Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wierny rządca przyrzekł pamiętać i słuchał dalej.
— Pragnę także, aby nigdy powodzenia swego nie opierali na cudzej krzywdzie, ale owszem, aby, ile razy zdarzy się sposobność, pomagali wszystkim ludziom ubogim a uczciwym, bez względu na stan i religję.
Tyle im zatem daję rad: niech się uczą inżynierji, bo to mądra nauka, i niech żyją, jak od nich wymagam, a majątek, duży majątek, nie minie ich...
Toż samo napisałem w testamencie, który oddam temu, kto będzie przy mojej śmierci.
Ciemno już było, kiedy Brzezicki, zabierając się jechać do Woli, opuścił pokój jenerała, unosząc z sobą tysiączne wątpliwości.
— Chłopaki są w ułanach — myślał — książki się boją, szczególniej też pan Marek, a stary, zamiast powiedzieć komu oddał, czy też gdzie schował takie skarby, każe im się uczyć inżynierji.
Tfy! do djabła... czy mi nie ufa, czy może co przystąpiło do niego? W imię Ojca i Syna!...
Z temi słowy wyszedł na ganek i wsiadł na bryczkę, która go oczekiwała oddawna.

Nadeszła noc.
Światła w zamku pogasły, wszyscy już spali i czuwał tylko jeden człowiek — jenerał.
Ubrany zupełnie, wsunąwszy ręce pod głowę, leżał on na wznak i słuchał bijących godzin i kwadransów, które się wlokły tak powolnie...
Czuł, że go trawi straszna gorączka niepewności i oczekiwania.
Kiedy niekiedy w pokoju rozlegał się jakiś stłumiony, metaliczny brzęk. Wówczas jenerał wstrzymywał oddech i przekonywał się, że szmer ten wydają żelazne pręty jego łóżka.