Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan Adam zrobił lekki ukłon głową i ciągnął dalej:
— Pewnego dnia, nad wieczorem, Ludwik otrzymał następujący bilecik: „Winszuję, przed półgodziną awansowałeś pan na osiemset rubli. Dyrektor Wyciskiewicz.“ Kiedy Ludwik przeczytał tę nowinę, zdawało się, że radość serce mu rozsadzi. Chciał skakać, śpiewać, kilkanaście razy obejrzał bilecik, wreszcie — włożył go do pugilaresu na swoje bilety wizytowe i postanowił upamiętnić awans jakąś uczciwą rozrywką...
— I poszedł do knajpy — wtrącił gość — jeżeli nie do czegoś gorszego.
— Szanowny pan nie jest sprawiedliwy... Ludwik poszedł do pierwszorzędnej restauracji, którą pan sam nieraz odwiedzał w uroczystych momentach życia.
— Aha, więc znowu ja będę winien?... — spytał gość.
— Ani myślałem robić podobnego zarzutu... Otóż Ludwik, na uczczenie pomyślnego skutku pańskiej protekcji, kazał sobie w restauracji podać mały... maciupeńki kieliszeczek pomarańczówki, jakieś mięso... karafkę lekkiego wina... Ale jadł i pił bez apetytu. Rozmarzała go muzyka, światło elektryczne... Co chwilę wydobywał pugilares i odczytywał bilet dyrektora Wyciskiewicza, jakby nie dowierzał pamięci.
Nareszcie, spostrzegłszy, że inni goście zwracają na niego uwagę, i chcąc wyrwać się z pod czaru nowej posady, zaczął machinalnie oglądać się po sali. Gdzieś, w kącie, dojrzał kilku adwokatów, wesoło omawiających jakiś stryczkowy proces; przy innym stoliku chichotały dwie artystki w towarzystwie pięciu wielbicieli, z których jeden był w grubej żałobie, a najbliżej, o parę kroków od siebie, spostrzegł Ludwik plecy ogromnego, siwego pana i... cudną buzię może osiemnastoletniej panienki. Jej szare oczy wołały: patrzcie na mnie!... ciemne włosy upominały się o pieszczoty, a cudne usteczka nasuwały myśli o pocałunkach.