Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bóg zapłać! — odparł jenerał, usiłując (co mu się zresztą najzupełniej powiodło) nadać spokój głosowi i fizjognomji.
— Siadaj, kamracie.
Brzezicki, milcząc, ukłonił się i usiadł.
— Mieliśmy stąd wyemigrować w niedzielę, wszak tak? — mówił Gosiewski.
Rządca potwierdził ruchem głowy.
— Otóż zmienił się plan — ciągnął jenerał. — Wyjedziemy jutro w nocy.
— Stanie się według woli pana jenerała! — odpowiedział Brzezicki i salutując po wojskowemu, wyszedł.
We drzwiach ukazał się Król, wyprostowany jak świeca.
— Mam honor zameldować panu jenerałowi, że Daniel z miasteczka przyjechał — rzekł służący.
— Tak rano?... Czegoż on chce?...
— Mówi, że ma pilny interes.
— Zawołaj go.
Za chwilę w pokoju zjawił się stary i poważny Żyd, w czarnym atłasowym żupanie, trzymając w rękach aksamitną, szpiczastą czapkę, obłożoną ciemnem, puszystem futrem u dołu.
Jenerał podkręcił siwe wąsy i z uśmiechem zawołał:
— Dzieńdobry acanu!... Dawid, widzę, ranny ptaszek. Cóżto, może chcecie mnie prosić na wesele?
— Wolne żarty jaśnie panu! — odpowiedział Żyd, schylając się do ziemi. — Ja tu przyszedłem wcale nie na żadne wesele...
— Cha! cha! — zaśmiał się Gosiewski. — Złe nowiny zapewne?... tani to dziś towar!... Siadaj Dawid i mów.
Żyd wśród ukłonów zajął krzesło, najbliżej drzwi stojące, i rzekł:
— Żeby jaśnie pan dziedzic nie pomyślał, co ja to tylko napróżno straszę, to ja zacznę od początku...