Krwawe znamię/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Krwawe znamię
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1885
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KRWAWE ZNAMIĘ.
POWIEŚĆ
PRZEZ
J.  I.  KRASZEWSKIEGO.
Kraszewski nakładem Glucksberga ornament.jpg




WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.
1885.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 28 Іюля 1884 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Bednarska Nr. 20




Ziemia, na której od wieków mieszkają ludzie, uprawna ich potem, użyźniona kośćmi, zasiana pamiątkami, wcale inaczej i serdeczniej wygląda, jak najwspanialsza pustynia amerykańska. Tam, gdzie się cywilizacya nie rozwijała powolnie, ale przyszła gotowa, wyrobiona, ze wszystkiemi zasobami do zwalczenia i pobicia dzikiej natury, — tam nagłe przejście z głuchej ciszy wieków i żywota drzemiącego, do wrzawy i ruchu, który z sobą przynosi ciżba wędrowców, wypiętnowuje się i na obliczu ziemi...
Dowodem niech będą majestatyczne a pełne dziwnych kontrastów wspaniałe krajobrazy Ameryki, w których środkiem puszcz wiekowych, obalonych nagle, pędzi świszcząca lokomotywa, a na niewytrzebionych jeszcze gąszczach wznosi się obelisk XIX wieku... komin fabryczny, urągający się starym wotalnym Rzymu kolumnom i zapisanym hieroglifami iglicom. Tam rzucony Adam tego raju nie spotyka żadnej pamiątki człowieka, coby go poprzedził, żadne wspomnienie do tych miejsc nie przylgnęło... Widać tylko ślady dzikiego zwierza, burzy i siły roślinnej, która pokrywała rolę, ssąc z niej soki z chciwością.
Jakże tam pusto, smutno, samotnie być musi tym pionierom cywilizacyi, przesadzonym ze starej Europy, której każdy kątek obwijają bluszcze wspomnień, gdzie pod każdą stopą gruntu jest grób, spoczywa świadectwo wędrówki, pracy, żywota i zgonu... gdzie na dnie jezior nawet szczęty umarłej, przedhistorycznej cywilizacyi stwardniały pod wodą!...
Jak nowe domostwo, w którem nikt jeszcze nie mieszkał, gdyby nawet było najpiękniejszem, smutnem być musi, tak i te zdobywane dziewicze kraje są zawsze jeszcze pustyniami, póki ich praca i myśl ludzka nie ochrzci.
Jest to przedłużeniem krótkiego bytu człowieka, gdy po za nim, jak zajrzeć, szeregują się wieki.
Prawem postępu łatwego dlań, stąpa człowiek po wybitej ścieżynie. Ta dróżka staje się grobelką, żwirówką, koleją, ale to zawsze ten sam gościniec jeszcze, którym chodzili umarli... co śpią na cmentarzach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



W Lubelskiem leży wieś Mielsztyńce, która dziś już inne nosi nazwisko i próżnoby jej szukał na karcie. Znanej i możnej rodziny Spytków, która bardzo wcześnie jakoś zdrobniała i niemal wygasła, zieleniła się tam maleńka, zapomniana gałązka. Już w XV wieku Spytkowie należeli do najbogatszych i największego znaczenia rodzin w kraju. Wspaniałe grobowce, starte napisy, nazwiska dóbr rozległych, jedynie dziś świadczą o Spytkach... W XVIII wieku, gdy się nasze opowiadanie zaczyna, zapomniano już o dawnej wielkości panów Spytków. Tylko uczeńsi genealogowie, spotkawszy się z tem imieniem na żywym człowieku, pytali z podziwieniem, czyż podobna, żeby to byli ci sami co ongi Spytkowie...?
Można było o tem powątpiewać, wnosząc z roztaczającego się w koło nich milczenia, ale istotną prawdę zawierały pergaminy i dokumenta, któremi się oni nie chwalili. Z ojca w syna byli to oddawna ludzie jednego ducha i charakteru, starający się tylko o spokój, o ciszę, o zgodę z ludźmi i żywot który nikomu nie zawadzał, nikogo nie raził i nikomu powodu do zazdrości nie dając, dozwolił im w cieniu Pana Boga chwalić. Odrodzili się od Spytków z Mielsztyna, ale im z tem znać już dobrze było, bo od wielu pokoleń z Mielsztyniec się prawie nie wychylali. Musiało coś w starych podaniach zniewalać ich do tego; szeptano po cichu, iż taki rozkaz swym następcom do kilku pokoleń wydał któryś Spytek, a oni go święcie spełniali. Nikt jednak z pewnością przyczyny tego osamotnienia nie wiedział, sąsiedzi do niego przywykli, zwyczaj uświęcił ten rodzaj życia i nikt się im nie wdzierał w ten kąt spokojny. Mielsztyńce z kilku pięknemi wsiami, z wielkiemi lasami, rozległą bardzo przestrzenią, składały pięknie zaokrągloną całość, odgraniczoną, odrębną, a szczęśliwie położoną, że tam nie bardzo kto miał potrzebę zaglądać. Małe miasteczko w pośrodku nad rzeczką i stawem, opodal nieco od niego zamczysko na wzgórzu, otoczone wiekuistemi drzewy; dalej po równinie rozrzucone wsie i folwarki, osady, młyny i pojedyńcze dworki dożywotników, starych sług starej rodziny. Już to życie szło takim trybem, że się wszystko trzymało długo, jednakowo, niezmiennie, a otaczający dwór mielsztyński ludzie także od wieków i pra-pradziadów mu służyli. Kto się ztąd gorączką jakąś i pragnieniem nowości party oddalił, już chyba nie powracał, bo wytrwać by nie mógł w tej atmosferze tak jednostajnej, uspokojonej, milczącej, iż od stu lat może widocznej zmiany żadnej czuć w niej nie było.
Dwór mielsztyński budził ciekawość przybyszów, ale gdy się z nią kilka razy o mury jego nadaremnie obili, a przekonali się, że przebić ich nie było podobna, że i ludzie nie mieli ochoty się wygadywać i panowie znajomić, w końcu każdy dawał za wygraną i... jeśli był już bardzo tem tknięty, to się sobie po cichu uśmiechał. Głośno ganić nie było można, bo do koła aż do Lublina Spytkowie liczyli tylko przyjaciół; najlżejszej skazy nikt na nich nie znalazł, a ktoby przeciwko nim śmiał się odezwać, na siebieby wyrok napisał.
Dosyć, że w tym pokoju dotrwali Mielsztyńscy aż do końca XVIII-go wieku. W okolicy Mielsztyniec, na samej ich granicy, wioska Studzienica, przepyszna posiadłość, od niepamiętnych czasów zostająca w ręku Studzieńskich herbu Leliwa, drogą zamiany i z dopłatą przeszła na innego właściciela! Nabył ją Repeszko niejaki, człek stary, bezdzietny, znany z niesłychanego skąpstwa, a naturalnie też i słynący z niezmiernej fortuny, którą bajecznie obliczano. Pan Nikodem Repeszko liczył naówczas lat sześćdziesiąt, ale je tak nosił, jak gdyby mu one nad trzy krzyże nie ważyły. Był to człowiek statury wielkiej, prawie olbrzymiej, silny, zbudowany dobrze, z maleńką jak na śmiech główką, na szerokim karku i ramionach osadzoną. Płeć miał śniadą, ospowatą, zżółkłą, oczki małe, czarne, łysinę wygoloną, ręce długie i żylaste. Życia był skromnego nadzwyczaj, sam to przypisując pobożności i potrzebie martwienia ciała, chociaż drudzy tłumaczyli skąpstwem, czynny niezmiernie, zapobiegliwy, ruchawy. Ludzie o nim powiadali, że nigdy nie sypiał, nikt go przynajmniej śpiącego nie widział, a choć w jego alkierzyku stało łóżko pokryte starą wytartą skórą łosiową, z poduszką skórzaną turecką, niedocieczonego koloru, nie znać było na niem, aby kiedy tu spoczywał. Zwykle siadywał w fotelu wielkim z poręczami, skórą także obitym i tu go ludzie dniem i nocą znajdowali. To pewna, że począwszy od pierwszych kurów do świtu, w nocy go najczęściej spotkać można było tam, gdzie się najmniej spodziewano, ale nigdy w jednej porze, na jednem miejscu, tylko coraz gdzieindziej.
Jednego dnia widziano go po północy przy gumnach, drugiego za stodołą, to znowu na wsi, w polu, a nawet w lesie... Jak upiór czasem zjawiał się u ogniska nocleżanów na łąkach, na rozdrożach, u karczmy, a w burzę, pioruny, słoty albo w śnieżną zawieję, najprędzej się z nim spotkałeś. Nic mu to nie szkodziło, zacierał ręce, strzepnął się, uśmiechnął i szedł dalej, odmawiając pacierze...
Pan Nikodem był pobożny niesłychanie, gorliwy bardzo katolik, przestrzegacz ścisły wszystkich praktyk i tak na pozór słodki, miły serdeczny, tak lgnący do każdego, iżby go się pokochać chciało od pierwszej godziny. Lecz po zbliżeniu się do niego stawało się to niepodobieństwem; Repeszko całował, ściskał, upokarzał się i bił w piersi, ale gdy zaszedł interes, gdzie potrzeba było cośkolwiek zrobić, dać, ofiarować, twardym był jak skała. Swoim obyczajem wymawiał się miodem, cukrem, samemi pochlebstwy i słodyczami, ale dać nic nie dał.
Nigdy się nie obrażał, pokornym był nadzwyczaj, dla miłości Zbawiciela darował wszystko, choć nigdy niczego nie zapomniał. Wyściskał nieprzyjaciela, lecz jeśli mógł mu dać naukę, nie poskąpił, zawsze z uniżonością, dyskrecyą i poszanowaniem. Repeszko miał i to do siebie, że się wcisnąć lubił wszędzie, wiedzieć musiał o wszystkiem i znać każdego. Nie zrażał się zimnem obejściem, okazaną obojętnością lub niechęcią, zdawał się ich nie rozumieć i szedł dalej biorąc zawsze wszystko z najlepszej strony...
Przybywszy do Studziennicy, w okolicę wcale sobie nieznaną, pan Repeszko pojechał naturalnie i do Spytków, ale tam nie bardzo sobie podobał i od tej pory, choć się o nich wyrażał z największem poszanowaniem, przypiął się do Mielsztyniec z jakąś nadzwyczajną chciwością dowiedzenia się, badania bliższych stosunków i znajomości. Nikt mu do tego pomódz nie mógł, ale go to nie zrażało. Raz namotawszy na wąs, był on z tego rodzaju ludzi, co nie łatwo powziętą myśl porzucają. Powtarzał między innemi przysłowiami często i festina lente. W okolicy, kogokolwiek zarwał o Mielsztynce i Spytków, wszyscy go zbywali milczeniem i spojrzeniem ukośnem, jakby dając do zrozumienia, że wdał się w rozmowę niewłaściwą i ostrzegając by jej nie wznawiał. Nie zrażało to jednak Repeszki, a że był człowiek łagodny i nic nie czynił przebojem, szedł pomalusieńku do celu. Z tych badań, na pozór bezskutecznych, zawsze mu się coś zostawało, a upór, z jakim mu odpowiadano milczeniem, dawał wyobrażenie o ważności tego przedmiotu, którego nikt dotknąć nie śmiał.
Dlaczego tak Mielsztyńce Repeszkę zajmowały gorąco, domyślano się z tego, co o nim w Brzeskiem mówiono, gdzie Pociejów jakichś, zainsynuowawszy się do ich domu, ostatecznie podkopał i wyssał, — że te same mógł mieć zamiary na spokojną Spytków rodzinę. Może się i mylono, bo Repeszko, ile razy owych zrujnowanych Pociejów wspominał, ręce składał, łzami się oblewał i wyrażał o nich jako o ludziach najgodniejszych, których los nieszczęśliwy serce mu zakrwawia... Nie mógł nawet mówić o nich długo, tak go to wiele kosztowało.
Postanowiwszy bądź co bądź przebić tę grubą zasłonę tajemnicy, która okrywała samotne zamczysko mielsztynieckie, Repeszko postąpił sobie bardzo zręcznie. Wyszukał jedynego człowieka, który tam bywał od lat wielu i zdawał się w jaknajlepszych zostawać stosunkach ze dworem. Był nim proboszcz parafii sąsiedniej, ksiądz Ziemiec, staruszek, dobry człowiek, ale łatwowierny niezmiernie i łatwo ująć się dający. Chociaż w Mielsztyńcach był proboszcz miejscowy i wikary, ksiądz Ziemiec dawniej zajmujący ową prebendę, z której się przeniósł do Studziennicy dobrowolnie, zachował przyjacielskie stosunki z kolatorami i niekiedy ze mszą tam jeździł do zamkowej kaplicy; mówiono nawet, że sam pan Spytek nie spowiadał się u nikogo, tylko u niego. Ksiądz Ziemiec był aniołem dobroci, ale ośmdziesięciu lat dochodząc, nieco zdziecinniał, Repeszko go tem ujął, że w kościele klęczał przed prezbyteryum, modlił się ze złożonemi rękami, bił w piersi tak, że po całym kościele słychać było, a niekiedy krzyżem leżał. Księdza całował w rękę i był dlań z taką rewerencyą, jak nikt ze szlachty okolicznej.
Prawda, że gdy w to uwierzywszy, staruszek się do niego o trochę drzewa na poprawę ogrodzenia cmentarnego odezwał, odmówił pan Repeszko, ale list zawierający ekskuzę był tak pokorny i tak usprawiedliwiający go, że mieć do niego żalu nie było można. Postrzegłszy, że ks. Ziemiec lubi czasem grywać w maryasza na zdrowaśki za dusze z nikąd ratunku nie mające, a przy tej grze się ożywia i gaduli, pan Repeszko począł do niego chodzić po obiedzie na partyjkę. Miał w zysku także, iż się to pociągało ku wieczerzy i że w ten sposób oszczędzał w domu niepotrzebnego koło gotowania na jednę osobę zachodu.
Przy maryasiku powoli, nieznacznie brał na lekkie tortury starowinę...
Był pewnym swego, bo ks. Ziemiec już się z nim tak spoufalił, że mu anegdoty z czasu młodości swej opowiadał, ale gdy tylko o Spytków zagadnął, proboszcz milczał jak kamień, odwodził rozmowę, nawet maryasza przerywał i kończyło się na tem, iż z niego nic dobyć nie było podobna.
Repeszko przekonawszy się, że podkopy nie pomogą, postanowił zrobić wyłom i szturm przypuścić.
Jednego tedy poobiedzia chmurnego, znowu pociągnął ks. Ziemca.
— E! dałbyś asindziej pokój, — rzekł proboszcz; — co tam ciekawego w tych Mielsztyńcach, że one wam spać nie dają. Ludzi zacnych dwoje... siedzą cicho i pragną iżby o nich świat zapomniał!
Tu dopiero Repeszko położywszy karty, odezwał się otwarcie:
— Księże proboszczu dobrodzieju... najzacniejszy, złoty księżuniu, sercem najukochańszy, którego w duszy mej noszę, weneruję i wyrazów nie mam na to, jakiemi dlań synowskiemi uczuciami pałam, wytłumaczyć mi to racz, dla czego ci godni, najzacniejsi, ze wszech miar szanowni państwo Spytkowie, jedni tego na całym świecie używać mają przywileju, iż o nich nikomu mówić nie ma być wolno? Nie pochlebiam sobie, żebym miał rozum najbystrzejszy, wszakże najpośledniejszym z ludzi też nie jestem, a wszelako tego nie rozumiem.
Ksiądz także karty położył, na ręku się oparł i jakby głosu w piersi zabrakło, rzekł z cicha:
— Kochany panie... dałbyś bo tej chciwości pokój... opowiem ci lepiej dykteryjkę.
— Powiedz ojcze dykteryjkę, słucham z największą uwagą, proszę... Człek się całe życie uczy i nabierać pragnie, a od kogoż nabierze, jeśli nie od świętobliwych jak wy, a siwizną przez Boga za przykładne życie błogosławionych.
Dawszy mu się wygadać z temi słodyczami, bez którychby nigdy się u Repeszki nie obeszło, ksiądz podparł się na łokciu i począł w ten sposób:
— Było to lat kilkadziesiąt temu. Jam naówczas był wikaryuszem w Lublinie przy kościele św. Michała, bo wypadek, który wam opowiem, jest prawdziwy. Zdawna tam obiegały o tem pogadanki, iż około onego pnia dębowego, na którym wielki ołtarz był założony, fundator kościoła skarb wielki zakopać kazał, aby w jakiej ostatecznej domu Bożego potrzebie znaleziony, mógł mu służyć na podtrzymanie i ozdobę.
Oto choć ów skarb na kościół był przeznaczony, jak podanie głosiło, nie spało łakomstwo ażeby go sobie przywłaszczyć, i ten i ów dłubali a świdrowali około pnia i ołtarza, a nuż nań trafią. A jak to ludzie w potrzebie sobie wszystko wykrętnie tłumaczyć umieją, powiadali tedy sobie, jeśli skarb dostanie się duchownemu, toć kościołowi, bo duchowny do kościoła należy. Ale to są rzeczy uboczne i do mojej dykteryjki właściwie nie należące. Tandem, nie wiem tam już kiedy i za którego proboszcza, zakrystyan, który o tym skarbie od poprzednika miał tradycyę, począł próbować, a nuż będzie od innych szczęśliwy... Podnosił tedy posadzkę po jednej tafli i żelaznym drążkiem ziemię wiercił. Jednym razem stuknęło owo żelazo o coś, jakby o wieko kufra lub skrzyni. Zakrystyan mało nie oszalał — do proboszcza, bo choćby był chciał przed nim się skryć z ową tajemnicą, nie miał sposobu. Samby rady nie dał, więc musiał kogoś wezwać na pomoc, a wolał już proboszcza, niż innego. Dał się skusić ksiądz. Nocą poszli do kościoła, próbują... brzęczy, rozlega się echo... jest coś... Dalej do rydli, do motyk, do łopat, ziemię we dwóch wynosić. Nie szło to łatwo, bo trzeba było dobywać się dosyć głęboko, a wydobytą ziemię kryć, aby się ludzie nie domyślili, i na dzień dziurę płytą nakrywać. Słowem, namordowali się dobrze przez trzy noce, i zakrystyan bodaj nie poderwał się, gdy naostatek pokazała się skrzynia żelazna... Nowy kłopot, jak ją wywindować, co z nią zrobić? Ksiądz nie był bardzo silny, chcieli zrazu podważyć, ale ani drgnęła, jak przykuta, okopali dokoła. Z jednej strony okazały się zamki mocne, nuż próbować kluczów, jakie się tylko przy kościele znajdowały, ale żaden się nie przydał. Napocili się dobrze a darmo. Drugiej nocy zakrystyan, młota i dłuta dostawszy, jął majstrować aby odbić. Myśleli na pewne, że złoto garściami wynosić będą... co stukną to się im złoto odzywa. Są pieniądze! ale w kościele, po nocy, a jeszcze w takim, co tuż ponad ulicą stoi i w ludnem mieście, gdzie każdego czasu po Grodzkiej ulicy ludziska się włóczą, hałasu i szczęku robić nie było można... szło tedy bardzo powoli.
A tu i chciwość niepoczciwa i ciekawość okrutna piekła. Mało się nie pochorowali. Zamki jak zaczarowane nie puszczały. Postrzegli zaraz, że nie jeden był, ale trzy, a wszystkie tak hartowne, że ich wiekuista rdza nie tknęła... Wziął się tedy zakrystyan do głównego, i jakoś go przecie otworzył, ale gdy drugi odmykał, pierwszy się znowu zatrzasnął; a że było ich trzy, zmiarkowali iż inaczej skrzyni nie otworzą, tylko przybrawszy sobie trzeciego pomocnika, żeby razem wszystkie ruszyli. Rozumny ów skrzyni fundator obmyślił to dobrze, aby skarbu ludzie źli nie naruszyli samowolnie, albowiem kędy dwóch jest, trudno tajemnicę utrzymać, kędy trzech niepodobna. Nie było jednak innego środka, tylko już ślusarza sobie przybrać, zakląwszy go aby święcie tajemnicy dochował. Proboszcz zamówił na następną noc bardzo pobożnego majstra, który miał robotą kierować. Spuścili się tedy do wykopanego dołu i przy stoczkach i świeczkach dłubali. Cóż jegomość powiesz. Miesiąc upłynął, a rady sobie dać nie mogli, aż wszyscy powysychali na szczypy, ani jeść, ani pić, ani spać, zakrystyan już krwią pluć począł, gorączka go trawiła. Nareszcie w piątym pono, czy szóstym tygodniu, otwarły się wszystkie trzy zamki razem i wieko odskoczyło. Ale naprzód z niego jakby opar jakiś poszedł gęsty, który im oczy zaćmił i zatamował... Rzucili się wszyscy razem do skrzyni, spodziewając złota i drogich kamieni... No, jak się panu zdaje, co też znaleźli?
— Najszanowniejszy księże proboszczu dobrodzieju, — rzekł Repeszko — nic nie wiem, ani miarkuję.
— Na dnie... — kończył staruszek...
— Skrzynia więc nie była pełna? — przerwał Repeszko.
— Nietylko, że pełną nie była, dodał ze śmiechem ks. Ziemiec, ale całkowicie próżną... na dnie leżał zbutwiały kawałeczek pergaminu i maleńki pozłacany relikwiarzyk, mocno zaśniedziały, zawierający cząsteczkę szaty Chrystusowej, według tradycyi, obdartej przez żołdaka, gdy go obnażono, aby przybić na krzyżu. Relikwia ta wielkiej ceny, przywieziona z Jerozolimy przez jednego krzyżowca, była całym owym skarbem.
Pan Repeszko milczał zadumany.
— Otóż, — rzekł ksiądz Ziemiec, — niech w. pan dobrze zważa, aby z ciekawością i zachodem wielkim, kusząc się o otwarcie mielsztyńskiej skrzyni, także tam ino pamiątek i relikwi nie znalazł.
Zarumieniłby się był pan Repeszko, gdyby mu płeć śniada i opalona, do skóry wyprawnej podobna, dozwoliła blednąć i czerwienieć. Co tam pod tą maską nieprzebytą się działo, on sam tylko wiedział. Pospieszył się wytłumaczyć i zaprotestować, że nie żadne inne uczucie, tylko miłość bliźniego kazała mu starać się poznać ludzi, aby im według możności być użytecznym.
— A! księże proboszczu dobrodzieju, rzekł niby z lekką urazą — jakże mnie też złote serduszko wasze mogło posądzić, abym miał jakieś powody nie całkiem czyste, a uchowaj Boże interesowane do wciskania się w poufalszą znajomość państwa Spytków?.. Jakże mnie to boleśnie, ojcze mój, iż w anielskiem sercu waszem na lepszą jeszcze nie zasłużyłem sobie opinię!... Ale świadkiem Ten, który wszystko widzi i czyta w sercach ludzkich najskrytsze myśli, iż ja mizerota, któremu los i praca własna nad wszelką zasługę poszczęściły, com się w pocie czoła a za wyraźną opieką Bożą dorwał kawałeczka chleba — mam go do syta i niczego już nie pragnę, byle tam to chudopacholstwo moje zachować w całości, a przekazać na dobre uczynki, kościołki ubogie, szpitaliki, mszyczki i w ręce poczciwych...
— A no dość, dość, — przerwał ks. Ziemiec, — to była dykteryjka, aby gadać. Rozdawaj waść karty, a daj mi za to pamfila z ręki, tuza i króla.. i już tam o tych poczciwych Spytkach nie mówmy.
Zawiódł się tedy i tu pan Repeszko, ale za wygranę nie dał.
Wkrótce po przybyciu swem w Lubelskie był on, jak wspomnieliśmy, w Mielsztyńcach, ale odwiedziny te wcale go nie zaspokoiły. Pojechał potem raz drugi i zdawało mu się, że został przyjęty zimniej jeszcze. Nie zraził się tem, ale czuł że mu nie wypadało tam wciskać się znowu bez powodu; szło tedy o znalezienie takiego, aby się wyszukanym nie zdawał.
Było to jakoś na wiosnę, zatykano łąki. Repeszko, który sam wszędzie być musiał, a majątku jeszcze nie znał tak drobnostkowo, poszedł na granicę do Mielsztyniec, dla dopilnowania sprawy.
Na miejscu znalazł kilku ludzi swoich i mielsztynieckich; nie kłócili się oni ale żwawo spierali. Pomiędzy dwoma wzgórzami obrosłemi lasem dębowym, ciągnęła się piękna łączka, a środkiem jej biegł sobie już uspokojony po wiosennych powodziach strumyczek. Był to zwykły ruczajek, ledwie widoczny śród bujnych traw i kwiatów, przekradający się za swymi interesami do rzeki, tak, że go tam ledwie dostrzedz było można. Nikomu nie wadził ani pomagał, czasem tylko w nim pastuszki nogi moczyli, a zające pić przychodziły w posuchę.
Ale ten strumyczek, nikły i nie pozorny, na wczesną wiosnę pozwalał sobie czasem takich wybryków i swawoli, że mógł powaśnić sąsiadów, stanowił bowiem granicę między Mielsztyńcami a Studzienicą, a spełniając tak wielką misyę społeczną, nie zachowywał się z przyzwoitą obowiązkowi swemu powagą. Miał kaprysy niewytłumaczone, — gdy mu się niewiedzieć dla czego niewygodne, rozmyte, żwirem wysypane łóżeczko sprzykrzyło, rył sobie nowe, łąkę nanosił piaskiem, psuł trawy i zjawiał się niespodzianie tam, gdzie wcale prawa nie miał gościć, urywając to mielsztyniecką łąkę, to studziennicką. Gdyby ona była włościańska, byliby to tam ludzie sobie jakoś poradzili, ale ekonomowie obu folwarków, aby sporów nie mnożyć, z dawien dawna zgodzili się na to, ażeby kosić po strumień, jakkolwiek on sobie w każdym roku płynął.
Tej wiosny właśnie ruczaj pokrzywdził bardzo nowego dziedzica i widać przez ciekawość zbliżył się ku jego stronie, tak iż dobry kawał łąki oddał Mielsztyńcom. Właśnie go zatykano z tamtego boku, gdy ludzie studziennicy oparli się temu, wskazując stare łożysko ruczaju, jako prawowierną granicę obu dominiów. Na ten spór nadszedł pan Repeszko z uśmiechem i najserdeczniejszemi pozdrowieniami włościan, którzy mu się do stóp kłaniali.
— Dzieci moje najukochańsze — rzekł, coś-bo to ja, rybki moje złote, nie bardzo rozumiem. Jakże to może być, żeby taką granicę niepewną cierpiano? Czy uchowaj Boże nie ma w tem obrazy Bożej i jakiego oszustwa? Nie idzie mnie tam, serduszka wy moje, o ten kawałeczek łąki, ale o sprawiedliwość świętą, o spokój miły i o zgodę z najdroższymi sąsiadami...
Gdy włościanie z obu stron tłumaczyć mu poczęli, głową kiwał i nie chciał rozumieć.
— Wszystko dobrze, dzieci moje najdroższe — dodał w końcu — ale to tak nie może być. Ja majątek kupiłem, upewniony będąc o stałych granicach. Trzeba będzie pojechać do Mielsztyniec i po Bożemu, po sąsiedzku załatwić sprawę raz na zawsze...
Pokłonił się włościanom bardzo grzecznie, nizko, zatarł ręce i odjechał. Tego mu tylko było potrzeba.
Nazajutrz wyruszył parą szkap dryndulką do Mielsztyniec.
Ponieważ i nas tam ciągnie, pojedziemy za panem Repeszką.
Przebywszy las dębowy, który dzielił Studziennicę od Mielsztyniec, ujrzał pan Nikodem w pośrodku rozległej równiny, którą w dali opasywały wzgórza zagajone, ponad rzeką i łąkami zielonemi rozłożone miasteczko, a nad niem panującą wieżę kościoła starożytnego, jak to z budowy wnosić było można. Mieścina, mimo że niezbyt wielka, niegdyś była obmurowana w części i opasana wałem; z tej dawnej fortytikacyi pozostały jej dwie dosyć poważne bramy u wjazdu. Oprócz tego rynek zdobił ratusz z wieżyczką, otoczony sklepami, wcale nieszpetny i dobrze utrzymany. Wielka aleja lipowa, cienista, od bramy miejskiej zwanej Zamkową, (bo druga nosiła imię Lubelskiej), wiodła do zamczyska.
Wznosiło się ono na wzgórzu niezbyt wysokiem, fosami objętem, w których już oddawna wody nie było i stare bardzo porastały drzewa. Z murów gdzieniegdzie część kurtyny jeszcze sterczała malowniczo śród zieleni, zostało parę basztek narożnych okrągłych, jedna wieżyca niewielka z bardzo grubego muru, z blankami i wspaniała brama, niegdyś poprzedzona mostem zwodzonym. Tego już śladu nie było, wysypana na miejscu jego grobelka prowadziła wewnątrz.
Panowała tu cisza prawie grobowa, smutna, poważna, uroczysta; tylko niepowściągnione ptactwo szczebiotało gwarnie w drzew gąszczach. Nad głównym łukiem wrot wykuty był herb Spytków, już dobrze starty i mało wyraźny. Piąterko nad bramą miało wprawdzie okna, ale nie zdawało się zamieszkanem. Dwa ogromne, stare, posiwiałe brytany leżały, grzejąc się tu spokojnie i nie przywitały nawet gościa szczekaniem.
Dziedziniec był bardzo obszerny, a w głębi jego za zielonym trawnikiem, na którym wznosiła się kamienna figura Matki Boskiej, w podkowę zbudowany był zamek dosyć pokaźny i poważny. Była to budowa nie razem znać wzniesiona, nie zupełnie regularna, chociaż później starano się jej nadać formę jednostajniejszą. W półkolistych połączeniach korpusu ze skrzydłami na dole były arkady i sklepienia, u góry galerye i odkryte przejścia. Nad gankiem rodzaj kopuły blachą obitej panował, a we froncie armatury starą modą pomalowane, chorągwie, bębny, kotły, herby i cyfry.
Nad samemi głównemi drzwiami, których odedrzwia, jak wszystkich innych okien i drzwi, były kamienne i ozdobne, stał napis pobożny: „Nisi Dominus aedificabitur“ etc...
Po za skrzydły i dokoła wszędzie cienistych drzew zielone gąszcze służyły za tło wspaniałemu gmachowi, który był utrzymany czysto, starannie, ale w niczem nietknięty na nowy sposób. Owszem, zdawało się jakby pilnie czuwano nad tem, żeby się z niego cecha starożytna nie starła...
Nad prawem skrzydłem małoznaczna wieżyczka z sygnaturką oznajmywała kaplicę. Innych budowli nie było w dziedzińcu, kryły się one znać niżej po za fosami, a sam zamek mieścił w sobie wszystko, co do życia państwa mogło być potrzebnem. Wszakże życie to kryło się w niem tak, iż w podwórzu pusto zupełnie było, i Pan Repeszko gdy stanął przez respekt u bramy i wysiadł z dryndulki, zostawiając ją tutaj, nie dostrzegł żywej duszy, któraby mu peregrynacyą ułatwiła.
Ale że tu już był i trochę wiedział kędy się wchodziło i wychodziło, skierował się ku głównemu wnijściu. Tu na przestrzał przez sklepienie widać było starożytny ogród szpalerowy, z gankiem nań wychodzącym i piękną balustradą, a po za nią ogromne lipy, jodły i graby. Sień, wyłożona kamiennemi płytami, miała po obu stronach wspaniałe wschody na górę. I tu jeszcze nie było nikogo. Na ścianach, dawno znać malowane i wybladłe, zieleniały niby krajobrazy, zamki, góry i lasy, ale pośród nich symboliczne postacie migały i na wstęgach mnóstwo łacińskich napisów. Wielki zegar pilnował wejścia. Drzwi wszystkie malowane były na biało, ze złotemi pasy, gzymsami i sznurkami. Jak w zaklętem jakiem zamczysku, dotąd pan Repeszko nikogo jeszcze nie spotkał, a oprócz świergotu ptactwa śród drzew, żadnego nie usłyszał głosu. Za to ciekawemi oczyma mógł do syta przyglądać się tej pięknej i nader troskliwie utrzymywanej budowie. Chód jego, choć ostrożny i cichy, rozlegał się dziwnie po gmachu, a śród uroczystego milczenia, samemu przybyszowi odgłos jego własnych kroków złowrogo jakoś i niemiło brzmiał w uchu.
Stał już nareszcie u drzwi, za któremi jakąś straż znaleść się spodziewał, uchylił je powoli i ujrzał w istocie, na wygodnem krześle z poręczami, przed stołem siedzącego staruszka, którego łysina trochą włosów jak puszek siwy miękkich otoczona, świeciła jakby wypolerowana kość słoniowa. Starzec ów miał na sobie liberyą, w ręku trzymał książkę dużą i czytał z niej przez okulary półgłosem litanią. Twarz jego łagodna była i uspokojona. Zrazu, usłyszawszy otwierające się drzwi i znać wcale nie spodziewając się obcego, nie podniósł oczu nawet, tak był w nabożeństwie swem zatopiony. Repeszko widząc to, jako był człek bardzo pobożny, a poczuwający się do obowiązku uczestniczenia we wszelakiem trafiającem się nabożeństwie, gdy i odchrząkiwanie i lekkie szurganie nogami nic nie pomagało, począł powoli odmawiać: módl się za nami! — Usłyszawszy to, starzec podniósł głowę dosyć obojętnie, a zobaczywszy nieznajomego, lekko ją skłonił, ale litanią odmawiał dalej i doszli tak do końca. Dopiero po antyfonie, okulary złożywszy do środka książki, staruszek powstał powoli i zbliżył się milcząco do Nikodema, który mu się powtórnie a nader uprzejmie uśmiechając kłaniał.
— Chciałbym mieć szczęście, — ozwał się Repeszko — widzenia się z panem domu.
Służący się uśmiechnął, lekko ruszając ramionami.
— Godność pańska?...
— Repeszko Nikodem, sąsiad jegomości ze Studziennicy, z uszanowaniem, a trochę w interesie.
— Hm! hm! — rzekł stary kręcąc głową, i dobył grubego srebrnego zegarka, który miał u pasa za kontuszem, popatrzał nań uważnie, a potem znów namyślać się począł.
— Godzina jedenasta — rzekł — dochodzi za minut kilka. Nie wiem! nie wiem! Wszakże pójdę, oznajmię i zapytam, a waszmość pan raczy się tymczasem w sali zatrzymać i spocząć. To mówiąc, drzwi mu otworzył do obszernej komnaty, pustej, cichej, ale bardzo wspaniałej.
Była ona cała w drewniane okładziny biało ze złotem lakierowane przybrana, nade drzwiami tylko malowaniami staremi przyozdobiona. Na jednem z nich wchodząc dostrzegł pan Nikodem godła znikomości ludzkiej z napisami: Mors ultima linea rerum. W ścianach, naprzeciwko dwóch wielkich weneckich zwierciadeł, dwa były szczególne wizerunki, równie jak owe nadedrzwiami nie wesołe. Wystawiały one mężczyznę w zbroi, leżącego na katafalku ostawionym świecami, z godłem w górze: Credo videre bona in terra viventium — i kobietę również w trumnie spoczywającą, z krzyżykiem w ręku, a po nad nią na wstędze: Miserere mei Deus, secundum magnam misericordiam Tuam.
W pośrodku pomiędzy dwoma tymi portretami grobowemi, któreby przyzwoiciej w katakumbach, niż w salonie zawieszone być mogły, w ramach czarnych był obraz wystawiający młodą panią lub pannę, w czarnych szatach, z różą w ręku. Twarz jej nadzwyczajnej piękności, artysta z wielkim odwzorował talentem, możnaby rzec, z rozmiłowaniem się w niej. Świeżość kolorytu i wykończenie, zdradzały niepospolitego malarza ze szkoły Rubensów i Van Dycków.
Portret ten i pięknością swoją i jedną nadzwyczajnością zwracał uwagę i pociągał oczy. Na pięknej białej szyi dziewiczej, dokoła biegł pas czerwony, wąski, jakby krwią zarysowany, który głowę odcinał... Nie była to ozdoba żadna, rząd paciorek, ani naszyjnik, ale jakby ślad miecza... Twarz ta poważna, wypogodzona, acz smutna i dumna, nabierała uroku tajemniczości od tego dziwnego znamienia, którego pan Repeszko wytłumaczyć sobie nie umiał.
Stał jeszcze przerażony i zadumany przed tym dziwnym obrazem, gdy stary sługa za rękaw go pociągnął i rzekł cichym głosem:
— Jaśnie pan prosi... czeka...
P. Nikodem ruszył się żywo, ale stąpanie prowadzącego staruszka, przywykłego do powolnego, uważnego, cichego chodu po tych milczących, opustoszałych komnatach zmusiło go do zwolnienia kroku... Coś w tym zamku zaklętym, majestatycznie uśpionym, skłaniało do ciszy i poszanowania miejsca jak w kościele. Trzeba było iść ostrożnie, nie czyniąc wrzawy, do której ściany te nie były przywykłe.
Po tej sali zagadkowych wizerunków, nastąpiła druga z okrągłą kopułą w środku, przez którą wpadało trochę światła we wnętrze; okiennice jej wewnętrzne były poprzymykane i półcień zalegał całą. Dokoła nad sofami rzędem opasywały ją portrety wielkie całych postaci, naprzemian niewiast i rycerzy. Niektóre twarze blade, pozawijane chusty białemi, występowały tylko z mrocznych cieniów... gdzieniegdzie zarysował się owal młodszego męzkiego oblicza, lub czarno patrzyły oczy z posępnej czaszki zarosłego starca w zbroi. Ten milczący szereg umarłych napełniał postrachem, jakby ze zwierciadeł migały istotnie widma i cienie upiorów jakichś, na sąd surowy wywołane. W pośrodku stojący stół, okryty ciemnem suknem, na którem bielał dzwonek srebrny, nadawał sali pozór izby sądowej. Chciał się przez ciekawość wstrzymać tu p. Repeszko, ale droga wysłana dywanem przechodziła przez salę na wskróś i wiodła do innej, świetlejszej i nieco weselszej. Ta była długą niby zbrojownią, pełną misternie powiązanych i poukładanych orężów i zbroi, dziś już nieużywanych, które rozmaitością i bogactwem zastanawiały... Były tam niewidzianej piękności puklerze i tarcze z godłami rodziny, kołczany szyte złotem, buńczuki, chorągwie, buzdygany, buławy, szable najrozmaitszych kształtów; lecz co najbardziej zastanawiało, to całkowite cztery zbroje, szmelcowane, złocone, prawdziwe dzieła sztuki, wyobrażające jakby czterech rycerzy w zamkniętych hełmach, stojących po czterech rogach na straży... Każdy z nich trzymał w ręku kopją z proporczykiem, na którym szyte były herby, a ręką drugą wspierał się na tarczy... Pan Repeszko z przerażeniem ujrzał, że u tych drzwi, do których się zbliżali, stojący rycerz miał przyłbicę podniesioną, a z niej nie czarna głębia wyglądała, ale głowa trupia całkowita, szydersko śmiejąca się zębami białemi i jakby urągająca z życia... Na proporczyku jej czarnym i białym stały wyszyte wyrazy:

Mors vita i Vita mors.

Nie dał mu się i tu zatrzymać przewodnik, wiodący go zwolna, ale nieubłaganie dalej. Weszli do mniejszej komnaty, w której stał klęcznik z krucyfiksem, obłożony książkami oprawnemi w jaszczur i pergamin. Po nad nim wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej a w lewo cała ściana od góry do dołu wysłaną była mniejszemi wizerunkami rodziny, pośród których wypisano na wstędze:

Requiescant in pace...

