Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 04.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niało las radosnym hałasem. Aż pocztyljon weselej huknął na konie, a i w moim duchu błysnęła nadzieja.
Wyjechaliśmy znowu w pole. Już widać naszą wieś. Na ugorze pasą się krowy, a dwaj pastusi, odziani w worki, wyprawiają gonitwy.
Odzyskałem dobrą myśl. Widać, że tego kąta za lasem nie dosięgnęła klęska. Wszystko jest, jak było. Na łące kosiarze koszą trawę. Nad chatami i dworkami niebieski dym bije wgórę jak strzała. Zamiast trumny spotykam wóz znajomego chłopa, który, zdjąwszy czapkę, wita mnie słowami: „Niech będzie pochwalony!“
Parę bezsennych nocy, trwoga powszechna rozstroiły mnie. Szczęściem widok spokoju rodzinnej wsi przywrócił mi panowanie nad sobą. Widziadła pierzchły, a ja znowu odzyskałem wiarę w moją gwiazdę.
„O gdybym już wracał z zagranicy! — pomyślałem. — Ale i to przyjdzie. Przed pięcioma laty jechałem dopiero do uniwersytetu. Zdawało mi się, że go nigdy nie skończę, a jednak czas przeleciał jak błyskawica...“
Do domu było ledwie paręset kroków. Nigdy nie wydał mi się piękniejszy. Strzechę porastał aksamitny mech, ściany były świeżo pobielone, okna pootwierane, w kuchni na kominie palił się ogień. Obok stodółki parobek, siedząc okrakiem na belu, obciosywał tyczki. Około studni kręciły się niespokojne wieprzki. Na śmietniku za lodownią grzebało parę kur, na płocie kogut zatrzepotał skrzydłami i zapiał, jakby na powitanie.
Odpowiedziała mu trąbka pocztyljona fałszywie, ale wesoło.
W oknach pokazało się parę głów...
Zatrzymaliśmy się przed wrotami, po których już tylko dwa słupy zostały.
Zeskoczyłem z bryczki. W tej chwili z domu wybiegł na przeciw mnie Jaś, a za nim Ludka — nieuczesana.