich rzuciło kapelusz na drzewo, wlazłem po niego bez utrudzenia. Dziwiłem się swojej zręczności i temu, że twarze braci i siostry są niewyraźne, jakby nieznane mi.
Ocknąłem się, alem nie otwierał oczu, aby nie spłoszyć marzeń. Niechże choć we śnie przypatrzę się tym, których nie zobaczę nigdy.
Jak tu pusto, jakże mi strasznie w tej celi!
Czy wśród takiej ciszy nie upływa wieczność? Czy śmierć nie jest wiekuistem marzeniem o nicości, między przedmiotami, w których wygasła myśl, czucie, nawet ruch?...
Nagle usłyszałem stłumiony dźwięk. Na dachu śnieg tajał, a krople jego, padając na blachę pod oknem, wybijały trzy różne tony: smutny, smutniejszy i jeszcze smutniejszy...
Otworzyłem oczy. Nad łąkami weszło słońce i czerwonem światłem zalało sklepienie izby, rysując na niem wizerunek kraty w oknie. Stopniowo czerwoność bladła, krata posuwała się coraz dalej, wkońcu zeszła na ścianę, a na dworze — zaświergotały ptaki.
Za oknem, krople wciąż uderzają w blachę, dzwoniąc trzema tonami: żal... żal... żal!... jakby płakały nade mną.
Nie — w naturze niema rzeczy martwych, ani nieczułych. Są tylko różne formy życia, jedne więcej, drugie mniej dostępne dla rozumu i zmysłów. Dopiero na granicy istnienia, człowiek spostrzega nowe widnokręgi i cały świat bytów w tem, co uważał za nicość i próżnią...
W takiem dziwnem miejscu znalazłem schronienie, ja — rozbitek. Jestem odcięty od ludzi, od ich anielskich złudzeń i zwierzęcych popędów. Otacza mnie przeszłość i nieśmiertelna natura. Tu wiatr jest oddechem, a kropla wody żyjącą istotą. Z pustek płyną fale wrażeń i myśli, cichość przemawia ogromnym głosem, samotność — uczy. Zaorana cierpieniami dusza, okrywa się plonem nowych idei. Na życie, które minęło, i na śmierć, która już do drzwi puka, patrzę z innego punktu niż wszyscy.
Jestże to rozwiązanie zagadki bytu, czy ostatnie złudzenie?...


III.

Tydzień temu, wybierając się na ceremonjalną wizytę, dobyłem najlepszy surdut, który od roku nietknięty wypoczywa w szafie. Ale kiedym go przymierzył, opanowała mnie nagła trwoga: surdut — wisiał jak worek!
Przez chwilę myślałem, że go odmienił mój zakrystjan. Spojrzałem na nazwisko krawca, — ten sam. Kiedyś, przy klapie oderwał mi się guzik, który naprędce przyszyłem białą nitką i zaczerniłem atramentem. Po sprawdzeniu okazało się, że nić jest ta sama, tylko atrament wyblaknął. Wkońcu — znalazłem w kieszeni zmiętą kartkę, na której, przed laty, zapisywałem godziny lekcyj i nazwiska uczniów.
Niema wątpliwości, to mój surdut; a nie przystaje do figury dlatego, że od roku strasznie schudłem...
Teraz dopiero przyszedł mi na myśl mój kaszel, gorączka i ciągły upadek sił. Widocznie nurtuje mnie ciężka niemoc, na którą wśród zajęć nie zwracałem uwagi.
Ale czy dziś nie będzie już spóźnioną troska o zdrowie?...
Spojrzałem w lusterko i dla pewności wydobyłem swoją fotografją, robioną przed dziesięcioma laty. Okropna zmiana. Wówczas wyglądałem jak olbrzym, bah! nazywano mnie pięknym mężczyzną, a dziś — wyglądam jak szkielet...
Nie mogłem się łudzić. Tak gwałtowne zmiany, w połączeniu z okolicznościami, które sobie teraz dopiero przypomniałem, w moim wieku — znaczą śmierć. Oby tylko nie poprzedziło jej długie konanie!...
Osłabiony, upadłem na krzesło. Pomimo właściwego mi stoicyzmu uczułem obawę i chęć ratowania się. Chciałem pisać do siostry, do brata, który jest lekarzem, i prosić o pomoc.
Ale wkrótce ocknął się rozsądek. Moja siostra mieszka w innej części świata z mężem i dziećmi; brat także posiada własną rodzinę i, pomimo obszernej praktyki, nie zbiera majątku. Godziż się burzyć ich spokój i narażać na koszta, które ani o jedną godzinę nie opóźnią mego losu?
Zkolei przemówiła sprawiedliwość. Prawda, że oni zawdzięczają mi obecne stanowiska i szczęście. Wiem, że oboje z radością spłaciliby dług, zaciągnięty w dzieciństwie. Ale czy wypada mi przyjmować spłatę, zatruwać im życie i psuć własne dzieło?...
Zbudziło się we mnie uczucie skąpca. Społeczność jest skarbnicą, do której i ja przecie złożyłem grosz i nie cofnę go dla chwilowej słabości. Bądźcie tam szczęśliwi!... Niech wasze siły i troskliwość zwrócą się do tego, co zaczyna żyć, nieuszczuplone przez człowieka, który dziś lub jutro będzie tylko trupem. Gdybym przyjął waszą opiekę, stanąłbym jak wyrodek wobec tych członków rodziny, którzy poświęcili się dla innych.
Takie myśli zapanowały mi w duszy; tylko w głębi, na dnie, wiło się coś, jakby — żal i obawa.
Człowiek jest zawsze człowiekiem!
Poszedłem do najlepszego doktora, nietyle po radę, w której skuteczność nie wierzyłem, ile dla dowiedzenia się, na jak długo wystarczy mi życia?
Doktór ów jest trochę dziwak, ale zdatny. W jego przedpokoju tłoczy się pełno ludzi, których leczy za małe pieniądze i, jeżeli hałasują, wymyśla im przez drzwi gabinetu.
Niedługo czekałem, bo mnie spostrzegł między pacjentami i zaprosił. Jest to człowiek niski, tłusty, zadyszany. Gdy wszedłem do gabinetu, posadził mnie na szezlongu i poczęstował cygarem, mówiąc:
— Cóż tu profesora sprowadza?... O ile pamiętam, unikałeś pan doktorów, jak morowego powietrza i — słusznie!... My nic nie wiemy, chyba to jedno, że Żydzi są największe łajdaki. Mam racją, czy nie mam racji?...
Wlepił we mnie latające oczki i wziął za puls.
— Musisz profesor — mówił dalej — mieć lichy apetyt, sen djabła wart, w nocy pocisz się, kaszlesz, a może i trochę krwią plujesz?... Wyobraź pan sobie, jak te łajdaki szachrują...
Pochylił mnie na szezlongu, osłuchując płuca i serce.
— Właśnie dziś byłem u jednego, który ma sklep z mosiądzem i galopujące suchoty. Wierzy osioł jak w talmud w to, że mogę mu przedłużyć życie, ale swoją drogą, gdym wszedł, trzymał on już w jednej ręce rubla, a w drugiej — pół rubla na honorarjum... Zapisałem mu dwie recepty i spostrzegłem, że chce mi dać rubla. Ale później rozmyślił się i bojąc się, ażebym go nie zbeształ, dał dla mnie pół rubla, w niezawodne ręce swojej małżonki.
Doktór siadł przy biurku i opowiadał dalej, pisząc receptę.
— Wyobraź sobie, profesor, że stara czarownica, z tego półrubla ukradła dziesiątkę i oddała trzy złote zięciowi. Ten kajdaniarz ukradł znowu dziesiątkę i wręczył mi — dwa złote groszy dwadzieścia... Gdyby rodzina szanownego pacjenta była liczniejsza, możebym nie dostał nic, a może — musiałbym dołożyć. Masz profesor Żydów, oni tacy zawsze!...
Podał mi receptę i zaczął informować.
— Musisz profesor brać te proszki, porzucić lekcje i położyć się do łóżka. Za parę dni będę u pana, a wtedy zobaczymy, co dalej robić.
— Za pozwoleniem! — odezwałem się. — Doktór wie, że ja utrzymuję się z lekcyj, a mam ledwie czterysta rubli oszczędności. Otóż chciałbym wiedzieć, czy moje środki pozwolą na długi wypoczynek...
Doktór zamyślił się.
— A ileż profesor wydajesz dziennie na życie?... — spytał.
— Rubla.
— Rubla życie — mruczał doktór — lekarstwa liczmy dwa złote...
Nagle, zawołał głośno, klepiąc mnie.
— Bądź profesor spokojny. Pański fundusz wystarczy na... trzy kuracje!...
Dowiedziałem się tedy, czego mi było potrzeba. Pożegnałem oryginalnego doktora i na odchodne chciałem mu wręczyć honorarjum. Ale on wziął mnie lekko za ramię i wyprowadził za drzwi, mówiąc:
— Razem!... razem, zapłacisz pan, jak skończymy kuracją...
Ale prawda, że mosiężnik gałgan?... Oni tacy wszyscy!...
Doktór jest w naszem mieście nietylko najzdolniejszym lekarzem, ale także najlepszym muzykiem i w uroczyste święta grywa w kościele na organach. Sam pochodzi z Żydów i jeszcze się nie ochrzcił.
Wyszedłem od niego w dziwnym nastroju.
Miałem pewność, że umrę, najpóźniej za kilka miesięcy; doświadczeni lekarze nie mylą się co do takich pacjentów, jakim ja jestem... Mimo to nie czułem trwogi, tylko wrażenie — jakby coś we mnie skamieniało. Spokojnie myślałem, że porzucę lekcje, aby którego z uczniów nie zarazić suchotami, ale że — nie będę się kładł do łóżka. Nie warto przedłużać takiego zdrowia!
Szedłem przez ulicę z zaciśniętemi rękami, pewnym krokiem, jak idą na rusztowanie skazańcy, którzy nie chcą okazać słabości ducha. Gdyby mi się otworzył grób pod nogami, wstąpiłbym tam bez wahania. Dziwiłem się tylko (śmieszne pretensje!), że pomimo tak wielkiej zmiany w mojej duszy, w mieście nie zmieniło się nic.
Gromada uczniów biegnie ze szkoły, potrącając się z krzykiem. Kilku Żydków rozprawia o interesach, z takiem zajęciem, jakgdyby nikt na świecie nie umierał. Dzień jest piękny, młodzi urzędnicy z wielką energją kłaniają się uśmiechniętym kobietom. Przez okna cukierni widzę ludzi znacznie starszych ode mnie, którzy grają w szachy, albo czytają gazety...
Widok zwykły. A przecież wydał mi się nadzwyczajnym. Moja tłumiona boleść była tak wielka, iż zdawało mi się, że napełnia cały świat.
Gdy wszedłem do klasztoru, korytarze jaśniały od słońca. Niebo było czyste, a przez wielkie okna wlewała się złota powódź blasków. Możnaby sądzić, że jest już maj, a był dopiero początek marca. Naprzeciw jednego okna stał, grzejąc się na słońcu, dziewięćdziesięcioletni zakonnik, a gdym się zbliżył do niego, odezwał się z wybuchem szczerego śmiechu:
— Patrz asan dobrodziej... cha! cha! cha!... za parę tygodni będzie wiosna. Widziałem pączki na krzakach...
Nie pamiętam, com mu odpowiedział i śpiesznie pobiegłem do swojej izby. Tu znowu pełno słońca. Z podwórza dolatuje odgłos rąbanego drzewa i cichy świergot wróbli. Ale na łąkach, daleko, leży jeszcze śnieg. Drogą od miasta wlecze się chłop sankami, zaprzęgniętemi w jednego konia, a na sadzawce, na której lód już taje, ślizga się kilku chłopców. Ścigają się, krążą wkoło, jeden upadł...
Tak samo i ja bawiłem się niedawno... Nawet zdaje mi się, żem jeszcze powinien być między nimi...
O Boże! czy życie nie jest... szyderstwem?
I otóż stoję przed tobą — widmo moich lat młodzieńczych, — złamany, zużyty, samotny i zapomniany. Wielu drwiło ze mnie, niektórzy litowali się, a wszyscy mówili, żem zmarnował zdolności i siły.
Nie spowiadam się przed Bogiem, bo On, jeżeli jest, osądzi mnie lepiej niżbym ja sam potrafił. Nie spowiadam się przed ludźmi, ci bowiem już wydali na mnie wyrok, nie czytając skargi i nie słuchając obrony. Zdaję tylko rachunek przed tobą, przeszłości moja — i — przed sobą.

Tak wygląda miejsce, w którem dogorywa moja nicość. Zdaje mi się, że przed wiekami, w epoce młodości świata, istniał olbrzymi twór: Ascetyzm, po którym dziś została tylko skorupa — klasztor. Tu znalazłem schronienie, ja, rozbitek czy maruder. Otacza mnie przeszłość i nieśmiertelna natura. Tu kropla wody jest istotą żyjącą, a wiatr oddechem. Z pustek płynie powódź wrażeń i myśli, a cichość przemawia głosem ogromnym. Jestem odcięty od ludzi, od ich anielskich złudzeń i zwierzęcych zabiegów. Przeciągam się na łożu samotności. Dusza moja, zorana cierpieniem, zasiana doświadczeniem i nauką, pokrywa się plonem nowych idei. Na życie, które minęło, i na śmierć, która idzie, patrzę dziś z punktu całkiem różnego niż dotychczas.

W takiem otoczeniu i pod takiemi wpływami chcę pisać własny życiorys i przedstawić tych wszystkich, o których, jak i o mnie, mówiono, że się zmarnowali.
Życie jest jak promień słońca. Gdy raz upadło na ziemię, musi albo odbić się od czegoś, albo w coś wsiąknąć.
Gdy promień odbija się, a szczególniej od złota, orderów, jaskrawych barw lub pięknej twarzy, wówczas jest widzialny, zwraca powszechną uwagę i zdobywa sławę.
Lecz gdy promień słoneczny wsiąknie w coś, wtedy znika dla oczu, a pospólstwo mówi o nim, że się zmarnował. On tymczasem budzi rośliny z zimowego snu, daje zieleń ich liściom, zapach kwiatom. Podtrzymuje wszelkie istnienie, zapala uczucia, nadaje polot myślom.
Był czas, żem wzdychał do rozgłosu i żałował zmarnowanego życia. Lecz jeżeli, o Duchu świata, znowu rzucisz mnie w gromady istot, goniących za szczęściem, wybacz nierozsądne narzekania i spraw, abym na drugiej stacji był także promieniem, który zniknął, nie zaś tym, który się odbił.



IV.

