Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziadek zbrodniarz?... Uderz mnie... oddaj do więzienia, ale zlituj się nad niewinnymi... Wszakże Chrystus nawet na krzyżu przebaczył swoim katom...
— Posłuchaj mnie pan — rzekł doktór. — Jako lekarz nie mam prawa nikomu odmawiać pomocy, ale jako człowiek...
Zatchnął się i ciągnął dalej:
— Czy mógłbyś pan nawlec w tej chwili igłę?...
— Widzi pan, jak drżę... — szepnął starzec, patrząc mu w oczy z trwogą psa, którego mają obić.
— Zrozumiej mnie pan — mówił doktór. — Każdemu innemu dziecku zrobiłbym operację, wyjąwszy... memu własnemu i — pańskiemu... Przy pańskiem dziecku nie byłbym pewny mojej ręki, bo zdaje mi się, że zamiast jednej trumny, mego ojca, między mną a panem znalazłaby się druga trumna, pańskiego wnuka... Czy pan to rozumie?...
— Rozumiem, że Bóg mnie przeklął!...
— Niech więc pan szuka innego doktora... Honorarjum ja... mogę zapłacić...
— Czasu niema! — mówił starzec, składając ręce. — Mieszkamy tu, w drugim domu... Już nie jestem w stanie iść dalej... U tylu byłem napróżno...
— Idź pan jeszcze do jednego... — odparł zimno doktór.
Starzec jak obłąkany zaczął trząść w powietrzu rękoma i bić się w głowę.
— Pójdę — rzekł — pójdę do mojego konającego wnuka i modlić się będę, ażeby za grzechy starców nie karano dzieci... Boże, zmiłuj się... Boże... Boże, zmiłuj się! — krzyknął.
Zataczając się, wyszedł z pokoju, a po chwili ciężkim krokiem zbiegał ze schodów.
— Wyborny sobie! — zawołał lekarz. — Przed laty ograbił nas i zamordował mi ojca, a dziś chce zabić mi reputację... Tego pacjenta nie dotknąłbym za żadne skarby... On