Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kierki już kupiłem — medytował Ludwik — a po „Fauście“ zaproponuję jej herbatę właśnie u Semadeniego i poproszę, ażeby dali najlepszych ciastek. Nawet będzie mogła wziąć kilka do domu.)
„Za pozwoleniem — rozmyślał — ona jakby zmieniła plan. „Albo lepiej — mówiła — niech pan na mnie czeka od Nowo-Senatorskiej, gdyż w tamtej stronie mam interes. W każdym razie niech pan zaczeka na mnie koniecznie, ale to koniecznie... Bo widzi pan — mówiła z tym swoim czarującym uśmiechem — muszę jeszcze być na rogu Bielańskiej, więc pan mnie przeprowadzi przez plac... Boję się placów! Mam przeczucie, że mnie kiedy rozjadą... Czy bardzo żałowałby mnie pan?... A więc niech pan koniecznie, ale to koniecznie, czeka na mnie pod filarami.“
Pod wpływem tych przypomnień Proszkiewicz pobiegł w stronę ulicy Nowo-Senatorskiej, ale znowu pędem wrócił ku Wierzbowej. Formalnie pomieszały mu się w głowie ulice: Wierzbowa, Nowo-Senatorska i Bielańska, przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, i dopiero zapach smażonych kotletów przypomniał mu, że jest obok Milera.
Zaczął chodzić pod filarami, jak błędny, w tę i w tamtą stronę.
— Właściwie, gdzie ona chciała, żebym na nią czekał?... Tego tylko brakuje, ażeby była już tutaj, obraziła się i odeszła.
Wpadał na przechodniów i przechodnie wpadali na niego. Jakiś pan, silnie potrącony, zwymyślał go. Do kwadransa po ósmej brakowało kilku minut.
Wtem zdarzyło się coś, czego do śmierci nie zapomni. Od strony ratusza jechał pędem samochód, ten sam, który go obryzgał błotem. Trąbka znowu zaśpiewała: — Klo-tyl-da! — a jednocześnie rozległ się okropny krzyk kobiety.
Nie, nie jakiejś tam kobiety, ale jej... Klotyldy!...
— Przejechali ją! — szepnął. Serce w nim bić przestało...