Ojciec mój był drobnym szlachcicem. Miał pięćdziesiąt morgów ziemi, na niej chatę i budowle gospodarskie. Sam robił w polu, a matka w domu. Jeszcze teraz, zdaje mi się, że widzę na wzgórku wielką sosnę z rudym pniem, z gałęźmi jak zielony parasol, a pod nią ojca, który, podkasawszy granatową kapotę, idzie za pługiem ciągnionym przez dwa woły gniade. Za nim skaczą wrony, polujące na pędraki w świeżych skibach. Gdybym zaś słuch lepiej wytężył, może z odległości czterdziestu lat doleciałoby mnie echo śpiewu skowronków i nawoływań: byś kso! kso!...
Matka pracowała wraz ze sługami. Ale że było ich tylko dwie, na duży dom, więc pracowała ciężko. Piekła chleb, gotowała obiady, prała naszą bieliznę z grubego płótna, doiła krowy i zbierała pokrzywy w rowach albo pod płotem.
Przez dziesięć lat byłem jedynakiem. Później urodził się brat, po nim siostra, i znowu brat.
Nie mieliśmy zbytków, lecz mierny dostatek. Piękny chleb razowy i pszenne bułki piekły się co tydzień. W spiżarni ciasno było między workami kaszy, mąki, połciami słoniny, kręgami sadła. Znajdował się tam jeszcze miód, powidła i różne suszeniny. W lochu, naprzeciw okna matki, stały hładysze kwaśnego mleka. W śpichrzu było zawsze dosyć ziarna.
Kilka razy na rok przychodziły do nas Żydki z miasteczka. Jeden garbaty i łysy, który szył odzienie z domowego albo kupnego sukna, drugi wysoki i kaprawy, robił dla nas obuwie, a uprząż dla koni. Co uszyli, to szło do komory, gdzie już i tak wisiało pełno kapot, czapek, kożuchów, kaftanów i spódnic. Widziałem tam i pałasz w kącie. Ale klinga jego zardzewiała, a skórzaną pochwę coś objadło, bo ojciec mój po sejmikach nie jeździł, a za czasów Napoleona — z karabinem obszedł Europę.
Dzielny to był starzec. Miał tęgi wzrost, twarz rumianą, oczy siwe i bystre. Kiedy wrócił z wojska, nie poszedł na cudzy chleb, choć go zapraszali, ale wziął się do pługa. Własnej ziemi nie posiadał, więc najął się do służby, do sąsiada swoich rodziców. Pracował jak parobek. Za to, po kilku latach, szlachcic dał mu córkę i grunt.
Ja, syn najstarszy, przeznaczony byłem na dziedzica tej fortuny, którą ojciec miał zamiar zaokrąglić. W tym celu składał nawet pieniądze do malowanej skrzyni.
Na szczęście czy nieszczęście rodzicielskie plany nigdy się nie spełniły.
Dokoła nas mieszkali sąsiedzi, ubożsi i bogatsi. Ten, który siedział najbliżej, miał pięćset morgów i żył po pańsku. Trzymał ekonoma, bił chłopów, a syna, mego rówieśnika, oddawał do szkół.
Z paniczem tym znaliśmy się od dziecka. W święta jeździliśmy razem konno: on na siodle, a ja oklep. W dzień powszedni łowiliśmy raki w rzece, albo wypatrywali gniazda w lesie.
Gdy jednak chłopiec wstąpił do szkół, zaraz w pierwszym roku nauczył się dumy, choć nie dostał promocji. Począł chodzić między opłotkami w mundurze z kołnierzem czerwonym, a ze mną już nie bawił się.
— Nie wdaję się z tobą! — powiedział mi raz — bo twój ojciec orze jak chłop, a ty świnie pasiesz.
Ja świń nie pasłem. Tylko jak wleli im żarcie w koryto, odpędzałem psy, które właziły tam z nogami i łbami i same zjadały wszystko. Swoją drogą, gdy dawny przyjaciel nazwał mnie świnopasem, rozbeczałem się tak, żem ledwie konwulsyj nie dostał.
Aż zląkł się ojciec, który wtedy z drzewem przyjechał z lasu. Gdym mu zaś opowiedział o moim wstydzie, wpadł w zadumę. Siadł na pniu przed domem, oparł brodę na rękach i długo rozmyślał. A potem z matką radzili w izbie do późnej nocy, aż się w kaganku cały knot wypalił.
Na drugi dzień wydobył ojciec ze skrzyni nasz dyplom szlachecki i parę worków rubli srebrnych. Uważnie odczytał dyplom, przerachował pieniądze, a potem mnie zawołał.
— Wicku! — rzekł — pójdziesz i ty do szkół i będziesz nosił mundur, ażeby cię byle kto nie wyzywał od świnopasów.
Rozpłakałem się i upadłem ojcu do nóg. Całowałem go tak serdecznie, że kiedym wstał, musiałem pójść do kuchni i umyć się, bom sobie nos o buty powalał.
Gdym wrócił, ojciec znowu począł mówić:
— Słyszysz, Wicku. Na twoją naukę pójdzie grosz ciężko zapracowany. Zbierałem go na posag dla reszty dzieci. Pamiętaj więc, żebyś to zwrócił, jak skończysz cztery klasy i zostaniesz księdzem, bo tak chce matka. Nie mnie zwrócisz, bo ja już w grobie będę za osiem lat (ojciec na każdą klasę przeznaczał mi dwa lata!), ale matce i młodszym. Chleb im dasz i opiekę, gdy będą w potrzebie. Pamiętaj!
Ojciec, zwykle milczący, spracował się tak, że otarł pot rękawem. Ja płakałem, aż mi oczy zapuchły. Upomnienie ojca wzruszyło mnie jak największe zaklęcie, bom przywykł każde słowo jego uważać za doniosły wypadek. Prosty ten człowiek wobec ludzi przemawiał czynami. Wyrazów używał tam tylko gdzie czyny nie sięgały — najczęściej w rozmowie z Bogiem.
Takim sposobem wszedłem do szkół. Ale dawny mój przyjaciel, choć go już w drugiej klasie dogoniłem, a później prześcignąłem, wciąż dawał mi przezwisko świnopasa. Ustatkował się dopiero, gdy mu raz siostry, kąpiąc się w rzece, tonęły, a mój ojciec wyciągnął je z narażeniem własnego życia.
Kiedym ukończył cztery klasy, prędzej niż się spodziewano, spytała mnie matka, czy zechcę wstąpić do seminarjum. Milczałem — patrząc w ziemię, gotowy spełnić rozkaz i rozpocząć wypłatę zaciągniętego długu. Ale ojciec wyczytał widać z mojej twarzy wahanie się, bo odciągnął matkę na bok i znowu złożyli radę.
Rezultat był ten, żem miał wrócić do szkół i pracować na patent z siedmiu klas. Ojciec wydobył ze skrzyni nową sumę pieniędzy i rzekł tylko te słowa:
— A pamiętaj, że to dług!
Szkoły ukończyłem z nagrodą, mając lat dziewiętnaście. Byłem zdrów i silny, właśnie jak syn człowieka, który chodził za pługiem. W piersiach coś mi się paliło, ale nie uderzało do głowy, w której panował rozsądek. Rwałem się do życia, ale zaciągnięty u rodziców dług gotów byłem spłacić. Tylko matce, gdy zobaczyła, żem tak wyrósł, zrobiło się żal oddawać mnie do seminarjum. Więc ucałowała mnie w głowę, (łzy jej dziś czuję na twarzy!) i rzekła cicho do ojca:
— Kaziu! chyba go nie oddamy do księży?...
Ojciec spojrzał na nas, wzruszając ramionami.
— A on tam poco? — odparł.
Od tej chwili mogłem sam wybierać zawód. Obijało mi się nieraz o uszy słówko: uniwersytet, więc postanowiłem wstąpić do uniwersytetu. Nie chcąc jednak nadużywać łaski rodziców, pojechałem wprzód na guwernerkę.
Byłem tam dwa lata. Za moje pieniądze oddałem młodszego brata do szkół, sprawiłem matce salopę, a ojcu barany. Przy ostatecznym jednak rachunku, okazało się, że na dalszą naukę mam tylko pięćdziesiąt rubli.
Ojciec znowu przyszedł mi z pomocą. Nie wspomniał o tem, że już trzeci raz u niego dług zaciągam, ale przed wyjazdem szepnął mi do ucha:
— Wicusiu! ja myślę, że Jasiowi te szkoły nie są potrzebne.
Wstyd mnie ogarnął, bo to moja zarozumiałość wypchnęła chłopca w świat i przysporzyła wydatków ojcu. Więc dla uspokojenia się powiedziałem, że za rok, a za dwa najpóźniej na wychowanie młodszych dzieci — ja będę przysyłał pieniądze.
— Ja skończyłem szkoły — rzekłem — byłożby więc sprawiedliwie, ażeby nie kończyli ich młodzi, z mojej winy?...
A ojciec na to:
— Jesteś dorosły i masz więcej rozumu niż ja. Rób, jak chcesz. Niechaj wszyscy idą do szkół, jeżeli ma to być szczęście.
W owej epoce najbliższy uniwersytet był w Kijowie. Jechało się tam furami żydowskiemi, bez mała tydzień, i dłużej. Podróże były kosztowne, więc choć niekiedy zatęskniłem do domu, nie odwiedzałem go przez cztery lata.
W początkach zaznałem dużo biedy. Wstąpiłem na wydział prawny i dopiero po upływie roku przeszedłem na wydział fizyko-matematyczny, który najlepiej odpowiadał memu usposobieniu i zamiłowaniom.
W uniwersytecie kształciło się mnóstwo młodzieży z różnych okolic kraju. Wszyscy oni z łatwością zawiązywali stosunki i żyli gromadą, na wspólny koszt. Ja tylko nie miałem towarzystwa. Nędza zrobiła mnie nieśmiałym, praca — odludkiem, żarty kolegów — opryskliwym. Przez całe tygodnie nie rozmawiałem z nikim, przez miesiące karmiłem się razowym chlebem i herbatą. Możebym i umarł z wyczerpania sił, gdyby nie drobne zasiłki z domu. Ojciec domyślał się z listów, że mi źle w Kijowie, więc przysyłał, ile tylko mógł, nie wahając się zaciągać długów.
Dopiero egzamin, złożony na pierwszym kursie, w nieoczekiwany sposób wpłynął na zmianę mojej doli. Zwrócił on uwagę profesorów i zjednał przyjaźń kolegów. W ciągu dwu tygodni, ja, okrzyczany za dziwaka, zyskałem sławę najzdolniejszego ucznia, znalazłem przyjaciół i kilku protektorów. Mój pokój na Padole pod strychem, gdzie był tylko stół i drewniana paka, napełnił się gośćmi. Oni podziwiali moją nędzę i naukę, a ja — żem tylu życzliwych zobaczył w swem mieszkaniu.
Od tego czasu jak grad spadały na mnie wykrzykniki pochwalne, zaproszenia, lekcje. Pewien bogaty szlachcic ukraiński ofiarował mi posadę dozorcy swoich synów, zbytkowne mieszkanie, życie i kilkaset rubli pensji, nie licząc podarunków.
Nagłe przejście od niedostatku do nadmiaru zachwiało moją równowagę duchową. Byłem młody, pieniędzy miałem dość, więc — zbudziła się we mnie chęć używania. Wpadłem w odmęt znajomości, zabaw i wydatków. Nie przeszkadzało mi to w naukach, ale do pewnego stopnia zatarło wspomnienia o rodzinie. Byłem tak szczęśliwy, że mi przez głowę nie przeszła myśl o kłopotach w domu. To też w owej epoce, gdy mój ojciec, skutkiem wydatków na brata i klęsk w gospodarstwie, musiał zaciągać długi coraz większe, ja trwoniłem pieniądze. Czasami tylko ogarniał mnie nieokreślony niepokój, a wtedy wysyłałem do domu — pakę bakalij i suszonych konfitur kijowskich.
Pożyczki na edukacją, wzięte z rodzinnego kapitału, poszły w niepamięć. Chwilowo zapomniałem o obowiązku spłacania ich. Był to ciężki błąd, za którym niedługo nastąpiła pokuta.
Gdy złożyłem egzamin na czwarty kurs, zdawało się, że przyszłość mam już w kieszeni. Byłem przedmiotem pewnego rodzaju licytacji dla profesorów. Jeden zachęcał mnie do wyłącznego zajęcia się botaniką. Drugi zapewniał, że tylko w dziedzinie chemji znajdę pole dla swoich zdolności. Trzeci twierdził, że popełniłbym zdradę, gdybym nie poświęcił się geologji. Wszyscy trzej obiecywali wyrobić mi stypendja i ułatwić wyjazd zagranicę.
Takie zachęty i obietnice pochlebiały mojej dumie. Nie myślałem jednak o szukaniu przyszłości w nauce teoretycznej, mając przed sobą ponętniejsze widoki.
Szlachcic, u którego byłem guwernerem, miał ogromne dobra w okolicy żyznej, posiadającej wyborne środki komunikacji. Był to człowiek wykształcony i przedsiębierczy, zakładał cukrownie, dystylarnie, olejarnie, browary i mnożył majątek.
Fabryk tych było już siedem, a miało być dwa razy więcej. Procent przynosiły dobry, mogły jednak przynosić jeszcze lepszy. Główną zawadę w ich rozwoju stanowił brak kierowników, czemu szlachcic postanowił zaradzić, przygotowując specjalistów na własny koszt.
Między innymi zwrócił się do mnie. Ofiarował mi tysiąc rubli rocznie, z warunkiem, że po skończeniu uniwersytetu, wyjadę na trzy lata zagranicę, dla obeznania się z dystylatorstwem i cukrownictwem. Potem miałem zostać u niego naczelnym dyrektorem kilku fabryk, ze znaczną pensją i procentami od czystych zysków. Szlachcic twierdził, że gdyby mi się udało wprowadzić choćby niewielkie ulepszenia do jego zakładów, po pewnym czasie mógłbym zarabiać od piętnastu do dwudziestu tysięcy rubli rocznie. Ludzie fachowi potwierdzali jego rachunek.
Rozumie się, że propozycją przyjąłem bez wahania. Wprawdzie czekało mnie znowu kilka lat pracy i zależności. Wiedziałem jednak, że potem dla całej rodziny będę miał zapewniony byt, o jakim ani ja, ani ojciec nie mogliśmy marzyć przed laty.
Na wakacje, wziąwszy od mego dobroczyńcy urlop i paręset rubli, pojechałem do rodziców — ekstrapocztą.
Po kilkudniowej forsownej podróży stanąłem w domu o północy. Księżyc nie świecił. Przy słabem migotaniu gwiazd wieś nasza wydała mi się ubogą, a gościniec — węższym niż dawniej.
Rodzice uwiadomieni o moim przyjeździe czuwali, dzieci spały od kilku godzin. Na odgłos trąbki pocztyljońskiej ojciec i matka wybiegli przed dom. Zastałem ich u wrót, które rozpadły się ze starości.
Kiedym wysiadł z bryczki, matka zapytała: kto to? i nie czekając odpowiedzi, objęła mnie za szyję, a po niej ojciec. Nie mówiliśmy nic, nie mogliśmy nawet przypatrzyć się naszym twarzom. Czułem tylko, że moja nauka, sława, dochody i świetne widoki topnieją wobec przywiązania dwojga ubogich ludzi.
Weszliśmy do izby, gdzie paliła się łojowa świeca, w mosiężnym lichtarzu, z wysuwką. Nasz dom zapadł się głębiej w ziemię, do sufitu dostawałem ręką, pokoje wydawały się ciasne, w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Ojciec zupełnie osiwiał i zmizerniał, matka zgarbiła się. Odzienie na nich było wytarte.
Na widok mój matka zapłakała. Płacz jej niebawem przeszedł w szlochanie takie smutne, że opanowała mnie obawa i nieopisana tęsknota. Aż ojciec oburzył się:
— Ładnie go witasz, po czteroletniem niewidzeniu! — rzekł do matki.
— To nic! to nic! — mówiła, siląc się na uśmiech. Przez parę minut oczy jej były suche. Po chwili przecie tak się zaniosła od płaczu, że nie chcąc robić mi przykrości, wybiegła na dziedziniec.
Stopniowo uspokoiliśmy się. Matka chciała mnie poczęstować kurczęciem z mizerją, alem podziękował. Wtedy ojciec poradził nam, abyśmy spać poszli.
Odprowadzili mnie do pokoiku, którego okno, okienicą zamknięte, wychodziło na ogródek. Sufit był tak niski, żem musiał głowę schylać. Pod ścianą, naprzeciw okna, stał tapczan, na którym dawniej sypiałem. Przy tapczanie stolik i krzesło, oboje małe i niewygodne.
Ucałowany i pobłogosławiony zdjąłem prędko odzienie i ległem spać. Kołdra wyciągnięta naukos ledwie mi sięgała po szyję, a z tapczanika nogi mi wystawały. Stary nasz pies, Bryluś, zbudzony światłem wymykającem się przez szpary okienicy, począł szczekać i wyć. Później ułożył się pod ścianą i cicho skomlił.
Pomimo zmęczenia sen nie przychodził. W sercu mojem burzyła się dziwna mieszanina szczęścia i smutku. Coś rwało mnie dogóry i przybijało do ziemi, może rażąca sprzeczność między mojemi nadziejami, a ubóstwem rodziców.
Skrzypnęły drzwi. Weszła matka na palcach.
— Śpisz? — spytała, całując mnie. — Śpij, śpij, ja cię nie budzę... Żebyś ty wiedział, jak ja cię dawno nie widziałam!...
Masz takie cieniutkie koszule... chwała Bogu!... Tylko nie wiem, czy ja to potrafię uprać?... Śpij, śpij...
I odeszła, szepcąc pacierz:
„Pod Twoją obronę uciekamy się... Jak on wyrósł!... święta Boża Rodzicielko...“
W drugim pokoju za ścianą, brat mój piętnastoletni, Jaś, przewracał się niespokojnie i mówił coś przez sen.
Zgasiłem świecę i wkrótce straciłem świadomość.
Rano zbudził mnie ruch za oknem. Przetarłem oczy. Przez szpary i kółko wycięte w okienicy wlewał się do pokoju dzień. Za okienicą słychać było szeptanie trzech dziecięcych głosów.
— Ludka! nie zaglądaj, bo zbudzisz! — mówił cienkim tenorem Jaś.
— A może Wicuś nie śpi — odparła Ludka, mająca teraz dziewięć lat.
— Jaki to Wicuś?... Czy to starszy Jaś?... — pytał pięcioletni Kazio.
— Nie Jaś, tylko braciszek — poprawiła go Ludka.
— Nie braciszek tylko brat! — odezwał się Jaś i dodał:
Braciszek to taki, co jeszcze leży w kołysce.
Odeszli parę kroków dalej. Wkrótce usłyszałem hałas stołka ciągnionego po ziemi i głos Ludki.
— Cicho! cicho!... Ja zobaczę, czy śpi. A jeżeli obudził się, to mu przyniosę wodę i ręcznik.
— Nie ty, tylko ja! — odezwał się Jaś.
— Nieprawda, bo ja!... Ty pójdziesz w pole i dasz znać tatkowi, że Wicuś wstał... Kaziu! nie baw się piaskiem, bo powalasz sukienkę i w niedzielę nie pójdziesz do kościoła.
Dźwigany stołek uderzył o ścianę... Nagle zniknęło światło wchodzące przez szpary, a w kółku okienicy ukazały się dwie rączki przeświecające i — ciemne oko Ludki.
— Widzisz? — pytał Janek.
— Widzę! — odparła.
— Śpi?...
— Nie wiem, ale na stoliku leży czapka z daszkiem i z niebieskim lampasem — szepnęła Ludka.
Potem zeskoczyła ze stołka i wkrótce odeszli wszystko troje.
— Czy Wicuś jest taki duży jak tatko? — zapytał Kazio przed odejściem.
— Wicuś jest mądrzejszy od Jasia! — odpowiedziała mu Ludka.
Dla tych dzieci przyjazd mój był ważnym wypadkiem. Teraz dopiero przypomniałem sobie, żem w Kijowie nie pomyślał o nich i nie przywiozłem im najmniejszego podarunku, ja bogacz, ukochany brat!
Gdym się nieco ogarnął i wyszedłem na podwórko, Jaś i Ludka z krzykiem przybiegli do mnie i zaczęli całować po rękach. Witając się z nimi, uczułem, że coś chwyta mnie ztyłu za nogi. Był to Kazio.
Potem Jaś pokazał mi cenzurę, rzeczywiście dobrą, którą na mój przyjazd od kilku dni trzymał w kieszeni, a Ludka wyniosła z pokoju swoje kajeta i była gotowa zdawać egzamin na dziedzińcu, obok studni z żórawiem. Kazio zaś, nie chcąc, aby go zaćmiły zasługi starszych, potoczył się na krótkich nóżkach do ogrodu i — przyniósł mi zieloną żabę!
Odtąd po całych dniach wszyscy troje chodzili za mną, strofując się wzajemnie za natrętność. Ich przywiązanie do mnie było pełne podziwu, ślepej wiary i nieograniczonego poświęcenia. Zdaje się, że na mój rozkaz dwoje starszych skoczyłoby w ogień, a Kazio poszedłby za nimi — dla towarzystwa. Było to ubóstwienie.
Po obiedzie Ludka znikła na parę godzin. Gdy przed wieczorem wszedłem do mego pokoju, znalazłem nad tapczanem wianek, a na stoliku dwa bukiety z polnych kwiatów osadzone w małych garnuszkach. Od tej pory siostra codzień ozdabiała mi pokój kwiatami.
Po zachodzie słońca ruch gospodarski zmniejszył się. Siedliśmy z rodzicami na kłodzie przed domem i zaczęliśmy rozmowę o sobie.
Nie pytałem ich o nic. Kilka godzin wystarczyło do przekonania się, że nad rodziną naszą cięży ubóstwo. Budowle pochyliły się; w dachach i ścianach były dziury. W śpichrzu i spiżarni — pustka. Krowy i konie zmizerniały, a na odzieniu rodziców znać było ślady naprawek. Zwiększone wydatki i parę lat nieurodzaju podkopało skromny dobrobyt.
Kiedym ubolewał nad takiem położeniem i sobie przypisywałem winę, ojciec odparł ze szczerym śmiechem.
— Facecje! Zetrze bieda zęby, nim staruchom dokuczy. Nie trzeba nam innego szczęścia nad powodzenie dzieci. Nie jesteśmy chyba nicwarci, kiedy pod naszem okiem wyrasta młodzież zdrowa i chętna do nauki. Już ty i Jaś będziecie czemś lepszem między ludźmi, aniżeli ja albo mój ojciec. W waszych osobach rodzina wzmogła się. To dosyć!
Ojciec był człowiekiem, który przez całe życie więcej dbał o szczęście innych, aniżeli o przyjemności własne. Potrzeby miał małe, siły ogromne, więc znaczną część ich poświęcał na ofiarę. Był to hojny bogacz — w odzieniu biedaka.
Teraz opowiedziałem rodzicom historją czterech upłynionych lat. Gdym opisywał mój niedostatek, matka ocierała łzy, a ojciec kiwał głową. Gdym mówił o powodzeniu późniejszem, matka składała ręce na znak radości, ojciec ze zdziwieniem słuchał. Kiedy nareszcie, przyszła kolej — na propozycje szlachcica i na to, że za kilka lat mogę mieć piętnaście tysięcy rubli rocznego dochodu, — oboje rodzice spojrzeli po sobie. Matka była jakby zalękniona, a ojciec pochmurny.
— Nie strach tobie, Wicusiu, zostać wielkim panem? — spytała nagle matka, żegnając się.
— Phy! — mruknął ojciec. — Napoleon był większym panem, a także powstał z niczego. Szlachcic może być i królem.
Uważałem jednak, że moje świetne widoki obudziły więcej niepokoju i zdziwienia, aniżeli uciechy.
W najbliższą niedzielę przypadał odpust. Do kościoła było kilka wiorst. Jeden nasz koń zakulał, więc my, starsi, poszliśmy na nabożeństwo piechotą, a Kazia i Ludkę oddaliśmy na wóz sąsiadowi.
W kościele stanęliśmy przy drzwiach, zwyczajnie jak biedacy. Kapota mego ojca i chustka matki nie dawały nam prawa do ławek przed ołtarzem. Wszelako mój mundur z szafirowym kołnierzem i złoconemi guzikami zrobił wrażenie. Ubodzy sąsiedzi usuwali się z miejsc, bogaci ściskali ojca za rękę, kobiety nie spuszczały ze mnie oczu.
Nabożeństwo trwało kilka godzin, poczem wróciliśmy do domu, a z nami mniejsze dzieci, bo sąsiad, który je tu przywiózł, pojechał w inną stronę.
Nie uszliśmy stu kroków za wieś, gdy Kazio zaczął płakać ze zmęczenia i głodu. Ludka także ociągała się i pobladła.
Wtedy ojciec wziął na ręce Kazia, a ja Ludkę, pomimo jej oporu i zapewnień, że dojdzie sama. W połowie drogi dziewczynka oparła głowę na mojem ramieniu i twardo zasnęła. Słońce piekło, droga była nierówna, Ludka dość ciężka. Pomimo to nie oddałbym jej nikomu. Mała ofiara, jaką dziś po raz pierwszy zrobiłem dla niej, sprawiła mi duże zadowolenie. Byłem szczęśliwy, czując, że jestem użyteczny.
Zdaje mi się, że w czasie powrotu z kościoła, uczułem silniejsze niż dawniej przywiązanie do Ludki. Wtedy przemknęła mi myśl, że tem mocniej będę kochał moje rodzeństwo, im więcej oddam mu usług.
Wieczorem poszedłem wcześniej do swego pokoiku i leżąc na tapczanie, czytałem książkę. Za ścianą, stojącą w głowach, była sypialnia rodziców. Około jedynastej usłyszałem tam cichą rozmowę.
— Wiesz, Kaziu! — odezwała się matka. — Mnie się zdaje, że Wicuś nie mówi już pacierza klęczący...
— Ja żadnego nie mówiłem, kiedym był w wojsku — odparł ojciec.
Długie milczenie. Na pobliskim gościńcu słychać było turkot przejeżdżającej bryczki.
— A co ty myślisz, Kaziu, o tych fabrykach i nadziejach Wicusia? — mówiła matka. — Mnie czegoś strach ogarnia. Wicusiowi, kiedy rozpowiadał o tem, aż oczy świeciły z radości. Widać on nieborak pragnąłby mieć dużo pieniędzy, a nie wie o tem, jak trudno wejść bogaczowi do Królestwa Niebieskiego...
— Kto zgadnie, co z tego jeszcze będzie?... — odparł ojciec. — Cieszy się zwyczajnie jak młody.
— Ale my powinniśmy go reflektować — rzekła matka.
— At!... — mruknął ojciec. — Tyle jego szczęścia, ile sobie rachuje na dzień jutrzejszy. Co my go mamy dręczyć perswazjami, kiedy to zrobi świat prędzej czy później. Każdy młody myśli, że będzie Bóg wie czem. Ja przysiągłbym, że zostanę chorążym, a nie zostałem nawet podoficerem. Jakób Dąbrowski mówił, że będzie jenerałem, a Wąsowicz chwalił się, że awansuje na króla, jak zabraknie kandydatów...
Starsi młodym nie wytłomaczą nic. Dopiero świat ich przekonywa!
Knot świecy pokrył się grzybem, wielkości orzecha. Zdmuchnąłem światło.
Więc z mojej sławy, dochodów i stanowiska, ma być to, co z jeneralstwa Dąbrowskiego i korony Wąsowicza?...
Nie. Zbyt wiele czuję w sobie sił, abym nie złamał przeszkód, jakie mi świat postawi!
Swoją drogą podsłuchana mimowoli rozmowa utkwiła mi w sercu jak gwóźdź. Odtąd za słońcem mojej wiary w siebie, niby cień włóczyła się wątpliwość, oparta na gorzkiem doświadczeniu człowieka, co znał marzycieli i sam kiedyś marzył.
Wakacje prędko przeleciały. Czytałem książki, uczyłem Jasia i Ludkę, niekiedy doglądałem robót w polu. W obojgu dzieciach spostrzegłem niezwykłe zdolności, z cechami wprost przeciwnemi.
W Ludce przeważał nastrój poetyczny, — w Janku pociąg do matematyki i ścisłych badań. Wspólnemi własnościami obojga była silna wyobraźnia i wielkie współczucie. Trudno opowiedzieć, w jaki sposób oddziaływał na te dzieci krzyk cierpienia, albo czyjeś łzy. Ta ich wrażliwość była fatalnem piętnem.
Z pieniędzy, przywiezionych ze sobą, posprawiałem rodzeństwu odzież i książki, Jankowi dałem na wpis i chciałem kilkadziesiąt rubli zostawić ojcu. Kiedym wspomniał o tem, twarz starca oblała się krwią. Pierwszy raz spojrzał na mnie z wyrazem dumy. Umilkłem zawstydzony, ucałowałem go w rękę, a pieniądze oddałem Jasiowi, na opłacenie stancji.
— Mnie nie potrzeba — wymawiał się hardy chłopiec — ja idę do szóstej klasy i będę dawał korepetycje.
— A dużo ci zapłacą? — spytałem.
— Oho!... Z dziesięć złotych na miesiąc.
I znowu bryka żydowska zawiozła mnie do Kijowa, bo ekstrapocztą wstyd mi było wracać.
Pobyt w domu przywrócił mi do pewnego stopnia równowagę moralną. Osłabił pychę, wzmocnił przywiązanie do rodziców i zaszczepił miłość dla rodzeństwa. Jeżeli mnie z niskiego stanowiska wydźwignęła praca i zdolności, to Jaś nie mniej pracował ode mnie, a zdolności miał większe. Jeżeli ja chlubiłem się szlachetnością uczuć, to Ludka była przy mnie aniołem. Jaka zaś przepaść istniała między ich uwielbieniem dla mnie, a moim początkowym chłodem dla nich!



