Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Krwawe znamię.djvu/132

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Mylisz się — przerwał znowu Jaksa — nie straszę nigdy, chociaż biję czasem.
    — Ale to są... ot tak...
    — Bynajmniej — mówił Jaksa — bynajmniej. Proces doszedł do tego kresu, który ja mu w myśli naznaczyłem i mówię: dosyć.
    — Nie tak to łatwo zrobić, jak powiedzieć — przebąknął zafrasowany Repeszko... — Cóż by to było? Toż to ruina, hańba dla mnie i choć iść z torbami... Wszakże ja na tę przeklętą sprawę zadłużyłem Studzienicę...
    — Słuchajże mnie. To coś wyłożył obrachujemy, dam ci nawet zarobić, bo taki człowiek, jak ty, spuszcza się ze smyczy, aby choć skoki zajęcze miał w zysku.
    — To ostro! to bardzo ostro! — rzekł chmurno Repeszko. — Jak Jezusa miłuję, kto inny na mojem miejscu by się gniewał; ja to biorę z dobrej strony... Kochany kasztelanic dowcipuje! dowcipuje!
    — Bierz z jakiej chcesz, to mi wszystko jedno... a com powiedział, spełnić się musi do joty.
    Pan Nikodem, spojrzawszy na gościa, padł osłabły na swoje łóżko twarde; pot mu spływał po skroniach, załamał ręce.
    — Zanadto ci się bo znów chciało — rzekł zawsze bardzo łagodnie z uśmiechem politowania kasztelanic. — Gratka by to była nieszpetna, ale... dla waści dosyć będzie skoków. Dawaj rachunki!
    Repeszko jeszcze nie wierzył, jeszcze się wzdrygał; nakoniec, acz cierpliwy, bo tchórz, pomyślał spróbować gniewu i oburzenia.
    — Ale to tak nie może być! — zawołał — to pójdziemy się rozprawić przed sądy. Ja, ja...
    — Chyba przed trybunał najwyższy — rzekł Jaksa — bo ci zapowiadam, że jak psu w łeb ci strzelę, potem może sobie, ale że cię kula nie minie, tego możesz być najpewniejszym. Rachunki natychmiast! — krzyczał Jaksa, bijąc pięścią w stół... — i milczeć, bo ubiję!...