Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie opuszczaj ich!... Pamiętaj...
Potem zaczął ruszać ustami jak człowiek, którego dręczy pragnienie. Felczer podał szklankę z jakimś wywarem. Ojciec pochwycił szklankę, lecz zamiast pić, ściskał ją obu rękoma i mówił:
— Nie opuszczaj ich!... Pamiętaj...
Zrozumiałem, do kogo on mówił i kogo nie kazał opuszczać. Odwróciłem się i wybiegłem do kuchni. Żal szarpał mi serce, w gardle czułem takie dławienie, żem myślał, że umieram. Upadłem na ławkę i zacząłem płakać wgłos. Otoczyły mnie dzieci i służące i wszyscy szlochali razem ze mną.
Wtedy przyszedł felczer, wziął mnie pod ramię, zaprowadził do pokoiku Jasia i ułożył na jego pościeli. Płakałem wciąż i we łzach usnąłem jak dziecko.
Zmęczenie w podróży uratowało mnie. Spałem z godzinę. Tymczasem pocztyljon popasł konie i, z odkryta głową, czekał pod oknem na obiecany tryngield. Wyrzuciłem mu parę złotych. Felczer, usłyszawszy ruch w moim pokoju, zostawił ojca pod opieką Jasia, a sam przyszedł do mnie z opowieścią o naszych nieszczęściach.
Mimo pozornego spokoju, jaki zauważyłem, wjeżdżając do wsi, cholera była tu. Przed dziesięcioma dniami zapadli na nią oboje rodzice. Matka zmarła tydzień temu, ojciec wyszedł z cholery, ale dostał zwykle następującego po niej tyfusu. O wypadkach tych jeden z sąsiadów napisał do mnie list do Kijowa, alem się z nim w drodze minął. Kiedy zapytałem felczera, jaki jest stan, pokręcił głową, mówiąc — że nic nie wie. Nająłem konie i wysłałem je do miasta po doktora. Jakoż doktór przyjechał na drugi dzień rano, a mój ojciec tej samej nocy — umarł, nie odzyskawszy ani na chwilę przytomności.
Pamiętam, że włożyli go natychmiast w trumnę i przed południem wywieźli na cmentarz. W tej chwili jeszcze widzę w kącie pod parkanem dół, do którego Ludka chciała się rzu-