V.

Świetna przyszłość zbliżała się ku mnie ogromnemi krokami. Po Nowym Roku otrzymałem złoty medal za rozprawę o związkach węgla. Profesor chemji coraz natarczywiej nalegał, abym poświęcił się badaniom teoretycznym. Rektor zapewniał, że otrzymam stypendjum na studja zagranicą, a później — katedrę w uniwersytecie.
Mój szlachcic zgodził do synów innego nauczyciela, prosząc mnie, abym nadal mieszkał w jego domu, lecz wyłącznie zajął się własną nauką.
Postanowiono, że zaraz na początku wakacyj udam się w podróż, a rozprawę kandydacką napiszę zagranicą. Plenipotent majątku szlachcica, jego rządcy i dyrektorowie fabryk składali mi wizyty, obsypywali pochlebstwami i prosili o łaskawą pamięć dla swoich kuzynów.
Uniżoność tych ludzi robiła na mnie wielkie wrażenie. Odurzało mnie poczucie władzy, choć jeszcze nie miałem jej w rękach.
Skończywszy egzamina, stosownie do umowy, opuściłem Kijów. Na odjezdnem szlachcic wręczył mi tysiąc rubli, dodając, że za pół roku otrzymam nową sumę.
Za miastem, pocztowa trójka ruszyła w cwał. Owiało mnie powietrze wiejskie, serce uderzyło prędzej, myśli zmieniały się z niezwykłą szybkością. Jak na dłoni widziałem moje ubogie dzieciństwo, pracę rodziców, dumę sąsiadów. Odżyła w pamięci nędza pierwszych lat pobytu w uniwersytecie i owe ciągłe niepokoje: czem też ja będę?... czy dojdę do czego?...
A dziś — jakże prędko czas przeleciał i jakie przyniósł mi niespodzianki!... Władza, niemarzone dochody, podźwignięcie rodziny, możność zajmowania się nauką, stosunki z najświatlejszymi ludźmi. Poza tem wszystkiem gdzieś w dali — piękna kobieta w bogatych salonach i — miłość!...
O życie!... życie ludzkie — jakim ty jesteś skarbem... I co mi po nieśmiertelności duszy, jeżeli istnienie doczesne zejdzie mi w podobnem szczęściu?...
Kiedym się znużył i zdrzemnął, wśród nocy, na dygoczącym w biegu tarantasie zdawało mi się, że teraźniejszość moja to sen.
— Jakto — mówiłem — więc ja, syn zagrodowego szlachcica, ja, który spędziłem młodość w zgrzebnej koszuli, mam być wielkim panem, uczonym, rozkazodawcą?... To chyba przywidzenie!...
Tarantas podskoczył, ja zbudziłem się i dotknąłem ręką piersi. Nie — to rzeczywistość! Tu leżą banknoty, a tu — półimperjały w trzosie... Ja istotnie skończyłem uniwersytet z odznaczeniem. Ja naprawdę mam pieniądze, jadę poto, aby nasycić się zdobyczami cywilizacji zachodniej i wrócić na wysokie stanowisko.
Pomyślałem, że mi skrzydła wyrosły i żem się wzbił nad innych ludzi. Iluż to świat liczy — podobnych mi? Ilu jest takich, którzy z nicości doszli tam, gdzie ja będę?...
Poznałem słodycze zwycięstwa i rozkosz pychy. Możność przyznania sobie wartości i zasług jest największem szczęściem na ziemi. W upojeniu myślałem, że na gniazdo drobnych przepiórek upadł z nieba promień genjuszu i stworzył — sokoła. Tym sokołem ja jestem!...
Jeszcze w Kijowie będąc, umyśliłem wstąpić na pożegnanie do domu. Odgadywałem, że zastanę biedę. Miałem jednak zamiar powiedzieć rodzicom: ,
— Ufajcie w moją gwiazdę!... Za parę lat doczekacie wielkich zmian. Będziecie opływać w dostatku, o jakim nie słyszano w tej okolicy. Tymczasem zaciągajcie długi, sprzedajcie grunt, byle ten krótki czas przetrwać. Przyszłość wynagrodzi wszystko!
Na granicy Królestwa zatrzymałem się w jakiejś karczmie. Byłem głodny, więc wszedłszy do pierwszej izby, zapytałem, co mogę dostać do jedzenia.
— Nic! — odpowiedziała służąca.
— Jakto nic? — spytałem oburzony. — A gdzie gospodarz?
— Niema. Wczoraj oboje zmarli...
Chociaż obcy tym ludziom — struchlałem.
— Na co umarli?...
— Na cholerę...
— U was jest cholera?... Od kiedy?...
— Już będzie ze dwa tygodnie...
Wsiadłem na bryczkę, czując, że nogi moje są zimne i ciężkie jak kamień. W owej epoce, straszny to był wyraz: cholera!...
Do domu miałem jeszcze kilkanaście mil. Podwoiłem pocztyljonom napiwne i kazałem jechać, co koń wyskoczy. Na każdej stacji szeptano o cholerze. Niektórzy pocztmajstrowie nie chcieli ze mną rozmawiać, inni prosili, abym pieniądze, należne za ekstrapocztę, kładł na stole.
Bano się mnie, a ja bałem się nieszczęśliwego kraju. Zdawało mi się, żem ze słonecznych okolic wpadł do trupiarni. Kiedym patrzył na ludzi, widziałem trwogę, a gdym wszedł w samego siebie, czułem ukąszenia smutku.
Z rana dojeżdżałem do domu. W drugiej wsi od nas zobaczyłem chatę zabitą deskami; we wsi sąsiedniej spotkałem pogrzeb. Strach padł mi na nerwy. Dla oprzytomnienia się, zapytałem o coś pocztyljona. Gdy odwrócił głowę, zobaczyłem że ma usta sine — także z bojaźni.
Do domu mieliśmy pół mili. Bryczka wjechała w las, znany mi oddawna. (Poszukawszy, możebym znalazł ślady wydeptane w dzieciństwie.) Słońce stało niewysoko, rzucając na gościniec długie cienie drzew. Na trawie, na paproci, na listkach krzaków, zielonych igłach sosen błyszczały krople rosy. Czerwone wiewiórki ciekawie przypatrywały się nam z gałęzi. Turkot bryczki, śpiew szczygłów, makolągw i kucie dzięciołów napełniało las radosnym hałasem. Aż pocztyljon weselej huknął na konie, a i w moim duchu błysnęła nadzieja.
Wyjechaliśmy znowu w pole. Już widać naszą wieś. Na ugorze pasą się krowy, a dwaj pastusi, odziani w worki, wyprawiają gonitwy.
Odzyskałem dobrą myśl. Widać, że tego kąta za lasem nie dosięgnęła klęska. Wszystko jest, jak było. Na łące kosiarze koszą trawę. Nad chatami i dworkami niebieski dym bije wgórę jak strzała. Zamiast trumny spotykam wóz znajomego chłopa, który, zdjąwszy czapkę, wita mnie słowami: „Niech będzie pochwalony!“
Parę bezsennych nocy, trwoga powszechna rozstroiły mnie. Szczęściem widok spokoju rodzinnej wsi przywrócił mi panowanie nad sobą. Widziadła pierzchły, a ja znowu odzyskałem wiarę w moją gwiazdę.
„O gdybym już wracał z zagranicy! — pomyślałem. — Ale i to przyjdzie. Przed pięcioma laty jechałem dopiero do uniwersytetu. Zdawało mi się, że go nigdy nie skończę, a jednak czas przeleciał jak błyskawica...“
Do domu było ledwie paręset kroków. Nigdy nie wydał mi się piękniejszy. Strzechę porastał aksamitny mech, ściany były świeżo pobielone, okna pootwierane, w kuchni na kominie palił się ogień. Obok stodółki parobek, siedząc okrakiem na belu, obciosywał tyczki. Około studni kręciły się niespokojne wieprzki. Na śmietniku za lodownią grzebało parę kur, na płocie kogut zatrzepotał skrzydłami i zapiał, jakby na powitanie.
Odpowiedziała mu trąbka pocztyljona fałszywie, ale wesoło.
W oknach pokazało się parę głów...
Zatrzymaliśmy się przed wrotami, po których już tylko dwa słupy zostały.
Zeskoczyłem z bryczki. W tej chwili z domu wybiegł na przeciw mnie Jaś, a za nim Ludka — nieuczesana.
Chłopiec rzucił mi się na szyję. Chciał coś przemówić, ale zatchnął się i patrzył na mnie z otwartemi ustami. Ludka całowała mnie po rękach, płacząc.
Chciałem odsunąć brata i wejść do domu. Ale Jaś oplątał się koło mnie tak, żem kroku ruszyć nie mógł.
— Jak się macie! — rzekłem wesoło.
Nie odpowiedzieli nic.
— Cóż tu słychać?...
— Tatko chory... — wyjąkał Jaś.
— Chory?... Co mu jest?... — pytałem, starając się uwolnić z uścisków chłopca, które wydały mi się jakieś nienaturalne.
— Co jest ojcu?... gdzie matka?...
— Mama... umarła!...
Odepchnąłem dzieci i przewróciłem Kazia, który wyszedł naprzeciw mnie z kuchni.
Wbiegłem do pokoju ojca.
Ojciec leżał na łóżku nieprzytomny. Mruczał coś i miął kołdrę wychudłemi palcami.
Przy łóżku siedział Żyd felczer.
Od progu nie mogłem kroku ruszyć. Oparłem się o futrynę i patrzyłem, słuchałem — nie myśląc. Gdy dziś przypominam sobie te rzeczy, dziwię się, żem nie oszalał.
Zapadłą twarz ojca porosła broda biała jak mleko. Pod rozdartą koszulą widać było skórę szarą, upstrzoną sinemi plamkami. Pierś wznosiła mu się i opadała prędko. Oczy miał szklanne, zwrócone do sufitu. Charczał i ściągał kołdrę, odsłaniając nogi wychudłe jak u trupa.
Gdy felczer poprawiał kołdrę, ojciec schwycił go za rękę i mówił głucho, z naciskiem:
— Nie opuszczaj ich!... Pamiętaj...
Do łóżka zbliżył się Jaś i rzekł:
— Tatku!... Wicuś przyjechał...
Ojciec i jego ujął za rękę, mrucząc:
— Nie opuszczaj ich!... Pamiętaj...
Potem zaczął ruszać ustami jak człowiek, którego dręczy pragnienie. Felczer podał szklankę z jakimś wywarem. Ojciec pochwycił szklankę, lecz zamiast pić, ściskał ją obu rękoma i mówił:
— Nie opuszczaj ich!... Pamiętaj...
Zrozumiałem, do kogo on mówił i kogo nie kazał opuszczać. Odwróciłem się i wybiegłem do kuchni. Żal szarpał mi serce, w gardle czułem takie dławienie, żem myślał, że umieram. Upadłem na ławkę i zacząłem płakać wgłos. Otoczyły mnie dzieci i służące i wszyscy szlochali razem ze mną.
Wtedy przyszedł felczer, wziął mnie pod ramię, zaprowadził do pokoiku Jasia i ułożył na jego pościeli. Płakałem wciąż i we łzach usnąłem jak dziecko.
Zmęczenie w podróży uratowało mnie. Spałem z godzinę. Tymczasem pocztyljon popasł konie i, z odkryta głową, czekał pod oknem na obiecany tryngield. Wyrzuciłem mu parę złotych. Felczer, usłyszawszy ruch w moim pokoju, zostawił ojca pod opieką Jasia, a sam przyszedł do mnie z opowieścią o naszych nieszczęściach.
Mimo pozornego spokoju, jaki zauważyłem, wjeżdżając do wsi, cholera była tu. Przed dziesięcioma dniami zapadli na nią oboje rodzice. Matka zmarła tydzień temu, ojciec wyszedł z cholery, ale dostał zwykle następującego po niej tyfusu. O wypadkach tych jeden z sąsiadów napisał do mnie list do Kijowa, alem się z nim w drodze minął. Kiedy zapytałem felczera, jaki jest stan, pokręcił głową, mówiąc — że nic nie wie. Nająłem konie i wysłałem je do miasta po doktora. Jakoż doktór przyjechał na drugi dzień rano, a mój ojciec tej samej nocy — umarł, nie odzyskawszy ani na chwilę przytomności.
Pamiętam, że włożyli go natychmiast w trumnę i przed południem wywieźli na cmentarz. W tej chwili jeszcze widzę w kącie pod parkanem dół, do którego Ludka chciała się rzucić. Jaś odciągnął siostrę, a dół zasypano wapnem i ziemią. Chowano tu zmarłych na cholerę.