Rzuciwszy zaledwie okiem na te rzędy głów, Repeszko dojrzał wypadkiem znaną już sobie głowę dziewicy, z czerwoną krwawą przepaską na szyi...
Z tego oratoryum drzwi już wprost wiodły do pokoju pana Spytka, i tu sługa, otwarłszy je, wskazał tylko p. Nikodemowi drogę, a sam się cofnął.
Wszystko to co w ciągu powolnej po zamku przechadzki widział Repeszko, dziwnie go jakoś usposobiło; czuł się w duszy onieśmielonym i trwożnym... nawet dopiekająca ciekawość znacznie ostygła.
Pokój wszakże do którego wchodził, właśnie może na największą zasługiwał uwagę. Był on narożnym i niezupełnie regularnego kształtu, prawie tak obszernym jak sale zamkowe, a pełnym najosobliwszego sprzętu i pamiątek. W jednym jego rogu uderzał obraz patrona, przed którym zawieszona na sposób wschodni i włoski paliła się lampa, — tuż niedaleko ogromny stół zarzucony był cały stosem papierów, pościąganych w fascykuły, przywilejów z przywieszonemi pieczęciami na sznurach i ksiąg policzbowanych starannie. Z pośrodka tych stosów wyglądał czarny hebanowy krucyfiks z Chrystusem z kości słoniowej.
Przed oknem w ozdobnych wazonach ułożony był cały kląb zieleni z najrzadszych i najpiękniejszych roślin, śród których przemagały różne rozkwitłe i przekwitające. Liśćmi ich wonnemi usypana była posadzka. Ogromny komin marmurowy, biały, rzeźbiony, część znaczną drugiej ściany zajmował.
We wgłębieniu naprzeciw, nawpół osłonionem firankami adamaszkowemi, widać było skromne małe łóżeczko, jakby obozowe, pokryte skórą, z niedźwiedziem u nóg, z obrazem w głowach, z szablą u boku przewieszoną...
W pośrodku tej komnaty, której ścian reszta obitą była tureckiemi makatami przerabianemi złocisto, stał, czekając na powitanie gościa, gospodarz...
Repeszko, jakkolwiek zwykle odważny, lubo z zasady pokorny i słodki, chociaż dwa razy był w Mielsztyńcach (ale go naówczas na dole przyjmowano), choć już pana Spytka widział i mówił z nim, dzisiaj przeszedłszy wspaniałe sale zamkowe, napatrzywszy się tych dziwów grobowego jakiegoś oblicza — prawie w ustach języka zapomniał, uniżeńszym się stał jeszcze i zamiast powitania, gospodarzowi się tylko, more antiquo, czapką do kolan skłonił.
Nie była to rzecz tak prosta i łatwa dla Repeszki jakby się zdawało, p. Nikodem był prawie olbrzymiej statury, a gospodarz, potomek owej rodziny znakomitej, ledwie nie karła miał postać. Człowiek był już dobrze niemłody, nader kształtny, zdrów i silny, chociaż blady na twarzy, ale nie wiele więcej nad pas pana Repeszki wyrósł... Nie przeszkadzało mu to być pięknym; nic ułomnego w sobie nie miał, dziwnie jednak drobnym wyglądał, mimo butów na korkach wysokich, podniesionej w górę głowy i wyprostowania. Twarz jego, bardzo pięknych i szlachetnych rysów, wielce przypominająca wizerunki po salach rozproszone, nosiła na sobie piętno spokojnego smutku; w oczach była jakby świeżo obudzona ciekawość i niecierpliwość. Postawę miał rycerską, ruchy pańskie, zdawał się stworzony na olbrzyma... a skazany jakąś wolą Bożą na skarlenie. Mimowoli pan Repeszko przy tym maleńkim człowieku, któregoby bez wysiłku mógł był podnieść w jednej ręce, czuł się nieśmiałym, upokorzonym i gburem, jeśli się tak wyrazić można, tyle było w tamtym majestatu i wielkiego wyrazu jakiejś siły...
Pan Spytek, mimo małości swej, był krzepki, urody pięknej bardzo, a tak zbudowany, iż ręka, noga, oblicze, gdyby posąg stary, zwracały na siebie oczy. Ubranym też był, choć to w dzień powszedni, bardzo wytwornie.
— Szanownego sąsiada — odezwał się pan Spytek — bardzo mi widzieć miło. Zdaje mi się, iż podobno była wzmianka o jakimś interesie...
— Tak jest, tak jest, jaśnie wielmożny panie, odparł Repeszko, powtarzając ukłon pokorny. Wiedząc, jak miłe są cisza i spokój j. w. panu, nigdym się nie ośmielił zakłócać ich... ale malenieczka kwestyjka graniczna. Chcę ją podać pod sąd i wyrok pana dobrodzieja...
— Graniczna kwestya? — spytał gospodarz — ale szanowny sąsiedzie, to mnie nadzwyczaj dziwi. Od lat przeszło stu pokończyliśmy wszelkie możliwe wątpliwości graniczne, okupując święty spokój setnemi ofiarami... Zkądby się to wzięło?
— Ja nie wiem — odezwał się Repeszko — ale nowy przybysz, szanując święte prawa własności, nie pragnąc nigdy cudzego, a usiłując uniknąć wszelkiej zwady, starałem się upewnić w moim ubogim kawałeczku ziemi. Otóż przy świeżem zatykaniu łąk, gdzie Mielsztyńce od Studziennicy odgranicza strumyczek... zamiast stałej granicy, odkryła się używalność... Strumień płynie każdego roku inaczej... ztąd niepewność... Gdyby była mapa, tobym pokazał.
— O wieleż to iść może? — przerwał pan Spytek — jakaż to tam różnica?
— Na całej przestrzeni — odparł pokornie Repeszko, to tam może jakich parę morżków łączki j. w. panie, i to często gęsto piaskiem a mułem naniesionej. Bóg widzi, że chciwy nie jestem, a czego mi tam Opatrzność łaską swą dorobić się dała, to pragnę zachować tylko, boć to krwawica, całego życia owoc!...
— Szanowny panie sąsiedzie, — rzekł Spytek — ja wcale sędzią w tej sprawie być nie mogę, przechodzi to moję kompetencyę... Najprzód, któż sądzi własną rzecz... powtóre mało znam granice; po trzecie jest tu ad hoc mój godny plenipotent, alterego, pan Dzięgielewski. Znasz go pan pewnie; co on zadecyduje, przyjmę i podpiszę. Jeśli trzeba bym mu polecił jak największą w postępowaniu wyrozumiałość, tego może być pan pewnym, chociaż ogólna instrukcya dawna opiewa, że w tego rodzaju sporach ma raczej ustąpić, niż mnie na proces narazić. Jeśli się panu sąsiadowi zda wybrać arbitrów, przystaje na nich z góry.
Repeszce wszakże ani o łąkę, ani o granicę, ani o formę, jaką kwestya rozwiązaną być miała nie tyle szło pono, co zręczne wciśnienie się do Mielsztyniec i narzucenie panu Spytkowi: więc lubo rzecz zdawała się załatwioną w zasadzie, nie okazał się zadowolonym... Chodziło o przedłużenie bytności w zamku.
— Stanie się woli pańskiej zadosyć, — rzekł powoli, z pewnym wyrazem smutku. — Ja przecie, przyznam się, pochlebiam sobie, iż wyjątkowo tę sprawę załatwisz jw. pan sam, abym niepotrzebnej formalności uniknął. Przybyłem z gotowością wszelką zastosowania się do rozkazów.
— Ale ja wcale nie znam ani położenia, ani sprawy, — rzekł posępnie pan Spytek. Dzięgielewski, człowiek zacny, każdy kątek zna...
— Więc gdybyś jw. pan raczył tylko go tu kazać prosić, w dwóch słowach byśmy skończyli.
Gospodarz widocznie był zakłopotany.
— Prawdziwie, odparł, nie wiem czy Dzięgielewski jest w domu, bardzo wątpię. A co do mnie... ja dziś właśnie jestem tak zajęty... wyjątkowo zajęty...
Zdawał się nasłuchiwać niespokojnie, ale cisza panowała w podwórzu zamkowem. Repeszko stał się ciekawszym jeszcze, postrzegłszy, że jest do czegoś zawadą, domyślał się jakiegoś wypadku, chciał wynaleść sposób przedłużenia rozmowy, nie okazując się natrętnym.
— Możebyśmy zresztą jaki dzień inny naznaczyli, a ja bym panu Dzięgielewskiemu dał znać, gdyż dziś... to mówiąc, gospodarz drgnął, a od okna dało się słyszeć hałaśliwe psów szczekanie i trąbka myśliwska...
Pan Spytek pobiegł do okna, wyjrzał, twarz blada okryła mu się rumieńcem i bardzo żywo począł do Repeszki.
— Więc tak... na środę, piątek, kiedy się podoba, proszę do Dzięgielewskiego, ja mu dam właściwą jeszcze instrukcyą, aby był jak najwyrozumialszym... Oznaczycie granicę...
Szczekanie psów i tentent kilku koni coraz wyraźniej słychać było pod oknami, Spytek się skłonił Repeszce i poprowadził go do drzwi, ale pokorny szlachcic nie dał się zbyć tak prędko.
— Pozostaje mi, rzekł z ukłonem niskim, przeprosić jak najpokorniej jw. pana, iż ośmieliłem się zakłócić moją bytnością...
— Ale to nie... owszem, mówił żywo gospodarz, w którego twarzy coraz gorętszy malował się niepokój.
— Proszę wierzyć, dodał Repeszko, już prawie stojąc w progu, iż to nie żadna chciwość występna, od której Bóg mnie strzeże, ani chęć korzystania z powolności jw. Pana, tylko pragnienie utrzymania sąsiedzkiego spokoju, tak drogiego dla człowieka, zwłaszcza dla mnie, nie znanego jeszcze w okolicy i potrzebującego sobie zaskarbić względy...
W miarę jak przeciągał mowę, oczy maleńkiego człowieka, zniecierpliwionego już do najwyższego stopnia, nabrały tak złowrogiego jakiegoś blasku, postawa takiej grozy, usta tak nakazującego wyrazu... iż p. Nikodem, straciwszy wątek mowy, przelękły, ująwszy czapkę pod pachę, wynosił się, nawet ciekawości zapomniawszy. Gdy spocony, drzwi za sobą zamknąwszy, podniósł głowę w progu, oczy jego padły na hełm rycerza stojącego tu na straży, z pod którego trupiej czaszki patrzyły dwa próżne doły czarne... Z tych otworów zdawało mu się, że nań spojrzała śmierć, uśmiechając się szydersko.
O trzy kroki czekał stary sługa, z zegarkiem w ręku. Repeszko już się zabierał iść, gdy w salach usłyszał wrzawę i głosy, chód kilku osób. Ciekawość wróciła; przytulił się do ściany, niby dla przepuszczenia przybywających, choć go przewodnik za rękaw pociągnął, i był świadkiem dziwnego śród grobowego tego zamku zjawiska.
Przodem szła słusznego wzrostu, średniego wieku kobieta, bardzo pięknych jeszcze rysów twarzy, w ubiorze amazonki, w kapeluszu z piórami na głowie i biczykiem w srebro oprawionym w ręku. Ogon aksamitnej, ciemno zielonej sukni niosła na ręku. Wyglądała jak królowa, a z powiek nieco przyciemnionych, osobliwszej barwy, jakby od płaczu poczerniałych, strzelały oczy jej czarne, ogniste, straszne płomieniami, które w nich gorzały. Lice jej nieco opalone świeżem było i jeszcze ani jedną nie napiętnowane marszczką. Czoło miała wysokie, bielsze nieco od reszty twarzy, pogodne ale smutne. Stworzoną się zdawała do rozkazywania i musiała wiedzieć o tem... Kibić jej, choć mogła mieć mniej więcej nad lat trzydzieście, łudziła kształtami dziewiczemi młodości w pełni rozkwitłej. Repeszko, nie wiedząc, kto była, łatwo się w niej domyślił pani domu, ona, postrzegłszy tę nieznaną sobie postać schyloną pokornie, wyprostowała się jeszcze bardziej, zmarszczyła brwi, zacięła wargi i ledwie odpowiedziawszy skinieniem głowy, minęła go szybko, kierując się ku drzwiom gabinetu...
Nie była samą; szedł za nią chłopak, mogący mieć lat piętnaście, nadzwyczajnej piękności, ale tak małego wzrostu jak pan Spytek i bardzo do niego podobny, wytwornie ubrany, wesół, śmiejący się, a za nim, w sukni duchownej, widocznie cudzoziemiec jakiś, wyfryzowany, w trzewiczkach i pończochach, z książką w czerwony safian oprawną pod pachą.
Był to Eugeniusz Spytek, jedyny syn państwa Mielsztyńskich, i przewodniczący jego wychowaniu l’abbé de Bury, słynny z przyjemnej uczoności, dowcipu, a później z wydanych dzieł kilku i ogromnie rozległych stosunków w rzeczypospolitej literackiej z najsłynniejszymi jej koryfeuszami. Ta niewyczerpana studnia mądrości, mimo głębiny swej, wyglądała jak kryształowa karafka szlifowana, niezmiernie wytwornie i błyszcząco. Pan Repeszko nie był pewien, ale posądzał, iż woń przyjemna, niby więdnących fijołków, która się rozeszła w chwili, gdy ksiądz de Bury go mijał, z jego peruki i mankietów wychodzić musiała.
Dodajmy, że blady brunecik, przyjemnie uśmiechnięty, był wcale ładnym mężczyzną, tylko na suknię duchowną, którą obyczajem wieku dla przyzwoitości nosił, nadto jakoś elegancko i kwiecisto wyglądał.
Wszystkie te trzy postacie mignęły tylko, przesuwając się przed ciekawemi oczyma pana Repeszki, drzwi się gabinetu otwarły i okrzyk radości dał słyszeć. Pierwszy wbiegł niemi ów śliczny chłopaczek. Za nim weszła matka, l’abbé de Bury na końcu i podwoje nielitościwie się zatrzasnęły, a Repeszko rad nie rad musiał za swym przewodnikiem z zamku się wynosić.
Nie spodziewał się wcale, żeby go się tak prędko pozbyto i szedł kwaśny, ze spuszczoną głową, ale szedł zwolna i nic w powrocie bacznej jego uwadze nie uszło. Zamek przed chwilą tak cichy, trochę się zaludnił; postrzegł pan Repeszko kilku strzelców w zielonych kurtkach, z kordelasami u boku, którzy psy odprowadzali, kilku mastalerzy i kilka koni, wąsatego łowczego porządkującego dwór swój, a dalej dwa powozy, z których jeden obładowany, świeżo jakby z dalekiej powracające podróży. Tego myśliwstwa w połączeniu z ekwipażami nie mógł dobrze zrozumieć p. Nikodem, ale ze stroju amazonki miarkował, że pani Spytkowa wracała z polowania, a syn i l’abbé de Bury musieli świeżo z odległej jakiejś przybyć wycieczki. Wszystko to dosyć mu się dziwnie wydawało: ten zamek jakby zaklęty, z gospodarzem karłem, ta pani tak wspaniała i piękna, która uganiała się po lasach za zwierzyną, gdy mąż śród róż więdnących siedział w papierach i książkach, i ten chłopczyk śliczny, malutki, o którym w sąsiedztwie jakoś nawet słychać nie było...
Całe to życie wyglądało na zagadkę, a Repeszko szczególniej był łakomy na tajemnice... Ale się go tak pozbyto, odsyłając do Dzięgielewskiego, że nie było sposobu na nowo się do zamku wcisnąć, a pytać ludzi i nie śmiał, i wiedział, że się na nic nie przyda. Popatrzywszy więc tylko na dwór ów, na konie, psy i powozy z daleka, smutny, bo zawiedziony, poszedł Repeszko do swojej bryczki stojącej za bramą.
Ruch niezwyczajny w zamku potwierdził domysł jego, że syn domu, młody Eugeniusz, musiał z dalekiej podróży powracać. Na twarzach przechodzących sług widać było wesołość, wszyscy z pospiechem znać dążyli, aby młodego pana powitać.
— Trudno! rzekł w duchu Repeszko, potrząsając głową; narzucać się im nie przystało mi, a nie łatwi są dla obcych... ale z czasem... z czasem... niepodobna, żebym się ja tu nie wśrubował...
W tych myślach wyjechał za bramę, a że kawał dobry miał do Studzienicy, na sobie zaś najlepsze ubranie, pomyślał więc o tem, gdzieby przywdziać kitel swój codzienny, w którym około gospodarstwa chodził. W miasteczku tego czynić nie chciał, bo trzeba było zajechać do gospody, i za postojne, choć krótkie, zapłacić, lub dać coś utargować. Przypomniał sobie, że na drodze do domu miał właśnie karczemkę w lesie, do Mielsztyniec należącą, w której najprzyzwoiciej będzie pomyśleć o przebraniu. Nakazał więc woźnicy aby przed nią stanął, a sam nad niepowodzeniem swej wyprawy się zadumał.
Karczemka owa, zwana wygódką, stała pośród starych dębów i sosen, nad samą drożyną, woźnica rad był w niej także dać koniom wytchnąć, sądząc że może pan przypomni sobie dać mu kieliszek wódki. Konięta same się zatrzymały przed wrotami; wysiadł pan Nikodem, wynosząc zawiniątko swoje, siadł w cieniu drzew i zrzucał powoli zbyt kosztowne na pył i skwar ubranie.
Tylko co się był rozebrał, gdy podniósłszy głowę, postrzegł przed sobą stojącego ogromnego mężczyznę nieznajomego, który mu się z ciekawością ale drwiąco przypatrywał. Figura to była jakaś zakazana, ni pan, ni szlachcic, ni sługa, ni dworak, buta ogromna, wąsiska łokciowe, drab wielkiego wzrostu, kurta wyszarzana z węgierska, skórnie do kolan, pas juchtowy, a na sforze przy nim para chartów kosmatych wołoskich, chudych i rosłych jak on.
Wziął go zrazu Repeszko za łowczego jakiegoś pana, ale powtórnie spojrzawszy, przekonał się z twarzy, iż niczyim sługą być nie mógł. Z oczów mu strasznie dumą i zuchwalstwem patrzało. Nie młody, nie stary, niegdyś bardzo piękny, rysów twarzy wyrazistych i kształtnych, ów łowiec zdawał się zabawiać zapobiegliwym strojem pana Repeszki, patrzył nań wyzywająco i impertynencko. Znać się był wódki napił i chlebem a serem zakąsywał... Minę miał okrutnie szyderską, jakby sobie z całego żartował świata. Mimo to, widać nie było po nim dostatku; suknie mocno przechodzone, były nieco oczyszczone, pas stary, czapka stara. Psy nawet nie były znać utrzymane w zbyt dobrem ścierwie, wyglądały kościsto i smutnie, a drapieżnie.
Cierpiał zrazu Repeszko, że mu się ten drab tak przypatrywał, ale widząc że to temu końca nie będzie, odezwał się naostatek kwaśno:
— No, cóż tam ciekawego, żeby też pół kwandransu tak stać?...
— Hę! odparł nieznajomy, a cóż to cię zjem oczyma, szlachcicu kochany? Nie obawiaj się. Dopełniasz chwalebnego czynu oszczędności, znać wiesz co grosz wart; cieszę się więc, żeś człowiek taki porządny i... admiruję...
Repeszko tylko ramionami zżymnął i splunął.
— A zkąd Pan Bóg prowadzi? — spytał myśliwiec.
— Jam przecież tutejszy... raczejby mnie wypadło zapytać co waszmość za jeden?...
— Otóż i ja tutejszy, sąsiedzie szanowny, rzekł zajadając i stojąc ciągle nieznajomy. Teraz się już domyślam, że jesteś ów Repeszko czy Drapeszko, który z daleka tu zawędrował.
Powiedział to jakoś w tak obrażający sposób, że p. Nikodem się jeszcze bardziej pogniewał.
— A któż waćpan jesteś, jeżeli się zapytać wolno? — rzekł chmurny.
— Ja? ciekawyś — zawołał zagadniony. — Jakto? czyżbyś nie słyszał o mnie, a słysząc nie domyślił z kim się spotkałeś?
— Ani wiem, ani znam, ani się domyślam, — rzekł p. Nikodem.
— Nikt ci nie wspomniał o Iwonie? hę? o Iwonie Życkim, zwanym pospolicie kasztelanicem?
Repeszko dopiero sobie przypomniał, iż o nim w istocie słyszał, ale skóra na nim ścierpła... Mówiono dziwnie o kasztelanicu, obawiano się go w sąsiedztwie jak ognia, głoszono za awanturnika chętnie szukającego zwady i nie przebaczającego nikomu. Wszystko co o Iwonie gadano, przyszło mu na myśl i Repeszko nagle spokorniał, zdjął czapkę, skłonił się i uśmiechnął.
— Daruje pan kasztelanic, rzekł cicho, nie miałem dotąd szczęścia, cieszę się bardzo, iż choć tu zaszczycam się...
Iwo się śmiał.
— No, no, nie pleć koszałek, opałek! zawołał, szczęście, zaszczyt! Nie wielkie to szczęście spotkać się ze mną... a zaszczyt też nie osobliwy... Ale kiedyśmy się zetknęli, to cię spytam... czyś jest myśliwym?
— Ja, osobiście... nie... odparł Repeszko.
— To dobrze, odparł Iwo, — boć oznajmiam, że w twoich lasach i na polach twoich polować będę.
Szlachcic zamilkł posępnie.
— Ponieważ myśliwym nie jesteś, to ci szkody nie zrobię.
— A zwierzyna? spytał z cicha Repeszko.
— Zwierzynę będę jadł, odparł Iwo, i waści jej dawać nie myślę, raz, że na nią będę pracował, powtóre, że ty, słyszę, mięsa nie używasz i w tygodniu sześć dni jadasz z postem, a siódmego z suchotami.
— Wolno mi przecież uczynić uwagę, że kto nabywa majątek, ten ma w nim i własność zwierzyny. Słusznaby więc była...
— Kręcicielu stary, rozśmiał się Iwo. Miły ci spokój, to mi się nie sprzeciwiaj. Popytaj ludzi.
— Ale ja nie odmawiam bynajmniej miłemu i kochanemu sąsiadowi tej maleńkiej przysłużki, zawołał Repeszko, spojrzawszy z ukosa na bat pleciony, którym Iwo poklaskiwał niby od niechcenia: Spuszczam się na jego wspaniałomyślność, iż kiedy niekiedy kapnie mi co do kuchni... co się zaś tyczy skóreczek... gdyby Pan Bóg dał lisa, wilczka lub inne stworzenie... na te ja stawiam żelaza i zwykłem je sprzedawać...
— Ani mi się tego czynić waż! — odparł Iwo... — przestrzegam cię kochanie, polowanie w twoich lasach biorę w arendę.
— W kwocie? — spytał Repeszko żywo.
— A, skąpczysko stare! — przerwał Życki, jeszczebyś z tego chciał coś wyssać. Nie darmo nam cię tu tak odmalowano jako liczykrupę.
— Mnie! Chryste Jezu miłosierny! — krzyknął Repeszko, otóż to języki ludzkie i złośliwość! Miły Boże! Mnie, który przez całe życie poświęcam się dla ludzi, odejmując od ust sobie.
Iwo zaczął się śmiać.
— Paradny! — rzekł — ale wracajmy do arendy. Otóż umowa taka: będę polował, zabijał, plądrował, ale za to dopilnuję ci lasów i pierwszego złodzieja, którego w lesie spotkam, powieszę na dębie.
— Jezu miły! a zlituj że się! Nuż z tego proces wyniknie.
— Masz słuszność, dam mu sto batów, już mniej być nie może. Jak się ludzie dowiedzą, że ja ci lasu pilnuję, gałązka ci nie przepadnie.
— Zbytek łaski, — zawołał Repeszko, ośmielając się i chcąc rozmowę zakończyć, bo zawiniątko było gotowe, konie wypoczęte, a dłuższa rozmowa z panem kasztelanicem mogła być niebezpieczna, — zbytek łaski! Ale mnie pora do chaty.
— Czegóż ci tak pilno? żony i dzieci nie masz, kuferek dobrze zamknięty... pogawędzimy, winieneś mi odwiedziny, hę? zapraszam cię do siebie na wieczerzę.
Repeszko się zląkł, ale pomyślał, że to żarty, bo wiadomo było, że biedny, zrujnowany kasztelanic nikogo nie zapraszał i nie przyjmował.
— To istotnie zbytek łaski — rzekł — i... i... mógłbym zrobić ambaras.
— Żadnego — odparł Iwo — ja nikogo takiego nie proszę, coby mi z sobą kłopot przyniósł. Chudopachołek teraz, nie mam czem przyjmować, ale waść nie jesteś wymagający... czem chata bogata. Musisz jechać! Konia mego poprowadzi człowiek luzem, a ja z waszecią na bryczkę. Mała milka drogi, na prawo w gąszcze. Za godzinę będziemy.
To mówiąc, swisnął kasztelanic, psy oddał słudze staremu, który nadbiegł kulejąc, a sam, nim Repeszko się zebrał na podziękowanie i wymówki, siedział na bryczce i ręką wskazywał mu, aby się obok usadowił.
Z zawiniątkiem pod pachą rad nie rad pan Nikodem wdrapał się na bryczkę swoję, wzdychając. Przeczucia miał niepokojące, ale wymówić się sposobu nie było. Iwo popchnął woźnicę z kozła, odebrał mu lice i batóg i zawołał na konie po swojemu.
— Ja cię powiozę, zobaczysz tatuniu! koni swoich nie poznasz, tak pójdą w moich rękach. Hej! ha!
W istocie bryczka potoczyła się po wąwozistej drodze i wybojach, tak, że Repeszko ledwie się w niej mógł utrzymać, poleciwszy Bogu dusze...
Konie leciały cwałem, Iwo śmiejąc się poganiał.
Postrzegł się po czasie pan Repeszko, że padł cale niespodzianie w szpony człowieka, od którego wszyscy jak od ognia uciekali, a stało się to nie wiedzieć jak, i pochwycił go bezbronnym. Nie miał innego ratunku, tylko wedle zwyczaju swego w trudnych razach, odmówić „pod Twoją obronę“ i dziewięć „Zdrowaś Marya,“ z krótką modlitwą do św. Antoniego. W istocie wieści, jakie po okolicy krążyły o kasztelanicu, nie nęciły do jego znajomości. Mało o nim wiedziano, oprócz że z możnej pochodził rodziny, że długo za granicą w Hiszpanii, we Włoszech, we Francyi przebywał, majątek do szczętu utracił i podobno w skutek jakiejś nieszczęśliwej miłości dostał jakby lekkiego pomięszania, a raczej chronicznej rozpaczy, która w najdziwaczniejsze przybierała się formy. Zapamiętały myśliwiec, spędzał dnie zimą i latem na koniu w polach i lasach samotny, a gdy mu się kto ważył sprzeciwić lub wleźć w drogę, mścił się nielitościwie. Chwilami był to człowiek najlepszego towarzystwa i wychowania, grzeczny, wykształcony, dowcipny... napadami gbur, szyderca, okrutnik. Ludzie, jak go najdalej zobaczyli, kryli się i uciekali przed nim.
Iwo Jaksa Gryf Życki, kasztelanic p......, gdyż tak się zwał, po kądzieli odziedziczył w Lubelskiem dobra Rabsztyńce, niegdyś Firlejowskie; te ojciec jego zadłużył, a on całkowicie stracił. Gdy mu je zatradowano, nie opierał się, ale zapowiedział wierzycielom, że bądź co bądź w Rabsztyńcach zamek, ogród i obejście dworskie zostawi i tych zabierać nie dopuści.
— Jest to moje gniazdo rodzinne. Zwierzęta nawet mają nory; ja też muszę mieć legowisko i Rabsztyniec nie dam, a zechcecie najeżdżać, będę się bronił, i nie oszczędzę nikogo.
Skutkiem tej groźby, został zamek przy panu Jaksie, a dziedzic Rabsztyniec musiał się pobudować na nowo, opodal nieco.
Oprócz sporego kawałka gruntu, ogrodów, stawu, dziedzińca i góry, na której niegdyś stało zamczysko, nie wiele na tem wierzyciele stracili. Właściwie powiedziawszy, zamek nie istniał; został on zburzony przez Szwedów jeszcze za Karola Gustawa. Było muru trochę, jedno skrzydło budowy, rozwalona brama i pusta kaplica... W dole drewniany dom folwarczny.
Nie wiedzieć dla czego ta ruina, przypominająca feudalne burgi niemieckie, tak była drogą Życkiemu; to, pewna, że prócz niego, niktby w niej nie mieszkał. Za jego pobytu na Rabsztynie, pod najsroższą odpowiedzialnością nie wolno było jednej rózgi wyciąć na całej przestrzeni do dworu należącej. Skutkiem tego zarosło wszędzie gąszczami, drzewa się porozpościerały, chwasty, ziele i krzaki, tak, że pośród nich ledwie wązkiemi ścieżynkami przedrzeć się było podobna. Na murach nawet, śród budowli, puszczały drzewka, wisiały gałęzie, bujały polne kwiaty.
Przez rozwaloną bramę na wałach, otoczoną lipami, wchodziło się do środka, ale od niej nic widać nie było jeszcze. Po nad wierzchy lip i klonów jedna tylko baszta szczerbata, z powybijanemi dziurami, sterczała wyżej nieco. Ze starego zamczyska Szwed i ogień zostawili tylko jednego skrzydła część niewielką. Była ona znać wzniesioną za ostatnich Jagiellonów, gdy u nas budownictwo na sposób włoski kwitło; to też ozdobne odrzwia, z kamienia i marmurów, posadzki z wielkich tafli i płyt różnobarwnych, rzeźby i napisy dotąd ją okrywały.
Ale to wszystko w najopłakańszym było stanie: dach, niegdyś blachą kryty, później gontami, teraz połatany był słomą, a w znacznej części żebra poczerniałych krokiew i łat z niego wyglądały. Wiele drzwi brakło, inne się nie zamykały... Do tej wilczej jamy, jak ją nazywano powszechnie, nikt prawie nie zaglądał, kasztelanic żył w niej sam, z Zacharyaszem kulawym, dawnym i wiernym sługą. Na folwarku była gospodyni, dwóch chłopaków do koni i psów, w stajni trzy chude szkapy i dwa wyszarzane siodła.
Charty i brytan tak dobrze strzegły zagajonego dziedzińca, że się w nim i żebrak nawet pokazać nie śmiał. Osobliwością to było zaprawdę, że w chwili dobrego humoru i dzikiej fantazyi zaprosił do siebie Repeszkę; rzecz tak się dziwną p. Nikodemowi zdawała, że podejrzywał Iwona o jakieś nieczyste zamiary, szczególnie obawiając się o worek. Ale z drugiej strony, co do spraw pieniężnych, wiadomo było całemu światu, że Iwo nigdy nikogo na szeląg nie pokrzywdził i prawdziwie po szlachecku kończył sprawy tego rodzaju, obcierając poły, byle rąk nie zwalać.
W śmiertelnych potach Repeszko dojechał do Rabsztyniec, które pierwszy raz w życiu oglądał; bryczka i konie musiały z chłopakiem pozostać w bramie, gdyż dalej drogi do zajazdu nie było, tylko ścieżka, którą ledwie konny człowiek mógł przejechać.
Zlazłszy z wozu, Jaksa rzucił lice i odprostował się.
— Niechże go pioruny trzasną, jak ta drynda trzęsie — zawołał. — Jak wy możecie tem jeździć? Nie wolelibyście na dobrej szkapie, niż w tym półkoszu, w którym zęby sobie powybijać można.
Repeszko postanowiwszy być grzecznym uśmiechnął się tylko.
— Na co kogo stało! — zawołał — kasztelanicu dobrodzieju. Człeczek jestem ubogi, dorobiłem się w pocie czoła grosika, pamiętani na to, z czego wyszedłem...
— Tak, tak, pulvis sum et in pulverem....
— Otóż to jest... — potaknął Repeszko — nie udaję pana.
— Wolisz nim być w istocie! — rozśmiał się Jaksa smętnie, idąc przodem przed gościem. — Ale nie kłam! wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi... Jesteś groszowity, skąpy i liczykrupa. Pal cię licho z tem; co mnie to obchodzi, że się uwędzisz dla spadkobierców, których nie znasz? Rób jak ci lepiej, to do mnie nie należy.
— Zagaduje do worka! to nie bez kozery! — rzekł w duchu Repeszko — tem już coś jest... ale gdyby nawet i bizunami zagroził... ha! stań się wola Twoja... że nie dam, to nie dam.
Drżał w duchu nieborak jednakże.
— Trzebaż mi było z tą głupią ciekawością do Mielsztyniec jechać i na karczemkę powracać, włóczyć się nie wiedząc po co i wpaść w taką matnię.
Szli tymczasem ścieżynką i minąwszy gąszcze, znaleźli się przed ocalonem owem skrzydłem zamkowem, które dziwnie wyglądało, pysznie i odrapano, pańsko i nędznie... Jaksa stanął i świsnął przeraźliwie; nadbiegły brytany i charty, a w chwilę i stary Zacharyasz nadszedł kulejąc. Stali przed głównem wnijściem, nad którego szerokiemi drzwiami herb Firlejów jeszcze był znaczny; gnieździły się w nim wróble. Godzina może była trzecia z południa.
— Zacharyaszu mój — rzekł Jaksa — masz co jeść? bo oto mój gość głodny, a jam go zaprosił i nakarmić choćby przyszło pieczeń z wierzchowca mojego zrobić. Byłaby łykowata nieco, bo stary... Spytaj Barbary, co się tam święci... a prędko.
— Jam się już dowiedział — mruknął Zacharyasz — boć wiedziałem, że gość będzie.
— Ha no, i cóż? — spytał Jaksa.
— Idźcie no na górę... idźcie — mruknął stary sługa — jakoś to będzie, z głodu nie pomrzecie.
— A więc dawać do stołu.
Zacharyasz ramionami ruszył i nic nie odpowiedział, gospodarz wszedł do sieni. Była obszerna, pusta, trochę słomy dla psów w kącie, okna powybijane; wschody z marmurową balustradą, ale połamane i zgniłe, prowadziły na pierwsze piętro. Znowu sień ogromna ze ścianami, na których deszcz zaciekając pokreślił zielone pasy... Drzwi nie szczelne, ale niegdyś białe i złocone, prowadziły do antykamery, w której stały ławy proste, a raczej zydle; na jednym z nich posłanie Zacharyasza, istny barłóg. Dokoła na grzędach trochę odzieży, rogi myśliwskie, strzelby, sieci, skórki i przybory łowieckie.
Tu gospodarz, idący dotąd przodem, puścił gościa przed sobą. Weszli do pokoju, który być musiał jadalnym, bo w nim zajmował miejsce główne stół stary, ciężki. Koło niego ustawione były krzesła o wysokich poręczach. Na ścianach czarne jakieś portrety i potłuczone zwierciadła.
— Nie jest tu bardzo wytwornie — rzekł śmiejąc się Jaksa — ale z biedy żyć można. Drzwi w prawo do mojego pokoju.
Repeszko postępował posłuszny, pocisnął klamkę i znaleźli się w salce obszernej, krągłej, jeszcze nie źle dochowanej.
W jednym kącie, nogami do ogromnego marmurowego komina, który dwie męzkie karyatydy podtrzymywały, stało łoże kasztelanica, pokryte niedźwiedzią skórą. Nad niem broń rozwieszona; w głowach duży obraz, gęstą czarną krepą osłoniony cały, tak, że z za niej ledwie się jakiejś na nim białej twarzy domyślać było można... Zeschła gałąź cyprysu, opylona, siwa, zawieszona była nad tym tajemniczym wizerunkiem.
— Siadaj, mości sąsiedzie. Rzadko tu gość bywa. Prawdę rzekłszy, nie pamiętam czym kogo prosił kiedy; więc i przyjęcie nie wykwintne... No, ale i waszmość też, jak wiem, nie wymagający jesteś.
— Ale paradnie, paradnie — odrzekł ocierając pot z czoła Repeszko — jak Boga kocham to pałace.
— Gdy zjemy, to ci całe moje dziedzictwo sprezentuję — rzekł powoli Jaksa. — Zobaczysz, jest to fundum wcale nieszpetne; możnaby coś zrobić z tego, będąc przy pieniądzach.
— Po co on mi to chce pokazywać? — pytał sam siebie gość — po co? W tem coś jest...
Po chwilce Zacharyasz otworzył drzwi. Weszli do pierwszej izby, gdzie nakryto do stołu.
— Wódkę pijesz? — spytał gospodarz.
Repeszko nie wiedział co odpowiedzieć.
— Bo wódkę mam prostą, śmierdzącą kotłówkę, na inną mnie nie stało, więc jeśli łaska...
— Ale nie koniecznie.
— Jedzenie będzie brzydkie, ale nie ma lepszego, wina ci za to dam, jakiego tu nikt nie ma. Ale wino to zawdzięczam przypadkowi. Lat temu kilka — mówił siadając Jaksa — byłem taki słaby, żem myślał, że mnie już licho weźmie. Najechał tu doktór Niemiec, więcem go się chciał poradzić, aby też wiedzieć, jak długo pociągnę. Ten mi powiada: jedź waszeć do Bardyowa na Węgry, napij się wody, wykąp, a wyzdrowiejesz. Nie bardzom miał o czem jechać, ale jeszcze tam coś się znalazło na sprzedaż dla żydków. Siadłem na koń i ruszyłem na Węgry, do tego Bardyowa. Poznaliśmy się serdecznie z Węgrami, pobratali, nieraz popili, i oto mi jeden magnat, Paloczaj, przysłał na wyzdrowienie zupełne beczkę tokaju. Jeszcze i para wołów co ją przywiozła, karmiła mnie czas jakiś, bom ją sprzedał. Niech mu tam Bóg nagrodzi. Tego tokaju butelkę wysączymy.
Repeszko nadspodziewanie znalazł się przyjętym. Półmiski i talerze były wprawdzie pootłukane, ale porcelanowe; na wazę dano niezły krupnik, potem bigos i zająca pieczonego. Czegoż więcej żądać? Tokaj w ogromnych kieliszkach, czysty jak złoto, smaczny był jak nektar, pachniał po całym pokoju. Po pierwszym kieliszku Jaksie dziko zaświeciły oczy; nie wesele, ale smutek i boleść dobyło z niego wino.
— Ja cię nie znam — rzekł podparłszy się na łokciu Jaksa, po długiej chwili milczenia — ale wiem żeś lichwiarz, spekulant i dusigrosz.
— Kasztelanicu, to potwarze...
— Daj pokój, dosyć na ciebie spojrzeć, masz tu na czole wypisane. Pij wino!
Repeszce tokaj smakował, ale naleganie napełniało go obawą, do czego to zmierzało.
— Pij wino! nie rychło się z podobnem spotkasz... ażebyś zaś strachu daremnego nie miał, powiem ci od razu, pocom cię sprowadził.
Repeszko, który już był kieliszek ujął, postawił go zwolna.
— Słuchaj, życie mi tu obrzydło! — zawołał Jaksa. — Ja ludzi nienawidzę tu, oni mnie nie cierpią. Odłączony, samotny, zabijam się myślami; nie mam czem żyć, bo mi brak celu, nadziei jutra... Chcę pójść gdzieś w świat, daleko... Zostało mi z dawnej zamożności ot to gniazdo, które burza rozbiła; trzymam się w niem długo, myślałem że tu umrę i że trumnę moją wrzucą do pustej kaplicy ostatnią. Ale już mi wyżyć ciężko, muszę to raz skończyć. Nie doczekam, czego czekałem. Sprzedam ci zamek cały, jak go widzisz, dwór, ogród grunta... Kupuj!...
Repeszko, słuchając usta otworzył. Propozycya była tak w swoim rodzaju dziwna, niespodziewana, osobliwsza, iż z razu nie umiał na nią wcale odpowiedzieć.
Upłynęła długa chwila milczenia.
— Ale szanowny kasztelanicu — odezwał się rozważywszy nieco, o co szło, pan Repeszko — chciej z łaski swej, nie obrażając się, pomiarkować, na co się mnie to zdało?
— Jakto? zamek taki przepyszny?...
— Ale choćby w istocie najwspanialszy, cóż ja z nim robić będę? Od Studzienicy ogromny kawał... ni przypiął, ni przyłatał. Toż naturalnym nabywcą powinien być albo dziedzic teraźniejszy Rabsztyniec...
Jaksa ramionami ruszył i splunął.
— No... albo Spytkowie, którymby to fundum mogło z biedy do Mielsztyniec...
Począł to mówić Repeszko w najniewinniejszej myśli, nie przewidując wcale, iż samo imię Spytka zrobi na Jaksie wrażenie tak okropne, tak niespodziane, iż nie dokończywszy, pan Nikodem struchlały, zamilkł.
W istocie dosyć było wzmianki o Spytkach, by spokojnego dotąd kasztelanica, zmienić niemal w obłąkanego. Porwał się od stołu, bijąc oń pięścią z całej siły; zaiskrzyły mu się oczy, pofałdowało czoło, zapieniły usta. Odepchnął krzesło, które z hałasem padło na posadzkę i począł przechadzać się żywymi krokami po salce. Mówił sam do siebie, zdawał się nie widzieć Repeszki, który za stół się tulił, patrzył i trząsł się ze strachu, myśląc co mu się stało.
— Spytkowie! tak! i to niech wezmą oni, i popioły dziadów i mojemi łzami krwawemi oblaną ziemię, wszystko... wszystko!... Wzięli mi com miał najdroższego, wezmą i to, im się to należy... Przeznaczenie! wydarli mi serce!... powinni nawet trupa pochować pod swoim progiem, aby go gnieść nogami. Znasz waszmość Spytków? znasz?
— Ale nie. Bóg widzi! nie znam, nie wiem... przypadkiem.. klnę się na rany Chrystusowe...
Iwo stanął nagle.
— Tak, usta twoje nie wiedziały, że wyrok na mnie wyrzekły... Gdybyś ty kupił, tożbyś frymarczył potem by zyskać, i zamek mój im by się dostał. Wyrestaurowaliby go i mieszkali... Nie może być inaczej...
Niezrozumiałego coś pomruczał, potem zamilkł nagle, podniósł głowę i popatrzywszy na Repeszkę, krzyknął groźno:
— Zkąd wracałeś, gdym cię spotkał?
Pan Nikodem się zająknął.
— Ano... z Mielsztyniec...
— Tfu! głupi, powinienem był to zgadnąć po safianowych butach i atłasowym żupanie... Coś tam robił? mów mi prawdę! po co tam jeździłeś?
— Ależ, panie kasztelanicu dobrodzieju — bełkotał Repeszko — ja ich nie znam... wysokie progi na moje nogi. Mam spór graniczny o łąkę; pojechałem, chcąc go załatwić sam, zgodnie, ale cóż... odprawili mnie z kwitkiem, nicem nie wskórał...
— Byłeś dziś! — począł zamyślony kasztelanic... dziś... Mów, kogo tam spotkałeś... kogoś widział?
Repeszko, nieco ochłonąwszy, począł z jak największemi szczegółami opowiadać bytność swoją w Mielsztyńcach, jak go wprowadzono, co widział, a nareszcie kogo wychodząc spotkał. Iwo słuchał z nadzwyczajną uwagą, a gdy przyszło do ostatka, twarz jego nabierać zaczęła coraz straszniejszego wyrazu, oczy płonęły — rozśmiał się dziko i rzucił tylko pytanie:
— Prawda? piękna pani! śliczna pani! i wygląda dziwnie młodo i śmieje się tak wesoło... jakby nigdy w życiu nikogo nie zabiła...
Wyrazy te, które mu się mimowolnie wymknęły, chwycił Repeszko chciwie, zadrżał i nie mógł się wstrzymać od wykrzykniku:
— Jakto? zabiła?
Ale kasztelanic był już panem siebie; posępne wejrzenie zwrócił na pytającego:
— Któż ci to powiedział? gdzieś to słyszał? Milcz! słyszysz! milcz! lub....Jam tego nie powiedział, to fałsz!... Zapomnij o tem... to szaleństwo moje... a jeśli odważysz się kiedy...
Kasztelanic kielich, który trzymał w ręku zgniótł na miazgę, rzucił okruchy na stół i spojrzał milcząco na Repeszkę, który drżąc jak liść, ust już nie śmiał otworzyć. Potem nalał sobie wina szklankę, wypił duszkiem i rzekł:
— Kupujesz, czy nie? Pokażę ci co mam na sprzedaż, chodź... Sprzedam tanio, z warunkiem tylko, by nigdy odprzedanem nie było do Mielsztyniec. Weźmiesz, za co zechcesz.
— Ale ja... ja nie jestem kupcem...
— Obejrzno — zawołał kasztelanic — dam za bezcen, bo muszę ztąd uciec... muszę! Jużem się dosyć namęczył, a nie doczekam niczego...
To mówiąc, Iwo otworzył drzwi.
— Chodź — rzekł.
Nie z wielką ochotą poszedł za swym przewodnikiem Repeszko, ale go podtrzymywała nadzieja, że się wprost później do swojego wózka dostanie i uciec będzie mógł do domu, czego najmocniej pragnął. Obawa jego rosła a chmurniejsze coraz oblicze kasztelanica nic miłego nie wróżyło. Przez gąszcze wydobyli się na podwórzec, którego obszerność Iwo naprzód okazał Repeszce. Oprócz mieszkalnego skrzydła zamku, które jakby odłamane od całości, stało na gruzach zalegających wszędzie kupami dziedziniec, nic tu nie pozostało z dawnych budowli. Iwo zapewnił tylko, że zachowały się w całości dziwnie suche, jasne i piękne podziemia, lochy i składy sklepione, ale do nich Repeszko iść się nie napierał. Tradycya, jeszcze z firlejowskich czasów utrzymująca się w okolicy, mieć chciała, że gdzieś w lochach tych, za zamurowanemi żelaznemi drzwiami, część znaczna skarbów możnej rodziny zachować się miała; ale mimo poszukiwań niejednokrotnych, nic dotąd nie odkryto. W razie sprzedaży kasztelanic własność tych skarbów sobie zabezpieczał, trzecią ich część tylko ofiarując temu, któryby wnijście odkrył.
Repeszko, spoglądając na stosy cegieł i kamieni, uśmiechnął się jakoś niedowierzająco. Przychodziło mu na myśl opowiadanie starego księdza o odkrytej skrzyni pod pniem ołtarza u św. Michała w Lublinie.
Jakkolwiek chciwy, na tego rodzaju wędkę złapaćby się nie dał szanowny pan Nikodem, życie oduczyło go marzeń. Obszedłszy główny dziedziniec, potem dokoła reszty murów obwodowych, zajrzawszy do krągłej baszty, panującej nad okolicą, z której widok był przepyszny, co mało jednak do duszy, a mniej jeszcze do kieszeni Repeszki przemawiało, — spuścili się z wałów obrosłych drzewy, do przylegających ogrodów, równie zapuszczonych jak zamek cały. Drzewa w nich były przepyszne, ślady ulic, szpalerów niegdyś strzyżonych, a teraz bujnie odrosłych, sadzawek, które trzcina, tataraki, zielsko i pleśń w trzęsawiska pozamieniały, terasy, poniszczone altany, połamane kamienne wschody i zdobiące je wazony — smutny przedstawiały widok. Kasztelanic chodził śród tej ruiny posępny, niekiedy tylko uśmiech krzywił mu usta...
Sic transit gloria mundi! — szeptał. — Dziś rano oglądałeś waszmość wspaniałe Mielsztyńce, zachowane jak w pudełku; po południu patrzysz na skutki macierzyńskiego obchodzenia się natury z pracą człowieka. Nie powiem, żeby to pięknie wyglądało, ale przyznaj, że człowiek jak ty z pieniędzmi i bez przesądów, któremu gruz ten nic nie mówi, dla którego on, jak dla mnie, nie jest świętością i wspomnieniem — mógłby z tego zrobić wspaniałą rzecz... przepyszną... Byłbyś mospanie jak król na Rabsztyńcach — zamek, ogród, sady, staw... a któż jeszcze wie, dłubiąc pilno w tych zwaliskach, cobyś mógł poodkrywać, nielicząc zamurowanych skarbów.
W sadzie, w którym smutnie stały rzędami omszone i podziczałe drzewa, kilka ledwie grządek warzywa świadczyło, że o nim ludzie pamiętali. Wiejscy chłopcy powybijali złodziejskich ścieżek dosyć śród grusz i jabłoni, i kijmi pootłukali zawczasu zielone owoce. Była to jednem słowem pustynia i zniszczenie.
Kasztelanic nie darował najmniejszego kątka, a pan Repeszko nie śmiał się wymawiać od oględzin. Nareszcie przybyli do starej kaplicy, która pod wałami stała... Oddawna nie odprawiano w niej nabożeństwa. Za lepszych czasów wzniesiona, kaplica była obszerna, niby wiejski kościołek, zawierała ona oprócz tego groby rodzinne niegdyś... ale cynowe ich trumny dawno gdzieś potopiono, a marmurowe sarkofagi leżały popękane.
Główne drzwi zabite były deskami, musieli obejść od boku i przeleźć kawał płota, aby się dostać zakrystyjnemi drzwiami do środka. Repeszko bał się przewodnika swego opuścić, choć go tam wcale nie nęciła ciekawość, Iwo zaś zdawał się mieć w tem jakąś gorzką przyjemność, żeby swą nędzę przypomnieć sobie... Kościołek wewnątrz odarty był ze wszystkiego; i głównego i bocznych dwóch ołtarzyków ślady tylko na ścianach pozostały. Gdzieś niegdzieś, na obnażonem sklepieniu grobów, z którego posadzkę zdarto, walały się łomy, kawały drzewa, resztki rzeźb złoconych. Na mały chór nie było wschodów — on sam wisiał na wpół obalony...
Z monumentów przodków kilka jeszcze rozpoznać było można, mimo widocznie umyślnego ich poniszczenia. Na tablicach z napisami młotek całe powytłukał wyrazy... w postaciach rzeźbionych ochydne szczerby świętokradzka powybijała ręka.
Z jednego boku kamienne sklepienie grobowe obaliło się, i przez nie widać było jak czarną przepaść, podziemie, w którem stały trumny... Ale nie poszanowano w nich spoczynku umarłych, szukano znać chciwie przy zwłokach może jakich kosztowności; trumny leżały porozbijane, potrzaskane, pogniłe, w jakichś siwych popiołach z ciał ludzkich... Kasztelanic patrzał w tę głąb z ciekawością... Repeszko drżąc. Przychodziło mu na myśl, że się może sklepienie obalić... i...
— Ani jednej trumny całej! — zawołał kasztelanic. — Cha! cha!... kiedy ruina to ruina!... Śmierć sobie pohulała, co się zowie... Ale jak ci się to wydaje, panie Repeszko? Ma swój majestat i swą piękność to zniszczenie, hę!...
Repeszko wcale piękności tej nie rozumiał. Prawdę rzekłszy, obrachowywał w tej chwili, ile z tych trumien cynowych mogli nabywcy wytopić pięknego kruszcu na misy do krupniku i dzbany.
— Przyznam ci się, — rzekł kasztelanic, siadając na kamieniu i wskazując obok siebie miejsce dosyć niewygodne gościowi, — że na tę kaplicę naszą miałem szczególne projekta, starałem się koniecznie zostać przy fundum w Rabsztyńcach. Myślałem, że wyrestauruję ją, oczyszczę groby, i że tu kiedyś obok moich dziadów stanie trumna dębowa (na cynową mnie nie stać i jak widzisz nazbyt obudza apetyt)... Byłbym tu sobie spokojnie spróchniał obok przodków, co zawsze jest rzeczą przyjemną. Ale tych słodkich nadziei trzeba się pozbyć, a razem i Rabsztyniec.
Repeszko nic nie odpowiedział, miał minę zafrasowaną, gdy towarzysz jego przybierał osobliwsze fizyognomie: posępną, dziką, uśmiechniętą, szyderską i gniewną na przemiany.
Posiedzieli tak chwilę... Iwo wstał i westchnął.
— Chodźmy — rzekł — nie mam ci co więcej już pokazać; kaplicę zostawiłem, jako najlepszy przysmak, na ostatek. Zdaje mi się, że powinna cię złakomić, dodał, mógłbyś ją wyrestaurować małym kosztem. Jesteś pobożny, zrobiłoby ci to i przyjemność i famę. Nie masz tu ani krewnych, ani familii, zyskałbyś od razu grób rodzinny i rodzaj antenatów spopielałych, którzyby cię przyjęli. Zawsze to rzecz przyjemna nie samemu leżeć i w dobrem towarzystwie. Jest parę Firlejów i Firlejówien, a i moich Gryfów nie mało. No jakże? Nie pokusisz się? — Żarcik ten niewczesny jeszcze smutniejszym uczynił Repeszkę, który wydobywszy się nazad przez płot z kaplicy, stał zafrasowany, nie wiedząc co odpowiedzieć. Patrzył sobie pod nogi... Kasztelanic wziął się w boki.
— Kupujesz, czy nie? — zapytał.
— Szanowny panie — ośmielił się naostatek przemówić Repeszko, — szlachetne serce pańskie i wzniosły umysł jego...
— Nie smaruj, proszę — do mnie się to nie bierze — przerwał Iwo — do rzeczy!
— Łatwo pan pojmiesz — mówił dalej Repeszko — że kto nabywa i płaci, ten musi potrzebować tego, co kupuje — a mnie to na co? Ja jestem człowiek ubożuchny, pokorny, maleńki... zbytków takich żebym kościoły fundował i zakładał, pozwalać sobie nie mogę. Przy tem nabycie Studziennicy, którą mi bardzo drogo kazano zapłacić, wysuszyło worek do dna — mam i dłużki...
— Nie kłam, nie kłam — masz kapitały, — rzekł kasztelanic.
— Ale gdybym i miał, mój Boże, ze skruchą rzekł Repeszko, toć muszę ich tak użyć, aby mi coś przynosiły — a cóż ja z tego zrobić mogę, abym choć grosz dostał?
— Mylisz się szanowny spekulancie, mylisz — mógłbyś zarobić na tem, ja nie zarobię, ale ty...
— A to jak — zapytał Repeszko?
— Czy nie widzisz tego, że rabsztynieckie fundum jak wyspa leży pośród dóbr nowych nabywców, że oni je muszą kupić, bo im zawadza, robi dziurę w ich posiadłości? Gdybym ja chciał im sprzedać, grosza nie dadzą, bo wiedzą, że muszę prędzej później zbyć — ale co innego z waćpanem... Waść możesz wytrzymać. Byle nie Spytkom, przefrymarczysz sobie jak zechcesz...
P. Nikodem ruszył ramionami.
— Ciężka z tobą sprawa, zawołał Iwo. No ale polowanie w lasach, póki ja tu jeszcze jestem, zapewnione, nieprawdaż?
Repeszko się skłonił i dobył zegarka, chcąc się już uwolnić, kasztelanic go wstrzymał.
— Powiedz mi, — spytał po cichu — widziałeś Spytkową?
Repeszko spojrzał nań zdziwiony.
— Przechodzącą tylko...
— Opisz mi ją — jak wyglądała? czy miała twarz uśmiechniętą? nie była pomięszana? żadnej chmurki nie dostrzegłeś na jej czole? jestem ciekawy — o tak, jestem ciekawy.
Gość nie wiedział jak odpowiadać; począł opis bardzo szczegółowy i suchy ubrania, fizyognomii, rysów twarzy. Kasztelanic słuchał go chciwie, ale z powieści tej musiał chyba odgadywać sam rzeczywistość, bo Repeszko zmięszany bałamucił.
— Szła z synem? nieprawdaż? — spytał... — prowadziła go za rękę... czule?
— Tegom nie spostrzegł, — odparł Repeszko... — spieszyła tylko widocznie do męża, biegła żywo, trochę zasępiona. Twarz pełna powagi i nieco surowa, trochę na niej nawet smutku.
— Smutku, czy tylko pomięszania? — zapytał Iwo — jak ci się zdaje?
— Prawdziwie, tego ja nie potrafię określić, nie znając osoby.
— Zawsze mówisz, żeś wesela nie widział?...
— Tak mi się zdaje.
— Będziesz jeszcze w Mielsztyńcach? — zapytał po chwili kasztelanic.
— Ano, muszę dla tej łąki, — odparł Repeszko; — ale mi się coś zdaje, że mi już do zamku, do pana, przystępu nie dadzą, i pewnie tylko do Dzięgielewskiego odeszlą.
— Jednak, gdybyś tam był... słuchaj... to mi opowiesz, coś widział...
Repeszko się skłonił; coraz dla niego niezrozumialszym był kasztelanic, ale też co chwila większą budził w nim obawę. Zeszli tak rozmawiając na dół. Bryczka stała nieopodal...
P. Nikodem począł żegnać się, a Iwo, jakby o owym projekcie sprzedaży całkiem już zapomniał, nie wstrzymując go wcale, kiwnął głową tylko, pożegnał i poszedł powoli do swego mieszkania.
Pozbywszy się go, lżej odetchnął nieszczęśliwy nasz przybylec, dopadł wózka, chłopcu zdrzemanemu dał w kark i kazał do domu pospieszać. Sądzono mu wszakże było tego dnia same spotkać niespodzianki. W drodze, nie dojechawszy do dworu, napędził pieszo wracającego z przechadzki starowinę księdza proboszcza Ziemca. Szedł on na plebanią, a spostrzegłszy zwykłego swojego maryaszowego gracza, począł nań machać ręką i dawać mu znaki, aby do niego wysiadł. Choć dobrze zmęczony, Repeszko odesłał konie i zsiadł z wózka, pieszo już myśląc powrócić po rozmowie ze staruszkiem. Ale ten go na wieczerzę zaprosił, a wieczerza dla człowieka, co jej w domu nigdy nie jada, jest rzeczą miłą i pożądaną. Ks. Ziemiec się nudził, więc siedli zaraz do maryasza. Począł go pytać, gdzie był, co robił, kogo widział. P. Nikodem nie miał powodów tajenia się z niczem, a głowę miał pełną osobliwych wrażeń dnia tego, począł więc z wszelkiemi szczegółami całą swą podróż i jej przygody opowiadać.
Dopóki była mowa o Mielsztyńcach, ks. Ziemiec głowę miał spuszczoną, milczał i nie przerywał; ale gdy począł o spotkaniu się z kasztelanicem, jakby go co tknęło, starzec karty rzucił, oczy podniósł i ramionami zżymnąwszy, niecierpliwie kilka razy mruknął.
— No! patrzajcież! no! jeszcze czego nie stało... do tej pory nie zapomniał.
Repeszko zdał jak najdrobnostkowiej sprawę ze swej utrapionej bytności w Rabsztyńcach, — uważając, że staruszek mimo to celu zaproszenia dobrze zrozumieć nie mógł i dopiero gdy przyszedł w opowiadaniu do ostatnich zapytań, proboszcz się rozśmiał i zawołał:
— A tuś mi! to tak jak w liście, gdzie post scriptum dopiero istotny interes zawiera.
— Wyspowiadałem ci się, mój ojcze, dodał p. Nikodem, teraz że mi to wynagródź choć kilku słowami, bo jestem jak w rogu tutaj. Ludzi nie znam, co się ze mną dzieje, nie rozumiem, ale ten szalony pałka Iwo Życki... jest dla mnie zagadką.
Ksiądz się zamyślił.
— A juściż — rzekł po chwili poważnie, — niektórych objaśnień waćpanu udzielić muszę, dla tego samego, abyś się w postępowaniu swem miał czem pokierować; ale zaklinam was, nie paplajcie!
— Ojcze dobrodzieju! — zawołał pan Repeszko, składając ręce. — Nie znacie mnie jeszcze, nie wierzycie mi, ale ja jestem milczący z natury, dobroduszny, w cudze się sprawy nie wdaję, swoich pilnuję, Boga chwalę i Jego bym obrazić nie chciał... Mówiąc to, tak świętoszkowską miał postać, że ksiądz, gdyby był miał lepsze oczy, byłby się pewnie jej przeląkł.
— No, no — co do Jaksy ja jegomości zainformuję — szepnął — ale jeszcze raz przestrzegam, że jeśli tknę mimowolnie w opowiadaniu Spytków (bo to rzecz nieuchronna), niech to idzie jak w grób, jak w wodę.
— Ale jak w wodę! jak w wodę! — powtórzył uderzając się w piersi gość, który uszy nadstawił, oczy otworzył i o mało na staruszka cały nie padł, tak się ku niemu pochylił, by nie stracić słowa.
Ksiądz Ziemiec po namyśle krótkim mówić począł:
— Są tajemnice rodzin godnych, od losu ciężko dotkniętych, które cierpią z dopustu Bożego; te każdy człowiek szanować powinien i ani nawet wnikać w nie, aby tych ran dotknięciem nie draźnił. Ale są kary Opatrzności domierzone na płochych i występnych, które publicznemi być winny, aby grozę i bojaźń obudzały. Nie potrzebuję dodawać, że właśnie w tych dwóch wypadkach są rodziny Spytków i Jaksów.
Co się pierwszych tyczy, niech tam tajemnica pokrywa, dla czego się od świata odsunęli i w odosobnieniu a godnie cierpią dolę swoją. Historya za to pana Iwona Jaksy Życkiego żadną dla ludzi nie jest tajemnicą i być nie powinna. Ojciec jego kasztelan p....... wiele już na świecie dokazywał. Był żołnierzem, ale i warchołem niepospolitym; majątku natracił, żonę z klasztoru porwał, ludzi narąbał i nastrzelał niewinnych co niemiara, a jedynaka dziedzica tak wychował, że zszedł na to, czem go waszmość widziałeś.
Rodzina niegdyś godna, w Rzeczypospolitej wielkich i starych zasług, bodaj nie książęcego pochodzenia — ale w tej krwi przy wielkich przymiotach, i wielkie też trafiały się ekscesa. Złego znać tak było wiele, że miarę cnót przewyższyło i Bóg ich chłostać począł. Już w XVI wieku chylili się ku upadkowi. Nie pomogło i spokrewnienie z Firlejami, i nabyte przez nie bogactwa, i rzucanie się na różne strony; z każdem pokoleniem ubywało dóbr, znaczenia, wziętości, i schodzili coraz niżej, acz bez widocznych przyczyn upadku. Rodziny gałęź główna w końcu już przez jednego p. kasztelanica była reprezentowaną, a temu został syn jedynak Iwo. Nie szczędzono na wychowanie, a natura też darów nie poskąpiła, ale wszystko szło można powiedzieć, w liście; młodzieniec bujał, świetniał, rozpraszał się i nigdzie do niczego dosiądz nie mógł. Ojciec zmarł, swoboda smakowała, fantazya gnała, rzucił się za granicę; ale nigdzie miejsca nie zagrzał, choć wszędzie sławę pozyskiwał łatwo. Tam kogoś porąbał, tu strzelił, ówdzie burdę zrobił i trzeba się było wynosić. Jeszcze młody, ale dobrze świata zażywszy, wrócił do domu, sądząc, że on, co po całym niemal świecie sławę rycerską pozyskał, u siebie jeno się pokazać potrzebuje, by przed nim wszystko na twarz padało. Szumnie wystąpił w Rabsztyńcach... pojechał do stolicy na sejm, przepychem gasząc możniejszych; wrócił potem nazad, chcąc rozkazywać tu, a co mu w drodze stanęło zmiatając zuchwale.
Ale Jaksy przepychy i swawole niedługo potrwać mogły, bo przy takiem życiu Rabsztyńce rychło w cudze ręce pójść musiały, a ludzie dobrze rachować umieją.
Tymczasem w sąsiedztwie wpadła w oko p. kasztelanicowi panienka, w której się szalenie pokochał. Była to panna Brygida Zbązka, z familii możnej niegdyś, ale podupadłej na majątku. Ojciec jej miał wieś jednę niewielką.
Muszę odrazu powiedzieć waszmości, że panna Brygida Zbązka jest dziś najgodniejszą z niewiast, małżonką mego dobrodzieja, pana Spytka z Mielsztyniec.
— A, teraz rozumiem!! — zawołał Repeszko.
— Nic jegomość nie rozumiesz, — odparł ksiądz.
— Ale przepraszam, już wiem dlaczego się tak o nią dopytywał — dokończył gość.
— Dajmy na to — rzekł ks. Ziemiec. Więc kiedyś waszmość zrozumiał, to i moja historya skończona. Kasztelanic się kochał w pannie na zabój, a Spytek się z nią ożenił.
— Ale jakże to było? jak? proszę księdza proboszcza.
— Tego ja nie wiem...
— Bo wyrwało się temu zawadyace słowo, że mi włosy na głowie stanęły. Gdy się mnie po raz pierwszy dopytywać o nią począł... — rzekł — (ot, mogę jego własne powtórzyć wyrazy) rzekł wyraźnie: „Piękna pani! śliczna pani! Wygląda dziwnie młodo, śmieje się tak wesoło... jakby nigdy w życiu nikogo nie zabiła...“ Potem, postrzegłszy, że się wymówił niedobrze, zaklął mnie i zagroził, żebym tego nikomu a nikomu nie powtarzał.
— A po cóż mnie to mówisz? — spytał chmurno ks. Ziemiec.
— Ojcze! wam, to jak na spowiedzi — uniewinniał się Repeszko.
— Milczcież już, milczcie! na miłego Boga, nie chcę nic wiedzieć więcej, nie słucham — i nic nie powiem. Dosyć tego. Waszmość sobie narobisz nieprzyjaciół. Milcz! milcz!... proszę i zaklinam!... To mówiąc, rzucił ksiądz karty maryaszowe, Repeszko go w rękę pocałował i tak się rozstali.




