Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


taki lepiej, że panicze będą pewni swego, niż żeby mieli stracić cały majątek, w razie Boże broń nieszczęścia...
Przysłuchując się tym rubasznym, lecz szczerym i energicznym wykrzyknikom Wojciecha, jenerał odzyskał nieco humoru. Uśmiechnął się więc i znowu spytał:
— Jak myślisz, co się też tu będzie działo po naszym wyjeździe?
— Ha! cóż?... niby to pan nie wie!... Rządcy, jak nie stanie Brzezickiego, rozkradną jedną połowę, ekonomowie drugą, a jak wrócimy do domu, wszystko się złoży na wojnę. Ja bobym tam...
— Cóżbyś ty zrobił?
— Co? Wszystkie zbiory oddałbym chłopom i kazał im, żeby mi tylko na przyszły rok zasieli...
— Ot! widzisz, jakeś mi trafił! Ja właśnie tak zrobiłem.
— Zrobił pan, bo u pana to marszałkowski rozum. W tem jest sęk!
Gosiewski stawał się coraz weselszym.
— No! a zatem jutro na noc, pamiętaj!... a broń opatrz, bo i tak niewiadomo, co się w drodze stać może.
— Rozumie się, panie jenerale. Żołnierz bez broni, to tak, jak, z przeproszeniem, panna bez fartucha. Każdy mu wlezie w drogę!
Po takiem zakończeniu Wojciech wykręcił się na pięcie i odszedł do roboty.
Teraz jenerał zabrał się do przeglądania papierów i pieniędzy na drogę. Ukończywszy to, zasiadł do biurka i począł pisać.
Na pisaniu tem, z wyjątkiem pory obiadowej, zeszedł mu cały prawie dzień.
Ku wieczorowi zjawił się Brzezicki.
— No, i cóż? — spytał jenerał.
— Wszystko gotowe.
— Kogo bierzemy ze służby?