Przed ośmioma laty byłem w tamtych stronach.
Z naszego domu i budynków nie zostało nawet drzazgi. Studnia zasypana, ogródek wycięty, dziedziniec, po którym niegdyś biegałem boso, zasiano burakami.
Na wzgórzu, gdzie stała sosna, gdzie widziałem ojca z pługiem, dziś — wznosi się fabryka.
Zato pod parkanem, w kącie naszego cmentarza, urósł pagórek. Stoi tam krzyż spróchniały i pochylony z napisem:



Wieczny
Zmarłym na
cholerę w r. 185...
odpoczynek!




Drzewo na niego wzięto z lasu, w którym, dzieckiem będąc, zbierałem jagody.
Na klęczkach dowlokłem się do świętego wzgórza i, stary, objąłem rękami starsze ode mnie drzewo — przyjaciela. Do szorstkiego mchu przycisnąłem czoło i modliłem się — o trochę łez...

Po pogrzebie ojca zachorowałem.
Kiedy pociąg drogi żelaznej wyjdzie z szyn, jego olbrzymia siła biegu cofa się do wewnętrza. Pękają osie, gną sztaby, łamią ściany, ludzie są miażdżeni, tu i owdzie zapala się płomień. Machiny, które chwilę temu były przedmiotem podziwu, stają się ruiną.
Lata całe zeszły mi na wznoszeniu się i prześciganiu innych. I w chwili, kiedy miałem przebyć najpiękniejszą część toru, kiedym wytężył siły, a los przypiął mi jakby skrzydła, wówczas — na mojej drodze stanęły dwa groby i trzy sieroty.
Miałem do wyboru albo — rozbić się, albo — stratować zaklęcia ojca, pamięć matki, przyszłość rodzeństwa i własne serce.
Rozbiłem się.
Wpadłem w gorączkę. Przez kilka dni nie jadłem, nie spałem, nawet nie rozbierałem się i nie wychodziłem z pokoju. Rozsądek opuścił mnie, ustępując miejsca — ekstazie, w jakiej Dante zwiedzał trzy zaświatowe królestwa. Zdawało się, że duch mój rozszerzył się jak widnokrąg i że w tej niezmierności toczyły walkę wszystkie instynkta ludzkie. Miłość, pycha, egoizm, obowiązek, nałogi, wspomnienia, żal, wiadomości naukowe wszystko to mieszało się, popychało, żarło, przybierając symboliczne kształty i sprawiając mi niewymowną boleść.
Nie rozumowałem, tylkom widział i czuł.
Marzyło mi się, że ze świata drobnej szlachty, chłopów, wyrobników, kobiet z grubemi rękoma i obdartych dzieci, wyrosła góra, której szczyt ginął w obłokach.
Biedacy drżeli z zimna, wydrapywali rękoma chleb z ziemi, zabijali się o każdy kąsek. Sen ich był krótki i twardy, czuwanie wypełnione pracą. Modlili się do słońca i padali na twarz przed piorunem. Wielogłowa natura patrzyła na nich jednem tylko obliczem, które było groźne i martwe.
W tej ciżbie siedziałem ja i cała moja rodzina. Zatopieni w ubóstwie, kiedy niekiedy słyszeliśmy odgłosy radości, płynące ze szczytu góry. Ktoś mi powiedział, że tam jest Olimp i mieszkają bogowie.
Nagle siła jakaś porwała nas i rzuciła do stóp góry, wypychając mnie naprzód. A kiedym zrobił pierwszy krok, ojciec kazał mi zrobić drugi, ja zaś zrobiłem jeszcze dwa kroki i — już chciałem iść coraz wyżej. Więc gdy mi mocy zabrakło, rodzice poczęli sprzedawać odzienie swoje i dzieci, swoją pracę, przyszłość młodszego rodzeństwa i własny spokój na starość.
Dzięki ofiarom dostałem się między obłoki, na szczyt, obiecując tym, co na dole zostali, że im podam rękę i wciągnę za sobą. Wzamian za słowa obietnicy, oni dawali mi krew i pot, które tam, wysoko, ceniły się jak purpura i klejnoty.
Wszedłem do bogów ziemskich. Mieszkałem w ich pokojach, z których każdy był większy od naszej chaty. Piłem nektar i jadłem ambrozją, której kęs nabywał się za cenę stu bułek chleba. Kwiaty, które na dole miały tylko łodygi i ciernie, tu, — na górze, składały w dani swoje barwy i zapachy.
Stąd widzieliśmy cały świat. Stąd słońce wyglądało jak płomień życiodawczy, gwiazdy jak słońca, a planety — jak mieszkania istot posiadających potrzeby, ruch i czucie. Tu zdejmowaliśmy pioruny z nieba i za ich pomocą, nad głowami szarego tłumu, przesyłaliśmy wiadomości. Siła ognia zastępowała nam miljony rąk, a kombinacja kół i sprężyn — zręczność i czujność ludzką.
Z naszego szczytu widzieliśmy świtanie cywilizacji i zgadywaliśmy, o czem myślały ludy dawno zmarłe.
Gdy zmęczyła nas mądrość, zwracaliśmy się do rozkoszy. Piliśmy natchnienie z oczu najpiękniejszych kobiet, całowaliśmy ich usta. A jeżeli nam sił zabrakło, odwróciwszy się od natury, przypatrywaliśmy się utworom cudownej fantazji genjuszów.
Było mi dobrze z bogami, a im ze mną. Niektórzy chcieli mnie obdarować swoją władzą i szczęśliwem dziedzictwem. Lecz w chwili, kiedy miały pęknąć więzy łączące mnie ze światem wyrobników, usłyszałem głos z dołu:
— Nie opuszczaj ich!... Pamiętaj...
To mówił ojciec, zapadający się w grób. Ci, o których miałem pamiętać, patrzyli na mnie smutnemi oczyma obdarci, zgłodniali, rzuceni na pastwę sieroctwa.
Wybiła ciężka godzina. Zobowiązano mnie, abym rzucił kraj nadziemski i zeszedł na padół nędzy. Kazano wyrzec się szczęścia, wiedzy, stanowiska, oblec siermięgę robotnika, — zmieszać się z półdzikim tłumem i — wydrapywać chleb z ziemi, nietylko dla siebie, ale dla trojga innych.
Zeszedłem, bo głos ojca rozlegał się tak mocno, że stłumił wszystkie inne dźwięki. Ta sama zresztą siła wewnętrzna, która parła mnie coraz wyżej, nie pozwalała wyzyskiwać ani krzywdy rodzeństwa, ani łaski dobroczyńców.

Kiedym po kilku dniach wyszedł do dzieci, przekonałem się, że Jaś w gospodarstwie zastępował ojca, a Ludka — matkę. Oni doglądali robót, dysponowali obiady i czuwali nade mną.
Drobny ten fakt orzeźwił mnie. Wstyd mi było nurzać się w bezsilnej rozpaczy wówczas, gdy dzieci — pracowały!...
Przy pomocy sąsiadów rozejrzałem się w interesach. W ciągu pięciu lat ojciec zaciągnął tyle długów, że zagroda z tytułu ledwie była naszą własnością. Po sprzedaniu jej, mogliśmy ocalić co najwyżej kilkadziesiąt rubli.
W czasie tych zatrudnień przyjechał do mnie pewien kolega uniwersytecki, skończony lekarz. Opuścił on Kijów w parę dni po mnie i odebrał list pisany z domu, a korzystając z mojego upoważnienia, odpieczętował. Z niego dowiedział się o chorobie ojca i śmierci matki. Domyślił się, że może to oddziałać na mój los i nie mówiąc nikomu, wpadł do mnie.
W uniwersytecie zwali go narwanym. — Był to najszlachetniejszy człowiek, jakiego znałem. Opowiedziałem mu nasze nieszczęścia, kończąc tem, że już nie pojadę zagranicę, ale zostanę z dziećmi.
Narwany skoczył z krzesła.
— Tyś warjat! — krzyknął, biegając po izdebce. — Tego się właśnie obawiałem!...
I począł targać włosy.
— Cóż więc mam robić? — zapytałem go.
— Jechać natychmiast zagranicę! — odparł. — Wiedz, że ledwie siadłeś w Kijowie na kibitkę, już te łajdaki, twoi przyjaciele, zaczęli ci szyć buty, a co gorsze, stręczyć kandydata na twoje miejsce! Mówili szlachcicowi, żeś wielki pan, że zanadto przywykłeś do towarzystw, żeś genjalny teoretyk, ale nie masz za grosz praktycznego zmysłu...
Jeżeli zawahasz się teraz — dokończył kolega — to lepiej powieś się! Ja sam kupię ci powróz.
Wiadomość o intrygach umocniła mnie tylko w powziętym zamiarze. Ale narwany pienił się z gniewu.
— Nie warjuj! — krzyczał. — Zaraz jutro siadaj ze mną i jedź do Warszawy...
— A z dziećmi co zrobię?...
— Zostawisz im trochę pieniędzy i oddasz pod opiekę. Trzy lata niewielki czas.
— Niezawodnie! — odparłem. — Wystarczy do ogłupienia ich.
Nagle kolega uderzył się w czoło.
— Wiesz co? — rzekł — mam myśl!... Oddaj mi twoje dzieci.
Ucałowałem go serdecznie. Szlachetność tego człowieka goiła rany mojej duszy.
— Posłuchaj mnie — odparłem. — Twoje słowa są potwierdzeniem mego planu. Jeżeli ty, człowiek obcy, chcesz przygarnąć moją rodzinę, to jakiż ja byłbym podły, gdybym ich porzucił?... Zresztą pomyśl, czy wydołałbyś obowiązkom? Czy ty, ubogi, świeżo upieczony doktór, miałbyś czas pilnować ich, karmić, uczyć? A gdybyś nawet wypełnił wszystko, to czy zastąpisz im brata, którego kochają?
Nie odpowiedział mi wprost, ale zawołał:
— Człowieku, zastanów się... Tam jest karjera!...
— Albo hańba! — odrzekłem.
Kolega posiedział u mnie jeszcze jeden dzień, zasypując prośbami i namowami. Wreszcie na ostatni argument, kazał zajechać bryczce i zawołał:
— Daję ci kwadrans czasu do namysłu. Zostaw mi dzieci i trochę pieniędzy, a sam siadaj i jedź...
— Nie.
— A więc zmarnujesz się, ośle! — wrzasnął i plunął mi pod nogi.
W tej samej chwili rzucił mi się na szyję, oparł głowę na ramieniu, jak niegdyś matka i — zapłakał.
Odtąd nie spotkaliśmy się. Tylko w siedem lat później widziałem jego zwłoki poszarpane kulami.

Po odjeździe zacnego przyjaciela przystąpiłem do regulacji interesów.
Zagroda nasza została sprzedana. Jeden z sąsiadów udzielił mi na parę lat bezprocentową pożyczkę, przy pomocy której przeniosłem się z dziećmi do Warszawy.
Do mego dobroczyńcy, do Kijowa, napisałem list, opowiadając mu o wszystkiem, co zaszło. Dziękowałem za wyświadczone łaski i zwróciłem tysiąc rubli, dane mi na wyjazd zagranicę.
Szlachcic uznał powody mego wycofania się i robił mi wymówki za zwrot pieniędzy, które, wedle jego słów, powinienem był zatrzymać. Swoją drogą wysłał zagranicę innego. Był to także mój kolega uniwersytecki, odznaczający się wielkim sprytem. Zająwszy opuszczone stanowisko, wnet doszedł do majątku i sławy. Gdy zaś przejeżdżał teraz przez miasteczko, w którem dogorywam, zamiast wstąpić do mojej klasztornej celi, opowiadał ludziom, że miałem kiedyś wielkie zdolności i — żem się zmarnował!
Jednocześnie podałem prośbę o ofiarowanie mi posady nauczyciela w Warszawie. Napisałem także do rektora uniwersytetu, prosząc go o poparcie. Dzięki tym zabiegom i pomocom, uzyskałem od wakacyj miejsce przy szkołach publicznych i, jak na owe czasy, wcale dobrą pensję. A ponieważ zajmowałem się i lekcjami prywatnemi, więc nowe położenie moje było znośne. Miałem fundusze na wychowanie dzieci i na spłacenie zaciągniętego długu. Robiłem nawet oszczędności.
W rok później, jedynastoletnia Ludka wstąpiła na pensją, siedmioletni Kazio uczył się w domu, a siedemnastoletni Jaś ukończył gimnazjum. Ponieważ okazywał ochotę i zdolności do mechaniki, wysłałem go do szkoły technicznej, zagranicę. Bawił tam cztery lata. Wykształcił się i rozwinął. Jeżeli nie zaślepia mnie przywiązanie, to Janek mógł zostać najzdolniejszym mechanikiem u nas. Jego rozprawy, umieszczane w fachowych pismach francuskich i niemieckich, zdradzały naukę i praktyczność w pomysłach. Ofiarowywano mu posady w fabrykach zagranicznych; on jednak wolał wrócić do ubogiego kraju, dla niego pracować i za swoich głowę położyć.


VI.