Najmniej przenikliwe oko, patrząc na Mielsztyńce, odgadywało tam ukrytą boleść, jakąś pokutę, — ranę, która się oczów ludzi lękała; ale szacunek dla rodziny wstrzymywał lekkomyślną ciekawość. Zresztą położenie Mielsztyniec było z tego względu dosyć szczęśliwe, że chroniło od natrętnych sąsiadów; w okolicy była szlachta drobna i majątki wielkich panów, którzy tu nie mieszkali, a z wyjątkiem Studziennicy i Rabsztyniec, nikt prawie na życie Spytków nie zwracał uwagi. Czasem po dworkach cicho szeptano o tym zaklętym zamku, dziwne historye opowiadano o małym Spytku, o pięknej jego żonie, która namiętnie myśliwstwo lubiła, o synu bawiącym za granicą, o jakichś obrazach i podaniach starych w rodzinie, ale plotki te nie miały się czem nowem odżywiać i marły z niedostatku pokarmu; a to, co sobie ludzie mówili, tak było niejasne, tak sprzeczne, niepodobne do wiary, że nikt ani zbytniej wagi, ani wielkiego zaufania w prawdę tych baśni mieć nie mógł.
W samym zamku mielsztyńskim najstarsi nawet słudzy domu, których kilka pokoleń z żyło się z rodziną, nie wiele dziejów jej wiedzieli. Głębokie milczenie okrywało te tajemnicze przygody, zaszłe jeszcze wprzód, nim z Krakowskiego tu się na dobrowolne wygnanie przenieśli.
Różnie sobie tłumaczono te dwa wizerunki przodków na katafalkach, te śliczną postać kobiety, która na białej szyi krwawą nosiła pręgę. Wiedziano tylko, że było w roku kilka aniwersarzy, do których się uroczyście przygotowywano, które obchodzono z wielkim przepychem modłów, mszy, wigilii, ekzekwii i nabożeństwa. Często wspomnienia Emilii Spytkówny w pobożnych modłach, tradycyą, że ją wystawiał ten portret wiszący w sali, że skończyła śmiercią tragiczną, nagłą, o której szczegóły nikt nie śmiał pytać, na nią szczególniej zwracały uwagę domowników. Wieczorem też, przechodząc około jej wizerunku, obawiano się nań spojrzeć, a głucha wieść twierdziła, że się często pojawiała z tą różą rozkwitłą w ręku, ukazując na szyję zakrwawioną. Mianowicie gdy nieszczęście jakie dotknąć miało Spytków rodzinę, duch Emilii zawsze się komuś objawił. Rozsądniejsi mieli to za zwykłe baśnie, jakich pełno wszędzie. Starzy wszakże zasłyszeli, że od śmierci tej panny spadły wszystkie klęski na Spytków. Dzieci umierały w kolebkach; z żadnego małżeństwa więcej nad jedno, jakby tylko umyślnie na spadkobierstwo kary się nie wychowywało. Od kilku pokoleń żaden Spytek nie miał nad jednego syna, a choć pragnęli córki, nie przyszła na świat już żadna, owa Emilia była ostatnią..... Dziwnym też fenomenem, do którego przywiązywano pewne znaczenie, od tych olbrzymów na wizerunkach starych, Spytkowie zeszli na wzrost prawie karli; każdy z nich od ojca był mniejszym, a choć ułomności żadnej nie widać w nich było, maleli i drobnieli tak, że niemal wstydzili się światu pokazać. Każda z matek starała się wszelkimi sposobami dać swemu dziecięciu siły i bujność; karmiono je umyślnie, dawano ciału rozrosnąć się, ćwicząc je i krzepiąc: nic nie pomagało. Przychodzili na świat z nadzieją, że zwykłego dojdą wzrostu, potem nagle młodości brakło i przed zwykłemi laty rosnąć przestawali. Uważano nawet, że Eugeniusz, którego matka była pięknej i wspaniałej postawy, choć go w klimacie obcym, za radą lekarzy, żywiąc jak najposilniej, wychowywano, nie dorósł ojca i mimo najpiękniejszych kształtów ciała nadzwyczaj był wątły i drobny. Umysł w nim dojrzał przedwcześnie, władze dachowe się rozwinęły, lecz roślina ludzka, dotknięta jakąś fatalnością plemienia, na łodydze usychała.
Nie dziw, że nosząc na sobie to brzemię jakieś wspomnień tajemniczych i groźby przyszłości, Spytek ojciec był smutny i milczący. Cały też dom dzielił się tą żałobą jego, i rzadko się weselszy śmiech rozległ po komnatach starożytnego gniazda. Życie płynęło w nim, jak płyną głębokie rzeki, których powierzchnia nie ma marszczki na sobie, nie okrywa się pianą, zdaje się stać, a dno jej zwodniczo się ukazuje z za kryształów, choć jest niezgłębioną przepaścią.
Troska o dziecię, obrzędy, pobożne uroczystości żałobne, zachowywanie wszelkich podaniowych obyczajów, przywiązanych do pewnych dni roku, czytanie, rozmyślanie, przechadzka w ogrodzie zamkniętym, — stanowiły całe życie Spytka, który się naówczas tylko ukazywał publicznie, gdy tego uniknąć nie mógł. Do tego trybu musiała się zastosowywać i pani, chociaż dla niej daleko to było trudniejszem.
Wychowana inaczej, spędziwszy młodość na swobodzie, w uboższym a gościnnie zawsze dla wszystkich otwartym dworku szlacheckim, panna Brygida musiała się, poszedłszy za mąż, zastosować do nawyknień męża. Poddała się warunkom jego życia, ale nie wyrzekła się jednej, dziwnej w kobiecie namiętności, zamiłowania w myśliwstwie. Ojciec jej był zapamiętałym łowcem; od dziecka córka mu w wyprawach towarzyszyła, strzelała jak żaden z mężczyzn, jeździła na najdzikszych koniach i choć w domu umiała dnie spędzać u krosien, gdy posłyszała trąbkę, gdy psy się odezwały pod oknami, zrywała się jak szalona i nic jej naówczas powstrzymać nie mogło. Spytek zrazu sądził, że powolnie pohamować potrafi tę pasyą, że ona z wiekiem sama ustanie, ale przekonał się w końca, że była nieuleczoną i uległ jej, uznawszy słusznie, za liczne ustępstwa żony wypłacić się wzajemnem. Chociaż sam nigdy w lesie nie bywał myśliwstwo w Mielsztyńcach urządzone było po królewsku; psiarnię miał najsławniejszą w kraju, sieci, strzelców, osaczników i cały dwór osobny łowiecki, na którego utrzymanie wielka wioska ledwieby starczyła. Stary koniuszy, a razem nadłowczy, Kmiecic, towarzyszył zwykle nieodstępnie pani we wszystkich jej wycieczkach. Oprócz tego szedł na wypadek wózek parokonny, koń luźny, a maleńkich strzelbek do zmiany wieziono tyle, że nigdy na nabijanie ich czekać nie potrzebowała. Późną jesienią pani Spytkowa jeździła z chartami, które tak wilka brały, jak najprostszego kota, a w dojeżdżaniu nikomu się wyprzedzić nie dała i konie jej szły na równi z psami najrączszemi.
W lasach mielsztynieckich, które były rozległe, w puszczy sąsiedniej należącej do Zamojskich, nikomu polować nie było wolno, a zwierzynę niemal hodowano i liczono, aby jej na zwykłą porę nie brakło. Oprócz Kmiecica i służby nikt na tych łowach nie bywał, choć one budziły ciekawość niejednego.
Widywano tylko piękną panią na dzielnym koniu tureckim, przesuwającą się jak wiatr po polach, a za nią cały tłum myśliwców, wozy, psy, bryki z sieciami i przyborem... Wszystko to przelatywało i nikło gdzieś w ciemnej puszcz głębi...
Niekiedy o krótkim dniu wracała już późno, a naówczas otaczali ją jezdni z kagańcami, i orszak ten, którego droga wyścielała się iskrami, zjawił się i nikł śród ciemności, jak jakieś nocne widziadło. Daleka łuna, posuwająca się szybko, kazała się domyślać po włościach, że pani z polowania wraca, ale nim kobiety i dzieci na gościniec wybiegły, by ją zobaczyć, już orszak się przesunął, a po nim tylko niedogasłe szczęty gdzieniegdzie dymiąc konały.
Ludzie co ją otaczali, mówili, że mimo zapału myśliwskiego, nigdy jej nie słyszeli mówiącej, nigdy nie widzieli uśmiechniętej wesoło....
Ze zsuniętą brwią jechała, goniła, strzelała, spoglądała na ubitego zwierza i powracała do zamku nieznużona, nie dając znaku po sobie, że w lesie kilkanaście godzin spędziła na skwarze, zimnie lub słocie.
I tego dnia, którego się spodziewano powrotu Eugeniusza z zagranicy, chcąc na jego spotkanie wyjechać, pani wzięła z sobą myśliwych i popędziła konno, a dopiero gdy syn się ukazał, z nim do powozu się przesiadła.
Mimo poszanowania jakie obudzała, charakter pani Brygidy nie mógł jej serc zjednać; była dobrą dla otaczających, ale obcą wszystkim. Prędzej sam Spytek rozmową, słowem, uśmiechem zbliżył się do kogo i dowiódł, że z nim czuje się członkiem jednej wielkiej ludzkiej rodziny; pani spełniała jak najściślej obowiązki swoje, wymagała od drugich ich spełniania nieubłaganie, ale jej serce kobiece zdawało się żelazną blachą w piersiach zabite. Nie okazywała ani szczęścia ani bólu, zawsze była jedna, milczącą, poważną i jakby całemu światu zupełnie obcą, żyła tylko w sobie. Dla męża powolna, stosująca się do jego rozkazów, uległa rozporządzeniom, również była zimną i nieprzystępną.
Gdy pan Bóg dał jej syna, zdawało się że te lody pękną. Chwyciła dziecię namiętnie przyciskając je do łona... chciała je kochać, rozwiązały się usta, zabiło serce, ale lekarze nie dozwolili karmić jej samej, dziecię potem odesłano pod cieplejsze niebo, wydarto jej tę pociechę.
Naówczas, choć po zbladłem licu, widać było ślady niezmiernego cierpienia i walki, z ust jej nie wyrwała się skarga, jęk, ani prośba. Uległa, z nową namiętnością tylko rzucając się do łowów. Dziecię ledwie raz w rok przywożono do Mielsztyniec. Były to dla niej dnie uroczyste, gorączkowego zajęcia; ale zarazem z obejścia się z synem znać było, że ten związek serdeczny, który życie powoli każdą chwilą razem przebytą utrwala, został zerwany między nią a tem dzieckiem. Z ciekawością wpatrywała się w nie, badała: a czuła mu się obcą. Niekiedy wybuch czułości ją zbliżał, a chłód dziecka oddalał..... Syn wychowany był starannie, ale z pewnemi szczególnemi ostrożnościami, które tylko przeszłość wytłumaczyć mogła. Obawiano się w nim egzaltacyi, zbytku roznamiętnienia, więc dążono ku temu, by zawczasu go rozczarować, ostudzić i trzymać w chłodzie. Może dla tego matce nawet zajmować się nim nie było wolno, bo mimo pracy jej nad sobą, energiczny charakter malował się w niej dobitnie. Matką więc była tylko z imienia, choć w czasie pobytu dziecka w Mielsztyńcach zbliżała się często ku Eugeniuszowi, jakby dobyć z niego chciała rzeczywiste przywiązanie dziecięcia...
Z planów zapewne głęboko obmyślanych wynikało, że chłopak chować się musiał między obcymi, zdala od wrażeń jakie w domu rodzicielskim mógł odbierać, powierzony opiece najtroskliwiej wyszukiwanych piastunów i nauczycieli. Strzeżono go od marzeń, wdrażano do rzeczywistości: zabijano w nim umyślnie zbytnią czułość i namiętności gwałtowniejsze, których wybuchu zdawano się spodziewać. Ojciec pomimo to nastawał mocno, aby dziecię bardzo religijnie w wierze ojców, w nawyknieniach do praktyk jej wyrastało. Zastosowywano się do tego, ale trudno było w ówczesnej Francyi, przy nauczycielach Francuzach, acz w stanie duchownym wybieranych, tchnąć weń tego ducha, który tam już nie istniał. Koniec XVIII wieku wyrobił tak nieznacznie swawolę myśli, pragnącej odzyskać swe prawa sądu i samorządu, iż jej ulegli nawet ci, co suknię duchowną nosili i z powołania do obrony religii obowiązani byli. Ci, zachowując powierzchownie wszystko, do czego ich stan ten zmuszał, posłuszni zewnętrznym formom stykali się w życiu z zasadami tak przeciwnemi powadze, której musieli ulegać, otoczeni byli atmosferą tak przesiąkłą cale różnym duchem, iż niepostrzeżenie tracili gorliwość, nabywali pobłażania, zarażali się sceptycyzmem, a raczej drętwieli w obojętności zupełnej. Działanie to ducha wieku nie było nagłe, jak się nam dziś wydawać może z daleka, nie występowało wręcz zaczepnie do boju, ograniczyło się tajemniczem, ale niszczącem przetwarzaniem przeszłości.
Wszystko, co jakąkolwiek miało styczność ze światem uczonym, z literaturą, przejęte było niewiarą i niepokojem poszukiwania utopii, które wiarę zastąpić miały.
De Bury, nauczyciel młodego Eugeniusza, był najzapaleńszym zwolennikiem Jana Jakóba Russa... W jego pismach upatrywał jakby nowe światło, jutrzenkę nowej ery; a jak wielu naówczas, godził marzenia filozofa genewskiego, z zasadami chrześcijańskiemi. W Mielsztyńcach ścisłość religijna była nader wielka, zachowywanie przepisów, nawet najobojętniejszych, wiary, posuwano do nieubłaganej surowości. Sam pan Spytek był niejako stróżem ortodoksyi domu i stawał opornie nawet przeciw kapłanom, jeśli coś z praktyk starych zwolnić chcieli dla słabości ludzkiej. Nigdzie też wszystkie tradycye kościoła naszego pilniej przestrzegane nie były, a obrzędy spełniane z większą skrupulatnością. Kaplica zamkowa była filią parafialnego kościoła, dosyć oddalonego, na słotne i chłodne pory roku, ale mimo przywilejów jakie miała, Spytek w dnie uroczyste poczuwał się do obowiązku odprawiania nabożeństwa w miasteczku, wraz z innymi parafianami, i naówczas go tylko obcy ludzie widzieć mogli z daleka. Odbywało się to z pańską wystawą; szły powozy stare, ozdobne, poprzedzane przez masztalerzy, ze służbą w wielkiej liberyi, z rękodajnymi dworzanami, hajdukami i t. p. Kawalkata zajeżdżała przed kościół, a proboszcz zwykle ze święconą wodą naprzeciw dostojnych kolatorów wychodził, którzy we drzwiach przyjęci, zamykali się potem w osobnej loży, przy wielkim ołtarzu dla nich umyślnie wzniesionej. Lud miasteczka i okolicy cisnął się naówczas tłumnie przy wejściu i wyjeździe, aby ich oglądać choć z dala, gdyż ciżba sług szeregiem stojąca na drodze do karet, zbyt mu się zbliżać nie dawała. W takich razach kapelan, najczęściej zakonnik, towarzyszący państwu, rozdawał obfite jałmużny, po które żebractwo się w te dni zdala zbiegało.
Spytek sam przestrzegał, aby domownicy wszyscy równie z nim uczestniczyli w nabożeństwach i zachowywaniu religijnych obyczajów miejscowych, który każdy niemal kraj sobie wyrobił w pierwszych wiekach gorliwości. A na tych chrześcijańskich ucztach, na które gdzieindziej liczne się zjeżdża sąsiedztwo i rodzina, w wigilią Bożego Narodzenia i na wielkanocne święta w Mielsztyńcach pusto było, i nikt prócz starszyzny i oficyalistów do stołu nie siadał. Łamano się opłatkiem, dzielono święconem jajem w milczeniu jakiemś smutnem. Bo Spytkowie rodziny nie mieli, a przyjaciół dobrowolnie się wyrzekli.
Można sobie wystawić, jak księdzu de Bury, odwykłemu od praktyk ścisłych, wydawać się musiał dom ten, istny klasztor ostrej reguły. O ósmej rano dzwoniono na mszę świętą do kaplicy zamkowej; naówczas, co żyło we dworze, musiało jej być przytomnem. Po mszy następowały wspólne modlitwy, śpiewy, czasem medytacye... i dodatkowe obchody, wedle pory roku. Wieczorem spólna modlitwa na Anioł Pański znowu skupiała wszystkich. Środa, piątek i sobota sam pan Spytek suszył zawsze i do stołu nie siadał nawet; w wigilie także, adwent, wielki post czterdziestodniowy, suche dni kwartalne jadano z olejem lub wodą, kto oleju nie znosił. Dla Francuza były to rzeczy niesłychane, gdyż nigdzie post, oprócz po klasztorach, tak surowo jak u nas zachowywanym nie bywa. Dzieciak także od tego był odwykł, a posty za granicą odbywał z nabiałem, rybami, oliwą i czuć mu się one nie dawały. Różnica ta rodzicielskiego domu nauczycielowi i dziecku wydawała się barbarzyństwem średniowiecznem. Wspominamy o tem, choć nie to tylko jedno raziło wychowańca ks. de Bury i uśmieszek wywoływało na jego usta. Wstrzymywał się wprawdzie z objawieniem tego, co myślał przy ojcu, ale nie krył przed matką, która milczała.
Spytek, ile razy syn powracał mu latem do domu na parę miesięcy, niespokojnem okiem badał rozwijanie się tej jedynej rodu swojego gałązki. Dopóki młodszym był Eugeniusz, łudził się i cieszył postępami, swobodą, weselem... ale od lat kilku już radość tę zastąpił niepokój, choć ukrywany, jednak widoczny. Zmieniono dwóch nauczycieli z kolei, starano się o księdza, w ogóle dostrzegł ojciec, że dziecię obce jest domowi, rodzinie. To go przerażało. Eugeniusz każdego roku powracał mu jakiś coraz dziwniej obcy, coraz mniej rozumiejący dom własny, coraz nim bardziej znudzony, uśmiechający się widoczniej z jego majestatycznej ciszy. Unikając może jakiegoś wymarzonego niebezpieczeństwa, zarażenia go zbytnio pewnemi tradycyami, któreby życie zatruć i obawą natchnąć mogły, nastręczono większe daleko, czyniąc zeń istotę bez związków z tym światem, w którym jednak żyć musiał i dźwigać jego obowiązki.
Stosunek ojca do syna i matki do jedynego dziecka był zaprawdę dziwny; nie brakło w nim oznak miłości i najczulszego przywiązania dowodów, a jednakże zdawało się, że serce z nich wyjęto.
Pieszczono to dziecię, ale szczerszem słowem nikt nie przemówił... Ojciec nie umiał czy nie mógł, matka jakby się lękała. Oczyma śledziła Eugenka, podziwiała go, lecz obawiała się doń przystąpić. Władał nim ten, któremu rodzice przekazali całą swą moc nad nim i prawo, — miły, słodki, dowcipny i rozumny ks. de Bury, ale wedle teoryi, nie wedle serca.
Jeżeli zamiarem było zawczasu ten niebezpieczny organ życia w nim zniszczyć i nieczynnością ostudzić, można rzec, że się wychowanie doskonale udało: Eugenek żył głową, myślą, jak najmniej uczuciem. Nie obrachowali nauczyciele może, iż rozbrajając serce, niepodobna fantazyi związać, myśli spętać, namiętności sparaliżować; a gdy przeciwwagi uczucia nie ma, naówczas ta fantazya i namiętności dalej mogą zaprowadzić, niż słabe serce znieść by mogło...
Często co ma ostudzić i uzbroić człowieka, na większe go niż czułość chorobliwa naraża niebezpieczeństwa...
Lecz nie wyprzedzajmy wypadków prostej naszej, ale niestety prawdziwej powieści. Dzień ten, na który wypadkiem trafił do Mielsztyniec pan Repeszko, był dla Spytków uroczystym. Po roku niewidzenia odzyskiwali to dziecię, na którem wszystkie ich spoczywały nadzieje, i mogli śledzić w niem rozwijanie się o przyszłości stanowiące. Nie dziw, że ojciec drżąc nań oczekiwał, że matka przeciw niemu wybiegła, aby go prędzej zobaczyć.
Ks. de Bury, który już od lat kilku był przy Eugenku, nie znał też Mielsztyniec. Zalecony przez jednego z pobożnych i świętobliwych zakonników na nauczyciela dla młodego Spytka, w czasie wakacyi zwykle odbywał podróż do swej rodziny i po raz pierwszy przybywał z wychowańcem do nieznanego sobie kraju i domu. Kraj, dom i ludzie czynili na żywym Francuzie niezmierne wrażenie, ale nadto był dobrze wychowanym człowiekiem, aby zdziwienie swe okazał, lub słowem je zdradził. Z ciekawością spoglądał na wszystko. Z niemniejszą wyczekiwał nań Spytek, który jakoś wcale różne sobie wyobrażenie był uczynił o księdzu i guwernerze swego jedynaka; uderzyła go od razu ta powierzchowność zbyt światowa.
Gdy weszli do pokoju ojca, a dziecię rzuciło mu się na szyję, nie jak po polsku wypadało, do nóg, gdy za chłopakiem ukazał się fryzowany, młody, uśmiechający się księżyna, stary pan Mielsztyniec zadrżał. W jednej chwili pojął, poczuł, że straconem było wszystko, że syn jego tym nie będzie, kim on go mieć chciał. Nadto był on dobrym fizyognomistą i sędzią ludzi, by się na tem nie poznał. Zbladł p. Spytek, zadrżał, ręce jego objęły syna... ucałował czoło, ale łza która się na czoło dziecka stoczyła, już go opłakiwała. Druga jeszcze okoliczność uderzyła go nieprzyjemnie. Eugenek, który od przeszłego roku powinien był wyrosnąć, nie zdał mu się ani odrobinę wyższym. Ojciec poczuł w objęciach, że dziecię nie urosło, że rosnąć od roku przestało... że było niższe od niego, trwało więc nad jego rodem przekleństwo... Ale oba te nieprzyjemne wrażenia pokrył siłą woli, uśmiechnął się i wrócił do układnego Francuza, który przygotowany kompliment deklarował z odwagą i przytomnością umysłu niezachwianą. W tej oracyi, subtelnie madrygałowym sposobem przysmażonej, zręcznej, wytwornej a czczej, była mowa o wielkich przeznaczeniach potomka znakomitej rodziny, o owocach pracy, o dobrach natury i t. p. i t. p.
Spytek połknął to grzecznie, a patrzył na syna tylko, na którym też i oczy matki spoczywały z gorącą ciekawością... Rozmowa w pierwszych chwilach roztaczać się poczęła powolnie, obojętnemi zapytaniami, odpowiedziami, ogólnikami, które zawsze stanowią preludya zbliżenia się nieznajomych.
Jeden Eugenek, pieszczone dziecko i wychowanek natury potrosze, który ani się hamować nie widział potrzeby, ani żywości swej i wesołości studenckiej ukracać, po chwilce spoczynku ruszył się żwawy, swawolny, niecierpliwy, budząc wszystkich zapytaniami i okazując, że niczyjej powagi wyższą nad potęgę swej młodości nie uznaje. Tknęło to Spytka, nawykłego do wielkiej w domu karności, ale przy obcym nie śmiał się odezwać.
Chłopak był całkiem Francuzik, przez najemników wychowany i do panowania im przywykły. Ani wejrzenia matki, ani uwagi ciche księdza, ani smutne milczenie ojca, nie mogło weselu jego, roztrzepaniu, żywości, położyć pewnych granic...
Ciche pokoje zamkowe, w których oddawna wesoły śmiech się nie rozlegał, po raz pierwszy od lat wielu posłyszały odgłosy wiosenne tej radości, co nie wie z czego wyrasta, dla czego jest, a czuje się na świecie potrzebną ludziom i sobie. Tylko w sercu starego Spytka ten śmiech dziecka odbił się jak okropna wróżba ciężkich boleści, któremi się musiał opłacić; ścisnęło mu się serce myślą, że Eugeniusz ani przeczuwa ciężarów swej doli. Matka także na ojca, to na niego patrzała smutnie zdziwiona.
Dziecko w jednej chwili uścisnąwszy ojca, potem ucałowawszy mu nogi, pobiegło do matki, aby jej nie być zaległem w pieszczotach; z ciekawością przemyszkowało kątki wszystkie, zajrzało gdzie tylko mogło, wdrapało się do okna, powąchało stare księgi ojcowskie, i jużby się było chciało wyrwać na swobodę, aby księdzu swemu pokazać cały zamek... opowiedzieć, co niegdyś tu od sług słyszało... polatać...
A jednakże ten trzpiot tak swawolny miał mimo fizyognomii swej dziecięcej lat szesnaście przeszło, ale pieszczoty czyniły go w pewnych względach jeszcze tak młodocianym roztrzepańcem.
Przeczuciem matki wiedziona, chcąc razem syna uwolnić z tego więzienia, a ojca z nauczycielem zbliżyć, pani Brygida skinęła na niego, aby z nią wyszedł i wywiodła go z sobą do sąsiednich pokojów.
Eugenek widywał je co roku, ale zawsze dziwny zamek ów zaciekawiał go tysiącem rzeczy. I tym razem wybiegł, witając najprzód trupią głowę w rycerskim hełmie, z zuchwałością śmiałka, który się już nawet śmierci nie lęka, a potem ścigając milczącą matkę pytań tysiącem.
— A to ta babusia... panienka z czerwoną pręgą na szyi, której historyi nikt mi powiedzieć nie umiał, czy nie chciał... ale się ja jej muszę dowiedzieć, — paplał żywo. — Ja już mam lat szesnaście, nie jestem dzieckiem, jestem mężczyzną — powinienem znać historyą domu. A to ten stary, ogromny, straszny pradziad, którego nazywano miecznikiem, choć nim nie był.
Matka nic nie odpowiedziała, on wciąż biegał, witał, zaglądał.
— To dziwna rzecz, — mówił — od tylu lat zawsze tu wszystko na swojem miejscu. W pokoju ojca... w tych salach... nic nie drgnie, nic nie przybywa, nic się nie starzeje. Ludzie ci sami... zdaje się, że wczoraj ztąd wyjechałem...
— Słuchaj Eugenek — usiadłszy w kątku sali okrągłej i przyciągając go ku sobie, odezwała się Spytkowa — tyś mnie zrozumieć powinien. Wyprowadziłam cię umyślnie, aby ci powiedzieć rzecz jednę... aby cię przestrzedz.
— Przestrzedz? dobrze... — odparł chłopak — ja jestem posłuszny, gdy tylko mogę.
— Widzisz, jak tu wszystko nieme, milczące, poważne dokoła ojca, który smutek jakiś dawny nosi na sercu... Ty jesteś młody, ty potrzebujesz wesela i hałasu, ale one ojcu mogą być przykre... Wstrzymuj się... nie trzpiotaj, nie śmiej się... bądź uważniejszym, z poszanowaniem i umiarkowaniem.
— Moja mamo, — rzekł Eugenek — to dobrze; ale kiedy mi w duszy wesoło, że was widzę, żem tu przybył, jakże to ukryć?
— Być wesołym, lecz nie okazywać tego.
— Matko, to zawsze będzie rodzaj kłamstwa.
— Prawda, dziecko moje — smutnie odpowiedziała Spytkowa — na co ja cię go mam uczyć? Zawcześnie nauczy cię tego życie... A więc...
Umilkła i pocałowała go w czoło.
— Bądź jakim cię Bóg stworzył, jak ci serce wskaże... a co ma się stać, to się stanie...
— A cóż się może stać, matko? — zapytał chłopak.
— Nic, nic — ojciec jest człowiek stary, znękany, smutny; może cię wziąć za bardzo płochego i zmartwić się...
— Dlaczegóż ojciec jest smutny? alboż nie pamięta, że był młodym i wesołym? — mówił Eugenek.
— Już dość, nie zadawaj mi pytań, dziecko moje... Niech cię Bóg błogosławi, niech...
Tu łza się jej zakręciła w oku, ale śmiech dziecka rzucił w nią jakiś promień radości i uśmiechnęła się także.
— Nie spytałeś o swego konia, — zawołała.
— A! prawda, mój koń, mój arab! Matko każ wyprowadzić araba! niech Tamara za szyję uścisnę. Czy on też mnie pozna?... czy zarży do mnie?
I klasnął w ręce i pobiegł do dzwonka na stoliku, a w chwilę słudzy się zbiegli i do stajen posłano, aby Tamar przyszedł młodemu panu sobą się pochwalić...
Gdy tu tak się kończyła rozmowa, w pokoju pana Spytka ks. de Bury, chcąc jak najtrafniej pochwalić się postępami wychowańca, pojętemi wedle swych zasad, każdym rysem, każdem słowem raził ojca, który bladł, czerwieniał, nie śmiał się jeszcze sprzeczać, ale przekonywał się coraz bardziej, iż wychowanie syna było chybionem, że człowiek któremu je powierzono, niewtajemniczony, pełen wiary w siebie, poprowadził je koleją wieku, do którego należał i kraju, którego był dzieckiem. Nie czas już było walczyć, cofać się, gniewać, potrzeba było kielich goryczy, najcięższy w życiu, wypić do dna, nie zmrużywszy oka, nie jęknąwszy nawet. Stało się.
Blady pan Spytek, z załamanemi rękami, słuchał milczący świergotliwego opowiadania, a oblicze jego tak straszna jakaś napiętnowała boleść, że wchodząca po półgodzinnej niebytności żona przelękła się na widok jego, nie śmiąc jednak dać poznać po sobie, że to widziała... bo nie wolno jej było pytać. Siedziała milcząca. Eugenek tylko pobiegł do ojca, chwaląc araba, którego wyściskał i na którego już siąść pragnął...
Na skinienie Spytka, który widocznie cierpiał bardzo, pani Brygida wywiodła ks. de Bury i syna. Gdy drzwi się zamknęły, stary pochwycił się za krzesło, nogi pod nim drżały, wziął się za czoło palące, a potem powlókł do klęcznika i padł na kolana.
— Stań się wola Twoja, Panie! — zawołał. — Widzę zgubę rodziny w tem dziecięciu... Chciałem je uczynić czujnym pracownikiem w Twej winnicy, pokutującym za ojców winy, abyś się nad krwią naszą ulitował — nie zdołałem! Wszystko w mych rękach przeistoczyło się, skarlało jak ja, znędzniało... Nie uniknione przeznaczenie, wyrok Twój Panie nieprzebłagany się spełni... Łzy i modlitwa nie ocalają od zguby rodziny, na nią palcem Twym naznaczonej. Stanie się więc wola Twoja... rozsypie się w proch znikomo... Walczyłem do ostatka, pragnąc przemienić dolę naszę, wstrzymać śmierć; alem słaby... i oto padam, panie i jęczę: weźmij mnie, abym na ruinę nie patrzył i ostatka nie oglądał oczyma mojemi. Nie rychło przyszedł do siebie stary, a gdy ochłonął nareszcie i chciał wyjść do żony i syna, poczuł się tak nagle osłabłym, że całą siłą zaledwie wywlec się potrafił z komnaty. Powolnym krokiem przeszedł, jakby żegnając się z niemi, puste sale zamkowe, stając naprzeciw portretów i duchem rozmawiając z niemi.
Tak dosyć smutno przeszedł ten dzień pierwszy pobytu Eugenka w domu rodziców, chociaż Spytek miałby się czem pocieszyć, gdyby po ludzku umiał przyjmować pociechę. Po obiedzie bowiem ks. de Bury przyniósł rozpakowany cały stos wypracowań, rysunków, zeszytów naukowych młodego trzpiota, który wielkie zrobił postępy. Pozornie dziecinny, umiał i wiedział więcej niż pospolicie w jego wieku chłopcy; ale ta nauka nawet raziła ojca, bo w niej na każdym kroku czuć było niecierpliwy umysł, który po za granice teraźniejszości sięgał, pragnąc burzyć i przetwarzać.
Gdy się wszyscy na spoczynek porozchodzili, a nauczyciel rozmyślał tęskno nad nudami, jakich w Polsce doznawać będzie, dla braku stosownego towarzystwa, gdy miał siąść i pisać wrażenia swe dla przyjaciół pozostawionych we Francyi, dla ks. Raynal’a i kawalera Beaumarchais, niezwykły o tej godzinie ruch jakiś dał się słyszeć na korytarzach. Ksiądz de Bury, nie budząc usypiającego wychowanka, wyszedł, aby się spytać, co się stać mogło; byłby wszakże z trudnością się rozmówił, gdyby wypadkiem nie przesunęła się w tej chwili blada jak marmur, zasępiona pani Brygida. Szła z oczyma wlepionemi w ciemność... z lampką w ręku... Ksiądz troskliwem pytaniem ją wstrzymał...
— Módl się, — odpowiedziała mu... pan i mąż mój niebezpiecznie zapadł...
— Cóż się stało?
— Nic... zachorował...
Była już noc, gdy sługa czuwający przy panu Spytku omdlałego podniósł z klęcznika, przy którym się modlił, i pobiegł oznajmić pani. Stary leżał z gorączką silną na łóżku. Natychmiast posłano po lekarza do pobliskiego miasteczka, a konie rozstawiono do Lublina, aby nad ranem mógł przybyć lekarz inny, Włoch, który największej sławy w okolicy używał. Spytkowa, na chwilę tylko odszedłszy od łoża męża, wróciła przy nim zająć swe miejsce, milcząca, ale przerażona tem uderzeniem piorunu. Spytek był nieprzytomny, odzywał się jakby do niewidzialnych postaci łoże jego otaczających; to płakał, to milczał, lub modlił się. Potem, gdy chwilka snu jakby go pokrzepiła, budził się, poznając żonę, odzyskując zmysły, mówiąc chłodnie i rozważnie; ale te jasne momenta trwały krótko, a po nich zaraz jakby mgłą oblekał się umysł i znów wracali owi umarli do łoża... gorączkowe halucynacye, łzy i modlitwy...
Na krześle przy starcu, łzy nie roniąc, marmurowo spokojna siedziała Spytkowa; słuchała i patrzyła, jak się pogląda na spełnienie wyroku nieuniknionego. Trudno było odgadnąć, co się w jej sercu działo, jakiem uczuciem biło ono dla tego człowieka, który był jej mężem, którego dzieliła życie, zdając się nie podzielać ani pojęć, ani bólów, ani gorączkowych wróżb przyszłości. Niekiedy nawet zdawać się mogło, że pani Brygida, wcielona do tej rodziny, ani wielkiego do niej przywiązania, ani nawet spółczucia dla jej losów nie miała. Jak ofiara wyznaczona dla cierpień, dźwigała je nie jęcząc, nie żaląc się, ale nie pokazując też po sobie, by serce jej udział miało jaki w tych igrzyskach losu.
Śród nocy już przybył naprzód lekarz z miasteczka, ale oprócz gorączki, której uznał istnienie, niczego nie mogąc się dobadać, przepisał tylko lekkie przeciw niej środki; przyczyny choroby były dlań tajemnicą... Tymczasem noc przeszła bez zmiany; nadedniem nastąpił sen i nieco ulgi... Doktor Włoch nadążył około południa, gdy znowu gorączka się powiększać zaczęła i stopniami ku wieczorowi rosła, co zwiastowało rozwijanie się choroby, ale charakteru jej jeszcze określić nie było podobna.
W domu posępna panowała cisza; nawet Eugenek z książką w ręku, spokojny i smutny, siedział w sali, a serce jego prawie po raz pierwszy w życiu poczuło obawę i niepokój...
Niekiedy blada matka wychodziła odetchnąć do sali, całowała dziecię w czoło, szepnęła słów kilka księdzu... i powracała do łoża...
Czekano przesilenia, które przyjść miało nazajutrz lub później może. Ale tego dnia gorączka niesłychanie się wzmogła, chwile jasne znikły, chory był całkowicie nieprzytomny. Włoch nie krył się z tem wcale, iż nadzwyczaj małą miał nadzieję ocalenia pana Spytka...
Przebieg tej nagłej słabości był zwykły wszystkim gorączkom tego rodzaju. Kryzys nie przyniosła ulgi, a raczej przekonała, że chory sił do nowego życia już nie ma.
Następnych dni dogorywał tylko... wszelkie złudzenia trzeba było utracić. Szczęściem odzyskiwał przytomność, ale w chwilach takiego zwrotu tylu myślami się męczył, tylu obowiązkom chciał zadość uczynić, iż wysiłek zupełne wyczerpanie przyspieszał...
Dopełniwszy powinności chrześcianina uroczyście, wedle dawnego obyczaju, wobec całego dworu, gdyż chwila ostatniego pomazania łączyła się zawsze u nas z pożegnaniem rodziny, sług i wszystkich ziemskich przyjaciół — Spytek, jakby nieco uspokojony usnął.
Była późna noc gdy się przebudził... Otworzywszy oczy, ujrzał nieruchomą jak posąg żonę, która od początku choroby, nic prawie w usta nie biorąc, nie opuszczała na chwilę nieszczęśliwego... Siedziała patrząc nań, bez łzy, bez wzruszenia pozornego, ale nie opuszczając stanowiska. W drugim pokoju modlił się kapelan, w dalszych siedzieli Eugenek z ks. de Bury, bo sobie wyprosił, żeby mu czuwać dozwolono... Dalej jeszcze starzy słudzy, oficyaliści, wysłużeni gracyaliści, dwór niemal cały modlił się i płakał.
Od pierwszej chwili, gdy zachorzał Spytek, zamkową kaplicę otwarto, wystawiono P. Sakrament i nieustannie w niej na intencyą chorego odprawiały się modły.
Wśród ciszy i ciemności ten oświecony kościółek zdawał się już przygotowywać do pogrzebu. Pomiędzy ludźmi było przeczucie śmierci, tysiące oznak złowrogich... coś, co mówiło, że Spytek z tej choroby nie powstanie...
Przebudzony, zwrócił oczy na Brygidę i cichym głosem ją przywołał.
— Żegnam cię — rzekł — niech ci Bóg wynagrodzi ofiary twe... On je tylko i ja widzieliśmy.. Tam ci one policzone zostaną... Ostatnia wola moja i rozporządzenie... znajdzie się w papierach. Jeśli się nie znajdzie, po co tam wola człowieka próżna, gdzie Boża wszystkiem rozrządza?... Stanie się, co się stać było powinno — musiało. Próżnobym zalecał, zaklinał i chciał się przeznaczeniu wyłamać... Stanie się, — powtórzył, — co się stać było powinno. Niech syn przyjdzie... czuję, że nie dożyję rana.
Spytkowa poszła i przywiodła Eugenka, który przez te dni choroby ojca bardzo spoważniał i posmutniał; na twarzyczce jego znać było ślady łez i znękania...
Ojciec spojrzał na klęczącego i położył mu rękę na głowie.
— Dziecko moje, pocóż mam w młodą twą duszę wlewać jad i ból tych zwątpień, które moję strawiły. Niech Bóg odwróci kielich goryczy od ciebie, niech ci oszczędzi nieszczęść, niech błogosławi...
Tu mu głosu zabrakło.
Odwrócił się i podał rękę żonie, która ją w milczeniu ucałowała...
— Zniosłaś twe brzemię cierpliwie — rzekł — dzięki ci za to... Czułem, żeś je dźwigała, aleś mi to kryła... Zostaje ci wielki obowiązek... to dziecię! a w tem dziecięciu skupia się przeszłość kilko-wiekowa rodziny... jej zasługi i jej grzechy... jej posłannictwo i pokuta...
Głos powtórnie słabnąć począł i mowa stała się niewyraźną... Ręką jeszcze dotknął główki pochylonej Eugenka i westchnął... a w westchnieniu tem ducha oddał...
I długie milczenie panowało w komnacie, nim się rozległy ostatnie płacze i ostatnie modlitwy. Ze wschodów zamkowych w dziedzińce zbiegła wieść, która z ust do ust poleciała po sąsiedztwie: pan umarł! pan umarł!...




