Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/73

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Ojciec spojrzał na klęczącego i położył mu rękę na głowie.
    — Dziecko moje, pocóż mam w młodą twą duszę wlewać jad i ból tych zwątpień, które moję strawiły. Niech Bóg odwróci kielich goryczy od ciebie, niech ci oszczędzi nieszczęść, niech błogosławi...
    Tu mu głosu zabrakło.
    Odwrócił się i podał rękę żonie, która ją w milczeniu ucałowała...
    — Zniosłaś twe brzemię cierpliwie — rzekł — dzięki ci za to... Czułem, żeś je dźwigała, aleś mi to kryła... Zostaje ci wielki obowiązek... to dziecię! a w tem dziecięciu skupia się przeszłość kilko-wiekowa rodziny... jej zasługi i jej grzechy... jej posłannictwo i pokuta...
    Głos powtórnie słabnąć począł i mowa stała się niewyraźną... Ręką jeszcze dotknął główki pochylonej Eugenka i westchnął... a w westchnieniu tem ducha oddał...
    I długie milczenie panowało w komnacie, nim się rozległy ostatnie płacze i ostatnie modlitwy. Ze wschodów zamkowych w dziedzińce zbiegła wieść, która z ust do ust poleciała po sąsiedztwie: pan umarł! pan umarł!...




    Mamyż opisywać wspaniały pogrzeb, na który z dalekich stron powinowaci, krewni, niezmiernie liczne duchowieństwo i szlachta tłumami się zjechała? W istocie ciekawym był może ten obrzęd, z całym tradycyjnym przepychem dawnych wieków odprawiony, na którym dwudziestu panegirystów przemawiało u grobu, a katafalk był arcydziełem misternej architektury ornamentacyjnej... Sto kilkadziesiąt tysięcy