Od chwili objęcia posady przez pięć albo i sześć lat byłem o tyle szczęśliwy, o ile może nim być nauczyciel. Byt miałem zapewniony. Przestawałem z ludźmi niebogatymi wprawdzie, ale — światłymi. Rodzeństwo moje chowało się zdrowo i między innemi dziećmi (o ile mogłem zauważyć), odznaczało się przymiotami umysłu i serca.
Kiedym patrzył na ich ubiór przyzwoity, rodzaj zabaw, towarzystwo, na miłość i szacunek, jakiemi ich otaczano, i — kiedym przypomniał sobie własne dzieciństwo, czułem zadowolenie. Im było pewniej i — weselej na świecie, aniżeli mnie przed laty. Pieniądze, dane mi przez ojca, przyniosły procent.
Ale i ta epoka mego życia nie była wolna od goryczy. Nie miałem pola do zużytkowania większej części zdobytej wiedzy naukowej. Nie miałem czasu na dalsze kształcenie samego siebie i przeglądając specjalne czasopisma, widziałem, że z każdym miesiącem nauki przyrodnicze, osobliwie chemja, idą naprzód, a ja zostaję wtyle. Było to nad wszelki wyraz smutne. Straciwszy możność zdobycia sławy i majątku, czułem, że dziś — nawet sława ucieka mi z rąk!
Pocieszałem się jednak myślą, że, za jakie dziesięć lat, Ludka wyjdzie zamąż, Jaś stanie na mocnych nogach i rozciągnie opiekę nad Kaziem, a ja — człowiek trzydziestosześcioletni — wrócę do przerwanych studjów i... może zrobię jakie odkrycie, a przynajmniej literaturę ojczystą wzbogacę użyteczną książką.
Nadzieja ta dodawała mi sił i humoru. Więc choć w owej epoce obijało mi się niekiedy o uszy słówko: zmarnował się! drwiłem z tego. Dziesięć lat — to przecie nie wiek, a bądź co bądź nawet nieprzyjaciele oddawali mi sprawiedliwość, że posiadam duży zapas wiedzy i niezwykłe zdolności.
— Coś jeszcze zrobię! — mówiłem w duchu.
Najwięcej zmartwień sprawiał mi mój zawód i ogólny stan kraju.
Uczniów miałem zdolnych, ciekawych i pełnych życia. Nie posiadali oni jednak najmniejszej rutyny naukowej, nie byli wciągnięci do pracy, nie mieli uczyć się z czego, bo ówczesne dziełka naukowe stały niżej krytyki.
Z tych powodów młodzież odnosiła mało korzyści z nauk. A że duch w niej grał, więc robiła awantury i wyrządzała nauczycielom dużo zgryzot.
Nieraz zapytywałem z obawą, co będzie, gdy wyrośnie to bujne a płoche pokolenie. Bo siły miało potężne, tylko wiedzy i rozwagi był brak.
Przyszłość zapowiadała się ponuro. Duch społeczeństwa był jak sprężyna, którą od wielu lat zwijano. Nadeszła chwila, że dalsze zwijanie stało się niemożliwe; należało więc, albo sprężynę powoli odkręcić, albo dać jej do wykonania jakąś pracę. Tymczasem do pracy nie było ani instytucyj, ani głów przygotowanych, ani wyrobionych obyczajów. Nauka nie posiadała zakładów wyższych i fachowych, — przemysł i rzemiosła były w pogardzie, — urządzeń społecznych brakło. We wszystkich warstwach nagromadzały się siły niezajęte, uczucia niezaspokojone, umysły niedojrzałe.
Jako fizyk rozumiałem, że siły te zużyć się muszą. Ale ponieważ nie znałem sposobu owego zużycia, więc — strach mnie przejmował. W chwilach rozstroju ogarniały mnie przeczucia jakiejś katastrofy, która pochłonąć mogła szczęście moje i rodziny.
W pięć lat po objęciu przeze mnie posady nauczycielskiej, Janek wrócił z zagranicy i otrzymał miejsce naczelnego inżyniera w fabryce machin i narzędzi rolniczych. Dotychczas mieszkaliśmy w środku miasta; dla Janka przenieśliśmy się w okolicę dalszą, do domu, leżącego o kilkadziesiąt kroków od zakładu. Z naszych okien widać było dziedziniec fabryki. Głos dzwonka budził nas, a szmery, łoskoty i gwizdania machin niepokoiły przez cały dzień. Później przywykliśmy do hałasu, a gdy w niedzielę wszystko ucichło, czuliśmy jakiś brak.
Na działalność brata patrzyłem zbliska; mogłem więc ocenić jego pracę i moralną wartość.
Janek służył w fabryce niecałe dwa lata. Kiedy tam wszedł, dziedziniec zawalały stare kotły, zardzewiałe żelastwa, połamane obręcze, gnijące rusztowania. Istny Pociejów. Mechanizmy wykonawcze były zużyte i niedokładne. — Robotnicy źle płatni, wyglądali nędznie, obdarto i wolny czas przepędzali w szynkowniach.
Smutno było patrzeć, jak, w dzień dwutygodniowych wypłat, cisnął się do bram fabryki tłum szynkarzy i sklepikarzy. Na wychodzącego z kasy robotnika rzucało się po kilku wierzycieli. Każdy wołał o pieniądze i nieledwie sięgał do kieszeni. Nim rzemieślnik przestąpił próg fabryki, już z dwutygodniowego zarobku nie zostało mu nic, albo niewiele.
Wyroby fabryki były drogie, nietrwałe i wykonywane według przedpotopowych modeli.
Kilkanaście miesięcy pobytu Janka wystarczyło do wytworzenia gruntownych zmian w zakładzie. Oczyszczono podwórze, sprzedano machiny stare, a na ich miejsce ustawiono nowe, nierównie silniejsze. Najgorszych robotników wydalono; innym zaczęto płacić od sztuki, co korzystnie wpłynęło na zarobki, a także na jakość i ilość produkcji.
Wprowadzając ulepszenia do przedmiotów wyrabianych w fabryce, brat zajął się jednocześnie losem robotników. Urządził im gospodę i czytelnią, zaprowadził kasę wsparć dla chorych, zachęcił kilku inteligentniejszych praktykantów, ażeby uczyli robotników czytania, pisania i rysunków. Niewielu korzystało z tych urządzeń, lecz kilkudziesięciu pilniejszych garnęli się do Janka i słuchali jego wskazówek. Z czasem wyszło im to na dobre.
Janek cały zatopił się w fabryce. Dnie przepędzał w biurze technicznem lub w warsztatach, wieczory — nad książką, święta — między robotnikami. Zdaje mi się, że w tej chwili widzę go przed sobą tęgiego, w grubych butach i szaraczkowej kurtce. Obliczem i usposobieniem przypominał ojca. Miał twarz śniadą, białe czoło, oczy duże. Śmiał się rzadko i mówił niewiele. Na pierwszy rzut oka robił wrażenie człowieka ogromnej siły i anielskiej łagodności.
W rok po przybyciu Janka w licznem towarzystwie oglądaliśmy fabrykę. Byli między nami ludzie fachowi, którzy — wielkie oddawali pochwały nowoustawionym mechanizmom wykonawczym i wyrobom fabryki. Istotnie każdy pług, brona, młynek, sieczkarnia, kocioł, nosiły piętno ulepszeń. W warsztatach panował wzorowy porządek, na twarzach robotników malował się dobrobyt, wesołość i poczucie godności.
— Tu z każdej śruby wygląda rozum i ład — odezwał się pewien stary inżynier.
— Twój duch wygląda! — szepnąłem do Janka.
— Nie — to twoje poświęcenie dla nas! — odparł, ściskając mnie za rękę.
Ta chwila była najszczęśliwszą w mojem życiu.
Pierwszy raz (ze wstydem to wyznaję!) zrozumiałem nieśmiertelność dobrych czynów ludzkich.
Od tej chwili polubiłem fabrykę jak członka własnej rodziny. Nieraz, zmęczony pracą, siadałem wieczorami w oknie, patrzyłem i słuchałem. Z kominów buchały iskry, nad gisernią drgała różowa zorza, z machin wylatywały kłęby pary. A gdy wśród huku młotów, dudnienia kół i zgrzytu pilników rozległ się wesoły śpiew ludzki, myślałem:
— To echo mojej ofiary...
Może to samochwalstwo. Ja wiem przecie, że nie zrobiłem nic wielkiego. Lecz wiem i to, że w naturze nic nie przepada i że w ogromie dzieł stworzonych przez genjusz i pracę mas, tlą się jak iskry — małe cnoty jednostek.
W początkach naszego wspólnego gospodarstwa miewaliśmy z Jankiem sprzeczki. Ja wciąż uważałem się za głowę rodziny i z tego tytułu chciałem łożyć na utrzymanie całego domu. Ale brat nie pozwalał. Przedstawiał mi, że jego praca jest łatwiejsza, dochody znaczniejsze od mojej pensji i że — byłoby niesprawiedliwością, gdyby on teraz nie przyjął na siebie ciężarów rodzinnych.
— Tyś zrobił swoje — mówił mi — dając nam byt i naukę przez lat pięć. Obecnie wypada mój dyżur, a ty jesteś gościem w moim domu!...
Ten pogląd Janka robił mi przykrość. Zdawało mi się, że ja tylko mam prawo być opiekunem rodziny, że do brata należy przyszłość, a do mnie dzieci. Ale poczciwy chłopiec tak męczył mnie prośbami, żem wkońcu uległ. Stanęła ugoda, mocą której koszta utrzymania domu mieliśmy ponosić na współkę.
Raz Janek podsunął mi taki projekt.
— Wiesz co, Wicusiu! Ja, za rok albo dwa, będę miał pięć do sześciu tysięcy rubli rocznie, Kazio przejdzie do czwartej klasy, a Ludka, która kończy pensją, zostanie już panną dorosłą. O dzieci więc możesz być zupełnie spokojny... Czy tak?...
Kiwnąłem głową, nie wiedząc o co chodzi, a on mówił dalej:
— Otóż mam taki plan: ażebyś ty zbierał sobie pieniądze a potem... wyjechał na kilka lat zagranicę.
Nie mogłem powstrzymać wybuchu radości i rzuciłem się bratu na szyję. Zgadł on najgorętsze moje życzenia!
Od tej pory znowu marzyłem o wyjeździe zagranicę, o pracach naukowych i sławie. Straconego niegdyś stanowiska nie było mi żal, bom widział że podobne, jeżeli nie świetniejsze, zdobywa Janek. Dziwiłem się tylko niezbadanemu porządkowi, który nie zabija żadnej idei dobrej, ale w innej formie i w innem miejscu wskrzesza to, co upadło w walce z losem.
Ja chciałem być naczelnikiem zakładów fabrycznych. I otóż te same wypadki, które mnie zepchnęły z drogi, postawiły na niej Janka!... Idea nie zginęła.
Takie było nasze szczęście, oparte na pracy, zgodzie rodzinnej i nadziejach. Nasz byt nie pozostawiał nic do życzenia. Zajmowaliśmy wygodne mieszkanie, które Jaś przyozdabiał pięknemi meblami, ja — obrazami i posążkami, a Ludka — firankami, serwetkami i kwiatami. Mieliśmy kucharkę, młodszą i służącego. Każdej niedzieli bywali u nas goście: technicy i nauczyciele z rodzinami, a co dzień ktoś łaskawy zasiadał z nami do stołu.
W ciągu dnia mieszkanie stało pustką. Ja i Kazio byliśmy w szkole, Ludka na pensji, Jaś w fabryce. Nad wieczorem ściągaliśmy wprawdzie do domu, ale że my, starsi, byliśmy znużeni lub zajęci, więc zwykle Janek krył się do swej kancelarji, a ja w bibljoteczce.
W taki sposób przepędzalibyśmy wieczory, rozdzieleni pod jednym dachem, kochający się, lecz małomówni i nieskłonni do wylewu uczuć. Ale łączyła nas Ludka. Ona — odrobiwszy lekcje — obiegała całe mieszkanie: Jankowi rozrzucała cyrkle i rysunki, mnie mówiła, że ją nudy trapią i — uciekała do salonu, a my za nią. Nad uczone książki i formuły matematyczne, milszą nam była wesołość i pusta rozmowa tej dziewczyny.
Zabawne dziecko. Miała szesnaście lat, a trzęsła domem. Ona wydawała rozkazy służbie, mnie wyciągała na zamiejskie wycieczki, a Janka namówiła, ażeby się uczył tańcować! Prawda, że owe lekcje tańca trwały bardzo krótko.


VII.

Tymczasem w społeczeństwie zaszły gwałtowne zmiany. W domach, sklepach, szkołach, warsztatach zapomniano o chlebie, obowiązkach codziennych, nawet o rozrywkach — dla idei. Zdawało się, że zginął rachunek i rozsądny egoizm i że wszystkie zdolności ludzkie utonęły w uczuciu.
Nad krajem unosiło się już widmo z mgły i żelaza, które przeczuwał każdy,[2]



DZIWNI LUDZIE.
I.

Stefan Żarski był inżynierem mechanikiem. W dwudziestym roku życia ukończył politechnikę w Zurychu, natychmiast wszedł do fabryki wyrobów żelaznych i w tej specjalności od dwunastu lat bez przerwy pracował.
Zwiedził Francję, Belgję, Anglję i wszędzie odznaczał się zdolnościami i energją. Gdziekolwiek był, zostawił po sobie piękne i trwałe pamiątki. Tu wprowadził ulepszony system machin, albo wzniósł nowy budynek. W innem miejscu wydalił niedbałych robotników, a posady ich oddał pracowitym i biegłym. Gdzie indziej znowu między tłumem ludzi mało oświeconych odnalazł człowieka niepospolicie zdolnego, pomógł mu wykształcić się i zająć użyteczniejsze, a zarazem wyższe stanowisko w społeczeństwie.
To też wkrótce nazwisko Żarskiego stało się głośnem w kołach przemysłowych zagranicą. Jego techniczne pomysły były bardzo cenione; jego biegłość w ocenianiu ludzi i surowa sprawiedliwość dawały mu wielką władzę nad robotnikami, a niezmęczona praca wlewała nowe życie w warsztaty. Gdzie Stefan Żarski obejmował posadę naczelnego inżyniera, tam z pewnością wyroby były doskonałe, pracownicy dzielni i zadowoleni, a zyski akcjonarjuszów zwiększały się w dwójnasób.
Pewien bystry finansista porównał Żarskiego do gwałtownie wzbierającej rzeki, która w chwili przyboru wyrzuca precz wszystkie niepotrzebne graty i użyźnia całą okolicę.
Stefan zagranicą zdobył nietylko przyjaźń i szacunek ludzi, ale spory majątek. Był nawet na drodze do zrobienia miljonowej fortuny, lecz na pierwsze wezwanie z kraju wyrzekł się tych pięknych widoków.
W owym czasie począł się u nas dźwigać przemysł fabryczny i jedna z większych spółek, dowiedziawszy się o Żarskim, ofiarowała mu u siebie posadę naczelnego inżyniera. Stefan przyjął ją bez wahania się i z fabryką zawarł kontrakt dwuletni.
Tu fachowe i organizatorskie przymioty jego zajaśniały pełnym blaskiem. Natomiast jednak on sam doświadczył wielu goryczy.
Przyjechawszy na miejsce, zamiast fabryki w pełnym biegu, znalazł stare budowle, odwieczne machiny, ciemnych i leniwych robotników, niedbały zarząd i krótko widzących akcjonarjuszów. Gdy chciał wznieść nowe budynki i sprowadzić dobre machiny, brakowało pieniędzy. Gdy pooddalał złych robotników, przyszli na ich miejsce jeszcze gorsi, a gdy położył ciężką rękę na lekkomyślnym zarządzie, zaczęto pod nim dołki kopać.
Ale siły Stefana były o wiele potężniejsze od stojących mu w drodze oporów. Jego ognista energja pokonała bezwładność akcjonarjuszów, wydusiła z nich potrzebne kapitały i okiełznała zarząd, który, widząc, że jego pokątne intrygi nie zdadzą się na nic, stał się uniżonym sługą nieugiętego inżyniera. Robotnicy wkońcu, zmiarkowawszy, że Stefan jest nietylko surowy, ale sprawiedliwy i rozumny, że nietylko dba o robotę, ale i o nich samych, weszli w pewne karby porządku i poprawili się o tyle, o ile mogli to uczynić.
Pomimo niewątpliwego triumfu nad nieprzychylnem otoczeniem, Stefan zniechęcił się. Fabryka za wiele kosztowała go pracy i zmartwień, a za małe wydawała rezultaty. Było w niej dziś nierównie lepiej, aniżeli przed kilkunastoma miesiącami, ale nie było jeszcze tak, jak chciał Żarski.
Co gorsza, przyszłość nie rokowała zbyt świetnych nadziei.
Stefan chciał przynajmniej dwa razy powiększyć fabrykę, ale na to nie było pieniędzy. Z powodu braku kolei trzeba było rudę żelazną sprowadzać wozami, co stanowczo paraliżowało dalszy rozwój. Uzdolnionych robotników wciąż brakło, akcjonarjusze zaś nie chcieli, czy nie mogli założyć przy fabryce ani szkoły, ani kasy emerytalnej, co niewątpliwie wpłynęłoby na zwiększenie i ulepszenie materjału pracującego.
Nie dość na tem. Spracowawszy się w fabryce, Stefan poza jej obrębem nie znajdował dla siebie przyjemności, ani towarzystwa. Do Warszawy na dłuższy czas wyjechać nie mógł, bo któżby go na miejscu zastąpił. Urzędnicy fabryki nietylko nie dorównywali mu wykształceniem, ale jeszcze pędzili życie w sposób dla niego niesmaczny, grając w karty, albo pijąc liche piwo w brudnych i dusznych restauracyjkach.
Z mężczyznami więc Żarski wdawał się mało, a z kobietami jeszcze mniej, pomimo że miał lat trzydzieści kilka.
Gdy go pytano, dlaczego unika kobiet, odpowiadał sarkastycznie:
— Ja nie rozumiem tutejszych kobiet, nie umiem się z niemi rozmówić. One biegle rozprawiają tylko albo o swoich sługach, albo o wadach i śmiesznościach swoich przyjaciółek, albo o jakiejś niebiańskiej miłości, która mnie nudzi.
I ulegając podszeptom niechęci, Stefan drwił z kobiet niemiłosiernie:
— Po moim przyjeździe tutaj — mówił — składam im wizyty. Wchodzę do pani dyrektorowej, pani dyrektorowa gra na fortepianie. Wchodzę do pani buchalterowej — pani buchalterowa również gra na fortepianie. Pani sekretarzowa nie gra wprawdzie na fortepianie, ale zato po całych dniach robi dla siebie koronki i suknie, których długie ogony więcej kurzu wzniecają w naszej osadzie, aniżeli wszystkie wozy z węglem. Zaś pani żona korespondenta stara się bawić mnie francuszczyzną, która, mówiąc nawiasem, znajduje się w stanie opłakanym.
I to mają być kobiety? Żony mężów, biorących niewielkie pensje? Gospodynie domów, matki dzieciom?...
Słuszność nakazuje wyznać, że biedne obmówione panie były bardzo milutkie i nie tak znowu złe, jak się wydawało Stefanowi. Tylko on był trochę dziki i nie miał tak zwanego zmysłu do towarzystwa.
Cała młodość zeszła mu w fabrykach, gdzie ludzie ulegają prawie wojskowemu rygorowi, gdzie z wielkich pieców wylewają się ogniste strumienie roztopionego żelaza, a potężne machiny gną lub druzgoczą stalowe belki. W takiem otoczeniu trzeba być trzeźwym, przytomnym, stanowczym, chłodnym. Wobec tych sił olbrzymich, które człowieka spalić lub zmiażdżyć mogą jak komara, trzeba mieć równie olbrzymią siłę wiedzy i uwagi. Tu charakter nabiera stalowego hartu, ale serce — śpi!
Ucho, przyzwyczajone do huku młotów, tępieje na słodkie dźwięki kobiecego głosu. Oko, oślepione strasznym blaskiem topiącej się stali, nie umie ocenić łagodnych iskier kobiecego spojrzenia. Po odurzającym dymie węgli i swędzie spalenizny, czy można uczuć nieujęty zapach utrefionych włosów i sukni, delikatnemi perfumami oblanej?
Nareszcie przywykła do wielkich oporów i ciężarów ręka obawia się uścisnąć mocniej delikatną rączkę kobiecą, ażeby nie skruszyć tego cacka.
Stefan więc, jeżeli wyśmiewał kobiety i unikał ich towarzystwa, to dlatego, że nie umiał żyć w ich towarzystwie. Lokomotywa między kwiatami podobnego doświadczałaby kłopotu, gdyby miała poczucie swego ogromu i piękności, tudzież delikatności kwiatów.
Bądź co bądź, Żarskiemu sprzykrzyła się fabryka i, na parę miesięcy przed upływem dwuletniego kontraktu, oświadczył prezesowi spółki akcyjnej, że — rzuca swoją posadę.
Daremnie błagano go, obiecywano, powiększano dochody. Napróżno mówiono, że fabryka upaść może po jego odejściu. Stefan z właściwym sobie spokojem i nieugiętością odpowiadał, że wyjechać musi.
— Nie możecie mieć do mnie pretensji — mówił do prezesa. — Fabryka rozszerzyła się, o ile tylko okoliczności pozwalały, robotnicy są lepsi, zarząd nauczył się porządku. Jeszcze wam ustawię ostatnią machinę parową i — dajcie mi spokój. Nie mogę się do was przyzwyczaić, jest mi tu źle, nudno, więc wyjadę.
To postanowienie Stefana wywołało w fabryce popłoch. Obawiano się, jeżeli nie bankructwa, to przynajmniej zniżenia zysków i zarobków.
Wobec takiej perspektywy, do akcjonarjuszów przyłączyli się urzędnicy i robotnicy, prosząc Stefana nieomal ze łzami, aby ich nie opuszczał i nie gubił. Ale Stefan był niewzruszony.
— Proszę was, dajcie pokój daremnym przedstawieniom. Zresztą — nie zabierajcie mi czasu. Jestem zajęty ustawianiem machiny i na próżne gawędy nie mam ani chwili do stracenia.
Tak odpowiadał Żarski, a wiedziano, że nie lubi żartować.
Tymczasem, gdy już machina w połowie była ustawiona, gdy akcjonarjusze suszyli głowę nad wynalezieniem zastępcy dla inżyniera naczelnego, gdy wszyscy stracili wszelką nadzieję zatrzymania go, stał się nieprzewidziany wypadek.
Żarski z własnego popędu podpisał kontrakt na rok następny.
W fabryce wybuchła wielka radość. Prezes wydał bal, urzędnicy ofiarowali Stefanowi album, robotnicy parę razy wyprawili mu pod oknami owację. Gdy jednak pierwsze uniesienie minęło, poczciwi ludzie poczęli odgadywać, dlaczego Żarski został.
I odgadli, że został — dla kobiety!
Wydarzenie to bardzo dobitnie scharakteryzowano w pewnej restauracyjce.
Przy kuflu piwa kilku przyjaciół robiło wymówki olbrzymiemu robotnikowi, że go żona zbyt mocno za nos wodzi.
— Bój się Boga — mówiono mu — miejże ty wstyd w oczach!... Ty, taki zuch, co pięć centnarów możesz podnieść, i dałeś się zawojować jednej babie, tak, że aż się z ciebie ludzie śmieją!
Olbrzym podniósł kufel pod światło, piwa skosztował, głową pokiwał i rzekł:
— Głupiście wy, moi kochani! Te babska to mają większą moc, aniżeli największa machina parowa. Cośmy się Żarskiego nie namolestowali, ażeby został — i nie chciał zostać. A przyszła jedna dziewucha (chuchro przy mojej żonie!), tylko raz mrugnęła okiem i chłop zbaraniał, choć taki, zdaje się, twardy. Ho! ho!... mają one swój sposób na wszystko!... Nie nam z niemi wojować!...
Ogólne milczenie najlepiej potwierdziło mądre słowa fabrycznego Herkulesa. Nie nam z niemi wojować!...