Mamyż opisywać wspaniały pogrzeb, na który z dalekich stron powinowaci, krewni, niezmiernie liczne duchowieństwo i szlachta tłumami się zjechała? W istocie ciekawym był może ten obrzęd, z całym tradycyjnym przepychem dawnych wieków odprawiony, na którym dwudziestu panegirystów przemawiało u grobu, a katafalk był arcydziełem misternej architektury ornamentacyjnej... Sto kilkadziesiąt tysięcy złotych wydano na opędzenie kosztów nabożeństw, które trwały kilka tygodni.
Wszystko, co tylko kiedykolwiek w obyczaju było czynić dla uczczenia zmarłego, zrobiono jak najściślej; żądała tego pani Spytkowa, zapewne przewidując wolę nieboszczyka, lub raczej stosując się do jego zasad, objawianych w innych życia wypadkach.
Zaraz po tym nużącym obrzędzie, wezwani powinowaci do przejrzenia papierów Spytka, znaleźli w nich jego testament.
Datowany on był wieczorem tego dnia, gdy syn przyjechał do Mielsztyniec i napisany jakby pod wrażeniem obawy śmierci i przymusowego pośpiechu. Obok leżała koperta, rozdarta świeżo, która jak się zdawało, dawniejszy, przy pisaniu nowego zniszczony testament zawierać musiała. Ale z tamtego popiół tylko w kominie pozostał.
Ostatnia wola była krótko nader wyrażona. Spytek żonie polecał opiekę nad synem i zarząd dóbr całych, dozwalając jej sobie wybrać dwóch współopiekunów. Na majątku miała ona dawniej zapewnione bardzo znaczne wiano, a oprócz niego dożywocie na połowie dóbr wszystkich. Kodycyl do testamentu wzmiankował, że gdy Eugeniusz dojdzie do pełnoletności, wręczoną mu zostanie rada ostatnia i błogosławieństwo ojca, powierzone osobie zaufanej, która wymienioną nie została.
Zmienił się więc los Mielsztyniec i zamiary względem Eugenka przez ten wypadek. Matka od siebie dziecka oddalić nie chciała; zostawiono przy nim do czasu ks. de Bury. Przewidzieć było łatwo, że choć wdowa z początku najmniejszej zmiany w trybie życia raz zaprowadzonym dopuścić nie chciała, choć zachowała sługi, godziny, obyczaj, szanując oddawna tu utrzymujący się porządek, nie mogło to trwać długo.
Pomiędzy nieboszczykiem a żoną, acz najprzykładniejsza panowała zgoda, nikt a nikt nie dostrzegł tej harmonii serdecznej, dobrowolnej, która się rodzi ze zgodności przekonań i charakterów. Było coś wytężonego, przymusowego w tem szczęściu pozornem; czuć było z jednej strony uczynioną i dotrzymaną, ale ciężką ofiarę. Miała się li ona aż za grób przeciągnąć?
Pani Spytkowa liczyła wprawdzie lat trzydzieści kilka, ale wyglądała młodo, bo duszy jej nawet ta walka lat kilkunastu nie zużyła i nie złamała. Zachowała się całą, z sercem młodem, z głową może pełną marzeń; tak przynajmniej czarne, ogniste jej oczy mówić się zdawały.
Było coś strasznego, ale uroczo pociągającego w tej kobiecie, milczącej, zadumanej, poważnej, tajemnicą okrytej i tak władającej sobą, że najsilniejsze uczucie drgnienia z niej nie wywołało.
Słudzy, szanując ją, lękali się jej więcej daleko niż samego pana, a niektórzy przewidywali, że pod jej panowaniem Mielsztyńce nie mogą już pozostać tą pustką klasztorną, jaką były. Ale nikt się nie ważył ani o tem przebąknąć; myślano i czekano.
W parę miesięcy ks. de Bury wyjechał do Francyi z powrotem, a do Eugenka przywieziono z Warszawy młodego człowieka, który się wychowywał za granicą. Był to młodzieniec wielkich nadziei i świetnych talentów, pan Tadeusz Zaranek, protestant. Pani Spytkowa, mając go sobie poleconym jak najkorzystniej, nie dowiadywała się nawet o wyznanie; dopiero w Mielsztyńcach okazało się, że był uczniem genewskiego mistrza i gorliwym zwolennikiem Kalwina. Zgorszono się niepomału, iż pomimo to Zaranek został przy uczniu. Prawda, iż z tą swą wiarą bardzo się wstrzemięźliwie zachowywał i nawracać na nią nikogo nie myślał.
Eugeniusz potrzebował towarzystwa; ku końcowi więc żałoby, powoli, nieznacznie, dom się otwierać, ożywiać zaczął. Matka nic przeciw temu nie miała. Zmiana więc, choć przychodziła nieznacznie i stopniowo, dawała się już czuć w domu, a po pierwszych do niej krokach wiele wróżyć było można. To też wróżono.
Nie skończyła się jeszcze żałoba uroczysta, rok i sześć niedziel trwająca, gdy niecierpliwie pono obrachowujący jej trwanie kasztelanic Iwo, który czatował na to, aby się dostać do Mielsztyniec... schwytawszy na przejażdżce Eugenka, poznawszy się z nim i przypodobawszy młodemu chłopakowi, utorował sobie drogę do nieprzystępnych dotąd dlań progów zamku.
Kasztelanic, jakeśmy mówili, był jednym z tych ludzi, którzy mimo zaniedbania się, puszczenia cugli i rozpasania, umieją gdy potrzeba najróżniejsze przybierać fizyognomie. Dla Eugenka stał się powagą, tak umiał go oczarować.
Chłopak, którego matka dosyć pieściła, wpadł jednego dnia do niej, oznajmując, że kasztelanica Jaksę na wieczór zaprosił.
Porwała się na to jak raniona pociskiem pani Spytkowa, i z oczów jej trysła błyskawica. Pierwszy raz zgromiła syna, że śmiał to uczynić bez jej wiedzy, naganiła natychmiast panu Zarankowi, że na to pozwolił, ale koniec końcem zgodziła się, by kasztelanic został przyjętym, oznajmując tylko, że do niego nie wyjdzie i widzieć go nie będzie.
Wytłumaczyła to przed synem tem, że towarzystwo tego człowieka znajduje dlań niestosownem, że między rodzicami była jakaś dawna nieprzyjaźń...
Eugeniusz zamyślił się, posmutniał... ale ani śmiał prosić matki, aby dla niego zmieniła postanowienie.
Rozkazano wszakże, aby przyjęcie było jak najwspanialsze i wyznaczono na nie paradne zamku pokoje, te właśnie, przez które widzieliśmy przechodzącego pana Nikodema Repeszkę.
Pan Zaranek miał sam tylko pomagać Eugenkowi w zabawianiu gościa. Niewiadomo nam, jak do tego doszedł, mimo swojego ubóstwa kasztelanic, że na oznaczony czas stawił się przed zamkiem nie opuszczony i zaniedbany jak zwykle, ale ubrany wykwintnie, na koniu bardzo ładnym i z masztalerzem, który zastępował nakuliwającego Zacharyasza. Obejście jego zastosowywało się do stroju; było łagodne, grzeczne i pełne uprzejmości. Eugenek, który z niecierpliwością młodego wieku oczekiwał na niego w ganku i zaraz mu oznajmił, iż matka jego jest chora, nie dostrzegł najmniejszej chmurki na jego czole. Kasztelanic skłonił się, zagadał o czemś innem i wszedł na pokoje śmiało.
Tu jednak niepodobna mu było pokryć wrażenia, jakie na nim ów zamek, tak pański, tylu pamiątkami ozdobiony, taki dostatek stary znamionujący uczynił. Skrzywiły się jego usta uśmiechem ironicznym, który przez nie przeleciał i zniknął, ale oczy mimowolnie zdradzały ciekawość i zdziwienie, prawie gniew jakiś wewnętrzny.
Tak przeszli aż do okrągłej sali, z której widać było przez otwarte drzwi stojącą w hełmie na zbroi rycerskiej owę trupią głowę (dziwne o niej chodziły podania)... Iwo stanął, długo się wpatrywał, pochmurniał i rzekł:
— Wszak i to pamiątka familijna. Myśl prawdziwie oryginalna... Cóż to ma oznaczać?
— Ja nie wiem — rzekł szybko Eugenek. — Mówią, że to proste przypomnienie śmierci.. ale... mnie ludzie jakąś historyą opowiadali, zwyczajnie baśń kobiecą, że to ma być głowa ściętego przez miecznika nieprzyjaciela naszej rodziny.
Kasztelanic szybko się odwrócił i więcej już nie pytał... ale brew mu się zmarszczyła.
— Pan widzi, oto ten — dodał wskazując Eugenek... to jest miecznik, nie wiem czemu go tak nazwano. Miał być bardzo srogim człowiekiem... A ta oto panna babunia, co ma tę dziwną krwawą przepaskę na szyi, z którą się urodziła... to jest córka miecznika...
Kasztelanic zdawał się nie chcieć już słuchać; przerwał rozmowę, mówiąc coś do Zaranka, potem się zwrócił do koni. Przyniesiono wystawny podwieczorek, którego kasztelanic pod pozorem słabości nie tknął; przyjął tylko kieliszek wina, i ten, zręcznie nachyliwszy się, wylał przez okno, jakby w tym domu nie godziło mu się rozłamać chlebem, ani ugasić pragnienia.
Eugenek widział to, ale przypisał, że matka się pokazać nie chciała. Sądził, że kasztelanic rychło odjedzie, lecz stało się przeciwnie. Iwo mówił wiele, gorąco, Eugenka obsypywał grzecznościami, rozbawił się; wywiódł go w dziedziniec dla próbowania koni i do zmroku dokazywał z najdzikszymi, które pokonać umiał z cudowną zręcznością. Weszli na chwilę nazad do sal, które znaleźli oświetlone. Kasztelanic brał za kapelusz, aby się już pożegnać, gdy najniespodziewaniej otwarły się boczne drzwi na oścież i pani Spytkowa w czarnej aksamitnej sukni weszła do sali.
Na widok jej Iwo osłupiał. Pani Brygida zbliżyła się ku niemu ze zwykłą swą powagą i spokojem i odezwała się głośno:
— Pomimo żem cierpiąca, chciałam dawnemu znajomemu podziękować za okazaną synowi memu życzliwość. Czułam się do tego tem więcej obowiązaną dzisiaj, że później nie rychło zapewne mogłabym tego dopełnić, gdyż wybieramy się do Warszawy.
O tym wyjeździe ani Eugenek, ani nikt dotąd nie słyszał... wszyscy okazywali zdziwienie.
Kasztelanic rychło przyszedł do siebie, uśmiechnął się, skłonił i odpowiedział:
— Jakkolwiek miło mi to dziś usłyszeć z ust pani... przykro, że to ją najmniejszy wysiłek kosztować mogło. Byłbym w Warszawie, dokąd się także udać zamierzam, złożył jej moje uszanowanie.
Pani Spytkowa nie odpowiedziała nic, ale wstrzymała kasztelanica, który widocznie na jej skinienie pozostał. Rozmowa stała się obojętną... a w chwili gdy Eugenek pytał o coś Zaranka, pani Brygita, nie przerywając jej, zaczęła chodzić po sali, wiodąc za sobą kasztelanica.
Przechadzka ta zrazu ograniczała się na okrągłej sali, potem przeszła jej próg... aż wreszcie posunęła się w galeryą, na której końcu świeciła zębami białymi owa w hełmie trupia głowa.
Spytkowa zatrzymała się tu, odstąpiła parę kroków, popatrzyła z pogardą prawie na Iwona i zmienionym odezwała się głosem:
— Pytam was, czy po to staraliście się tu wedrzeć, aby mnie ztąd wygnać?
Iwo stał chwilę przybity.
— Takiem pytaniem po latach tylu Brygida witać może Iwona?... Przyznaj pani, to dziwne.
— Jestto łagodniejsze słowo, jakiegom użyć mogła. Przypomnij sobie coś uczynił, coś winien wobec mnie, a przyznasz, że ze wzgardy usta się te nawet otworzyć nie były powinny. Niżej dziś stoisz w mych oczach, niż najlichsze słowo moje spaść może... nie godzien jesteś ani wejrzenia, ani wyrazu, ani pamięci. Powinnam była spytać, kto jesteś, a usłyszawszy nazwisko, nie przypomnieć sobie istoty, która je za życia nosiła...
Wyrazy te, mimo wysiłku, wymówione były z takiem uczuciem, że w głosie marmurowej niewiasty drganie łkania słychać było.
Iwo był posępny i długo milczał.
— Pani — rzekł nareszcie — potrzebuję mówić długo, abym się uniewinnił. Czy pozwalasz?... Nie będę potrząsał łachmanów mojej nędzy; powiem historyą i zażądam sądu. Wolno mi mówić tu, teraz?
— Nie — odparła kobieta.
— Więc kiedy? — nalegał Iwo... — Przysięgam, że nie wrócę tu więcej, nie mam po co... ale chcę byś pani wiedziała wszystko?...
— Dlaczegoż mam wiedzieć kłamstwo?...
Iwo zapłonął, podniósł się i uderzył w piersi.
— Jakem żyw nie splamiłem ust fałszem dobrowolnie — zawołał — gdybyś pani śmiała...
Nie dokończył wzburzony.
— Teraz — dodał — nie proszę cię o pozwolenie... musisz wysłuchać mnie, lub... lub... — tu się wstrzymał — lub pomszczę się na twojem dziecięciu...
Spytkowa, chociaż blada, zachowała całą przytomność umysłu, spojrzała na salę i poczęła ku niej wracać, a powracając i śmiejąc się dla pokrycia uczucia, którego doznawała — odezwała się:
— Zemsty się nie lękam, ale winnego wysłucham... Przyjedziesz, gdy cię syn mój wezwie.
— A wyjazd do Warszawy? — spytał Iwo, którego oczy paliły się.
— Odłożę — odpowiedziała wdowa obojętnie.
Weszli do sali, mówiąc o polowaniu.
Niktby się był nie dorozumiał, że przed chwilą między niemi o życie lub śmierć toczyła się walka.
Kasztelanic rychło pożegnał się, siadł na koń i odjechał. Noc była ciemna, piękna, księżycowa. Eugenek gonił oczyma zręcznego jeźdźca, który w cwał puściwszy konia, znikł wkrótce w lipowej ulicy.
Chciał, powróciwszy do matki, nagadać się o Iwonie, podziękować jej, ale mu powiedziano, że z bólem głowy położyła się i nikogo, nawet jego, wpuszczać do siebie nie kazała...




