Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech ci Bóg wynagrodzi, kochany Dawidzie! — rzekł Gosiewski, powstając i wyciągając do Żyda rękę, którą on ze czcią ucałował.
— Ufam ci i dziękuję, ale o mój majątek jestem zupełnie spokojny. Nie mam go już przy sobie...
— Jakto?... wywieziony?...
— Wywieziony — odparł jenerał.
— Chwała Bogu! A czy w pewnem miejscu?
— W najpewniejszem miejscu i w najpewniejszych rękach, wierz mi.
Twarz Żyda rozjaśniła się.
— Kiedy tak, to wszystko dobrze! — mówił Dawid. — Jaśnie panu samemu łatwiej będzie...
— Naturalnie! — potwierdził Gosiewski, a potem dodał:
— Ale! ale!... któż to chce na mnie robić ową zasadzkę? Czy możesz mi Dawid powiedzieć?
— Nie mogę, bo na pewno nie wiem — ale zdaje mi się, że paru mieszczan, paru naszych Żydków, nu... i ktoś ze dworu...
— Ze dworu?... — krzyknął jenerał.
— Bez urazy!... A skądby oni wiedzieli inaczej o skarbach?
— Prawda!... Ha, łotry!... — mruknął Gosiewski.
Niech ci Bóg wynagrodzi, mój Dawidzie — rzekł po chwili. — Jesteś zacnym człowiekiem, nie zapomnę o tobie!
Żyd powstał i patrząc załzawionemi oczyma w twarz jenerała, mówił przerywanym głosem:
— Jaśnie pan wyjeżdża... Kiedy to ja pana zobaczę?... Może już nie doczekam?!...
A potem, łkając, dodał:
— Panie... panie... Niech cię Bóg tak błogosławi na twoich drogach, jak my wszyscy Żydy i chrześcijanie błogosławić cię będziemy... Niech twoje wrogi zmarnieją, a temu, coby na ciebie rękę podniósł, niech się ziemia pod nogami zapadnie!