Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wzruszył ramionami, ale to nie zażegnało dziwnej zmiany, jaką w sobie od kilkunastu minut spostrzegał.
Gdy go pytano o rozkazy, z trudnością zbierał myśli, które mu się rozpływały w jakichś nieokreślonych marzeniach. Gdy chciał pytać werkmajstrów o bieg robót, o mały włos że nie zapytał, czy naprawdę panna Helena przez dłuższy czas będzie mieszkała w fabryce.
Chwilami zdawało mu się, że wśród huku i pośpiesznego turkotu machin słyszy jej okrzyk trwogi, albo śmiech przenikający serce. To znowu, gdy patrzył na prędko obracające się koła i pokrzyżowane transmisje, przywidziało mu się, że z pomiędzy nich patrzą na niego wielkie, szare oczy, z wyrazem tkliwego zdziwienia, albo gniewnej wymówki.
W tej chwili za wagonami, wożącemi rudę, gdzieś zdaleka, mignęło coś czarnego. „To jej suknia!“ — pomyślał i pobiegł w tamtą stronę. Ale, zamiast Heleny, zobaczył robotnika, który w czarnym podartym surducie układał węgle.
— Głupstwo! — szepnął.
Ale nie było to głupstwo. Stefan przez całe lata męskiego wieku opędzał się przed miłością, jak przed komarem. Nie miał na to czasu, nie miał zmysłu do idealnych uczuć. Lecz z prawami natury bezkarnie wojować nie można. Tłumiona potrzeba ukochania kobiety gromadziła się przez tysiące dni i dziś nagle wybuchła jak pożar, którego ugasić nic już nie mogło, chyba — wzajemność.
Niepokój wewnętrzny, jakiego doświadczał, odbił się i w jego postępowaniu, a ludzie spostrzegli, że był rozdrażniony i roztargniony. Słuchał niewiadomo czego i spoglądał niewiadomo gdzie, on, który lepiej niż inni umiał zawsze skupiać uwagę.
Na drugi dzień, idąc rano do fabryki, mimowoli zboczył z drogi i przeszedł około domu kasjera głównego. W jednym z pokojów, w którym dotychczas nikt nie mieszkał, zobaczył