W tydzień potem Eugenek zdziwił się, gdy mu obojętnie dosyć przypomniała, że powinien odwiedzić kasztelanica i może go zaprosić do Mielsztyniec raz jeszcze, nim do Warszawy wyjadą.
Chłopcu to było bardzo miło, bo kasztelanica niezmiernie polubił i czuł doń pociąg, którego sobie wytłumaczyć nie umiał. Wybrał się więc konno na rabsztyniecki zamek z panem Zarankiem i masztalerzem.
Wiadomość o tej przejażdżce, tak na pozór mało znaczącej, pomiędzy starymi sługami mielsztynieckimi niemiłe zrobiła wrażenie i miano za złe pani, że na to pozwoliła. Jakkolwiek mało tu mówić było wolno za nieboszczyka pana, a tajemnice rodziny, ścisłem okryte milczeniem, ledwie między sobą w rozmowach napomknąć śmiano, tradycye te przechodziły pokoleniami, były wiadome w kółku dworzan, co oddawna Spytkom służyli, a teraz gdy stary zmarł, nieco swobodniej o nich między sobą gwarzono. Strzegli się tylko słudzy, wyraźny mając na to rozkaz pani, żeby Eugeniuszowi głowy nie nabijali powieściami, które ona za urojone, dziecinne a niebezpiecznie na młody umysł podziałać mogące uważała.
Stary ten zamek obfitował w podania, lecz tak dzikiej, krwawej natury, tak posępne i straszne, że w istocie dla młodego chłopaka, poparte powiastkami dotykalnemi, do których się ściągały, niebezpiecznemi być mogły. Chociaż Eugeniusza wychowano w zupełnej nieświadomości tego świata duchów, do którego się odnosiły, choć sceptyk był i śmiał się z podobnych bajek, wyobraźnia gorąca mogła je przyjąć mimowolnie i na tle ich pracować.
W istocie te wizerunki stare miecznika, jego córki, żony, ta niewiasta z pręgą krwawą, ta trupia głowa w hełmie i mnóstwo innych zabytków, sama powieść o przeniesieniu się do Mielsztyniec, splątane były z bajeczną może, ale tragiczną historyą rodziny Spytków. W podaniach tych głuchą jakoś rolę odgrywała także dziwnym zbiegiem okoliczności rodzina Jaksów, do której Iwo należał.
We dworze wiedziano tylko dobrze, iż od czasów miecznika, o którego gwałtowności charakteru dziwne chodziły wieści, nienawiść między Jaksami a Spytkami doszła do tego stopnia, że się już członkowie tych dwóch rodzin tradycyjnie nigdy nie spotykali... Wieść niosła, że przypadkowe nawet zetknięcie się ich z sobą, miało być zawsze przepowiednią nieszczęścia dla Spytków. Ztąd, jak pierwsza bytność kasztelanica przeraziła starych sług, tak przejażdżce Eugeniusza oprzeć się chciano nawet, nie dając mu poznać tego, że wagę do niej przywiązywano. Ale młode chłopię było samowolne, pieszczone, a otrzymawszy pozwolenie matki i pragnąc gorąco, niczem się już powstrzymać nie dało.
Wypadek ten, gdyż stary dwór nieboszczyka uważał to za straszny dopust Boży, za wróżbę nieszczęść niechybnych, skupił siwych sług pod zamkową kaplicę. Patrzyli oni na odjazd panicza, potrząsając głowami, przerażeni fatalnością, jaka nad rodziną ciężyć się zdawała.
Czy Spytkowa o tych podaniach nie wiedziała, czy je lekceważyła, różnie sądzono; ale dwór pamiętał to, że kasztelanic Iwo niegdyś się o nią starał, a opinia jaką miał oddawna w okolicy, samego zbliżenia się jego do pani, do Mielsztyniec, do Eugenka, obawiać się już kazała. Nic ztąd dobrego wyniknąć nie mogło; dla wielu dość było nazwiska Jaksy, ażeby w tem dojrzeć karę Bożą.
Tymczasem chłopak pędził do Rabsztyniec z ciekawością, młodemu wiekowi właściwą. Wyobrażał on je sobie gryfiem gniazdem rozwalonem, jak je sam pan nazywał, ale nigdy tak straszliwą ruiną. Na widok tych gąszczów, tych zwalisk, błota i śmieci, wychowaniec zbytku był prawie przelękły. Zsiadł z konia na ścieżce, a zaraz też i gospodarz zjawił się, jakby na niego oczekiwał, nie ów strojny gość zamku, ale odarty i zaniedbany, z najeżonemi włosami, błędny rycerz jakiś z uśmiechem ironicznym na ustach. Powitał on Eugenka jakoś szydersko i zamiast go poprowadzić do mieszkalnego skrzydła, jął go obwodzić po gruzach, zdając się mieć w tem jakąś gorzką przyjemność, że się przed nim chlubił swym upadkiem i nędzą
Naostatek poszedł z nim do kaplicy grobowej, a gdy Eugeniusz przelękły poglądał na powywracane trumny, rzekł z wyrazem prawie okrutnym:
— Pamiętaj pan coś dziś widział... jest to widok nauczający. Któż wie? — dodał dziko... — dziś to los Jaksów, jutro być on może choćby Spytków losem. Bóg wielki, sprawiedliwość nieubłagana, losy nieprzezwyciężone, a ludzie są znikomi i słabi.
W młodzieńcu zadrgała duma i krew starej rodziny zakipiała, pierwszy raz uczuł wstręt do tego człowieka, którego był tak gwałtownie ukochał. Zdziwili się Iwo i Zaranek gdy Eugenek odpowiedział na to:
— To pociesza, że w świecie nic nie jest wypadkiem, wszystko sprawiedliwością... Trzeba kochać, przebaczać i... spać spokojnie.
Nie byłoby może nic dziwnego w tem przemówieniu Eugeniusza, który często objawiał zdania dojrzalsze nad wiek swój, ale gdy to mówił, głos jego się zmienił... spoważniał, można było powiedzieć zestarzał. Kasztelanic drgnął mimowoli, zamilkł i wyszli z grobowej kaplicy, w zupełnie innych stosunkach, niżeli do niej przybyli. Eugeniusz co najrychlej chciał powracać, znienawidził kasztelanica; zaprosił go wedle rozkazu matki, ale gdy tylko dozwoliła przyzwoitość, opuścił Rabsztyńce, dając sobie słowo, że w nich więcej noga jego nie postanie.
Tego skutku niktby się był nie mógł spodziewać. Z żywością, wróciwszy, opowiedział matce, swe odwiedziny, nie kryjąc uczuć, jakie one w nim wzbudziły. Pani Spytkowa popatrzyła na syna zdziwiona nieco i poraz pierwszy w mowie, głosie, charakterze, który się objawił, poznała w nim nieboszczyka. Brew tak marszczył jak on — mówił krótko, stanowczo — był prawdziwym Spytkiem, tak, że prawie się go ulękła.
Łagodnym głosem wykazała mu jego lekkomyślność, przypomniała jak bez przyczyny i bez jej wiedzy pokochał się w tym nieznajomym, jak teraz nagle się odstręczył, — obie rzeczy uznając za pospieszne. Eugeniusz przyjął uwagę matki z pokorą, ale na twarzy jego znać było, że pozostaje przy swem zdaniu i uczuciu.
Nazajutrz z południa zaproszony kasztelanic przyjechał. Młody chłopak przyjął go grzecznie, ale z widocznym chłodem, a wprowadzając do sali, rzekł:
— Widzę, że i pan dziś z ciekawością oglądasz nasze pamiątki rodzinne. W istocie, warte są one widzenia i poszanowania. Gdybyśmy wierzyli, że nic się nie dzieje bez przyczyny, że nic nie trwa bez zasługi i nie ginie bez winy, musiałbym wnioskować, że rodzina Spytków ma swe zasługi.
Była to dumna, dziecinna odpowiedź na owę lekcyą w grobowej kaplicy. Kasztelanic bystro, z góry spojrzał na młodego chłopaka i odparł z uśmiechem ironicznym:
— Niezawodnie, tych jej nie zaprzeczam.
Tem obojętnem słowem zamknął mu usta, ruszył ramionami i więcej się już do niego z rozmową nie zwracał.
W sali czekała na nich Spytkowa, a po twarzy jej, zawsze pogodnej i równie surowej, nie było można poznać, że przybyły uczynił na niej jakiekolwiek wrażenie. Przywitała go zimno, była panią siebie, wydawała się nawet od ostatniej rozmowy ostygłą i zobojętniałą. Zdaje się, że umyślnie kazano podać podwieczorek w altanie ogrodowej, aby w czasie przechadzki więcej mieć swobody do niepostrzeżonej rozmowy, która dosyć długą być miała. Jakby naumyślnie złożyło się to ze złym humorem Eugeniusza, który kasztelanica porzucił wprędce i zajął się cały gorącą rozprawą z p. Zarankiem o dziele Buffona, które właśnie razem czytali. Poszli przodem ulicą, zostawiając panią Brygidę z jej towarzyszem, a ten zaledwie ujrzał się z nią sam na sam, natychmiast z tego korzystając, zwrócił się do niej i rzekł:
— Jestto więc jedyna chwila w życiu dana mi na wytłumaczenie się z przeszłości. Korzystam z niej, bo i ja mam prawo żądać wysłuchania, choć zawczasu potępiony. Wyrok może pozostać takim, jakim był napisany przed dwudziestu laty... idzie mi tylko o to, bym się przedśmiertną oczyścił spowiedzią...
Pani Spytkowa nie odezwała się słowem, patrzyła w ziemię idąc powoli, a Jaksa mówił ciągle:
— Nie wiem, czy potrzebuję pani przypominać te dzieje, o których mnie dziś zimno jeszcze i obojętnie mówić niepodobna. Pamiętasz pani, żem powrócił z pierwszej podróży pełen życia i młodości. Żył jeszcze wówczas dogorywając mój ojciec. Staliśmy z nim razem na krawędzi przepaści, która dla mnie była zakrytą. On ją już widział, czuł raczej oddech jej pod sobą; całą jego nadzieją byłem ja; jam miał podnieść i dźwignąć starą tarczę Gryfów, aby się nie strzaskała na wieki... Ale mnie naówczas rodzina, jej losy, jej sława, jej wielkość były obojętne zupełnie — ja tylko żyć i być szczęśliwym pragnąłem. Naówczas to, objeżdżając sąsiedztwo, pierwszy raz zajechałem do domu waszego rodzica, i zobaczyłem — panią. Pamiętam jeszcze dziś tę chwilę, bo była stanowczą dla mnie; zostałem oczarowany, podbity — wyjechałem od was oszalały. Zapomniałem o wszystkiem, pragnąc się tylko zbliżyć do was. Wszystko zdawało się nam sprzyjać w początku; ojciec wasz był mi przychylnym... wy... — mamże i to przypomnieć — że serce wasze pierwszy raz w życiu biło dla mnie? żem je pozyskał, żem słuchając jego uderzeń, spędził jedyne chwile szczęśliwe, których wspomnienie całe życie mi truć miało?... Mogę powiedzieć, że byliśmy oboje szczęśliwi; z młodością w sercach, z marzeniem w głowach, z piosenką na ustach, z wiarą w siebie i przyszłość przebyliśmy aż do tej chwili, gdy po raz pierwszy na progu waszego domu zjawił się ów nienawistny Spytek...
Wdowa spojrzała nań groźnie.
— Dlaczego się mam taić z tem, co czuję? — podchwycił Jaksa. — Tak, choć umarł, był i jest mi nienawistnym... i będzie nim.. Przychodził z bogactwy, z imieniem, jak handlarz, podkupić mnie, który przynosiłem tylko serce i ubóstwo ciężkie do dźwigania. Zdaje mi się, że gdy się zjawił, już losy nasze były rozstrzygnięte.
Pani Spytkowa uśmiechnęła się pogardliwie, spojrzała dumnie i szepnęła:
— Mylisz się waćpan... ojciec nie byłby mnie zmusił do mimowolnego małżeństwa, bo ja tylko sobie przyznaję prawo rządzenia sobą. Nic mnie nie mogło skłonić do przeniewierstwa i fałszu, do przysięgi na zimno... Waćpan sam pchnąłeś mnie i zmusiłeś do tego kroku, który opłaciłam życiem.
— Ja? — podchwycił Iwo — ja?... Nie! pozory omyliły was... Byłem i jestem niewinny... posłuchajcie mnie do końca... Ojciec mój był naówczas już chory i dogorywający; dobiło go to, że przewidywał nieuchronny upadek rodziny, a czuł iż ja nie zniosę cierpliwie nędzy i upokorzenia. Doszły go wieści o moich częstych do domu waszego wycieczkach... dwa ubóstwa przerażały go... Nie chciał tego małżeństwa, nie taił tego bynajmniej przedemną. Kochałem ojca, ale byłbym się mu oprzeć potrafił, gdybym go na śmiertelnem łożu nie zastał. Znalazłem go zmienionym straszliwie, zeschłym, zniszczonym gorączką wewnętrzną. Ledwiem na próg wszedł, jak gdyby się lękał, że mu czasu zabraknąć może na pohamowanie mnie i obrócenie mną wedle swej woli, chwycił mnie za ręce, posadził przy sobie, odegnał wszystkich... i począł tę straszną spowiedź swojego życia i historyą rodziny, która i silniejszego odemnie złamaćmy musiała. Był nielitościwym dla siebie, oskarżał się, płakał, winę teraźniejszości brał całą na stare barki... Począłem płakać z nim razem. Cóż chcesz pani, byłem młody, serce żyło jeszcze we mnie i kochałem ojca. Człowiek ten prócz tego dla obcych nawet miał dar przekonywania i urok ogromny słowa, cóż dopiero dla syna, gdy słowom tym towarzyszyło łkanie, gdy po za niemi widać było i czuć śmierć nadchodzącą, gdy uroczysta godzina konania namaszczała go na patryarchę...
...Otóż — mówił dalej kasztelanic — pod jakiem wrażeniem musiałem w słowach się wyrzec mojej miłości, moich nadziei, szczęścia, a przyrzec ojcu, że poślubię naznaczoną mi przez niego córkę jego przyjaciela, jedynaczkę i dziedziczkę ogromnego mienia, które nas od ruiny ratować miało.. Ojciec się uspokoił... usnął, zdrowie jego polepszyło się; chciał doczekać ślubu i ta nadzieja sił mu dodała...
...Oto historya mego przeniewierstwa... — dodał Iwo. — Byłem winien chyba tem, żem spokój ostatnich godzin jego szanował, ale czyniąc to, czego on wymagał po mnie, najsilniejsze zachowałem przekonanie, iż ta, której dałem słowo, która mnie znała, nie uwierzy, słysząc żem ją zdradził, nie uwierzy, widząc zdradę, że zaufa mi do końca, tak, jak ja ślepo, szalenie jej ufałem. Tymczasem pani na pierwszy popłoch, na wieść głuchą, używszy jej za pozór, oddałaś rękę swoją i moją przyszłość na pastwę Spytkom... Ojciec zmarł zaraz po zaręczynach naszych! nazajutrz odesłałem obrączkę. Po pogrzebie leciałem do was, pewien, że wytłumaczę się, że zgładzę tę mniemaną winę moję, że znajdę tę, którą kochałem, czekającą na mnie z wiarą silną... a trafiłem w ganku na powracającą z kościoła... Potrzebaż jeszcze jakiego uniewinnienia? Czyż życie moje całe nie jest niem?... Zubożały, zszargany, ogłupiały nieszczęściem, zszedłem na istotę ściganą wzgardą a broniącą się gniewem i wściekłością... Mogłem przecie, odrzuciwszy wspomnienia, zimny, z rachubą tylko pójść się także sprzedać z imieniem i młodością za jaki grosz, któryby mi dano chętnie... a jednak spędziłem życie na zgryzotach, wierny sercu, gdy wy... wy...
— Kończcie — zimno rzekła wdowa.
— Gdy wy — odparł gniewnie Iwo — pędziliście życie spokojnie, w dostatkach, w lodowatej obojętności, z uśmiechem na ustach gniotąc trupa mojego... gdy wybudowaliście sobie szczęście.
— Tak, szczęście! — gorzko uśmiechając się, powtórzyła pani Spytkowa. Po chwili podniosła głowę; twarz jej była blada, smutna... W oczach miała wyraz dziki.
— Miałażbym się tłumaczyć? ja! — spytała się, śmiejąc się cicho, ironicznie. — Nie, tego nie uczynię! poniżyłabym się. Poświęciliście miłość waszę i mnie ojcu dogorywającemu, litości, słabości... Czujecie się czyści! a więc dobrze! przypisujecie mnie winę! O, już dziś mniejsza o to... Cóż mnie obchodzi wasz ojciec, wasza ta litość wspaniała, wasze wykrętne oszukaństwo?... Co się stało odstać się nie może... Czujesz się waćpan czystym, tem lepiej; ja was osądziłam zabójcą i nie cofnę wyroku. Co mnie obchodzi wasza rodzina, wasza wielkość, losy, ruiny, bogactwa?... Przyniesiono mi dowód zdrady, nie wchodziłam w jej powody, wiedziałam tylko, że została spełnioną. Nie domyślałam się, że mogliście kłamać umierającemu ojcu, zamiast mu wyznać wszystko i błagać by przestając być Jaksą, został w skonaniu człowiekiem i rodzicem dla swego dziecięcia, że mogliście kłamać kobiecie, przyrzekając jej, czego nie dotrzymaliście... Co mi tam! — dorzuciła wdowa... — co się stało, jest nieodwołalnem...
Iwo szedł obok niej milczący. Wolnym krokiem, aleją cienistą kierowali się ku altanie, ku której poprzedzał ich Eugenek z Zarankiem. Na chwilę przerwała się rozmowa. Iwo spojrzał na nią dziko, ale bez nienawiści, czuł, że w tych wymówkach, którym napróżno starała się nadać pozór obojętności, grała wspomnień młodych i niezapomniana muzyka... Błysk jakiejś nadziei przeleciał po jego twarzy...
— Więc winy słabości tej dla ojca... dla jedynej istoty jaką na świecie miałem naówczas — zawołał — winy słabości tej nawet całego życia męczarnie i spodlenia okupić nie mogą w oczach waszych? Ale spojrzcie na mnie, co ze mnie zrobiło życie, a porównajcież wasz dumny spokój do mojej gorączki zgniłej!
Spytkowa uśmiechnęła się dziwacznie.
— Tak — rzekła — tak! ja byłam szczęśliwą, bardzo szczęśliwą!... Odgadliście to, poznali, osądzili wybornie. Ten złocisty i marmurowy grób mój zachwycił was. Dość, nie mówmy więcej, to rzecz skończona, osądzona. Wy byliście męczennikiem, a ja istotą szczęśliwą, dlatego, że wam łachman nędzy pokrywał szaty bezecne i rozpasanie wyuzdanej swawoli, a tu mnie złoto świeciło na ramach...
— Ale pocóż to wszystko? — odezwała się po chwili z ironią; — to są rzeczy niepowrotne, których wagę tylko Bóg osądzić potrafi. Mamyż się sprzeczać między sobą, kto z nas był fałszywszym, zdradliwszym i biedniejszym? Wszystko się stało, jak stać się było powinno... jakeśmy zasłużyli. Dziś zostało dwoje ludzi obcych sobie, co się tam kiedyś znali trochę i śmieją się ze swej przeszłości...
To mówiąc chciała pospieszyć do syna, gdy Iwo ją powstrzymał, zwalniając kroku.
— Wy mówicie — zawołał z gorączkowym wyrazem — że się wszystko stało jak było powinno... Ja nie tak łatwo to rozgrzeszę i z mojego życia skwituję... Widzicie przecie, żem lat dwadzieścia czekał, żem jak pies na łańcuchu przetrwał w nędzy i upokorzeniu u tych wrót, których otwarcia czekałem, które mi śmierć otworzyć musiała, i otwarła nakoniec. Mylicie się; życie nasze nieskończone, poczyna się ono dopiero. W głosie waszym, w oczach waszych czuję i widzę niezgasłem uczucie. Uwierzyć mi musisz, musisz przebaczyć!
To mówiąc, chciał ująć ją za rękę, gdy pani Spytkowa stanęła nagle z takim majestatem gniewu i oburzenia przed nim, z oczów jej trysnął śmiało nań wzrok tak piorunujący, iż zuchwały Iwo cofnąć się musiał i oniemiały stanął, bledniejąc.
W istocie straszną była ta kobieta, na której czole uczucie niewieściego majestatu i potęgi malowało się z nadzwyczajną siłą, długiemi nagromadzoną latami. Dosyć było tego spojrzenia, aby odepchnąć i odjąć wszelką nadzieję; ale Iwo cierpiał zbyt długo, a może zbyt mocno kochał, ażeby się uląkł tej groźby i uciekł od walki. Usta jego po chwili zadrgały uśmiechem bólu i szyderstwa zarazem.
— Proszę o przebaczenie — rzekł, ostygając i zmieniając głos. — Odzywając się do uczuć, które nie wystygły we mnie, nie popełniłem zbrodni... popełniłem błąd tylko. Zapomniałem czem jest serce kobiece, w którem miłość gaśnie tak prędko, a gniew nie umiera nigdy. Zostań więc pani ze swym gniewem, a pozwól mi zachować tę miłość, która życie struwszy, odebrać mi je potrafi.
Wdowa ruszyła ramionami tylko i poczęła zwolna iść dalej.
— Zdajesz się pani w to nie wierzyć, że się człowiek dobić może, gdy ostatnią straci nadzieję. Zapewne, jak jaki... Nie mogę zmusić do wiary... Od dziś dnia jednak, wyczerpnąwszy ostatnią ocalenia otuchę, pójdę szukać albo innej nadziei, lub jakiegoś końca tej nędznej komedyi. Cóż to wam szkodzi, że się do reszty skalam, zwalam i nędzny gdzieś styrany zginę? Powiesz, że się stało tak, jak się stać było powinno. W istocie, nie mówmyż o tem więcej. Jęki i żale nie przystały mi, a dla was byłyby nudne. Zatem wracamy do towarzystwa, a ja do mego charakteru.
Na te słowa zawahawszy się, pani Spytkowa, podniosła oczy... Twarz jej zupełnie była zmieniona, blada, smutna, patrzyła na Iwona ze łzą na powiece drżącą. Zdawało się, że coś powiedzieć chciała, że może słowo pociechy byłoby się z jej ust wyrwało. Jaksa poraz drugi niespodzianą nadzieją osłupiały stanął, ale w tem Eugeniusz żywo się zbliżył do matki. Spojrzał na nią i na jej towarzysza dziwnie, z przestrachem i pociągnął ją z sobą ku altanie, nim czas miała przemówić.
Jaksa po chwili odzyskał przytomność, ale poszedł za nimi zamyślony, nie zwykle milczący i nieśmiały.
I tym razem nie rozłamał on chleba, nie przyjął wina, wytłumaczył się słabością, patrzył; siedział i dumał. Eugeniusz, jakkolwiek mało znał ludzi, postrzegł w nim zmianę; ale mając doń w sercu urazę, prawie się ucieszył, widząc go chmurnym. Na obojętnej rozmowie przeszła godzina w ogrodzie, a że wieczór się zbliżał, Iwo wstał do pożegnania.
— Ponieważ państwo wyjeżdżają do Warszawy, wątpię — rzekł — żebym miał przyjemność widzieć ich już tutaj.
— Odjazd mój — obojętnie na pozór przerwała wdowa — jest dotąd tylko projektem, a kiedy przyjdzie do skutku... tego doprawdy nie wiem...
Było to jakby dodaniem nadziei; ale Jaksa zdawał się nie chcieć tego rozumieć; skłonił się lekko i dokończył:
— Pozwoli więc pani się pożegnać.
Zwrócił się potem do Eugeniusza i podał mu rękę z uśmiechem... Młody chłopak już był nieco zwolniał w uczuciu niechęci, powziętej tak nagle dla kasztelanica, walczył przynajmniej z sobą, aby mu jej nie okazać.
Pożegnali się z nim grzecznie, Eugenek nawet odprowadził go do ganku, szczebiocąc.
W chwili, gdy już Iwo miał siadać, niespodzianie z balkonu pierwszego piętra ukazała się blada twarz pani Spytkowej, która zawołała do syna:
— Proś-że sąsiada, aby nas odwiedził jeszcze.
Iwo, nic nie odpowiadając, grzecznym ukłonem podziękował za ten znak łaski; ale twarz jego chmurna nie rozjaśniła się, a gdy młody chłopak coś mu szeptał, spełniając rozkaz matki, rzekł tylko:
— Dziękuję bardzo, ja także mam projekta podróży... nie wiem jeszcze co zrobię z sobą.
Pani Spytkowa stała ciągle na balkonie. Iwo odwrócił się ku niej raz jeszcze, ścisnął konia i wedle swego zwyczaju czwałem popędził do domu.




Co zaszło w duszy tej kobiety od pierwszego oburzenia i gniewu, do tego miłosierdzia i spółczucia; jakim sposobem zmieniła się obraza w litość, duma w łagodność... odgadnąć było trudno.
Zaraz po odjeździe Iwona, wdowa weszła do pokoju i zamknęła się na modlitwę. Eugeniusz pozostał na ganku i pozbywszy się Zaranka, dumał tu sam jeden, głębiej niż czynił dotąd. Czuł, że w nim jakaś dziwna, niewytłumaczona zaszła zmiana, że jedną chwilą gniewu dojrzał nagle i stał się mężczyzną, na którego ramionach ciężkie spoczywało brzemię. Człowiek ten, ku któremu niedawno czuł pociąg i słabość, stał się dlań nienawistnym; jego zbliżenie do matki zaczynało go oburzać i niecierpliwić; niepokoił się, sam dobrze nie umiejąc sobie wytłumaczyć przyczyn tej obawy i wstrętu.
Zaranek odszedł do swego pokoju, zostawiwszy go samym. Eugeniusz podparty siadł w ganku i po odjeździe Jaksy pozostał, rozpatrując się w samotnym zamku, jakby mu coś dolegało, jakby potrzebował w sobie skupić ducha i myśli. Dotąd mało roztrząsał życie własne i jego obowiązki, była to może pierwsza chwila, w której czuł potrzebę wejścia w siebie, chociaż nic go na pozór do tego nie zmuszało. Tęskno mu było na duszy, jakby przeczuciem jakiegoś niewidomego niebezpieczeństwa. Cicha noc spowiła cały ów dworzec, przywykły do spokoju i milczenia, jeszcze uroczystszą ciszą nadchodzącej snu godziny. Nie słychać było nic, oprócz niepochwyconego prawie szmeru drzew w ogrodzie i przytłumionego klekotu dalekiego młyna wodnego. Niekiedy powiew jakiś niespodziany przelatywał, poruszając gałęzie, zaszumiał w głębinach korytarzów zamkowych i znowu następowało po nim uroczyste milczenie. Na zamku, jak dawniej za życia pana Spytka, wszystko miało wyznaczone godziny; sen i ruch przychodziły na zawołanie zegaru, który królował i rządził ludźmi. Światła po oknach gasły z kolei, znikali słudzy, wyludniało się wszystko, zamykały podwoje i w końcu jedno tylko okienko kaplicy, w której zawsze płonęła lampa słabem światełkiem, śród czarnego połyskiwało gmachu. Eugeniusz doczekał się tego stąpania po korytarzach, które zwiastowało zamykanie drzwi i ostatni kres życia i ruchu. Burgrabią był od niepamiętnych czasów zgrzybiały, od kilku pokoleń sprawujący swe obowiązki Siemion, który już ledwie się wlókł, ale kluczów nikomu powierzyć nie chciał póki życia. Mało kto go we dnie widywał. Z brzaskiem, otworzywszy podwoje, chował się do swojej izdebki w suterynach i nie wychodził z niej aż nocą, gdy zamek potrzeba było obwarować kluczami, których pęk dźwigał u pasa. Ludzie miejscowi poznawali go po chodzie posuwistym i po brzęku tych kluczów nieodstępnych. Rankiem i nocą wychodził z półgłośną na ustach modlitwą, którą, opatrując kąty i zatrzaskując wrzeciądze odmawiał... Rzadko bardzo odzywał się do kogo, nie cierpiał sprzeciwiania się, mruczał niewyraźnie, a życie zdawało się go bardzo nie wiele obchodzić. Siemion nie miał rodziny, żył samotny, a większą część dnia spędzał na modlitwach. Wolne chwile przesiadywał w kaplicy zamkowej, często sam jeden, dozorując niewygasającej lampy i odmawiając różaniec. Ojciec jego, dziad i pradziad byli na usługach Spytków, zrośli się więc z pańską rodziną, którą prawie uważali za swoję. Siemion nie mówił inaczej o Mielsztyńcach, tylko: „nasz majątek“, o rodzinie jak o własnej, o dziecku jak o swojem.
Od śmierci starego Spytka, uważano ciężkie na nim pognębienie, u trumny nieboszczyka leżał, płacząc, a po pogrzebie jego prawie oniemiał, słowa się z niego dopytać nie było podobna... Na Eugeniusza zdaleka patrząc, popłakiwał.
Młody chłopak jeszcze siedział na ganku, gdy po wybiciu godziny zwiastującej zamknięcie zamku, chód starego Siemiona dał się słyszeć na korytarzu. Wedle swojego zwyczaju, burgrabia obchodził galerye, ganki, wschody, opatrując czy wszystko było w porządku, czy nikt nie pozostał opóźniony za domem. Eugenek nie postrzegł się, gdy go staruszek pochwycił siedzącego i pogrążonego w myślach. Zdala Siemion nie mógł go poznać o zmroku, zbliżył się więc, a zobaczywszy panicza, zdziwiony stanął naprzeciwko niego, z założonemi rękami. Chłopak podniósł głowę.
— Mój miły Boże — ozwał się starzec półgłosem — tobież to, mój złoty paniczu, myśleć już i rozpamiętywać jak starcowi? Tobie, cobyś powinien śmiać się i weselić?... Ale, prawda! zostałeś się ty sierotą... a sieroty dojrzewają prędko.
I szepcąc tak z uczuciem, zbliżył się do chłopaka, aby jego rękę ucałować. Eugenek dopiero się ocknął i poznał staruszka, którego dawniej rzadko kiedy widywał.
— A no, paniczu mój złoty — rzekł burgrabia — możeby wam czas iść i spocząć? Cóż wy tu tak po nocy dumacie? Chłód i smutek... nie nakarmi to duszy, a ot ja już muszę i zamek zaryglować. Chłopak wstał milczący, zawahał się nieco i cicho odezwał się:
— Zamykajcie, ale ja z wami pójdę, potrzeba mi się z wami rozmówić.
— Ze mną? — spytał zdziwiony staruszek — ze mną?
— Chodź! — krótko odparł Eugenek — zamykaj i chodź!
Niespokojny Siemion musiał być posłusznym. Pospiesznie drzwi za sobą zamykając, poprowadził panicza po wschodach do suchych suterenów od ogrodu, w których mieszkał. Izdebka, do której schodziło się po kilku kamiennych stopniach, mimo że na wpół w ziemi i sklepiona, była dosyć schludna i wesoła. Za nią druga, mniejsza, zawierała sypialnię staruszka. W pierwszej stolik, ławy, kufer, klucze na kołkach rozwieszone, krucyfiks i obrazy świętych z kropielnicą przybitą u drzwi, całym były sprzętem.
Eugeniusz nie przypominał sobie, czy tu był kiedy. Ubogie to pomieszkanie obudzało jego ciekawość; Siemion wyglądał tu ze swą pobożnością na prawdziwego zakonnika. Wszedłszy dość odważnie i z mocnem jakiemś postanowieniem do starca, w chwili, gdy miał usta otworzyć, chłopak się zająknął, zarumienił, i widocznie był zmięszany. Pierwszy to był prawie czyn jego w życiu, podjęty na własną odpowiedzialność, nie dziw więc, że przy spełnieniu jego trochę odwagi zabrakło. Starzec patrzył na niego długo, uważnie, z rodzajem rozczulenia, zdawał się w tej twarzy badać przyszłość rodziny, którą Eugeniusz w sobie nosił, ale zarazem czekał ciekawy, co tu młodego chłopca sprowadzić mogło.
— Mój Siemionie — odezwał się wreszcie siadając na ławie Eugenek... — ja tu jestem w rodzicielskiem gnieździe, jak obcy. Wiesz jak mnie wychowano. Rzadko i krótko dzieckiem bywałem w Mielsztyńcach; ojca o nic pytać nie śmiałem: matka nadto jest smutną i przybitą, ażebym mógł ją badać; a przecieżbym wiedzieć coś powinien o tej przeszłości, która jest dla mnie tajemnicą. Wszystko, co mnie otacza, budzi ciekawość, nie zaspokajając jej. Roją się myśli dziwne, drażni mnie to. Ty, mój dobry staruszku, mógłbyś mi wiele wyjaśnić, wiele mnie nauczyć... Chciałem — dodał — prosić cię, żebyś mi wytłumaczył to, na co ja patrzę, a czego zrozumieć nie umiem.
Siemion, wysłuchawszy go, spuścił głowę smutnie; widocznie walczył z sobą.
— Cóż ja wiem? — rzekł — plotki, które po cichu pokolenie pokoleniu podawało, a w ustach ludzkich prawda nawet, przechodząc przez nie, nabiera coraz odmiennych kształtów i trudno się jej dobadać gdy postarzała niespisaną. Zresztą, mój dobry panie, czy ci potrzeba zawczasu już wiedzieć wszystko, trapić się i obawiać? Nakoniec, nakoniec ja się lękam... a gdybym chciał, nie potrafię w starej głowie znaleść tego, co w nią włożyłem za młodu.
— Mój drogi — przerwał Eugenek — ty mi musisz powiedzieć, co wiesz... to mi zrobi ulgę. Jam już nie dziecko, znieść potrafię, co boli i odróżnić fałsz od prawdy; może wyglądam młodo, ale i mnie sieroctwo i samotność uczyniły przed czasem człowiekiem.
— Cóż ja wam powiem?... — przebąknął stary — i czy to pora po temu? Pytaj mnie, jeśli chcesz, ja ci nic nie zataję. Ale godzina późna, spostrzegą, że was nie ma, będzie niepokój w zamku... a pan Zaranek...
— Pan Zaranek nic mi nie zrobi, — rzekł Eugeniusz — jest moim towarzyszem, nic więcej; praw nademną nie ma żadnych, a rad jest, gdy swobodną chwyci godzinę, by się w swych książkach zatopić... Nie obawiaj się o niego, nie lękaj o matkę, ona się o mnie dziś nie spyta.
Siemion zamilkł, ale westchnął.
— Cóżbyście wiedzieć chcieli? — zapytał.
— Wszystko, bo nie wiem nic — żywo począł chłopiec. — Znam z imion moich pradziadów i babki, których wizerunki wiszą na zamku. Z twarzy tych zbladłych, wiekami poczerniałych, niemych, czytam i odgaduję tajemnice... Nie wiem nic. Co znaczą te dwa katafalki? co ta śliczna kobieta, z krwawą na szyi pręgą? co trupia głowa w szyszaku?...
Siemion głęboko się zdawał namyślać; ciężko mu było dobyć z piersi głosu.
— Ja o tem wszystkiem wiem niewiele, to tylko, co rodzice z sobą przynieśli i o czem wieczorami słyszałem gwarzących czasem; ale prawda to, czy baśnie?... Prędzej że ludzie, patrząc na dziwne wizerunki stare i nagromadzone pamiątki, sami sobie do nich to tłumaczenie dopletli. Wierzże mi, drogi mój panie, że lepiej ci jeszcze i długo o tem nie wiedzieć, a gdy przyjdzie godzina, aby się odkryła prawda, Pan Bóg ci ją zeszle przez usta matki. Uspokójcie się. Po każdym domu niemal lata, jak nietoperz, jakaś bajka czarna, której nie widać we dnie. Każda rodzina ma swe tradycye, ale nie we wszystko wierzyć potrzeba i godzi się. O tych portretach starych nic bym was nie nauczył; wiem mało i źle, więc nie chcę was niepokoić. Powiem jedno tylko, co mi się zdaje być prawdą niewątpliwą. Wprzód nim się Spytkowie z Krakowskiego tutaj przenieśli, od bardzo dawnych a dawnych lat, pomiędzy nimi a Jaksami była nieprzyjaźń zawzięta. Zkąd poszła, tego nikt nie wie. Prześladowano się, nękano, najeżdżano wzajemnie i krew nieraz się polała. Jeszcze w Krakowskiem naddziad wasz pomścił się na jednym z Jaksów za jakąś krzywdę... Ująwszy go i osądziwszy sam, dał ściąć katowi w więzieniu. Mówią, że głowa tego Jaksy, zamknięta w szyszaku, zachowuje się na pamiątkę tej zemsty... Później Bóg ciężko za tę śmierć dotknął rodzinę waszę, zaczęła się pokuta. Spytkowie opuścili swoje gniazdo, ścigani zgryzotą i pomstą Jaksów, którzy, umyślnie goniąc za nimi, usadowili się pod ich bokiem w Rabsztyńcach. Ale wyroki Boże są niedoścignione, Jaksowie pomścić nie mogli i ród ich wyginął do ostatniego... Tym ostatnim jest ów, którego dziś tu widzieliście na zamku... którego wy podobno, dobry panie, zaprosiliście tu po raz pierwszy sami.
— Tak jest, ja! ja! — krzyknął Eugenek, porywając się z ławy. — Cóżem zrobił! Widzisz stary, jak niewiadomością zgrzeszyć można. Ale dziś poczułem do niego odrazę, niechęć, wstręt jakiś, i noga tu już jego nie postanie. Sądzę, że nawet matka moja niespełna wiedzieć o tem musi, chociaż opierała się w początku, naganiła mnie; ale teraz, teraz jest dla niego łaskawszą.
To mówiąc, przechadzał się niespokojnie po podziemiu; stary westchnął.
— Jedno wam jeszcze dodać muszę — szepnął cicho. — Kasztelanic Jaksa, na którego my tu, choć z daleka, od młodych lat jego patrzymy, niedobrym jest człowiekiem; nie ma wiary, żyje jak dziki, szaleje często, pomiata ludźmi i sobą. Obawiają się go wszyscy, nie ma przyjaciela, nie starał się otoczyć rodziną, jest postrachem i podziwem...
— Sądzicie, że on wie o tem, co między rodzinami naszemi zachodziło? że zachował nienawiść spadkową? że z nią tu przybył? — spytał Eugeniusz patrząc na Siemiona.
— Jakżeby o tem mógł nie wiedzieć? — rzekł stary. — Dla niego to może jedyny cel życia, bo mu tylko nienawiść i zazdrość zostały na pokarm ostatni.
— I śmiał przybyć tu z kłamstwem na ustach?
— Gorzej, bo ze zdradą w sercu — dodał Siemion; — potrzeba go się strzedz, należy unikać. Jestto człowiek tem niebezpieczniejszy, że wszystkie pozory przybrać potrafi, że skłamie serdeczność, że będzie się śmiał, gdy wewnątrz gniew w nim zgrzyta, że zdolny jest do wszelkiego złego.
— Dziękuję ci za przestrogę... — po chwili rzekł Eugeniusz, trąc czoło. — Widzisz więc, żem się pożytecznej rzeczy dowiedział. Matka zrazu miała słuszność, a ja byłem niebaczny. Dziś dopiero ostrzegło mnie przeczucie, albo raczej kilka słów bolesnych, któremi mnie zranił ten człowiek.
Młody chłopak zamilkł... Siemion zbliżył się do niego, pochwycił za rękę i począł ją całować.
— Dosyć już tego — odezwał się cicho. — Nie badaj mnie, bo niezapokoisz sam siebie. Zawcześnie zawsze dowiesz się swych obowiązków i weźmiesz spadek po ojcach. Bądź paniczu cierpliwym, a jeśli potrzeba dla uniknięcia niebezpiecznego sąsiada oddalić się z Mielsztyniec, proś matki, niech wyjedzie. Zanadto już siedzieliście w tym zakącie, w tej pustce; trzeba i należy się Spytkom iść między ludzi. Niechaj was inne, zdrowsze może niż tutejsze powietrze owieje i ożywi.
Eugenek zamyślony, uścisnął rękę staruszka.
— Słuchajże, mój dobry Siemionie — odezwał się — gdybyś czego odemnie potrzebował, jabym ci serdecznie rad usłużyć...
— O! mój Boże, paniczyku złoty, a cóż mnie staremu potrzebnem być może, oprócz tego cichego kąta na ostatnie lata? Klucze mi nie ciężą, przywykłem do nich, tęsknoby mi było na ziemi, gdyby je innemu dano; mam wszystko. Niech wam Bóg błogosławi! Czekajcie — dodał do wyrywającego się — poświecę, po korytarzach noc, nie trafilibyście do siebie.
Wziął stary latarkę i suwając nogami, poprzedzał żywo idącego panicza na drugie skrzydło zamkowe. Musieli przechodzić długie galerye, wschody, sale, nim się zbliżyli do mieszkania, które Zaranek i Eugeniusz zajmowali. Noc już była późna; księżyc gdzieniegdzie wpadając oknem, bladem światłem migotał na posadzkach i czepiał się po ścianach. W głębiach tylko panowała ta nieprzejrzysta ciemność murów, o którą oko, jak o żelazny wał się rozbija. Szli wolno, mimo pośpiechu Eugenka, bo Siemion prędzej nadążyć niemógł. Dla skrócenia drogi, burgrabia, który znał zamek doskonale, otworzył drzwi wielkiej sali zwanej biblioteką, do której od bardzo dawna nikt nie wchodził, bo klucze od niej były u burgrabiego. Niegdyś cała pełna ksiąg, nie wiadomo kiedy i przez kogo ogołoconą z nich została w znacznej części; górne pułki były puste, niżej tylko widać było grzbiety foliałów opylonych. W pośrodku stał ciężki stół staroświecki, rzeźbiony, wsparty na czterech karyatydach. Na nim, może przed stu laty położone, nietknięte spoczywały grube księgi, klamrami mosiężnemi pospinane. Przez troje okien od ogrodu księżyc wchodził do sali i część jej znaczną oświecał. W chwili gdy zamek się otworzył i drzwi się uchyliły, Eugeniusz, który nie znał biblioteki i widzieć jej nigdy ciekawym nie był, rzucił w nią okiem i krzyknął. Siemion z przestrachem odwrócił się ku niemu i spostrzegł go palcem wskazującego na stół... Staruszek spojrzał na salę, ale prócz dziwacznie załamanego promienia księżyca, który oświecał stare krzesło i część stołu nie zobaczył nic. Eugeniusz jak skamieniały, stał w progu.
— Co się wam stało? paniczu, na miłego Boga! — zapytał burgrabia.
— Jakto! nic nie widzieliście? nic?
— Nic nadzwyczajnego, a wy? wy paniczu?
— A ja... — Eugenek zawahał się i żywo odpowiedział: — musiało mi się wydać, jestem rozgorączkowany. To było światło księżyca.
— A cóż się wam zdało?... — niespokojnie, stojąc ciągle w progu, mówił Siemion. — Cóż to było? na miłego Boga!
— Nic, nic — śmiejąc się dodał chłopak. — Dajcie mi klucz od biblioteki, jutro po dniu muszę ją zobaczyć.
Burgrabia się zawahał, pomyślał, ale panicz naglił; weszli więc i drzwi zaryglowawszy, stary oddał klucz Eugeniuszowi, który go chciwie schował do kieszeni.
— Gdybym nie był pewnym — rzekł postępując zwolna ku środkowi — że co mówią o duchach i zjawiskach jest przesądem i słabych umysłów halucynacyą, tobym sądził, że istotnie wchodząc tu widziałem kobietę, siedzącą u stołu nad księgą...
— Kobietę — powtórzył Siemion — a jakże ona wyglądała?
— Była podobną do portretu babci Emilii, tej, która ma krwawą pręgę na szyi — rzekł Eugeniusz.
Na te słowa stary burgrabia zaczął drżeć widocznie, spuścił głowę i co żywiej ku drugim drzwiom do wyjścia skierował; ale Eugeniusz, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, ciekawie rozpatrywał się po bibliotece, poszedł do krzesła, na którem zdało mu się, że widział owę postać i chwycił książkę najbliżej leżącą.
Księga była ta gruba dosyć, oprawna w skórę białą, z klamrami srebrnemi. Rzuciwszy w nią okiem, przekonał się, że nie była drukowaną, ale pisaną. Na pierwszej karcie błyszczały herby Spytków, wymalowane na tarczy obwiedzionej dziwnemi ozdobami. Do podtrzymania godła rodziny służyli z jednej strony rycerz w hełmie otwartym, z którego wyglądała trupia głowa; z drugiej lew, rozdzierający gryfa. Przyszło na myśl Spytkowi, że gryf był Jaksów oznaką. Wziął rękopis ze stołu i korzystając z pomieszania starca, który nic się nie zdawał widzieć i na nic już uważać, pośpieszył z biblioteki. Milcząc przeszli jeszcze korytarz i wschody, a blisko już będąc mieszkania, Eugeniusz pożegnał staruszka, z którego się teraz słowa dopytać nie było można.
W pokoju nie zastał Zaranka, czekał nań tylko sługa, który zwykle sypiał w przedpokoju. Eugeniusz rozebrał się prędko, odprawił go i z gorączkową ciekawością chwycił przyniesioną z sobą księgę. Miał jakieś przeczucie, że w niej znajdzie wytłumaczenie wielu dlań mgłą pokrytych rzeczy, tyczących się rodziny. Tytuł i pierwsze karty przekonały go, że się nie mylił; księga była wszakże zbiorem suchych heraldycznych wyciągów i wiadomości, wpisywanych różnemi charakterami i w różnych, jak się zdawało epokach.
Młody człowiek mało umiał po łacinie, bo już naówczas wychowywanie za granicą nie opierało się jak przedtem całe na klasykach; rozumiał jednak tyle, ile było potrzeba, by chciwą zaspokoić ciekawość. Genealogią odrzucił, szedł dalej... wiele kart zostawało niezapisanych. Ku końcowi kilkanaście ktoś po rogach przewlókł sznurkiem jedwabnym i opieczętował... Roztworzyć ich nie było podobna, nie naruszając pieczęci, która się zachowała cało. Sznur był wyblakły i zmięty, wycisk na wosku wyobrażał herby Spytków. Ta tajemnica zniecierpliwiła go nieco; nie śmiał złamać pieczęci, wahając się czy do tego miał prawo i usunął rękopis zamyślony, odkładając czytanie do jutra. Schował go jednak, jak drogą zdobycz do szafy, od której miał klucze. Chciał już zasnąć i spocząć, bo mu głowę rozsadzały myśli i marzenia, które raz pierwszy przyszły ją tak tłumnie nawiedzieć, ale oka zmrużyć nie mógł, mimowolnie stawało mu przed oczyma zjawisko w bibliotece, w które nie wierzył, a wspomnienia jego pozbyć się nie umiał... Śmiał się sam z siebie i postanowił nikomu o tem nie mówić, aby się drudzy z niego nie śmieli. Była to widocznie postać, stworzona w rozgorączkowanej wyobraźni, nic więcej; światło księżyca służyło jej za wątek, z którego to widmo zlepiła. Nie widział go przecież Siemion...
Tak rozmyślając, nadedniem dopiero, gdy księżycowe światło poczęło ustępować rannemu brzaskowi, młody chłopak zdrzemnął się znużony; ale we snach widział, jakby dalszy ciąg wieczornych zjawisk... owe postacie starych portretów, które nad łóżkiem jego stojąc, cicho się naradzać zdawały. Na przodzie, z kwiatkiem w ręku i uśmiechem na ustach, stała babcia Emilia, z krwawą na szyi przepaską.