II.

Główny kasjer fabryki, o której mowa, był to sobie dobry, otyły wdowiec, któremu żona pozostawiła trzy małe córeczki. Miał on także brata, który posiadał wioskę, piętnastoletniego syna i dwudziestodwuletnią córkę, Helenę. Ale czasy były ciężkie. Wieś w tym roku sprzedano, jej właściciel osiadł u krewnych, syn chodził do szkół, a córkę zaprosił stryj do siebie. Miała ona u starego kasjera gospodarować, a zarazem uczyć jego panienki.
Przyjazd Heleny do stryja przypadł właśnie w tych czasach, kiedy ustawiano ową machinę parową i kiedy wszyscy byli przekonani, że naczelny inżynier nieodwołalnie opuści fabrykę.
Dworzec drogi żelaznej stał pół wiorsty od fabrycznej osady. Kasjer więc wysłał wózek po rzeczy swojej synowicy, a sam w towarzystwie buchalterowej, dawnej przyjaciółki Heleny, wyszedł naprzeciw niej piechotą.
Helena istotnie przyjechała. Uściskano ją, ucałowano wedle zwyczaju i w kilka minut potem mała ta grupa osób posuwała się zwolna po piaszczystej drodze w stronę fabryki.
Helena od kilku lat już nie była w osadzie. Znalazła więc wiele zmian, których widok pobudzał ją do nieustannych wykrzykników i pytań.
— Ależ ta fabryka ogromnie się powiększyła, stryju — mówiła panienka. — Za ostatniej mojej bytności były tu tylko cztery kominy, a dziś...
— Jest ich dwanaście — dokończył stryj.
— No, no!... i skąd się to wszystko wzięło?
— Żarski zbudował, nasz inżynier naczelny.
— Żarski?... Nie znam go. A co to za wieża stoi tam na lewo? — pytała Helena.
— To piec wielki. Od przybycia Żarskiego sami już wytapiamy surowiec — objaśnił kasjer.
— A ten żółty pałacyk co znaczy?
— To jest nasz szpital. Prezes nie chciał go założyć, ale Żarski uparł się i dzięki jemu mamy dziś bardzo pożyteczną instytucję.
Helena zamyśliła się.
— Ten wasz Żarski, to jest jakaś znakomitość! — rzekła.
— Bah! — mruknął stryj. — Szkoda tylko, że wyjeżdża.
— Czy to bardzo stary człowiek?
Teraz pani buchalterowa osądziła, że Helena wkracza w granice jej specjalności, szybko więc odparła:
— Ale gdzież tam stary! Ma najwyżej trzydzieści kilka lat. A gdybyś wiedziała, jaki on śliczny!... Twarz grecka, włosy ciemne, oczy czarne, wzrost średni, a jaka postawa!... Mówię ci, że nawet grzech być tak pięknym!
Zapał buchalterowej zaciekawiał coraz mocniej Helenę.
— On żonaty? — spytała.
— Gdzież tam! Kawaler, i to kawaler, mający kilkakroć gotówką i kilkadziesiąt tysięcy pensji rocznej — mówiła buchalterowa.
— Całe moje szczęście — dodała — że już jestem mężatką, bo gdyby nie to, zakochałabym się w nim bez pamięci i naturalnie — zostałabym starą panną.
— A możeby się z tobą ożenił, pocóż więc ta przedwczesna rozpacz? — zawołała ze śmiechem Helena.
— On?... Nigdy! — rzekła buchalterowa. — Obok wszystkich swoich zalet jest to niesłychany dziwak. Całe swoje szczęście zakłada na tem, ażeby machiny szły dobrze i robotnicy byli wymusztrowani. Ale w stosunkach jest surowy, opryskliwy mruk. Mówią, że kobiet nie lubi, czemu także wierzyłabym, będąc panną, bo, jako mężatka, mam o tem cokolwiek inne pojęcie.
Helenka nie na żarty zajęła się Żarskim.
— A pokażcież mi — zawołała — czem prędzej tego bożka, który z niczego stwarza fabryki i zawraca głowy mężatkom.
— Czekaj, pokażę ci go — rzekła buchalterowa. — W fabryce ustawiają teraz wielką machinę, a on jest cały dzień przy robocie. Pójdziemy więc tam jutro i zobaczysz go.
Na drugi dzień miano osadzać w panwiach koło rozpędowe, ważące paręset centnarów. Około fundamentów ustawiono dwie parowe windy i tłum robotników do pomocy. Już zaczepiono łańcuchy i ogromny ciężar drgnął, jakby zbudzony z letargu, gdy jeden z urzędników zarządu zbliżył się do Żarskiego z zapytaniem, czy pozwoli, ażeby damy przypatrywały się tej zajmującej robocie.
— A niech się przypatrują! — odparł sucho inżynier.
Żarski nie lubił obecności kobiet w fabryce, gdyż wiedział z doświadczenia, że widok ich podnieca robotników, którzy, chcąc okazać swoją odwagę, albo zręczność, narażają się niekiedy na niebezpieczeństwo, a zwykle wykonywają robotę bezładnie, ze stratą sił i czasu. To też ledwie rzucił okiem na gromadkę pań, stojących z drugiej strony fundamentów, ukłonił się im niedbale i zajął się swoją czynnością.
Panie, które sądziły, że w tem miejscu powinna je spotkać owacja, szeptały między sobą, że naczelny inżynier jest dziś szczególniej niegrzeczny. Ale Żarski nie słyszał tego. Uwagę jego pochłaniał w tej chwili ciężar koła, działanie wind i wytrzymałość łańcuchów. A może co pęknie? może pod ogromnem ciśnieniem obruszą się fundamenta? Czy podobna w takich okolicznościach bawić się w nadskakiwanie choćby najpiękniejszym kobietom?
To też nie dziw, iż, zajęty robotą, Żarski nie spostrzegł, że stojąca w gromadce pań Helena prawie pożera go wzrokiem. Wczorajsze jej życzenie ziściło się. I otóż widzi owego pięknego inżyniera na stanowisku wodza walczącej armji.
Każdy jego gest, albo krótki rozkaz porusza tłumem silnych, muskularnych robotników, podnosi ramiona wind, których sam widok przestraszał ją, wytęża łańcuchy, których jednego ogniwa nie dźwignęłaby jej mała rączka, i ożywia niezmierny ciężar, wobec którego dreszcz przechodzi patrzących.
W tem otoczeniu Żarski wydał się jej istotą prawie nadludzką. Jaki on spokojny, jaki potężny, a jaki śliczny!... Śledziła każdy jego ruch, odgadywała myśli i w duchu mówiła sobie ze smutkiem, że on ani razu na nią nie spojrzał.
„Co ja tu znaczę wobec tych żelaznych olbrzymów!“ — myślała.
Tymczasem robotnicy tłoczyli się przy linach, z wind buchał dym i para, łańcuchy skrzypiały i ogromne koło podnosiło się cal po calu, ciężko, jakby z niechęcią. Już tylko jedną stroną dotyka ziemi, już wyprostowuje się, już staje. Jeszcze kilka minut i żelazna ta masa, na piętro wysoka, wzniosła się o parę łokci nad ziemię.
— Gdyby teraz pękł łańcuch, coby się stało? — szepnęła jedna z pań.
Helena usłyszała to i zbladła, widząc, że naczelny inżynier stoi tuż pod kołem.
— Ściągnąć liny, posunąć windy! — odezwał się w tej chwili Stefan.
Windy posunęły się, łańcuchy drgnęły, ale nieuważni robotnicy nie wstrzymali lin, skutkiem czego koło silnie wahnęło się.
Tłum mniej doświadczonych cofnął się, ale Stefan, obeznany z podobnemi ruchami ciężarów, został na miejscu. Przez mgnienie oka zdawało się, że koło, pędzące wprost na inżyniera, zmiażdży go.
Między kobietami rozległ się krzyk.
Żarski spojrzał w tamtą stronę i spostrzegł śliczną jak kamea twarz śniadej szatynki, której wielkie ciemno-szare oczy patrzyły w niego z wyrazem trwogi, zdziwienia, wyrzutu, słowem tak, jak patrzeć umieją tylko oczy kobiety kochającej na przedmiot jej miłości, któremu grozi niebezpieczeństwo.
Ale urojone niebezpieczeństwo trwało bardzo krótko. Rozbujany ciężar uspokoił się, panie poczęły się śmiać z przestrachu Heleny, a przelękniona szatynka oblała się rumieńcem. Zmarszczyła brwi, a gniewne jej spojrzenie zdawało się mówić do Żarskiego:
— Widzisz! przez twoją nieostrożność skompromitowałam się...
Stefan nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu. Szatynka spostrzegła to i odwróciła od niego oczy, jakby chcąc powiedzieć:
— O, mój panie, jesteś impertynent! Nienawidzę cię za to!...
Koło rozpędowe znalazło się we właściwem położeniu, a windy poczęły zwolna opuszczać je w głąb fundamentów.
— Kto jest ta młoda szatynka? — zapytał Stefan półgłosem werkmajstra.
Werkmajster spojrzał na nią zukosa i odparł:
— To, zdaje się, będzie synowica naszego kasjera głównego. Ma ona tu uczyć swoje stryjeczne rodzeństwo, a może, jeżeli Bóg pozwoli, wyjdzie zamąż za jakiego urzędnika.
Ostatnie słowa werkmajstra jakoś w przykry sposób dotknęły Stefana.
„Ona ma wyjść za którego z urzędników fabryki?“ — spytał się w duchu.
Jakby w odpowiedzi na to, znalazł się tuż przy Helenie młody urzędnik administracji, Ludwik Wagner. Był to chłopiec dobry i przystojny, poetyczny blondyn, który marzył równie gorąco o podbijaniu serc płci pięknej, jak i o wyższej posadzie.
Elegancik ten ubierał się zawsze według ostatniej mody, w lecie nosił kwiatek w dziurce od guzika, włosy rozdzielał na dwie połowy symetryczne, śpiewał gardłowym tenorem, sam sobie akompanjował niezawsze dość szczęśliwie, kochał się we wszystkich kobietach i skarbił sobie względy wszystkich zwierzchników.
Helena poznała go już widać wcześniej, ponieważ zaczęła z nim ożywioną rozmowę. Żarski nie słyszał wyrazów, lecz sam dźwięk głosu zachwycał go. Panienka śmiała się przytem cudownie, ukazując ładne ząbki, kręciła się jak ptak, kreśliła końcem parasolki jakieś kapryśne figury na piasku, czasami uderzała niecierpliwie w ziemię małą nóżką, słowem — była zachwycająca.
Stefan nie mógł od niej oczu oderwać, więc łatwo spostrzegł, że panna spogląda niekiedy w jego stronę, jakby chcąc powiedzieć:
— Widzisz! taką jestem dla tych, którzy mnie nie kompromitują. A teraz — żałuj, żeś mnie obraził!...
Robotę ukończono, windy cofnięto i panie wraz z Wagnerem odeszły. Stefan także udał się na swój zwykły przegląd warsztatów. Z niemałem jednak zdziwieniem uczuł, że wolałby w tej chwili iść za Heleną.
Wzruszył ramionami, ale to nie zażegnało dziwnej zmiany, jaką w sobie od kilkunastu minut spostrzegał.
Gdy go pytano o rozkazy, z trudnością zbierał myśli, które mu się rozpływały w jakichś nieokreślonych marzeniach. Gdy chciał pytać werkmajstrów o bieg robót, o mały włos że nie zapytał, czy naprawdę panna Helena przez dłuższy czas będzie mieszkała w fabryce.
Chwilami zdawało mu się, że wśród huku i pośpiesznego turkotu machin słyszy jej okrzyk trwogi, albo śmiech przenikający serce. To znowu, gdy patrzył na prędko obracające się koła i pokrzyżowane transmisje, przywidziało mu się, że z pomiędzy nich patrzą na niego wielkie, szare oczy, z wyrazem tkliwego zdziwienia, albo gniewnej wymówki.
W tej chwili za wagonami, wożącemi rudę, gdzieś zdaleka, mignęło coś czarnego. „To jej suknia!“ — pomyślał i pobiegł w tamtą stronę. Ale, zamiast Heleny, zobaczył robotnika, który w czarnym podartym surducie układał węgle.
— Głupstwo! — szepnął.
Ale nie było to głupstwo. Stefan przez całe lata męskiego wieku opędzał się przed miłością, jak przed komarem. Nie miał na to czasu, nie miał zmysłu do idealnych uczuć. Lecz z prawami natury bezkarnie wojować nie można. Tłumiona potrzeba ukochania kobiety gromadziła się przez tysiące dni i dziś nagle wybuchła jak pożar, którego ugasić nic już nie mogło, chyba — wzajemność.
Niepokój wewnętrzny, jakiego doświadczał, odbił się i w jego postępowaniu, a ludzie spostrzegli, że był rozdrażniony i roztargniony. Słuchał niewiadomo czego i spoglądał niewiadomo gdzie, on, który lepiej niż inni umiał zawsze skupiać uwagę.
Na drugi dzień, idąc rano do fabryki, mimowoli zboczył z drogi i przeszedł około domu kasjera głównego. W jednym z pokojów, w którym dotychczas nikt nie mieszkał, zobaczył świeżo założone firanki, parę doniczek i bukiet kwiatów. Na ten widok serce poczęło mu bić śpieszniej.
W południe przeszedł tą samą drogą i usłyszał dźwięki fortepianu. Dziwna rzecz! Dziś pierwszy raz dopiero podobała mu się gra na fortepianie, której dotychczas nie znosił.
Wieczorem, gdy wrócił do siebie, uczuł straszną pustkę w swem obszernem mieszkaniu i zatęsknił do towarzystwa ludzkiego. Herbata wydała mu się niesmaczna, służący miał minę robójnika, samowar na jedną osobę był za duży...
Przeszedł do swego gabinetu, aby tam przygotować pilny projekt. Ale straszna rzecz! Zapomniał najpotrzebniejszych formuł matematycznych, a do podręcznika dla mechaników nie chciało mu się ręki wyciągnąć.
Był znużony i rozmarzony.
Nareszcie, chcąc się przemóc, schwycił pióro i na arkuszu wyrysował potrzebną mu figurę. Potem zamyślił się i, zamiast projektu, począł pisać:
— Helena!... Helena!... Helcia!...
Ocknął się z trwogą i patrząc na arkusz, zawołał:
— Ależ ja jestem warjat!
Tej nocy nie spał, a następnego dnia, trochę blady i bardzo zmęczony, wszedł do biura kasjera głównego.
Przywitał go serdecznie i zapytał:
— Jakże tam idą interesa, panie kasjerze?
— Dotychczas świetnie, ale jak pana inżyniera zabraknie między nami, to wszystko może wziąć w łeb!
Żarski chwilę milczał i nagle rzekł:
— Przyjmiesz pan dziś moją wizytę?... Tak już dawno wybieram się do pana...
I czując, że skłamał, zaczerwienił się jak aplikant.
Kasjer, stary wyjadacz, bystro spojrzał mu w oczy i odparł:
— Pan wiesz, panie inżynierze, że nasze domy i serca zawsze są dla pana otwarte, choć korzystać z nich nie chcesz. Nietylko więc dzisiaj, ale codziennie przyjmę odwiedziny pańskie z radością.
Stefan mocno ścisnął go za rękę i poszedł do fabryki z sercem trochę weselszem.
Gdy na korytarzu ucichły jego kroki, stary kasjer wszedł do gabinetu swego pomocnika i rzekł z miną promieniejącą:
— Wiesz!... Żarski zaprosił się dziś do mnie na herbatę.
Nie mniej stary od swego zwierzchnika pomocnik zdziwił się.
— Cóżto znaczy? — spytał — on przecie u nikogo nie bywa...
— A u mnie będzie!... Tak mu się widać podobała ta moja aksamitna kamizelka w kwiaty, że zapewne zechce się przypatrywać jej po dwa razy na dzień.
Pomocnik zadumał się, stuknął palcem w czoło i zawołał:
— Uhu! hu!... A chyba do Helenki tak go ciągnie?... Dziewczyna jak cukiereczek, niema co mówić! Mnie staremu głowęby zawróciła...
Rzeczywiście Stefan był tego wieczora u kasjera na herbacie, rozmawiał z Helenką blisko kwadrans, co wszystkich zdziwiło, i — nazajutrz podpisał kontrakt z fabryką na rok następny.
W parę dni potem Helenka otrzymała piękny bukiet i dużą pakę cukierków. Nie przysłał ich jednak Żarski, ale prezes fabryki, dziękując tym podarunkiem ślicznej pannie za nieprzewidzianą pomoc, jaką mimowoli okazała zagrożonej fabryce.
Takim to sposobem wśród czarnych kłębów fabrycznego dymu, między stalą, żelazem i prozaicznemi machinami zakwitła — sielanka.[3]



SKARB ZAKOPANY.
PROLOG.

