Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nietylko więc dzisiaj, ale codziennie przyjmę odwiedziny pańskie z radością.
Stefan mocno ścisnął go za rękę i poszedł do fabryki z sercem trochę weselszem.
Gdy na korytarzu ucichły jego kroki, stary kasjer wszedł do gabinetu swego pomocnika i rzekł z miną promieniejącą:
— Wiesz!... Żarski zaprosił się dziś do mnie na herbatę.
Nie mniej stary od swego zwierzchnika pomocnik zdziwił się.
— Cóżto znaczy? — spytał — on przecie u nikogo nie bywa...
— A u mnie będzie!... Tak mu się widać podobała ta moja aksamitna kamizelka w kwiaty, że zapewne zechce się przypatrywać jej po dwa razy na dzień.
Pomocnik zadumał się, stuknął palcem w czoło i zawołał:
— Uhu! hu!... A chyba do Helenki tak go ciągnie?... Dziewczyna jak cukiereczek, niema co mówić! Mnie staremu głowęby zawróciła...
Rzeczywiście Stefan był tego wieczora u kasjera na herbacie, rozmawiał z Helenką blisko kwadrans, co wszystkich zdziwiło, i — nazajutrz podpisał kontrakt z fabryką na rok następny.
W parę dni potem Helenka otrzymała piękny bukiet i dużą pakę cukierków. Nie przysłał ich jednak Żarski, ale prezes fabryki, dziękując tym podarunkiem ślicznej pannie za nieprzewidzianą pomoc, jaką mimowoli okazała zagrożonej fabryce.
Takim to sposobem wśród czarnych kłębów fabrycznego dymu, między stalą, żelazem i prozaicznemi machinami zakwitła — sielanka.[1]



  1. Dalszego ciągu utworu brak.