Straciliśmy z oczów pana Nikodema Repeszkę, któryby może na szczególne zajęcie osobą swą nie zasługiwał, gdyby nie smutne przygody, jakich doznał od dnia nieszczęśliwego spotkania przy karczemce z kasztelanicem Iwonem. Dobrze to powiadają, że człowiek z miejsca, w którem żył, gdzie mu się wiodło, nie powinien się ruszać, szukając łakomie gdzieindziej większego jeszcze powodzenia, najczęściej bowiem trafia na zawody i przekonywa się o tej prawdzie, że nie tyle sobie, co okolicznościom winien był to szczęście, które przypisywał tylko własnej zapobiegliwości i pracy.
Coś podobnego właśnie trafiło się szanownemu p. Nikodemowi Repeszce, który pomimo bardzo korzystnego nabycia Studzienicy, niezmiernie troskliwego gospodarstwa i nadzwyczajnej swej oszczędności, a raczej niesłychanego skąpstwa, mimo tej łagodności charakteru, którą się odznaczał... z ludźmi i światem nowym wcale sobie tak dobrze jak w Brzeskiem rady dać nie umiał. Tam mu szło wszystko jak z płatka, tu jak z kamienia. I choć zwykł był się pocieszać tem, że pierwsze kotki za płotki, że się to poprawić musi, wszakże tych drugich kotków napróżno wyczekiwał. W istocie mu się nie wiodło. P. Repeszko miał ten talent osobliwy, że się był zwykł, jak ślimak do drzewa, czepiać do jakiejś rodziny i majątku i żyć z nich i z niemi. Zwykle zawierał serdeczną przyjaźń, pomagał, służył, ratował, wygadzał, poświęcał się, stawał przyjacielem, doradzcą, a że takie poświęcenie zawsze los i Opatrzność (boć to na nią składają) wynagradzać sowicie zwykła, działo się tak jakoś zawsze, że owa rodzina i majątek padały, a zacny Repeszko, ratując się, mimo największych ofiar, wychodził cało i z korzyścią dla siebie. Nie było w tem nic dziwnego, gdyż wybierał zawsze przez litość tych, którym miał dopomagać, a że przeciw doli nawet Repeszko nie uratuje, przeznaczeni na zgubę mimo to ginęli, on zaś wychodził jakoś i szczęśliwie, i nie bez nagrody.
Tak było w początkach, póki się Studzienicy nie dorobił i w Lubelskie nie przeniósł; ale jak w grze kto opuści krzesło, na którem mu szła karta, przegrywa potem najczęściej, tak i p. Nikodem na nowej siedzibie samych tylko strat doznawał. Już to samo, że się nie dorabiał, liczyło się u niego za stratę i było nią, boć czas marnie uchodził; napróżno usiłował się zbliżyć do niektórych sąsiadów; wszędzie, jak w Mielsztyńcach, znajdował obojętność lub niewiarę, chociaż trudno to sobie było wytłumaczyć, znając zacnego Repeszkę, jego pobożność, cichość, skromność i łagodność. Natomiast, gdy on nie mógł się poprzyjaźnić skutecznie z nikim, do niego najniepotrzebniej przylgnął na utrapienie człowiek, którego się lękał niezmiernie i ze strachem ulegać mu był zmuszony; kasztelanic Jaksa, który od pierwszego spotkania i otrzymanego pozwolenia polowania w lasach, przywiązał się dziwną jakąś miłością do sąsiada.
Repeszko wcale nie miał ochoty ani nabywać od niego Rabsztyniec z grobami gotowych antenatów, ani wchodzić w jakiekolwiek interesa, ale Iwo, znalazłszy go dla siebie dogodnym i potulnym, już się z nim jakoś rozstać nie mógł. Nawiedzał go niemal codzień i kochał do zbytku.
Wielki znawca ludzi i słabości ludzkich, kasztelanic od pierwszego spotkania zbadał człowieka, odgadł charakter i domyślił się, że p. Nikodem nie należał do najodważniejszych istot na świecie. Z tej to skromności jego i łagodności Iwo widać korzystać postanowił, nie uszło i to baczności jego, że Repeszko, mimo wszelkich swych cnót, miał zbytnie może do grosza przywiązanie. Chociaż sąsiad bardzo zręcznie od jego odwiedzin w Studziennicy się chronił, nigdy prawie w domu nie bywając, kasztelanic tak dobrze go szukać umiał, iż zawsze gdzieś w kącie jakimś wynalazł, zaprowadził do dworu i sam próżniak, truł mu czas, przesiadując u niego długie godziny. Temu to naleganiu niezbyt delikatnemu winien był, że na Rabsztyńce jakkolwiek wartość kawałka gruntu i ruin była wątpliwą, zaciągnął najprzód pożyczkę u studzienickiego pana, potem wziął od niego parę dodatkowych sumek, a w dodatku obejściem się lekkiem, pogardliwem i groźnem, strachem go niemałym nabawiał. Od tej natarczywej przyjaźni kasztelanica nie było sposobu bronić się. Repeszko uciekał, krył się, wyjeżdżał, lecz wszelkie starania były nadaremne.
Ciężką tą plagą, jak mawiał cicho ks. wikaryuszowi, srogo Pan Bóg go za grzechy ukarał.
Tak stały rzeczy, gdy jednego poranku, w chwili, kiedy się go najmniej spodziewał pan Repeszko, wpadł do jego skromnej, a prawdę rzekłszy, brudnej izdebki kasztelanic Iwo. Poznał go zdala po chodzie, ale nie było już sposobu wyśliznąć się, więc tylko ręce załamał i do nieba oczy podniósł, skarżąc się Bogu.
Słudzy mieli najsurowsze rozkazy, żeby, postrzegłszy gościa, natychmiast o nim oznajmywali, nigdy go nie wpuszczali, a na zapytania zawsze odpowiadali, że pana nie ma w domu; w dzień więc biały przybycie kasztelanica było fatalnością niepojętą. Repeszko domyślał się w tem złośliwości niegodziwych sług i w duchu sobie obiecał ukarać ich wszystkich trzydniowym postem o chlebie i wodzie. Była to kara jego ulubiona z dwojga powodów: jako rzecz Bogu miła, bo poskramiająca rządze cielesne, i... mówmy prawdę, wielce korzystna dla kieszeni. Interesa doczesne i niebieskie cudownie się w niej godziły.
Kasztelanic miał pod pachą, jak to zaraz dostrzegło bystre oko pana Repeszki, zwój papierów, nic dobrego nie rokujący. Twarz zacnego gospodarza pobladła trupio. Iwo tymczasem z powagą kroczył ku środkowi izdebki i zamiast powitania, silną swą dłoń myśliwca położył na ramieniu p. Nikodema, jakby się chciał zapewnić, że ten mu nie umknie.
— No — rzekł surowo — dobrze żem w. pana zastał, wybiła ważna godzina. Zawsze mu obiecywałem, że jego przyjacielską dla mnie pomoc zawdzięczę; otóż teraz przychodzę tego dopełnić, przekonasz się o tem natychmiast. Ale że rzecz potrzebuje przydłuższego wyłuszczenia... siadaj.
Tu wskazał mu łóżko jego twarde, a sam, nie bez wstrętu pewnego, zabrał miejsce w wyszarzanym starym fotelu.
— Jest godzina dziesiąta, nim sprawa nam się ułoży, głód mnie przyciśnie. Co mi w. pan dasz jeść? — zapytał Iwo.
— Jeść? jeść? — bąknął gospodarz — ale to... to są suche dni... ja z postem, u mnie w kuchni pustki prawdziwe.
— Ty wiesz, jam myśliwy i zubożały, pulpetów też nie potrzebuję; lada baba nam co uskwarzy, byle posilnego. Jaj we wsi dostanie, zająca utroczonego do siodła przywiozłem, chleb, choć czerstwy, musi być; to i dosyć.
Klasnął w ręce kasztelanic raz i drugi, nie czekając, by się Repeszko rozporządził, a gdy wszedł sługa, nie dał mu mówić i mrugnąć.
— Słuchaj — rzekł — powiedz gospodyni, aby z obiadem się nie spóźniła; jegomość z postem, a ja nie. Zrobi mi jajecznicy, jaja wszędzie są i upiecze zająca, którego przywiozłem. Powiedz jej tylko, aby nie szpikowała starą słoniną, a resztę sam dokomponuję. Ruszaj! w skok! Nim p. Nikodem mógł się dyspozycyi tej, tak despotycznie wygłoszonej, oprzeć, chłopak na którego mrugnął Iwo, już był za drzwiami.
— Teraz — dodał gość — nie ruszaj się W. pan i słuchaj, idzie o rzeczy ważne.
Repeszko, ofiarując Bogu strapienie swe, drżąc, postanowił być posłusznym, ale w głębi ducha poprzysiągł, że jeśli będzie szło o pieniądze, raczej się da ubić, niż ulegnie wymaganiom.
— Nie wiesz o tem wać pan zapewne — począł Iwo — że od bardzo dawnych wieków zajadła waśń rozdzieliła dwa nasze domy, panów Spytków i Jaksów rodziny. Pierwsze początki sporu i współzawodnictwa sięgają może czasów Bolesławowskich, stare są jak rody nasze... Miłość się rzadko tak długo utrzymywać i podawać może, ale nienawiść jest trwałą, a czas ją umacnia i sił dodaje. Już w początku XVI wieku Spytkowie z Jaksami nigdy u jednego stołu, w jednej komnacie z sobą zetknąć się nie mogli.
Ludzie ich, dwory, przyjaciele staczali z sobą walki nawet pod bokiem królów. Napróżno ludzie starali się ich pojednać, zbliżyć, połączyć, nieprzyjaźń ta stanowiła spadek, podawała się testamentami, przeszła w tradycyą, płynęła we krwi. W końcu XVI wieku, mój przodek starał się o majętną dziedziczkę Kmiciankę, ręka jej była mu już przyrzeczoną, panna sprzyjała serdecznie, gdy Spytek się nawinął i na biesiadzie przy kielichach pannę dla swojego syna zaswatał, tak, że nim się kto mógł o staraniu dowiedzieć, już go zaręczył, a nim mój naddziad, który był na Węgrzech, nadbiegł, ślub mimo łez panny, odbyto. Była dla niego na wieki straconą, ale serce które mu raz oddała, biło tylko dla niego. Narzeczony wprzód Jaksa, kilka tygodni pozbawionym był zmysłów, tak gwałtownie w nim miłość i żądza zemsty miotała, potem wpadł w czarną melancholią i chciał się wyrzec świata; aż król, korzystając z chwili i osądziwszy, że dla samej możności widywania tej, którą kochał, gotów jest na największe ofiary, skłonił rodziny, po wiekach nienawiści, do uroczystego pojednania. Lękając się, aby ono powierzchownem tylko nie było, uczyniono je nader solennem, łącząc z niem obchód religijny, niegdyś przy podobnych zgodach praktykowany. Członkowie wszyscy obu rodów poprzedzani przez giermków, niosących na szczytach herbowne ich znaki połączone wieńcami, udali się w godowych szatach do kościoła i stojąc u ołtarza, pobrawszy się za ręce, słuchali mszy świętej. W chwili gdy kapłan odprawiający ofiarę ręce zwykł towarzyszom kłaść na ramionach, wszyscy Jaksowie i Spytkowie podobnież uściskiem bratnim i pocałunkiem spokoju starą waśń swoję przed tronem Bożym zakończyli.
Zdawało się tedy po uczcie, po przełamaniu chleba, po godach, po zaręczeniu dwojga młodych, z obu familii wybranych osób, że historya tych krwawych zapasów na wieki już będzie zamkniętą.
Ale są rodziny, fatalności jakiejś piętnem nacechowane na wieki. Naddziad mój, który tak był umiłował później mu wydaną Spytkową, począł uczęszczać do domu jej męża. Nie było w tem nic złego, ani cienia zdrady, ani możności jej, tylko nałóg sercowy, któremu biedny oprzeć się nie mógł. Chciał na nią patrzeć, widzieć czasem, że mu się uśmiechnęła przyjaźnie, pragnął być przyjacielem domu w czystości serca, bratem tylko i sługą... Spytek był nieufny, zgryźliwy, ostry dla żony i niemiły dla gościa, którego podejrzywał zawsze. Dziad nasz, im nieszczęśliwszą widział tę istotę, którą ukochał, tem do większych dla niej ofiar czuł się gotowym; znosił on opryskliwe czasem i mniej grzeczne napaści męża, aby nie zrywać z tym domem. Tak się to wlokło i przedłużało, aż do ostatniej sceny tragicznej, krwawej, strasznej, która tę zgodę w nowy płomień zajadłej wojny zmieniła, a na nas rzuciła wiekuiste zemsty dziedzictwo.
Spytkowie mieszkali naówczas na wsi, w starem swojem gnieździe, zamczysku ponurem, smutnem, zamurowanem jak twierdza, zamkniętem jak więzienie; dziad mój przesiadywał w Krakowie. Z dawnej miłości ku Spytkowej pozostała mu przyjaźń gorąca ku niej i wiekuiste widzenia jej pragnienie a tęsknota. Spytka nie było naówczas w domu. W jakiejś sprawie zawikłanej, nie umiejąc sobie poradzić sama, Spytkowa listownie go wezwała, aby do niej przybył. Pospieszył na to zaproszenie biedny, i nie sądził, ażeby tem zgrzeszył. Oboje byli na duchu czyści i bez myśli złej, ale im spłynął dzień niepostrzeżenie na słodkiej rozmowie. Pod wieczór — mówi tradycya — zerwała się burza straszliwa, i powracać nie było sposobu. Jaksa musiał pod tym dachem zanocować. Dano mu pokoje na drugiem skrzydle zamkowem, a że burza wrzała i nikt spać się nie kładł, gospodyni i gość przesiedzieli do północka.
Z tą burzą niespodzianie (podobno przez złośliwość ludzi podbechtany) wpadł Spytek o północy na zamek, i zastawszy ich oboje na cichej rozmowie, rozgorzał gniewem okrutnym. Napróżno żona, klęknąwszy przed nim, przysięgała, że była niewinną, próżno się Jaksa chciał tłumaczyć; nie słuchając nikogo, wściekły mąż kazał natychmiast ująć mego naddziada, okuć w kajdany, posłał po kata, sprowadzono go na rozstawnych koniach przededniem i w starym lochu więziennym, w obecności żony swej, ściąć go kazał. Trupa pochowano w lochu, głowę kat zachował, aby na wieki w rodzinie jako świadectwo zemsty pokazywaną była. W chwili gdy miecz katowski dotknął szyi niewinnego człowieka, który Bogiem się świadczył, iż nie przewinił myślą nawet, padła pani Spytkowa omdlała i ledwie ją otrzeźwiono i przywiedziono do życia.
Przekonał się wkrótce później mściwy mąż o zupełnej niewinności nieszczęśliwej niewiasty, ale milczał aby pokryć swą zbrodnię. W pół roku potem wydała na świat Spytkowa córkę, która przyniosła z sobą znamię krwawe na szyi. Była ona cudem piękności, ale ojcu wyrzutem ciągłym jego okrucieństwa, za które próżno odprawiał pokuty, gniewu bowiem Bożego przebłagać nie mógł nigdy. Odtąd rodzina, jakby palcem zemsty Bożej naznaczona na pokutę, karleć, marnieć i znikać poczęła. Córka owa, śliczna dziewica, doszedłszy wieku, dnia i godziny, w której matka jej była świadkiem śmierci niewinnego, nagle, jak rażona mieczem katowskim, umarła. Napróżno stawiali kościoły, odprawiali pielgrzymki, sypali jałmużny: Bóg krwi przelanej nie darował... a pokutę uczynił długą i ciężką...
Rozżarła się nienawiść pomiędzy rodzinami na nowo, a choć już czasy nie dopuszczały ani dzikich napadów, ani krwawych bojów, zmieniła się w walkę cichą, nieustanną, zajadłą. Tak ona dotrwała do dni naszych, i jam jest — dodał wstając z krzesła Jaksa — ostatnim dziedzicem, na którego zdano pomszczenie krzywdy, narzędziem Opatrzności fatalnem, mimowolnie posłusznem. Los chciał abym i ja był w tem położeniu, co mój naddziad; Spytek wydarł mi tę, którą miałem poślubić. Patrzyłem lat wiele z męczarnią w sercu na jej niedolę; ale wybiła godzina...
Repeszko słuchał z przerażeniem, szepcząc modlitewki na intencyą, aby go Pan Bóg od wszelkiego wspólnictwa z Jaksą uwolnić raczył; nie pojmował na co się mógł tu przydać. Tymczasem kasztelanic siadł i mówił dalej:
— Nie wiodło się i nam lepiej, ginęliśmy powoli; ale widoczny był ten palec Boży, we wszystkiem co stosunku dwóch rodzin tyczyło. Ojciec mój, gdy już majętność swą niemal całą był rozproszył, dostał przekazaną sobie przez nieznajomego człowieka darem pretensyą do Mielsztyniec, która Spytkom ich majętność odebrać dozwalała. Z dokumentów tych okazuje się, że nabycie dóbr było nieważne, a ten co je sprzedał, nie miał prawa rozporządzać niemi. Poszliśmy przed sądy, rozpoczął się proces. Z możnymi wszakże ubogiemu sprawy dojść trudno. Ojciec stracił na to resztę majątku, a ja zaprzestać musiałem, bo nie było o czem ich ścigać...
— No, to przedawnienie zaszło — przerwał żywo Repeszko — i cała ta pretensya dziś funta kłaków nie warta...
— Wstrzymajże się, a nie strzelaj tak popędliwie — rzekł Jaksa rozwijając papiery: — nigdyśmy ani ja, ani ojciec przedawnienia nie dopuścili; zanosiliśmy regularnie manifesta przeciwko przemocy, zostawiając sobie moc poszukiwania pretensyi naszych, które teraz tak urosły, iż mogą całe pożreć Mielsztyńce...
Repeszce zaświeciły oczy, ale stał niedowierzający jeszcze.
— Weźmiesz Wmość prawnika z Lublina i każesz sobie przejrzeć dokumenta — odparł spokojnie na nieme oczów pytanie; — ja ci papiery zostawię... przekonasz się. Sam procesu prowadzić nie mogę i nie chcę, ale pragnę, abyś ty go przeprowadził i z niego korzystał. Dotąd nie pora była po temu: dziś... mówiłem ci, wybiła godzina, jest czas... tyś dla mnie Opatrznościowym zesłańcem. Drugiego takiego drapieżnego człowieka nie łatwo wyszukaćby mi było.
Z obawą niejaką, z niedowierzaniem i jakby się chroniąc pokusie, zbliżył się Repeszko do stolika, na którym rozrzucone były papiery. Miał dosyć znajomości prawa, aby ważność dokumentów osądzić, wszakże na własną umiejętność spuszczać się nie chciał. Rzecz przedstawiała mu się tak ponętną, tak świetną, że mimo wstrętu, jaki w nim obudzał kasztelanic, ręce mu z chciwością drżały, gdy się wziął do przeglądania aktów.
Jaksa chodził po izdebce, poświstując. Spoglądał nań niekiedy i sam do siebie się uśmiechał, bo wiedział, że Repeszko oprzeć się nie potrafi tak wszechmocnej pokusie. P. Nikodemowi pot oblewał skronie, iskrzyły się oczy; ściskał konwulsyjnie papiery, które z kolei chwytał, rzucał i przeglądał.
— Ale jeśli w istocie — rzekł po namyśle, — przedawnienia nie ma, jeśli ta sprawa może wam dać Mielsztyńce, dla czegoż nie użyjecie prawnika, któryby wam to za mniejsze pieniądze mógł poprowadzić i wygrać? Czemu chcecie mnie ustąpić zysku i tak... wspaniałomyślnie obdarzyć niezasłużonego?
Pytanie to wyrwało mu się mimowoli. Jaksa się uśmiechnął.
— Bardzo rozumnie badasz i słusznie mnie podejrzywasz, ale ja nie chcę w mojem imieniu procesować Spytków... ja muszę stać na boku... ja... to moja tajemnica — dodał żywo. — Może być, że przyjdzie chwila, w której ci zapłacę trud i odbiorę wszystko... a może za liche wynagrodzenie oddam ci Mielsztyńce.
— Więc ja mam pracować i łożyć na niepewne? — spytał Repeszko; — a na cóż mi się to zdało? Będę ważył, płacił, pocił się nadzieją, a potem...
— A potem ci łup wydrę może z przed paszczy... — przerwał Jaksa — ale ci zapłacę sowicie, słyszysz? zapłacę! O co idzie?... Zapewnisz sobie prawnie i znój i koszta. Repeszko stał milczący, w niepewności wielkiej... zawracało mu się w głowie.
— Dlaczegoż pan cierpiałeś biedę dotąd, mogąc...
— Nie mogłem... — zawołał popędliwie Jaksa.
— Dlaczego? dlaczego? Tak, jak ja dziś, podjąłby się był sprawy kto inny. W tem jest coś ciemnego...
— Tak... i to pozostanie ciemnem na zawsze — rzekł, śmiejąc się szydersko kasztelanic. — Dopóki żył Spytek jam o głodzie, śmierci jego czekał; wiedziałem, że jestem narzędziem zemsty Bożej i że się jej doczekać muszę... Zresztą, słuchaj Repeszko, nie chcesz... nie ma roboty, weźmie ją kto inny... Wolałbym ciebie, boś ty cierpliwa pijawka, która, gdy się raz do ciała przyczepi, wyssie z niego ostatnią krwi kropelkę.
Gospodarz zadrżał, czując się odgadnionym, a nie pojmując jak tu, w obcej stronie, gdzie go nie znano, gdzie niczem nie zasłużył na taki rozgłos... mógł go ktoś znać tak dobrze... Złożył ręce, podniósł oczy i westchnął, wzywając niebios na świadectwo, że go szkaradnie oszkalowano...
— A! panie mój! Ja, ja, najłagodniejszy z ludzi, który nikomu nie zmąciłem wody!... ja...
— Cicho, cicho... — przerwał kasztelanic — durz sobie kogo chcesz, nie mnie. Ja z pierwszego wejrzenia wyczytałem najtajniejsze myśli twoje, znam cię, odgaduję do szpiku. Mnie nie skłamiesz nic. Każ dawać jajecznicę i zająca...
— Papiery — dodał Jaksa — zostawiam ci na tydzień; po tygodniu przyjadę po odpowiedź, a dasz mi ją w dwóch słowach: tak lub nie. Za dziesięć dni będzie proces rozpoczęty, a za...
Tu Jaksa umilkł i świszcząc, przechadzać się zaczął. Zwrócił zupełnie gdzieindziej rozmowę.
— Co z ciebie za sknera! — zawołał — co z ciebie za nędzarz dobrowolny!... Ani łyżki, ani miski, ani poczciwego nakrycia.
— Ale kredens jest jeszcze zapakowany, bo ja go nie używam — mruczał Repeszko — łyżki właśnie kazałem przerabiać złotnikowi, a bielizna cała w praniu.
— Szczęściem, że ja myśliwy jestem i na pniu palcami jadać przywykłem — odparł kasztelanic; — ale pień jest czystszy od twojego stołu...
Repeszko, przytuliwszy się do ściany płaski, nikły, po cichu wysunął się za drzwi, nie śmiąc słowa odpowiedzieć.
Dano nareszcie do stołu i konferencya się skończyła. Ale po zamyślonych twarzach gospodarza i gościa widać było, że ich ciężkie trawiły niepokoje. Repeszko obawiał się straty, a żałował wypuścić z rąk zysk; kasztelanic zdawał się nie pewien jeszcze co pocznie i sam z siebie niezadowolony. Zjedli prędko i Jaksa począł się żegnać.
— Papiery zostawiam ci — rzekł — za tydzień przyjeżdżam po odpowiedź: tak lub nie. Może też być, że ja powiem jeszcze nie, rozmyśliwszy się. Korzystaj; toć to twoja robota na świecie, mosane Repeszko, na toś stworzony, abyś z nas soki wysysał.
Oburzony gospodarz chciał protestować.
— Cicho — ofuknął Jaksa — ja cię znam lepiej niż sądzisz, mnie ty nie skłamiesz, leżąc krzyżem i stękając na podłodze kościelnej. Ależ ty mi taki potrzebny, jakim cię Bóg na strapienie ludzi stworzył. Bywaj zdrów i nie sądź, że mnie oszukasz.
To rzekłszy Jaksa nakrył głowę, wyszedł z izby i nie mówiąc słowa, odjechał do Rabsztyniec.
Bywają chwile życia stanowiące w nim kryzys, kres jednej epoki, a świt nowej, drugiej, ledwie z pierwszą wspomnieniami związanej. Człowiek wstaje nagle, jak po obłożnej chorobie, w której walczył między życiem a śmiercią; wstaje odrodzony, czując, że to co pozostawił za sobą, było jakby innem, odrębnem istnieniem. Im czulszą i wrażliwszą jest organizacya człowieka, im doskonalszą jego natura, tem więcej ulega takim przeobrażeniom, oszczędzającym mu dróg powolniejszych, jakiemi wlec się muszą inni. Zarzucają nieraz dziwactwo ludziom, nielogiczność ich biografom; ale możnaż poradzić co przeciwko fenomenowi, który jakkolwiek może być niepojętym dla wielu, jest powszednim i zwyczajnym? Widzimy go powtarzającym się niemal codziennie.
Dość spojrzeć na świat i istoty wybrańsze, które na nim część wieku przeżyły.
Takiemu przeobrażeniu nagłemu uległ młody Eugenek w przeciągu bardzo krótkiego czasu. Jedno słowo kasztelanica podrażniło jego dumę, obudziło wstręt, wstrząsnęło myślami spiącego, jeden wieczór zastanowienia i dumania, kilka wyrazów starego Siemiona, głos wreszcie omszonych murów mielsztynieckich, zmieniły go do niepoznania. Płochy nieco i roztrzepany chłopak, nagle zmężniał na duchu, spoważniał postawą. Zachmurzyło się jego czoło, poczuł w sobie spadkobiercę wielkiego i nieszczęśliwego rodu, powołanego do jakichś nieznanych obowiązków, nie władnącego sobą, związanego tradycyi nicią z praojcami... Cała ta noc przeszła mu na dziwnych marzeniach. Śnił, że jego sypialnię otaczały mary do ożyłych wizerunków portretowej sali podobne; u łoża jego siedziała niewiasta z krwawą różą w ręku i krwawym znakiem na szyi; starcy opowiadali mu dzieje domu.
W tym śnie nie brakło ojca, ale nie było matki. Nie wiedzieć dlaczego, uczuł się dla niej ostygłym, prawie nieufnym i zażalonym za to, że się okazała w ostatniej chwili zbyt dla Jaksy pobłażającą. W nim on już teraz nienawidził wroga. Jakiś gwałtowny wstręt, z każdą chwilą rosnący, rozżarzał się w sercu jego dla człowieka, w którym nieprzyjaciela postrzegł objawem nagłym.
Wstał pod wrażeniem tych nocnych widziadeł i przypomniawszy wieczór wczorajszy, poszedł się najprzód upewnić, że książka, którą wziął w bibliotece leżała w jego szafie. Zapieczętowane karty kusiły go; spojrzał na nie, ale jakież było podziwienie jego, gdy sznur znalazł potargany, pieczęcie załamane, tajemnicze arkusze rozlepione!...
Nie mógł uwierzyć swym oczom, tak był pewien, że wczoraj włożył ją na pułkę nietkniętą. Miałże ją przez sen nieprzytomny sam otworzyć, czy siła jaka tajemnicza rozkryła mu je umyślnie, aby nic ciekawości jego nie powstrzymało?...
Świat nowy, w który wchodził Eugenek, pełen widm, cudowności, duchów, podań żywych, tak był różnym od tego, do którego z dzieciństwa przywykł, oddychając powietrzem jasnem i weselem południa, sceptycyzmem Zachodu, to co doświadczał tak się nie godziło z tem w co wierzyć, a raczej w co niewierzyć go uczono, że chłopię pogodzić nie umiejąc sprzeczności, całe się czuło wzburzone, zachwiane.
Były to pierwsze w życiu jego zapasy. Odprawiwszy Zaranka do książek, krótki dzień dobry oddawszy matce, którą znalazł smutną, z oczyma do zapłakanych podobnemi, Eugenek pobiegł do biblioteki i tam zamknął się z rękopisem, aby pożreć chciwie jego tajemnicze karty.
Co się działo w sercu pani Spytkowej, tegobyśmy pewnie skreślić nie potrafili. Szczęściem w papierach, które służą za materyał tej powieści, znalazł się ułamek jej listu, pisany do przyjaciółki lat dziecinnych i powiernicy, z którą się każdem wrażeniem dzielić była przywykła. Daleka ta krewna mieszkała w Warszawie, gdzie mąż jej na dworze znakomite zajmował stanowisko. Wychowane razem, jak dwie siostry kochające się czule, Brygita i Łucya, rzadko się widując, zastępowały dla siebie świat cały. Jak Brygita, Łucya była nieszczęśliwą w małżeństwie, opuszczoną przez wietrznika, samotną, obie potrzebowały boleść z serca wylać, bo mało jest ludzi co ją zamknąć i w ciszy pokonać potrafią; latały więc co kilka dni kartki do stolicy, a w nich każde bicie serca czuć się dawało. Niewiele z nich ocalił przypadek.
List bez daty, który widocznie do tych dni się odnosił, po opisie ostatniej bytności Iwona w Mielsztyńcach, kończy się takim ustępem:
„Łucjo kochana, chciałabym ci się wyspowiadać tak szczerze nawet z grzesznych myśli moich, jak przed kapłanem na ostatniej spowiedzi. Ale czyż ja sama siebie rozumiem, czy ja władam sobą? To co mnie teraz otacza, od dnia śmierci człowieka, którego imię noszę jeszcze i po którym zostały mi resztki ciężkich kajdan, dźwiganych długo, zdaje się jakby w sen gorączkowy życie moje zmieniło.
„Syn mój — o przeznaczenie! — przywiódł mi tu tego człowieka, którego starałam się a nie mogłam zapomnieć. Stanął przedemną, widmo żywe młodości, zeschły liść tej wiązki kwiatów, której woń mię poiła.... Kilkanaście lat surowa, niezbłagana dla siebie, bez łez, bez jęku, zimna, kamienna, znosiłam straszliwą torturę. Słyszałam, patrzyłam niemal jak on się szarzał, upadał i upadał... myślałam, żem zobojętniała, że jeśli co zostało we mnie z dawnych uczuć, to się jak wino w ocet z gniewu zmieniło. Ale któż pojmie co jest za potęga w miłości i węzłach, które się latami młodemi sprzęgają!...
„Na korze młodego drzewa ledwie znaczną ktoś nakreślił głoskę, rosła ona, zolbrzymiała, stała się raną otwartą, niezgojoną... i drzewo ściąć trzeba było, aby to znamię zniweczyć. Wrosło w jego rdzeń, wypiętnowało się w tkance, nieznaczne zrazu, na starość jest niestartą blizną. Tak dzieje się i z miłością dni młodych. O moja najdroższa! obraca się ona w nienawiść, w gniew, w pogardę, a na dnie ich wiekuje niezwalczoną namiętnością. Z pogardą przyjęłam tego człowieka, mówiłam z gniewem do niego, piorunowałam go oczyma, a łzy z nich ciekły, i chwilami temu zwiędłemu, skalanemu człowiekowi chciałam się rzucić na szyję, lub do nóg upaść i płakać... I płakać, ażeby ze łzami dusza poszła, która nigdy, nigdy zaspokojoną być nie może, a jednak, nigdy miłości upakarzającej pozbyć się nie potrafi! Praca lat kilkunastu nad sobą, siła moja, panowanie, w proch się rozpełzły, siebie nie poznaję. Wypędzam go... i lękam się aby nie poszedł; brzydzę się nim... i głosu jego, tego śpiewu dni wiosennych, słucham z rozkoszą; męczę się mojem spodleniem, niedolą... i czuję, że w paszczę smoczą pójdę słaba, złamana, gdy mnie zawoła, że zapomnę obowiązków dziecięcia, żałoby, którą noszę, imienia!...
„Wstyd mi siebie, a umrzeć nie umiem, a żyć bezecna pragnę.
„Ażebyś pojęła cała nędzę moję, powinnabym ci odmalować tę istotą, która we mnie wstręt obudzając, pociąga szatańskim urokiem.
„Kochałam go niedyś młodym, pięknym, pełnym szlachetności i zapału. Co za ruinę straszną uczyniły z niego lata! Szyderski, sterany, zimny, bezwstydny, czego nie mówi usty, każe się domyślać postawą, wzrokiem, ruchem, atmosferą, która go otacza... Jestto anioł upadły, czarny spalony, a ja skazaną jestem widzieć w nim i pod nim anioła marzeń moich. Gardzę nim i kocham go namiętnie, brzydzę się i żyć bez niego nie mogę, że będę szczęśliwą, że się zmażę słabością, że z tego tronu wdowiego, na którym siedzę królową, zejść będę musiała na niewolnicę wzgardzoną i służebną... a... nic już mnie powstrzymać nie potrafi.
„Pożegnałam go, odpędziłam jako Spytkowa; alem wyszła po chwili, przyciągając go słowem łagodnem, jak dawna kochanka. Nawet widok ludzi i dziecka nie powstrzymał mnie... Płaczę nad sobą gorzkiemi łzami. Chwilami winy wszystkie przypisuję sobie... to znów jemu; pałam zemstą i łzy leję. Na domiar nieszczęścia, przypomnij sobie nieprzyjaźń wiekuistą rodzin, którą ja odziedziczyć powinnam... Nie jestże to fatalność? Powiedz mi co mam czynić? Modlitwa nie pomaga, Bóg nie słucha...“
Nie dziw, że po tym liście wyjazd do Warszawy już postanowiony, wkrótce odłożonym i zapomnianym został. Pani Spytkowa dnie spędzała w kaplicy, kilka razy wyjeżdżała na polowanie, zamykała się w swoich pokojach, z synem była milcząca i o podróży nie mówiła wcale. Jaksa się nie pokazywał, choć zaproszony, a Eugenek wcale też nie myślał go szukać i przyciągać. W Mielsztyńcach smutniejsze jeszcze może niż za starego pana, jak go zwano, poczęło się życie.
Matka spostrzegła wielką zmianę w synu, ale przyczyn jej nie umiejąc odgadnąć, przypisywała to wiekowi; poleciła tylko panu Zarankowi, aby się go starał rozerwać i zabawić.
Dnie płynęły roztopionym ołowiem, ciężkie, duszne, nieprzeżyte. Często nieszczęśliwa niewiasta pragnęła bodaj piorunu jakiego coby je przerwał płomieniem i zniszczeniem... Nic nie przychodziło... Krótki przeciąg czasu wydawał się wiekiem... Ludzie spoglądali, wzdychając, na wdowę, na panicza i nic dobrego nie rokowali z ich twarzy i posępnego milczenia.
Obiecywało się to przeciągnąć do nieskończoności, bo nikt odwagi nie miał na krok jakiś stanowczy, gdy jednego rana oznajmiono pani starego jej plenipotenta, owego Dzięgielewskiego, który za życia Spytka już nieograniczone posiadał zaufanie rodziny i w ręku swem miał zarząd dóbr i wszystkie dotyczące ich sprawy. Był to starzec siwy ale czerstwy, człek nieposzlakowanej poczciwości, chłodny na pozór, a w rzeczy pełen przywiązania do domu i kochający rodzinę pańską jak swoją. Widywała go u kaplicy wdowa, czasem na chwilę w dnie świąteczne u stołu, lub gdy jakiś interes wymagał podpisu, rzadko jednak trafiło się coś tak pilnego, by o osobną audencyą prosił pani.
Tym razem zażądał jej pilno i przyszedł zafrasowany widocznie. Dosyć było pani Spytkowej spojrzeć nań, aby coś niepomyślnego odgadnąć. Stary Dzięgielewski skłonił się, a na zapytanie co go sprowadza osądził słusznem nie obwijać prawdy w bawełnę.
— Przychodzę ze złą wprawdzie wiadomością, a przynajmniej z kłopotem — rzekł — ale w istocie nie jest to nic nowego, choć wygrzebanego z nowem przygotowaniem groźnem. Będziemy mieli proces...
— Z kim? o co? — zapytała wdowa. — Pan wiesz, że wszelkiego powodu do spierania się po sądach mąż mój unikał. Cóż się stało? co zaszło?
— Jest to rzecz stara, śmieszna, przedawniona, a jednak mogąca wiele kosztować i pieniędzy i pokoju. Zrobić nam nic nie zrobią, ale męczyć mogą.
— Któż? co? za co?
— Proces to kilkadziesiąt letni, zgrzybiały, ale nudny być może w nowych rękach zapobiegliwego i zręcznego człowieka. Spytkowie, nabywając Mielsztyńce dwieście temu lat z okładem, niedopilnowali się należycie. Majątek był prawie jeszcze niepodzielony; brat który go sprzedawał, choć nim władał, nie miał ustępstwa formalnego od rodziny. Sprzedaż była w dobrej wierze zrobiona ze stron obu, ale nieprawna. Rodzina sprzedającego po jego śmierci wytoczyła proces o Mielsztyńce, o posiadanie nielegalne. Walczyliśmy o to; ale sprawa gaszona, tłumiona, przewlekana, nigdy całkiem nie była ukończoną. Nie wiem jaką drogą owa pretensya do Mielsztyniec, przeszła w ręce ojca Jaksy.
— Więc to pan Jaksa? — spytała wdowa żywo.
— Nie, nie on, jak się zdaje — rzekł Dzięgielewski — ale ktoś co nabył czy dostał prawa jego, zapewne dawniej, czy teraz, nie wiem... p. Repeszko — dodał pełnomocnik. — Repeszko jest sąsiadem Mielsztyniec, homo novus; niedawno tu przybył i mało go znamy, ale dotąd nie z najlepszej strony. Jest chciwy, przebiegły, twardy... Proces z nim to może być rzecz wiekuista. Wygramy go, ale nas będzie ciągał po trybunałach bez końca...
— Wszakżeby go można pewnie załagodzić czemś — spytała wdowa trochę niespokojnie.
— Tak i ja sądziłem — odparł Dzięgielewski, który chłodno brał rzeczy i strwożonym się być nie zdawał — tak sam sądziłem i nim przyszedłem niepokoić panią moję, jeździłem do niego, myśląc, że się to da lada czem raz na zawsze załatwić. Ale człek słodki jak miód, okazał się twardym jak kamień. Roześmiałem mu się w oczy, gdy mi na seryo powiedział, że mu się całe Mielsztyńce, ni mniej ni więcej należą. Po takiem wyznaniu, nie było co traktować nawet z szalonym... ale...
— Możesz to być groźnem? — podchwyciła wdowa. — Ja nie znam prawa, ale prosty rozum wskazuje, że posiadanie dwuwiekowe samo już daje pewną rękojmię, że było na czemś oparte, że...
— Tak jest — przerwał starzec — ale jeśli w przeciągu tych lat dwóchset nieustannie co rok, co kilka powtarzano manifesta, protestowano przeciwko gwałtowi, zastrzegano się od przedawnienia, naówczas trybunały uwzględnić to muszą. Nie sądzę byśmy przegrali, ale proces będzie długi i kosztowny.
— Dla obu stron — odparła wdowa.
— Zapewne z tą różnicą, że majętniejszych zawsze on więcej kosztuje...
— Jestże na to rada jaka?
— Będę się starał wyszukać ją — ciszej odpowiedział plenipotent. — Tymczasem osobnego potrzebuję upoważnienia i osobnych na to funduszów.
Już po tych naradach, które się w prędce skończyły, staruszek wychodził, gdy go pani Spytkowa zawołała.
— Mówiliście mnie — rzekła — że pretensyą tę do Mielsztyniec nabyli Jaksowie. A więc od kasztelanica ona przeszła do tego pana. Zdaje mi się iż nowy sąsiad nie tak dawno nabył Studzienicę, więc później jeszcze musiał dostać ten proces. Nie czujecież w tem ręki... ręki — dodała mimowolnie rumieniąc się — naszego dawnego nieprzyjaciela... kasztelanica, który zdawał się przecie przejednany i zbliżył się do nas? Nie jest li to jego sprawa? nie należałoby...
Nie dokończyła, stary powrócił od progu.
— Dla różnych przyczyn — rzekł ciszej — unikałem wspomnienia tego pana. Nie chciałem uszów pani trudzić opowiadaniem o nim. Jednakże to samo właśnie przyszło mi na myśl i spowodowało, że zaraz w początku, mimo największego wstrętu do osoby, udałem się do tych nieszczęsnych Rabsztyniec. Domyśliłem się w tem wszystkiem roboty Machiawelskiej człowieka, dla którego nic świętem nie jest...
Pani Spytkowa zadrzała i spojrzała bystro na Dzięgielewskiego. Stary był spokojny i mówił nie domyślając się, jakie wrażenie słowa jego uczynić mogły.
— Pojechałem — ciągnął dalej — do tego wilczego gniazda. Jakimś cudem go tam zastałem, bo to się włóczy i tłucze, jak Marek po piekle, całe życie. No, ale tym razem siedział w domu. Co za dom! cygański szałas często pozorniej się wydaje.
— Jakże w takiej nędzy?
— Niewątpliwie, bo nieład i rozpusta prowadzi ją za sobą — mówił dalej plenipotent. — Przyjął mnie, widocznie domyśliwszy się o co chodziło, choć udawał, że nic nie wie i nie rozumie. Gdym zagaił sprawę, cóż? oto mi dowiódł czarno na białem, że nie on Repeszcze odstąpił tych pretensyj, ale ktoś inny, któremu on, jakoby żadnej do nich nie przywiązując wagi, oddał je w małym długu przed laty.
— W istocie są dowody — ciągnął dalej Dzięgielewski — że pretensya przez trzecią osobę cedowaną była temu Repeszce. Ale te dowody wcale nie przekonywują, bo w sprawie z takiemi ludźmi, nigdy nic nie ma tej twarzy, którąby mieć powinno, zawsze się fałszu domyślać potrzeba.
— Cóż jest za cel w tem wszystkiem? — spytała kobieta — płonąc i bledniejąc.
— Czas dopiero rozświecić to może — z cicha szepnął Dzięgielewski. — Procesowaliśmy się długo, mamy za sobą powagę czasu i dekretów, mamy posiadanie rzeczywiste, stosunki, pieniądze; baćby się niczego nie należało, gdyby na świecie było co pewnego i przewidzianego. Nieszczęściem ludzie są chciwi i źli, czasy nie najlepsze, miłość sprawiedliwości wygasa, interes ją zastępuje... To pewna, że się dzielnie bronić będziemy, że ja sił wszystkich dołożę i pani możesz być pewną...
— O! ja jestem spokojną — przerwała Spytkowa. — Ale... szepnęła ciszej po chwili... — nie dobrze by to było, gdybym ja sama spróbowała pomówić albo z Jaksą...
— Ale on od tego ręce umywa...
— No, to z Repeszką.
— Z nim nie warto — zawołał Dzięgielewski — wbiłoby go to w pychę. Ja się staram śmiać z niego i lekceważyć go, żeby sobie zbyt nie tuszył.. Widząc nas spokojnemi, może zwątpi: trwoga by mu sił dodała, a gdy się zawaha, zawsze czas będzie lada czem sprawę uspokoić.
— Rób pan, jak uznasz właściwem — rzekła wdowa w ostatku. — Musimy to znosić nie mogąc od razu złamać. Mówisz wszakże, iż to się groźnem nie wydaje?
— Tak jest — odpowiedział Dzięgielewski — nie sądzę, aby to Mielsztyńcom mogło grozić, chybaby już w naszej rzeczypospolitej krzty sprawiedliwości nie było.
Tegoż dnia, z rozmowy przy obiedzie, dowiedział się o wszystkiem Eugenek. Słuchał powieści z uwagą wielką, dopytywał się o nią, a bystrym umysłem sięgnął odrazu do głębi, chociaż jej dna dojrzeć nie mógł. Nie rozumiał on dobrze rachub, czuł wszakże rękę mściwą Jaksy, i przekonanym był, że cała robota od niego wyszła. Twarzyczka młoda rozpłomieniła mu się od gniewu, oko zaiskrzyło; ale ten podstępny sposób nękania obudził w nim razem wzgardę niewypowiedzianą.
Tymczasem proces, rozpoczęty jakoś na pozór bez wielkich wytężeń i zapobiegań ze strony Repeszki, z cicha i ostrożnie, wprędce nadzwyczaj groźne przybrał rozmiary.
Dzięgielewskiemu zdawało się z powolności ruchów nieprzyjaciela, z nieśmiałości poczynionych kroków, z braku stosunków, że sprawa pójdzie żółwim krokiem i wytartą koleją. Sądy były z nią obeznane, puszczono ją dawno z uśmiechem per non sunt, godziło się sądzić, że i teraz tak będzie. Ale tu mistrzem się pokazał dopiero godny pan Repeszko. Nigdzie śladów nogi jego widać nie było, nigdzie głosu nie słychać, przecież skutki potajemnej roboty mocno się uczuć dawały. Pogląd na sprawę całkowicie się zmienił; przybrała ona fizyognomią groźną, bo się przedstawiała jako dowód wiekowego ucisku i preponderancyi możnych nad biedniejszymi, zyskiwała sympatyą drobnej szlachty, urzędników, palestry. Nie szło już o Mielsztyńce, ale o zasady, a wiek był potemu, by się o nie rozpierano wszędzie, gdziekolwiek cień ich się ukazał. Nadzwyczaj zręcznie memoryałami poparta pretensya, uzyskała rozgłos, stała się przedmiotem rozmów, roznamiętniała ludzi, trzymała sędziów pod naciskiem opinii publicznej, zawsze skłonnej do popierania tego, co krzyczy i hałasuje.
Tego się najmniej spodziewał Dzięgielewski, ufny w szacunek powszechny, który otaczał dom Spytków. Przerażały go rozmiary jakie przybrał w początkach. Prawnicy, których się radził, potrząsali głowami; wszyscy dotąd utrzymywali, że sprawa przegraną być nie może; ale już przebąkiwano, że dla świętego spokoju dobrze potrzeba będzie opłacić. Dzięgielewski udał się do Repeszki, ułożywszy z nim spotkanie w domu znajomych. P. Nikodem łagodniutki, miły, pełen uczuć najszlachetniejszych, składał ręce, kłaniał się, zaklinał, uśmiechał, ściskał Dzięgielewskiego, ale w żadne układy wchodzić nie myślał... Utrzymywał, że poniósł tak znaczne koszta, nabył pretensyą tak drogo, opłacił tak sowicie, iż dziś chybaby mu całe dano Mielsztyńce, a jutro to do nich jeszcze coś dodać przyjdzie. Suma do jakiej urosły jego rachunki, była olbrzymią do śmieszności. Nie można było mówić z tym człowiekiem.
Dzięgielewski stary, przywykły do spokoju, sumienny, po tem spotkaniu tak się zgryzł myślą, iż wszystkiemu był winien, zrazu lekceważąc nieprzyjaciela, że przyszedłszy do domu, położył się w łóżko... a w kilka dni biedaka poprowadzono na cmentarz... Miał wprawdzie lat siedemdziesiąt i siedm, te dwie siekierki straszne, co tylu ścinają ludzi, ale byłby pożył pewnie do dziewięćdziesięciu, gdyby nie sprawa nieszczęśliwa.
Zacny a pobożny Repeszko, co admirowano niezmiernie, poszedł ze świecą za jego pogrzebem i rzucił garść piasku na oczy starca, a nawet łez kilka uronił. W istocie niepospolita była to dla niego gratka; starego takiego pełnomocnika, wtajemniczonego we wszystko, nie łatwo zastąpić. W pierwszej zaraz chwili, nim się opamiętano, p. Nikodem popędził sprawę i otrzymał dekret niespodziewany, nieprzewidziany, dla siebie nader pomyślny. Wiadomo jaki w podobnych razach wpływ wywierają wyroki niższych instancyj, jak utrudniają obronę.
Strwożono się niepomału w Mielsztyńcach, i było czego zaiste. Idąc tą drogą, sprawa mogła pozbawić Spytków prawie całego ich majątku. Proces wprawdzie trwać musiał długo, ale zręczny Repeszko, nie doszedłszy końca, mógł sobie nawet posiadanie dóbr wyrobić. Człowiek ten w szarej kapocie, kłaniający się nisko, ubogi... okazał się tak dziwnie zręcznym, iż po nim wszystkiego się obawiać było można...
Był teraz w swym żywiole, lepiej nawet wyglądał. Szczerze powiedziawszy, przyczyna tego była bardzo prosta. W zwykłym trybie życia jego post i chleb suchy, a licha strawa nawet w niedzielę się nie zmieniały; rozpocząwszy proces, Repeszko uznał, stosując się do miejscowych obyczajów, że ludzi potrzebnych papką najłacniej ujmować, że często inaczej nawet pozyskać ich sobie nie podobna. Potrzeba więc było wydawać obiady, wieczerze, śniadania i podwieczorki. Zmuszony do tej fatalnej ostateczności, Repeszko gospodarując, przynajmniej za swoje pieniądze objadał się za każdym razem jak mógł najobficiej... Przy własnym stole wyglądał na zgłodniałego pasożyta, chwytał półmiski, wybierał kawałki, połykał nieprawdopodobne stosy jadła. To go na cerze i na objętości nawet poprawiło. Postrzegł sam, że pas, który dawniej bardzo długie miał końce, stawał się coraz krótszym. W najgorszym razie to już było pewnym zyskiem w procesie. Ale i sam ów proces wiódł mu się nadzwyczaj szczęśliwie; p. Nikodem był kretem do tego rodzaju robót podziemnych stworzonym.
Po śmierci Dzięgielewskiego interesa objął jego młody pomocnik, człowiek do zbytku bojaźliwy i przejęty wielką odpowiedzialnością jaka spadła na niego. W niepowodzeniu stracił głowę i rzucił popłoch w domu. Pani Spytkowa dowiedziała się nagle, że sprawa nadzwyczaj groźne przybiera rozmiary... Z zimną na pozór krwią przyjęła tę wiadomość, nie dając znać po sobie ile ona ją obeszła. Eugenek wypadkiem był temu przytomny, milcząc i siedząc na stronie, nie stracił jednego słowa; twarz mu pobladła, ale się nie odezwał.
Wypadało działać, nie tracąc czasu, zapobiedz dalszym krokom, użyć ludzi obeznanych z tego rodzaju sprawami, a nadewszystko wpływów wszechmogących, stosunków z osobami wyżej położonemi, od których zależało prawie wszystko. W tej epoce demoralizacyi i zepsucia, które przyszło powoli, choć głos sumienia często się odzywał, protekcye robiły cuda, bez nich nie można było stąpić kroku. Nie miał ich Repeszko, ale je zastępowała u niego drobnostkowa zapobiegliwość, zręczność i pieniądz, który dawać umiał. Spytkowie mieli niegdyś rozległe stosunki pokrewieństwa z pierwszemi w kraju rodzinami, znaczenie u dworu; ale długie usunięcie się ich ze sceny, zamknięcie na wsi, zerwanie dobrowolnie z ludźmi, pozbawiło ich dawnej wziętości. Potrzeba było teraz dopiero w chwili niebezpieczeństwa, odszukać pokrewieństwa, znajomości, przypominać się i oznajmić, że się jeszcze żyło.
Po wyjściu prawnika, pani Spytkowa rzuciła się na krzesło, zamyśliła smutnie i zapłakała gorzko. Zostawała jej ledwie jedna Łucya, przez którą do osób wpływ mających trafić mogła, ale i ta niewielkie miała znaczenie.
W tem wszystkiem zemsta kasztelanica, jakkolwiek ukryta, dla niej była widoczną, dotykalną. Oburzała się na to prześladowanie, którem usiłował ją złamać, a jednak mimo woli, serce jej pojmowało go, rozumiało, że reszta niedogasłej namiętności mogła tylko do tej ostateczności go skłonić. Uczucie jakiego doznawała dla dawnego pierwszego przyjaciela młodości, składało się z tej wzgardy i miłości zarazem, które je czyniły nieznośną męczarnią. Z duszą rozdartą sprzecznemi uczuciami, niepewna co począć, płakała jak słaba kobieta. Ale wyrobiona kilkunastą lat cierpieniami energia zbudziła się wreszcie, oburzenie przemogło, myśl o przyszłych dziecka losach dodała odwagi.
Był to dzień późnej jesieni, ale pora pogodna i ciepła. Lasy złociły się już przedśmiertnemi barwami; po polach słały się nici pajęcze; w powietrzu była cisza dziwnego, tęsknego uroku. Pani Spytkowa miała zwyczaj przejeżdżać się konno, od owdowienia jednak swego, polowania prawie zaniechała; rozrywka ta, przypominająca jej ciężkie lata, w których była jedynem roztargnieniem i chwilą swobody, teraz jej stała się obojętną. Czasem jednakże kazała podać wierzchowca, i ludzie do tego przywykli, że sama jedna puszczała się w cwał na lasy, po kilka godzin bujając tak z myślami i bólem, zdala od natrętnych świadków. Z południa tego dnia zadzwoniła i kazała sobie podać karego wierzchowca, który stał prawie zawsze gotowy. Przyprowadził masztalerz, chcąc pani towarzyszyć, ale go odprawiła, zapowiadając, że sama chce krótką uczynić przejażdżkę.
Nie było w tem nic nadzwyczajnego; puściła się więc samotna ku swoim ulubionym lasom i nikt się nie zdziwił, że z pięknego wieczoru chciała korzystać. Są czasem dziwne trafy, których nic wytłumaczyć nie może, a od których wiele w życiu zależy. Pani Spytkowa czuła i wiedziała, że nie szukając spotka dnia tego Jaksę; puściła cugle koniowi i przyspieszyła jego bieg w tę stronę, gdzie były Rabsztyńce. Powiedziała sobie w duszy, że jeśli go spotka, stanowczo raz z nim rozprawić się musi.
Jak? o tem nie wiedziała sama. Pragnęła użyć dawnej nad nim przewagi, aby go od prześladowania odciągnąć; nie była jednak pewna, na czem się może skończyć rozmowa. Chciała być groźną i straszną, ale się lękała słabości zarazem. Jechała z jasnowidzeniem, że jej nie minie spotkanie z kasztelanicem. Chwilami strach ją ogarniał i pragnęła wrócić... a jednak jechała dalej... ciągnęło ją coś i popychało.
Gdy z dumań tych, którym gwałtowne bicia serca towarzyszyło, rozbudziła się, gałęzie drzew na wąskiej ścieżce leśnej biły ją po twarzy; była wśród gęstwin dobrze sobie znanych... Na krętej drożynie wiodącej do Rabsztyniec koń niekierowany szedł sam dziwnym jakimś instynktem... Serce uderzało w piersi coraz gwałtowniej; obawiała się podnieść oczy, tak była pewną, że go zobaczy...
Jakoż tentent drugiego konia dał się słyszeć po za nią, coraz bliżej... Na ścieżce mignął jeździec... Był to Jaksa, w myśliwskiej starej kurcie, w ubraniu prawie odartem, z twarzą bladą, wyschłą, straszną niemal, wyrazem posępnym i groźnym.
Zobaczywszy i poznawszy wdowę, zatrzymał konia nieco; zdawał się namyślać, czy ma zwrócić się, czy minąć ją; potem go ścisnął ostrogami i w susach kilku, uchylając czapki, przebiegł nie zatrzymując się.
W przelocie spotkały się dwa wejrzenia nieokreślonego wyrazu: groźb, żalu i gniewów więcej w nich było niż miłości. Spytkowa zarumieniła się, chciała krzyknąć, lecz głosu jej zabrakło zrazu. Potem zawołała:
— Stój!
Kasztelanic się odwrócił, koń jego wrył się w ziemię, tak silnie targnął cuglami.
— Stój! — powtórzyła, zacinając karego pani Spytkowa... — choćby nawet miano nas tu spotkać, podejrzeć, podsłuchać i roznieść po świecie, że w lasach szukam pokryjomo waćpana, mniejsza już o to; raz musimy się rozmówić z sobą... Szukałam go w istocie...
— Mnie! wy? — zapytał cicho i prawie zawstydzony Iwo — mnie? pani?
— O! nie kłamże, człowiecze bez wstydu i bez serca, który znasz tylko namiętność, a nie rozumiesz poświęcenia, nie kłam! — gwałtownie zawołała kobieta. — Wiedziałeś, że mnie przywiedziesz do tego, pracowałeś na upokorzenie, na łzy moje... szło ci o nędzne to zwycięztwo pychy, otrzymane przewrotnymi, lichymi, niegodnymi was środkami.
— Nie rozumiem — odparł Jaksa — wszak żadnych już nie ma między nami stosunków... Cóż ja...
— Ale nie kłam, przewrotny, i zarumień się! — powtórzyła kobieta. — Któż, jeśli nie ty, narzucił nam ten proces? Nękasz mnie i prześladujesz. Powiedz-że czego chcesz, czego żądasz odemnie?
Kasztelanica twarz się zmieniła, obawa pierwszej chwili, czy wstyd może, ustąpiły z niej. Ironiczny uśmiech paczył mu usta, oczy błyskały z chmurnego czoła...
— Czego ja chcę? — zawołał — to pani wiesz tak dobrze jak i ja. Chcę napowrót serca, dłoni, ciebie... kobieto... któraś powinna była być moją!
— I zdobywać mnie chcesz zemstą, podstępem?
— Czem mogę. Zamknięte serce, jeżeli go nie otworzy promień uczucia, jak konchę zamkniętą potrzeba nożem rozedrzeć...
— Skrwawić...
— I zabić choćby... bo na grobach pokój rośnie.
— Ale ja się brzydzę tobą...
— Ale ja was nienawidzę także... Tylko — dorzucił kasztelanic — moja nienawiść jest jeszcze namiętnością, co się w najgwałtowniejszą miłość na skinienie twe zmienić potrafi.
— Tyś podły! — zawołała, drżąc kobieta.
— Tak, podłym jestem, spodliłem się dobrowolnie, tarzam się w błocie, to moję gorączkę osładza! Cóż mam do stracenia?...
— Tyś mściwy! tyś bez litości!...
— Zemsta, rzecz dodatkowa — rzekł chłodno Jaksa, ona się tu doskonale godzi z moją dla was namiętnością. Spytek mi wydarł narzeczoną, nadzieję, młodości szczęście; ja Spytkom wydrę majętność, dziecięciu matkę i opiekunkę... i zgniotę...
Kobieta krzyknęła... Jaksa, którego gniew unosił, powstrzymał się.
— Alboż moja zemsta — zawołał, zmieniając głos — nie jest obowiązkiem względem mojej rodziny i przeszłości, alboż myśmy mało cierpieli od nich? Nie mamyż prawa oddać im wet za wet. Patrz, do jakiej nędzy i upadku przywiedli oni Jaksów. Czyż robak wreszcie nie ma podnieść głowy i bronić się, gdy może ukąsić? A wy... cóż wam do nich? Dość tego! To plemię skarlałe skazanem jest na zgubę!
— Moje dziecko! — zawołała Spytkowa — moje dziecko!.. i więcej wymówić nie mogła.
Jaksa zamilkł.
— Nie wasze to, ale ich dziecię — rzekł chmurno znowu — niech pójdzie spróbować nędzy, upokorzenia, osamotnienia, któremi ja się poiłem, czas mu do tego kielicha. Nie! nie będę miał litości! Tak jest! Ten proces ja wam rzuciłem na barki i zniszczę was nim...
— I sprawiż ci to rozkosz, człowiecze bez duszy?
— Sprawi, bo innej nie mam. Pożeram głodny, co mi los daje.
— A bezduszny! — zawołała zmieszana, prawie ze łzami Spytkowa. — Więc nawet dla mnie, w imię przeszłości, rozbroić się nie dasz i zmiękczyć?
— Wy zniżacie się do prośby?
— Nie proszę... przeklinam!..
— A jednak moglibyście odwrócić niebezpieczeństwo — rzekł Jaksa — ale musicie zerwać z przeszłością, poświęcić mi Spytków, być moją, oddać mi rękę...
Spytkowa zmierzyła go okiem groźnem.
— Tak — rzekła z uśmiechem gorzkim — wprowadzić was na ten zamek, uczynić ojczymem dziecka, którego nienawidzisz... spodlić się przed światem... Sądzisz mnie do tego zdolną?... Nie! raczej umrzeć!...
— Więc wyście pragnęli tylko, w imię dawnej miłości, rzucić mi jaki ochłap swojego bogactwa, jak nędzarzowi, jak rozbójnikowi, i odpędzić precz? Wytargować za uśmiech swobodę, mienie, przebaczenie, i pozbyć się Jaksy natrętnego? To się tylko w sercu i głowie niewiasty urodzić mogło... Znacież mnie takim, jakim kilkanaście lat chłosty mię uczyniły? wiecież wy, żem wściekły, zły, żem ostygły i że nawet reszta miłości dla was zapłynęła żółcią, tak, że miłość jest goryczą i rozdzielić ich już nie można? Baranka łagodnego chcieliście mieć ze mnie, ale jam wilczysko wściekłe!
— Chcecie mnie zastraszyć — odparła wdowa. — Powinniście pamiętać, że i ja nie jestem tą słabą łzawą niewiastą jaką byłam... i ja...
Ale gdy to mówiła, łzy popłynęły jej z oczów i łkanie przerwało mowę. Jaksa patrzył milczący. Czego wspomnienia nie dokonały, to cudownie łza jedna spełniła; serce się jego poruszyło, zmiękł, posmutniał, zmienił się. Konia swego zbliżył ku wdowie, zamyślony, posępny, ale widocznie wzruszony.
— Jeszczeżby — pomyślał — mieli mnie i przez nią starzy wrogowie nasi zwyciężyć? i przez nią... przez tę, która była moją... którą mi odebrali, aby ją przeciwko bezsilnemu obrócić?.. Powiedz — począł z cicha — powiedz mi, nie maszże ty litości żadnej? chcesz bym się wyrzekł zemsty, nadziei, bym dla twego spokoju, dla ocalenia ich, poświęcił się... zaparł, ginął?... Cóż mi dasz w zamian?... trochę litości i wiele pogardy... Ależ każdy ma swą chwilę zwycięstwa w życiu, a jabym miał być jej pozbawionym? powiedz!... O, jakże dziwnie splotły się nasze losy!... Stoimy zajadłymi nieprzyjaciołmi przeciwko sobie.
— I ty... ty mi nic nie chcesz poświęcić? — łagodniej rzekła kobieta — nic!...
— Ja? wszystko — odparł smutnie Jaksa. — Tak jestem spragniony jednego dobrego słowa, że za nie... Ale ty mną pogardzasz...
— Bo zasługujesz na wzgardę...
— Lecz, lecz gdybym ci wszystko poświęcił... cóż mi dasz w zamian?
Spytkowej zabrakło głosu.
— Nie zdobywaj mnie i szczęścia — zawołała żywo... — gwałtem i musem, nie zabijaj wspomnień lepszych. Bądź wielkim i szlachetnym... nie sprzedawaj mi uczucia swego... Serce kobiety tylko tem się odzyskuje. Nie poniżaj mnie, podnieś siebie!...
Kasztelanic dumał oparty na siodle.
— Kusicielko — zawołał — rozbroić mnie chcesz i rzucić potem łachmanem na drodze, aby mnie ludzie stratowali... Ha! stań się wola twoja!.. Dosyć cierpiałem, mogę już docierpieć do końca. Kochałem cię i kocham nawet tą zemstą i nienawiścią, poddam się. Zetrzyj mnie. Ale słuchaj, kobieto!... jeśli jest Bóg, sprawiedliwość, niebo i piekło... kara i nagroda... to spytają cię na innym świecie o dolę moję. Trzymasz ją w ręku. Zrobię wszystko czego żądasz... spełnię rozkaz! Jam twój, ja nie dopominam się nic, nawet o uśmiech i spojrzenie. Bądź spokojną. Jaksowie zginą, ale ich grób... będzie godzien byś na nim łzę wylała.
Spiął konia, skłonił głowę i zniknął. Spytkowa stała długo w miejscu, z oczyma łez pełnemi, nie wierząc jeszcze otrzymanemu zwycięstwu. Sam koń jej, rżąc zawrócił ku domowi i niekierowany rączo się puścił do Mielsztyniec. Gdy stanął przed gankiem, zsiadając, zaledwie mogła pani Brygita zdać sobie sprawę z tej sceny dziwnej, nieprawdopodobnej, a zakończonej niezrozumiałym jeszcze dla niej tryumfem.




