Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jenerałowi drgnęły usta, uśmiechnął się jednak i słuchał.
— Jaśnie pan ma gotówką miljon w złocie... prawda?... Może nie wiem?
— Bagatela! — odparł Gosiewski wesoło. — Przecież miljon ten cały prawie przyszedł do mnie przez ręce Dawida, jakżebyś więc nie miał o nim wiedzieć? Handlujemy razem...
— To prawda, że razem. Ja jaśnie panu służę, sprzedaję pszenicę i pieniądze zwożę, a jaśnie pan daje mnie, co się jego łasce spodoba.
— I spodziewam się, że Dawida nie krzywdzę? — wtrącił jenerał.
— Jaśnie pan nikogo nie krzywdzi, ale nie w tem interes.
— Więc w czem? Mówże Dawid!
— Zaraz powiem, tylkom jeszcze początku nie skończył.
Jaśnie pan ma brylantów, pereł, szmaragdów i różnych kamieni za drugi miljon... Może nie wiem?
Gosiewski bystro patrzył na Żyda, wybijając takt nogą. Twarz jednak pozostała spokojna, choć czuł, że mu chwilami tchu brakuje.
Dawid ciągnął dalej:
— Jaśnie pan ma jeszcze skrzynkę żelazną, a w niej wszystkie te pieniądze i kamienie... Prawda, że wiem?
— Cóż w tem złego, że wiesz, mój Dawidzie?
— Że ja wiem, to nic złego, ale że inni wiedzą, to jest źle. Oni jeszcze wiedzą, że jaśnie pan wyjeżdża stąd w niedzielę i oni jaśnie pana chcą napaść i cały majątek odebrać... Ach!...
Żyd mówił to drżącym ze wzruszenia głosem, jenerał się śmiał.
— Niech się jaśnie pan nie śmieje — mówił Dawid — ale niech pan mojej rady posłucha. Pan mnie odda pieniądze, ja je wywiozę i schowam i grosz stamtąd nie zginie... Pan mnie zna!