Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i naprawdę był... przyjacielem... szczerym... bezinteresownym przyjacielem panny Wandy...
— Jak na przyjaciela, za bardzo przewracał oczyma.
— Młody chłopak... przystojny...
— Gdzie on przystojny? — syknął gość. — Nawet nie rozumiem, z jakiej racji ten człowiek uchodzi za donżuana.
— Ładny wzrost, zgrabna figura i błękitne, marzące oczy — mówił pan Adam. — Taki chłopak na każdej kobiecie robi wrażenie konkurenta. A wreszcie, jeżeli kiedy bywał nieco lekkomyślnym, ciężko odpokutował!... Opowiem szanownemu panu tę bajeczną historję...
— Ciekawym... — odpowiedział gość tonem źle ukrytego lekceważenia i założył nogę na nogę.
Pan Adam chwilę odpoczął, odchrząknął i mówił:
— Jaki to dziwny zbieg wydarzeń, że początkiem nieszczęść Ludwika...
— Pana Kohot-Pokrywalskiego... — wtrącił uprzejmie gość.
— Szanowny pan umie być złośliwy!... No, ale mając taki żal...
— Mogę drogiego pana zapewnić, że ani ja, ani nasza kuzynka Wanda nie mamy najmniejszego żalu do pańskiego siostrzeńca... — zawołał gość. — Dozgonny związek dwojga ludzi, nie oparty na przywiązaniu, toż to więzienie!... Zresztą słucham...
— Otóż początkiem nieszczęść mego siostrzeńca był... awans w banku, awans, który Ludwik zawdzięcza pańskiej protekcji...
— Piękna wdzięczność!
— Tego poparcia mój siostrzeniec do śmierci nie zapomni szanownemu panu, a przynajmniej nie powinien zapomnieć... Ale niech pan chwilkę będzie cierpliwym...
— Mogę zapewnić, że nawet zachowanie się pana Kohot-Pokrywalskiego nie wyczerpało mojej cierpliwości.