P. Nikodem Repeszko właśnie był powrócił z Lublina, w dosyć dobrem usposobieniu umysłu, zadowolony z siebie, obrachowując wcześnie przyszłe zyski, jakie mu szczęśliwie prowadzona sprawa niechybnie dać musiała, gdy drzwi otworzyły się nagle (ledwie czas miał trzos, leżący na stole, wsunąć pod poduszkę) i wszedł kasztelanic. Mimo, że mu teraz wiele zawdzięczał, Repeszko zawsze się go obawiał, i każda jego bytność przejmowała go jakimś strachem. Tym razem jednak, spojrzawszy na twarz, znalazł Jaksę tak zmienionym, tak posępnie łagodnym, tak jakoś nie groźnym, że mu otucha wprędce do serca wróciła. Nic nie mówiąc, kasztelanic usiadł.
— Słuchaj no, mospanie Repeszko — odezwał się — mam do ciebie interes... Przypominasz sobie zapewne, kiedy ci raz pierwszy ustępstwo moich pretensyi do Mielsztyniec przyniosłem, zapowiedziałem wyraźnie z góry, iż może przyjść chwila, gdy ci powiem: nie pójdziesz dalej — dosyć! Otóż ta chwila przyszła... Dosyć.
— Jakto? — zapytał przelękły Repeszko — jaka chwila? co miało przyjść, najszanowniejszy mój dobroczyńco i łaskawco? Ty, którego nieocenioną przyjaźnią się zaszczycam... żarty chyba raczysz czynić z pokornego sługi swego.
— Ja nigdy w życiu nie żartuję — odpowiedział spokojnie kasztelanic... — szydzę czasem, to co innego.
— A czasem straszę — dodał wdzięcząc się, ale zbladły gospodarz.
— Mylisz się — przerwał znowu Jaksa — nie straszę nigdy, chociaż biję czasem.
— Ale to są... ot tak...
— Bynajmniej — mówił Jaksa — bynajmniej. Proces doszedł do tego kresu, który ja mu w myśli naznaczyłem i mówię: dosyć.
— Nie tak to łatwo zrobić, jak powiedzieć — przebąknął zafrasowany Repeszko... — Cóż by to było? Toż to ruina, hańba dla mnie i choć iść z torbami... Wszakże ja na tę przeklętą sprawę zadłużyłem Studzienicę...
— Słuchajże mnie. To coś wyłożył obrachujemy, dam ci nawet zarobić, bo taki człowiek, jak ty, spuszcza się ze smyczy, aby choć skoki zajęcze miał w zysku.
— To ostro! to bardzo ostro! — rzekł chmurno Repeszko. — Jak Jezusa miłuję, kto inny na mojem miejscu by się gniewał; ja to biorę z dobrej strony... Kochany kasztelanic dowcipuje! dowcipuje!
— Bierz z jakiej chcesz, to mi wszystko jedno... a com powiedział, spełnić się musi do joty.
Pan Nikodem, spojrzawszy na gościa, padł osłabły na swoje łóżko twarde; pot mu spływał po skroniach, załamał ręce.
— Zanadto ci się bo znów chciało — rzekł zawsze bardzo łagodnie z uśmiechem politowania kasztelanic. — Gratka by to była nieszpetna, ale... dla waści dosyć będzie skoków. Dawaj rachunki!
Repeszko jeszcze nie wierzył, jeszcze się wzdrygał; nakoniec, acz cierpliwy, bo tchórz, pomyślał spróbować gniewu i oburzenia.
— Ale to tak nie może być! — zawołał — to pójdziemy się rozprawić przed sądy. Ja, ja...
— Chyba przed trybunał najwyższy — rzekł Jaksa — bo ci zapowiadam, że jak psu w łeb ci strzelę, potem może sobie, ale że cię kula nie minie, tego możesz być najpewniejszym. Rachunki natychmiast! — krzyczał Jaksa, bijąc pięścią w stół... — i milczeć, bo ubiję!...
Gospodarz spojrzał na drzwi i chciał się wymknąć, ale Jaksa nie żartował; olbrzyma tego z małą główką pochwycił za kark i rzucił nim o łóżko. Potem schował klucz, wydobył pistolet i położył na stole, powtarzając: Rachunki! natychmiast!
Repeszko złagodniał.
— Ale mój najłaskawszy dobroczyńco... słowo daję, takiej gorączki nigdy nie widziałem. Ja jestem człowiek spokojny. Bogu ducha winien, zawsze nieszczęśliwa ofiara... zawsze ofiara... Ludzie ze mnie co chcą robią...
— Rachunki! — powtórzył Jaksa.
— Ale ojcze, dobroczyńco, łaskawco!.. tylkoż sam pomiarkuj. Niepodobna przecie z palca wyłamać rzeczy tyle skomplikowanej, jak rachunki procesowe... Wszak to, ojcze, morze do wypicia. Dajże czas!
— Kłam, dodawaj, szachruj, ale mi dawaj rachunki zaraz tu na stół — wołał kasztelanic. Sknera taki jak ty, nie może co do grosza nie wiedzieć, ile miał w kieszeni i co wydał... Nie żądam od ciebie denarów, mów coś wydał!..
Repeszko znowu na łóżko upadł i pochwyciwszy się za głowę, udawał, że mdleje.
— Kochanie, czas upływa — zawołał kasztelanic. — Komedyi nie lubię i mogę cię otrzeźwić tak, jakbyś sobie może nie życzył. Mnie pilno.
Naówczas gospodarz padł na kolana i począł płakać.
— Ojcze mój — zawołał, składając ręce — gubisz mnie na fortunie i honorze. Cóżem ci winien? Wpraszałem-że się w tę robotę?
— Ochłapy ci się przecie dostaną — odparł pogardliwie Jaksa. — Ja z tego nie potrzebuję złamanego szeląga, pieniądz ten dłońby mi spalił. Wstawaj i mów!
Targi trwały jeszcze chwilę, ale kasztelanic tak był groźny, tak coraz się stawał popędliwszy, że załzawiony Repeszko musiał wreszcie przystąpić do ostatecznej likwidacyi.
Jakkolwiek suma zręcznie podstawiona była znaczną, bo przechodziła sto tysięcy złotych, zgodził się na nią Jaksa, dobył z kieszeni przygotowany reces, w którym wpisał warunki, i natychmiast kazał na nim Repeszce się podpisać nomine, cognomine et titulo. Zręczny wykrętacz chciał już dodać: salvis juribus... aby jakiś był kruczek, ale potrącony, położył się na łóżko. Tu gorzko prawdziwemi począł płakać łzami.
— Posłuchaj pan — odezwał się po chwili, wstając. Zgniotłeś pan mnie jak robaka, zrobiłeś ze mną, coś chciał; ale pamiętaj, że i mali coś na świecie znaczą, że mól przegryza makaty i skóry...
— Mój kochany — odpowiedział Jaksa — będziesz mnie sobie gryzł, jak chcesz, nie na wiele się ja zdałem i z życia skwitowałem dawno... Idzie mi o jedno tylko, bym przekonał świat i tych, których opinia mi jest drogą, że z tego nieszczęsnego grosza nie wziąłem nic, żem się nie splamił. Musisz mi tedy pod przysięgą dać świadectwo, jako od ciebie niczego nie żądałem i w żadnej z tobą nie byłem spółce.
Podpisanie ostatniego dokumentu już przyszło bardzo łatwo; przysługiwał on do pewnego stopnia Repeszce, bo mu zabezpieczał całą jego sumę.
— Teraz — rzekł Jaksa — ponieważ chwili nie mam do stracenia, idź, gdzie chcesz płakać nad niedolą swoją, a mnie tu zostaw, abym listy popisał, które Zacharyasz natychmiast powiezie. Zdaje się, że pogrążony w smutku i tak nagle upadły z wyżyny swych marzeń p. Nikodem, nie słyszał nawet co do niego mówiono. Ze spuszczoną głową, z załamanemi rękami, siedział nieruchomy na łóżku. Kasztelanic gorączkowo się wziął do pisania. List do Spytkowej zawierał szczere, szlachetne, smutne wyznanie win, wykrycie planów, prośbę o przebaczenie i papiery udowadniające, że Repeszkę tylko opłaciwszy, Mielsztyńce być mogą spokojne.
W tem usposobieniu poczciwem ducha, w jakiem był kasztelanic, czuł on, że to co czynił, powinno było być całkowitą, bezwarunkową ofiarą.
List jego kończył się temi słowy:
„Łza twoja... pani mego żywota (nie zapomni czytelnik, że jesteśmy w ośmnastym wieku) obmyła ze mnie wszelki brud, którym nędza i cierpienie długo mnie okryły... Jestem i czuję się innym... Kocham ciebie! chcę dowieść żem cię ukochał, jak nie kochają na ziemi... Bądź spokojną! sterany szczątek człowieka nie przywlecze się do stóp twych błagać litości i żebrać jałmużny!... Potrafię pójść zagrzebać się gdzieś i umrzeć, nie uroniwszy jęku, po męzku. To będzie zemsta Jaksy ostatnia. Nie żądam od ciebie niczego, oprócz, byś wspomniawszy mnie kiedyś, szczęśliwa, spokojna, westchnęła myśląc, że nie wszystko złem było w tym szaleńcu, który ci zatruł twą dolę. Ostatnia iskra spali się jasnym płomieniem.“
„Rabsztyńce, wyjeżdżając, przekazuję wam. Poszanujcie groby nieprzyjaciół... otoczcie staraniem rozbite gniazdo gryfie...“
List był jakby łzami urwany. Kasztelanic wstał, zawołał Zacharyasza, oddał mu papiery, spojrzał na przybitego Repeszkę, zimno, z pogardą i milcząc poszedł do drzwi. Czekał tu na niego koń, pojechał pożegnać jeszcze Rabsztyńce.




W Mielsztyńcach siedziano u stołu, gdy na srebrnej tacy stary kamerdyner wniósł plik papierów opieczętowanych i postawił go przed panią.
Rzuciwszy okiem, wdowa poznała pismo Iwona, rozerwała kopertę i poczęła czytać z gorączkową ciekawością. Płomienie uderzały jej na twarz, to znowu bladość ją okrywała śmiertelna, ręce drżały; ale kilkunastu lat praca, dała jej siłę panowania nad sobą. Po chwili wyprostowała się, poważna, zimna, obojętna na pozór, czuła bowiem ciekawe oczy dziecięcia zwrócone na siebie, odsunęła papiery i ponowiła nieco tylko drżącym głosem przerwaną powszednią rozmowę.
Chwila ta przecież postanowiła o jej życiu — była straszliwą ofiarą, wyrokiem nagłym, krokiem, który na nią miał ściągnąć może wzgardę i przekleństwo świata. A jednak nie widać było po niej nic, prócz posępnego zamyślenia.
— Natychmiast po obiedzie podadzą mi karego konia — zawołała. — Eugenek — dodała patrząc na syna — pójdziesz ze mną do mojego pokoju, mam ci coś do powiedzenia.
Tylko baczne oko syna mogło dostrzedz, gdy się tak siliła pokazać zupełnie spokojną, lekkie drżenie jej ust i błędne oczów spojrzenie, które patrzały nie widząc. Reszta obiadu przeszła wedle obyczaju: ksiądz wstał by zmówić modlitwę dziękczynną, wszyscy się gospodyni pokłonili i rozeszli, Spytkowa, wziąwszy machinalnie przyniesione jej papiery, do rąk, stała chwilę, poglądając to na syna, który czekał, to po tej komnacie, jak gdyby ją żegnała raz ostatni. Usiłowała wyrobić w sobie spokój zupełny, panowanie nad bijącem sercem i rozżarzoną głową, nimby stanowczy krok uczyniła. Chciała, by krok ten miał pozór chłodnego, niezłomnego postanowienia, a nie namiętności.
Nareszcie ruszyła się z miejsca, zwracając do swych pokojów, ale myśl nowa ją powstrzymała.
— Nie — rzekła do syna — chodź ze mną do pokoju ojca.
Pokój Spytka pozostał tak, jak utrzymywano go za jego życia. Wszystko tam zachowano w miejscu, aż do róż, których woń go orzeźwiała; ale mało kto tam chodził, oprócz starego sługi, co uprzątając go, codzień w nim opłakiwał.
Eugenek miał już jakby złowrogie przeczucie jakiegoś wypadku. W ostatnich dniach rozmyślanie, czytanie starego rękopisu, wpływ miejsca znacznie go zmężniły. Chłopak spoważniał, i z obawą patrzał na matkę.
Wdowa minęła oratoryum i otwarła drzwi sypialni pustej. Słońce w całym blasku oświecało ją jaskrawo. Okiem objęła ją całą i zwróciła się do syna.
— Dziecko moje — rzekła... — trafia się w życiu, że i z najpogodniejszego nieba biją niespodzianie pioruny. Taki dziś uderzył we mnie i w ciebie... Przygotuj się mężnie do wielkiej i stanowczej w życiu zmiany. Nie jesteś już dziecięciem. Postanowienie moje jest niezłomne, to co ci oznajmię, stanie się i stać musi, choć mnie łzy kosztować będzie. Stracisz matkę... jadę, aby nie wrócić więcej — muszę!... Eugeniusz stał prawie osłupiały; pani Spytkowa mówiła dalej.
— Nim zaślubiłam ojca twojego, byłam przeznaczoną innemu. Kazano mi oddać rękę... usłuchałam woli ojca. Przez kilkanaście lat spełniałam obowiązki moje ciężkie, będąc mu posłuszną i wierną... Dziś jestem wolną. Człowiek, którego życie zatrułam, jest nieszczęśliwy; trzeba go ratować od zguby. Idę, gdzie mnie serce i obowiązek woła!... Rozbrajam wroga Spytków, oswobadzam was od zemsty. Moim narzeczonym jest... kasztelanic Jaksa.
Eugenek drgnął.
— Matko! — zawołał.
— Nie mów nic — odparła Spytkowa — zbliżając się i całując go w czoło. Na to nie ma ratunku, łzy ani zaklęcia nie pomogą. Proces o Mielsztyńce, który był dla ciebie groźny, jest skończony. Oto masz papiery. Nie zabiorę ztąd niczego. Wszystko co mi twój ojciec przekazał, oddaję ci i wracam; w jednej sukni ztąd wyjdę, jak przyszłam, nawet te klejnoty — dodała zrywając z palców pierścienie i łańcuch z szyi i kładąc je na stole — nie pójdą ze mną. Mały mój posażek mi wystarczy. Nie chcę niczego. Dziecko moje, przebacz mi! — I padła przed synem na kolana. Eugenek był przerażony, struchlały, drżący.
— Jesteś jeszcze tak młodym, że mimo rozsądku twego sam sobie rady dać nie możesz... Nie chcę, byś tak pozostał bez opieki. Pojedziesz do Warszawy, gdzie masz dalekich krewnych... Wojewoda S. weźmie cię w opiekę. Oddaj mu się... jest nam życzliwy. A! potępią mnie ludzie; ty sam, dziecko moje, rzucisz może na matkę kamieniem; ale któż z was zajrzał do tego serca... i pojąć mnie potrafi? Niech się stanie wola Boża, zniosę nawet wzgardę i potępienie, lecz uratuję od zguby człowieka.
Powstała — mówiąc to — z ziemi i poczęła łkając ściskać swe dziecię.
Jakąbykolwiek życie było męczarnią i nieznośnem brzemieniem, nikt łoża nawet boleści lat kilkunastu nie opuszcza bez żalu i tęsknoty. W chwili rozstania pani Spytkowa poczuła ten uścisk i płakała. Zresztą... zostawiała tu dziecię!
Eugeniusz czuł także łzy w oczach.
— A! — zawołał — instynktem nienawidziłem tego człowieka, choć pierwszy, o niczem nie wiedząc, sprowadziłem go tu sam.. Ja go zabiję!
— I mnie z nim zabijesz chyba razem — odezwała się matka. — To com postanowiła, stać się musi. On cierpiał dla mnie, ja idę cierpieć dla niego. Rzucona kość, stało się! Z wroga Spytków, przerobię go na przyjaźnego im człowieka.
— Nigdy on nim nie będzie — rzekł chmurno Eugeniusz, który pod ciężarem tego ciosu, czuł się jakby podrosłym i zmężniałym. — Nie godzi mi się ani sądzić mej matki, ani jej wymawiać, że dom ten okrywa drugą żałobą i wiekuistym wstydem... ale mi wolno ją błagać!...
— Synu mój — przerwała wdowa — wszystko byłoby próżnem. Ja mam wolę żelazną, a com rzekła to się stanie, mimo łez które wyleję. Dotrwałam tu, wychowałam cię, byłam wierną moim obowiązkom; ale dziś odzyskuję siebie i słucham tylko własnego sumienia... Niech Boże błogosławieństwo strzeże waszego domu, który od tej chwili moim być przystaje... A! nie przeklinaj i nie pogardzaj matką! — dodała ręce łamiąc... i znowu na kolana upadła.
Eugeniusz stał jak martwy.
— Jeśli się to ma stać — rzekł — dlaczegoż tak nagle? Niech się spełni wola twoja, ale tu, ale w inny sposób... Nie uciekaj od nas.
— To być nie może — przerwała Spytkowa — nie wprowadzę tu nieprzyjaciela rodu waszego, nie! nie! Onby nie przyszedł, on jest dumny, onby nie chciał bogactw waszych. Ja idę ubóstwo jego podzielić. — I namiętnym uściskiem z płaczem i łkaniem objęła raz jeszcze dziecko swoje.
— Pamiętaj o mnie! — zawołała — miej serce dla mnie Eugeni... a cobądź się stanie, pozostań godnym swoich ojców... Na tobie przyszłość rodziny...
Nagle wyrwała się synowi, podała mu rękę i wyszła z pokoju. Eugeniusz biegł za nią... Za progiem otarła łzy, spuściła zasłonę na twarz, a krok jej pewny i śmiały nie zdradzał już najmniejszego wzruszenia. Można było sądzić, patrząc na nią, że istotnie wyjeżdża na zwykłą przejażdżkę i że za godzin parę powróci.
Przed gankiem stał już jej koń gotowy i masztalerz chciał towarzyszyć pani; skinęła tylko, aby został, podała rękę synowi, rzuciła się na siodło, zacięła karego i... cwałem pędząc znikła za bramą zamkową.
Eugeniusz stał długo, jak wryty, i nierychło drżącym krokiem powlókł się do swego mieszkania.




Na ruinach rabsztynieckiego zamku Jaksa sam chodził po pustych izbach, gotując się do drogi. Stary Zacharyasz spoglądał nań od progu z posępną twarzą. Iwo rzucał i porywał z kolei broń, ubranie, jakby nie wiedział co ma wziąć, a co zostawić.

Słowa niezrozumiałe z ust mu się wyrywały, a gdy biedny sługa dopytywał o nie, nie dosłyszawszy, Jaksa go zbywał ruszeniem ramion.
Nagle tętent konia obu ich zwrócił uwagę. Rzadko on tu słyszeć się dawał, bo nikt przez gąszcze, aż pod zamkowe skrzydło nie podjeżdżał. Pan i sługa, zdziwieni, podbiegli ku oknu. Jaksa krzyknął, rzucił się ku drzwiom i piorunem zbiegł na dół. Kulawy Zacharyasz gonił go wystraszony i zdziwiony. Przed wrotami siedziała na spienionym koniu karym kobieta.
Kasztelanic zbliżył się z milczącym podziwem.
— Iwonie — rzekła głosem śmiałym — płacę dług zaciągnięty sercem, przybywam tu... jestem twoją... Bierz konia, jedźmy razem do kościoła... ksiądz niech nas połączy, natychmiast, zaraz! nie przynoszę ci niczego od Spytków, przychodzę ubogą, jakąś mnie kochał, gotową na nędzę którą podzielę. Oddałam im wszystko.
W tej chwili, złamana wysiłkiem i wzruszeniem, pochyliła się na siodle. Jaksa poskoczył, chwytając karego razem i kobietę, która omdlała zsuwała się ku ziemi.
W oczach kasztelanica błyskała radość zwycięstwa i niewysłowione uczucie. Łza, niewidziany gość na spalonej źrenicy, zwilżyła ją i spadła na białą rękę wdowy.
Omdlałą panią wniesiono do pustej sieni tych ruin, które jeszcze się zwały zamkiem rabsztynieckim.




Upłynął rok od opisanych wyżej wypadków, które spokojną dotąd okolicą wstrząsnęły w istocie jak uderzenie piorunu. Buchnęły płomienie przekleństw, urągowisk, potwarze, domysły, szyderstwa. Wszyscy w zawody rzucali kamieniami na matkę, co własne dziecko opuściła, dla kochanka młodości. Większość ani zrozumieć, ani darować jej nie chciała, że się wyrzekła zapisów, bogactwa, że po ludzku i powszednio nie wprowadziła nowego męża do Mielsztyniec, zamiast jego rabsztynieckie ubóstwo podzielać. Wprawdzie ludzie byliby tak samo hałasowali na nowe małżeństwo, jak dzisiaj, aleby ono im się naturalniejszem zdawało.