Z wysokości, na której znajdujemy się obecnie, wzrok nasz ogarnia płat ziemi o kilkomilowym promieniu.
Okolica pełna wzgórz, wąwozów i lasów. Ten jasny pas, który w mnogich zakrętach zieloną przebiega łąkę, niknie wśród trzcin lub, rozszerzywszy się nagle, odbija w sobie połowę nieba, to rzeczka, którą podsycają liczne źródła, tryskające z pod stóp gór, albo z zarośniętych gąszczem wąwozów. Struga ta przepływa szeroką na paręset sążni, o wzniesionych i ostro zarysowanych brzegach dolinę, która krajobraz dzieli na dwie połowy.
Na lewym brzegu rozwielmożnił się już człowiek, na prawym panują jeszcze najstarsze dzieci przyrody — lasy. Ten ciemny, tu zapadły, tam wydęty, owdzie rozdarty, a wszędzie ogromny szmat, z pod którego kiedy niekiedy wydobywa się krótki pisk, nagły łoskot, albo przeciągłe i odległe dudnienie — to puszcza.
Olbrzymie kępy, obejmujące po kilkaset i kilka tysięcy wiekowych drzew, wyzierają z głębokich przepaści, pną się po bokach gór, lub na ich szczytach piętrzą się jedne nad drugie. Ożywiona tchnieniem wiatru masa ta poczyna niekiedy falować, a wówczas z poza odchylonych drzew widać białe, szare i czerwone skał wierzchołki; niekiedy także z wnętrza jej chyży wylatuje sokół, wzbija się pod obłoki i znowu szybko jak piorun w tajemnicze gęstwiny zapada.
O ile prawy brzeg doliny jest dziki i posępny, o tyle lewa jej strona jest wesołą i jasną. Najbardziej ku południowi wysunięty punkt tej połowy krajobrazu zajmuje miasteczko, od którego, równolegle do rzeki, biegnie kilkomilowy gościniec, łączący się gdzieś na północy z traktem głównym. Na falistym gruncie rozciągają się obszerne łany już żółtawego zboża, między którem tu i owdzie zieleni się okrągła głowa dzikiej gruszy. Z poza starych lip i drzew owocowych przeglądają wieże kościołów, żórawie studzien i dachy budynków z gniazdami bocianiemi na szczytach. Po łączkach i polach snują się drogi i ścieżyny, łączące między sobą wsie i odznaczone wysmukłemi topolami, czerwieniejącą jarzębiną, czarnym krzyżem lub białą kapliczką.
Na wzgórzu, panującem nad okolicą, wznosi się majestatyczna rezydencja właściciela tych wsi, łanów i lasów, stanowiących jeden wielki majątek, nazwany od głównej wsi Gródka kluczem Gródeckim.
Murowana brama, zamknięta żelazną kratą, patrzy na drogę, biegnącą z miasta. Z poza krat wygląda potężny, siwy pałac z piaskowca, mający trzy piętra wzwyż, trzydzieści okien wzdłuż, ganek na czterech kolumnach, a pod nim ogromne drzwi rzeźbione. Dwie armaty, paszczami wkopane w ziemię, strzegą schodów ganku, a dwie okrągłe baszty — skrzydeł pałacu.
Pan przez frontowe okna widzi setki pługów na swoich łanach, albo powozy gości, śpieszących do jego domu. Z okien tylnych gmachu przypatruje się tysiącznym stadom, które się pasą w dolinie, albo puszczy, w której prawica jego waliła nieraz dziki i niedźwiedzie.
Między pałacem i doliną, na łagodnie pochylonych wzgórzach, rozciąga się stary angielski ogród, pełen kamiennych ław, posągów i ciemnych alei. Krynica, wytryskująca z pod prawej baszty, czystą i zimną wodą zasila dużą sadzawkę, która znowu podsyca rzekę w dolinie.
Na południe od angielskiego, leży ogród owocowy i warzywny, a przy nich osiem wielkich murowanych budynków. W stronie północnej zaś ogród angielski styka się z obszernym zwierzyńcem, dziś już zaniedbanym i gęsto krzakami zarosłym.
W korpusie zamku, prócz obszernej sieni z marmurową posadzką, znajdują się sale: balowa, jadalna, bilardowa i fechtunkowa. Wszystkie piętra lewego skrzydła obejmują pokoje dla gości, a prawego dla gospodarza. Parter przeznaczony jest dla służby.
Z dwu czteropiętrowych baszt lewa mieściła w sobie zbrojownię, prawa — bibljotekę.
W zbrojowni, posuwając się od dołu ku górze, widziałeś dawne łuki, dzidy i topory; wyżej zbroje, kopje i wielkie miecze jazdy pancernej, jeszcze wyżej ciężkie muszkiety różnych narodów, a najwyżej myśliwską broń i, ostatnie słowo ówczesnej techniki wojennej: skałkowy karabin z bagnetem.
Nie mniejszy ład panował w bibljotece. U podstawy jej umieszczono dzieła rolnicze i przyrodnicze; wyżej matematyczne, inżynierskie i artyleryjskie, które gospodarz czytywał najchętniej. Na szczycie mieściła się historja i filozofja, najwznioślejsze dzieła ludzkiego ducha.
Wszystkie te dobra, po długim szeregu przodków, dziedziczył obecnie stary jenerał artylerji, Stefan Gosiewski. Żona jego oddawna już zmarła, a dwaj synowie, Władysław i Marek, od kilku lat służyli w wojsku; jenerał więc gospodarował sam.
Pozbawiony tym sposobem rodzinnego kółka, pan Stefan nie miał bynajmniej pustelniczych instynktów. Przy nim też w zwykłych okolicznościach dom jego był ludny i wesoły. Oprócz licznej służby, zapełniali go rezydenci, zazwyczaj dawni podkomendni jenerała, a i gości nie brakło.
Jedni przyjeżdżali do Gródka po radę, inni po pieniądze; ten prosił w kumy, tamten na wesele, a ktoś trzeci znowu wstępował po drodze do pałacu i bawił w nim dnie lub tygodnie. Od czasu do czasu zbierało się też i całe sąsiedztwo z odległości kilku i kilkunastu mil na polowanie, zapusty lub jakąś uroczystość rodzinną; wtedy pokoje roiły się gośćmi, a na obszernym dziedzińcu trudno się było przecisnąć między zajeżdżającemi powozami.
Dwa razy do roku przechodziły tędy wojska na manewry do stolicy, a wówczas w zamku bywało ciasno. Z sąsiadów przyjeżdżał kto żył, wioząc ze sobą żony, siostry i córki z mnóstwem pudełek i węzełków.
Dzień przybycia wojsk był uroczysty. Dziedziniec wysypywano piaskiem, a we wszystkich oknach pałacu jaśniały wesołe twarze świątecznie wystrojonych kobiet.
Trzebaż było widzieć, z jaką niecierpliwością śledzono z baszt i balkonów ów szary tuman kurzawy, który stopniowo rósł, zwolna zbliżając się do zamku... Już odróżniają awangardę od głównego korpusu, a piechotę od kawalerji... Już widzą muzykę, oficerów, krążących między oddziałami, kity i chorągiewki ułanów... Już rozeznają twarze, następuje wymiana ukłonów i nagle...
— Bataljon!... — rozlegają się głosy w kolumnach.
Chrzęści broń, szeregi wyrównywają się, oficerowie sztywnieją. Wojsko już przeszło bramę.
Nowa komenda, nowy chrzęst broni, muzyka gra, kolumny maszerują przed ganek, na którym w kompletnym uniformie stoi siwy jak gołąb jenerał. Po całym zamku i po szeregach przebiega szmer i okrzyk.
Wniesiono sztandary, żołnierze złożyli w kozły broń, w oknach zniknęły kobiece twarze, a do ogromnej sieni ciśnie się tłum oficerów. Na marmurowych schodach słychać szczęk ostróg i pałaszy, a w wielkiej sali balowej śmiech kobiet i skrzeczenie strojonych instrumentów. Za chwilę w otwartych naoścież podwojach ukazują się zawiędli jenerałowie, groźni pułkownicy i bardzo kontenci ze świata, a najbardziej ze swoich wąsików, podporucznicy. Z chóru odzywa się muzyka, tłum oficerów ginie w tłumie kobiet, szable idą w kąt i prosto z mostu rozpoczyna się taniec.
Hej! hej!...
Od niejakiego czasu przecież wesoły ten ruch zamarł.
Na gościńcu, zamiast landar i karet, widywano bryczki i wozy napełnione rzeczami i ludźmi o przerażonych i smutnych obliczach.
Do pałacu rzadko kto z przejeżdżających wstępował, a jeżeli wstąpił — nie kazał nawet wyprzęgać koni.
Bezczynna służba w dzień pojedyńczo wałęsała się po obszernych komnatach, wieczorem zaś, zeszedłszy się razem, szeptała coś z niepokojem.
W pewne dnie, po zachodzie słońca, zajeżdżały przed zamek od strony ogrodu wielkie fury, na które pakowano co najkosztowniejsze sprzęty i wyprawiano gdzieś... Bóg wie gdzie!...
Okolica nie była także weselszą. Po polach rozścielały się jakieś mgły i dymy brzydkie, choć jeszcze w całej pełni jaśniało lato. Na niebie widywano krwawe słupy, albo rózgi ogniste. Dostrzegano też na cmentarzach groby naruszone, słyszano wśród cichej nocy żałosne jęki dzwonów i jeszcze żałośniejsze wycia psów...
W tej dziwnej epoce wichrom przybyły nowe tony, sennej puszczy nowe echa, brzęczącym owadom nowe dźwięki, a wszystko takie groźne i dzikie, a wszystko tak natrętnie prześladujące struchlałego człowieka, wołając mu, wrzeszcząc, lub szepcząc: Wojna!... wojna!... ha! ho!... wojna!...
Pan Gosiewski sposępniał. Każda doba zabierała mu jakąś resztę swobody umysłu, rzucając wzamian nowy niewidzialny ciężar na głowę i nową widzialną zmarszczkę na twarz.
Stary jenerał, stroskany i zamyślony, skrzyżowawszy ręce na piersiach, po całych dniach mierzył krokami pokoje; niekiedy zatrzymywał się nagle jak nieprzytomny, to znowu rzucał się na kanapę albo na łóżko i leżał tam po parę godzin bez ruchu, jakby dla nabrania sił do swej nieskończonej, bezcelowej a bolesnej wędrówki.
Spał krótko i niespokojnie. Wśród ciszy, której nawet nie naruszał szmer muchy ani miarowy łoskot zamkowego zegara, starzec zrywał się na równe nogi i zapalał światło. Zdawało mu się, że z jakiejś nieokreślonej odległości dolatuje go głuchy huk armat i rzęsiste salwy karabinów. Przecierał oczy, nasłuchiwał... i znowu z dreszczem upadał na łoże, przekonawszy się, że to jego własne pulsa tak biją.
Niekiedy znowu, szczególniej podczas ciemnych nocy, gdy w zamku wszystko już spało, Gosiewski powstawał ostrożnie, ubierał się bez światła i po omacku wchodził na najniższe piętro bibljoteki, która do jego sypialni przytykała. Tam rozniecał małą, krytą latarkę, brał stojący w kącie rydel i wymykał się z nim na ogród, przez drzwi, według ogólnej opinji od niepamiętnych czasów nieotwierane. Gdzie chodził i co robił... któż zgadnie? lecz pewnem było, że po każdej takiej wędrówce powracał zmęczony straszliwie.
Pewnego dnia jenerał wstał raniej niż zwykle, umył się jak zawsze cały zimną wodą, włożył długie juchtowe buty, grube spodnie i codzienną kurtkę z prostego sukna, poczem wyszedł do przedpokoju, o kilka komnat odległego od sypialni.
Tam Wojciech Król, dawny ordynans, a obecnie najzaufańszy sługa, klęcząc przed łóżkiem, mówił w tej chwili pacierz. Chciał się zerwać, lecz pan dał mu znak ręką i rzekł:
— Nie przerywaj... Jak skończysz, zawołasz mi Brzezickiego.
Wkrótce potem do sypialni jenerała wszedł Brzezicki, rządca Gródka, człowiek nieco młodszy od Gosiewskiego i widocznie także eks-wojskowy.
— Niech będzie pochwalony! Życzę zdrowia panu jenerałowi... — zaczął rządca.
— Bóg zapłać! — odparł jenerał, usiłując (co mu się zresztą najzupełniej powiodło) nadać spokój głosowi i fizjognomji.
— Siadaj, kamracie.
Brzezicki, milcząc, ukłonił się i usiadł.
— Mieliśmy stąd wyemigrować w niedzielę, wszak tak? — mówił Gosiewski.
Rządca potwierdził ruchem głowy.
— Otóż zmienił się plan — ciągnął jenerał. — Wyjedziemy jutro w nocy.
— Stanie się według woli pana jenerała! — odpowiedział Brzezicki i salutując po wojskowemu, wyszedł.
We drzwiach ukazał się Król, wyprostowany jak świeca.
— Mam honor zameldować panu jenerałowi, że Daniel z miasteczka przyjechał — rzekł służący.
— Tak rano?... Czegoż on chce?...
— Mówi, że ma pilny interes.
— Zawołaj go.
Za chwilę w pokoju zjawił się stary i poważny Żyd, w czarnym atłasowym żupanie, trzymając w rękach aksamitną, szpiczastą czapkę, obłożoną ciemnem, puszystem futrem u dołu.
Jenerał podkręcił siwe wąsy i z uśmiechem zawołał:
— Dzieńdobry acanu!... Dawid, widzę, ranny ptaszek. Cóżto, może chcecie mnie prosić na wesele?
— Wolne żarty jaśnie panu! — odpowiedział Żyd, schylając się do ziemi. — Ja tu przyszedłem wcale nie na żadne wesele...
— Cha! cha! — zaśmiał się Gosiewski. — Złe nowiny zapewne?... tani to dziś towar!... Siadaj Dawid i mów.
Żyd wśród ukłonów zajął krzesło, najbliżej drzwi stojące, i rzekł:
— Żeby jaśnie pan dziedzic nie pomyślał, co ja to tylko napróżno straszę, to ja zacznę od początku...
Jenerałowi drgnęły usta, uśmiechnął się jednak i słuchał.
— Jaśnie pan ma gotówką miljon w złocie... prawda?... Może nie wiem?
— Bagatela! — odparł Gosiewski wesoło. — Przecież miljon ten cały prawie przyszedł do mnie przez ręce Dawida, jakżebyś więc nie miał o nim wiedzieć? Handlujemy razem...
— To prawda, że razem. Ja jaśnie panu służę, sprzedaję pszenicę i pieniądze zwożę, a jaśnie pan daje mnie, co się jego łasce spodoba.
— I spodziewam się, że Dawida nie krzywdzę? — wtrącił jenerał.
— Jaśnie pan nikogo nie krzywdzi, ale nie w tem interes.
— Więc w czem? Mówże Dawid!
— Zaraz powiem, tylkom jeszcze początku nie skończył.
Jaśnie pan ma brylantów, pereł, szmaragdów i różnych kamieni za drugi miljon... Może nie wiem?
Gosiewski bystro patrzył na Żyda, wybijając takt nogą. Twarz jednak pozostała spokojna, choć czuł, że mu chwilami tchu brakuje.
Dawid ciągnął dalej:
— Jaśnie pan ma jeszcze skrzynkę żelazną, a w niej wszystkie te pieniądze i kamienie... Prawda, że wiem?
— Cóż w tem złego, że wiesz, mój Dawidzie?
— Że ja wiem, to nic złego, ale że inni wiedzą, to jest źle. Oni jeszcze wiedzą, że jaśnie pan wyjeżdża stąd w niedzielę i oni jaśnie pana chcą napaść i cały majątek odebrać... Ach!...
Żyd mówił to drżącym ze wzruszenia głosem, jenerał się śmiał.
— Niech się jaśnie pan nie śmieje — mówił Dawid — ale niech pan mojej rady posłucha. Pan mnie odda pieniądze, ja je wywiozę i schowam i grosz stamtąd nie zginie... Pan mnie zna!
— Niech ci Bóg wynagrodzi, kochany Dawidzie! — rzekł Gosiewski, powstając i wyciągając do Żyda rękę, którą on ze czcią ucałował.
— Ufam ci i dziękuję, ale o mój majątek jestem zupełnie spokojny. Nie mam go już przy sobie...
— Jakto?... wywieziony?...
— Wywieziony — odparł jenerał.
— Chwała Bogu! A czy w pewnem miejscu?
— W najpewniejszem miejscu i w najpewniejszych rękach, wierz mi.
Twarz Żyda rozjaśniła się.
— Kiedy tak, to wszystko dobrze! — mówił Dawid. — Jaśnie panu samemu łatwiej będzie...
— Naturalnie! — potwierdził Gosiewski, a potem dodał:
— Ale! ale!... któż to chce na mnie robić ową zasadzkę? Czy możesz mi Dawid powiedzieć?
— Nie mogę, bo na pewno nie wiem — ale zdaje mi się, że paru mieszczan, paru naszych Żydków, nu... i ktoś ze dworu...
— Ze dworu?... — krzyknął jenerał.
— Bez urazy!... A skądby oni wiedzieli inaczej o skarbach?
— Prawda!... Ha, łotry!... — mruknął Gosiewski.
Niech ci Bóg wynagrodzi, mój Dawidzie — rzekł po chwili. — Jesteś zacnym człowiekiem, nie zapomnę o tobie!
Żyd powstał i patrząc załzawionemi oczyma w twarz jenerała, mówił przerywanym głosem:
— Jaśnie pan wyjeżdża... Kiedy to ja pana zobaczę?... Może już nie doczekam?!...
A potem, łkając, dodał:
— Panie... panie... Niech cię Bóg tak błogosławi na twoich drogach, jak my wszyscy Żydy i chrześcijanie błogosławić cię będziemy... Niech twoje wrogi zmarnieją, a temu, coby na ciebie rękę podniósł, niech się ziemia pod nogami zapadnie!
Nastała chwila milczenia, w ciągu której zdawało się, że potężny magnat i uczciwy Żyd upadną sobie w objęcia. Skończyło się jednak na tem, że Żyd schylił głowę do ziemi, a jenerał uścisnął go za rękę, poczem rozeszli się.
Po wyjściu Dawida Gosiewski zawołał służącego.
— No i cóż tam słychać, mój stary? — zapytał jenerał, rozpoczynając swój zwykły spacer.
— Nic dobrego, panie jenerale! Grześ i Stanisław uciekli.
— O! — zdziwił się pan Stefan, stając na środku pokoju.
— Mała szkoda, co prawda! bo to byli, z przeproszeniem pana jenerała, obaj straszne wałkonie.
— A nie wiesz ty, Wojciechu, poco to oni uciekli i dokąd?
— Kto ich tam wie! Zawsze jednak po nic dobrego.
Jenerał wzruszony przeszedł się znowu.
— No, to ja ci powiem — rzekł. — Oni uciekli poto, ażeby nas napaść i zrabować, jak wyjedziemy stąd w niedzielę...
Stary uśmiechnął się z pod wąsa.
— O toby trafili!...
— Naturalnie! — potwierdził jenerał nieco weselej. — My wyjeżdżamy nie w niedzielę, ale jutro na noc...
Król machnął ręką i popędliwie przerwał:
— Jutro czy nie jutro, to zawszeby prędzej połknął kulę, niż dukata włożył w kieszeń!... Nas napadać... ho! ho!...
— Tęgiś jeszcze, mój stary, ale i tak nie potrzebujemy się niczego obawiać. Pieniędzy już niema!
Służący bacznie spojrzał na pana.
— Dziwisz się? — ciągnął Gosiewski. — A jednak tak jest; pieniędzy już niema: wysłałem je tej nocy, kiedyś ty był w miasteczku.
Wojciechowi oczy błysnęły z radości.
— Chwat z pana jenerała, jak Boga kocham! Uwinął się pan... My się tam, co prawda, niczego nie boimy, ale zawsze taki lepiej, że panicze będą pewni swego, niż żeby mieli stracić cały majątek, w razie Boże broń nieszczęścia...
Przysłuchując się tym rubasznym, lecz szczerym i energicznym wykrzyknikom Wojciecha, jenerał odzyskał nieco humoru. Uśmiechnął się więc i znowu spytał:
— Jak myślisz, co się też tu będzie działo po naszym wyjeździe?
— Ha! cóż?... niby to pan nie wie!... Rządcy, jak nie stanie Brzezickiego, rozkradną jedną połowę, ekonomowie drugą, a jak wrócimy do domu, wszystko się złoży na wojnę. Ja bobym tam...
— Cóżbyś ty zrobił?
— Co? Wszystkie zbiory oddałbym chłopom i kazał im, żeby mi tylko na przyszły rok zasieli...
— Ot! widzisz, jakeś mi trafił! Ja właśnie tak zrobiłem.
— Zrobił pan, bo u pana to marszałkowski rozum. W tem jest sęk!
Gosiewski stawał się coraz weselszym.
— No! a zatem jutro na noc, pamiętaj!... a broń opatrz, bo i tak niewiadomo, co się w drodze stać może.
— Rozumie się, panie jenerale. Żołnierz bez broni, to tak, jak, z przeproszeniem, panna bez fartucha. Każdy mu wlezie w drogę!
Po takiem zakończeniu Wojciech wykręcił się na pięcie i odszedł do roboty.
Teraz jenerał zabrał się do przeglądania papierów i pieniędzy na drogę. Ukończywszy to, zasiadł do biurka i począł pisać.
Na pisaniu tem, z wyjątkiem pory obiadowej, zeszedł mu cały prawie dzień.
Ku wieczorowi zjawił się Brzezicki.
— No, i cóż? — spytał jenerał.
— Wszystko gotowe.
— Kogo bierzemy ze służby?
— Mnie i Wojciecha, panie jenerale, zresztą nikogo więcej nie radzę — odparł rządca.
Gosiewski zamyślił się i po chwili milczenia rzekł:
— Mój Brzezicki, trzebaby nam jeszcze folwarki objechać...
— Pan sam nie potrzebuje. Ja zaraz wyjadę do Woli, rachunki sprawdzę, pieniądze, jakie będą, odbiorę, zanocuję tam, a jutro po dniu wstąpię do Skały. Na resztę drobiazgów szkoda czasu.
Rozmowa znowu urwała się, lecz gdy rządca zabierał się do wyjścia, jenerał zatrzymał go, mówiąc:
— Mój kochany, chciałbym z tobą trochę pogadać.
I z temi słowy wskazał mu krzesło.
— Ja, jak widzisz — ciągnął jenerał — jestem stary, a zresztą i bez tego nie wiem, co mi tam Bóg na jutro przeznaczył... Spisałem więc testament, z którym chciałbym cię zaznajomić pokrótce.
Brzezicki westchnął, a Gosiewski mówił dalej:
— Pominąwszy was wszystkich, ludzi wiernych i uczciwych, o których także nie zapomniałem, synom moim zostawiam zgórą dwa miljony w złocie i klejnotach. Majątek ten jest w dobrych rękach, a chłopcy niezawodnie dowiedzą się o nim, jeżeli będą żyli, i jeżeli, jakem tego zawsze pragnął, zdadzą egzamina do korpusu inżynierji. Proszę cię, powiedz im to: egzamina do korpusu inżynierji, albo ani grosza!...
Brzezicki szeroko otworzył oczy, jakby chciał sprawdzić, czy jenerał zostaje przy zdrowych zmysłach.
— Dziwisz się? — mówił, spuściwszy głowę Gosiewski. — Cóż robić! tak się złożyły okoliczności... Ale mniejsza o to...
— Pragnę w dalszym ciągu, aby Gródek i zamek wraz z przynależytościami został przy Władysławie i jego potomkach. Resztą majątku niech się podzieli z bratem na równo. Pamiętaj!
Wierny rządca przyrzekł pamiętać i słuchał dalej.
— Pragnę także, aby nigdy powodzenia swego nie opierali na cudzej krzywdzie, ale owszem, aby, ile razy zdarzy się sposobność, pomagali wszystkim ludziom ubogim a uczciwym, bez względu na stan i religję.
Tyle im zatem daję rad: niech się uczą inżynierji, bo to mądra nauka, i niech żyją, jak od nich wymagam, a majątek, duży majątek, nie minie ich...
Toż samo napisałem w testamencie, który oddam temu, kto będzie przy mojej śmierci.
Ciemno już było, kiedy Brzezicki, zabierając się jechać do Woli, opuścił pokój jenerała, unosząc z sobą tysiączne wątpliwości.
— Chłopaki są w ułanach — myślał — książki się boją, szczególniej też pan Marek, a stary, zamiast powiedzieć komu oddał, czy też gdzie schował takie skarby, każe im się uczyć inżynierji.
Tfy! do djabła... czy mi nie ufa, czy może co przystąpiło do niego? W imię Ojca i Syna!...
Z temi słowy wyszedł na ganek i wsiadł na bryczkę, która go oczekiwała oddawna.

Nadeszła noc.
Światła w zamku pogasły, wszyscy już spali i czuwał tylko jeden człowiek — jenerał.
Ubrany zupełnie, wsunąwszy ręce pod głowę, leżał on na wznak i słuchał bijących godzin i kwadransów, które się wlokły tak powolnie...
Czuł, że go trawi straszna gorączka niepewności i oczekiwania.
Kiedy niekiedy w pokoju rozlegał się jakiś stłumiony, metaliczny brzęk. Wówczas jenerał wstrzymywał oddech i przekonywał się, że szmer ten wydają żelazne pręty jego łóżka. Ten stary wódz, bohater wielkich bitew, drżał teraz jak chore zwierzę, które myśliwcy obsadzają w legowisku.
O wpół do dwunastej Gosiewski wstał, chwilę zawahał się i ostrożnie zdjął z nóg buty. Potem cicho, zwolna, z wyciągniętemi naprzód rękoma, wszedł do bibljoteki.
Dosięgnąwszy schodów, prowadzących na dół, znowu się zawahał. Przyszło mu do głowy, niewiadomo skąd, że jest wielkim zbrodniarzem. W dzień oszukał trzech ludzi, którzy za niego życie byli gotowi oddać; teraz skradał się jak złodziej, a wkrótce miał się stać podobnym do ewangelicznego sługi, który zakopał powierzone mu skarby.
Alboż skarby te nie należały do niego, alboż nie miał prawa ich bronić?
Miał prawo, a przecież w sumieniu jego toczyła się jakaś walka.
— O synowie moi! — szepnął starzec i zeszedł machinalnie na dół.
Chłodny powiew, jakby pochodzący z piwnicy, orzeźwił go.
Przy pomocy krzesiwa i hubki jenerał zapalił krytą latarkę i rozejrzał się dokoła.
Stał w lochu.
Nagie ściany okryte były szarą i czarną pleśnią, miejsce podłogi zastępowała wilgotna ziemia.
Na środku leżały mocno zbudowane taczki, w nich powróz i łopata. O parę kroków dalej stały dwie duże żelazne szkatułki.
Zdawało się, że na widok ten Gosiewski odzyskał zimną krew i energję.
Postawił latarnię na schodach, opróżnił taczki i przystąpił do szkatułek.
Podniósł jedną i umieścił ją w taczkach, z drugą zrobił to samo. Jenerał był silny, lecz gdy skończył robotę, żyły rąk i czoła nabrzmiały mu jak powrozy.
Ciężar musiał być bardzo wielki. Chwilę odpocząwszy, jenerał zasunął latarkę, schował ją do kieszeni i po omacku zbliżył się do żelaznych drzwi, które bez trudności i bez szmeru otworzył.
Na dworze było zupełnie ciemno; przez szczeliny, oddzielające od siebie czarne i gęste chmury, tu i owdzie majaczyło słabe światełko gwiazdy.
Gosiewski wychylił się do połowy przez drzwi otwarte i słuchał.
Drzewa, poruszane wiatrem, szumiały, jakby jakiś oddalony wodospad; na szczycie wieży ze zgrzytem obracała się blaszana chorągiewka; u stóp szemrało drobne źródełko. Z odległych wsi i folwarków dolatywały szczekania psów, a od bramy wjazdowej pałacu znużony głos nocnego stróża, który od czasu do czasu powtarzał swoje przeciągłe:
— Czu...waj! Czu... waj!...
Gosiewski cofnął się i po chwili przez niskie drzwi wieży wytoczył swoje ciężkie brzemię.
Pchając z całej siły opierające się taczki, przeszedł z niemi trawnik, wzdłuż pałacu leżący. Naprzeciw wieży ze zbrojownią stanął, aby odpocząć.
Nagle zdało mu się, że po długiej i czarnej jak piekło alei, która ciągnęła się ku dolinie, chodzi ktoś. Schwycił wtedy łopatę i najeżony jak lew posunął się krok naprzód... Lecz w alei przechodził się tylko wiatr, ten sam, który targał mu siwe włosy na nieokrytej i pałającej głowie.
Taczka posunęła się znowu i po kilkunastu krokach znowu stanęła. Na chwilę wiatr umilkł i słychać było tylko syczący i rzężący oddech straszliwie znużonego starca.
Nowy wysiłek. Taczka podjechała znowu i wyminąwszy granice ogrodu, znalazła się tym razem w obrębie zarośniętego zwierzyńca. Zmęczony nad wszelki wyraz jenerał padł na kolana przy ciężkich skarbach swoich i oparł czoło o krawędź żelaznej szkatułki.
Z tej zadumy czy też zemdlenia ocknął się dopiero po upływie kilkunastu minut. Nie słyszał godziny północnej, która już dawno wybiła, ani piania kogutów, które teraz dopiero zaczęły sobie podawać pierwsze hasła.
Ruszywszy z tego miejsca, wszedł już pomiędzy krzaki. W kierunku jego drogi słychać było szelest gałęzi lub skrzydeł zbudzonego ptaka, to znowu cichy skrzyp taczki lub śpieszne dyszenie, przerywane niekiedy stłumionemi jękami.
Niedługo potem, wśród najgęstszych krzaków zwierzyńca, nad świeżo poruszoną ziemią, Gosiewski ułożył stos suchych gałęzi i podpalił go.
Poczem, oglądając się niespokojnie, zwolna i z wielkim wysiłkiem podążył ku domowi.
W połowie drogi krew rzuciła mu się ustami.

Około trzeciej z rana ukazało się w zwierzyńcu purpurowe światełko. Światełko to niebawem stało się ogniskiem, zrazu małem, potem większem, a wreszcie przerodziło się w pożar, który ogarnął wszystkie zarośla.
W tej samej godzinie nad mgłą okrytą puszczą zajaśniały różowe i złote blaski wschodzącego słońca, a jednocześnie gdzieś z krańców horyzontu, od strony głównego traktu doleciał odgłos, jakiego dotąd nie słyszała jeszcze okolica.
Odgłos ten, z początku niewyraźny, stopniowo wzmagał się. Bliżej i dalej przybywały mu coraz to nowe tony. Chwilami można było sądzić, że w głębi puszczy dziesiątki tysięcy siekier drwa rąbią.
Dziwny ten szmer w okamgnieniu obleciał całą okolicę, zawadził o zamek i pobudził w nim śpiącą dotychczas służbę, która, chwilę posłuchawszy, chwyciła jak najśpieszniej odzienie i rozbiegła się na wszystkie strony.
Jeden tylko Wojciech Król nie podążył za innymi, ale, ubrawszy się, poszedł do sypialni jenerała.
Tam zastał pana rozebranego i leżącego jeszcze w łóżku. Starzec był śmiertelnie blady; kilkogodzinna, straszliwa nocna wędrówka postawiła go na krawędzi grobu.
— Co panu? — zawołał przerażony sługa, stając na progu.
— Słabym... bardzo słaby! — odparł jenerał zmienionym głosem.
— Panie... pan musi wstać — mówił Wojciech. — Ktoś zwierzyniec podpalił...
Gosiewski smutnie uśmiechnął się, a po chwili milczenia, wskazując na ogród, spytał:
— Co się tam dzieje?... co to jest?...
Zamiast odpowiedzi, Wojciech otworzył okno. Jenerał począł słuchać, potem uniósł się ciężko na poduszkach i tak pozostał z otwartemi ustami i osłupiałym okiem.
Z ogrodu dolatywał monotonny i stłumiony grzechot, na którego tle odzywały się tony niskie, podobne do szybkiego i nieregularnego bicia w duży bęben.
Twarz jenerała ożywiła się gorączkowo.
— Wojciechu! — rzekł głosem silniejszym, niż poprzednio — podaj mi tę książkę i papier, który leży na biurku.
Wojciech spełnił rozkaz i czekał.
— Weź to — mówił dalej starzec — a teraz przysięgnij mi na Boga Ukrzyżowanego, że książki tej i papieru nie oddasz nikomu, tylko synowi mojemu, Władysławowi.
— Przysięgam na Boga Ukrzyżowanego! — rzekł Wojciech, klękając na posadzce i podnosząc rękę dogóry.
Poczem przyjął depozyt.
— Teraz odsuń prawą szufladę biurka i wydobądź woreczek — mówił znowu jenerał.
Wojciech wydobył worek.
— Jest tu dwieście dukatów, daję ci je na własność, a mój syn... Władysław, doda ci do nich sto morgów ziemi i budynki...
Stary sługa z głośnym płaczem rzucił się do nóg panu.
— A teraz prowadź mnie tam! — szepnął jenerał, wskazując na fotel, stojący przy otwartem oknie.
I ten rozkaz spełniono.
Odległy zrazu grzmot stopniowo zbliżał się i potężniał.
Gosiewski przysłuchiwał mu się z jakąś dziką rozkoszą, a potem, spojrzawszy na sługę, rzekł z uśmiechem:
— My to znamy, stary!... co?...
— Znamy, panie!
Po chwili jednak na twarzy Gosiewskiego rozlał się wyraz głębokiej boleści. Starzec złożył ręce i wyszeptał, jakby do siebie:
— Szkoda tylko, że tak marna rzecz skraca mi życie. O, dzieci moje! żeby to wam chociaż szczęście przyniosło!
— Co pan mówi?... panie! panie!... — krzyknął Wojciech, widząc gwałtowną zmianę w rysach jenerała.
Ale starzec już go nie słyszał; oparł ręce na poręczach fotelu, wyprężył się i po chwili skonał. Z szeroko otwartych oczu na bladą i pomarszczoną twarz stoczyły się dwie łzy.
A tymczasem w okolicy szalał bój, zgrzytały bataljonowe salwy, a bronzowe paszcze armat dyszały taką wściekłością, że siwy zamek trząsł się od fundamentów aż do szczytu.
Wojciech ocknął się. Schwycił ciepłe jeszcze zwłoki swego pana, położył je na łóżku, ucałował po raz ostatni i wybiegł z sypialni.
Czas już był wielki.
Wprost bramy na polach, w kierunku nieco skośnym do gościńca rozwijały się jakieś długie, ciemne i najeżone stalą szeregi naprzeciw innych, stojących od strony zamku.
W kilkanaście sekund szeregi te otoczyły się obłokami niebieskawego dymu, z pośród którego trysnęły tysiące piorunów. Gromom tym wesoło wtórowały dźwięczne trąbki sygnalistów i piskliwe flety fajfrów.
Wojciech, stojący w jednem z okien wielkiej sali, usłyszał nagle brzęk szyb i gniewne syczenie kul koło uszu.
— Swój! swój!... — mruknął stary, oganiając się ręką.
W tej chwili na posadzkę upadł granat i z okropnym hukiem pękł, o parę kroków od Wojciecha.
— Widzisz przecie, że swój, psia cię mać, to czego do oczu skaczesz! — wrzasnął stary i kopnąwszy nogą jedną z żelaznych skorup, która odbiła się od sufitu, zbiegł nadół do ogrodu, unosząc ze sobą książkę i papier, które przysiągł odnieść Władysławowi.[4]



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Edward Manteuffel-Szoege (1908-1940).
  2. Dalszego ciągu rękopisu brak.
  3. Dalszego ciągu utworu brak.
  4. Dalszego ciągu brak.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.