W kilka dni po wyjeździe matki, Eugeniusz poczuł, że w Mielsztyńcach pozostać nie może. Kazał przygotować do podróży wszystko i ruszył do Warszawy.
Dziecko to wczoraj jeszcze, stało się nagle aż nadto może chłodnym i rozważnym mężczyzną. Słowo nawet nie dobyło się z ust jego nazajutrz, gdy zniknięciem wdowy przerażony dwór tracił przytomność i rozpaczał.
Czuł on, że jemu należało okazać męztwo w imieniu rodu i przekonywać obliczem, że się zwyciężonym nie uznaje.
Dla starych sług było to ciosem okropnym, jaki od wieków Spytków nie dotknął; widzieli oni w nim naturalnie straszniejszą niż wszystkie przeszłe zemstę Jaksów, którzy z niewiastą, z matką rodu, porwali cześć domu i jego powagę.
Następnego poranka w kaplicy zamkowej osiwiała drużyna leżała krzyżem, łkając i zawodząc. Czuła, że to kres ostateczny, że nadchodziła nieubłagana ruina, że ten wypadek zabójczy zwiastował zgubę Mielsztyńcom.
Wszystkie też przez zabobonnych ludzi pochwytane znaki jakieś oznajmywały nieszczęście. Hełm z podniesioną od wieków stojący przyłbicą, przez który wyglądała zbielała głowa trupia, nagle się zatrzasnął, a gdy stary sługa nazajutrz, zdumiony podniósł wizyr, znalazł w nim tylko czarną próżnię. Głowa znikła...[1]
Biała niewiasta, z krwawem na szyi znamieniem, nocą ukazywała się, powoli przechodząc salę... W pokoju nieboszczyka Spytka widziano przez kilka wieczorów z okien bijącą łunę, jakby od katafalkowych świec, a gdy burgrabia tam wszedł, lękając się pożaru, nie znalazł nic, oprócz maleńkiej lampki przed obrazem patrona.
Cisza śmierci zawisła nad Mielsztyńcami. Nie wolno było ani wspomnieć o zaszłych wypadkach. Dla zatarcia ich śladu, Eugeniusz wyjechał natychmiast do Warszawy, przykazując, aby na zamku wszystko w dawnym utrzymało się porządku, a potajemnie wydawszy polecenie, aby matce, jeśliby się zgłosiła, dozwolono rozporządzić się tu, jako pani i dziedziczce[2] bez ograniczenia.
Wszakże Spytkowa, raz rzuciwszy Mielsztyńce, już się ich wyrzekła na wieki. Była to niewiasta energicznego, męzkiego charakteru i serca. Postanowiwszy poślubić ubóstwo z człowiekiem, którego niegdyś kochała, nie cofnęła się przed tem widmem bladem, które dla niej, nawykłej do dostatków, do przepychu i zbytku, straszniejszem było niż dla każdej innej.
Ale Spytkowa wyszła z ubogiego domu szlachcica, a przez lat kilkanaście jak niewolnica, jak obca sercem, nie przyrastając ani do obyczajów dworu, co ją otaczał — żyła wspomnieniami. W chwili gdy opuściła zamek, ta męczarnia przeniesiona mężnie, pierzchła z oczów jej jak sen, jak mara boleśna... wchodziła znowu w rzeczywistość, której się nie lękała.
W kilka dni dopiero po jej odjeździe z zamku, gdy stary ks. Ziemiec, zmożony prośbami i zaklęciami, pobłogosławił nowożeńcom, a ci już w Rabsztyńcach zaczynali rozgospodarowywać się nieco i myśleć o przyszłości, po sąsiedztwie rozeszła się wieść o wypadku. Nie chciano jej wierzyć zrazu, tak się ona wszystkim zdawała nieprawdopodobną, dziwną. Możnaż było przypuścić, aby dla zestarzałego człowieka, zubożałego, steranego, młoda jeszcze i milionowa pani miała się wyrzec dostatków, przyszłości, dziecięcia, imienia, swobody... wszystkiego, co jej najszczęśliwsze zapewniało położenie?
To też pierwsi co z tą wieścią po sąsiedztwie pobiegli, przyjęci byli jak bezwstydni plotkarze. Wielu ciekawych pojechało do Mielsztyniec i dowiedziało się w miasteczku i na zamku tylko, że państwo wszyscy wyruszyli do stolicy...
Mało kto wiedział, co się działo w Rabsztyńcach, zamkniętych dla takich oczu, i że ks. Ziemiec ślub dawał. Do Jaksy nie wielu się zbliżyć śmiało, bo się go obawiano; długo więc wątpliwym pozostał los pani Spytkowej... Większa część utrzymywała, że jest z synem w Warszawie.
Tymczasem mężna niewiasta krzątała się w opuszczonych od wieku Rabsztyńcach. Z młodością w sercu, z siłą, jaką ona daje, z miłością wiosenną w piersiach, los podobny nie ustraszyłby jej pewnie choć w pustce, niedostatku i ruinie. Ale tu cięższem było zadanie, z gruzów nietylko dom, potrzeba było dźwignąć człowieka złamanego rozpaczą, zeschłego na drzazgę, zepsutego niedolą. Wdowa miała trudne nad wyraz zadanie pracowania nad sobą, nad nim, nad słabością, jaką owiewa wiek chłodniejszy, który więcej wątpi, niż się spodziewa, więcej niedowierza niżeli ufa przyszłości.
Z rozbicia tego, ze skarbów rzuconych dobrowolnie, Spytkowa nie wyniosła nic, prócz tego, co jej osobistą było własnością. Posag jej nader szczupły, szczęściem nietknięty przez Spytka, który rozkazał doń dokładać procenta i mieszać go z innymi funduszami nie dozwolił, przy odebraniu, które natychmiast uskutecznić się dało, wyniósł kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jaksa nic nie miał, oprócz tego szmata ziemi, na którym stały ruiny, a z niego w istocie, przy najzapobieglejszej pracy, nic zrobić nie było można. Przytykała do niego wioska niewielka, niegdyś do klucza należąca, Młynica, rozdzielona tylko stawem od dworu. Szczęściem mogła być nabytą i pani Iwonowa natychmiast ją kupiła. W ten sposób, choć dwór niestosunkowo rozległym był obok małej osady, przynajmniej z czemś się wiązał i dozwalał pewne zaprowadzić gospodarstwo...
Gdybyśmy nie czerpali z podań prawdziwych, te prozaiczne szczegóły życia państwa Jaksów właściwieby tu miejsca znaleźć nie powinny. Ale dla nas wiążą się one ściślej z dziejami serca, niżby się komu zdawało. Życie ludzkie bezcielesnem być nie może, zawsze w niem przeważną rolę gra ten szkielet, który duch ożywia, a gra promieni ducha, jak na białej ścianie, musi się malować na pokładzie powszednich żywota stosunków. Tu w nowem życiu tego dziwnego stadła, każdy szczegół o jego charakterze stanowił. Praca konieczna, przymusowa, obojga małżonków, ratowała ich od zwątpienia i rozczarowania.
Jakkolwiek Jaksa miał wielkie przymioty, przecież nie byłby umiał podołać takiemu szczęściu, jakie go spotkało. Łacniej mu było kilkanaście lat rozpaczy przeżyć, niż póić się rok jednostajnem szczęściem. Aniołem-stróżem, siłą domu, jego duszą stała się wdowa, która wyrzekłszy się swej woli na lat kilkanaście, podając się żelaznej formie Spytkowskich obyczajów, teraz ją odzyskała spotęgowaną, wielką, niezłomną. Zdawało się jej nieraz samej, że dopiero życie rozpoczynała. Jaksa padał przed nią w nieustannych zachwytach... i słuchał jej już jak dziecię.
Wielkiej też zaprawdę potęgi potrzebowała ta niewiasta, którą niegdyś marmurową zwano w Mielsztyńcach, aby nie upaść pod ciężarem. Dość przypomnieć czem był Jaksa, do czego ona była nawykła, jakim smutkiem poiło ją nieustannie wspomnienie opuszczonego dziecka i niepokój o los jego...
Eugeniusz wyjeżdżając z Mielsztyniec, bo do tego przyzwoitość go zmuszała, nierad je wszakże opuszczał. W ostatnich czasach zrósł się on z niemi i z przodkami, rozczytawszy się w podaniach, nasłuchawszy powieści ludzi, związawszy się temi wspomnieniami jakąś miłością, tem większą, że się czuł sierotą i samotnym.
Mówiliśmy o jego wychowaniu, było ono tak poprowadzone, że miało go bronić od marzeń, rozczarowywać i studzić. Dopóki żył w obcym kraju, był Eugenek w istocie wychowańcem ks. de Bury i nowej epoki... ale w Mielsztyńcach owładnęły nim tradycye i pod wpływem ich, stał się jakby napowrót dzieckiem kraju i rodziny. Targały nim te dwa prądy na przemiany i czyniły go tak nieszczęśliwym, jak są zwykle ludzie rozpołowieni życiem, którzy do zupełnej z sobą zgody nigdy przyjść nie mogą.
Eugenek często śmiał się sam z siebie i z swych zabobonów, to znów oburzał się na suche i zimne niedowiarstwo swoje. Pod cieniem tych murów, gdyby tam dłużej zamieszkał, niechybnie ostygłyby i zwietrzały wonie obcej nauki, wróciłby do dziecinnego myśli wątku; ale przewidzieć też łatwo, że opuszczając starą siedzibę, rzucając się w świat, musiał równie łacno dać sobie odżywić światu ziarna pierwszego wychowania, zgodne z duchem epoki.
Tak się też stało... Poczuł Eugeniusz oddalając się od tych biednych, smutnych, osierociałych Mielsztyniec, że widma i strachy, które tam serce jego uciskały, na jasnym dniu pierzchały powoli.
Całą drogę przedumał biedny, usiłując sobie wyrobić pewien plan na przyszłość i przyrzekając nie odstąpić od niego. Czuł, że za słabym byłby, zdając się nieopatrznie na wypadki.
Jednem z pierwszych jego postanowień było, nie wspominając o tem, co go od matki dzieliło, donosić jej regularnie o sobie. Czyby mu ona odpowiadała czy nie, przyrzekł sobie, że raz w miesiąc wyspowiada się jej ze swego życia; miał to za obowiązek dziecięcia. Nie wymógł tylko na sobie, by ją inaczej nazwał w liście, jak dawnem pani Spytkowej imieniem i przesyłał pismo do Mielsztyniec, pewien będąc, że znajdzie drogę do sąsiedniego dworu.
Gdy pierwszy list taki odebrała matka, był on dla niej wyrzutem, groźbą, przestrachem. Długo nie śmiała go otworzyć, ale odwaga nie opuszczała jej nigdy na długo. Rozłamała pieczęć i zdziwiła się radośnie, nie znajdując ani słowa, któreby drażliwe położenie nowe przypominało. Syn, jakby odjechał od niej na chwilę, przypominał się jej i uniżenie ze swych czynności tłumaczył.
Niepodobna mu było nieodpisać... ale list matki był suchem błogosławieństwem i milczącym uściskiem. Ona nie mogła mu ze swych trosk, pracy i powszednich wypadków się spowiadać; jej życie nowe było oddzielone nieprzebyte od dawnego granicą.
Młody Spytek zjawił się w Warszawie nieznany nikomu, z nazwiska nawet obcy wszystkim... zmuszony szukać rodziny i stosunków. Z początku posądzono go nawet, że to imię mógł nosić i przybrać nieprawnie; dopiero krewni jego babki, Lubomirscy, i koligaci dalsi znacznych rodzin, dobrze poszperawszy w pamięci i genealogiach, przyznali się do młodego kuzyna...
Położenie to tem się przykrzejszem zdawało, że go wypytywano o rodzinę, o ojca, o matkę, a dziwiąc się puszczonej tak wcześnie na niebezpieczne morze świata młodości, domyślano jakichś nadzwyczajnych tego osierocenia przyczyn.
Przed najbliższymi wyznał Eugeniusz, że matka jego powtórne zawarła śluby, ale wcale im nie dał poznać, żeby się go wyrzekła i opuściła.
Młody, majętny i pięknego imienia człowiek, przedstawiający się z takim taktem instynktownym i nabytym przez wychowanie jak nasz Spytek, musiał znaleźć uprzejme w Warszawie przyjęcie. Wyrywano go sobie, a maleńki wzrost tego człowieka, tak poważnie wyglądającego mimo młodości, prawie dzieciństwa, prześliczne rysy twarzy, jakiś smutek rozlany na jego czole, czyniły go zachwycającym.
Gdyby się Eugeniusz poddał urokom tego dworu płochego, temu kipiątkowi zabaw, szałowi używania i płochym zalotom... byłby łatwo mógł stopniami spaść na ostatnie szczeble...
Szczęściem dla niego może stało się osamotnienie. Najbliższy krewny, starzec bezsilny i chory, mało się mógł nim zajmować, choć go wielce pokochał; czuł więc Eugeniusz, że jest sierotą, i że od niego samego jego losy przyszłe zależą.
Uczyniło go to bojaźliwym i rozważnym, chociaż struło mu młodość, której ta obawa nieustanna obcięła skrzydła. Wkrótce, rozpatrzywszy się w kraju nieco lepiej, trochę za poradą pana Zaranka, więcej z własnej woli, Eugeniusz przedsięwziął podróż dłuższą za granicę. Ale cel jej pojął poważniej, niż zwykła była młodzież ówczesna; postanowił uczyć się. Zaranek potrzebował także nauki, która całą dlań stanowić miała przyszłość; podali więc sobie ręce, zgodniejsi niż kiedykolwiek, weselsi, i gdy w Warszawie gotowano się zewsząd zastawiać sieci na maleńkiego Spyteczka, jak go nazywano, gdy matki rozpowiadały o nim córkom, rozwódki rzucać się zabierały roztapiające spojrzenia, wdówki zapraszać już chciały na wieczory, aby go trochę okrzesać, Eugenek niespodzianie oddał wizyty pożegnalne wszystkim i znikł ze stolicy.
Nie znałby ówczesnego świata, ktoby go posądził, że dłużej nad dwadzieścia cztery godzin żałował młodzieńca. Nazajutrz już przybyły z Włoch śpiewak był lwem dnia i najpożądańszą zabawką salonów.




W Rabsztyńcach działy się dziwy... ale mało kto mógł o nich wiedzieć bliżej, bo państwo Jaksowie z nikim stosunków nie mieli w sąsiedztwie. Rzadko na rannych mszach widywano ich w kościele. Postrzegali ciekawi, że Iwo odmłodniał, i że choć powierzchowność miał bardzo ubogą, jednak staranniejszą niż przedtem. Pani Spytkowa, która niegdyś poszóstnie przyjeżdżała z rękodajnymi dworzanami do parafii, teraz z mężem, jak prosta szlachcianka. Ale w tej sukni ubogiej jeszcze była królową, tak niosła głowę wysoko. Ludzie mimo woli rozstępowali się przed nią... a czapki same się przed tym majestatem niewieścim chyliły.

Jeden tylko człowiek, gdy mu się z Jaksami spotykać przyszło, wciskał się w tłum, aby ich wejrzenia uniknąć i nie truć się tym widokiem; był nim bogobojny i spokój miłujący p. Nikodem Repeszko, który nigdy kasztelanicowi darować tego nie mógł, że nie dopuścił, aby całe Mielsztyńce połknął i rzucił mu tylko, jak naówczas mówił, odcięte skoki...
Temu czci najgodniejszemu Repeszce jakoś w Lubelskiem w ogóle się nie powodziło. Między ludźmi nie miał miru, u duchowieństwa, choć pobożny, nie dorobił się wielkiego zachowania, a w sąsiedztwie niewiedzieć zkąd rozeszła się nań potwarz, iż był chciwym i niebezpiecznym, tak, że choć ze słodkimi wyrazy na ustach przybywał, wszędzie go okrutnym zbywano chłodem.
Co dziwniejsza, nikt u niego pieniędzy pożyczyć nie chciał, nikt pomocy jego w ciężkim razie nie wezwał, choć się z nią serdecznie napraszał, nikt w żaden interes wchodzić z nim nie życzył. To mu życie zatruło; sechł biedny, nędzniał, modlitwą się publiczną pocieszał, krzepił, okazując jawnie w jak dobrych z panem Bogiem jest stosunkach, ale koniec z końcem chudł, mizerniał, i dostawszy jakiegoś defektu na wątrobie, mimo lekarzy, którzy mu różne cudowne zapisywali medykamenta, oddał ducha nie wiadomo komu, a majątek dalekim krewnym. Zapewniano, że przybyli po dziedzictwo w kurpiach, czytać i pisać nie umiejąc... ale to być musiały potwarze.




Czas leci. W r. 1700[3], a zatem nierychło po opisanych wyżej wypadkach, Mielsztyńce, któreśmy widzieli tak troskliwie od wieków zachowane ze wszystkiemi pamiątkami dawnemi, znacznie się zmieniły. Eugeniusz Spytek z podróży swej za granicę dotąd był jeszcze nie powrócił. Różne o nim obiegały wieści; mówiono, że był chory, że nabył nałogu szukania coraz nowych miejsc i wrażeń. Niekiedy przychodził suchy i krótki list od niego do rządcy Mielsztyniec, czasem od towarzysza podróży tylko, posyłano mu pieniądze przez bankierów, które wystarczały w ogóle i nie obciążały majątku długami. Niekiedy obiecywał swój powrót do domu, potem znów pobyt się jego przeciągał. Z daty listów dowiadywano się tylko, że bawił we Włoszech, w Rzymie, w Hiszpanii, w Sycylii, Malcie, na Wschodzie. Nikt dobrze nie wiedział, jakie właściwie powody trzymały go zagranicą... a choć Mielsztyńce, rzucone tak na obce ręce, trafiały szczęściem na dosyć uczciwych ludzi, którzy nie zapominając o sobie, pamiętali i o nich trochę i o panu oddalonym, powoli jednak piękne zamczysko pustoszało. Ludzie, co go strzegli, wymierali z kolei; następowali młodsi, mniej do tych murów przywiązani, obojętniejsi na ich losy. Czasy wreszcie same z trudnością dozwalały zachować zamek w takim, w jakim wprzód był stanie. Wojna ze swą wrzawą i zniszczeniem nielitościwem prześlizgnęła się też tędy.
Ktoby teraz zamek zobaczył, z trudnością by poznał choć milczącą, ale świetną rezydencyą z dawnych wieków. Przyszła ta ruina nie nagle, nie gwałtownie, ale nie dostrzeżenie, a dla tych, co patrzyli codzień na ten upadek powolny, był on prawie niewidocznym. Skoro się duch i ręka człowieka usunie od jego dzieła, które jest zdobyczą nad siłą bezduszną materyi, innym posłusznej prawom, natychmiast rozpoczyna się jej praca około wywrócenia tego, co człowiek zbudował. Powietrze, ziemia, rośliny, żyjątka, wszystko w przymierzu z tą siłą milczącą zmaga się na pożarcie niestrzeżonego gmachu. Wiatr usłużny przynosi nasiona, muchy ją na skrzydłach dźwigają, deszcz wlewa zarody stworzeń uspione przez wieki, a mające się rozbudzić jednym słońca promieniem, nawet ożywcze ciepło, które budzi z martwych, tu rozkłada, rozprasza, wysusza, spopiela. A ptacy niebiescy weselą się, gnieżdżąc po gzymsach rozpadłych...
Teraz podwórzec już sam zapowiadał pustkę wewnętrzną. Rosły na nim bujniejsze z każdym rokiem trawy i zielska pomiędzy kamiennemi płyty, które mchy i porosty okrywały aksamitnym całunem. Gdzieniegdzie na samych murach powiewały już zielone gałązki brzózek i krzewów, których ziarna zaniósł tam ptak na dzióbie. Korzonki ich czepiały się szpar niedostrzeżonych i siłą życia maleńką a nieustanną zmieniały je w szczerby, w rysy, w rozpadliny, które wiatr ziemią i nasionami traw zasypywał. Niemi wciskały się krople wody i sączyły powoli, przejmując mury do głębi.
Przez ową arkadę wchodową już nie ogród bujny a czysty, ale jakby las zdziczały widać było, a na ścieżkach tę pleśń zieloną, wilgotną, która po pustkach się ściele. Chmiele dzikie poplątały się na gałęziach lip i klonów starych, które schły zwolna w ich uściskach. Na sadzawkach, dawniej czystych, tataraki i zielone rzęsy wodnych porostów puszczały. Gdzieniegdzie obłamana wiatrem gałęź gniła na pół w wodzie, co po niej czepiały się już drobne ziółka, które trupem tym się karmiły. Przeszłorocznych liści niezdjętych warstwa słała gniazda robactwu, które sobie podziemne w jej ciepłych puchach budowały domy. Po nad tem wszystkiem cisza grobowa, a z gniazd czapli i bocianów jakby krzyki czasem tylko odzywały się strażnicze...
Ale niczem było to opuszczenie ogrodu przy zamkowej ruinie. Tu i owdzie okna były powybijane i zasłonięte na prędce deskami, gdzieniegdzie zaklejono papierem, zatkano słomą. Przez poniszczone dachy woda dostawała się do wnętrza i długiemi smugami pomalowała ściany, których tynk oblatywał kawałami i leżał gruzem na posadzkach. Wojna pozostawiła po sobie ślady; wiele z dawnych zasobów pochowano, a wiele w zawierusze zginęło. Starano się niby utrzymać pokoje w stanie mieszkalnym, ale liczba ich coraz, dla zmniejszenia kosztów służby, uszczuplała się, sale zmieniały w składy, okiennice cały rok zostawały zamknięte, myszy i szczury odwiedzały pustkę, a nietoperze wlatywały oknami potłuczonemi i gnieździły się po ciemnych kątach. Wspaniałe niegdyś sale poznać już było trudno... ledwie rzadko gdzie sprzęt jaki w miejscu pozostał, a ten pewnie najmniej wart był zachowania. Droższe rzeczy ocalone, tuliły się w kilku jeszcze porządniejszych pokojach. Starzy ludzie, pamiętający świetniejsze czasy, z kolei poszli do grobu, młodsi nie widzieli potrzeby wielkiej pilności nad bezpańską pustką, która nikogo nie obchodziła. I tak zwolna Mielsztyńce stały się niemal tem, czem rabsztynieckie były ruiny, gdyśmy je po raz pierwszy widzieli. Widma i duchy rozgościły się w nich teraz na dobre, a powieści o upiorach i strachach, o białej niewieście z pręgą krwawą, codzień przechadzającej się po salach pustych, o rycerzu żelaznym z trupią głową w ręku, a mieczem w drugiej, powtarzały się co wieczora we dworze. Zaledwie padł mrok, nikt się już do murów zbliżać nie chciał. Pozostało tylko jedno skrzydło mieszkalne, gdzie się reszta służby coraz ubywającej mieściła, nieźle utrzymywana kaplica i pokoje pana rządcy, który pozostałościami sprzętów wspaniałych bardzo się wygodnie i wytwornie nawet umeblował. W pokoju pana Spytka starano się jak najdłużej utrzymać wszystko jak było; ale czasu wojny odbity był i przetrząśnięty, wiele rzeczy z miejsca ruszono, inne poznikały. I tu więc nieład panował. Zostawiono go umyślnie, aby świadczył, że nie brakiem dozoru, ale napaścią i wypadkiem obaliły się zabytki mielsztynieckie.
Tak wyglądało stare zamczysko, gdy jednego wieczora w październiku dano niespodzianie znać rządcy, że dwa powozy obładowane zbliżają się aleją lipową od miasteczka ku dworowi. Ponieważ Eugenek Spytek wcale o swym powrocie znać nie dawał, nikt się domyśleć nie mógł, jaki to gość przybywał. Rządca, Pan Feder, człek zamożny i skoligacony w sąsiedztwie, który się już tu niemal za dziedzica uważał, a miał familią bogatą, sądził zrazu, że ktoś z krewnych jego żony przyjeżdża mu w gościnę. Powozy zaprzężone końmi pocztowemi zatrzymały się przed gankiem zamkowym, ale tędy teraz wnijścia na górę nie było. Ponieważ różne stworzenia pasały się na dziedzińcu, zastrzegając od inwazyi wschody, zrobiono prostą z chrustu bramę zabitą na głucho, a nawet drzwi w górze w poprzek były założone kilką dylami, bo już niemi nikt nie chodził. Wysiadający więc z powozów zdumieli się, gdy zamiast u wnijścia do zamku, znaleźli się w rodzaju barykady.
Dwóch mężczyzn stało na progu niedostępnym, gdy ostrzeżony rządca, człek młody, przystojny i bardzo miły towarzysz, nadbiegł, aby bliżej zbadać, kto tak poufale do jego zamku się dobywał. Jeden z nich, w zielonej szubce aksamitnej, podbitej lekkiem futerkiem, był bardzo małego wzrostu, i zdawał się schorzały. Twarz miał woskowej bladości, oczy zagasłe, usta prawie białe, policzki wpadłe, a choć młody jeszcze, podpierał się na ręku towarzysza, mężczyzny silnej, zdrowej budowy i śmiałego, pełnego wyrazu oblicza. Tym chorym, jak się łatwo domyśleć, był Eugeniusz Spytek, kawaler złotej ostrogi, hrabia pałacu rzymskiego (świeżo przez papieża mianowany), niegdyś wesołe chłopię śmiejące się przyszłości, dziś kaszlący, dogorywający niemal cień człowieka. Większego niemal w tej chwili osłabienia przyczyną było wzruszenie i gniew, który się na jego czole pofałdowanem i w oczach zaognionych malował. Spodziewał się on zastać Mielsztyńce jak je porzucił; nie donoszono mu wcale o ich zniszczeniu. Rządca dość znaczne sumy liczył na utrzymanie zamku, a biedny wędrowiec, zdumiony, ten skarb swój, zdany na ręce płatne, znajdował okrutną ruiną. Serce mu się rozdzierało, ale gniew i oburzenie miotało nim takie, że z drżących warg wyraz się dobyć nie mógł. Towarzysz go nadaremnie usiłował uspokoić i złagodzić.
Pan Feder, który szedł w najlepszym humorze na spotkanie gości, zmieszał się widocznie jakby piorunem rażony. Ze wszech miar była to niespodzianka groźna dlań, niemiła. Eugeniusz byłby może wybuchnął natychmiast, tak go stan jego gniazda oburzył, ale towarzysz, lękając się o zdrowie jego, uprosił aby zamilkł, sam śpiesząc naprzeciw pana Federa.
— Hrabia Spytek — rzekł — jest chory. Widok zamku w takim stanie, w takiem opuszczeniu i ruinie, gdy się go spodziewał znaleźć utrzymanym starannie, może wpłynąć na jego zdrowie. Na miłość Boga, gdzie są pokoje mieszkalne, gdziebyśmy wejść mogli i zastać dawny porządek?... Mów pan prędzej.
— Ale tu była wojna... Tu stało wojsko — podchwycił rządca — jam temu nic nie winien. W całym zamku nie ma nic porządnego i mieszkalnego, oprócz tych pokojów, które my z familią zajmujemy... Dlaczegóż hrabia nie kazał nas uprzedzić?...
— Prowadź nas waćpan gdzie chcesz, bo hrabia ciężko zasłabnąć może, podlega atakom, a ten gniew...
Feder stracił głowę.
— Więc proszę do mnie — rzekł.
— Jakto do waćpana? — oburzył się Zaranek. — Tu panem jest hrabia, a waćpan gościem, który jutro zda rachunek ze swych czynności i pobytu.
Eugeniusz wstrzymywał się widocznie.
Feder, już nie witając go, poleciał przodem, aby rodzinę swą wyrugować i mieszkanie oczyścić. Przybyli pozostali przed wschodami. Wieczór nadchodził szybko. Wśród zmroku hrabia ciekawemi wodził oczyma po murach, a każda w nich szczerba nowym go napełniała gniewem.
Uczucie to naturalnie zwiększyło się jeszcze, gdy weszli po chwili do bardzo wytwornie urządzonych apartamentów rządcy, w którym łatwo poznać było na jego użytek obrócone najpiękniejsze i najdroższe sprzęty, wybrane z sal zamkowych.
Nieme te świadki przeszłej Spytków zamożności, dziś cale nowej nabierały fizjognomii, zastosowane do innego życia, przywłaszczone przez maleńkich ludzi, którzy ich ani użyć, ani ocenić nie umieli. Uderzyło to Eugeniusza, jak profanacya. Ściany pana rządcy zdobiły pomięszane wizerunki jego rodziny i Spytków; sama jejmość używała matki jego krosien i przyrządów; książki z biblioteki służyły dzieciom za zabawki i walały się po ziemi.
Eugeniusz siadł i zadumał się, prawie do łez smutny. Co tu pomódz mógł gniew próżny i zemsta na niewiernym człowieku, który położoną w nim wiarę zawiódł? Co się stało, było nieodwołalne...
Gdy po chwili pan Feder pokornie ukazał się na progu, Spytek wstał i już z zimniejszą krwią rzekł mu:
— W takim stanie zastałem moje ojczyste gniazdo, powierzone wam, że o nic więcej, po świadectwie mych oczów, pytać nie potrzebuję. Jutro zdasz waćpan rachunki panu Zarankowi i wyniesiesz mi się ztąd precz.
— Ale j. w. panie, ja mogę się wytłumaczyć.
— Nie wątpię, ale ja nie mogę słuchać tłumaczeń...
— Mój honor...
— Idź waćpan precz! — zawołał Eugeniusz — i nie pokazuj mi się więcej na oczy. Ja żadnych wymówek nie przyjmuję.
Pan Feder, który miał szlacheckie koligacye i nabrał był dumy szlacheckiej, chciał burzyć i opierać się; ale Zaranek pokazał mu drzwi rozkazująco i wyprawił go natychmiast...
Próbowano jeszcze tego wieczora instancyi pani Federowej, a nazajutrz rano teścia pana Federa podczaszego Wolnickiego, ale tych nawet Spytek do siebie nie dopuścił. Rachunki i kasę odebrać kazał, a rządcę nazajutrz oddalił.
Zrodziło to proces, jak się domyślić łatwo, ale Spytek mniej dbał o to...
Nazajutrz po nocy bezsennej, spędzonej w krześle u komina, z brzaskiem dnia wstał Spytek. Doniesiono mu, że stary burgrabia, którego był pan Feder wygnał, bo się z nim nieustannie o zamek i jego opuszczenie kłócił, żyje w miasteczku. Polecił go sprowadzić natychmiast. Przywiedziono mu nieboraka Siemiona, ale ten już ani o swej sile nie mógł chodzić, ani myśli zebrać łatwo. Od wygnania swego podupadł i gdyby nie łaskawy chleb na probostwie, z głodu by umarł, bo swoich własnych potrzeb opatrzyć nie umiał. Starca ożywiło trochę to szczęście, że dziedzica Mielsztyniec nogi mógł uścisnąć. Rozpłakał się zobaczywszy go... oprzytomniał; ale po chwilce jaśniejszej, znów mu się myśli poplątały i mówić zaczął zupełnie od rzeczy. Mięszał odległą przeszłość z teraźniejszością, wspomnienia dawne ze swojem życiem. Eugeniusz rozpłakał się sam słuchając go, tak przez usta starca mówiła miłość miejsca, rodu jego, tradycyi i losów...
Chciał się od niego czegoś prawdziwszego dowiedzieć o nieszczęsnej ruinie, myślał, że Siemion potrafi go po niej oprowadzić; ale próżno się spodziewał. Burgrabia nie miał już ani nóg, ani oczów, ani pamięci. Jedno tylko żywo utkwiło w jego umyśle i sercu, to wygnanie go przez Federa, na którego wzywał pomsty niebios, jako na świętokradzcę i rabusia.
Zaranek przewidywał, iż obejrzenie szczegółowe zamku i obliczenie strat niepowetowanych, może znacznie jeszcze pogorszyć stan Eugeniusza, i tak już zatrważający, ale nie można go było od tego żadną miarą powstrzymać. Z energią i wymuszonym uśmiechem zabrał się na przejście komnat, mówiąc do przyjaciela, który podawał mu rękę:
— Nie lękaj się, gorzej mi nie będzie jak jest, a muszę widzieć własnemi oczami skutki mojego niedbalstwa, mej winy... Niech to będzie moją karą. Zasłużyłem na nią, chodźmy...
W żywej pamięci miał jeszcze Eugeniusz stan zamku, gdy go opuszczał. Strasznie wydała mu się pustka ta, jakby całym wiekiem od przeszłości bardzo jeszcze dawnej odległa. W pokoju ojca ukląkł się pomodlić. Papiery ręką jego powiązane leżały na ziemi; pozbierał je i poskładał na stole.
— Daremnem jest staranie ludzkie — odezwał się do Zaranka, aby utrzymać to, co Bóg skazał na zniszczenie. I my i pamiątki nasze w proch pójść musimy... Walczyliśmy z przeznaczeniem długo, a ręka jego zepchnęła nas nad brzeg tej przepaści.
Co chwila pytał Eugeniusz o znikłe przedmioty. Nie umiano mu odpowiedzieć, co się z nimi stało i wojna nie tyle ich zniszczyła, co ludzka chciwość lub lekkomyślność. Resztę wizerunków rodziny młody Spytek kazał odwieźć do kościoła i w nim je umieścić.
— Tam będą bezpieczniejsze — rzekł smutnie.
Portret pięknej niewiasty z krwawą pręgą na szyi, jak mówiono, oberwał się ze ściany i leżał na posadce, bo nikt go z niej podnieść nie śmiał... Eugeniusz dźwignął go, popatrzył w twarz uśmiechającą mu się i pożegnał wzrokiem smutnym. Ze zbroi ledwie szczęty pordzewiałe zostały; z mniejszych portretów wiele wisiało u rządcy...
Kosztownego sprzętu nie doliczyć się było: wszystko składano na wojny... Naostatek wszedł pogrążony w myślach dziedzic Mielsztyniec do kaplicy zamkowej. Ta tylko ocalała jedna i nic nie zmieniło w niej nawet miejsca; ludzie bali się naruszać własność Bożą... Spytek stanął w progu z tęsknicą swoją. Na domiar nieszczęścia nie umiał się modlić; źródło modlitwy w nim wyschło, wiara zamarła, serce zobojętniało. Młody, nie miał łzy, nieszczęśliwy, nie miał nadziei, chory, nie pragnął życia; jedne wspomnienia go wzruszały.
— Teraz, przyjacielu mój — rzekł Eugeniusz do Zaranka — rozstaniemy się na czas jakiś, mnie woła święty obowiązek... Ty spełnij tu trudne posłannictwo mściciela krzywd moich... daję ci nieograniczoną władzę, nawet przebaczenia w imieniu mojem. Uczyń co zechcesz, co ci serce natchnie. Ja muszę jechać.
Zaranek się domyślał celu podróży Spytka i truchlał znowu nad jej skutkami, nie wiedząc, co się działo z matką Eugeniusza. Nie śmiał on jej oznajmywać o przybyciu syna...
Powóz stał zaprzężony od godziny. Milcząc, siadł do niego młody człowiek, który ledwie miał tyle siły, że się mógł na stopień wdrapać. Konie ruszyły ku Rabsztyńcom i myśl razem z niemi. Eugeniusz, kręcąc się po świecie, choć pisywał do matki (nie oznajmując jej wszakże o bliskiem przybyciu swojem), od niej nie miał żadnej wiadomości. W drodze już, czyniąc z siebie i rodzinnych wstrętów ofiarę, postanowił pierwszy udać się do Rabsztyniec, podać rękę Jaksie i upaść do nóg matce. Czuł biedny, że życie jego niedługo się już pociągnąć miało; skazany na śmierć przez lekarzy, chciał przed zgonem pożegnać matkę, ubłagać ją, aby przyjęła od niego ofiarę majątku i pojednać się z całym światem...
W sercu Eugeniusza śmierć wszystką żółć i gorycz przesączyła na miłość i pragnienie pokoju i zgody... Miewał chwile oburzenia i gniewu, jak wczorajszą, ale te prędko w sobie tłumił, wspomniawszy na małość życia, na drobność spraw jego, na lichotę tych namiętności muszych, które trzepią skrzydły nad kruszyną trupiego pyłu.
Z bliska poznany, Eugeniusz obudzał litość i przywiązanie.
Był to w istocie umysł niepospolity, a serce tak czyste i szlachetne, jak mało; nadewszystko zaś łagodność i dobroć, a pobłażanie miał niewyczerpane. Fałsz, krzywda, wymierzone słabszemu, oburzały go, cnota rozpłomieniała; ale z tem czuciem aż do rozdrażnienia delikatnem, był raczej świadkiem, niż uczestnikiem czynnego życia, raczej dyletantem w niem niż artystą. Nic go nie obchodziło dla niego, nie wierzył w przyszłość, czuł się dodniowym, skazanym... myślał o drugich, o sobie jak najmniej.
Ten stan duszy nie uczynił go ponurym ani przykrym, owszem, był prawie wesół, bawił się widokiem świata, zachwycał sztuką, noce trawił nad książkami. Zajmowały go spory literackie, teatr, pisma nowe, artyści, wszystko, co odrywało od rzeczywistości. Z tą ani się pogodzić, ani przeżyć umiał chwilę; tę mu przyjaciele musieli zakrywać, ułatwiać, osłaniać, tak aby go nie dotykała. Wszystko co było rachubą, interesem, niecierpliwiło go i nudziło. Z chęcią ponosił straty największe, byle się nie dotykać powszedniej kuchni żywota.
We wszystkiem wyglądał Eugeniusz na pielgrzyma, jakim był, przechodzącego tylko po ziemi, aby powrócić do jakiegoś innego, lepszego, nieznanego kraju.
Gdy powóz się zbliżył do wzgórza, na którem stała ruina rabsztynieckiego zamku, Eugeniusz kazał się zatrzymać woźnicy, wysiadł i poszedł piechotą. Z dwóch bytności w tem miejscu, pozostawało mu mgliste wspomnienie, którego ze stanem teraźniejszym jakoś pogodzić nie umiał.
U podnóżka pagórka, właśnie tam, gdzie się zatrzymał, postrzegł prosty, czarny krzyż drewniany, żałobną, białą obwiedziony pręgą. Na nim była drewniana figura Zbawiciela, a u spodu wyczytał napis:
„Za duszę Iwona proszę o westchnienie do Boga“.
Tak w progu przeznaczenie spotkało go, niosąc mu na ofiarę wieść o śmierci tego, który długo był ostatnim zaprzysięgłym nieprzyjacielem jego rodu i domu, przez którego stracił on matkę... i pozostał sierotą...
Krzyż ten oszczędzał mu bolesną chwilę pytania, zdejmował z jego bark ciężar, ale mu wydarł nadzieję przebaczenia i przejednania się na ziemi. Stanął u stóp jego i zadumany, nierychło posunął się zwolna ścieżynką wiodącą ku górze... Wszystko tu teraz inaczej, po wiejsku skromnie, ale mile i porządnie wyglądało. Z zarośli porobiono klomby, które się bujnie rozrosły...
Pośród nich widać było dom murowany, przerobiony ze skrzydła ocalonego zamku, ale wyglądający bardzo dostatnio i wdzięcznie. Znać było z powierzchowności, że nad nim troskliwe oko, serce i ręka czuwały. Ale w tem podwórzu zasianem kwiatami, które wczesny październikowy mróz powarzył, nie było żywej duszy; jeden stary, wychudły pies leżał w progu, podniósł głowę, zaszczekał i burcząc oddalił się.
Eugeniusz wszedł do sieni, i tu jeszcze nie zastając nikogo. Machinalnie, instynktem wiedziony, z bijącem sercem wstąpił na wschody; milczenie głuche panowało w całym domu. Otworzył drzwi pierwsze, nikt ich skrzypnięcia nie posłyszał, nikt przeciw niemu nie wyszedł. Z tego pokoju otworem stały drzwi drugie do owalnego salonu, w którym niegdyś długo przemieszkiwał Iwo. Widać było okna w nim przysłonięte. Eugeniusz stanął. Obawiał się iść dalej i odezwać, lękał pytać. Jak zmartwiały wrósł w posadzkę.
Z mroków sali powoli podniosła się od łoża stojącego w kącie postać wyniosła, czarna cała... Owal białej jak marmur twarzy ujrzał z daleka i domyślił się w nim raczej, niż poznał swą matkę. Długie jej, piękne, niegdyś kruczej czarności włosy spadały na ramiona zbielałe, srebrne. W tej koronie śmiertelnej wyglądała majestatyczniejszą, uroczystszą jeszcze, niż niegdyś... królową.
Co jej oznajmiło o przybyciu syna, który stał, nie śmiąc przestąpić progu?.. Serce może... Nie zdziwiona, bez okrzyku, milcząca wyszła wprost do niego i zarzuciła na jego ramiona ręce wychudłe, całując twarz jego ze łzami.
Wpatrzyła się weń długo, długo, drżąca, i strumień łez polał się z wypłakanych oczów.
— Dziecko moje! — odezwała się nareszcie, postrzegłszy znamię śmierci na jego czole — i ty!...
Nie mogła dokończyć, ucisk gorący zamknął jej usta.
— Przyszedłem zapóźno — odezwał się Eugeniusz — nic nie wiedziałem, nic! Przybyłem podać mu rękę...
— Pomódl się na mogile — smutnie odpowiedziała matka. — On wszystkim przebaczył, żałował za wszystko... a Bóg mu życia przedłużyć nie chciał... Wszystkie te mogiły sypią się na sercu mojem i coraz większym ciężarem je gniotą, aż i ono pęknie! A! ty jeszcze nie wiesz, ilem przebyła boleści... chodź!
I podała mu rękę, na palcach wracając do pokoju z którego wyszła. Z obawą niewysławioną Eugeniusz szedł z nią, nie wiedząc, dokąd go prowadzi.
Cicho stąpając, doszli tak do przyćmionego kątka. Tu stało łóżeczko małe, a na ciemnej jego obsłonie leżała uśpiona kilkoletnia dzieweczka. Tylko anioły na starych mistrzów obrazach mają ten niebiański wdzięk, pełen słodyczy i pokoju, świadczący o nieśmiertelności, wyznawający Boga... jaki miało to dziecię blade, śliczne, z którego wpół przymkniętych ustek dobywał się oddech krótki, ciężki, jakby na tym świecie powietrza czystym tym piersiom brakło.
Leżała na białej poduszce z włosami jak złote pasmo rozsypanemi po niej, niby jasnem otoczona niebem, ze złożonemi na piersiach białemi, cudownych kształtów rączkami, w sukience jasnej i lekkiej. Eugeniusz z przestrachem ujrzał na odsłonionej jej szyjce jakby koralową przepaskę. Było to znamię takie właśnie, jakie na portrecie kobiety w Mielsztyńcach się znajdowało.
— Bóg — szepnęła wdowa — naznaczył ją piętnem śmierci. On zrządził, by w ten dom wniosła przypomnienie tamtego. Iwo, gdy ją nowonarodzoną wziął na ręce i ujrzał tę pręgę złowrogą, skłonił głowę przed wyrokiem Bożym, poddał mu się... ale ten cios dlań był ostatnim... Życie jego odtąd wlekło się smętnem konaniem... Mnie jednej Bóg przeznaczył, bym przeżyła wszystkich... i jak posąg żywa stała na grobach...
Przebudzona głosem matki, Emilka podniosła główkę, otwarła oczy i uśmiechnęła się... Widok nieznajomego, stojącego z matką u jej łóżeczka nie przestraszył jej... obie rączki wyciągnęła ku niemu, wiedziona przeczuciem jakiemś cudownem i zawołała:
— Braciszek!
Eugeniusz przykląkł u łóżka, i dzieci, które się w życiu nie widziały nigdy, z których jedno nawet o istnieniu drugiego nie dowiedziało się aż teraz, radośnie padły w swoje objęcia.
— A! mamo! — zawołała Emilka... — mnie się to wszystko wyśniło. Widziałam jak braciszek leciał tu do nas, jak się u czarnego krzyża modlił, a ojciec stał tam i błogosławił go i witał... jak potem wchodził, zbliżał się... jak patrzył na mnie. Pragnęłam go coprędzej przywitać... i prosiłam aniołów, aby mi ciężkie podnieśli powieki.
Zamilkła. Dzieci długo patrzyły na siebie, a matka stała z załamanemi rękami nad tym obrazem, który jej serce już ubierało w całuny...
Niestety! na obu tych białych czołach palec Boży napisał dla niej wyraźny wyrok rozstania. Jakże chętnie byłaby im swoje uparte oddała życie, aby je tchem ostatnim wskrzesić na długie lata!...
Ten wieczór w rabsztynieckim dworze, u kolan matki, przeszedł jak sen uroczy, ale wyczerpał resztki sił Emilki i Eugeniusza. Blisko północy mieli się rozejść, gdy dziecię położyło się na swe łóżeczko i prosiło ich, podawszy im rączki obie, aby nie opuszczali ją, dopóki nie uśnie. Przymrużyła oczka uśmiechając się dziecina, pożegnała matkę i brata i powoli zdawała się usypiać. Rączki jej zwolna opadały, stygły, kostniały, oddech stawał się coraz mniej wyraźnym... pocałunek śmierci skończył jej życie wiosenne, uwiędła jak kwiatek poranny...
Od tego łóżeczka wstała niezłamana wdowa, bez łzy, bez jęku, podniosła córkę, przycisnęła ją do piersi i u stóp tej nowej ofiary uklękła modlić się Bogu.
W kilka dni potem Eugeniusz w krześle u okna, patrząc na słońce zachodzące, pożegnał matkę uśmiechem... Nie żal mu było życia. Dobył w ostatniej chwili na piersi noszoną zeschłą cyprysu włoskiego gałązkę, pamiątkę jakiejś chwili złotej, popatrzył na nią, pocałował, potem schylił się ku łonu matki i... zasnął, by się nie przebudzić...




Wdowa przeżyła wszystkich... Na pogrzebie dzieci widziano ją jak słup stojącą prosto, niezłamaną bólem, z zaciśniętemi usty, w koronie białych włosów pod czarną zasłoną... Odtąd już oczy jej ludzkie nie postrzegły więcej, aż w lat kilkanaście na śmiertelnym katafalku... Resztę życia spędziła zamknięta w Rabsztyńcach z jedną sługą, która nie wchodziła do jej pokoju, zamurowanego jak cela, i jedzenie jej tylko przez zostawiony otwór podawała. W żałobie, włosiennicy, na nagiej ziemi, bez pościeli, łamiąc się z resztkami życia, spędziła jeszcze długie lata, aż Bóg wreszcie litościwy, w rocznicę śmierci męża, i ją do siebie powołał.

KONIEC.

Przypisy

  1. Mówiono po cichu, że ją, uchodząc pani zabrała ze sobą, aby Jaksom powrócić.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Brak części tekstu (uszkodzona strona). Tekst (oznaczony kolorem szarym) uzupełniono na podstawie wydania z 1879 roku, str. 353.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Prawdopodobnie pomyłka w druku, wg wydania z 1879 roku, str. 361. powinien być rok 1790, co zgodne jest też z chronologią fabuły.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.